Tajemnice starego domu - Ilona Gołębiewska - ebook + audiobook
Opis

Nowa powieść autorki bestsellerowego Powrotu do starego domu!

Alicja wiedzie szczęśliwe życie w swoim starym domu w Pniewie. Nagle na jaw wychodzą tajemnice z przeszłości jej rodziny. Musi się z nimi zmierzyć. Jej spokój burzy odnaleziony przypadkiem dokument. Podejmuje prywatne śledztwo. Czy po latach odnajdzie kobietę, która może być jej siostrą?

Porywa się także na rzecz z pozoru całkowicie niemożliwą. Pragnie adoptować Michałka, którego pokochała już przy pierwszym spotkaniu. Czy w realiach polskiego prawa samotna kobieta, która zbliża się do czterdziestki, ma jakiekolwiek szanse w sądzie? Zdesperowana Alicja podejmuje bez wahania tę walkę. Wspiera ją przyjaciółka Dorota, wpadająca ciągle w nowe tarapaty, i ukochany Adam, który zupełnie się nie spodziewa, że życie kolejny raz z niego zakpi.

Pewnego dnia Alicja otrzymuje list z Berlina od nieznanego jej Jonasa Kleina. Okazuje się, że jest on wnukiem Elizabeth Bauer, z którą jej dziadek, Jan Pniewski, przebywał w obozie zagłady. Alicja i Jonas chcą razem rozwikłać zagadkę tajemniczych dokumentów, które Jan Pniewski tłumaczył w obozie dla Elizabeth, a po swoim cudownym ocaleniu ukrył gdzieś „pośród polskich drzew na polskiej ziemi”. Przy okazji Alicja dowiaduje się o sekrecie Henryka Sokolskiego. Czy okaże się, że był zdrajcą i przez niego omal nie zginęli Elizabeth i Jan?

Intrygująca, mocna i poruszająca powieść o tym, że czasami wystarczy jedna chwila, by na kawałki rozpadł się wizerunek idealnej rodziny, a jej mroczne tajemnice sprowadziły problemy na kolejne pokolenia. Autorka udowadnia, że często niemożliwe staje się możliwe, a jedna pozornie błaha decyzja może zaważyć na życiu wielu osób.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 429

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 5 min

Lektor: Joanna Gajór

Popularność


Projekt okładki: Izabella Marcinowska

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Anna Sawicka-Banaszkiewicz, Daria Armańska

Ta książka jest fikcją literacką i wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe. Prawdziwe są tylko miejscowości, w których rozgrywa się akcja powieści: Pniewo, Pułtusk, Wyszków i Warszawa.

Zdjęcia wykorzystane na okładce

© Stockphoto.com/FooTToo

© Elina-Lava/Shutterstock

© mkos83/Shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2017

ISBN 978-83-287-0789-4

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2017

Powieść dedykuję moim Babciom i Dziadkom:

Jadwidze i Henrykowi Kuczyńskim,

za stary dom w Pniewie, moje szczęśliwe dzieciństwo

oraz Waszą miłość do kultury i sztuki regionu,

Teresie i Franciszkowi Gołębiewskim,

za stary dom w Nowej Wsi, Waszą życzliwość i wsparcie

oraz mądre rozmowy o życiu.

Byliście, jesteście i będziecie częścią mojej historii.

Dzisiaj jest dzień, aby być szczęśliwym!

Wczoraj: już przeminęło.

Jutro: dopiero nadejdzie.

Człowiek jest tajemnicą, z tajemnicy przybywa i w tajemnicę odchodzi.

MARIA DĄBROWSKA

PrologW tym miejscu czas się zatrzymał

Cisza czarnej jak smoła nocy od dawna była dla Alicji najlepszym lekarstwem na bezsenne godziny. Ogrzewała dłonie, trzymając kubek wypełniony po brzegi słodką czekoladą. W powietrzu unosił się jej aromat. Lubiła takie beztroskie noce. Tylko ona i cisza. Spojrzała w okno, na którym mróz wymalował misterne witraże. Kiedy była małą dziewczynką, wierzyła, że w ciemną noc do każdego domu przychodzi dobra wróżka, by ustroić okna malowanymi szronem kwiatami, pióropuszami, gałązkami. Chciała tym sprawić wielką radość małym dzieciom, by w zimowe poranki mogły cieszyć się tak pięknym widokiem.

Uśmiechnęła się na to wspomnienie. Ile zostało w niej jeszcze z tej małej Alicji, która wierzyła, że świat jest krainą szczęśliwości, a każdy spotkany człowiek ma dobre zamiary? Życie bardzo szybko pozbawiło ją złudzeń. Brutalnie zabrało wszystko, co było dla niej najważniejsze.

Nie będzie myśleć o tym teraz! Niech magia tej nocy trwa jak najdłużej. Przecież w tym miejscu, w tym starym domu, miała cały swój świat na wyciągnięcie ręki. Jakby czas się zatrzymał i dał gwarancję szczęścia dla jej rodziny.

Wstała cicho od stołu. Podeszła do dębowych drzwi i delikatnie je uchyliła. Jej oczom ukazał się największy skarb, jaki mogła dostać od losu. Dwoje małych urwisów, Rozalka i Michałek. Codziennie wypełniają te stare drewniane ściany radosnym śmiechem, zabawą i niezliczoną ilością pytań.

Ile to już razy siedziała przy nich w nocy i słuchała ich spokojnych oddechów, jak matka czuwała całą noc przy nich i dziękowała w myślach za ten cud.

Rozalka i Michałek są dla Alicji prawdziwym cudem. Zna na pamięć każdy szczegół ich twarzy, zna ich wszystkie tajemnice, marzenia, obawy. Zawsze jest przy nich. Pomaga im iść przez życie. Wie doskonale, czym jest prawdziwie bezinteresowna miłość.

Michałek zazwyczaj śpi w kąciku łóżka. Jakby się chciał przed kimś schować. Tuli do siebie pluszowego misia, którego dostał od rodziców. Bardzo za nimi tęskni i chce o nich wiedzieć jak najwięcej. Jeszcze do niedawna miał złe sny. W nocy tak mocno ściskał dłońmi poduszkę, że rano miał opuchnięte piąstki. Teraz jest już lepiej. Ma spokojniejszy sen. Powoli oswaja demony przeszłości.

Za to Rozalka ciągle się odkrywa, często się budzi. Potrafi swoim płaczem postawić na nogi cały dom. Chce mieć wszystkich blisko siebie. Wciąż jest w niej lęk, że za chwilę znowu zostawi ją ktoś z rodziny. Ciągle dopytuje, czy jeszcze kiedyś będzie mogła zobaczyć swoją mamę. Każdej nocy przed zaśnięciem zadaje trudne pytania.

Rozalka i Michałek. Dwa małe skarby Alicji, dla których ten stary dom stał się bezpieczną przystanią. To tutaj będą wracać z niebezpiecznych rejsów swojego życia. Za każdym razem będą na nich czekać najbliżsi, którzy zawsze uchronią ich przed złem.

Alicja okryła dzieci kołdrą i każde pocałowała w policzek. Po raz kolejny poczuła wdzięczność, że może być częścią ich życia. Po cichu wyszła z pokoju i zajrzała w sąsiednie, uchylone drzwi.

Jej ciało przeszył przyjemny dreszcz, będący połączeniem miłości, pożądania i nadziei. W łóżku spał Adam. W białej pościeli, z odsłoniętym torsem wyglądał niczym grecki bóg z obrazu słynnego malarza. Zawsze, gdy ukradkiem obserwowała śpiącego Adama, widziała nie tylko jego piękne ciało, widziała przede wszystkim mężczyznę, który pokochał ją całym sercem. Przegnał wszystkie lęki i sprawił, że na nowo pokochała życie. Był jej przyjacielem, jej obrońcą, jej wielką miłością.

Posłała Adamowi pocałunek na dobry sen i wróciła do kuchni. Pod wpływem magii tej zimowej nocy postanowiła wyjść na zewnątrz.

Włożyła kurtkę i ciepłe buty. Już po chwili stanęła na ukochanej werandzie. Wciągnęła głęboko w płuca mroźne powietrze. Białe płatki rozpostarły na zmarzniętej ziemi lekki śnieżny dywan. Podwórze wyglądało jak zaczarowana kraina z bajki. Czuła całą duszą, że na pewno jest we właściwym miejscu i że tutaj czas się zatrzymał. Zamknęła oczy. Powróciły wspomnienia.

Przypomniała sobie, jak w zimowe noce siedzieli razem z dziadkiem okryci ciepłymi kocami na werandzie, by móc podziwiać nocne niebo usiane gwiazdami. To były te chwile, które na zawsze miały zapisać się w pamięci małej Alicji.

– Tak śmiesznie wirują, a potem hop! I już są na ziemi! Ciekawe, czy je boli, kiedy spadają?

Tamtej nocy był siarczysty mróz, ale Alicja uparła się i namówiła dziadka na nocne oglądanie gwiazd. To była jej ulubiona zabawa.

– To tylko płatki śniegu, nic nie czują. Chociaż są też podobne do ludzi.

– Są podobne do nas? Ciekawe jak?

– Widzisz, jeśli na ziemię spadnie jeden płatek, to wystarczy chwila i już go nie ma. Ale jeśli w jedno miejsce spadnie wiele płatków, wtedy warstwa śniegu robi się gruba i długo się utrzyma. Nawet przez kilka dni.

– I jutro zrobimy z niej bałwana! Zaraz jak tylko wstanę! Obiecaj, dziadziusiu!

– Obiecuję, jutro będzie stał przed domem piękny bałwan. A teraz posłuchaj dalej… Jeden płatek to tak jak jeden człowiek. Może sobie radzić przez bardzo długi czas, ale przyjdzie taki moment, że już sam nie da rady. Samemu w życiu jest naprawdę bardzo ciężko.

– A dużo płatków to dużo ludzi. Tak jak u nas! Zawsze trzymamy się razem!

– Mądra z ciebie dziewczynka. Dużo płatków to tak jak dużo ludzi. Jeśli są razem, to mogą sobie nawzajem pomagać. Wtedy mają więcej siły, nie można ich pokonać.

– Ale przecież my nie jesteśmy sami! Jestem ja, jesteś ty, są babcia, mama, tata. Jest nas dużo!

– Masz rację, moja perełko kochana. Tylko pamiętaj, że jak już będziesz duża, to zawsze miej dobre serce dla ludzi i staraj się ich mieć za swoich przyjaciół. Będzie ci w życiu łatwiej i nigdy nie będziesz sama. Tak jak teraz.

– A ty kiedyś byłeś sam?

– Na szczęście zawsze miałem obok siebie wspaniałych ludzi. To oni pomogli mi przeżyć najgorsze chwile mojego życia. Mieli wiele twarzy, wiele imion. I dobre serca.

Mądre to były rozmowy. O życiu, ludziach, marzeniach. Stały się dla niej drogowskazem na całe dorosłe życie. Ich wspominanie było jak koło ratunkowe. Bezcenne w sytuacjach, gdy wydawało się, że życie nie ma już sensu i próżno szukać nadziei. W życiu Alicji było wiele chwil, gdy smutek i zwątpienie mieszały się z brakiem wiary we własne siły i w sens życia. Powodem byli nie tylko źli ludzie. Alicja straciła też wolę walki, walki o siebie i swój los.

To właśnie tu zaczęła swoje życie od nowa. Po latach wróciła jednak do starego domu. Dzień po dniu budowała własne szczęście na silnych fundamentach. Niedługo minie rok od jej powrotu. Rok cudów. Bo inaczej go nazwać nie można. Kilka miesięcy wywróciło jej życie do góry nogami, sprowadziło szczęście i odbudowało wiarę w ludzi.

Ten powrót zmienił na zawsze życie Alicji. Czas wystawił jej serce na wiele ciężkich prób. Zwyciężyła. Walka uczyniła z niej kobietę silną i niezależną, która już nie pozwoli, by jej szczęście zburzył zły los.

Historia zatoczyła krąg. Stary dom na nowo stał się centrum jej świata, twierdzą, do której prowadzą wszystkie drogi. Ten dom to czas i ludzie, o których pamięć nigdy nie zblaknie, to wspomnienia, ale i nieopowiedziane dotąd historie.

Życie trwa dalej.

Z przeszłości powracają tajemnice starego domu…

W starym domu dziś znalazłam spokój tamtych lat,

Powróciły te wspomnienia niczym serca znak.

To jest przystań na kolejne życia rozdziały,

Kruche chwile naszej miłości prawdą się stały.

W szalonym pędzie czas zatoczył wielki krąg,

Na mojej mapie znów jest dzisiaj stary dom.

Rozdział IZ rodzinnego albumu – o pierwszej Wigilii w starym domu, niezwykłej przyjaźni pokoleń, szczęśliwej miłości i tajemnicy, która nie pozwala zaznać spokoju

Czas i miejsce spraw najważniejszych

Podwórko migotało milionem światełek. Delikatnie płatki śniegu tworzyły na ziemi puszysty dywan. Drzewa, domy, płoty i drogi były jak z bajki, jak z pogranicza jawy i snu. Na dworze panowała cudowna cisza. Wydawało się, że słychać szelest prószącego śniegu. Gwiazdy na nocnym niebie świeciły mocniejszym niż zwykle blaskiem. Mroźne powietrze przypominało, że to środek srogiej zimy. Jednak serca przepełniały błogi spokój i radość, że ten wymarzony dzień stał się prawdą. Na wyciągnięcie ręki był świat wypełniony po brzegi szczęściem i miłością.

Stary dom przypominał miejsce wprost z baśni o Królowej Śniegu i jej krainie. Na dachu piętrzyła się coraz większa warstwa białego puchu, co sprawiało, że dom podobny był do ciastka z dużą porcją bitej śmietany. Z komina unosił się siwy dym. Prosto do nocnego nieba. Na werandzie świeciły delikatnie lampki w kształcie sopli lodu. Równo rozwieszone wyglądały jak brylanty. Ale to nie było jedyne światło tej zimowej nocy. Przez lekko uchylone okiennice można było dostrzec wnętrze starego domu i zobaczyć jego mieszkańców. Od tego niezwykłego widoku biło cudowne ciepło. Miało się nieodpartą chęć, żeby zapukać do drzwi i dołączyć do domowników.

Pośrodku dużego pokoju stała choinka, której zapach roznosił się po całym domu. Dziesiątki lampeczek i przecudne ozdoby były dumą dzieci. Przy choince stał stół przykryty białym obrusem. Na nim równo ułożona biała zastawa dla każdego gościa. I jedno puste miejsce czekające na zbłąkanego wędrowca. Przecież zawsze ktoś mógł zapukać do drzwi. Pod obrusem gospodarz domu ukrył siano i biały opłatek na pamiątkę wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. W tle radosnych rozmów słychać było kolędy. Wszystkim towarzyszyła ta sama myśl: to spełnienie marzeń o ciepłym domu i rodzinie, które pozwoli pokonać wszystkie trudności na krętych drogach życia.

Tak właśnie wspominam ten niezwykły dzień i nasz stary dom, który po tylu latach na nowo stał się miejscem dla zbłąkanych wędrowców. Przecież każdy człowiek czegoś się boi, kogoś kocha i coś stracił. Jesteśmy do siebie tacy podobni. Radość i szczęście są wyborem. Teraz już to wiemy. Ale musieliśmy przejść naprawdę długą drogę. Wszyscy ją przeszliśmy. Poturbowani przez życie, szukający swojego miejsca i kogoś, kto poda pomocną dłoń i powie, że już nigdy nas nie opuści.

Szczególnie ja, Alicja Pniewska, właścicielka starego domu i pani swojego życia. Wreszcie mogę tak o sobie powiedzieć. Jeszcze rok temu moje życie ani odrobinę nie przypominało obecnego. Wtedy myślałam tylko o tym, że ktoś zabrał mi prawo do szczęścia, a ja nie mam już siły o nic walczyć. Nie miałam nawet siły do życia. Chciałam zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Wtedy widziałam tylko jedno wyjście, ale na szczęście niektóre życzenia się nie spełniają.

W moim kominku dopala się właśnie skwierczący ogień. Jeszcze przed chwilą jasne płomienie zdawały się szukać ucieczki. Teraz zapadła cisza. Jest tak błogo. W powietrzu wciąż unosi się zapach pomarańczy i goździków. Rozalka i Michałek poustawiali swoje kompozycje w całym domu. To oni odpowiadali za świąteczne dekoracje i ustrojenie choinki. Dzięki dzieciakom te ostatnie święta były czasem tak niezwykłym.

Dzisiaj mija dokładnie miesiąc od Wigilii, kiedy zasiedliśmy w komplecie przy świątecznym stole.

Pamiętam doskonale każdą sekundę.

– Zuzia mówi, że Święty Mikołaj nie istnieje, bo go jeszcze nigdy nie widziała. – Michałek od rana wyczekiwał najważniejszego gościa. W liście do Świętego Mikołaja skromnie wyjaśnił, że był w tym roku nadzwyczajnie grzeczny. Nawet wspomniał, że dzięki niemu powstała nowa rodzina! Mój mały chłopiec!

– Michałku, Święty Mikołaj co roku odwiedza Zuzię i Zosię zawsze wtedy, gdy już smacznie śpią. Przecież ma bardzo dużo pracy w Wigilię i nie może wszystkich odwiedzić przy kolacji. Po prostu by nie zdążył – tłumaczyła Dorota z niezwykłym spokojem. Razem z Maćkiem i dziewczynkami byli najbardziej wyczekiwanymi gośćmi w starym domu.

– Czyli jest szansa, że do nas dzisiaj naprawdę przyjdzie? – Michałek szukał sposobu na ściągnięcie do domu radosnego staruszka.

– Masz moje słowo, że przyjdzie. A ja zawsze słowa dotrzymuję, prawda? – wtrąciłam swoje trzy grosze, widząc wielkie strapienie na twarzy mojego chłopca.

– Bo jesteś najlepszą mamą Alicją pod słońcem! – Rzucił mi się na szyję i obsypał słodkimi jak miód pocałunkami. Zawsze będę powtarzać, że spotkanie Michałka było najlepszym prezentem, jaki kiedykolwiek dostałam od życia.

– A dziadziusia też kochasz? – zapytał nieśmiało Henryk Sokolski.

Siedział pod kaflowym piecem i miał zamknięte oczy. Ubrany odświętnie, z przystrzyżonymi włosami i brodą wyglądał jak mędrzec z dawnych baśni i legend. Doskonale wiedziałam, co też może zaprzątać jego myśli.

Skoro świt przyszedł do starego domu, by snuć opowieści o Wigilii, którą przeżył w obozie razem z moim dziadkiem Janem i innymi więźniami. Nawet w tym piekle chcieli stworzyć chociaż na chwilę namiastkę domu i rodzinnej świątecznej wieczerzy. Wigilijnym daniem były skórki chleba, które więźniowie gromadzili przez kilka dni. To był symbol ich jedności w tych trudnych chwilach i olbrzymiej nadziei, że kolejne święta spędzą ze swoimi rodzinami. Ale tylko wybrani mieli to szczęcie. Sokolski był jednym z nich. I mój dziadek, któremu także dane było wrócić do domu.

– Kocham cię, dziadku, tak bardzo, ile jest patyków w lesie! Na całym świecie! Jesteś najlepszym dziadkiem pod wszystkimi kometami kosmosu!

– Dziecko drogie, ja już wszystko mam, a nawet więcej.

Henryk otworzył zmęczone oczy i spojrzał na Michałka wzrokiem pełnym szczęścia i wdzięczności.

Nadszedł ten niezwykły czas. Wieczerza wigilijna. Michałek z dziewczynkami wypatrzyli na niebie pierwszą gwiazdkę i tradycji musiało stać się zadość. To był uroczysty moment. I bardzo wzruszający. Ze śnieżnobiałym opłatkiem w dłoni podchodziliśmy do siebie, by nawzajem życzyć sobie tego wszystkiego, czego wyczekiwały nasze serca. Czas na moment wstrzymał swój bieg. Ściany starego domu nasłuchiwały naszych życzeń i wyznań. Były świadkiem spojrzeń pełnych miłości, szacunku i troski. Takie chwile zapamiętuje się na zawsze…

Na pięknie udekorowanym stole kusiło dwanaście świątecznych potraw. Wszyscy mieli swój udział w ich przygotowaniu. Niektóre sama wyczarowałam, a inne wyszły spod ręki babci Jasi, Dorotki i Adasia. Pani Irenka też nam zrobiła miłą niespodziankę i przyniosła jeszcze kapustę z grochem i grzybami. Był oczywiście kompot z suszonych owoców, kluski z makiem, duszonka z dorsza, sabelwon, bliny, kapusta z grzybami, żur wigilijny, ziemniaki z kurkami, barszcz czerwony i wiele innych potraw.

Zasiedliśmy do stołu. Patrzyłam na moją rodzinę i przyjaciół jak na największy cud świata. Ile razy przyrzekałam sobie, że jeszcze kiedyś będę mieć blisko osoby, dla których jestem ważna? Jak często siedziałam sama pośród ciemnej nocy i wyglądając przez okno, zastanawiałam się, czy gdzieś na świecie jest ktoś, kto czuje tak jak ja? Czy są ludzie, dla których najważniejsza w życiu jest rodzina? Teraz już znam odpowiedzi na te pytania. Mam to, czego tak szukałam przez całe życie. Mam swój stary dom i swoją rodzinę.

– Babciu! Jeśli jednak zostaniesz sama z Jowiszem, to pamiętaj, o co cię prosiłem. – Michałek od kilku dni nie mógł się zdecydować, czy iść ze wszystkimi na pasterkę, czy może jednak zostać w domu i o północy porozmawiać z ukochanym kotem.

– Pamiętam, moje serduszko. Mam zapytać, czy Jowisz lubi, jak go bujasz na huśtawce.

– Babciu, a ode mnie zapytaj go, czy lubi, jak mu wiążę na szyi czerwoną kokardę. – Rozalka także wierzyła, że o północy Jowisz przemówi.

– Już nie męczcie babci. Jowisz na pewno powie jej coś ciekawego. A teraz jedzcie, bo zaraz będą…

– Prezenty!!! – odpowiedziały dzieci chórem. – Mikołaj je zostawił? – dopytywały.

– Tak, był w waszym pokoju i zostawił je na łóżkach. Musiał wejść przez komin.

No i się zaczęło! Najpierw było marudzenie, że Święty Mikołaj nie jest do końca w porządku, bo dzieciaki napisały przecież tyle listów, a on się nawet osobiście nie pofatygował z nimi porozmawiać. Potem było dochodzenie – jak to możliwe, że tak gruby staruszek zdołał wejść przez komin. Wszyscy dwoili się i troili, by sensownie wszystko wytłumaczyć. Zadanie było trudne, ale udało się!

Ja dostałam od dzieci niezwykły prezent! Piękną kompozycję z płatków suszonych kwiatów! Maluchy same to wymyśliły! Jak przyznał potem Michałek, w lecie nazbierali płatków kwiatów i powkładali do książek, żeby się zasuszyły.

– To taki ogród na zimę. Żeby nie było ci smutno, że do lata jeszcze tak daleko. – Michałkowi aż się oczy świeciły ze szczęścia. Nie przypuszczał, że ich niespodzianka zrobi na mnie tak duże wrażenie. Aż się popłakałam!

– Oprawię w ramki i postawię na biurku. Teraz u mnie przez cały rok będzie lato!

Wieczór wigilijny minął pod znakiem szczęścia. Każde nasze spojrzenie, gest, słowo – wszystko było bezcenne. A przecież to dopiero początek naszej wspólnej historii. Tylko od nas zależy, jak dalej będzie wyglądało nasze życie. Teraz już wiem, że szczęście jest tylko częścią miłości. Zwyczajnie trzeba się nauczyć o nie walczyć. Cierpienie także należy do miłości. Jest tłem dla szczęścia. To jest tajemnica miłości.

Pojechaliśmy na pasterkę. W domu została babcia Jasia i Henryk, zmęczeni po dniu pełnym emocji. Równo o północy rozpoczęła się msza w pniewskim kościele wypełnionym po brzegi ludźmi. Na ich twarzach widać było zadumę. Każdy w skupieniu przeżywał czas wielkiej nadziei. Nasze maluchy ustawiły się grzecznie przy stajence betlejemskiej i podziwiały ruchome figury. Były zachwycone! Dorota musiała jednak co jakiś czas strofować Michałka i dziewczynki. Wpadli na pomysł, że można co nieco poprzestawiać dekoracje w bożonarodzeniowej inscenizacji!

A ja? Wtuliłam się w Adama i zamknęłam oczy. To była moja definicja szczęścia. Jeszcze rok temu wszystko wydawało się być złudnym marzeniem. To był trudny czas. Musiałam się podnieść i walczyć. O szczęście dla siebie. Dla innych. Dla nas. Było warto! Zwyciężyłam wszystko, co złe!

Siła pokoleń

– Kiedy będą następne ferie? – Michałek siedział właśnie nad puzzlami, których mnóstwo dostał od pani Irenki. Miał nie najlepszy humor, bo tego dnia musiał rozstać się na dłużej z Rozalką. Pojechała z Adasiem do lekarza do Warszawy.

– Michałku, przecież ferie dopiero co się skończyły. Teraz czas brać się za naukę, jeśli naprawdę chcesz zostać w przyszłości astronautą. Przecież to twoje marzenie, prawda? – Babcia Jasia krzątała się po kuchni, co jakiś czas zerkając z uśmiechem na ukochanego wnuczka.

– Chcę być astronautą, żeby polecieć do nieba do mamy i taty. Ale coraz mniej lubię szkołę! Ferie i wakacje są za krótkie! To nie jest sprawiedliwe.

– Marudzisz od rana. Za chwilę będą naleśniki z jagodami. Twoje ulubione. Na pewno poprawią ci humor. – Babcia Jasia ze wszystkich sił starała się rozweselić Michałka.

– Rozalka mówiła, że w innych krajach dzieci nie muszą tyle chodzić do szkoły. Mają więcej wakacji i ferii. Mamo, może przeprowadzimy się do Afryki? – zapytał nieśmiało.

Spojrzałam na jego zatroskaną buzię. Wypowiadane przez niego słowo „mamo” za każdym razem przyspiesza bicie mojego serca. Odkąd w ubiegłe wakacje zaczął tak do mnie mówić, czuję się jak ktoś, kto urodził się powtórnie. I co najważniejsze, mam dla kogo żyć.

– Do Afryki? Naprawdę nie wiem, skąd bierzesz te swoje pomysły. W Afryce dzieciom jest bardzo ciężko. O ile w ogóle mogą chodzić do szkoły – odpowiedziałam z poważną miną, chociaż ledwie powstrzymywałam się od śmiechu. Czekałam na kolejną serię jego pytań.

– Bo nawet nie mają domów? – zauważył mądrze.

– Właśnie, niektóre nawet nie mają domów. Bardzo by chciały chodzić do szkoły. A ty zostawiłbyś babcię i mnie?

– Nigdy was nie zostawię! – Dla potwierdzenia swoich słów podbiegł do babci Jasi, by dać jej całusa, a potem przylgnął do mnie w mocnym uścisku. – W starym domu jest najlepiej! I mam stąd blisko do szkoły!

– Bliżej się już nie da. – Babcia Jasia spojrzała na mnie wzrokiem przepełnionym radością. Ostrożnie przewracała na patelni kolejny naleśnik.

Prawda jest jednak taka, że za pogodnym spojrzeniem babcia Jasia skrywa coraz gorsze samopoczucie. Z dnia na dzień niknie w oczach. I chociaż stara się to ukryć, doskonale wiemy, że specjalnie zwęża swoje ubrania. Nie chce nas martwić. Nie lubi, jak zwracamy na nią uwagę. Jakby nie chciała nam przeszkadzać. A przecież jest dla nas bardzo ważna. Każdy jej gorszy dzień wywołuje u nas strach. Jesteśmy przygotowani na to, że w każdej chwili może się okazać, że trzeba będzie jechać do lekarza lub wzywać karetkę.

Tak było zaraz na początku roku. Babcia Jasia czuła się dobrze i nic nie zapowiadało tak dramatycznych chwil. Ale nagle zasłabła. Szybki przyjazd pogotowia i interwencja lekarzy uratowały jej życie. A tak mało brakowało… W szpitalu powiedziała mi tylko, że na razie nigdzie się nie wybiera. Chce doczekać momentu, kiedy dowie się, że zaadoptowałam Michałka.

Też czekam na ten moment. Nie będzie łatwo. Ale razem wszystkiemu podołamy. Staramy się z całych sił, by babcia Jasia była z nami jak najdłużej. Przyszło nam się zmierzyć z jej starością. A tej zawsze należy się szacunek.

Michałek lubi chodzić do szkoły, tylko czasami narzeka na poranne wstawanie, bo jest leniuchem i chciałby sobie dłużej poleżeć. Razem z Rozalką bardzo się cieszą, że każdego dnia mogą spotkać się na kilka godzin z kolegami i co raz opowiadają w domu o nowych ciekawych zajęciach. Jestem o nich spokojna, mają wspaniałą opiekę. Za to ja mam teraz więcej czasu, bo gdy są w szkole, pracuję nad kolejnymi projektami ogrodów. Układ idealny!

Michałek coraz więcej rozumie. Czasami mam wrażenie, że jest bardziej dojrzały niż niejeden dorosły. Dużo rozmawiamy o wypadku jego rodziców i dziadka. Ma świadomość, że już nigdy ich nie zobaczy. Ale robi wszystko, by o nich nie zapomnieć. Często ogląda płytę z fragmentami filmów, na których ich uwieczniono. To jest dla niego namiastka ich obecności. Na szafce obok swojego łóżka postawił ich zdjęcia. Przed snem śle im zawsze buziaki. Raz w tygodniu idziemy na cmentarz na ich grób. Razem z Henrykiem Sokolskim, który stał się dla Michałka ukochanym dziadkiem. Łączy ich wielka przyjaźń. Uwielbiam podsłuchiwać ich rozmowy.

– Na wiosnę zbudujemy dla Nadziei porządną budę. Ona też musi mieć swój dom. Potem zrobimy nowe drzwi do ziemnej piwnicy. W starych wystają niebezpieczne drzazgi. Na pewno na wiosnę będziecie chcieli się tam bawić. – Henryk stał się aniołem stróżem starego domu. Dba o podwórko, naprawia wszelkie usterki i wciąż robi dzieciakom jakieś niespodzianki.

– A czy buda może być kolorowa? Jak tęcza? Albo na przykład niebieska w białe kropki? – zapytał Michałek nieśmiało.

– Będzie taka, jak sobie wymyślisz.

– To się Nadzieja ucieszy! Jest dziewczyną, a dziewczyny lubią kropki. Rozalka wszystkie sukienki ma w kropki.

Henryk jest dla Michałka kimś bardzo ważnym. Stali się nierozłączni. Gdy dziadek pomieszkuje w budynku gospodarczym, Michałek chce u niego spać. To taka jego metoda na przekonanie Henryka, by wreszcie zabrał go do swojego schronu. Jak dotąd nic nie wyszło z jego planów. Ale oczywiście mój mały uparciuch się nie poddaje! Są przykładem na to, że przyjaźń łączy pokolenia. Nawet jeśli dzieli je różnica kilkudziesięciu lat.

Sokolski bardzo się zmienił, odkąd mieszkańcy Pniewa dostrzegli w nim bohatera, a nie dziwaka z leśnej głuszy. Chcą go mieć za przyjaciela. Bo wiedzą, że Henryk to człowiek honoru. Niezłomny. Zaświadczył o tym swoim życiem. Dlatego ja nie naciskam, by nagle dla nas je zmienił. Wciąż jego domem jest schron w lesie. Tak już na pewno zostanie. Starych drzew się nie przesadza. Ale Henryka ciągnie teraz do ludzi. Uwielbia nas odwiedzać. Czasami przez kilka dni mieszka u nas w budynku gospodarczym. Ma tam przecież swoje cztery ściany, swój kąt wyremontowany specjalnie dla niego. Raz został na dłużej. W połowie grudnia był siarczysty mróz. Schron nie był wtedy najlepszym miejscem dla schorowanego starca.

W okolicy Sokolski stał się prawdziwą legendą. Nie ma tygodnia, by nie odezwał się do mnie ktoś z mediów. Chcą, bym namówiła go na udzielenie wywiadu. Od razu odmawiam. Henryk nie chce zamieszania wokół siebie. Ciągle powtarza, że przeszłość zbyt mocno boli, by na okrągło o niej opowiadać. Woli wspominać swoją ukochaną Małgorzatę. Odkąd na grobie moich rodziców i dziadków pojawiła się tablica ją upamiętniająca, Henryk jakby odzyskał spokój. Teraz już ma pewność, że Małgosia nie zostanie zapomniana. Pobyt w obozie i jej tragiczna śmierć nie będą tylko mglistym wspomnieniem.

Razem z Henrykiem mamy swój mały rytuał. Gdy mieszka w budynku gospodarczym, a moi domownicy pójdą spać, uciekam do niego w środku nocy. Razem odtwarzamy minione chwile. Potrafimy godzinami wspominać przyjaźń Henryka i mojego dziadka Jana. Dzięki tym opowieściom zdobywam wiedzę o swojej rodzinie. Tak szybko wszystkich straciłam. Nie było czasu dobrze ich poznać. Za to Henryk pamięta najdrobniejsze szczegóły. Dużo mówi o uwięzieniu w Stutthofie i wciąż podkreśla, że to mój dziadek ocalił mu życie.

– Nikt tutejszy nawet nie jest w stanie sobie wyobrazić tego piekła. Tego nie da się opisać słowami. Bez Jana nie umiałbym walczyć o kolejny dzień.

– Do końca wierzył w wasze ocalenie… – Zamyśliłam się.

– Jan był silny. Jego wiara była nie do opisania. Czasami był jak szaleniec, który snuje wielkie wizje. Zarażał mnie swoim optymizmem. Dzięki niemu przeżyłem.

– Dowodem jest jego pamiętnik z obozu. Między wierszami da się wyczytać tę ogromną nadzieję.

– Ten pamiętnik to było coś naprawdę wielkiego… Mało który z więźniów rozumiał, dlaczego Jan opisuje w nim obozową rzeczywistość. Mało kto widział w tym sens. Twierdzili, że to strata czasu. Nie wierzyli w wyzwolenie.

– Dziadek chciał mieć namiastkę codzienności?

– Ciągle powtarzał, że pamiętnik ma nas ocalić od zapomnienia, zmusić do tego, by zaraz po obudzeniu myśleć tylko o jednym. O powrocie do domu.

Dziadek miał rację. Pamiętnik ocalił od zapomnienia i jego, i wszystkich więźniów. Na jego kartach zapisane są uczucia, wobec których nie sposób pozostać obojętnym. Czuję nieodpartą pokusę, by wydać ten pamiętnik. Ale czy dziadek byłby zadowolony z tego pomysłu? Pewnie nie, przecież sam mówił, że nie można ciągle żyć przeszłością. Wystarczy o niej pamiętać. Jak on pamiętał w obozie smak wolności, której doświadczył jako młodzieniec. Przeżył dzięki wspomnieniom. Każde słowo zapisane na pożółkłych kartkach pamiętnika jest dla mnie świadectwem jego odwagi.

Mijam codziennie setki ludzi, a ich twarze są jakby takie same. Pod grubą warstwą smutku i cierpienia kryje się miłość do wolności. Bo człowieka można zniszczyć, ale nie można pokonać. Nikt nie odbierze nam wspomnienia naszych rodzin, domów, miejscowości. Siedzą głęboko w głowie i trzymają przy życiu. Czy jeszcze będzie jak dawniej? Marzę o wyjściu do sadu i próbowaniu soczystych jabłek. Tak widzę swoją wolność. Pośród rodziny, domu i wielkiego sadu. By nikt nie zabrał mi nigdy więcej pięknej codzienności.

Stara miłość rdzewieje, a nowa prowadzi za rękę

– Moje uszanowanie dla uroczej mieszkanki Pniewa! – Pan Miecio zjawił się w starym domu tuż po ósmej i jak zwykle był w wyśmienitym humorze. – List przynoszę. Z sądu. Czego oni znowu od ciebie chcą? Trzeba by łobuzów nasłać na tych adwokatów.

– Panie Mieciu, tym razem to pewnie są całkiem dobre wieści. Może pan wejdzie na herbatkę? Zimno dzisiaj, a pan od rana na rowerze jeździ. Przeziębić się można.

– A tam, żadna cholera mnie nie weźmie. Ja na starych sposobach chowany byłem, to i siły mam. Rano trzy surowe jajka zjadam i do przodu! Takiej krzepy może mi pozazdrościć każdy młodziak! – Na te słowa porządnie się wyprostował i uderzył pięścią w tors. Twarz miał pokrytą zdrowym rumieńcem, który zdradzał, że żadne mrozy nie są mu straszne.

– Tylko pozazdrościć kondycji. No i przykład z pana brać.

– Na wszystko najlepszy jest ruch. Przegoni każde choróbsko.

– Widzi pan, ja to tylko przy biurku nad projektami siedzę – poskarżyłam się.

– Dobra, jadę dalej! Dzisiaj emerytury rozwożę, to może przy okazji jaki grosz wpadnie. Moje uszanowanie!

– Do widzenia, panie Mieciu, i miłego dnia życzę!

Wsiadł na wysłużony rower, którego tylne koło już dawno straciło fason. Pomachał na pożegnanie ręką, przez co o mały włos nie uderzył w bramę. Jeszcze przez chwilę słychać było odgłos kół na zamarzniętej ziemi. Roześmiałam się. Wizyta pana Miecia była zawsze gwarancją dobrego humoru przez cały dzień.

Spojrzałam na list z sądu. Ostrożnie go otworzyłam i zaczęłam czytać. Tak jak się spodziewałam. Dawne sprawy urzędowe, nic więcej. Niedługo minie pół roku, odkąd jestem po rozwodzie. A ponadto do wzięcia! Powinnam świętować, taka teraz podobno moda. Przy rozwodzie drugie wesele się wyprawia. Ja nawet pierwszego nie miałam, bo Paweł uznał to za zbędny wydatek. Było skromnie, nudno i do bólu poprawnie. A jakie wesele, takie i wspólne życie. U nas ta zasada wyjątkowo się sprawdziła.

Przemarznięta weszłam do domu, zrobiłam sobie gorącą herbatę z malinami i ukryłam się pod ciepłym kocykiem. Powróciły wspomnienia. I niestety koszmar małżeństwa z Pawłem. Trzynaście lat smutku. Do dzisiaj nie mogę się nadziwić, że udało mi się zebrać w sobie dość sił, by uciec z tej sieci kłamstw, zdrad i poniżenia.

Wszystko dzięki Dorocie. Wyrwała mnie z letargu i skłoniła do przyjazdu do Pniewa. To był naprawdę początek nowego życia.

Pawła widziałam ostatni raz w szpitalu. Na koniec zostawił dla mnie list, w którym zarzekał się, że jeśli wygra z nowotworem, wróci do Polski, by mnie odzyskać. Minęło pół roku. Nie miałam od niego żadnych wieści. Czasami się zastanawiam, czy żyje. Jak sobie radzi z chorobą?

– A co moja ukochana tak się przede mną schowała pod tym kocem? – Na te słowa aż podskoczyłam. Nawet nie zauważyłam, że Adaś wszedł do domu. Od rana ciężko pracował. Był skoro świt na targu, a potem sprzątał swoją pracownię.

– Ciepły koc i gorąca herbata są najlepszym lekarstwem na wszystkie zmartwienia – westchnęłam.

– Aż tak zimno? – Schylił się, by mnie pocałować. Pociągnęłam go za znoszony sweter i mocno przywarłam do jego ust.

– Czekałam, aż sam mnie rozgrzejesz – wyznałam szeptem. Jego bliskość, dotyk i zapach zawsze wywołują motyle w moim brzuchu i przyprawiają mnie o zawrót głowy.

– Podobno jestem od tego ekspertem, sama tak mówiłaś. – Pogładził mnie po włosach i jeszcze mocniej zaczął całować.

Każdego dnia dziękuję opatrzności za nasze spotkanie. Mogło, co prawda, skończyć się wtedy tragicznie, ale na szczęście tak się nie stało. To był tylko mało udany wstęp do pięknej historii dwojga ludzi, którzy musieli w życiu przejść bardzo dużo złego, by móc odnaleźć siebie.

Każdego dnia staraliśmy się budować naszą przyjaźń. To od niej zaczęliśmy. Dwie zranione przez życie istoty, które bały się zaufać światu na nowo. I wciąż na naszej drodze pojawiały się nowe problemy.

Ale, jak widać, dobrze wykorzystaliśmy swoją szansę.

Mamy własną rodzinę, chociaż oficjalnie, czyli na papierze, jeszcze nic nas nie łączy. Dla nas to nie ma żadnego znaczenia. Życie toczy się według innych reguł. W przyszłości na pewno będziemy się starali sformalizować wszystko, co prawnie potrzebne jest, by stworzyć z nas rodzinę. Nie będzie łatwo. Adaś musi odnaleźć swoją żonę Joannę i dostać od niej rozwód. Od czasu, kiedy porzuciła jego i małą Rozalkę, minęło kilka lat. Ani razu się nie odezwała. Życie doprawdy pełne jest dziwnych niespodzianek.

– Z nas wszystkich wychodzę na największego lenia! Ty od rana pracujesz, Michałek i Rozalka w szkole, babcia Jasia wyszywa serwetki. A ja?

– A ty, moja droga, zrób sobie wreszcie wolne. Myślisz, że nie wiem, o której się dzisiaj położyłaś? Było dobrze po trzeciej. – Spojrzał na mnie zatroskanym wzrokiem.

– Projekt się sam nie zrobi. Ale idzie mi naprawdę dobrze. Może nawet skończę przed czasem. Pan Orłowski będzie zachwycony. Przecież ogród to całe jego życie.

– Co mu nie przeszkadza ciągle cię adorować – oburzył się Adaś.

– Przesadzasz. To tylko starszy pan o nienagannych manierach. Takich mężczyzn już teraz nie ma. No, może poza tobą – wyznałam.

– A właśnie, dzwonili rano z hurtowni. Sprowadzili dla ciebie te rośliny z Kanady. Lada dzień trzeba je będzie odebrać.

– Tak szybko? Są genialni! Teraz będę mogła ruszyć z realizacją projektu dla właściciela zajazdu pod Wyszkowem.

– Zwariuję zaraz, ta kobieta mnie wykończy! Pracuje wyłącznie dla facetów!

Adaś tylko tak mówi, a sam staje na głowie, by moje „Wrzosowisko” było najlepszą pracownią projektowania ogrodów w okolicy. I tak właśnie jest. Dowodem na to są tłumy klientów i coraz lepsze projekty. Duża w tym zasługa Adasia. Wziął na siebie wszystkie sprawy związane z reklamą i radzi sobie z tym jak mało kto. Moja pracownia projektowania ogrodów ma swoją renomę, a terminarz zamówień jest wypełniony po brzegi. Już teraz planuję zatrudnienie kogoś do pomocy. Tylko czasu na realizację tego pomysłu ciągle mi brakuje. Jak zwykle.

– Trzeba będzie pomyśleć o remoncie strychu. To dobre miejsce na twoją pracownię.

– Wiem, co chcesz powiedzieć. Zrobiłam z pokoju graciarnię i nawet nie mam gdzie przechowywać projektów. A to jest mało profesjonale.

– Jak sprzedam najnowszą rzeźbę, będziemy mogli pomyśleć o śmielszych planach.

– Co masz na myśli? – zapytałam ciekawa, co szykuje.

– Przed czasem nie mogę się wygadać. O niespodziankach się nie mówi – dodał tajemniczo i pocałował moją dłoń.

– O nie, moja ciekawość tego nie wytrzyma.

– Trudno się mówi, moja droga. Dobra, muszę się zbierać. Mam dzisiaj na głowie stolarkę dla hotelu w Pułtusku. Wrócę na osiemnastą. Nie pogardzę pysznymi pierogami.

– Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziałam.

Adaś pocałował mnie równie namiętnie jak na powitanie, przy okazji zostawiając na moich kolanach mały pakunek.

– To na słodki dzień. Do zobaczenia! – Wymknął się szybko na werandę, a ja zabrałam się do sprawdzania, co też znajduje się w fioletowej paczuszce. Myślałam, że to owocowe żelki, ale zamiast nich znalazłam kilka pysznych czekoladek. Ależ on mnie rozpieszcza!

Adaś bardzo się zmienił, odkąd spotkaliśmy się pierwszy raz. Nie jest już tym samym przygnębionym mężczyzną, który myślał, że wraz z odejściem żony skończyło się jego życie. Co mnie najbardziej cieszy, powrócił do swojej pasji, do rzeźbienia. Znowu zaczął marzyć o wielkich wystawach. Jak dawniej, gdy był u szczytu kariery.

Ostatnio odezwał się do niego profesor z czasów studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Zaproponował Adasiowi prowadzenie ze studentami cyklu zajęć praktycznych z rzeźby. Przegadaliśmy wiele godzin, zanim się zdecydował. Ale się udało. Pod koniec lutego rusza nowy semestr i mój kochany Adaś zostanie wykładowcą. Tak się cieszę! Widzę, jak w jego oczach na nowo zapłonęła miłość do sztuki.

Mam dla niego małą niespodziankę…

Tajemnice z przeszłości

– Zaskakują mnie na każdym kroku. Wyobraź sobie, że wczoraj dostałam nowiutki gabinet. Świeżo po remoncie, czuć jeszcze zapach farby. – Tego dnia moja ukochana Dorotka dzwoniła już chyba z piętnasty raz, by przekazać mi najświeższe newsy z nowej pracy. – Ale to nie wszystko! Dzisiaj pojawiła się prawdziwa bomba wśród niespodzianek. Chyba mi nie uwierzysz. I uprzedzam. To nie jest byle co.

– Jeśli powiesz, że na dzień dobry wysyłają cię na zagraniczne wakacje, to uznam to za wielką niesprawiedliwość. – Słuchając jej, miałam wrażenie, że opowiada o świecie, który można zobaczyć jedynie w hollywoodzkich filmach z happy endem.

– Mam coś lepszego. Dzisiaj wezwał mnie mój szef. Tak na marginesie powiem ci, że tak przystojnego faceta dawno nie widziałam. Jak z nim rozmawiam, to zaczynam się jąkać jak jakaś małolata, która nie zna życia. Przypominają mi się czasy liceum.

– Dorota! Opanuj się!

– Wiem, wiem, co chcesz mi powiedzieć. Nikt nie przebije mojego Maćka. Mąż mi się udał jak mało co w życiu. Ale Maciej sam omal nie zemdlał, jak zobaczył to moje cacko.

– No dawaj, wszystko zniosę.

– Dostałam samochód służbowy. Nowego forda, prosto z salonu! Czarny jak noc!

– Fiu, fiu… To się mojej drogiej przyjaciółce powodzi. Zawsze byłaś większą szczęściarą ode mnie! Chociaż zaczynam się martwić.

– Nawet już wiem o co. Możesz być spokojna. Na pewno mi nie odbije. Już raz omal nie rozpieprzyłam swojej rodziny przez własną głupotę. Nie zamierzam znowu pakować się w żadne cholerne romanse. Jedna kraksa w życiu wystarczy.

– Czyli mogę spać spokojnie? – zapytałam z niepokojem. Po kryzysie w ich małżeństwie już dawno nie było nawet śladu, wolałam jednak dmuchać na zimne.

– Masz słowo honoru jednej z najlepszych architektek w Warszawie. Od jutra zaczynam projekt dla milionera z Piaseczna. Czuję w kościach, że to będzie niezła przygoda. Tfu! Wyzwanie zawodowe!

– Błagam, żadnych przygód. I żadnych tajemnic przed Maćkiem.

– Moja droga, akurat specem od tajemnic jesteś ty sama. I nie grzeb ciągle w rupieciach z przeszłości, bo znowu wpadniesz na dziwny list albo znajdziesz trupa w szafie.

– Też mi dobra rada! – oburzyłam się.

– Odkąd przeprowadziłaś się do Pniewa, na jaw wychodzą same tajemnice. Aż strach pomyśleć, co będzie za kilka lat. Może trzeba jakieś czary odczynić?

– Też masz pomysły. Czary nic nie dadzą. Trzeba rozwikłać kilka tajemnic i tyle.

– Uwielbiam tajemnice. Na studiach omal nie zostałam asystentką detektywa.

– Pamiętam. Wtedy też wpakowałaś się w niezłe tarapaty – przypomniałam jej.

– Wtedy byłam jeszcze młoda i głupia. Teraz jestem już tylko młoda – zaśmiała się radośnie. Dobry humor jej nie opuszczał.

Dorota ma rację. Przez ostatni rok światło dzienne ujrzało wiele tajemnic. Jedna z nich zabolała najbardziej. Chyba nie ma dnia, żebym nie myślała o chwili, gdy w starej szafie na strychu znalazłam stary dokument. Wystarczyło kilka sekund, by wizja mojej idealnej rodziny legła w gruzach. Tych kilka zdań zapisanych na pożółkłej kartce zburzyło cały mój świat. Bo jak to? Mój ojciec okazał się zdrajcą i oszustem?

Tajemnica z przeszłości nie daje mi spokoju. Zamęczam nią wszystkich domowników, rodzinę, przyjaciół. Najgorzej ma Adaś. Ciągle musi słuchać moich coraz to śmielszych pomysłów dotyczących dokumentu ze starej szafy.

– Nie możesz zgłosić tej sprawy na policję. No bo jak? Powiesz im, że szukasz kobiety, której nigdy nie widziałaś, a podejrzewasz, że jest twoją siostrą? Odeślą cię do domu. Albo powiedzą, że taką sprawę to chętnie weźmie co najwyżej prywatny detektyw – kolejny raz tłumaczył swoje racje.

– Adasiu, detektyw jest kimś od zadań specjalnych. To nie jest wcale głupi pomysł.

– Jeszcze tego brakowało. Myślisz, że wykopie Ewę spod ziemi? – zdenerwował się.

– No nie, przecież Ewa razem z matką jest gdzieś na Mazurach.

– Były tam, ale ponad trzydzieści lat temu. A teraz szukaj wiatru w polu.

– Na pewno daleko nie wyjechały. Tam był ktoś bliski, kto dał im schronienie.

– Nie podoba mi się to, że chcesz je odszukać – grzecznie wyraził swój sprzeciw.

– Jeszcze tydzień temu mówiłeś co innego. Sam obiecałeś zrobić wszystko, żeby mi pomóc. Teraz zmieniasz zdanie?

– Doskonale o tym pamiętam. Ale widzę, ile ta sprawa cię kosztuje. Masz wreszcie spokojne życie, wymarzony dom i święty spokój. Po co szukać problemów?

– Chcę rozwiązać sprawę z przeszłości i dowiedzieć się, czy mój ojciec był zdrajcą, za jakiego go co niektórzy mieli. I najważniejsze, jeżeli to wszystko jest prawdą, to gdzieś tam w świecie mam siostrę. Chyba nie powiesz, że na moim miejscu nie chciałbyś jej odnaleźć?

– Załóżmy, że w jakimś stopniu cię rozumiem. Mam tylko jedno pytanie. Jak chcesz to zrobić? Jak zamierzasz je odnaleźć?

– No to jest problem. Nie mam nikogo, kto mógłby mnie nakierować na ich ślad.

– A najważniejszy świadek od kilku tygodni nie żyje.

– Może i tak… Ale na pewno znajdę sposób, żeby rozwiązać sprawę z przeszłości mojej rodziny. Inaczej nigdy nie zaznam spokoju. Ksiądz Jankowski zmarł i zabrał tajemnicę do grobu, ale nie zapominaj, że została jego gosposia. Mam przeczucie, że ta kobieta sporo wie.

– Na przeczucia nie licz. Trzeba się trzymać faktów. A te są takie, że nie masz żadnych tropów ani nie znasz osób, które mogłyby cię na nie naprowadzić.

– Jesteś okrutny. Wszystko utrudniasz. Nie tak się umawialiśmy. – Poczułam się mocno urażona.

– Dla mnie możesz ich szukać nawet od jutra. Chętnie ci w tym pomogę. Tylko potem nie miej do mnie pretensji, jeśli się okaże, że sprowadziłaś na siebie kolejne kłopoty.

– Nic złego się nie wydarzy. Chcę ją tylko odnaleźć, potem każda z nas może iść w swoją stronę. Tylko tyle, a ja będę mogła o wszystkim zapomnieć.

– I tak cię nie powstrzymam – stwierdził zrezygnowany.

Nie mówię tego głośno, ale podzielam obawy Adasia. Kto powiedział, że Magdalena i Ewa Kawalec czekają na mnie z otwartymi ramionami? Chciały przecież zniknąć raz na zawsze.

Ale ja muszę poznać prawdę. Dokument ze starej szafy nie daje mi spokoju. Spisany w pniewskiej kancelarii parafialnej jest jasnym dowodem szemranej przeszłości mojego ojca.

Za milion starych złotych Magdalena Kawalec wraz z maleńką córką Ewą zgodziła się zniknąć z jego życia. Miała nie starać się o ustalenie ojcostwa, a mój ojciec miał zrezygnować z jakichkolwiek roszczeń w przyszłości. Prosty układ. Pieniądze za zniknięcie i uciszenie plotek. A wszystko to za zgodą księdza Jankowskiego. Staram się księdza zrozumieć. Chciał zapewne ratować reputację swojej młodziutkiej siostrzenicy, która słynęła z licznych przygód z mężczyznami. Mój ojciec miał być jednym z nich. Ewa Kawalec, według dokumentu, jest jego córką, a moją siostrą! Nie mogę zostawić tej sprawy bez wyjaśnienia.

Ksiądz był jedynym człowiekiem, który mógłby mnie nakierować na jakiś ślad Magdaleny i jej córki. Nachodziłam go przez kilka miesięcy, błagając o jakąkolwiek wskazówkę. A on bronił prywatności swojej siostrzenicy i jej córki. Bał się, że moje nagłe pojawienie się po latach może sprawić im ból. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie jego gosposia z informacją, że ksiądz zaprasza mnie na spotkanie w najbliższą sobotę. Przez kilka dni żyłam nadzieją, że wreszcie się przekonał i będzie chciał mi powiedzieć prawdę. Ale nie zdążyłam się z nim spotkać. Zmarł nagle na atak serca. Zabrał do grobu swoją tajemnicę.

Jedynie Dorota wierzy w sukces moich poszukiwań. Nawet zrobiła pierwszy krok bez mojej wiedzy. Niby nic specjalnego. Przeszukała wszystkie portale społecznościowe, mając cichą nadzieję, że w tak banalny sposób trafi na Magdalenę lub Ewę. Ale nic z tego. Jakby się zapadły pod ziemię. Może zmieniły nazwisko? Albo Adaś ma rację, twierdząc, że wyjechały gdzieś za granicę? To takie moje gdybanie. Dorota się nie poddaje, szuka dalej i próbuje wpaść na jakiś genialny pomysł. W to wszystko oczywiście wplątała swojego Maćka.

– Z prawnego punktu widzenia nie ma podstaw, by wystąpić do sądu o udostępnienie danych i miejsca pobytu obydwu pań. Nie popełniły przestępstwa – tłumaczył cierpliwie Maciek na kolejnym naszym spotkaniu w sprawie odnalezienia Magdaleny i Ewy.

– Nic się nie da zrobić? – pytałam z nieukrywaną nadzieją.

– Można jedynie przyczepić się do kwoty, jaką twój ojciec rzekomo jej zapłacił. Ale to wydarzyło się tak dawno, że wszystkie sprawy są przedawnione. Poza tym nie masz dowodów, że to prawda. Na podstawie domysłów nie da się rozwiązać czegoś takiego. Nawet jeśli je znajdziesz, to co wtedy? Będziesz chciała zwrotu pieniędzy? Oskarżysz Magdalenę o wymuszenie?

– Nie chcę jej o nic oskarżać, nawet jeżeli mój ojciec dał jej taką dużą sumę.

– Ciężka sprawa… Nigdy wcześniej czymś takim się nie zajmowałem. Ten dokument i cała historia to tylko poszlaki. Trudno będzie logicznie powiązać wszystkie tropy. Alicjo, moim zdaniem szkoda twojego czasu. To jak szukanie igły w stogu siana. Nie umiem ci pomóc.

– Wiem, że wszystko wygląda beznadziejnie i pewnie masz mnie za wariatkę, ale nie odpuszczę. Znasz mnie, jak coś mnie dręczy, muszę się z tym zmierzyć – wyznałam szczerze.

– Zaczekajmy jeszcze. Czas bywa dobrym doradcą.

Rozdział IIO strachu przed utratą nadziei, małej dziewczynce z zapomnianego zdjęcia i podziemnym schronie, będącym miejscem dla osamotnionych

Szepty serca

Adopcja. To słowo na stałe zamieszkało w mojej głowie. I tam będzie tkwiło, dopóki Michałek nie zostanie oficjalnie moim synem. Postanowiłam działać. Na razie na własną rękę. Maciek kazał mi poczekać, aż zakończy jakąś ważną sprawę. Tylko że ja już nie mogę czekać. Nawet jednego dnia.

Dla mnie każda stracona godzina to stracona szansa na powodzenie tego zamysłu. Zaczęłam od poszukiwań w internecie. Przejrzałam, co się dało. W wyszukiwarce słowo adopcja odmieniłam na wszystkie możliwe sposoby. Naczytałam się artykułów, opinii, orzeczeń sądu. Z każdym kolejnym zdaniem, które czytałam na ten temat, czułam, jak maleją moje szanse na pomyślne załatwienie mojej sprawy. Szukając ostatniej deski ratunku, postawiłam wszystko na jedną kartę. Na największym forum dyskusyjnym pod nickiem Zdesperowana 123 zadałam pytanie: Czy jako samotna kobieta przed czterdziestką mam szanse na adopcję? Zamknęłam laptopa i modliłam się o cud. O małą iskierkę nadziei. Gdy ponownie zalogowałam się na forum, przeżyłam prawdziwy szok. Przez łzy czytałam kolejne odpowiedzi na moje pytanie:

MOONSKI: Próbowałam. Poruszyłam niebo i ziemię, by adoptować dziecko. Nic z tego. Jestem samotna, a dla ośrodka adopcyjnego znaczy to tyle samo co trefna. Musi być mąż, inaczej to się nie uda. Ja już nie próbuję, bo lata swoje mam, a na siłę faceta nie znajdę.

ONA_BEZ DZIECKA: Adopcja przez singla to jak rozmowa o yeti. Wszyscy o nim mówią, a jeszcze nikt go nie widział. Właśnie tak jest z adopcją. Wszyscy będą ci mówić, że masz takie same szanse jak para. Guzik prawda! Gadanie swoje, a życie swoje. A o noworodku nawet zapomnij. Jakby się nawet zdarzył cud i dostałabyś zgodę na adopcję, to w przydziale przypadnie ci dziecko chore lub niepełnosprawne. Mała rada. Masz czas, szukaj faceta i planuj ciążę. Na pomoc ośrodka nie licz. Tylko robią niepotrzebnie nadzieję.

ZUZAMARZYCIELKA: Nie chcę cię załamywać, ale jak dla mnie to jest pozamiatane. Nie masz szans. Moja samotna ciotka starała się o adopcję dziecka przez kilka lat. Na koniec jej powiedzieli, że już na wszystko jest za stara. Także wybacz, ale nie masz szans.

Poczułam, jak w jednej chwili wszystkie moje nadzieje rozpadają się na miliony kawałków. Serce krzyczało, że to nie może być prawda, a rozum podpowiadał, że jeszcze na pewno da się coś zrobić. To przecież nie może się tak skończyć! Nie tak miało być! Czułam się oszukana i pozostawiona na pastwę losu.

– Chyba nie dam rady… – wyszeptałam do słuchawki. Chwilę wcześniej wybrałam numer Maćka. Szukałam ratunku. Dla mnie i Michałka.

– Halo? Alicja? Co się dzieje? – Po drugiej stronie słuchawki usłyszałam jego zmęczony głos. – Możesz powiedzieć, co się stało?

– Tak się boję, że nie mam najmniejszych szans na adopcję Michałka. Czytałam fora internetowe. Ludzie piszą, że samotna osoba jest skreślona już na samym początku.

– Po co to czytasz? To są same głupoty. Niepotrzebnie się nakręcasz. Spokojnie. Do sprawy trzeba podejść rzeczowo. To nie czas i miejsce na mądrości z internetu. W tej sprawie będzie się liczyło coś innego – Maciek mówił bardzo szybko. Słychać było, że jest zdenerwowany.

– Co? – zapytałam z nadzieją, że szybko znajdzie dobre rozwiązanie.

– Dowody na to, że nikt nie będzie lepszym opiekunem dla Michałka niż ty.

– Bo przecież tak jest… – dodałam zdesperowana.

– Słuchaj, Alicjo. Jestem teraz przed rozprawą i nie mogę dłużej rozmawiać.

– Jasne, już nie przeszkadzam.

Żałowałam jednak, że nie może poświęcić mi więcej czasu.

– Ale dam ci dobrą radę. Skup się teraz na sobie i pracy. Sprawę adopcji zostaw mnie. I wyluzuj, okay?

– To nie takie proste. Ale postaram się. Inaczej zwariuję.

– I nie czytaj tych głupot. Prawo jest prawem i tego się trzymajmy. Muszę uciekać. Trzymaj się i głowa do góry.

– Dziękuję, do usłyszenia.

Rozmowa z Maćkiem mnie uspokoiła. Tyle razy wyciągał mnie przecież z tarapatów. To dzięki niemu rozwiodłam się z Pawłem i ostatecznie nie tak źle się to dla mnie skończyło. Ale teraz walka będzie trudniejsza. Nie o jakiś tam majątek czy o to, kto ma rację. Tu przecież chodzi o mojego Michałka. Mój największy skarb. Nie odpuszczę. Choćbym miała walczyć latami.

Wieczorem dzieciaki szybko zasnęły. Tego dnia w szkole były tańce i po powrocie do domu szybko opadły z sił. Próbowałam zająć myśli pracą nad projektem, ale szło mi bardzo opornie. Adaś zaszył się w kuchni i tam szkicował projekt kolejnej rzeźby.

Chciałam koniecznie z kimś porozmawiać. Czułam wewnętrzną pustkę. Przypomniały mi się słowa pani Irenki, że najlepszy na wszystkie problemy jest sen. Przynosi gotowe rozwiązania i rano człowiek budzi się z głową pełną pomysłów. Postanowiłam się położyć. Zajrzałam do pokoju maluchów. Spały sobie spokojnie. Usiadłam obok Michałka. Ile bym oddała w zamian za to, by wreszcie formalnie stać się jego mamą! Michałek to moje życie. Dlatego muszę zrobić wszystko, by załatwić formalności. Mam czas. Nie poddam się.

Spokój okazał się być złudzeniem. Obudziłam się w środku nocy zlana potem. Znowu miałam zły sen. Koszmar. Byłam w lesie. Dookoła hulała burza. Rozpaczliwie szukałam Michałka. Zgubił się. Czułam potworny strach i niepewność, czy go odnajdę. Przedzierałam się przez gąszcz pośród szalejącej nawałnicy. Pioruny strzelały w drzewa tuż obok mnie. Nagle wybiegłam na przepiękną zieloną polanę. Była cała skąpana w słońcu, porośnięta stokrotkami i mleczami. Pośród nich siedział Michałek i machał do mnie ręką. Nie mogłam zrobić ani kroku w jego stronę. Jakby ktoś postawił między nami szybę, której nie można pokonać. Byłam bezsilna.

Wstałam z łóżka i włożyłam szlafrok. Postanowiłam wyjść na werandę. Otuliłam się ciepłym kocem. Zauważyłam świecącą się w kuchni lampkę. Adaś jeszcze pracował. Pomyślałam, że pracuje za dużo. Ciągle jest przemęczony. Trzeba będzie pogadać o tym rano. Nacisnęłam klamkę. Drzwi cicho zaskrzypiały. Poczułam zimno. Taki urok marcowych nocy. Głęboko wciągnęłam powietrze. Mój strach powoli mijał, chociaż serce waliło jak oszalałe.

– Alicjo, kochanie, przecież się przeziębisz – usłyszałam za sobą spokojny głos Adama. Odwróciłam się w jego stronę. Podszedł bliżej i mocno mnie przytulił. Jego silne ramiona były murem, który odgradzał mnie od wszystkich niebezpieczeństw świata. – Moje słońce. Zamartwianie się nic nie da.

– Sama już nie wiem, czy dam sobie ze wszystkim radę. – Odchyliłam głowę i spojrzałam mu oczy. Bardzo spokojne. – To jest takie trudne.

– Wiem, że ci ciężko. Przecież widzę, że wciąż tylko myślisz o adopcji. Tak się nie da. Trzeba normalnie żyć. Wierzyć, że będzie dobrze. Przecież nie z takim sprawami sobie radzimy.

– Tak, wiem, ale nie zaznam spokoju, dopóki Michałek nie zostanie oficjalnie moim synem.

– Naszym synem. Może nie od razu, ale kiedyś na pewno – powiedział ciepło.

– Naprawdę? Tak kiedyś będzie? – Nie mogłam uwierzyć, że marzy o tym samym.

– Przysięgam. Najpierw ty zostaniesz mamą Michałka, a potem ja jego tatą. Tylko po drodze muszę się jeszcze rozwieść z Joanną, ale to drobnostka – zażartował. Jego dotyk, oddech, uśmiech, spojrzenie były najlepszym lekarstwem na moje skołatane nerwy.

– Kocham cię. Nawet nie wiesz jak bardzo. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. – Pocałowałam jego ciepłe usta. Odwzajemnił pocałunek i jeszcze mocniej mnie przytulił. Adaś mnie rozumie. Jest moim oparciem, na dobre i na złe.

– Szanowna pani, jest już pani na mnie skazana. I to dożywotnio. Akurat w tej sprawie to nawet i sam Maciek ci nie pomoże.

– Przyjmuję ten wyrok z nieukrywaną radością!

Miarą wartości człowieka jest jego wnętrze. A także to, jak do nas mówi, jak nas traktuje i jakie podejmuje działania, gdy do naszego życia wkradają się czarne chmury. Do człowieka wraca to, co od siebie daje.

Zdjęcie sprzed lat

Dzisiaj znowu dręczyły mnie senne koszmary. Widziałam pokój pogrążony w mroku. Pośrodku stał stolik i dwa krzesła, które zapraszały, by usiąść. Bałam się tego miejsca. Czułam, że za chwilę wejdzie do pokoju nieproszony gość, który zmusi mnie do rozmowy. Nasłuchiwałam kroków, ale towarzyszyła mi jedyne przerażająca cisza. Nie było tam nikogo. Tylko po co były te dwa krzesła?

Obudziłam się jeszcze przed wschodem słońca. Odetchnęłam z ulgą, że straszny pokój był tylko złym snem, a ja jestem w bezpiecznych ścianach starego domu. Spojrzałam na Adasia. Spał spokojnie. Pogładziłam jego dłoń. Poczułam się szczęśliwa, że w moim życiu zamiast potwornej pustki jest dom pełen ludzi, których tak kocham.

Ranek upłynął leniwie. Adam wyszedł z domu bardzo wcześnie na umówione spotkanie z klientem. Dzieci szykowały się do szkoły i były w wyśmienitych humorach. Nie to, co ja. Babcia Jasia widziała moje zmęczenie i zaproponowała, że sama odprowadzi Rozalkę i Michałka do szkoły, a przy okazji wstąpi do mamy Adasia na ploteczki. Poczułam ulgę, że za chwilę zostanę sama i będę mogła odespać ciężką noc. Byłam na siebie wściekła, bo zaległości w projektach rosły, a ja marnowałam czas na jakieś durne sny.

Gdy wszyscy wyszli, zamknęłam drzwi na klucz, zasunęłam zasłony i dorzuciłam drewna do kominka. Miałam zamiar zaszyć się pod ciepłym kocem. Mój plan jednak szybko legł w gruzach. Usłyszałam ciche pukanie do drzwi.

– Dzień dobry, dziecko drogie. Adaś mówił, że masz dziś gorszy humor, więc przynoszę coś na jego polepszenie. – W drzwiach stała uśmiechnięta pani Irenka, trzymając w dłoniach blachę świeżo upieczonego ciasta z powidłami.

– Dzień dobry, zapraszam. Zaraz zrobię pyszną kawę – powiedziałam, rada z odwiedzin.

– Ty się lepiej zajmij sobą, bo, moja droga, nie za dobrze wyglądasz. Co się dzieje?

– Nic poważnego. Miałam niespokojną noc. Zły sen. Jestem trochę zmęczona.

– Koszmary nie dają człowiekowi spokoju. Ale pamiętaj, że wierzy się w Boga, a nie w sny.

– Ten sen akurat był dosyć dziwny. Ale co tam, zjemy dobrego ciasta i humor powróci.

– Oby, moje dziecko. Za pół godziny będziesz miała gościa. Radzę zrobić porządek z włosami i przebrać się w coś bardziej wyjściowego. Ja tu wszystko przygotuję, ty zajmij się sobą. Relaks jest ci potrzebny.

– Gościa? Co też pani Irenka mówi? Kogo? – zdziwiłam się niezmiernie.