Tajemnice mojej mamy - Janina Zającówna - ebook
Opis

Tajemnice mojej mamy to powieść zarówno dla dorosłych, jak i dla młodzieży. Bohaterką książki jest rezolutna dziewczynka, której poczucie humoru, rzadko spotykana dojrzałość i błyskotliwość pomagają uporać się z bardzo trudnymi
problemami, stwarzanymi głównie przez dorosłych.

Janina Zającówna, autorka poczytnych powieści dla dorosłych i młodzieży debiutowała w 1967 roku powieścią o dziewczętach z zakładu poprawczego Brama na drodze, która stała się bestsellerem. Wysoko ocenił ją Janusz Głowacki, podkreślając, że „autentyzm relacji jest poważnym walorem tej książki, a także autentyzm języka, postaci i konfliktów”. Spośród powieści dla dorosłych ogromnym uznaniem spotkały się wielokrotnie wznawiane tytuły: Skończyło się lato,
Podróż poślubna, Dom schadzek, Zemsta jest rozkoszą bogów, Moje życie z panną K…, Perkusista. Również dużą poczytnością cieszą się jej książki dla młodzieży: Wesele mojej mamy, Klub białej perły, Z piękniejszej strony świata, Bilet do raju.
Na podstawie powieści Mój wielki dzień powstał film Kochankowie mojej mamy, nagrodzony na Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdańsku w 1986 roku. Z kolei Heca z łysym stała się kanwą dla serialu telewizyjnego Tylko Kaśka, emitowanego
w wielu krajach. Janina Zającówna jest również autorką ponad trzystu opowiadań,
drukowanych w czasopismach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki

Marta Długołęcka

Skład

Barbara Wieczorek

© by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-279-9

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2014

W domu obłęd. Biegam po mieszkaniu, z trudem wstrzymując płacz. Krzyczę, wołam, przeklinam. Nikogo to nie obchodzi. Tatuś zamknął się w łazience i nie daje znaku życia. Nie wiem, co robić. Kogo prosić o pomoc? Na najbliższą sąsiadkę nie mogę liczyć. Jest jak kaktus w doniczce. Nie słyszy dzwonków, telefonów, niczego. Jednak dzwonię do niej, walę w drzwi, łudząc się, że tym razem usłyszy. „Pani Lucyno! Pani Lucyno!”, wołam. I nic, żadnej reakcji. Moje prośby wysyłane drogą telepatyczną również pozostają bez odpowiedzi.

Wracam szybko do domu. Łazienka nadal zamknięta, tatuś się nie odzywa.

Coś musiało się stać. Zasłabł? Stracił przytomność czy po prostu się upił i zasnął w wannie? Nigdy nic takiego się nie zdarzyło, więc może to zawał? Tatuś nie jest jeszcze stary, ale umierają młodsi od niego. W łazience pali się światło, lecz przez matową szybę nic nie widać. Z oczu wyskakują mi łzy, odbierając ostrość widzenia.

– Tatusiu! Jesteś tam? Otwórz! Słyszysz? Utopiłeś się? To ja też się utopię. Nie zostanę tu sama. Zadzwonię na policję, 997 – mówię coraz głośniej i jestem gotowa to zrobić. – A może wystarczy pogotowie, 999? Tatusiu! Tato! – Płaczę coraz głośniej, choć wiem, że płaczem nic nie wskóram. Muszę natychmiast wejść do łazienki, ale jak to zrobić? Wybić szybę, wyważyć drzwi? Nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.

I nagle drzwi, pchnięte od środka, lądują na moim policzku. Tatuś jest blady, z błyszczącymi kroplami potu na czole usiłuje wepchnąć do kieszeni plastikową torbę.

– Co jest? – Złości się. – Już mi się nawet wykąpać nie wolno? Mam chodzić brudny, śmierdzący?

– Dlaczego się nie odzywałeś? Nie słyszałeś pukania? A to po co? – Wyciągam torbę z jego kieszeni.

– Moczyłem się w wannie.

– Nie wiedziałam, że jesteś śledziem. – Odwracam się obrażona. Jest mi niezmiernie przykro. Nie wiem, dlaczego tak trudno porozumieć się z własnym ojcem. Mówimy przecież tym samym językiem.

– Zasnąłem w wannie. Dobrze, że mnie obudziłaś. – Bierze mnie za rękę. – Dziękuję.

– Tato! Nie kłam! Chciałeś umrzeć? – Wyrywam ze złością rękę i płaczę coraz głośniej.

– Nie kłamię – tłumaczy się, unikając patrzenia na mnie. – Mam za sobą kilka nieprzespanych nocy, ty też. Chodź, zrobimy kolację. Jestem głodny. A ty, co byś zjadła? – pyta przymilnie, prowadząc mnie do kuchni. – Śledzie, parówki, twarożek, jajka, pomidory?

– Uwielbiam jajka.

– Masz po nich wysypkę.

– To nic nie chcę.

– Nic, a może niczego? – Tatuś rzadko mnie poprawia, wie, że tego nie znoszę. Tym razem też porzuca belferskie zapędy, niczego mi nie wyjaśnia, nie tłumaczy. Wyjmuje z lodówki sery, wędlinę, mleko, twarożek, a ja stoję obok zamieniona w słup soli, już nie płaczę. Jest mi wszystko jedno.

– No, na co masz ochotę? – Tatuś uśmiecha się miękko, serdecznie.

– Napiję się mleka – decyduję po chwili i zwalam się ciężko na krzesło. Jestem wykończona.

Tatuś stawia na stole dwie szklanki, podgrzewa mleko na gazie.

– Ciepłe mleko jest dobre na sen, a snu potrzebujemy bardziej niż jedzenia – mówi, gapiąc się w ciemne okno.

– Znowu płakałeś? – pytam z wyrzutem.

On kiwa głową. Nie wiem, co powiedzieć. Biorę go za rękę i bawię się jego palcami, są długie, szczupłe, prawdziwe palce pianisty, którym, niestety, nie jest.

Nie nauczył się grać, a mógł. Miał możliwości większe niż inne dzieci. Nie chodził jeszcze do szkoły, jak babcia wymyśliła dla niego ognisko muzyczne. Kupiła tatusiowi na raty pianino i odprowadzała go na zajęcia do domu kultury. Tatuś najpierw chodził chętnie, wszystko go interesowało – dzieciaki, dom kultury, nauka gam, poznawanie dźwięków. Nie odstępował pianina na krok, bawił się klawiszami. Nie umiał jeszcze pisać, a już rysował nuty. Babcia była w siódmym niebie, wpatrywała się w niego z rosnącą nadzieją, pewna, że zostanie – ze względu na palce – wielkim, sławnym pianistą. Niestety, pewnego dnia pan, który uczył muzyki, powiedział, że słoń mu nadepnął na ucho. To była niewyobrażalna klęska taty jako artysty. Pierwsza, lecz nie ostatnia. Niestety.

Od tego dnia tatuś nie chciał słyszeć o żadnym graniu, do domu kultury trzeba było go ciągnąć na siłę. Opierał się, płakał, histeryzował, ryczał na ulicy jak zarzynane zwierzę, wczepiał się palcami w mury mijanych kamienic, zdzierał sobie palce do krwi, z zajęć uciekał przez okno. Babcia dała za wygraną. Zrezygnowała z ogniska muzycznego i przestała go zmuszać do grania. Sama w domu ćwiczyła gamy na niespłaconym pianinie, wystukiwała łatwe melodyjki, chcąc go zachęcić do nauki. Na próżno. Tatuś zatykał sobie uszy, omijał pianino z daleka, a teraz żałuje. Chciałby umieć grać dla własnej przyjemności.

– Ty nie płakałaś? – pyta tatuś z nadzieją, że podzielam jego rozpacz.

– Ja? Płakałam, ale nie przez nią – oburzam się. – Nie jestem beksą.

– Uważasz, że ja jestem?

– Uhm.

– Myślałaś o niej?

– Narysowałam ją. Chcesz zobaczyć?

Porusza brwiami, co może oznaczać, że chce, ale równie dobrze, że ma to gdzieś. Wolę uznać, że chce. Przynoszę ze swojego pokoju rysunek. Tatuś bierze go w drżące palce i patrzy, patrzy, aż mu od tego patrzenia żyła wypełza na czoło i dwie wielkie łzy przypominające pszczoły toczą się z oczu.

– Oddawaj! – wrzeszczę na cały głos i wyrywam mu z rąk swoje bazgroły. Drę je metodycznie: najpierw na połówki, potem na ćwiartki, ćwiartki na ósemki, ósemki na drobniejsze jeszcze kawałki. Wyrzucam wszystkie do kosza, otrzepuję palce. Robi mi się lżej.

– Szkoda – mruczy tatuś, nie podnosząc oczu znad szklanki. Mleka nie tyka, wdycha parę jak boski nektar. Starcza mu ona za całe pożywienie. Już trzeci dzień nic nie je. We mnie wmuszał twarożek i miód, sam truł się papierosami i kawą, a pod wieczór wódką.

– Mogłabym się postarać o trawkę albo o amfę – proponuję, nie spuszczając go z oczu. – Chcesz? Gnoje handlują tym jak landrynkami. Prawdę mówiąc, landrynki nie mają takiego wzięcia, a trawka schodzi.

– Chyba wschodzi? – mruga oczami.

– Tato! Życia nie znasz. Wiem, co mówię. Chcesz wódki? To skoczę do nocnego. Może pani Kazia sprzeda mi dla ciebie.

Nic. Żadnego odzewu. Musi być z nim naprawdę źle, skoro ignoruje słowo „wódka” i moją gotowość przyjścia mu z pomocą. Barek świeci pustkami. Przez ostatnie dni znika z niego wszystko, co przypomina alkohol: likier, Nalewka Babuni, Martini Bianco i polski szampan Dorato.

– Po co ta deskorolka? – pyta niespodziewanie.

– Jaka?

– No ta, na rysunku. Ona nie jeździła na deskorolce.

– Teraz pewnie jeździ.

Tatuś kręci głową. Nie wierzy. I słusznie. Deskorolkę umieściłam zamiast miotły. Nowoczesna czarownica ma inne sposoby przemieszczania się: samolot, rakiety, w ostateczności samochód. Mnie łatwiej jest narysować deskorolkę. Tego nie mówię. Nie chcę mu dokładać. Życie i tak obchodzi się z nim podle, właściwie nie tyle życie, co ona. Od niej dostał największe cięgi – po ostatnich nie może się podnieść. Niestety, już o nich zapomniał. Może to alzheimer? Podobno u niektórych zaczyna się przed czterdziestką, a nawet wcześniej. To straszne. Pocieszam się myślą, że u tatusia to tylko zły okres, bo tak w ogóle, nie ma problemów z pamięcią. Błyskawicznie uczy się tekstów, z historii pamięta mnóstwo dat, nie tylko bitwy pod Grunwaldem, jak większość Polaków. Wie, kiedy były rozbiory i wszystkie powstania, łącznie z kościuszkowskim. Wie też, kiedy Napoleon przegrał pod Waterloo i jaka była wówczas pogoda, a tego, co ona mu zrobiła… nie pamięta. Strasznie mnie to złości, ale nic nie mówię, bo po co.

Obudził mnie własny krzyk. To było okropne. Tatuś stał na torach. Z tyłu nadjeżdżał pociąg. On go nie widział i nie słyszał, a ja wołałam najgłośniej, jak tylko można było: „Uciekaj, tato! Uciekaj!”. Tatuś mnie jednak nie słyszał, a pociąg już go miażdżył. Zaczęłam krzyczeć i ten krzyk mnie obudził. Och, co za ulga! Leżałam we własnym łóżku. Pokój był zalany słońcem. W kuchni grało radio. Jajko w kieliszku czekało na mnie na stole, natomiast mleko nie chciało czekać i wykipiało. Tatuś gołymi rękami złapał garnek i zaraz go upuścił.

– Mleko powinno się gotować w garnku z podwójnym dnem – skarciłam go tonem naszej wychowawczyni i podałam rękawicę.

– Tak, wiem.

– I zapominasz, ciągle zapominasz.

– Przepraszam.

– Oparzyłeś się?

– Chyba tak.

– To wsadź rękę do zimnej wody.

Zrobił, co mu kazałam, a ja nie przestawałam zrzędzić.

Tatuś odwrócił się do ściany i połykał łzy.

– Ja zwariuję – krzyknęłam ze złością. – Ucieknę stąd na koniec świata, rzucę się pod ciężarówkę albo pod pociąg jak ta wariatka Karenina.

– Ona nie była wariatką.

– A kim?

– Postawiła na miłość i przegrała.

– Nikt normalny nie stawia na miłość, nie rzuca się pod pociąg i… – zabrakło mi słów.

– Nie czytaj tych powieści. Masz na nie jeszcze czas.

– To co mam robić?

– Bawić się z dziećmi. Oglądać telewizję.

– Telewizję? Tato! Tam nie ma nic do oglądania. A bachory są okropne.

– Ty też.

– Owszem.

– Źle spałaś?

– Nie wiem. Więcej nie piję mleka. Po nim od razu zasypiam, a ja nie chcę spać. Szkoda mi życia. Chcę mieć psa, kota, papugę, kanarka i srokę, żeby mnie ostrzegała przed niebezpieczeństwami. Chcę mieszkać na wsi, chodzić po lesie, zbierać jagody, jeździć na rowerze, kąpać się w rzece. I nie chcę, żeby ludzie strzelali do siebie i zabijali się na wojnach. To wszystko jest bez sensu.

– Zgadzam się, bez sensu, ale psa możesz mieć, kota pewnie też, natomiast co do papugi i kanarka to nie wiem. Trzeba by się wybrać do sklepu z ptakami. Sprawdzę w internecie, gdzie go przenieśli. Był kiedyś na Nowym Świecie. A teraz coś zjedz! Odwiozę cię do szkoły. Pojedziesz?

– Zdążę dojść pieszo, ale czy muszę?

– Jeżeli nie chcesz, to…

– Nie ma o czym mówić. Za pięć minut będę gotowa.

I byłam. Jajko w kieliszku zostało na balkonie, samotne jak zapomniana czapka krasnoludka. Dołożyłam do niego jeszcze chleb z masłem, bo wciąż miałam nadzieję, że zjawi się mój przyjaciel, Bysiek, i je zje. Niestety, on nigdy nie jest głodny. Najlepiej wychodzą na tym gołębie. Zjadają wszystko, co do okruszyny.

Przyjechaliśmy do szkoły za wcześnie. Do rozpoczęcia lekcji zostało jeszcze piętnaście minut.

– Co robimy? – spytał tatuś, błądząc spojrzeniem po wierzchołkach drzew. Od trzech dni nie patrzył mi w oczy. Wiedziałam dlaczego. Było mu po prostu wstyd.

– Wyprowadzę cię na krótki spacer – zaproponowałam. – Chcesz?

– Nie, ale nie mam nic do roboty, więc pójdę.

– Nie masz dziś zajęć? – przestraszyłam się nie na żarty. Bezrobotnych mamy ponad dwa miliony. To przecież niewyobrażalna masa ludzi. Tatuś zginie w niej, a ja wraz z nim.

– Nie martw się! Zaczynam o dziewiątej – wyjaśnił bez entuzjazmu.

– Co grasz? Wróbelka?

– Rzekę.

– Szkoda. Myślałam, że będziesz kolibrem.

– Po wróbelku należało się tego spodziewać, ale rzeka to też jest coś.

– Tak – potwierdziłam, żeby go nie zniechęcać – a co robi rzeka? – Zaczęło mnie to ciekawić.

– Płynie, śpiewa, szemrze, a nawet mówi.

– Głośno czy cicho?

– Bardzo głośno. To górska rzeka pełna energii. Złości się, pieni, huczy, wpada z łoskotem na skały, wyrywa drzewa z korzeniami.

– Bardzo dobrze. Chcę, żebyś się złościł i pienił.

– Dlaczego?

– Nie miałbyś wtedy czerwonych oczu.

– W porządku. Będę się złościł i pienił. Wracamy?

– Tak. Zostało siedem minut. Zdążę.

– Wrócisz sama do domu?

– Jeżeli muszę.

– Nie rób takiej żałosnej miny. Jesteś samodzielna…

– Dzielna – wykrzywiłam się.

– Odważna – dodał tatuś.

– Ważna.

– Grzeczna.

– Bezpieczna.

– Śmieszna.

– Ucieszna.

– Śmiała.

– Niedbała.

– Nadzwyczajna – podrzucił tatuś.

– I fajna – dodałam po dłuższej chwili, bo nie mogłam wymyślić od razu zgrabnego rymu.

– Tak, sikoreczko. Pa!

– Do widzenia, wróbelku.

Tatuś pokłuł mnie trzydniowym zarostem, objął słodko-kwaśnym uśmiechem i pomknął na skrzydłach wiatru grać gadającą rzekę. A tak naprawdę to wsiadł do wysłużonej toyoty i od razu nastawił elektroniczną muzykę nadawaną przez różne stacje misyjne i komercyjne. Od tej muzyki puchnie mózg i kuli się trawa, a jego to uspokaja. Bardzo dziwne. Syntezatory wytwarzają ogłuszające dźwięki i walą nimi prosto w serce, nie mówiąc o uszach. Uszy nie są tak delikatne, wytrzymują nawet huk odrzutowców, rozpędzonych harleyów, wycie syren, grzechot ciężarówek i tirów, podczas gdy serce nie daje rady, jest cienkie jak pajęczyna, rwie się od byle podmuchu i pęka.

Lekcje długo nie chciały się zacząć. Snułam się po korytarzu niczym dym na niepogodę, dopiero dźwięk dzwonka przywołał mnie do rzeczywistości.

Głowiąc się nad rymem do słowa „łomot”, weszłam do klasy i nie przestawałam martwić się o tatusia.

– Skąd biorą się zawały? – spytałam panią Emską, która wpadła do klasy, prawie biegnąc. Zawsze tak się spieszy, jakby jej pociąg zaraz odjeżdżał. Z hukiem odsunęła przeznaczone dla niej krzesło i szybkim ruchem otworzyła dziennik.

– Siadaj, Łukomska! – ofuknęła mnie ostro. – I nie zadawaj głupich pytań.

– Nie ma głupich pytań. – Poczułam się urażona i stojąc przed ławką, zsuwałam z ramion w zwolnionym tempie beznadziejnie ciężki tornister.

– Są tylko głupie odpowiedzi? To chciałaś powiedzieć? Tak? Siadaj! – Wstrzeliła się we mnie oczami, żółtymi jak u kota.

– Chciałam usłyszeć prawdziwą odpowiedź – zapiszczałam żałośnie.

– Nie usłyszysz żadnej – obwieściła z triumfem. Jej cienka szyja wydłużyła się, a oczy jeszcze bardziej zżółkły. Przyszło mi na myśl, że za chwilę ona sama zamieni się w kota i skoczy na mnie z pazurami. – Siadaj! – prawie krzyknęła.

Na przerwie odezwało się w niej coś ludzkiego. Nie śpieszyła się do wyjścia, jak to miała w zwyczaju, tylko podeszła do mnie i nie kryjąc obrzydzenia, dotknęła spiczastymi palcami mojego ramienia.

– Czy ktoś w twojej rodzinie jest chory? – Nutki współczucia zadrgały w jej głosie, nozdrza z ciekawością chłonęły mój zapach. Przed wyjściem z domu wylałam na siebie z pół butelki ulubionej wody tatusia. Widocznie pani Emskiej ten zapach też się spodobał.

Skinęłam z powagą głową.

– Kto? – Pani zacisnęła mocniej palce na moim ramieniu.

– Pies – odpowiedziałam, patrząc jej w oczy.

A ona, wbrew moim oczekiwaniom, nie rozgniewała się. Przeciwnie. Jej współczucie wzrosło o kilkanaście procent. W oczach pojawiły się płatki bladej zieleni.

– Co mu jest?

– Nie chce ani jeść, ani pić – relacjonowałam, nie spuszczając z niej wzroku, a ona wzdychała z coraz większym przejęciem i chłonęła z lubością zapach tatusia.

– To poważne, a jak on się wabi? – Jej pytania stawały się coraz bardziej niebezpieczne.

– Bysiek.

– Dlaczego tak pospolicie? – Górna warga pani podskoczyła do góry, oczy na powrót zrobiły się żółte.

– Bo sam jest niepospolity. Rozumie, co się do niego mówi.

– Na przykład co? – Dociekliwość pani zbiła mnie nieco z pantałyku, zaczęłam mówić podniesionym głosem.

– Kiedy mu mówię, że jest mądry, dobry, grzeczny, to on się śmieje i wali ogonem o podłogę jak foka, a gdy krzyczę na niego i mu wymyślam, to się kuli jak balon po przekłuciu szpilką i robi się malutki.

Pani kiwała ze zrozumieniem głową.

– A jaka to rasa? – spytała znowu.

Wbiła mnie w ścianę, słowo daję. Zapomniałam języka w gębie. Drapałam sobie brodę i miałam ochotę ugryźć się w ucho.

– Ona nie ma psa – odezwał się basem Kondracki, przechodząc obok nas.

– Mieszaniec – wyjaśniłam z wahaniem. Nie wiedziałam, jakie psy pani lubi. Zdenerwowana uwagą Kondrackiego, dodałam: – Zwykły kundel.

– Naprawdę? – Oczy pani Emskiej zalśniły laserowym blaskiem. Znowu pojawiły się w nich zielone plamki. Gadanie Kondrackiego nie zrobiło na niej wrażenia. – Masz szczęście! – Zachwyt pani rósł z każdą sekundą. – Kundle to nadzwyczajne psy, wręcz genialne, wierne, posłuszne, prawdziwi przyjaciele. Pokażesz mi go?

Ziemia się rozstąpiła. Znowu odjęło mi mowę.

– Może jutro? – Opanowałam się. – Dzisiaj jedziemy z tatusiem do cioci.

– Ona nie ma cioci – wyrwał się znowu Kondracki, który nie wychodził na przerwę, tylko podsłuchiwał.

Pani i tym razem zignorowała jego donosy, chociaż mówił prawdę. Ciocia była takim samym tworem wirtualnym jak pies.

– Nie, jutro nie mogę, pojutrze też nie – zastanawiała się pani, wyraźnie zatroskana. – Wiesz co? Umówmy się na czwartek w przyszłym tygodniu. Zgoda?

Odetchnęłam. Tydzień to bardzo dużo. Sto sześćdziesiąt osiem godzin, jeszcze więcej minut. Wiele się może wydarzyć. Nagle spadną śniegi i pani Emska nie zdoła do nas dotrzeć albo oberwie się chmura i ulice zamienią się w rwące potoki. Ustanie komunikacja, zapanuje chaos. Nie będzie można nigdzie dojechać. Ludzie zaczną umierać pozbawieni pomocy lekarzy. Nie, to zły pomysł. Najlepiej będzie, kiedy nocą w szkołę uderzy tornado i zmiecie ją z powierzchni ziemi. Nikomu nic się nie stanie. Bachory o tej porze już śpią, nauczyciele też. Woźny pozamyka o osiemnastej wszystkie klasy, włączy alarm i pójdzie na piwo. Tak, tornado ze wszystkich kataklizmów wydało mi się najlepsze. Pod jednym wszakże warunkiem: że przeleci wyłącznie nad szkołą, nie zahaczając o inne budynki, że nikt nie ucierpi, nie zginie, a ja będę miała spokój. Zanim zbudują nową szkołę, pani Emska zdąży zapomnieć o wielu rzeczach, nie tylko o moim nieistniejącym psie.

Po lekcjach zatrzymałam się na stopniach przed wejściem do szkoły. Nie była piękna. O nie. Nie kojarzyła mi się z niczym przyjemnym. A jednak myśl o jej unicestwieniu spowodowała przyspieszoną akcję rozstrojonego serca. Oblała mnie fala gorąca. Jednak w swoich niszczycielskich zapędach posunęłam się za daleko.

Prawdę mówiąc, na zniszczeniu szkoły nic bym nie zyskała. Tatuś znalazłby mi inną, na pewno brzydszą i gorszą, ponieważ poszukiwania czegoś lepszego, zgodnie z zasadą, że lepsze jest wrogiem dobrego, kończą się źle. Tak twierdzi babcia, a ona dobrze wie, jak to jest. Postanowiłam wymyślić coś innego. Na razie krążyłam po boisku. Kondracki i Stasiak jak zwykle ganiali za piłką. Nie miałam ochoty narażać się na ich szyderstwa z powodu nieistniejącego psa. Naiwnie sądziłam, że nie zauważą, jak przemykam. Niestety. Zauważyli. Kondracki wybił piłkę wprost na mnie. Złapałam ją bez trudu i z błyskiem triumfu spojrzałam najpierw na jednego, potem na drugiego. Postałam chwilę, bawiąc się piłką, na którą czekali, nerwowo podrygując.

– No, rzuć! – zachęcał mnie Stasiak niezbyt uprzejmie. – Rzuć!

– Rzucam – odkrzyknęłam. Piłka przeleciała nad boiskiem, ominęła siatkę i wylądowała na masce okazałego mercedesa, po czym stoczyła się i wpadła między tuje. Stasiak z Kondrackim zaniemówili, śledząc jej lot, a kiedy zobaczyli, jak ląduje w krzakach, ruszyli do ataku. Wiedziałam, że za późno na ratunek i nie próbowałam uciekać. Zacisnąwszy zęby, czekałam na ciosy. Tupot nóg w kolczastych adidasach rozsadzał mi uszy. I wtedy stał się cud. Stasiak wyminął mnie nieśpiesznym truchtem, nie dotykając nawet palcem, i pobiegł po piłkę. Kondracki kłaniał się z daleka mojemu tatusiowi, który machał zza siatki.

– Tatku! – Wpadłam w jego ramiona, odzyskując wiarę w zwycięstwo dobra nad złem.

– Co masz taką zgrzebną minę? – spytał, przyglądając mi się z niepokojem. – Stało się coś?

– Nie, nic, tylko się zastanawiam, jakby tu zmieść szkołę z powierzchni ziemi.

– Uuu, to poważna sprawa – zafrasował się tatuś. – A nie możesz z tym trochę zaczekać?

– Mam na to tylko tydzień – odpowiedziałam, pociągając nosem.

– W takim razie wsiadaj do samochodu! Razem coś wymyślimy.

– Dokąd chcesz jechać?

– Zobaczysz. – Uśmiechnął się tajemniczo i pierwszy raz od czterech dni popatrzył mi w oczy. Były nadal czerwone i to mnie rozgniewało. Nie pokazałam jednak tego po sobie, uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i pozwoliłam, by zapiął mi pasy. Trochę się bałam. Tatuś dobrze prowadził, ale bez wyobraźni, ryzykancko i po wariacku. Nie trafiały do niego żadne argumenty, zdjęcia zmiażdżonych samochodów, trupów i krwi na jezdni. Czasem zachowywał się tak, jakby sam chciał się zabić. I to mnie martwiło. Może rzeczywiście chciał. Teraz też wyprzedzał, kogo tylko się dało, i nie słuchał, kiedy prosiłam, żeby zwolnił. W ten sposób dosyć szybko znaleźliśmy się za miastem. Przeraziłam się nieco, bo przyszło mi do głowy, że tatuś poważnie potraktował to, co rano gadałam o tęsknocie za przyrodą, i wiezie mnie do lasu. Nie miałam na to najmniejszej ochoty.

Ochłodziło się. Chmury w kolorze samochodowych opon wisiały nisko nad ziemią. Wyglądało na to, że za chwilę opadną, przykryją drogę i nas ołowianą masą. Zamknęłam oczy i cieszyłam się przynajmniej z tego, że tatuś nie włączył tej strasznej muzyki, która go uspokaja. Widocznie monotonny szum silnika działał na niego tak samo kojąco. Nagle zahamował. Odruchowo uniosłam powieki, sądząc, że coś się stało, ale niczego groźnego nie zauważyłam, tylko od razu, gdy tatuś uchylił drzwiczki, zatkałam nos.

– Co tak śmierdzi? Gdzie my jesteśmy? – Zaczęłam się rozglądać i z trudem łapiąc powietrze, wytoczyłam się z samochodu.

Zza ogrodzenia, przy którym stanęliśmy, dochodziło coś jakby szczekanie pomieszane z płaczem dzieci. Po nim uderzyła w nas fala drażniących dźwięków, wycia, skomlenia i ujadania. Nie mogłam się połapać, co to jest.

Tatuś nacisnął jakiś dzwonek, a ja wypatrzyłam tablicę umieszczoną na bramie wjazdowej: „Schronisko dla zwierząt”. Przeczytałam głośno i zaczęłam się rozglądać z niedowierzaniem. Miejsce wyglądało paskudnie. Za ogrodzeniem w kilku rzędach stały klatki różnej wielkości, a w nich, niczym groźni przestępcy, psy różnych ras, małe i duże.

– Tatusiu! Co one zawiniły, że tak je potraktowano? Przecież nawet jeśli kogoś pogryzły, to dlatego, że im kazano.

Tatuś milczał i drapał się w czoło, a ja dalej niczego nie rozumiałam.

Psy nie miały ani kajdan, ani łańcuchów, tylko rozpacz i smutek w zaropiałych ślepiach. Niektóre jeszcze próbowały się buntować, skakały po klatkach, ujadały i wyły, wsadzały mordki między żelazne pręty i szczerzyły zęby, usiłując przegryźć metal i uciec. Nie były w stanie tego uczynić. Człowiek też bez odpowiednich narzędzi nie dałby rady. Ogromne wilczury i boksery tkwiły nieruchomo w klatkach niczym posągi. Ich tępe oczy już niczego nie widziały. Dwa nieduże psiaki rasy bliżej nieokreślonej próbowały jeszcze poinformować świat o swoim nieszczęściu i wyły cichutko, kierując wzrok ku bezdusznemu niebu.

A mnie ogarnęło uczucie bezradnej wściekłości, poczułam ucisk w sercu, łzy zaczęły mnie dławić. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu, a jeszcze bardziej pojąć, jak Pan Bóg, który podobno jest dobry, miłosierny, wszystko widzący i wszechmocny, pozwala krzywdzić takie bezbronne istoty.

Tatuś trzymał mnie mocno za rękę, nic nie mówił, myślał pewnie to samo co ja. W pewnej chwili przystanął, a ja się odwróciłam, bo nagle poczułam na sobie czyjś wzrok. Wyrwałam się tatusiowi i pobiegłam do ostatniej klatki.

– Bysiek! – krzyknęłam rozdzierającym głosem. To był ten pies, który śnił mi się po nocach i dla którego wystawiałam jedzenie na balkon. Od razu mnie poznał, zerwał się, zamerdał ogonem, zaszczekał radośnie i wskoczył na siatkę, która zatrzęsła się pod naporem jego potężnego ciała.

– Bierzemy go? – spytałam. Tatuś nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się. Musiałam zadrzeć do góry głowę, żeby popatrzeć mu w oczy. On jest bardzo wysoki, nawet kiedy gra garbusa przewyższa innych o głowę.

– Już go wybrałaś? – zapytał, skubiąc brodę.

– Tak – potwierdziłam z entuzjazmem. – To o nim opowiadałam pani Emskiej. To przez niego chciałam zburzyć szkołę. Tato! U nas nie będzie mu źle. Mieszkamy w ładnym miejscu. Dokoła jest dużo wolnej przestrzeni. Będzie miał gdzie biegać.

– A kto będzie go wyprowadzać? – Tatuś nie mógł się zdecydować.

– Ja, ja będę – zapewniałam radośnie.

– Trzy razy dziennie, w mróz, w deszcz, w upał, w śnieżycę i kiedy będziesz miała dużo lekcji i ochotę na kino albo na spotkanie z koleżankami?

– Nie mam koleżanek.

– A kolegów? – Zmrużył z niedowierzaniem jedno oko.

– Też nie.

– Ale możesz mieć?

– Nie sądzę.

– To bardzo niedobrze. – Zmartwił się.

– Dlaczego?

– Zacznie ci dokuczać samotność.

– Nie zacznie. Mam ciebie. – Przytuliłam się do niego.

– Ja pracuję.

– To będę miała Byśka.

– Już go tak nazwałaś?

– Od dawna go tak nazywam. Dzisiaj opowiadałam o nim pani Emskiej. Nie spodobało jej się imię, ale powiedziała, że kundle to bardzo mądre psy, wręcz genialne.

– Zaraz, zaraz. – Tatuś aż westchnął z wrażenia. – Coś ty znów wymyśliła? Rozmawiałaś o nim z panią Emską? Przecież nawet nie wiedziałaś, że on istnieje?

– Wiedziałam. – Zaczęłam się dąsać. – Chciałam nawet z jego powodu zburzyć szkołę. Mówiłam ci.

– Wymyśliłaś go! – Ucieszył się.

– Raczej wymarzyłam – wyjaśniłam rzeczowo.

– Rozumiem, nie musisz się tłumaczyć. Wolałbym jednak, żebyś nie myliła marzeń z rzeczywistością, bo kiedyś może dojść do katastrofy, jeszcze wysadzisz w powietrze nasz dom albo całą dzielnicę.

– Tato! Myślisz, że ze mną coś nie tak?

– Nie, ja tak nie myślę, ale tym, którzy cię dobrze nie znają, może coś takiego przyjść do głowy, zaczną cię traktować jak kogoś niespełna rozumu.

– A jak się traktuje kogoś niespełna rozumu?

– Źle.

– O rany! Dlaczego?

– Bo ludzie są źli. Nie wszyscy, oczywiście – poprawił się. – Większość jednak nie lubi tych, co się od nich różnią kolorem skóry, tuszą, ubiorem, mają inne poglądy, zwyczaje, w co innego wierzą, mówią innym językiem.

– Nie lubią oryginalności?

– Można to i tak nazwać.

– Więc co? Mam być taka jak wszyscy? – Nastroszyłam się.

– Broń Boże! – zaprzeczył gwałtownie. – Gdyby wszyscy byli tacy sami, świat byłby trudny do zniesienia. Poumieralibyśmy z nudów. Ty powinnaś być sobą, rozumiesz? Sobą. Według mnie jesteś oryginalną osóbką i to mi się podoba. Nie wiem tylko, jakby zareagowała twoja pani, gdyby się dowiedziała, że opowiadasz jej o psie, którego nie masz, i to w taki sposób, jakbyś go miała. Może by cię potraktowała gorzej niż ja.

– Uznałaby mnie za kłamczuchę?

Tatuś skinął głową i poszedł do biura załatwić formalności, a ja zostałam z Byśkiem i starałam się z nim zaprzyjaźnić.

– Nazywam się Magdalena Łukomska – zaczęłam – ale wszyscy mówią na mnie Magda, bo tak jest krócej. Teraz ludzie nie mają na nic czasu, a mój tatuś, który też nie ma na nic czasu, nazywa się Jacek Łukomski. Jacek to bardzo ładne imię, łatwe do zapamiętania, nie jest za długie ani za krótkie. Nasze podwórko jest takie sobie, trochę za małe. Prawdę mówiąc, nie ma go wcale. Na patio nie wolno wychodzić z psami, ale jak nikt nie widzi, to można. Kiedyś tam pójdziemy.

Koło kiosku jest placyk wybrukowany kostką Bauma. Nie spodoba ci się i nie będziemy tam chodzić. Za to trochę dalej znajduje się trawnik, na nim są tuje, piękna brzoza, rozłożysty świerk, no i śmietnik, zamykany przed menelami na klucz, a za nim stary blok, podwórko i trzepak. Chłopaki tam grają w piłkę, ale lepiej trzymać się od nich z daleka, nie mają poczucia humoru i do piłki odnoszą się z przesadną czcią, jak do kogoś żywego. Sam się o tym przekonasz.

Na spacery będziemy chodzić na psie pole, tam kwitnie życie towarzyskie psów. One lubią to miejsce, ty też je polubisz, będziesz mógł się tam wybiegać. U nas nikt cię nie skrzywdzi – tłumaczyłam z uporem. – Ja już cię kocham, tatusiowi też się spodobałeś, tylko musisz się kąpać. Nie cierpimy brudasów, tatuś to ma po prostu bzika na punkcie higieny. Odkąd rzucił palenie, jest wyczulony na zapachy. Kąpie się dwa razy dziennie i wylewa na siebie hektolitry wody kolońskiej. W naszym domu zawsze ładnie pachnie. I ty nie możesz tego zepsuć, bo wtedy dom przestanie być domem. Właściwie już przestał nim być – dodałam po namyśle – chociaż staram się tego nie zauważać. Może jednak nie przestał? – zwróciłam się do Byśka z pytaniem.

Psiak posmutniał, no bo co miał odpowiedzieć? Nie znał mnie, nie wiedział, jak wygląda nasz dom i co się u nas stało. Nie wiem, czy zrobiliśmy na nim dobre wrażenie. Biedak mrugał ślepiami, a ja nawijałam dalej:

– Dom to takie miejsce – mówiłam – do którego się chętnie wraca, gdzie człowiek je, śpi, spotyka bliską osobę, rozmawia z nią o wszystkim, płacze, śmieje się, a gdy mu przyjdzie ochota na milczenie, to milczy, bo czuje się po prostu jak u siebie. Ja się tak czuję. A gdyby jeszcze tatuś tak się poczuł, byłoby super. Niestety, jego czerwone oczy świadczą o tym, że się nie poczuł. I to mnie martwi.

Bysiek usiadł na tylnych łapach i patrzył na mnie wilgotnymi oczami. Znużyła go moja opowieść, a może znudziła. Przecież on niejedno już słyszał i widział. Był dorosły. Jednak coś w mojej opowieści musiało go zaniepokoić, bo skurczył się nagle i oklapł. Dopiero, gdy tatuś założył mu obrożę i wziął go na smycz, zamerdał ogonem i się uśmiechnął. Po wyjściu z kojca długo się otrząsał, jak po złym śnie, zrzucał z siebie pchły, smród i złe wspomnienia, prostował się, wyginał i podskakiwał, ciesząc się z odzyskanej wolności. A w domu zupełnie oszalał. Niech skonam, ale mu odbiło: obwąchiwał ściany, meble, dywany, medytował przy kaloryferze, dostojnym krokiem obszedł kilka razy balkon, potem wspiął się na przednich łapach i wyjrzał na ulicę. Stał tam dłuższą chwilę i wsłuchiwał się w szum samochodów, w krzyki i nawoływania chłopaków zmierzających do metra. W kuchni kręcił się w kółko i dumał nad problemem nie do rozwiązania – najpierw zjeść parówkę, ser czy kiełbasę. Wszystko mu smakowało, chleb z masłem również, a najbardziej kiełbasa.

– Tak nie można – orzekł tatuś – kupimy karmę dla psów. W kiełbasie są przyprawy, saletra, tłuszcz, dużo soli i konserwanty. One psom szkodzą.

– A nam?

– Też szkodzą.

– To dlaczego je jemy?

– My mamy wybór – możemy jeść i sobie szkodzić, możemy zrezygnować z kiełbas albo w ogóle z mięsa, jeść chleb z masłem, ser lub jajka – a psy nie mogą wybierać, są zdane na naszą łaskę i niełaskę. Dlatego koniec z kiełbasą, nasz pies będzie dostawał zdrową żywność.

– A my?

– Z nami gorsza sprawa. Mnie najbardziej smakuje to co niezdrowe.

– Na przykład co?

– Jajka smażone na boczku.

– Są niezdrowe?

– Jak najbardziej.

– To ci zabronię je jeść.

– Nie wiadomo, czy posłucham.

– Ja ciebie zawsze słucham.

Tatuś zmrużył jedno oko i uśmiechnął się półgębkiem, to znaczy połową twarzy. Powątpiewał w to, co mówiłam. I miał rację. Nie byłam posłusznym dzieckiem.

– Bysiek! Do nogi! – zawołałam, gdy z miski zniknęła ostatnia parówka.

I stał się cud. Bysiek od razu przybiegł do mnie i przywarł do moich stóp.

– Popatrz! – powiedziałam do tatusia. – On wszystko rozumie.

– Szkolony! – orzekł ze znawstwem tatuś.

– To każ mu jeszcze coś zrobić. Zobaczymy, czy to magister, czy licencjat.

Tatuś strzelił dwa razy palcami i powiedział:

– Daj głos!

Bysiek wpatrzony w strzelające palce policzył i szczeknął dwa razy.

– Magister! – ucieszył się tatuś, lecz gdy spojrzał na zegarek, przeszła mu ochota do żartów i pobiegł do łazienki.

– Muszę się odświeżyć – wyjaśnił i zatrzasnął za sobą drzwi, a ja dalej egzaminowałam Byśka i nasłuchiwałam. Z kranu leciała woda, tatuś płukał zęby. Wszystko było normalne, zadziwiająco normalne. Bysiek umiał, jak na psa, zadziwiająco dużo. Gdy kazałam mu usiąść, usiadł. Kazałam leżeć, położył się przy mnie. Polecenie „daj łapę” zrozumiał od razu, a gdy kazałam mu podejść, przybiegł i polizał mnie w rękę. W nagrodę wyściskałam go i wycałowałam, chociaż nie pachniał najlepiej. Wreszcie przestałam nasłuchiwać. Tatuś wyszedł z łazienki, ciągnął się za nim tren zapachów. Bysiek też to poczuł, bo kichnął.

Pani Emska miała rację. Kundle są najinteligentniejsze ze wszystkich psów, a są i takie kundle, które pod względem inteligencji przewyższają niektórych ludzi, tylko trudno to wykazać, ponieważ nie mówią. Bysiek wyróżniał się intelektem, był dużym i pięknym mieszańcem collie z owczarkiem alzackim i jeszcze z czymś nieziemsko pięknym. Trudno się rozeznać w tych koligacjach. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości – pod każdym względem przewyższał znane mi psy. Od razu polubiłam Byśka i on odwzajemniał moje uczucia, łasił się do mnie i lizał po rękach, a na punkcie tatusia dostał po prostu bzika. Wpatrywał się w niego wzrokiem pełnym oddania i pokory, z wdzięcznością przyjmował każdy czulszy gest i każde dobre słowo.

Byśkowi nie spodobało się, podobnie jak mi, gdy tatuś pachnący i odświeżony wychodził do teatru. Odprowadził go do drzwi, czekał na pogłaskanie, po czym wrócił smutny i zrezygnowany, położył się przy mnie i medytował. A ja podrapałam go za uszami i przemawiałam jak do dziecka.

– Nie martw się! – powiedziałam mu. – Tatuś wróci po przedstawieniu i wyjdzie z tobą na wieczorny spacer. Dzisiaj gra w sztuce, którą uwielbiam. Jest dyplomatą. W tej roli, zresztą nie tylko w tej, wygląda zjawiskowo. Żałuję, że nie możesz zobaczyć, jaki jest piękny w granatowym smokingu z muszką. Kobiety za nim szaleją, po przedstawieniu dostaje największe brawa. Jest super! – zawołałam głośno.

Bysiek przestał oddychać, tak się wystraszył.

– Przepraszam, piesku kochany, nie zrobię ci krzywdy – zaczęłam przemawiać łagodnie. – Musisz wiedzieć, że podziwiam tatusia. Inni też go chwalą, chociaż dziennikarze rzadko o nim piszą, a przecież jest świetny, naprawdę, tylko nie ma szczęścia. Tak już jest. Szczęście w życiu jest najważniejsze. A on go nie ma. Ale i tak dobrze, że dziś nie miał czerwonych oczu. Jest lepiej, tak. Nie wiem, czy dobrze, ale lepiej na pewno. Powiedziałam mu, że pięknie wygląda, machnął na to ręką. Nie umie się cieszyć z takich rzeczy. A przecież wygląd jest ważny.

W tym przedstawieniu o dyplomatach tatuś wygląda jak amant ze starych filmów. Inni dyplomaci też prezentują się nie najgorzej, ale on bije wszystkich na głowę, wcale nie żartuję. Jest bardzo męski, tajemniczy, z diabolicznym uśmiechem na twarzy. Dumny, bezkompromisowy romantyk pełen wzniosłych ideałów. Mówiłam ci już, podoba się kobietom.

Ostatnio podczas przerwy w przedstawieniu podsłuchałam rozmowę wysokiej brunetki o oczach wielkości pięciozłotówek z przystojną blondynką. Brunetka powiedziała, że gdyby tatuś był wolny, to zakochałaby się w nim od razu. A ta druga, blondynka, wyznała z ciężkim westchnieniem, że kocha się w nim od lat. Wysłała nawet do niego list, tylko nie miała odwagi napisać wprost, że kocha go bez pamięci, ale przy odrobinie wyobraźni każdy by się tego domyślił, a tatuś – jak twierdziła – się nie domyślił. Podziękował grzecznie za list i pozostał z wyrazami szacunku. „Jest dobrze wychowany”, dodała, nie przestając wzdychać, „nie to co nasze chamy w śmierdzących dżinsach”.

Nie wiem, kogo miała na myśli. Własnego męża, kochanka czy facetów z ulicy? „Chamy”, powtórzyłam szeptem. One nie usłyszały. Zresztą gdyby nawet. Nie wiedziały, kim jestem, i tak sobie gadały, a ja podsłuchiwałam, poszerzając w ten sposób wiedzę o życiu. I cieszyłam się ze względu na tatusia, bo obie panie były całkiem do rzeczy, pachnące, zadbane. Na pewno podobały się mężczyznom, nie tylko tym w śmierdzących dżinsach.

Ciekawe, czy ty poznałbyś tatusia w smokingu, przebranego za dyplomatę? Na co dzień tatuś się tak nie ubiera, a podobno wy, tak słyszałam, rozpoznajecie ludzi po zapachu, wzrok u was odgrywa mniejszą rolę. Nie chce mi się w to wierzyć, będę musiała sprawdzić. Wtedy zobaczymy, czy ja jestem dla ciebie mydełkiem Dove, a tatuś dezodorantem Pierre Cardin. Muszka i smoking bardzo go zmieniają. Nie ma co mówić, ubiór zdobi człowieka, chociaż niektórzy twierdzą, że nie.

O mnie tatuś mówi, że we wszystkim mi dobrze, nawet w tych postrzępionych dżinsach. Trudno w to uwierzyć, chociaż przyjemnie słyszeć. Dzisiaj prosił, żebym nie wychodziła z tobą wieczorem. Wyjdziecie razem po przedstawieniu. To już tylko dwie godziny, a ja za nim już tęsknię i nie przestaję się martwić. Tatuś jeździ za szybko, to wiesz, a na drogach pełno wariatów. Och! Ty śpisz? A ja mówię do ściany?

Słone paluszki kuszą mnie nieustannie, fistaszki również, pogryzam je, czytając „Wojnę i pokój”. Omijam skrzętnie opisy bitew, a listy cara Aleksandra do Napoleona i na odwrót strasznie mnie śmieszą, obaj zwracają się do siebie „cher cousin”. Ich wojska walczą ze sobą na śmierć i życie, a oni „cher cousin”. Podobają mi się kawałki o księciu Bołkońskim i o Nataszy, ale nie zachwycam się księciem. Jest zimny jak sopel lodu, sztywny, wyniosły i wzbudza lęk. To pociąga kobiety, one lubią tyranów, każda by chciała takiego zmiękczyć, oswoić i uczłowieczyć. Natasza nie była wyjątkiem, też chciała go zmiękczyć, chociaż się go bała. Ja na jej miejscu trzymałabym się od niego z daleka, a póki co, to cieszyłam się, że tatuś w niczym go nie przypomina. Natomiast Nataszę polubiłam od razu, nie bezkrytycznie, o nie, parę razy miałam ochotę przyłożyć jej klapsa. Sama nie jestem za mądra, ale głupota innych doprowadza mnie do wściekłości.

Natasza szykowała się do ucieczki z Kuraginem, strasznym typem, który powinien gnić w kryminale po kres swoich dni, a ona zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia i traktowała, jak przyzwoitego człowieka, sądząc, że on darzy ją takim samym uczuciem jak ona jego. A on kłamał bezczelnie, bo chciał ją uwieść i skompromitować. Trzeba przyznać, że był bliski celu, bo Natasza niczego nie podejrzewała. Przerzucałam kartki książki i czekałam z niecierpliwością, kiedy spotka się wreszcie z rozumem. „Niestety, głupota jest ciężką przypadłością”, tak twierdzi tatuś, „i w sprzyjających warunkach rozwija się błyskawicznie, szybciej niż grypa, malaria i sepsa. W skrajnych wypadkach atakuje całe narody. Polski też nie oszczędziła”.

Zakochana Natasza szykowała się właśnie do ucieczki z tym strasznym typem, gdy zadzwonił telefon.

– Cześć, króliczku! – usłyszałam w odpowiedzi na moje toporne „halo”. W pierwszym odruchu chciałam rzucić słuchawkę, ale straciłam głowę i odpowiedziałam grzeczniutko:

– Cześć.

– Co robisz?

– Nic.

– Wiesz, kto mówi?

– Nie.

– Oszalałaś? Nie poznajesz mnie? Co się z tobą dzieje? Króliczku! Nie masz przypadkiem gorączki?

– Przypadkiem nie mam.

– To ja, słyszysz? Twoja mama.

– Moja mama nie żyje.

– Jak to nie żyje? Kto ci naopowiadał takich bzdur? Czy ty myślisz, że ja dzwonię z zaświatów? Jestem zdrowa. Nic mi nie dolega, gram, jeżdżę samochodem, spotykam się z ludźmi. Już mnie poznajesz? Jestem twoją matką – krzyknęła rozpaczliwie. – Słyszysz mnie?

– Słyszę. Moja matka nie żyje – powtórzyłam ze złością, ale się nie rozpłakałam i nie odłożyłam słuchawki. Czekałam na to, co nastąpi.

– Poproś tatusia – rozkazała ostro.

– Tatuś gra.

– W takim razie zadzwonię do teatru. Cześć!

– Cześć! – powiedziałam martwym głosem i czekałam licho wie na co. Dopiero gdy usłyszałam plaśnięcie jej słuchawki, odłożyłam swoją słuchawkę i zaczęłam krzyczeć na siebie:

– Idiotko, kretynko, głupia krowo! Dostaniesz takie wciry, że się nie pozbierasz. Dobrze ci tak, debilko, jesteś wstrętna, głupia i zła. Nikt cię nie kocha, nawet Bysiek ma cię gdzieś, chrapie sobie w najlepsze, kretyn, wymóżdżony kundel, który udaje geniusza.

Obudził się! Zaczął strzyc uszami i wlepiać we mnie okrągłe ślepia, chciał coś powiedzieć. Otwierał pysk, wysuwał język, oblizywał się, ślina kapała na podłogę, a żadne ludzkie słowo nie chciało wydobyć się z jego krtani. W końcu dał za wygraną, zaskomlał żałośnie, przysunął się i liznął mnie w piętę. Przestałam się wydzierać. Usiadłam na podłodze, głaskałam go rozpaczliwie, całowałam, wtulałam się w niego jak w puchową kołdrę, a on zlizywał łzy z moich policzków i rąk. Tych łez było okropnie dużo, puściły jakieś uszczelki, a ja nie miałam zapasowych na wymianę. Przeniosłam się na kanapę i tam zastygłam w półśnie, Bysiek drzemał na podłodze, a telefon dzwonił i dzwonił, ja nie odbierałam. Wiedziałam, że to ona, bo komu by się chciało dzwonić bez przerwy. Jej też się w końcu odechciało, przestała. Ja się uspokoiłam i zasnęłam. Sny miałam okropne, nieodbiegające od rzeczywistości, słyszałam jakieś dzwonki, brodziłam po lesie, szukałam Byśka, który się gdzieś zapodział. A ja dreptałam w miejscu i nie mogłam znaleźć wyjścia.

Obudziło mnie skomlenie psa i dziki drapieżny chłód. Spałam bez przykrycia. Bysiek płakał przy drzwiach. Zegar wskazywał godzinę duchów. Za oknami królowała noc. Chryste Panie! Złapałam się za głowę. Co się stało? Gdzie tatuś? Jego pokój zawzięcie dyszał pustką, inne pokoje też. W teatrze nikt nie odbierał. Była dwunasta w nocy. Dwie i pół godziny po przedstawieniu. Mógł dojść pieszo do domu, a on miał samochód. Zapomniał o Byśku i o mnie? Nie wiedziałam, co robić. Do kogo zadzwonić? Kogo obudzić? Chryste Panie! I ten biedny kochany pies. Ja mu naopowiadałam licho wie co, że będzie mu u nas dobrze, nikt go nie skrzywdzi, no i proszę, taki klops, zaraz pęknie mu pęcherz. I będzie po nim.

– Tato! Tatusiu! Gdzie jesteś? – Zaschło mi w gardle od krzyku. Zegar na ścianie odezwał się z opóźnieniem. Uderzył dwanaście razy głośno, nerwowo jak na alarm, a ja trzęsłam się z zimna i ze strachu. Komórka ojca odezwała się w drugim pokoju. Musiało być z nim naprawdę źle, skoro o niej zapomniał. To mu się nie zdarzało. Stracił głowę i pamięć. Nie mogłam już na niego liczyć. Chwyciłam kurtkę i smycz. Zapomniałam o kagańcu. I dobrze. Pies w kagańcu nie jest psem, tylko ofiarą losu i pośmiewiskiem. Nie myślałam o kagańcu, tylko o pęcherzu Byśka, żeby nie pękł. Dygotałam jak w febrze. Strach kleił mi się do nóg, właził na plecy, przygniatał do ziemi i wpijał się w serce. A ono biło jak na trwogę.

Wzięłam Byśka na smycz, do ręki klucz, nadal cała się trzęsłam, serce ogłaszało bunt, zatrzymywało się i nie chciało pompować krwi. A jednak wydostałam się na ulicę. Bysiek dopadł pierwszego drzewka i uwolnił się od nadmiaru płynów. Potem już z mniejszą gorliwością ciągnął mnie do następnych drzewek. Obsikał ich chyba z pięć i w ten sposób dotarliśmy do alei KEN. Chciałam już zawrócić i jak najszybciej znaleźć się z powrotem w domu, gdy na skrzyżowaniu pojawił się nieduży człowieczek z burzą rozwianych włosów, ubrany z fantazją w długi płaszcz i szalik fruwający na wietrze. Przeciął jezdnię i szedł prosto na nas. Bysiek jeszcze go nie zauważył. Nie byłam pewna, czy go w ogóle zobaczy, skoro rozpoznaje ludzi po zapachu. Tego człowieka przecież nie znał i o jego zapachu nie miał zielonego pojęcia, a on już zbliżał się do nas, modulował twarz w przymilnych uśmiechach, ostry zapach jakiejś wody kwiatowej, a prędzej płynu na komary, bił od niego na kilometr. Na Byśka podziałał jak czerwona płachta na byka, bo się zjeżył.

– Jaki ładny piesek! – zapiał z zachwytu. – A ty, dziecko, co robisz na ulicy o tej porze?

– Bierz go! – rozkazałam szeptem Byśkowi. – Bierz go! – powtórzyłam, popuszczając smycz. Zrozumiał od razu i ku mojemu przerażeniu, z całym impetem rzucił się na mężczyznę, który przytomnie uskoczył w bok. Trzymałam mocno wyrywającego się psa i walczyłam z przerażeniem. Skąd mogłam wiedzieć, że pod przykrywką sympatycznego kundla ukrywa się dzika bestia. Mężczyzna już to wiedział i nie czekał na odpowiedź, co robię o tej porze na pustej ulicy, tylko dopadł skrzyżowania, przeciął w pośpiechu jezdnię i oglądając się z lękiem za siebie, pobiegł dalej. Po chwili znikł za niewysokim budynkiem, w którym mieścił się komisariat policji i poczta.

– Chodź! Wracamy! – powiedziałam do Byśka. Zrozumiał, ale nie miał ochoty zrezygnować z pościgu. Warczał nieprzyjaźnie.

„Teraz”, pomyślałam, „rzuci się na mnie, rozszarpie i zacznie jeść po kawałku. Nikt mi nie pomoże”. W pobliżu nikogo nie było.

– Byśku! Kochany piesku! Wracamy do domu – przemawiałam do niego czule, a on się ociągał, zapierał pazurami o bruk. Był nieprzewidywalny, ostry, niebezpieczny i groźny, wciąż się jeżył i rwał do przodu, gotów rozprawić się z tym intruzem, którego nie było już widać, ale Bysiek widocznie czuł jego zapach i parł do konfrontacji. – Bysiek! Do domu! – podniosłam głos. Poskutkowało. Bysiek zreflektował się i spokorniał. Przywarł łbem do moich stóp i stał się znów łagodnym psem o rozmarzonych ślepiach.

Bez przeszkód wróciliśmy do domu, a tatusia nadal nie było. Pozamykałam wszystkie okna i drzwi, opuściłam rolety i czekałam, nie przestając się martwić. Dochodziła pierwsza w nocy. Naszej starej toyoty nie było w podziemnym bunkrze. Obudzony telefonem garażowy warknął gniewnie: „Nie ma. Idź spać!”.

Łatwo powiedzieć „idź spać”, ale jak to zrobić, gdy niepokój rośnie w człowieku niczym ciasto na drożdżach, rozsadza wnętrzności i nie może znaleźć ujścia? Oczyma wyobraźni widziałam już, co się stało. Tatuś jechał za szybko i zabił się, w najlepszym wypadku jest ciężko ranny. Dlatego nie może mnie powiadomić. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. Musiałam działać. Telefon do najbliższego komisariatu, w którym schował się ten uciekający człowiek, znalazłam w internecie. Przygotowana na najgorsze, drżącymi palcami wystukałam numer. I od razu po pierwszym dzwonku odezwał się miły głos dyżurnego policjanta. Przedstawiłam się, powiedziałam, ile mam lat i z jakiego numeru dzwonię. Dopiero po tej prezentacji zapytałam, czy mój tatuś, Jacek Łukomski, nie uległ wypadkowi. Opisałam policjantowi naszą starą toyotę, podałam numer, kolor wozu, wzrost tatusia, a nawet dzień i miesiąc, kiedy się urodził. Rok też sobie przypomniałam, chociaż nie było mnie wtedy na świecie. Zdarzało się, że myliłam rok jej urodzenia z rokiem urodzenia tatusia. On jest od niej młodszy o całe dwa lata, ale nikt w to nie wierzy, bo ona nie tylko wygląda młodo, lecz i zachowuje się tak, jakby nie osiągnęła jeszcze pełnoletniości.

Wtedy nie myślałam o jej wieku, chodziło przecież o tatusia. Powiedziałam temu policjantowi, że tatuś jest aktorem i gra dyplomatę w sztuce sławnego autora, który specjalnie przyjechał z Londynu na premierę i na popremierowym przyjęciu wypił z tatusiem bruderszaft. Przyznałam, że słynny aktor zachwycił się też innymi aktorami, ale mniej niż tatusiem, i z nikim nie gadał tyle co z nim, i dodałam, że do nikogo nie zadzwonił, a do tatusia dzwonił wiele razy i na święta przysłał kartkę z życzeniami oraz swoje zdjęcie.

Tak się rozpędziłam w chwaleniu tatusia, że zapomniałam, po co dzwonię, i ten policjant musiał mi przypomnieć. Bardzo grzecznie to zrobił, naprawdę. Zadał mi kilka pytań, jedno niezbyt przyjemne. Tego nie przewidziałam, bobym nie zadzwoniła. Zapytał o nią. Gdzie jest w tej chwili i co robi? Bez wahania odpowiedziałam, że nie żyje. Policjant wcale się nie zdziwił. Powiedział, że bardzo mu przykro, i obiecał sprawdzić, czy tatusiowi nic się nie stało, a potem oddzwonić. Zapisał nasz numer. Byłam pewna, że mnie oleje, a on słowa dotrzymał. Zadzwonił po kilku minutach, których potrzebował na sprawdzenie, i powiedział, żebym się nie martwiła, tatusiowi nic się nie stało, nie zabrało go pogotowie, nie trafił do szpitala, samochód o takim a takim numerze nie uczestniczył w wypadku. Słowo „uczestniczył” zabrzmiało dziwnie, jakby chodziło o żywą istotę. To mnie zaskoczyło, chciałam coś powiedzieć na ten temat, ale on nie słuchał. Kazał mi napić się mleka i iść spać. Obiecał rano zadzwonić, żebym się nie spóźniła do szkoły. O wszystkim pomyślał. I znowu dotrzymał słowa. Ja oczywiście zaspałam, a jego telefon obudził tatusia.

– Jest pan zdrowy? – zapytał. – Cały? Nic złego się panu nie stało? No to się cieszę. Szukaliśmy pana razem z pańską córeczką. Proszę ją pozdrowić! To bardzo dzielna dziewczynka.

– Wstawaj, dzielna dziewczynko! – usłyszałam zachrypnięty głos tatusia. Niechętnie otworzyłam sklejone powieki i od razu je zamknęłam. Tatuś miał pomiętą twarz i czerwone oczy.

– Znowu? – jęknęłam z rozpaczą.

– Co ty wyprawiasz? – zignorował moje pytanie i zaczął krzyczeć. – Policja mnie szuka jak jakiegoś przestępcy. Nie masz nic innego do roboty, tylko wydzwaniać na komisariat?

– Nie wróciłeś na noc – przypomniałam płaczliwie.

– Wróciłem.

– O której?

– Nie pamiętam.

– No właśnie. Gdzie byłeś?

Spuścił oczy.

– Szukałeś jej?

Skinął głową.

– Znalazłeś? Wiesz, gdzie mieszka?

– Uderzyłem ją w twarz – wyszeptał, zasłaniając oczy. Ręce mu drżały, długie delikatne palce niedoszłego pianisty były sine.

– Szkoda – westchnęłam.

– Żal ci jej? – zdziwił się.

– Żałuję, że jej nie zabiłeś.

– Ty byś to zrobiła?

– Pewnie. Gdybym była na twoim miejscu, to bym zrobiła…

– Zwariowałaś? Miałbym zabić człowieka? Twoją matkę? Do czego ty mnie namawiasz?

– Moja matka nie żyje.

– Magda! Ty chyba naprawdę nie masz wszystkich w domu.

– To się akurat zgadza – odpowiedziałam wyniośle. – Nie mam i nie chcę mieć.

A tatuś zamiast mnie skrzyczeć, roześmiał się.

– Jak na swoje jedenaście lat jesteś cholernie logiczna. – Pokręcił głową z uznaniem.

– A ty byś wolał, żebym była głupia jak but?

– Czasem bym wolał.

– To od dziś będę tępa jak nóż do ryb albo jeszcze bardziej. Właściwie już jestem. Nie pójdę do szkoły. Nie rozumiem, o czym mówią nauczyciele, gapię się w okno, śpię na stojąco, ziewam, nie potrafię odpowiedzieć na żadne z pytań, które mi zadają – kłamałam, żeby go zawstydzić.

– Nie musisz odpowiadać na żadne pytania, ale do szkoły pójdziesz. To twój obowiązek.

– A ty nie masz żadnych obowiązków?

– Mam ich więcej, niż myślisz. Muszę zapewnić ci utrzymanie, wykształcenie, opiekę…

– Nie