Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 277 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnicza gwiazda - Nora Roberts

Seth, policyjny detektyw, dostaje pilne wezwanie. Ktoś włamał się do rezydencji Grace Fontaine, znanej z licznych skandali i romansów. Jej zmasakrowane ciało leży u podnóża schodów. Seth podejrzewa, że napastnik chciał zrabować bezcenny niebieski diament, który Grace dostała na przechowanie. Rozpoczyna przeszukiwać miejsce zbrodni. Słyszy dziwny odgłos, odwraca się gwałtownie i… staje oko w oko z Grace, która mierzy do niego z pistoletu…

W cyklu Gwiazdy Mitry ukazały się następujące tytuły: Odnaleziony skarb, Zaginiona gwiazda, Schwytana gwiazda, Tajemnicza gwiazda.

Opinie o ebooku Tajemnicza gwiazda - Nora Roberts

Fragment ebooka Tajemnicza gwiazda - Nora Roberts

Nora Roberts

Tajemnicza gwiazda

Przełożyła Barbara

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Twarz kobiety na płótnie przyciągała wzrok. Była to twarz niezwykła. Tak bliska ideału, jak tylko pozwala natura. Na jej widok każdemu mężczyźnie mocniej biło serce. Zapamiętywał ją na zawsze. Jawiła mu się w snach.

Jasne, niebieskie oczy kobiety na portrecie, osłonięte firanką gęstych rzęs, błyszczały radością życia. Miała pięknie zarysowane brwi. Przy jednej z nich tkwił urokliwy pieprzyk. Delikatną, niemal przejrzystą cerę ożywiał lekki rumieniec, sprawiający, że mężczyzna wpatrzony w tę twarz był przekonany, iż ciepło bijące spod alabastrowej skóry jest przeznaczone wyłącznie dla niego.

Miała prosty, idealnie zgrabny nos. Najważniejsze jednak były usta. Wyraziste, a zarazem miękkie i zmysłowe. Sam ich widok budził pożądanie.

Tę zdumiewająco piękną twarz okalały czarne, długie włosy, opadające na obnażone alabastrowe ramiona. Włosy jedwabiste, bujne i połyskliwe, które aż się prosiły, by wsunąć w nie palce.

Seth miał przed sobą obraz olejny przedstawiający właścicielkę domu. A więc tak wyglądała Grace Fontaine. Ideał kobiecej urody. Nie mógł oderwać oczu od portretu.

Cholernie szkoda, że pozbawiono ją życia, pomyślał. Z trudem odwrócił głowę. Znajdował się na miejscu przestępstwa. Przez chwilę chciał pozostać tu sam. Ekipa techników już zakończyła swoją robotę, a lekarz policyjny pobieżnie zbadał ciało ofiary i pozwolił je zabrać. Dom opustoszał. Na błyszczącym parkiecie przestronnego salonu bielał zaznaczony grubą kredą kontur ludzkiej sylwetki.

Dość łatwo było ustalić przyczynę śmierci.

Grace Fontaine leżała pod zerwaną balustradą piętra, obok wejścia na wewnętrzne schody. Duży kawał wyłamanego i ostro zakończonego drewna zmiażdżył głowę ofiary, która spadając, uderzyła twarzą w ogromny, szklany stół, rozbijając go na tysiące ostrych odłamków.

Śmierć sprawiła, że Grace Fontaine przestała być doskonała, pomyślał Seth, gdy patrzył na zniekształconą nie do rozpoznania twarz kobiety z portretu.

Łatwo było też stwierdzić, że ktoś dopomógł spaść jej z piętra, wykonać ostatni w życiu skok.

Seth rozejrzał się wokoło. Dom był wytworny i na wskroś nowoczesny. W wysokich sufitach rozmieszczono liczne świetliki, przez które do przestronnego wnętrza przedostawały się jasne, lekko zaróżowione promienie zachodzącego słońca.

W całym domu wszystko miało obły kształt. Wewnętrzne schody biegły z piętra łagodnym półkolem, drzwi zastępowały przejścia o łukowatych sklepieniach, okna były zaokrąglone. Zdaniem Setha wszędzie wyczuwało się kobiecą rękę. Nie tylko w projekcie samego domu, lecz także w jego wystroju.

Usiłował wyobrazić sobie, jak było tu przedtem, zanim człowiek, przez którego Grace Fontaine spadła z piętra, zdewastował całe wnętrze.

Nie było wówczas rozbitych rzeźb ani poszarpanych w strzępy poduszek. Kwiaty stały starannie ułożone w wazonach, a nie leżały połamane i rozrzucone wśród kryształowych odłamków na wschodnich dywanach, tworząc na nich dodatkowy, przedziwny wzór.

I z pewnością nie było tu przedtem śladów krwi ani potłuczonego szkła. Ani też warstw daktyloskopijnego proszku.

Jeszcze przed wezwaniem do tego domu Seth wiedział, że jego młoda właścicielka wiodła dostatnie życie. Mogła sobie na to pozwolić. Mając dwadzieścia jeden lat, otrzymała pokaźny spadek. Należała do uprzywilejowanej, znanej rodziny Fontaine’ów. I z pewnością otrzymała staranne wychowanie i wykształcenie w najlepszych szkołach. Potem stała się bywalczynią ekskluzywnych klubów oraz, jak Seth mógł się domyślać, bezustannym źródłem niepokoju i niezadowolenia rodziny o zachowawczych, staroświeckich poglądach.

Nie było tygodnia, aby Grace Fontaine nie poświęcono choćby paru wierszy w kronice towarzyskiej publikowanej na łamach „Washington Post”. Niemal wszędzie ukazywały się jej zdjęcia, robione przez paparazzich i sprzedawane redakcjom popularnych czasopism. Wszystko to znajdowało pełne uzasadnienie. Młoda dama miała na swym koncie nie lada ekscesy.

Teraz prasa znów zacznie szaleć, gdy tylko dowie się o ostatniej, tym razem tragicznej przygodzie Grace Fontaine. Seth był przekonany, że przy okazji brukowce wywloką ponownie na światło dzienne wszystkie jej wcześniejsze wybryki. Pozowanie nago na rozkładówkę „Playboya”, gdy miała dziewiętnaście lat. Bardzo ognisty i niczym nieskrępowany romans z żonatym lordem. Związek z jednym ze słynnych hollywoodzkich aktorów.

W życiorysie Grace Fontaine były także inne wyczyny. Piękna kobieta na prawo i lewo uwodziła mężczyzn. Z jej licznych kochanków opisywanych w prasie Seth zapamiętał wybitnego senatora, autora bestsellerów, znanego malarza, któremu pozowała, a także gwiazdora rocka, który, gdy go rzuciła, podobno usiłował popełnić samobójstwo.

Grace Fontaine znała wielu mężczyzn w swym krótkim życiu. Gdy się z nim pożegnała, miała zaledwie dwadzieścia sześć lat.

Seth westchnął. Do jego służbowych obowiązków należało teraz nie tylko ustalenie przyczyny śmierci tej kobiety, lecz także wykrycie, kto ją spowodował. Nie było już tajemnicą, dlaczego Grace Fontaine pozbawiono życia. Chodziło o Trzy Gwiazdy mitycznego boga Mitry. O bezcenne niebieskie diamenty, rodem ze starożytności, odkryte niedawno przez jednego z archeologów. Nagła śmierć Grace Fontaine była także pośrednim skutkiem desperackiego i nierozważnego czynu jednej z jej najbliższych przyjaciółek.

Przechadzając się po opustoszałych pomieszczeniach, Seth usiłował odtworzyć w myśli chronologię wydarzeń, które sprowadziły go dziś do tego domu, na miejsce zbrodni. Od dziecka interesował się mitologią, dlatego co nieco wiedział o Trzech Gwiazdach. Na ich temat krążyły różne legendy. Trzy Gwiazdy były wprawione w wierzchołki szczerozłotego trójkąta, który trzymał w rękach bóg Mitra.

Jeden diament oznaczał miłość, przypomniał sobie Seth, wchodząc półkolistymi schodami na piętro. Drugi – wiedzę, a trzeci hojność. Mity mówiły, że człowiek, któremu uda się zdobyć Trzy Gwiazdy, zyska boską potęgę i stanie się nieśmiertelny.

Było to oczywiście, zdaniem Setha, pozbawione logiki. Ale czy to nie dziwne, że ostatnio śniły mu się właśnie skrzące się trzy niebieskie diamenty, ponury kamienny zamek wyłaniający się z gęstej mgły i jakaś błyszcząca złotem komnata? Śnił mu się także mężczyzna o zimnych oczach. I kobieta o twarzy bogini.

I jego własna, gwałtowna śmierć.

Z trudem uwolnił się od przytłaczającego uczucia, które towarzyszyło fragmentom dziwacznych snów. Teraz były mu potrzebne nie przywidzenia, lecz fakty. Niezaprzeczalne. Dające się ułożyć w logiczną całość.

Faktem było istnienie trzech ogromnych, niebieskich diamentów, z których każdy miał ponad sto karatów. Faktem było też, że ktoś zapragnął odebrać je prawowitym właścicielom. I gotów był na wszystko, aby dostać diamenty w swe ręce. Nie wahał się nawet zabijać.

W tej ponurej sprawie trup słał się gęsto, uprzytomnił sobie Seth, zdesperowanym gestem przeczesując palcami ciemne włosy. Pierwszy został zamordowany niejaki Thomas Salvini, współwłaściciel znanej firmy jubilerskiej specjalizującej się w dokonywaniu ekspertyz i wycenie kamieni szlachetnych.

Firma ta – na zlecenie Smithsonian Institute – miała sprawdzić autentyczność Trzech Gwiazd i dokonać ich skrupulatnych pomiarów, zanim te bezcenne kamienie znajdą się w muzeum.

Niestety, jak wykazało policyjne śledztwo, to, co zamierzali uczynić jubilerzy Thomas Salvini i jego bliźniaczy brat Timothy, znacznie wykraczało poza zlecone im czynności.

Znaleziony w firmie Salvinich milion dolarów w gotówce wskazywał niezbicie, że bracia mieli nie tylko inne plany, lecz także klienta, który chciał posiąść Trzy Gwiazdy.

Inny dowód stanowiło zeznanie kobiety, niejakiej Bailey James, uznanego eksperta w dziedzinie badania kamieni szlachetnych. Przyrodniej siostry braci Salvinich, a zarazem naocznego świadka bratobójstwa. Z dużym opóźnieniem, dopiero po kilku dniach, Bailey James zawiadomiła policję, że odkryła plany swych przyrodnich braci. Zamierzali sporządzić idealne kopie Trzech Gwiazd dla Smithsonian Institute, sprzedać prywatnemu klientowi oryginalne diamenty i z niebagatelną zapłatą natychmiast opuścić kraj.

Ta kobieta zachowała się niefrasobliwie. Gdy tylko wykryła spisek, poszła do przyrodnich braci, przypomniał sobie Seth. Sama, nie powiedziawszy o tym nikomu, zamiast natychmiast wezwać policję. Przedtem jednak zdobyła się na desperacki czyn. Aby chronić oryginalne klejnoty, wysłała dwa diamenty do najbliższych przyjaciółek. Postąpiła bardzo nierozsądnie. Powinna niezwłocznie zawiadomić władze. Seth z dezaprobatą pokiwał głową. Myśli zwykłych śmiertelników, nawet inteligentnych i wykształconych, chadzały dziwacznymi drogami.

Bailey James drogo okupiła swe nieprzemyślane działanie. Uciekając przed mordercą, ledwie uszła z życiem. W wyniku tego wstrząsającego przeżycia przez wiele dni cierpiała na amnezję. Wymazała z pamięci nie tylko własny wypadek, lecz także poprzedzające go wydarzenia.

Seth wszedł do sypialni Grace Fontaine. Spod ciężkich, opuszczonych powiek bez emocji, na zimno, rozglądał się po zdewastowanym pomieszczeniu.

I co zrobiła Bailey James? – kontynuował wewnętrzny monolog. Czy od razu poszła na policję? Ponownie postąpiła głupio. Zamiast oddać sprawę w ręce kompetentnych przedstawicieli prawa, z książki telefonicznej wybrała na chybił trafił jakiegoś prywatnego detektywa i skontaktowała się z nim. Seth zacisnął gniewnie wargi. Nie darzył szacunkiem ani tym bardziej podziwem prywatnych łapsów.

Bailey James jednak sprzyjał los. Szczęśliwy przypadek sprawił, że natrafiła na przyzwoitego faceta. Cade Parris okazał się sensowniejszym i uczciwszym człowiekiem niż większość jego kolegów po fachu. I znów tylko szczęśliwy traf sprawił, Seth był o tym głęboko przekonany, że prywatnemu detektywowi udało się wywęszyć właściwy ślad.

Kiedy to robił, o mały włos sam dałby się zabić. Nie stał się jednak następną, to znaczy drugą ofiarą mordercy. Okazał się nią jubiler, bliźniaczy brat Thomasa Salviniego, Timothy.

Cade’owi Parrisowi, prywatnemu detektywowi wynajętemu przez Bailey James, udało się ujść z życiem i obronić przed nożownikiem. Niestety, śmierć drugiego z braci Salvinich spowodowała, że urwał się wszelki ślad. Prywatne śledztwo Cade’a Parrisa utknęło w martwym punkcie.

Tuż przed obfitującym w wydarzenia przedłużonym lipcowym weekendem z okazji Święta Niepodległości przyjaciółka, do której Bailey James wysłała na przechowanie jedną z dwu Gwiazd, niejaka MJ O’Leary, wyjechała z Waszyngtonu w nieznanym kierunku, mając na karku jakiegoś łowcę nagród. Seth postanowił, że w najbliższym czasie przesłucha ją osobiście. I będzie zmuszony oznajmić tej kobiecie, a także Bailey James, że została zamordowana ich wspólna znajoma Grace Fontaine, z którą utrzymywały bardzo zażyłe stosunki. Oba te przykre zadania należały do jego obowiązków.

Od sobotniego wieczoru MJ O’Leary, będąca w posiadaniu drugiej Gwiazdy, ukrywała się gdzieś poza Waszyngtonem w towarzystwie łowcy nagród. Ustalono, że jest nim Jack Dakota, z którym jakimś cudem skumała się po drodze. Mimo że był dopiero poniedziałek wieczór, zdołali kilkakrotnie zmienić miejsce pobytu. Z ucieczką O’Leary miała związek śmierć dalszych trzech osób.

Seth pomyślał z niechęcią o nieuczciwym, przekupnym urzędniku sądowym, który zlecił łowcy nagród odnalezienie MJ O’Leary i sprowadzenie jej za wszelką cenę do Waszyngtonu pod fałszywym pretekstem, że jest ścigana przez prawo. Urzędnik sądowy podjął się tego za grubszą forsę otrzymaną od jakiegoś mężczyzny. Nie zdając sobie sprawy, że ma do czynienia z prawdziwym gangsterem, usiłował go szantażować, co przypłacił życiem. W pościg za MJ O’Leary i Jackiem Dakotą ruszyło dwóch innych wynajętych morderców. Zginęli w wypadku samochodowym na śliskiej drodze.

Policji urwał się jedyny ślad. I tym razem śledztwo utknęło w martwym punkcie.

Na zabójstwie Grace Fontaine kończył się następny, już trzeci z kolei trop. Seth nie miał pojęcia, czy uda mu się wydedukować coś sensownego po obejrzeniu jej zdewastowanego domu. Zamierzał jednak przeszukać go niezwykle dokładnie. Centymetr po centymetrze. Zawsze tak pracował i nie było żadnego powodu, aby tym razem miał postępować inaczej.

Będzie skrupulatny, ostrożny i zrobi wszystko, aby znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania. Polegał na systematycznym działaniu. Wierzył prawu i bezgranicznie ufał sprawiedliwości.

Seth Buchanan pozostał wierny rodzinnej tradycji – podobnie jak przedstawiciele dwóch poprzednich pokoleń zatrudnił się w policji. Dzięki wrodzonym zdolnościom śledczym, wręcz niesamowitej cierpliwości i obiektywizmowi osądów dopracował się wysokiego stanowiska. Został porucznikiem, a zarazem kierownikiem wydziału dochodzeniowo-śledczego komendy. Podwładni szanowali, a jednocześnie obawiali się służbistego szefa. Wiedział, że za plecami nazywają go Automatem i wcale się o to nie obrażał. Na emocje i poczucie winy, tak typowe reakcje zwykłych ludzi, nie było miejsca w jego trudnej i odpowiedzialnej pracy.

Opinię, że jest człowiekiem obojętnym na wszystko, zimnym i obdarzonym stalowymi nerwami, uważał za komplement.

Na chwilę przystanął w drzwiach. W wiszącym naprzeciw lustrze w mahoniowej ramie zobaczył odbicie własnej sylwetki. Był wysoki i postawny. Dobrze zbudowany. Ciemna marynarka opinała umięśniony tors. Był sam, więc pozwolił sobie na wygląd mniej oficjalny. Rozluźnił węzeł krawata. Od bezustannego przeciągania palcami po głowie miał lekko zwichrzone włosy. Były bujne i falujące. Odgarnął je z czoła, odsłaniając poważną, nieruchomą twarz o śniadej cerze.

Przed laty, gdy jeszcze w mundurze patrolował ulice, złamano mu nos. Nadawał teraz jego twarzy surowy wyraz. Dość wąskie usta nie były skłonne do uśmiechu. Oczy o barwie ciemnego, starego złota pozostawały nieprzeniknione i bez wyrazu. Spod czarnych, prostych brwi patrzyły obojętnie i zimno.

Na palcu szerokiej, silnej dłoni nosił sygnet odziedziczony po ojcu z wyrytym w grubej warstwie złota napisem: „Służ i chroń”.

Oba te obowiązki Seth Buchanan traktował niezwykle poważnie.

Pochylił się i ze sterty ubrań wyrzuconych z szafy Grace Fontaine podniósł delikatny jak mgiełka, czerwony, jedwabny peniuar. Był długi i powiewny. Stanowił komplet z krótką, czerwoną koszulką, którą miała na sobie ofiara.

Tak. Ofiara. O Grace Fontaine chciał myśleć tylko jako o ofierze, a nie urodziwej, młodej damie z portretu. A zwłaszcza nie o pięknej kobiecie o twarzy bogini, która ostatnio niepokoiła go w snach. Dziwiło go, że ciągle miał przed oczyma jej niezwykłą twarz. Twarz stanowiącą o sile tej kobiety. Drążyła umysł i przenikała do najgłębszych zakamarków mózgu mężczyzny, dopóki nie zdobyła nad nim całkowitej przewagi. Dopóki nie stała się jego obsesją.

Trzymając nadal w ręku delikatny jak obłok czerwony strój, Seth uznał, że nikt nie byłby w stanie oprzeć się Grace Fontaine. Nikt nie potrafiłby o niej zapomnieć.

Była niebezpieczna.

Czy tę czerwoną, długą szatę zrzuciła z siebie w oczekiwaniu na mężczyznę? Spodziewała się kochanka i wieczoru w jego objęciach?

Gdzie podziewała się Gwiazda, którą otrzymała na przechowanie? Czy odnalazł ją i wykradł nieoczekiwany gość?

Sejf w bibliotece na parterze ktoś otworzył siłą i opróżnił. Było bardzo prawdopodobne, że właścicielka domu zamierzała właśnie zamknąć w nim jakieś kosztowności. Ale zginęła nie na parterze, lecz na piętrze. Stąd zepchnięto ją w dół.

Uciekała przed napastnikiem? Gonił ją? A w ogóle dlaczego wpuściła go do domu? Solidne zamki pozostały nietknięte. Czyżby była aż tak nieostrożna, aby otwierać drzwi przed nieznajomym, i do tego w kusej, jedwabnej koszulce?

A może znała tego człowieka?

Wygadała się i przyznała, że ma diament, a nawet mu go pokazała. Czy miejsce męskiej namiętności zajęła chciwość? Najpierw kłótnia, a potem walka. I upadek z piętra. A zdewastowanie domu miało jedynie zmylić ślady. Seth uznał, że możliwości jest wiele. Na parterze znalazł gruby notes z telefonami należący do pani domu. Sprawdzi wszystkie nazwiska. Porozmawia z zapisanymi w nim ludźmi. On sam i grupa policjantów, którym przydzieli tę robotę, przeszukają centymetr po centymetrze cały opustoszały dom.

Teraz jednak czekały go ważne rozmowy. Musiał przekazać informację o tragedii. I poprosić kogoś z rodziny Grace Fontaine lub przyjaciół o przyjście do kostnicy i zidentyfikowanie jej ciała.

Pomyślał z przykrością, że ktoś, kto był z nią związany uczuciowo, będzie teraz musiał oglądać zniekształconą twarz.

Seth jeszcze raz omiótł wzrokiem sypialnię. Ogromne łoże, porozrzucane kwiaty i walające się po dywanie szczątki stylowych, kryształowych flakonów. Wiedział, że zapach unoszący się w powietrzu nie da mu spokoju i będzie prześladował go przez długi czas. Podobnie jak idealna kobieca twarz z portretu w salonie.

Nad prowadzonymi sprawami pracował zazwyczaj do późna. Nie miał prywatnego życia i nigdy nie starał się go sobie zorganizować. Z rozmysłem, ostrożnie dobierał kobiety, z którymi spotykał się w celach towarzyskich i romansowych. Żadna nie była w stanie zaakceptować jego pracy wymagającej pełnej dyspozycyjności. Rzadko kiedy decydowały się przedłużać lub zacieśniać znajomość. Seth dobrze zdawał sobie sprawę, jak trudne musi być pogodzenie się z wymogami jego zawodu i bezustanne czekanie. Nerwowe i w ciągłym napięciu. Wszelkie skargi i utyskiwania kobiet, które czuły się zaniedbywane, uznawał za uzasadnione, chociaż nie zamierzał niczego zmieniać w swoim życiu zawodowym. Z tych to powodów nigdy się nie wiązał i nikomu nie składał żadnych obietnic ani przyrzeczeń. Prowadził samotne życie.

Wiedział, że w domu Grace Fontaine nie ma już nic do roboty. Powinien wrócić do komendy lub nawet do własnego mieszkania, choćby tylko po to, aby odświeżyć umysł i nabrać dystansu do sprawy. Coś jednak przyciągało go do tego niezwykłego domu. Nie do budynku, stanowiącego skądinąd interesujące połączenie drewna i szkła, lecz do tej kobiety. To ona, młoda dama z portretu, przyciągnęła go z powrotem jak magnes.

Zostawił samochód na końcu stromego podjazdu i wszedł do domu otoczonego starymi, rozrośniętymi drzewami i wysoką zielenią. Tuż przy wejściu znalazł wyłącznik. W przestronnym holu rozbłysły ostre światła.

Ludzie Setha rozpoczęli już mozolne przesłuchiwanie mieszkańców okolicznych, równie eleganckich rezydencji. Pukali do drzwi w nadziei, że któryś z sąsiadów zobaczył lub usłyszał coś niezwykłego.

Praca w laboratorium policyjnego patologa posuwała się powoli. Był przecież weekend i większość ludzi miała wolne. Z tego samego względu trochę dłużej niż zwykle potrwa sporządzanie służbowych raportów.

Ale to nie brak oficjalnych sprawozdań dręczył Setha, który odruchowo skierował kroki do salonu, gdzie nad kamiennym kominkiem wisiał portret młodej damy.

Grace Fontaine była osobą kochaną przez bliskich. Na twarzach dwóch kobiet, którym dopiero co mówił o jej śmierci, malowała się prawdziwa rozpacz.

Setha zdumiała głębia uczuć łączących trzy zaprzyjaźnione kobiety. Bailey James, MJ O’Leary i zmarłą. Żałował, a przydarzało mu się to niezwykle rzadko, że obcesowo i bez ogródek przekazał im tragiczną wiadomość.

„Bardzo współczuję z powodu straty”. Był to typowy zwrot.

Mówiąc o stracie, policjanci mają na myśli śmierć, z którą się spotykają. Słowa te Seth wypowiadał wielokrotnie. Teraz, gdy znów przyszło mu je powtórzyć, uważnie obserwował reakcję Bailey James i MJ O’Leary. Drobnej blondynki i zielonookiej rudowłosej. Na twarzach obu widniała głęboka rozpacz. Przywarły do siebie, jakby chciały nawzajem się podeprzeć. Zdruzgotane i bliskie załamania.

Towarzyszący im dwaj mężczyźni nie musieli prosić Setha, aby zostawił je sam na sam ze smutkiem. Tego wieczoru nie zamierzał zadawać pytań ani spisywać zeznań. Jego słowa nie byłyby w stanie przebić ściany rozpaczy dzielącej go od obu kobiet.

Stojąc teraz przed portretem i patrząc w niezwykłe, niebieskie oczy Grace Fontaine, przypomniał sobie reakcję przyjaciółek na wiadomość o jej nagłej śmierci. Była nie tylko pożądana przez mężczyzn, lecz także kochana przez kobiety. Co kryło się za tą zdumiewającą twarzą? Co sprawiało, że ta kobieta potrafiła wzbudzać tak silne emocje?

– Kim ty, do licha, właściwie jesteś? – zapytał szeptem, wpatrzony w portret.

Odpowiedziała mu śmiałym, zmysłowym uśmiechem.

– Zbyt piękna, aby być rzeczywista. Zbyt świadoma swego uroku, aby być łagodna i wspaniałomyślna. – Jego głęboki głos, ochrypły ze zmęczenia, odbijał się głośnym echem w pustym domu. Seth wsunął ręce do kieszeni i lekko zakołysał się na obcasach. – Zbyt martwa, aby się nią przejmować.

Chociaż odwrócił się plecami do obrazu, nadal miał przykre wrażenie, że młoda kobieta uważnie obserwuje go ze ściany. Obserwuje i ocenia.

Czekał go jeszcze obowiązek skontaktowania się z najbliższą rodziną, to znaczy z jej stryjem Nilesem Fontaine’em i jego żoną Helen, mieszkającymi w Wirginii. To oni po nagłej śmierci rodziców Grace wzięli ją na wychowanie. Policja ustaliła, że Helen Wilson Fontaine spędza lato w jakiejś willi we Włoszech i na razie nie sposób się z nią porozumieć.

Wille we Włoszech, niebieskie diamenty, olejne portrety wiszące nad wyszukanymi kominkami. Dla Setha był to obcy, odległy świat. Niemający nic wspólnego ze światem, z którego pochodził, ani życiem, na które składała się wyłącznie służba w policji.

Wiedział jednak, że przemoc dla nikogo nie robi wyjątków.

Właściwie mógłby pojechać do siebie, do małego domku na terenie osiedla stłoczonych na niewielkim obszarze kilkunastu podobnych siedzib. Jak zwykle zastanie puste pokoje, bo jeszcze nie spotkał kobiety, z którą zechciałby dzielić życie. W każdym razie mały domek będzie na niego czekał, dając poczucie bezpieczeństwa.

A ta imponująca rezydencja na wzgórzu, w jakiej teraz się znajdował, zbudowana z gładkiego, wypolerowanego drewna i ogromnych tafli połyskliwego szkła, z biegnącymi w dół wypielęgnowanymi trawnikami, basenem i starannie przyciętymi krzewami, nie dała żadnej osłony jej właścicielce. Nie zapewniła bezpieczeństwa.

Seth ostrożnie ominął zaznaczony kredą kontur ludzkiej sylwetki i znów wspiął się schodami na piętro. Był w złym nastroju i zdawał sobie z tego sprawę. Najlepszym lekarstwem na taki nastrój i przygnębienie nieodmiennie była praca.

Przyszło mu na myśl, że kobieta pokroju Grace Fontaine, wiodąca ożywione, ekstrawaganckie, pełne przygód życie, prowadziła dziennik. Może notowała w nim nie tylko wydarzenia, lecz także własne zwierzenia, uwagi czy spostrzeżenia.

Rozpoczął szukanie od sypialni. Pracował w milczeniu. Metodycznie i sprawnie. Przez cały czas świadomy charakterystycznego, odurzającego zapachu, który po sobie zostawiła.

Ściągnął krawat i wetknął go do kieszeni. Tak przywykł do kabury z bronią zawieszoną pod ramieniem, że nawet nie czuł jej ciężaru.

Starannie obejrzał wszystkie półki i szuflady, chociaż były w większości prawie puste. Ich zawartość, wyrzucona na podłogę, walała się po całym pokoju. Szukał pod półkami i szufladami, za nimi i pod materacem.

Przyszło mu na myśl, że Grace Fontaine tą masą ubiorów mogła wyposażyć całą drużynę modelek. Najbardziej lubiła miękkie tkaniny. Jedwabie, kaszmiry, satyny i cienkie, delikatne wełny. Śmiałe, ostre barwy. Odcienie szlachetnych kamieni. Preferowała błękit.

Nic dziwnego, z takimi oczami, pomyślał Seth, wciąż pod wrażeniem niebieskiego spojrzenia z portretu.

Zaczął się zastanawiać, jaki miała głos. Czy pasował do alabastrowej, delikatnej twarzy? Nisko brzmiący i lekko zachrypnięty? Uwodzicielski i zmysłowy, stanowiący jeszcze jedną pokusę dla mężczyzn? Seth wyobrażał go sobie właśnie tak. Głęboki i zmysłowy, jak zapach unoszący się wszędzie w powietrzu. Jej ciało harmonizowało z twarzą i zapachem, uznał, zagłębiając się w ogromnej, wbudowanej w ścianę szafie. Oczywiście, Grace Fontaine pomagała naturze. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego na przykład kobiety wypychają sobie piersi silikonem po to, aby uwieść mężczyznę. Tylko tępy facet wolałby sztuczny biust od naturalnego.

On sam stawiał na uczciwość. Wymagał jej od kobiet. I dlatego pewnie nadal żył samotnie.

Przeglądając stroje pozostawione na wieszakach, ze zdziwieniem kręcił głową. Wyglądało na to, że nawet bandycie zabrakło cierpliwości, aby wyrzucić je z szafy. Wieszaki były ściągnięte razem, tak że suknie i inne ubiory tworzyły zwartą masę. Napastnik nie zadał sobie trudu, aby wyciągnąć je i dokładnie przeszukać.

W komodzie Seth natrafił na swetry, szaliki i apaszki, sztuczną biżuterię. Był przekonany, że Grace Fontaine miała także dużo prawdziwych klejnotów. Część z nich musiała znajdować się w okradzionym sejfie w bibliotece na parterze. Resztę pewnie przechowywała w bankowej skrytce.

Postanowił sprawdzić to jutro z samego rana.

Ta kobieta uwielbiała muzykę, pomyślał, spoglądając na rozstawione głośniki. Znajdowały się we wszystkich pokojach w całym domu. W salonie na parterze pełno było płyt kompaktowych, taśm, a nawet albumów starych płyt. Jeśli chodzi o muzykę, pani tego domu miała eklektyczne gusta. Słuchała dosłownie wszystkiego. Od Bacha do najnowszych zespołów młodzieżowych.

Czy często spędzała samotnie wieczory, z muzyką rozlegającą się w całym domu? Czy siadywała na kanapie przed stylowym kominkiem z jedną z setek książek stojących na półkach okalających ściany biblioteki?

Tak widział ją Seth. W kusej, jedwabnej, czerwonej koszulce, z podciągniętymi pod siebie długimi, wspaniałymi nogami. Z kieliszkiem brandy, książką w ręku, rozbrzmiewającą wokół muzyką i światłem gwiazd sączącym się przez okna w dachu.

Świetnie potrafił to sobie wyobrazić. Aż za dobrze. Niemal widział, jak Grace Fontaine podnosi wzrok, odgarnia z pięknej twarzy czarny kosmyk niesfornie opadający na czoło i zauważywszy, że się jej przygląda, uwodzicielsko się uśmiecha. Odkłada na bok książkę i wyciąga rękę. Śmiejąc się zniewalająco, przyciąga go do siebie.

Seth miał przed oczami tę scenę, jakby zdarzyła się naprawdę.

Potrafił jednak wziąć się w garść. Zaklął pod nosem, uspokajając głośne bicie serca.

Żywa czy martwa, ta kobieta musiała być czarownicą! Piekielne diamenty stanowiące klucz do całej sprawy, o absurdalnych, mitycznych właściwościach bądź bez nich, tylko potęgowały jej złą moc.

A on? On sam tracił czas na bzdurne rozważania. Sprawował nadzór nad całym śledztwem. Powinien teraz jechać do laboratorium i zmusić policyjnego lekarza, żeby jak najszybciej ustalił przybliżony czas śmierci Grace Fontaine. Należało także niezwłocznie zadzwonić pod numery telefonów zapisane w notesie ofiary.

Musiał jak najszybciej opuścić ten dom przesycony odurzającym zapachem właścicielki. I trzymać się z dala, dopóki nie zapanuje nad niezdrowo pobudzoną wyobraźnią.

Zaniepokojony własną reakcją, zły na siebie za bezsensowne zachowanie, chciał wrócić do sypialni. Znajdował się prawie u szczytu schodów, gdy nagle kątem oka dojrzał poniżej jakiś ruch. Błyskawicznie sięgnął po broń.

Było już na to za późno.

Powolnym ruchem opuścił rękę i nie ruszając się z miejsca, spojrzał w dół. Zamarł. Nie na widok wycelowanego w siebie automatycznego pistoletu, lecz dlatego, że trzymała go mocno i pewnie, w obu rękach, zmarła kobieta.

– A więc nakryłam cię, złodzieju – powiedziała, wchodząc w jasny krąg światła padającego z żyrandola w holu. Wpatrywały się w Setha tak dobrze mu już znane szokująco niebieskie oczy. – Czy istnieje jakiś powód, dla którego nie miałabym zastrzelić cię z miejsca, zanim wezwę policję?

Idealnie pasowała do jego wyobrażeń. Miała głęboki, zmysłowy głos. Jak na ducha, zdumiewająco dźwięczny. I lekko zaróżowione policzki.

Było niewiele rzeczy, które potrafiły zaskoczyć Setha. Tym razem tak właśnie się stało. Widział kobietę spowitą w biały jedwab, z połyskującymi w uszach brylantowymi kolczykami i błyszczącym, srebrnym pistoletem w ręku.

Z trudem wziął się w garść, starając się nie okazać żadnych emocji. Bez cienia uśmiechu odparł spokojnym głosem:

– Nie musi pani nikogo wzywać. Jestem funkcjonariuszem policji.

Wydęła drwiąco wargi.

– Jasne, że jesteś, przystojniaku. Bo kto mógłby łazić po zamkniętym domu pod nieobecność właściciela jak nie przepracowany gliniarz z ulicznego patrolu? – zakpiła.

– Od dawna nie patroluję ulic. Pracuję w komendzie policji. Nazywam się Buchanan. Seth Buchanan. Jestem porucznikiem. Jeśli przesunie pani lufę trochę w lewo od mojego serca, będę mógł pokazać policyjną odznakę.

– Marzę, aby ją zobaczyć – kpiła dalej młoda kobieta, lecz nie spuszczając wzroku z Setha, powoli przesunęła lufę w bok.

Kiedy zszedł na dół i wsunął dwa palce do kieszeni, zbliżyła się i obejrzała odznakę. Wyglądała na prawdziwą. Niewiele zresztą można było wywnioskować ze złoconej blaszki, którą mężczyzna trzymał w ręku.

W tym momencie poczuła się bardzo źle. Znów dostała skurczów żołądka. Takich samych jak wtedy, kiedy podjechała pod dom i zobaczyła, że jest rzęsiście oświetlony.

Oderwała wzrok od odznaki i utkwiła go w mężczyźnie. Uznała, że mimo wszystko wygląda bardziej na policjanta niż na włamywacza. Był przystojny. Postawny, o szerokich ramionach i wąskich biodrach, fizycznie bardzo atrakcyjny. I chyba zdyscyplinowany.

Takie oczy, zimne i bez wyrazu, zdające się dostrzegać wszystko, mogły należeć tylko do policjanta lub kryminalisty. W każdym razie do człowieka niebezpiecznego.

Zwykle pociągali ją niebezpieczni mężczyźni. Ale w tej chwili, zważywszy na niecodzienną sytuację, nie była w nastroju do flirtu.

– W porządku. Wobec tego proszę wyjaśnić, poruczniku, co robi pan w moim domu. – Przypomniała sobie nagle, co ma w torebce. Przesyłkę od Bailey. Zrobiło się jej nieswojo.

W jakie wpakowałyśmy się kłopoty? – zastanawiała się w myśli. I jak uda mi się to ukryć przed okiem policjanta?

– Czy oprócz odznaki ma pan także nakaz rewizji? – spytała ostrym tonem.

– Nie. Nie mam. – Seth poczułby się znacznie lepiej, gdyby odłożyła pistolet. Nadal jednak trzymała go pewnie, mierząc trochę niżej niż poprzednio. Nie dał jednak poznać po sobie zdenerwowania. Nie spuszczając oczu z kobiety, powoli przeszedł do przestronnego foyer. – Pani jest Grace Fontaine – stwierdził bez cienia emocji.

Obserwowała, jak oficer policji chowa odznakę do kieszeni, bez przerwy wpatrując się w nią nieprzeniknionym wzrokiem. Chce zapamiętać moje rysy, pomyślała rozdrażniona. Dostrzec każdy charakterystyczny znak. Do licha, co tu się w ogóle dzieje? O co chodzi temu gliniarzowi?

– Tak. Nazywam się Grace Fontaine – potwierdziła sucho. – I to jest moja posiadłość. Mój dom. Wszedł tu pan bez nakazu rewizji, to znaczy, że naruszył pan przepisy. W tej sytuacji wzywanie policji nie miałoby większego sensu, więc dzwonię po mojego adwokata.

Seth odchylił głowę. Znów uderzył go w nozdrza odurzający, charakterystyczny zapach. Może właśnie dlatego, że miało to natychmiastowy i niepożądany wpływ na jego system nerwowy, nie zastanawiając się, wypalił:

– No cóż, jak na trupa wygląda pani cholernie ładnie.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Jeśli to jakiś policyjny dowcip, obawiam się, że będzie pan musiał mi go wytłumaczyć. – Grace Fontaine przymrużyła oczy i uniosła brwi.

Setha zaniepokoiła własna reakcja. Ta kobieta sprowokowała go do nieprofesjonalnego zachowania. Powoli wyciągnął rękę i jeszcze bardziej w lewo odchylił wymierzoną w siebie lufę.

– Pozwoli pani? – zapytał i zanim zdołała odpowiedzieć, błyskawicznym ruchem wyjął broń z jej dłoni. Sprawnie wysunął magazynek i włożył go do kieszeni. Zwrócił rozładowany pistolet. Uznał, że nie jest to najwłaściwsza chwila, aby pytać Grace Fontaine o pozwolenie na broń.

– Lepiej zawsze trzymać broń w obu rękach – poradził obojętnym tonem i z kamienną twarzą. – A jeśli nie chce pani, aby ktoś ją wyrwał, należy stać w odpowiedniej odległości.

– Piękne dzięki za lekcję samoobrony. – Rozdrażniona otworzyła torebkę i włożyła do niej pistolet. – Ciągle jednak, poruczniku, nie wiem, co robi pan w moim domu.

– Zdarzył się wypadek, pani Fontaine.

– Jaki wypadek? Było włamanie? – spytała.

Dopiero teraz odwróciła się i obrzuciła wzrokiem hol. W tej chwili dostrzegła przewrócone krzesło i kawałki porcelany w przejściu do salonu. Zaklęła i ruszyła ostro przed siebie. Seth przytrzymał jej ramię.

– Pani Fontaine...

– Puszczaj pan – warknęła, nie pozwalając mu dokończyć. – Będę robić, co mi się podoba. To mój dom.

– Wiem. – Nie rozluźnił uchwytu. – Kiedy była tu pani ostatnim razem?

– Niech pan da spokój. Złożę zeznanie dopiero wtedy, kiedy się przekonam, co zginęło. – Zrobiła następne dwa kroki i zobaczyła fragment zdewastowanego wnętrza. Było jasne, że nie była to tylko zwykła kradzież, szybka i profesjonalna. – Jak widzę, ktoś tu zdrowo narozrabiał. Mam rację? Moje sprzątaczki nie będą uszczęśliwione. – Grace spojrzała wymownie na ramię, którego Seth nie puszczał. – Sprawdza pan, poruczniku, moje mięśnie? – spytała cierpkim tonem. – Lubię myśleć, że są wyrobione.

– Ma pani dobre mięśnie. – Z tego, co zdołał dostrzec, patrząc na obcisłe, białe spodnie, mógł spokojnie stwierdzić, że ma także wspaniałą figurę. – Pani Fontaine, proszę mi powiedzieć, kiedy była tu pani ostatnim razem?

– Tutaj? – Westchnęła. Przez cały czas myśli jej krążyły wokół spraw, które będzie zmuszona pozałatwiać w związku z włamaniem. Zadzwonić do ajenta z firmy ubezpieczeniowej, wypełnić formularze, złożyć zeznania. – W środę po południu. Potem na parę dni wyjechałam z miasta.

Była bardziej wstrząśnięta zdewastowaniem domu, niż chciała się do tego przyznać. Robiła jednak dobrą minę do złej gry.

– Nie zamierza pan notować tego, co mówię? – spytała z bladym uśmiechem.

– Zamierzam. I niebawem to zrobię. Kto mieszkał w tym domu podczas pani nieobecności?

– Nikt. Kiedy wyjeżdżam, nie zostawiam tu nikogo. A teraz proszę wybaczyć, że... – Gwałtownym ruchem wyswobodziła ramię i dopadła łukowatego przejścia z holu do salonu. Stanęła jak wryta. Z przerażeniem patrzyła na pobojowisko, w jakie zamieniło się eleganckie, wysmakowane wnętrze. – Boże! – jęknęła. Ogarnęła ją wściekłość. – Dlaczego zniszczyli wszystko, czego nie mogli zabrać? – Uniosła głowę i ujrzała wyłamaną balustradę na piętrze. – Do diabła, a co tam się działo? Po co mi domowy alarm, jeśli każdy może... – Urwała.

Zatrzymała się gwałtownie, gdyż na orzechowym parkiecie zobaczyła zaznaczony grubą kredą zarys ludzkiej sylwetki. Stała jak zahipnotyzowana, nie mogąc oderwać wzroku od koszmarnego rysunku. Z twarzy odpłynęła jej cała krew. Żeby zachować równowagę, oparła się jedną ręką o tył poplamionej krwią kanapy. Nadal wpatrywała się w podłogę, a potem przeniosła wzrok na połyskujące odłamki szkła, które jeszcze tak niedawno było blatem niskiego stolika, i na plamę zaschniętej krwi.

– Może przejdziemy do jadalni? – zaproponował Seth.

Poczuła nieznośne kłucie w żołądku. Najpierw igły lodu, a zaraz potem fale gorąca przebiegające przez ciało.

– Kto tutaj zginął? – spytała nienaturalnie ostrym tonem.

– Jeszcze pięć minut temu byłem przekonany, że to pani – oświadczył Seth.

Na sztywnych nogach ruszyła w głąb pokoju. Podniosła z podłogi przewróconą butelkę brandy, niezdarnie otworzyła barek i wyciągnęła kieliszek. Nalała do pełna.

Pierwszy łyk wypiła tak, jakby to było lekarstwo. Aż nią wstrząsnęło. Nadal była blada jak ściana, ale alkohol chyba sprawił, że jej wewnętrzny mechanizm znów zaczął funkcjonować.

– Pani Fontaine, sądzę, że będzie lepiej, jeśli o tym porozmawiamy w innym pokoju.

– Nic mi nie jest – odparła. Wychyliła następny kieliszek. – Dlaczego pan przypuszczał, że to byłam ja?

– Ofiara znajdowała się w pani domu, ubrana tylko w koszulkę. Odpowiadała pani rysopisowi. W wyniku wypadku jej twarz uległa... poważnemu zniekształceniu. Była w pani wieku. Miała podobną figurę, ten sam wzrost i taki sam kolor włosów oraz identyczną karnację.

A więc, na szczęście, nie była to ani Bailey, ani MJ, pocieszyła się w duchu Grace, a głośno powiedziała:

– Opuszczając dom, nie pozostawiłam w nim żadnego gościa. Nie mam pojęcia, kim mogła być ta kobieta. Może należała do bandy włamywaczy? Ale w jaki sposób...? Ktoś ją zrzucił? – Grace podniosła wzrok i spojrzała na wyłamaną balustradę.

– To ustali śledztwo.

– Nie potrafię panu pomóc, poruczniku. Nie wiem, kim była zabita. Nie mam bliźniaczki. Mogę tylko... – Urwała nagle i znów pobladła. – Och, nie! Tylko nie ona! O Boże!

– O kogo chodzi? – zapytał Seth.

– To... to mogła być... Miała zwyczaj zatrzymywać się tutaj podczas mojej nieobecności. – Grace odwróciła wzrok od zarysu ludzkiej sylwetki, wycofała się spośród szczątków szkła i przedmiotów. Przysiadła na bocznym oparciu kanapy. – Moja stryjeczna siostra. – Wypiła powoli następny łyk brandy. Poczuła rozgrzewające ją ciepło. – Melissa Bennington. Nie, nie Bennington, Fontaine. Po rozwodzie, kilka miesięcy temu chyba wróciła do rodowego nazwiska. ale nie jestem tego pewna.

– Czy jest do pani podobna?

– Przez całe życie stawała na głowie, żeby tak było. – Grace uśmiechnęła się słabo. – Trochę mi to pochlebiało, a trochę drażniło. W ostatnich latach uważałam to za żałosne. Chyba jesteśmy do siebie nieco podobne.

Seth słuchał w milczeniu.

– Zapuściła włosy, żeby wyglądały jak moje – ciągnęła Grace. – Ufarbowała na identyczny kolor. Różniłyśmy się trochę budową ciała, ale ona robiła wszystko, aby zatrzeć różnice. Kupowała stroje w tym samym stylu co moje i niemal identyczne. Wybierała nawet podobnych mężczyzn. Wychowywałyśmy się razem. Melissa zawsze zazdrościła mi wszystkiego. Uważała, że mam więcej szczęścia.

Seth nadal się nie odzywał.

– Tym razem miałam – dodała słabym głosem. Odwróciła się i spojrzała na parkiet. Ogarnął ją smutek.

– Czy ktoś, kto nie znał pani zbyt dobrze, mógł was pomylić?

– Tak. Ale tylko jakiś przelotny znajomy. Nikt, kto... – Grace ponownie urwała w pół zdania i stanęła na równe nogi. – Uważa pan, że ktoś zabił ją przez pomyłkę? Sądził, że to jestem ja? Wziął Melissę za mnie, podobnie jak pan? To absurd. Po prostu jakiś bandyta włamał się do domu, żeby mnie obrabować. A śmierć Melissy to był... nieszczęśliwy wypadek.

– Całkiem możliwe – przyznał spokojnie Seth. Wyciągnął notes i coś w nim zapisał, a potem spojrzał prosto w oczy stojącej naprzeciw kobiecie. – Jest także więcej niż prawdopodobne, że ktoś tu przyszedł, pomylił Melissę z panią i był przekonany, że to ona ma trzecią Gwiazdę.

Grace Fontaine była świetną aktorką, musiał to przyznać. Skłamała bez mrugnięcia okiem.

– Nie mam pojęcia, o czym pan mówi – oświadczyła sztywno.

– Świetnie pani wie – zaprzeczył. – I jeśli rzeczywiście nie była pani w domu od środy, to nadal ją pani ma.

Rzucił okiem na torebkę, którą trzymała w ręku.

– Nie mam zwyczaju noszenia gwiazd w portmonetce. – Uśmiechnęła się słabo. – Ale to piękny pomysł, bardzo poetyczny. Być może kiedyś z niego skorzystam. A teraz, poruczniku, proszę mi wybaczyć. Jestem bardzo zmęczona...

– Pani Fontaine. – Głos Setha przybrał stanowczy ton. – Melissa jest szóstą ofiarą, z jaką miałem do czynienia w tej sprawie. Wszystkie śmierci mają związek z trzema niezwykłymi, niebieskimi diamentami.

Grace złapała go gwałtownie za rękę.

– Co z MJ i Bailey?

– Pani przyjaciółki żyją i nic im nie grozi, mimo że spędziły niecodzienny weekend. Przykrych przygód mogłyby uniknąć, gdyby skontaktowały się z policją i współpracowały z nią. Pani postąpi inaczej – dodał z naciskiem.

Odgarnęła włosy opadające na twarz.

– Gdzie są? Co pan z nimi zrobił? W więzieniu? Mój adwokat natychmiast je wyciągnie. Szybciej, niż pan potrafi wyrecytować formułkę o przysługujących im prawach.

Ruszyła w stronę telefonu, ale na stylowym stoliku aparatu nie było.

– Pani przyjaciółki nie zostały aresztowane. – Dotknęła go tą uwagą. – Chyba właśnie teraz organizują pani pogrzeb.

– Organizują mój pogrzeb... – Piękne oczy Grace zrobiły się ogromne. – O Boże, powiedział im pan, że nie żyję? Gdzie one są? I gdzie się podział ten piekielny telefon? Muszę natychmiast do nich zadzwonić. – Rozglądała się nerwowo po zdewastowanym wnętrzu.

Seth znów przytrzymał ją za ramię.

– Nie ma ich w domu.

– Mówił pan przecież, że nie siedzą w więzieniu.

– Nie siedzą. – Uznał, że niczego więcej od niej nie wyciągnie, dopóki sama się nie uspokoi. – Zawiozę panią do przyjaciółek. A potem, pani Fontaine, wspólnie rozwiążemy tę sprawę. Ma pani moje słowo.

Podczas jazdy na jedno z przedmieść Waszyngtonu Grace nie odezwała się ani słowem. Towarzyszący jej porucznik Seth Buchanan zapewnił, że Bailey i MJ czują się dobrze. Uwierzyła mu, nadal jednak była zdenerwowana i spięta. Tak mocno zaciskała złączone dłonie, że rozbolały ją palce.

Czuła wyrzuty sumienia. Przyjaciółki opłakiwały jej tragiczną śmierć, podczas gdy ona, nic nikomu nie mówiąc, wyjechała z miasta. Potrzebowała samotności.

Co działo się z Bailey i MJ podczas tego długiego weekendu? Czy próbowały się z nią skontaktować? Już teraz wiedziała na pewno, że przyczyną wszystkich kłopotów są trzy bezcenne, niebieskie diamenty, których autentyczność badała Bailey na zlecenie Smithsonian Institute.

Przed zamkniętymi oczami Grace ukazał się zarys ludzkiej sylwetki, wykreślony kredą na lśniącym parkiecie. Jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. Melissa. Biedna, żałosna dziewczyna. Grace nie potrafiła jednak teraz się nad nią litować. Myślała tylko o przyjaciółkach.

– Nic im się nie stało? – wydobyła z siebie z trudem.

– Nic. – Seth nie zamierzał mówić więcej. Skupił uwagę na prowadzeniu samochodu, ponieważ panował duży ruch. Wnętrze wozu wypełniał zapach tej kobiety, drażniący powonienie i zmysły. Seth otworzył okno, żeby się go pozbyć.

– Gdzie była pani przez ostatnie dni? – zapytał.

– Poza miastem. – Odchyliła głowę i zamknęła oczy. – W jednym z moich ulubionych miejsc.

Jechali w milczeniu. Kiedy samochód skręcił w boczną ulicę i podjechał pod stylowy dom z cegły, Grace znów się wyprostowała. Zobaczyła błyszczącego jaguara, a obok niego jakiś zdezelowany samochód.

– Nie ma tu ani wozu Bailey, ani MJ – zauważyła, rzucając Sethowi pełne wyrzutu spojrzenie.

– Ale one są.

Wyskoczyła z samochodu i podbiegła do frontowego wejścia. Zapukała głośno. Po chwili w otwartych drzwiach stanął nieznajomy mężczyzna. Wydawał się wstrząśnięty jej widokiem, lecz szybko się opanował. Na jego twarzy ukazał się ciepły uśmiech.

– Jesteś Grace.

– Tak. Ja...

– To prawdziwy cud, że mogę cię oglądać. – Z uczuciem wziął w objęcia oniemiałą Grace. Zauważyła, że ma świeżo obandażowane ramię. – Jestem Cade – oznajmił. Ponad jej głową napotkał spojrzenie Setha. – Cade Parris. Wchodźcie do środka.

– Gdzie Bailey i MJ?

– Tutaj. Oszaleją z radości.

Wziął Grace za ramię. Poczuł, jak drży. Zatrzymała się w drzwiach saloniku i oparła o niego.

Obie przyjaciółki były całe i zdrowe. Stały zwrócone twarzami w przeciwną stronę, trzymając się za ręce. Rozmawiały przyciszonym, pełnym rozpaczy głosem. W pobliżu nich krążył obcy mężczyzna. Z rękoma w kieszeniach i wyrazem bezradności na świeżo pokiereszowanej, zawadiackiej twarzy. Jego szare, pochmurne oczy rozjaśniły się na widok Grace. Nabrała głęboko powietrza i wypuściła je powoli.

– Miło wiedzieć, że na tym świecie istnieją ludzie, którzy szczerze żałują mojego odejścia – powiedziała czystym, opanowanym głosem.

Bailey i MJ błyskawicznie odwróciły się w stronę drzwi. Przez chwilę wszystkie trzy stały bez ruchu, wpatrując się w siebie błyszczącymi oczami. Seth zobaczył, że kobiety poruszyły się jednocześnie. Rzuciły się przez pokój ku sobie. Ich ruchy miały zdumiewający urok. Chwilę potem padły sobie w objęcia, mówiąc i płacząc równocześnie.

Trójkąt, odruchowo pomyślał Seth i zmarszczył czoło. Trzy połączone punkty stanowiące zamkniętą, geometryczną figurę. Zupełnie jak złoty trójkąt, w którego wierzchołki wprawiono przed wiekami bezcenne kamienie, mogące, jak głosiła legenda, obdarzyć człowieka boską potęgą i uczynić nieśmiertelnym.

– Sądzę, że powitanie trochę potrwa – spokojnie oznajmił Cade. Gestem wskazał Sethowi drzwi do holu. Widząc jego wahanie, uniósł brwi. – Nie sądzę, aby zamierzały stąd wyjść.

Seth wzruszył lekko ramionami i wycofał się z pokoju. Postanowił dać kobietom dwadzieścia minut.

– Chciałbym skorzystać z telefonu – powiedział do Cade’a.

– Jeden aparat jest w kuchni – odparł gospodarz. – Zwrócił się do mężczyzny o pokiereszowanej twarzy: – Jack, napijesz się piwa?

Jach uśmiechnął się szeroko.

– Z największą przyjemnością.

– A więc miałaś amnezję – chwilę później Grace powtórzyła dopiero co zasłyszane słowa. Obie z Bailey siedziały przytulone na kanapie. MJ zajęła miejsce na podłodze, u ich stóp. – Nic nie pamiętałaś?

– Absolutnie nic. – Bailey nie puszczała ręki Grace, jakby obawiała się, że przyjaciółka zaraz zniknie. – Ocknęłam się w okropnym, małym pokoju hotelowym, nie pamiętając ani o milionie dolarów w gotówce, ani o diamentach. Wzięłam książkę telefoniczną i z listy detektywów na chybił trafił wybrałam Cade’a Parrisa.

– Co było dalej?

– Cade bardzo mi pomógł. Bez niego nie dałabym sobie rady – ciągnęła Bailey. Szczególny ton jej głosu sprawił, że Grace i MJ wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Uznały, że na ten temat szerzej pogadają później. – Zaczęłam sobie przypominać oderwane fakty. Was pamiętałam jak przez mgłę. Nic nie układało się w logiczną całość. To Cade wydedukował genialnie, że moja amnezja ma coś wspólnego z firmą Salvinich. A potem mnie tam zawiózł. No i... włamał się do środka.

– Zjawiliście się na krótko przed nami – wtrąciła MJ. – Jack zauważył uszkodzone zamki przy tylnym wejściu.

– A więc znaleźliśmy się w środku – ciągnęła Bailey. Jej oczy, zaczerwienione od płaczu, znów wypełniły się łzami. – I wtedy przypomniałam sobie wszystko. Jak moi przyrodni bracia postanowili ukraść trzy niebieskie diamenty, a zamiast nich zostawić wykonane własnoręcznie kopie. Przypomniałam sobie, że aby im to uniemożliwić, wysłałam do was dwa z tych kamieni. Byłam potwornie głupia... Jak mogłam zrobić coś tak idiotycznego?

– To wcale nie było złe – zaprotestowała Grace, czule obejmując Bailey. – Uważam, że postąpiłaś sensownie. Miałaś za mało czasu, aby wymyślić lepsze rozwiązanie.

– Powinnam od razu zawiadomić policję, ale byłam przekonana, że sama sobie poradzę. Poszłam do biura Thomasa powiedzieć mu, iż przejrzałam ich brudne machinacje. I wtedy zobaczyłam... – Zaczęła drżeć na całym ciele. – Ujrzałam, jak się biją. Walczyli na śmierć i życie. To było straszne. Za oknami szalała burza. Co chwila błyskawice rozjaśniały wnętrze i oświetlały ich twarze. W pewnej chwili Timothy złapał z biurka nóż do otwierania listów. Zgasło światło, ale przez błyskawice nadal było jasno jak w dzień. Widziałam, co Timothy zrobił... Thomasowi. To było okropne. Tyle krwi...

– Przestań – szepnęła MJ, poklepując Bailey po kolanie. – Zapomnij o wszystkim. Nawet myślami nie wracaj do tamtej koszmarnej sceny.

– Muszę. – Bailey pokręciła głową. – Timothy mnie zobaczył, Grace. Zamierzał mnie też zabić, żeby pozbyć się świadka. Rzucił się w moją stronę, ale zdążyłam porwać torbę z ich pieniędzmi i po ciemku uciekłam z pokoju. Ukryłam się w małej niszy pod schodami. Przez szpary widziałam, jak mnie szuka. Miał ręce umazane krwią. Nadal nie wiem, co działo się potem. I jak dostałam się do tego okropnego hotelowego pokoju.

Grace słuchała tej opowieści z przerażeniem. Bailey, jej spokojną i zrównoważoną przyjaciółkę, ścigał morderca.

– Najważniejsze, że udało ci się uciec – powiedziała. – Teraz jesteś bezpieczna. – Grace spojrzała na MJ siedzącą na podłodze. – Wszystkie jesteśmy całe i zdrowe. Nie stanie się nam nic złego. – Uśmiechnęła się z trudem.... – A jak ty spędziłaś weekend? – spytała drugą, milczącą dotychczas przyjaciółkę.

– Uciekałam z łowcą nagród, byłam przykuta kajdankami do łóżka w tanim, obskurnym motelu i strzelało do mnie dwóch zbirów. No, a potem odbyłam krótką podróż do twojego wiejskiego domu.

Grace z trudem zachowywała spokój. Mówiąc o łowcy nagród, MJ miała pewnie na myśli mężczyznę o imieniu Jack. O długich, brązowych włosach ściągniętych z tyłu głowy, pokaleczonej twarzy i szarych oczach. Oraz zabójczym uśmiechu. Kajdanki, motele i strzelanina. Skupiła uwagę na ostatnich słowach MJ.

– Byłaś w moim domu? Kiedy?

MJ opowiedziała zwięźle, co się wydarzyło od jej pierwszego spotkania z Jackiem. O tym, jak najpierw usiłował ją uprowadzić, przekonany, że jest ścigana przez sąd za niezapłacenie kaucji. I jak wreszcie się dogadali, połączyli siły i usiłowali dojść do sedna tej zagadkowej sprawy.

– Dużo myśleliśmy na ten temat – oświadczyła. – I doszliśmy do wniosku, że istnieje ktoś, kto z ukrycia pociąga za wszystkie sznurki. Ale w naszym śledztwie nie posunęliśmy się daleko. Urzędnik, który wręczył Jackowi fałszywy nakaz doprowadzenia mnie do sądu, jest martwy. Nie żyją też dwaj faceci, którzy nas ścigali. Zginęli w wypadku samochodowym. A także bracia Salvini.

– I Melissa – szeptem dodała Grace.

– Melissa? – zdziwiła się Bailey. – Czy to ona była tą martwą kobietą znalezioną w twoim domu?

– To więcej niż pewne. Kiedy wróciłam do siebie, zastałam policjanta. Cały dom był przewrócony do góry nogami oraz kompletnie zdewastowany. Policja znalazła w nim zamordowaną kobietę. Była przekonana, że to ja. – Grace urwała. Musiała się uspokoić. Ostrożnie wciągnęła do płuc powietrze i po chwili je wypuściła. – Melissa wypadła przez balustradę na piętrze, a raczej została zepchnięta. Gdy to się stało, byłam daleko od domu.

– Gdzie? – spytała MJ. – Dokąd właściwie pojechałaś? Kiedy z Jackiem dotarliśmy do twojego wiejskiego domku, był zamknięty na cztery spusty. Byłam jednak pewna, że dopiero co go opuściłaś. Czułam w powietrzu zapach twoich perfum.

– Wyruszyłam stamtąd wczoraj rano. Nagle zachciało mi się popatrzeć na morze, więc zjechałam na Wschodnie Wybrzeże. Zatrzymałam się w małym pensjonacie. Spacerowałam wzdłuż plaży, oglądałam sklepy ze starociami i zwiedzałam miasteczko. Wyjechałam wieczorem. Z pensjonatu dzwoniłam do was, ale odpowiedziały mi automatyczne sekretarki. Miałam jakieś złe przeczucia, więc ruszyłam w drogę powrotną. – Zamknęła na chwilę oczy. – Byłam półprzytomna. Tuż przed weekendem stała się straszna rzecz. Straciliśmy jedno z dzieci.

– Och, Grace, bardzo ci współczuję.

– Właściwie powinnam się do tego przyzwyczaić. Moi podopieczni mają od urodzenia AIDS, dziury w sercu lub inne straszne choroby. Wielu z nich umiera, ale ja ciągle nie mogę się z tym pogodzić. Chyba dlatego wyjechałam z miasta. Dopiero pod koniec wyprawy zaczęłam sensowniej myśleć. Martwiłam się o was. A gdy wróciłam, zastałam w domu gliniarza, który mnie tu przywiózł. Pytał o diament. Nie miałam pojęcia, co mogę mu powiedzieć, więc milczałam.

– Złożyłyśmy już na policji pełne zeznania – oświadczyła Bailey. Westchnęła głęboko. – Ani Cade, ani Jack chyba nie przepadają za porucznikiem Buchananem, ale przyznają, że jest świetnym policjantem. Oba diamenty są już bezpieczne. Podobnie jak my.

– Jest mi niezmiernie przykro, że przeżyłyście tak okropne rzeczy. I mam wyrzuty sumienia, że mnie tu nie było.

– Twoja obecność niczego by nie zmieniła – oświadczyła MJ. – Byłyśmy rozdzielone. Podobnie jak diamenty. Może tak chciał los.

– Teraz już jesteśmy razem. – Grace wzięła za ręce przyjaciółki. – Co jeszcze się nam przydarzy?

Do pokoju wszedł Seth. Obojętnym spojrzeniem obrzucił kobiety, a potem zatrzymał wzrok na Grace.

– Pani Fontaine – zwrócił się do niej – gdzie jest diament?

Podniosła się i wzięła torebkę leżącą na brzegu kanapy. Otworzyła ją, wyciągnęła aksamitny woreczek i wysunęła diament na rozwartą dłoń.

– Prawda, że wspaniały? – Wpatrywała się w kamień mieniący się w świetle chłodnym, niebieskim blaskiem. – Mówi się, że diamenty są zimne, kiedy się ich dotyka. Bailey, czy to prawda? Ten jest inny. Tkwi w nim jakieś wewnętrzne ciepło. – Grace podniosła głowę i napotkała wzrok Setha. – Ilu jeszcze ludzi zginie z jego powodu?

Podała kamień Sethowi. Kiedy biorąc diament, dotknął jej dłoni, doznała wstrząsu.

– Robi wrażenie – wydusiła po chwili z trudem.

Seth pozostał obojętny i oficjalny.

– Tak, jest niesamowity – przyznał. – I chyba nawet pani, pani Fontaine, nie byłoby na niego stać – dodał z nutką złośliwości w głosie.

Nie, pomyślała rozczarowana, nie poczuł niczego. Musiało się jej przywidzieć. Była przemęczona i zdenerwowana.

– Wolę precjoza mniej rzucające się w oczy – odrzekła.

Bailey podniosła się z kanapy.

– Ja odpowiadam za Gwiazdy, chyba że dyrekcja Smithsonian postanowi inaczej. – Spojrzała na Cade’a stojącego w drzwiach. – Umieścimy je w skarbcu. A jutro z samego rana skontaktuję się z przedstawicielem Smithsonian, doktorem Linstrumem.

Seth obrócił w dłoni bezcenny kamień. Chyba mógł go skonfiskować, podobnie jak pozostałe. Bądź co bądź, stanowiły dowody rzeczowe w kilku sprawach o morderstwo. Nie miał jednak ochoty wracać teraz do komendy i wieźć samemu, własnym samochodem, takich kosztowności.

Drażnił go Cade Parris. Nie lubił faceta, ale uważał za uczciwego. No i, formalnie rzecz biorąc, diamenty znajdowały się pod opieką Bailey James, dopóki przedstawiciele Smithsonian ich nie zabiorą. Zastanawiał się, co będą mieli do powiedzenia, gdy usłyszą o podróżach, które ostatnio odbyły Trzy Gwiazdy. Ale to już nie jego sprawa.

– Dobrze go zamknij – mruknął do Cade’a, wręczając mu diament. Zwrócił się do Bailey: – Pani James, jutro rano sam porozmawiam z doktorem Linstrumem.

Cade zrobił krok w kierunku Setha.

– Słuchaj, Buchanan... – zaczął gniewnym tonem.

– Cade. – Bailey stanęła między najeżonymi mężczyznami. – Porucznik ma rację. Ta sprawa należy teraz do niego.

– Należy także do mnie – warknął detektyw, rzucając Sethowi jeszcze jedno nieprzyjazne spojrzenie.

– Dziękuję, poruczniku, że tak szybko przywiózł pan Grace.

Seth spojrzał na wyciągniętą rękę Bailey James. Jak do pożegnania. Ta kobieta go odprawiała.

– Przykro mi, że zakłóciłem pani spokój – odparł zdawkowo. Zatrzymał wzrok na MJ. – Pani O’Leary, proszę nie opuszczać miasta.

– Nigdzie się nie wybieram – oświadczyła MJ. – I niech pan jedzie ostrożnie, poruczniku.

Odprawiony po raz drugi, spojrzał na Grace.

– Zabiorę panią, pani Fontaine.

– Ona nigdzie nie wychodzi. – MJ w mgnieniu oka stanęła przed Grace, jak tygrysica osłaniająca swe młode. – Nie wróci dziś do domu. Zostanie z nami.

– Jeśli nie chce pani jechać do domu, może będzie wygodniej złożyć zeznanie w komendzie – sucho zaproponował Seth.

– Chyba nie mówi pan poważnie... – zaczęła Bailey.

Zmierzył ją ostrym wzrokiem.

– Mam ciało w kostnicy. To poważna sprawa i tak ją traktuję.

– Wielki z ciebie służbista, Buchanan – wtrącił się Jack. W jego głosie zabrzmiała groźba. – Może obaj przejdziemy do sąsiedniego pokoju i... pogadamy inaczej?

Grace zrobiła krok w przód. Na jej wargach ukazał się uśmiech.

– Ty jesteś Jack, mam rację?

– Tak. – Oderwał wzrok od Setha i odwzajemnił uśmiech. – Jack Dakota – przedstawił się. – Miło mi poznać... Miss Kwietnia.

– Jak widzę, odżywa moja niechlubna młodość. – Jack przypomniał Grace nagie zdjęcie na rozkładówce „Playboya”. Roześmiała się i pocałowała go w pokaleczony policzek. – Doceniam twoją gotowość do walki z porucznikiem. Ale, Jack, sam wyglądasz tak, jakbyś już miał za sobą dobre parę rund.

Z zawadiackim uśmiechem przeciągnął palcem po pokiereszowanej szczęce.

– Jeszcze stać mnie na kilka następnych.

– Nie wątpię. Niestety, ten gliniarz ma rację. – Grace uśmiechnęła się teraz chłodno do Setha. – Jest raczej nietaktowny, ale to inna sprawa. Musi wyjaśnić kilka rzeczy. Powinnam z nim pojechać.

– Nie wrócisz do domu – oświadczyła Bailey.

– Nic mi się nie stanie. Jeśli jednak nie macie nic przeciwko temu, to załatwię sprawę, wezmę z domu trochę niezbędnych rzeczy i wrócę. – Spojrzała na Cade’a. – Czy masz jakieś zapasowe łóżko?

– Jasne, że mam. Pojadę z tobą, pomogę spakować rzeczy i z powrotem tu cię przywiozę. Zgoda?

– Lepiej zostań z Bailey. – Grace podeszła do detektywa i wargami musnęła jego policzek. – Jestem pewna, że porucznik i ja damy sobie radę. – Wzięła torebkę i serdecznie uściskała przyjaciółki. – Nie martwcie się o mnie. Bądź co bądź, będę pod opieką policji. – Cofnęła się i obdarzyła Setha uwodzicielskim uśmiechem. – Czy mam rację, poruczniku?

– Jak najbardziej.

Odsunął się od drzwi i przepuścił Grace. Milczała, dopóki nie znaleźli się w jego wozie.

– Chcę zobaczyć ciało – oświadczyła. Uniosła rękę na widok czterech osób stłoczonych we frontowych drzwiach i obserwujących ich odjazd. – Musi pan... to znaczy powinno się ją zidentyfikować, prawda?

Zaskoczyła go ta propozycja, ale nie dał nic po sobie poznać. Skinął głową.

– Więc zróbmy to od razu. A potem odpowiem na pańskie pytania. Wolałabym, abyśmy załatwili to w komendzie. Mój dom nie jest jeszcze gotowy na przyjęcie gości – dodała ze sztucznym uśmiechem.

Przewidywała, że to będzie trudne, a nawet okropne. Zmobilizowała całą odwagę, a przynajmniej tak się jej wydawało. Spoglądając w kostnicy na zwłoki, uznała, że na nic była wszelka mobilizacja. Nie mogła się przygotować na tak przerażający widok.

Trudno było dziwić się policji, że pomylili ją z Melissą. Z twarzy stryjecznej siostry właściwie nie pozostało nic. Śmierć okazała się okrutna. Ze względu na swe stałe szpitalne kontakty Grace zdawała sobie z tego sprawę.

– To jest Melissa – oznajmiła zbielałymi wargami. Jej głos odbił się echem w zimnym, białym pomieszczeniu. – Moja stryjeczna siostra, Melissa Fontaine.

– Czy jest pani tego pewna?

– Tak. Chodziłyśmy razem na gimnastykę. Znam świetnie jej ciało. Na plecach, trochę na lewo od kręgosłupa, ma znamię w kształcie sierpu, a na lewej stopie małą bliznę. Jako dziecko weszła boso na rozbite szkło.

Seth odsunął się od Grace, odnalazł bliznę, a potem skinął na asystenta policyjnego lekarza.

– Współczuję pani z powodu tej straty.

– Tak. Jestem tego pewna. Przepraszam.

Grace odwróciła się nagle i ruszyła sztywno do wyjścia. Przy drzwiach nogi się pod nią ugięły.

Przeklinając w myśli własną głupotę, Seth złapał ją w ostatniej chwili. Wyprowadził na korytarz i posadził na krześle. Pochylił jej głowę, tak że znalazła się między kolanami.

– Nie zemdleję.

Walczyła z ogarniającą ją słabością. Było jej niedobrze.

– Zmyliła mnie pani.

– Jestem kobietą zbyt wyrafinowaną, aby pozwolić sobie na tak prostacką reakcję jak omdlenie. – Głos Grace się załamał. Opuściła ramiona i przez chwilę trzymała nisko głowę. – Och, Boże! Melissa nie żyje. Dlatego, że mnie nienawidziła.

– Co takiego?

– Nieważne. Już jej nie ma. – Grace wzięła się w garść, wyprostowała na krześle i oparła głowę o zimną, białą ścianę. Tak samo bezbarwna stała się jej twarz. – Muszę zadzwonić do ciotki. To znaczy do matki Melissy. Powiedzieć, co się stało.

Seth wpatrywał się w nią ze współczuciem. Mimo niezwykłej bladości wciąż była uderzająco piękna.

– Proszę podać mi adres i numer telefonu pani Helen Fontaine. Zajmę się tą sprawą.

– Sama zawiadomię ciotkę.

Dopóki się nie poruszyła, nie zdawał sobie sprawy, że trzyma ją za rękę. Wziął się w garść. Podniósł się.

– Z panią Fontaine ani z jej mężem nie udało mi się skontaktować – oznajmił. – Podobno są w Europie.

– Wiem, gdzie jest ciotka. – Grace odrzuciła w tył włosy, ale nie próbowała wstać. Uznała, że jest na to jeszcze za wcześnie. – Ja ją znajdę. – Na samą myśl, że będzie musiała wykonać ten koszmarny telefon, Grace ścisnęło w gardle. – Czy mogę dostać trochę wody? – spytała słabym głosem.

Kroki Setha niosły się głośnym echem, gdy szedł po wyłożonej kafelkami podłodze. A potem zapanowała cisza. Piekielna cisza, przywodząca na myśl czynności wykonywane w tym ponurym budynku. W powietrzu unosił się mdły zapach, mimo ostrej woni środków dezynfekujących.

Grace wzięła od Setha papierowy kubek. Trzymała go w obu dłoniach i piła powoli, koncentrując się wyłącznie na prostej czynności, jaką było przełykanie zimnego płynu.

– Dlaczego pani nienawidziła?

Grace ledwie usłyszała pytanie.