Tajemnice mirtowego pokoju - Wilkie Collins - ebook + audiobook
Opis

Pierwsze polskie wydanie znakomitej książki Wilkie Collinsa,  jednego z najpoczytniejszych i najbardziej cenionych dziewiętnastowiecznych pisarzy, prekursora powieści sensacyjnej i detektywistycznej. MG wydało dotychczas jego Córki niczyje oraz Armadale.

Powieść o tym, jakiego spustoszenia może dokonać kłamstwo i jaką siłę ma prawdziwa miłość.

Przy śmierci lady Treverton obecna jest tylko jedna osoba – zaufana pokojówka, Sara Leeson. Lady Treverton poleca jej napisać pod dyktando list do swego męża, kapitana Trevertona, w którym wyznaje największą tajemnicę swego życia – tajemnicę, której nie ma odwagi wyjawić mu osobiście. Przed śmiercią wymusza jeszcze na Sarze przysięgę, że ta nie zniszczy listu ani nie zabierze go z sobą, jeśli opuści dom. Pokojówka postanawia ukryć list w niezamieszkałej części dworu, w szufladce stolika w Pokoju Mirtowym, a potem uciec, aby uniknąć niewygodnych pytań.

Piętnaście lat później w wiejskim kościółku odbywa się cichy ślub Rosamond Treverton, córki kapitana, oraz Leonarda Franklanda, niewidomego szlachcica. Ojciec Leonarda, który ma ambicje arystokratyczne, dowiaduje się od kapitana Trevertona, że Porthgenna Tower – starożytna siedziba rodu Trevertonów – jest na sprzedaż, i kupuje ją wraz z przyległościami. Tym samym dwór, w którym Rosamond spędziła dziecięce lata, przypada w udziale jej mężowi Wydawać by się mogło, że nic już nie zmąci szczęścia nowożeńców, a jednak wkrótce ich losy okrutnie się skomplikują.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 558

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 14 godz. 1 min

Lektor: Anna Krypczyk

Popularność


Księga I

Rozdział 1. 23 sierpnia 1829

– Ciekawe, czy dożyje jutra?

– Spójrz na zegar, Mathew.

– Dziesięć minut po północy! A więc już dożyła kolejnego dnia. Żyje wystarczająco długo, aby ujrzeć dziesięć minut nowego dnia, Robercie.

Słowa te padły w kuchni dużego dworu położonego na zachodnim wybrzeżu Kornwalii. Wypowiedziało je dwóch mężczyzn wchodzących w skład służby kapitana Trevertona, oficera marynarki i najstarszego męskiego potomka starego kornwalijskiego rodu. Obaj służący porozumiewali się z powściągliwością, ściszonymi głosami, siedząc blisko siebie, i za każdym razem, gdy rozmowa między nimi zamierała, spoglądali wyczekująco na drzwi.

– To okropne – odezwał się starszy z nich – siedzieć tu tylko we dwóch w ciemną noc i odliczać ostatnie minuty życia, jakie zostały naszej pani!

– Robercie – powiedział drugi z mężczyzn – jesteś tu na służbie od czasu, gdy byłeś chłopcem. Czy słyszałeś kiedyś plotkę, że nasza pani, zanim pan się z nią ożenił, była aktorką?

– Jak się o tym dowiedziałeś? – zapytał ostro starszy ze służących.

– Cicho! – zawołał tamten, zrywając się z krzesła.

W korytarzu odezwał się dzwonek.

– Czy to wzywają któregoś z nas? – zapytał Mathew.

– Nie potrafisz jeszcze rozróżnić dzwonków po dźwięku? – zawołał wzgardliwie Robert. – To dzwonek na Sarę Leeson. Wyjdź na korytarz i sam zobacz.

Młodszy służący wziął świecę i zrobił, co mu polecono. Kiedy otworzył kuchenne drzwi, napotkał wzrokiem długi rząd dzwonków wiszących na przeciwległej ścianie. Nad każdym starannymi czarnymi literami wypisany był tytuł służącego, którego dzwonek miał wzywać. Rząd zaczynał się od tych przynależnych do gospodyni i kamerdynera, a kończył na podkuchennej i pomocniku lokaja.

Śledząc je wzrokiem, Mathew dostrzegł jeden, który nadal się poruszał. Nad nim widniał napis „pokojówka pani”. Stwierdziwszy to, służący szybko przemierzył korytarz i zapukał do znajdujących się na końcu staromodnych dębowych drzwi. Ponieważ nikt nie odpowiadał, otworzył je i zajrzał do środka. Było ciemno i pusto.

– Sary nie ma w pokoju gospodyni – powiedział Mathew, wracając do swego towarzysza w kuchni.

– Widocznie poszła do swojego pokoju – odparł tamten. – Idź na górę i powiedz, że pani ją wzywa.

Dzwonek odezwał się ponownie i Mathew wyszedł.

– Szybko! Szybko! – zawołał za nim Robert. – Powiedz jej, że jest wzywana natychmiast. Wzywana – dokończył ciszej, już sam do siebie – może po raz ostatni!

Mathew wspiął się po trzech kondygnacjach schodów, przemierzył połowę długiej, sklepionej łukowato galerii i zapukał w kolejne staromodne dębowe drzwi. Tym razem otrzymał odpowiedź. Cichy, czysty i słodki głos dochodzący z wnętrza pokoju zapytał, kto czeka za drzwiami. Mathew wyłuszczył swoją sprawę w kilku pośpiesznych słowach. Nim skończył mówić, drzwi otwarły się szybko i bezgłośnie, a w progu stanęła Sara Leeson ze świecą w dłoni.

Niewysoka, niezbyt urodziwa, nie pierwszej młodości, płochliwa i niezdecydowana w sposobie bycia, odziana skromnie do granic możliwości – pomimo wszystkich tych wad pokojówka pani była kobietą, na którą nie sposób było patrzeć inaczej niż z zaciekawieniem, jeśli nie z jawnym zainteresowaniem. Niewielu, widząc ją po raz pierwszy, byłoby w stanie oprzeć się chęci dowiedzenia się, kim jest; niewielu zadowoliłaby odpowiedź: „To pokojówka pani Treverton”; niewielu powstrzymałoby się od próby wyczytania jakichś ukrytych informacji z jej twarzy i zachowania i nikt, nawet najcierpliwszy i najwytrawniejszy obserwator, nie zdołałby odgadnąć więcej ponad to, że kiedyś musiała przejść próbę wielkiego cierpienia. Coś w jej sposobie bycia, a jeszcze bardziej w wyrazie twarzy mówiło otwarcie i ze smutkiem: jestem wrakiem czegoś, na co kiedyś mogłeś patrzeć z przyjemnością, wrakiem, którego nigdy już nie da się naprawić, który musi dryfować przez życie niedostrzegany i niesterowany – dryfować, aż dobije do śmiertelnego brzegu i fale czasu pochłoną na zawsze jego pogruchotane szczątki. Taką oto historię opowiadała twarz Sary Leeson, nic więcej.

Żaden człowiek na swój sposób interpretujący jej historię nie zgodziłby się zapewne z innymi ludźmi co do natury cierpienia, jakiego doświadczyła ta kobieta. Już na wstępie trudno było powiedzieć, czy miniony ból, który odcisnął na niej swe niezniszczalne piętno, był bólem ciała, czy duszy. Jednak bez względu na naturę niedoli jej ślady wyryły się głęboko i wyraźnie w każdym zakamarku twarzy.

Policzki utraciły krągłość i naturalną barwę, wargi – elastyczne w ruchach i delikatne w kształcie – wyblakły, oczy – duże, czarne, ocienione niezwykle gęstymi rzęsami – nabrały wystraszonego i niespokojnego wyrazu, który nigdy ich nie opuszczał i który żałośnie wyrażał bolesną delikatność uczuć oraz wrodzoną bojaźliwość usposobienia. Ślady, które odcisnęły na tej twarzy zgryzota lub choroba, były właściwe większości ofiar duchowego bądź fizycznego cierpienia. Jedynym, czym kobieta wyróżniała się w nienaturalny sposób, był kolor włosów. Były one gęste i miękkie, rosnące z wdziękiem typowym dla młodej dziewczyny, ale siwe jak włosy staruszki. W najbardziej zdumiewający sposób zdawały się przeczyć każdemu świadectwu młodości, jakie jeszcze pozostało w jej twarzy. Przy całej jej mizerności i bladości nikt, kto na nią spojrzał, ani przez chwilę nie przypuszczał, że patrzy na starą kobietę. Jakkolwiek blade, jej policzki były wciąż całkiem gładkie. Oczy, gdyby zniknął z nich wyraz obawy i płochliwości, nadal zachowały ową świetlistą, przejrzystą wilgotność, której próżno szukać w oczach starców. Skóra na skroniach była równie delikatna jak skóra dziecka. Te i inne fizyczne oznaki, które nigdy nie kłamią, wskazywały na to, że jeśli chodzi o metrykę, Sara nadal była w kwiecie wieku. Choć mizerna i pogrążona w smutku, od linii oczu w dół wyglądała na kobietę, która dopiero co skończyła trzydzieści lat. Od linii oczu w górę zaś jej bujne siwe włosy w zestawieniu z twarzą dawały efekt nie tylko pełen sprzeczności, ale zupełnie zdumiewający, tak zdumiewający, że nie byłoby paradoksem twierdzenie, iż wyglądałaby bardziej naturalnie, gdyby ufarbowała włosy. W jej przypadku sztuka wydawałaby się prawdą, ponieważ natura wyglądała na kłamstwo.

Jakiż to wstrząs okrył jej włosy u samego szczytu bujności odcieniem właściwym dla wieku starczego? Czy ciężka choroba, czy straszna zgryzota przyprawiły ją o siwiznę w największym rozkwicie kobiecości? Pytanie to często padało między pozostałymi służącymi, których uderzały osobliwe cechy jej wyglądu i których podejrzliwość potęgował zwyczaj kobiety uporczywego mówienia do siebie. Jednak choćby nie wiadomo jak dociekali, ich ciekawość zawsze napotykała mur. Nie dało się odkryć nic ponad to, że Sara Leeson była, jak to się mówi, drażliwa na punkcie swoich siwych włosów i zwyczaju mówienia do siebie i że jej pani już dawno zabroniła komukolwiek, poczynając od swego męża, mącić spokój pokojówki wścibskimi pytaniami.

Owego pamiętnego poranka dwudziestego trzeciego sierpnia stała oniemiała przed służącym, który wzywał ją do łoża śmierci jej pani. Płomień świecy oświetlał jasno jej wielkie, wystraszone czarne oczy i bujne, nienaturalnie siwe włosy. Stała przez chwilę bez słowa, a dłoń, w której trzymała lichtarz, drżała tak, że leżące na nim gasidło miarowo pobrzękiwało – potem podziękowała służącemu za wezwanie. Troska i strach obecne w jej głosie zdawały się potęgować jego słodycz, wzburzenie w jej sposobie bycia nie ujmowało nic zwyczajnej łagodności, subtelnej, kobiecej powściągliwości. Mathew, który podobnie jak pozostali służący skrycie nie ufał jej i nie lubił jej za to, że odbiegała od utartego wzorca zawodowych pokojówek, tym razem został tak obezwładniony jej zachowaniem i tonem głosu, gdy mu dziękowała, że zaofiarował się ponieść za nią świecę do sypialni pani. Ona jednak potrząsnęła głową, ponownie podziękowała, po czym przemknęła obok niego, śpiesząc do wyjścia z galerii.

Pokój, w którym leżała umierająca pani Treverton, znajdował się piętro niżej. Sara dwukrotnie zawahała się, zanim zapukała do drzwi. Otworzył jej kapitan Treverton.

W chwili, gdy służąca zobaczyła swego pana, cofnęła się raptownie. Gdyby obwiała się ciosu, nie mogłaby odsunąć się z wyrazem większej trwogi. W twarzy kapitana Trevertona nie było nic, co dawałoby podstawy do podejrzeń o złe traktowanie czy nawet ostre słowa. Oblicze miał życzliwe, serdeczne i szczere; wciąż jeszcze spływały po nim łzy, jakie wylał u łoża żony.

– Wejdź – powiedział, odwracając twarz. – Nie życzy sobie pomocy opiekunki, chce widzieć tylko ciebie. Zawołaj mnie, jeśli lekarz… – Głos mu się załamał i mężczyzna szybko oddalił się, nie próbując dokończyć zdania.

Sara Leeson stała w miejscu, czujnym wzrokiem odprowadzając pana. Jej blade policzki pokryły się trupią bielą, a w oczach czaiła się ostra, nieufna, badawcza trwoga. Kiedy zniknął za zakrętem galerii, przez moment nasłuchiwała przy drzwiach pokoju chorej, szepnęła do siebie ze strachem: „Czyżby mu powiedziała?”, następnie z wyraźnym wysiłkiem spróbowała odzyskać panowanie nad sobą, po czym otworzyła drzwi i po chwili ociągania na progu weszła do środka.

Za sypialnię pani Treverton służył obszerny, wysoki pokój położony w zachodnim skrzydle domu i co za tym idzie, z oknami wychodzącymi na morze. Świeca płonąca przy łóżku bardziej podkreślała niż rozpraszała mrok w kątach pokoju. Łóżko było z gatunku staroświeckich, obwieszone ciężkimi draperiami i grubymi zasłonami. Co do pozostałych przedmiotów, tylko te największe i najmasywniejsze można było jako tako dostrzec w słabym świetle. Gablotki, szafa, olbrzymie lustro, fotel z wysokim oparciem oraz wielka, bezkształtna masa samego łóżka wyłaniały się z mroku ciężko i posępnie. Wszystkie inne sprzęty zlewały się w jedno. Przez okno, otwarte, aby po duchocie sierpniowej nocy wpuścić do środka rześkie powietrze nowego poranka, monotonnie wlewał się do pokoju stłumiony, odległy huk przyboju uderzającego o piaszczysty brzeg. O tej pierwszej ciemnej godzinie nowego dnia wszystkie głosy z zewnątrz były wyciszone. We wnętrzu pokoju jedynym słyszalnym dźwiękiem był powolny, ciężki oddech umierającej kobiety, wybijający się w swojej śmiertelnej kruchości ponad daleki, grzmiący oddech dobywający się z piersi odwiecznego morza.

– Proszę pani – odezwała się Sara Leeson, stając blisko zasłony, ale nie odchylając jej – pan wyszedł i przysłał na swoje miejsce mnie.

– Światła! Daj mi więcej światła.

W głosie dała się słyszeć wątłość śmiertelnej choroby, ale ton mówiącej nadal brzmiał stanowczo, podwójnie stanowczo w zestawieniu z niepewnością, z jaką przemówiła Sara. Nawet w tej krótkiej wymianie zdań poprzez zasłonę śmiertelnego łoża ujawniła się silna natura pani i słaba natura pokojówki.

Sara drżącą dłonią zapaliła dwie świece, z wahaniem postawiła je na stole obok łóżka, odczekała chwilę, rozglądając się dookoła z nieufną bojaźliwością, po czym odsunęła zasłonę.

Choroba, na którą umierała pani Treverton, była jedną z najstraszniejszych ze wszystkich przypadłości dotykających ludzkość, taką, na którą szczególnie podatne są kobiety i która wysysa życie, jednocześnie w większości przypadków nie dając szczególnych oznak postępującego procesu zniszczenia. Niewtajemniczonej osobie, która spojrzałaby na panią Treverton w momencie, gdy jej pokojówka odsunęła zasłonę przy łóżku, nie przyszłoby do głowy, że kobieta znajduje się na tym etapie, kiedy żadna ludzka siła nie może już pomóc. Dyskretne oznaki choroby widoczne w twarzy, nieuchronne zmiany we wdzięku i krągłości jej obrysu były ledwo zauważalne wobec faktu, że cera zachowała cudowną świetlistość i delikatność właściwą urodzie młodego dziewczęcia. Oto na poduszce spoczywała twarz czule oprawiona w obfite koronki czepka, miękko zwieńczona lśniącymi brązowymi włosami – twarz, zdawałoby się, pięknej kobiety powracającej do zdrowia po lekkiej niedyspozycji albo odpoczywającej po niezwykłym trudzie. Nawet Sara Leeson, która obserwowała ją od początku choroby, patrząc teraz na swą panią, z trudem mogła uwierzyć, że oto bramy życia się za nią zamknęły, a śmierć już przyzywa ją zza bram grobu.

Na kapie łóżka leżało kilka książek w papierowych okładkach, z pozaginanymi rogami. Gdy tylko zasłona została odsunięta, pani Treverton gestem dłoni kazała służącej je usunąć. Były to sztuki teatralne, których linijki gdzieniegdzie podkreślono atramentem, a marginesy zapisano adnotacjami odnoszącymi się do wejść, wyjść i miejsc na scenie. Służący, którzy rozmawiali na dole o tym, czym parała się ich pani przed wyjściem za mąż, nie padli ofiarą fałszywych pogłosek. Ich pan, mając już za sobą lata młodości, faktycznie zabrał żonę z zapyziałej sceny prowincjonalnego teatru niewiele więcej jak dwa lata po jej pierwszym występie przed publicznością. Stare sztuki z pozaginanymi rogami stanowiły niegdyś jej ukochany dramatyczny księgozbiór. Od zawsze miała do nich słabość ze względu na dawne wspomnienia, a na późniejszym etapie choroby całymi dniami zalegały na jej łóżku.

Odłożywszy sztuki, Sara wróciła do swojej pani i z wyrazem twarzy bardziej przestraszonym i zakłopotanym niż smutnym otwarła usta, aby coś powiedzieć. Pani Treverton uniosła dłoń na znak, że chce wydać kolejne polecenie.

– Zarygluj drzwi – rzekła tym samym co poprzednio słabym, ale podobnie nieznoszącym sprzeciwu głosem, którym w tak niezwykły sposób odznaczało się jej pierwsze żądanie, aby doświetlić pokój. – Zarygluj drzwi. Nie wpuszczaj nikogo, dopóki ci nie pozwolę.

– Nikogo? – zapytała cicho Sara. – Nawet lekarza? Nawet pana?

– Nawet lekarza… nawet pana – odparła pani Treverton i wskazała na drzwi.

Jej ręka była słaba, ale nawet ten drobny gest nie pozostawiał wątpliwości, że chodzi o rozkaz.

Sara zaryglowała drzwi, niezdecydowanie powróciła w pobliże łóżka, wyczekująco utkwiła gorejące, zalęknione spojrzenie w twarzy swojej pani i nagle pochylając się nad nią, spytała szeptem:

– Powiedziała mu pani?

– Nie – padła odpowiedź. – Posłałam po niego, aby mu powiedzieć… Walczyłam z sobą, aby wyrzec te słowa… Już sama myśl o tym, jak najlepiej mu to przekazać, dotknęła mnie do głębi… Tak bardzo jest mi bliski! Tak mocno go kocham! Ale przemówiłabym mimo to, gdyby tylko nie mówił o dziecku. Saro! On nie robił nic innego, tylko mówił o dziecku – i to zamknęło mi usta.

Niepomna na swoją pozycję, co nawet w oczach najbardziej pobłażliwej pani mogłoby wydawać się niezwykłe, Sara po pierwszych słowach odpowiedzi rzuciła się na krzesło, zakryła drżącymi rękami twarz i wyjęczała do siebie:

– Ach, co teraz będzie? Co teraz będzie?

Gdy pani Treverton mówiła o swojej miłości do męża, jej wzrok złagodniał, a oczy zwilgotniały. Przez kilka minut leżała, milcząc, a działanie jakiejś silnej emocji wyrażało się w szybkim, urywanym, pełnym wysiłku oddechu i bolesnym zmarszczeniu brwi. Niebawem niespokojnie odwróciła głowę w kierunku krzesła, na którym siedziała służąca, i odezwała się ponownie, tym razem głosem zniżonym do szeptu:

– Podaj mi lekarstwo. Potrzebuję go.

Sara drgnęła i idąc za odruchem posłuszeństwa, momentalnie otarła toczące się po policzkach łzy.

– Lekarz – rzekła. – Proszę pozwolić, że zawołam lekarza.

– Nie! Lekarstwo… Poszukaj lekarstwa.

– W której butelce? Opiat…

– Nie. Nie opiat. To drugie.

Sara wzięła ze stołu butelkę i przyjrzawszy się uważnie wskazówkom wypisanym na etykiecie, powiedziała, że jeszcze nie nadszedł czas na kolejną dozę leku.

– Podaj mi butelkę.

– Ach, błagam, nich pani mnie o to nie prosi. Proszę poczekać. Lekarz powiedział, że jeśli przyjmie pani za dużo, będzie to równie szkodliwe jak popijanie alkoholu.

Czyste szare oczy pani Treverton rozbłysły, na jej policzki wystąpił rumieniec, rozkazująca ręka znów podniosła się z wysiłkiem z kapy, na której spoczywała.

– Odkorkuj butelkę – rzekła – i podaj mi. Potrzebuję sił. Nieważne, czy umrę za godzinę, czy za tydzień. Podaj mi butelkę.

– Nie, nie, nie butelkę! – powiedziała Sara, ustępując jednak pod wpływem spojrzenia swej pani. – Zostały dwie dozy. Błagam, niech pani poczeka, aż podam kieliszek.

Ponownie zwróciła się w kierunku stołu. W tej samej chwili pani Treverton podniosła butelkę do ust, opróżniła jej zawartość i pustą rzuciła na łóżko.

– Zabiła się! – krzyknęła Sara, w przerażeniu rzucając się ku drzwiom.

– Stój! – odezwał się głos z łóżka, teraz brzmiący bardziej stanowczo niż wcześniej. – Stój! Wróć i podnieś mnie wyżej na poduszkach.

Sara położyła rękę na ryglu.

– Wracaj! – powtórzyła pani Treverton. – Dopóki jest we mnie życie, masz się mnie słuchać. Wracaj!

Jej cera nabrała wyraźnie żywszego koloru, a szeroko otwarte oczy zalśniły jaśniejszym blaskiem.

Sara wróciła i drżącymi rękami dołożyła kolejną do stosu poduszek podpierających głowę i ramiona umierającej kobiety. Podczas tej czynności pościel trochę się zburzyła. Pani Treverton drgnęła i przywróciła ją do poprzedniego ułożenia, ściśle otaczającego szyję.

– Odryglowałaś drzwi? – spytała.

– Nie.

– Zabraniam ci się do nich zbliżać. Wyjmij mój przybornik do pisania, pióro i kałamarz z gablotki koło okna.

Sara podeszła do gablotki i otworzyła ją, po czym zatrzymała się, jak gdyby nasunęło się jej jakieś nagłe podejrzenie, i spytała, po co pani przybory do pisania.

– Przynieś je, a zobaczysz.

Przybornik z położoną na nim kartką papieru listowego znalazł się na kolanach pani Treverton, pióro zanurzono w atramencie i podano jej. Odczekała, na minutę zamknęła oczy i ciężko westchnęła, a potem zaczęła pisać. W chwili, gdy pióro dotknęło papieru, zwróciła się do pokojówki:

– Patrz.

Sara z niepokojem spojrzała przez ramię pani i zobaczyła, jak pióro wolno i z wysiłkiem kreśli trzy następujące słowa: „Do mojego męża”.

– Och, nie! Nie! Na miłość boską, niech pani tego nie pisze! – zawołała, łapiąc ją za rękę, zaraz jednak puszczając pod wpływem spojrzenia pani Treverton.

Pióro nie ustawało i coraz wolniej, z coraz większym wysiłkiem skreśliło tyle słów, aby zapełnić linijkę, potem zatrzymało się. Litery ostatniej sylaby były zamazane.

– Nie! – powtórzyła Sara, rzucając się na kolana u brzegu łóżka. – Niech pani mu o tym nie pisze, jeśli nie potrafiła mu pani powiedzieć. Proszę pozwolić mi dalej znosić to, co już tak długo znosiłam. Proszę pozwolić, aby ta tajemnica umarła wraz z panią i ze mną i nigdy na tym świecie nie została odkryta – nigdy, przenigdy!

– Tajemnicę trzeba ujawnić – odparła pani Treverton. – Mój mąż powinien ją poznać i pozna ją. Próbowałam mu powiedzieć, ale odwaga mnie zawiodła. Nie mogę powierzyć ci powiedzenia mu, kiedy mnie już nie będzie. Trzeba to napisać. Ty weź do ręki pióro. Mój wzrok się pogarsza, a czucie mnie zawodzi. Weź pióro i pisz, co podyktuję.

Zamiast posłuchać, Sara ukryła twarz w kapie i gorzko zapłakała.

– Byłaś ze mną od początku mojego małżeństwa – ciągnęła pani Treverton. – Byłaś mi bardziej przyjaciółką niż służącą. Odmawiasz mojej ostatniej prośbie? Głupia! Popatrz na mnie i posłuchaj mnie. Odmawiasz wzięcia do ręki pióra na własne ryzyko. Pisz albo nie zaznam spokoju w grobie. Pisz, albo tak jak pewne jest to, że nad nami istnieje niebo, przyjdę do ciebie z zaświatów!

Sara zerwała się na równe nogi z cichym okrzykiem.

– Przez panią przechodzą mnie ciarki! – wyszeptała, wbijając wzrok w twarz chorej z wyrazem przesądnego przerażenia.

W tej samej chwili nadmierna dawka leku pobudzającego zaczęła działać na mózg pani Treverton. Kobieta niespokojnie rzucała głową na poduszce to w jedną, to w drugą stronę, bezmyślnie powtarzała kilka wersów z jednego ze starych dramatów, a nagle teatralnym gestem wyciągnęła w stronę służącej rękę z piórem, rzucając spojrzenie wyimaginowanej widowni na balkonie.

– Pisz! – zawołała, naśladując swój dawny sceniczny głos. – Pisz!

I słaba ręka ponownie skinęła, żałośnie i nieudolnie imitując dawny teatralny gest.

Machinalnie zaciskając palce na wetkniętym w nie piórze, Sara, nadal z przesądnym przerażeniem w oczach wywołanym słowami umierającej, czekała na dalsze polecenia. Zanim pani Treverton ponownie przemówiła, minęło kilka minut. Wciąż była na tyle przytomna, aby zachować świadomość tego, jak działał na nią lek, i chcieć powstrzymać nasilanie się tego działania, nim zdoła ono całkowicie zmącić jej myśli. Najpierw poprosiła o sole trzeźwiące, a następnie o wodę kolońską.

Ta ostatnia, wylana na chusteczkę i zaaplikowana na czoło, zdawała się skutecznie rozjaśnić umysł chorej. Jej spojrzenie odzyskało zwykły inteligentny wyraz, a kiedy ponownie zwróciła się do pokojówki, powtarzając słowo „pisz”, była w stanie wyegzekwować wykonanie polecenia, zaczynając natychmiast cicho, z rozmysłem i stanowczo dyktować treść. Łzy Sary ciekły obficie, jej wargi szeptały urywki zdań, w których błagania, wyrazy skruchy i wybuchy strachu dziwnie mieszały się jedne z drugimi, ale pisała posłusznie, chwiejnymi linijkami, dopóki nie zapisała niemal całych obu stron kartki. Wtedy to pani Treverton urwała, przejrzała tekst i biorąc pióro w dłoń, podpisała się na końcu. Po tym wysiłku jej zdolność oporu wobec działania leku zdała się znów ją opuszczać. Głęboki rumieniec ponownie oblał jej policzki, a kiedy z powrotem oddawała pióro pokojówce, przemówiła głosem gorączkowym i chwiejnym.

– Podpisz! – zawołała, bezsilnie uderzając dłonią w pościel. – Podpisz: „Sara Leeson, świadek”. Nie! Napisz: „Wspólniczka”. Weź swoją część na siebie, ja nie pozwolę przerzucić całości na mnie. Podpisz, nalegam! Podpisz, jak mówię.

Sara posłuchała, a pani Treverton, odbierając od niej kartkę, wskazała na nią uroczyście tym samym teatralnym gestem, który wykonała już wcześniej.

– Oddasz to panu – rzekła – kiedy umrę. I odpowiesz na wszystkie jego pytania równie szczerze, jakbyś była na sądzie ostatecznym.

Splatając ściśle dłonie, Sara po raz pierwszy spojrzała na swoją panią spokojnym wzrokiem i po raz pierwszy przemówiła opanowanym głosem.

– Gdybym tylko wiedziała, że potrafię umrzeć – rzekła – ach, jakże chętnie zamieniłabym się z panią!

– Obiecaj mi, że oddasz tę kartkę panu – powtórzyła pani Treverton. – Obiecaj… nie! Nie będę polegać na obietnicy… każę ci przysiąc. Podaj Biblię, tę samą Biblię, której używał pastor, kiedy był tu dziś rano. Podaj ją albo nie zaznam spokoju w grobie. Podaj ją albo przyjdę do ciebie z zaświatów!

Pani zaśmiała się, powtarzając groźbę. Pokojówka zadrżała, wykonując polecenie, które miało na niej wymóc posłuszeństwo.

– Tak, tak – ta sama Biblia, której używał pastor – ciągnęła machinalnie pani Treverton, kiedy podano książkę. – Pastor… biedny, słaby człowiek… Przestraszyłam go, Saro. Zapytał: „Czy jest pani w zgodzie ze światem?”, a ja odparłam: „Ze wszystkimi prócz jednej osoby”. Wiesz, o kim mówiłam.

– O bracie kapitana? Ach, niech pani nie umiera w nieprzyjaźni z nikim. Niech pani nie umiera w nieprzyjaźni z nim – błagała Sara.

– Pastor powiedział to samo – wyszeptała pani Treverton, podczas gdy jej wzrok zaczynał błądzić po pokoju jak wzrok zagubionego dziecka, a ton głosu stracił nagle na stanowczości. – „Musi pani mu wybaczyć”, rzekł pastor. A ja na to: „Nie, wybaczam całemu światu, ale bratu mojego męża nie”. Pastor podniósł się z krzesła przy łóżku przestraszony. Mówił coś o tym, że będzie się za mnie modlił i że jeszcze wróci. Czy wróci?

– Tak, tak – odparła Sara. – To dobry człowiek, wróci i, ach, proszę mu powiedzieć, że wybacza pani bratu kapitana! Któregoś dnia on pożałuje tych podłych słów, które wypowiedział w dniu pani ślubu. Proszę mu wybaczyć, wybaczyć mu przed śmiercią!

Mówiąc to, próbowała dyskretnie usunąć Biblię spoza zasięgu wzroku swej pani. Jednak niezgrabny gest ściągnął uwagę chorej i pobudził jej słabnące władze umysłowe do uważniejszej obserwacji tego, co działo się wokół.

– Stój! – zawołała, a dawna stanowczość jeszcze raz błysnęła w zasnutych przedśmiertną mętnością oczach.

Z wielkim wysiłkiem ujęła rękę Sary, umieściła ją na Biblii i przytrzymała w miejscu. Jej druga dłoń przesunęła się kawałek po pościeli, aż napotkała zapisaną kartkę adresowaną do męża. Palce zamknęły się na niej, a z ust wyrwało się westchnienie ulgi.

– Już wiem, po co była mi potrzebna Biblia – powiedziała. – Umieram przy zdrowych zmysłach, Saro, nawet teraz nie możesz mnie oszukać.

Ponownie urwała, uśmiechnęła się lekko, wyszeptała gorączkowo do siebie: „Zaraz, zaraz, zaraz!”, a potem dodała dawnym teatralnym głosem, wykonując dawny teatralny gest:

– Nie! Nie będę polegać na twojej obietnicy. Każę ci przysiąc. Klęknij. To moje ostanie słowa na tym świecie – sprzeciw się im, jeśli masz odwagę!

Sara upadła na kolana obok łóżka. Bryza, która wzmagała się wraz z nadchodzącym z wolna porankiem, lekko rozchyliła zasłony i radośnie tchnęła swój słodki powiew do pokoju chorej. Wraz z nią wpadł do środka odległy szum bijących o brzeg fal, niestrudzona muzyka. Potem zasłony znów zawarły się, drżący płomień świecy na powrót się uspokoił, a okropna cisza panująca w pokoju stała się jeszcze głębsza.

– Przysięgnij! – powiedziała pani Treverton.

Kiedy wypowiedziała to jedno słowo, głos ją zawiódł. Jednak po chwili zmagania odzyskała zdolność wymowy i ciągnęła:

– Przysięgnij, że nie zniszczysz tej kartki po mojej śmierci.

Nawet gdy wypowiadała te uroczyste słowa, nawet w chwili jej ostatniej walki o życie i siły niezatarty teatralny odruch z okropną niestosownością pokazał, jak głęboko był zakorzeniony w jej umyśle. Sara poczuła, że zimna ręka, wciąż spoczywająca na jej dłoni, na chwilę się unosi, zobaczyła, jak z wdziękiem wykonuje skinienie w jej kierunku, poczuła, jak z powrotem opada i zamyka się na jej dłoni w drżącym, niecierpliwym uścisku. Na to ostatnie wezwanie odpowiedziała cicho:

– Przysięgam.

– Przysięgnij, że nie zabierzesz z sobą tej kartki, jeśli opuścisz dom po mojej śmierci.

Sara ponownie zwlekała z odpowiedzią, ponownie poczuła na dłoni drżący uścisk, tym razem słabszy, i ponownie padło z jej ust wypowiedziane z przestrachem słowo:

– Przysięgam.

– Przysięgnij! – zaczęła po raz trzeci pani Treverton.

Tym razem głos ją zawiódł i nadaremnie próbowała odzyskać nad nim władzę.

Sara podniosła wzrok i dostrzegła oznaki konwulsji, które zaczęły wykrzywiać bladą twarz, zobaczyła, jak palce delikatnej, białej dłoni zakrzywiają się, sięgając w kierunku stołu, na którym stały lekarstwa.

– Wypiła pani wszystko – zawołała, zrywając się na równe nogi, kiedy pojęła znaczenie tego gestu. – Pani, moja droga pani, wypiła pani wszystko – nie zostało nic prócz opiatu. Proszę pozwolić mi pójść… Proszę pozwolić mi pójść i zawołać…

Spojrzenie pani Treverton zatrzymało ją, nim zdążyła wypowiedzieć kolejne słowo. Wargi umierającej poruszały się gwałtownie. Sara zbliżyła do nich ucho. Na początku słyszała tylko zdyszany, szybki oddech, potem bezładnie zmieszało się z nim kilka urywanych wyrazów:

– Nie skończyłam… musisz przysiąc… zbliż, zbliż, zbliż się… trzecia sprawa…twój pan… przysięgnij, że oddasz to…

Ostatnie słowa zamarły łagodnie. Wargi, które z takim trudem je artykułowały, nagle się rozchyliły i ponownie zamknęły. Sara rzuciła się do drzwi, otwarła je i krzyknęła na korytarz z prośbą o pomoc. Potem pędem wróciła do łóżka, złapała kartkę, którą zapisała pod dyktando swej pani, i ukryła ją w zanadrzu. Kiedy to zrobiła, ostatnie spojrzenie pani Treverton spoczęło na niej surowo i z wyrzutem i przez jeden pełen napięcia moment zastygło w tym wyrazie. Moment ten minął, po czym zjawił się cień, który poprzedza nadejście śmierci, i w jednej spokojnej chwili zgasił światło życia na całej twarzy.

Do pokoju wszedł lekarz, za nim pielęgniarka i jedna ze służących. Pośpiesznie zbliżył się do łóżka i już po pierwszym spojrzeniu zobaczył, że czas jego posługi w tym miejscu się skończył. Najpierw odezwał się do służącej, która mu towarzyszyła:

– Idź do swego pana i poproś go, aby zaczekał w swoim pokoju, aż przyjdę i pomówię z nim.

Sara nadal stała obok łóżka – milcząca, nieruchoma, niepomna wszystkich.

Pielęgniarka, która podeszła, aby zaciągnąć zasłony, wzdrygnęła się na widok jej twarzy i zwróciła się do lekarza.

– Myślę, że ta osoba powinna wyjść z pokoju, prawda, sir? – rzekła z wyrazem lekkiej pogardy w głosie i spojrzeniu. – Wydaje się przesadnie wstrząśnięta i przerażona tym, co się stało.

– Słusznie – zgodził się lekarz. – Najlepiej będzie, jak wyjdzie. Proszę pozwolić, że zalecę opuszczenie nas na chwilę – dodał, dotykając ramienia Sary.

Służąca cofnęła się nieufnie, podniosła jedną dłoń do miejsca, gdzie w zanadrzu ukryty był list, i przycisnęła ją mocno, drugą zaś wyciągnęła w kierunku świecy.

– Powinnaś wypocząć przez chwilę w swoim pokoju – rzekł lekarz, podając jej świecę. – Jednak nie, zaczekaj – dodał po chwili namysłu. – Mam zamiar obwieścić smutną wiadomość twojemu panu i może się okazać, że chce on usłyszeć ostatnie słowa, jakie pani Treverton wypowiedziała w twojej obecności. Może lepiej będzie, jak pójdziesz ze mną i zaczekasz, gdy wejdę do pokoju pana Trevertona.

– Nie! Nie! Och, nie teraz, na miłość boską, nie teraz!

Wyrzucając te słowa pośpiesznie i błagalnym tonem, Sara z przestrachem cofała się ku drzwiom. Zniknęła, nie czekając ani chwili dłużej, aż ktoś coś powie.

– Dziwna kobieta! – powiedział lekarz, zwracając się do pielęgniarki. – Idź za nią i zobacz, gdzie pójdzie, na wypadek, gdyby była potrzebna i musielibyśmy po nią posłać. Poczekam tu na ciebie.

Kiedy pielęgniarka wróciła, nie miała do powiedzenia nic ponad to, że poszła za Sarą Leeson i zobaczyła, jak ta wchodzi do swojej sypialni. Nasłuchiwała pod drzwiami i usłyszała klucz przekręcany w zamku.

– Dziwna kobieta! – powtórzył lekarz. – Jedna z tych cichych, skrytych.

– Jedna z tych złych – rzekła pielęgniarka. – Ciągle mamrocze do siebie, a moim zdaniem to zły znak. Nie ufałam jej, sir, od dnia, w którym weszłam do tego domu.

Rozdział 2. Dziecko

Gdy tylko Sara Leeson przekręciła klucz w drzwiach swojej sypialni, wzdragając się, jak gdyby sam kontakt z papierem wywoływał ból, wyjęła schowaną na piersi kartkę, położyła ją rozłożoną na małej toaletce i skwapliwie utkwiła wzrok w linijkach składających się na wiadomość, którą miała przekazać. Na początku wszystkie litery tańczyły i zlewały się w jedno. Przytknęła dłonie do powiek i trzymała je tak przez kilka chwil, po czym ponownie spojrzała na tekst.

Litery były teraz wyraźne – doskonale wyraźne – i jak się jej wydało, nienaturalnie duże. Najpierw nagłówek: „Do mojego męża”, poniżej pierwsza zatarta linijka napisana charakterem pisma zmarłej pani, dalej linijki skreślone jej własną ręką z podpisem na końcu – najpierw pani Treverton, a potem jej samej. Wszystko to zamykało się w kilku zaledwie zdaniach zapisanych na jednym nietrwałym kawałku papieru, który płomień świecy strawiłby w jednej chwili. A jednak siedziała tam, czytając i czytając wciąż na nowo, ani razu nie dotykając papieru, chyba że było to absolutnie konieczne, aby przewrócić stronę – nie ruszając się, nie odzywając, nie podnosząc wzroku znad kartki. Tak jak skazaniec mógłby odczytywać wyrok śmierci na siebie, tak Sara Leeson czytała teraz te kilka zdań, które ona i jej pani napisały wspólnie przed niespełna półgodziną.

Sekret paraliżującego działania tekstu na jej umysł leżał nie tylko w nim samym, ale w okolicznościach towarzyszących jego sporządzeniu.

Przysięga wymuszona przez panią Treverton pod wpływem czegoś równie błahego jak ostatni kaprys jej zachwianych władz umysłowych, podnieconych bezładnymi wspomnieniami wyimków sztuk i scen teatralnych, została przyjęta przez Sarę Leeson jako najświętsze i najbardziej nienaruszalne zobowiązanie, jakiego mogła się podjąć. Groźba ukarania zza grobu nieposłuszeństwa wobec ostatnich rozkazów, którą pani rzuciła na próbę, chcąc zakpić sobie z zabobonnych obaw pokojówki, wisiała teraz złowieszczo nad słabym umysłem Sary niczym wyrok, który może ją dopaść nieubłaganie w każdym momencie jej przyszłego życia. Kiedy w końcu się otrząsnęła, odsunęła od siebie kartkę i podniosła się z miejsca, stała przez chwilę zupełnie nieruchomo, zanim odważyła się obejrzeć za siebie. Gdy zaś się obejrzała, zrobiła to z wysiłkiem, wzdrygając się i nieufnie lustrując mrok zalegający zakamarki pokoju.

Jej zwyczaj mówienia do siebie znów dał o sobie znać, kiedy przemierzała pokój szybkim krokiem, chodząc to tu, to tam. Bezustannie powtarzała urywki zdań w rodzaju: „Jak mam mu oddać list?… Taki dobry pan, taki uprzejmy dla nas wszystkich… Dlaczego umarła i zrzuciła to na mnie?… Sama tego nie udźwignę, to zbyt wiele”. Powtarzając te zdania, bezwiednie zajmowała się porządkowaniem różnych rzeczy, które już wcześniej znajdowały się w idealnym porządku. Wszystkie jej spojrzenia, wszystkie czynności zdradzały daremny wysiłek słabego umysłu, aby nie ugiąć się pod ciężarem wielkiej odpowiedzialności. Tuzin razy układała i przekładała tanie porcelanowe ozdoby na gzymsie kominka, położyła igielnik najpierw na półeczce przed lustrem, potem na stojącym obok stoliku, zmieniała położenie małego porcelanowego naczynia i tacy na stojaku do mycia rąk, ustawiając je to po jednej stronie umywalki, to po drugiej. Podczas tych wszystkich błahych czynności naturalna gracja, elegancja i zręczność kobiety towarzyszyły machinalnie najbardziej bezużytecznym i bezcelowym z jej zajęć. Niczego nie przewróciła, niczego nie przekrzywiła, najszybsze z jej kroków były bezszelestne, nawet poły sukni były ułożone w równym porządku i z równą skromnością, jak gdyby był biały dzień, a oczy wszystkich sąsiadów zwrócone były na nią.

Od czasu do czasu sens wypowiadanych bezładnie pod nosem słów zmieniał się. Czasami urywki zdań wyrażały śmielsze i bardziej niezależne myśli. Raz najwyraźniej kazały jej powrócić wbrew niej samej do toaletki i rozłożonego na niej listu. Odczytała na głos nagłówek: „Do mojego męża”, szorstkim ruchem chwyciła list i odezwała się bardziej stanowczym tonem: „Po co w ogóle mu to oddawać? Dlaczego nie pozwolić, by tajemnica umarła wraz z nią i wraz ze mną, tak jak powinna? Po co on ma się dowiedzieć? Nie dowie się!”.

Wypowiadając te ostatnie słowa, desperacko zbliżyła list na cal od płomienia świecy. W tej samej chwili biała zasłona w oknie poruszyła się lekko wraz z rześkim powietrzem, które przedarło się do środka poprzez staromodne, nieszczelne ramy okienne. Wzrok Sary padł na zasłonkę, gdy ta delikatnie wydęła się i opadła z powrotem. Kobieta raptownie przycisnęła obiema rękami list do piersi i cofnęła się pod ścianę. W jej wzroku, wciąż utkwionym w zasłonie, znać było to samo ślepe przerażenie, które pojawiło się, gdy pani Treverton zagroziła, że upomni się z zaświatów o posłuszeństwo swojej służącej.

– Coś się rusza – wydusiła teraz stłumionym szeptem. – Coś się rusza w pokoju.

Zasłona wolno wydęła się i opadła po raz drugi. Sara, patrząc na nią badawczo, przesunęła się wzdłuż ściany do drzwi.

– Już do mnie przychodzisz? – rzekła ze wzrokiem utkwionym w zasłonie, podczas gdy ręka macała zamek w poszukiwaniu klucza. – Zanim wykopią ci grób? Zanim zrobią ci trumnę? Zanim twoje ciało ostygnie?

Otwarła drzwi i wyślizgnęła się na korytarz, tam zatrzymała się na chwilę i spojrzała z powrotem w głąb pokoju.

– Spocznij, o pani! – powiedziała. – Spocznij, on dostanie list.

Prowadzona światłem lampy na klatce schodowej, przemierzyła korytarz. Pośpiesznie zeszła na dół, jak gdyby bojąc się pozostawić sobie czas do namysłu, i w ciągu minuty czy dwóch dotarła do gabinetu kapitana Trevertona na parterze. Drzwi były szeroko otwarte, a pokój pusty.

Po chwili namysłu wzięła jeden z lichtarzy stojących na podręcznym stoliku, odpaliła świecę od lampy w gabinecie i ponownie weszła na górę, kierując się ku sypialni pana. Po tym, jak kilkakrotnie zapukała, nie doczekawszy się odpowiedzi, odważyła się wejść do środka. Łóżko było nienaruszone, a świece niezapalone – wszystko wskazywało na to, że tej nocy pan nawet nie wszedł do swojego pokoju.

Pozostawało tylko jedno miejsce, w którym można było go szukać – pokój, gdzie leżała jego martwa żona. Czy zdoła zebrać się na odwagę i wręczyć mu tam list? Przez chwilę zawahała się, a potem wyszeptała: „Muszę! Muszę!”.

Kierunek, do jakiego obrania teraz zmusiła samą siebie, poprowadził ją z powrotem kawałek w dół. Tym razem schodziła bardzo powoli, ostrożnie trzymając się poręczy i przystając dla zaczerpnięcia powietrza niemal na każdym stopniu. Kiedy odważyła się zapukać do drzwi sypialni pani Treverton, otworzyła jej pielęgniarka, która szorstko i podejrzliwie zapytała, czego Sara chce.

– Porozmawiać z moim panem.

– Szukaj go gdzie indziej. Był tu pół godziny temu. Teraz go nie ma.

– Czy wiesz, dokąd poszedł?

– Nie. Nie wtrącam się w to, gdzie wchodzą i skąd wychodzą inni. Pilnuję własnego nosa.

Po tej niegrzecznej odpowiedzi pielęgniarka ponownie zamknęła drzwi. Właśnie kiedy Sara się od nich odwróciła, jej wzrok padł na drugi koniec korytarza. Znajdowały się tam drzwi do pokoju dziecinnego. Były otwarte, a z wnętrza wydobywał się nikły blask drżącego płomienia świecy.

Natychmiast ruszyła w tamtym kierunku, widząc, że światło dochodzi z głębi pokoju zajmowanego zazwyczaj, jak dobrze wiedziała, przez piastunkę i jedyne dziecko w domu Trevertonów – dziewczynkę imieniem Rosamond, liczącą sobie wtedy prawie pięć lat.

– Czyżby był tam? Ze wszystkich pokoi w domu akurat w tym!

Równie szybko jak myśl ta powstała w jej głowie, Sara uniosła list (który dotąd trzymała w ręce) do gorsu sukni i ukryła go tam po raz drugi, tak samo jak ukryła go, wychodząc z sypialni swej pani.

Następnie zakradła się na palcach przez pokój dziecinny do położonego w głębi pomieszczenia. Wejście, zgodnie z zachcianką dziecka, sklepione było na kształt łuku i obramowane pomalowanym jaskrawo trejażem, na wzór wejścia do altany. Dwie ładne perkalowe zasłony zawieszone na trejażu stanowiły jedyną przegrodę pomiędzy pokojem dziennym a sypialnią. Jedna z nich była podwieszona i w kierunku powstałego w ten sposób otworu przysunęła się teraz Sara, zostawiwszy przezornie świecę w korytarzu.

Pierwszą rzeczą, jaka zwróciła jej uwagę w sypialni dziecka, była postać piastunki wyciągniętej i smacznie śpiącej w głębokim fotelu przy oknie. Dokonawszy tego odkrycia, Sara odważyła się zajrzeć śmielej do pokoju i ujrzała swego pana siedzącego plecami do niej przy łóżeczku dziecka. Mała Rosamond nie spała, stała w łóżeczku, obejmując ramionami szyję ojca. Jedna z rączek zarzuconych na jego ramię trzymała lalkę, którą dziewczynka zabrała z sobą do łóżka, palce drugiej delikatnie wplatały się w jego włosy. Dziecko, wyczerpane atakiem gwałtownego płaczu, teraz tylko od czasu do czasu pojękiwało z głową złożoną ociężale na piersi ojca.

Oczy Sary zaszły łzami, kiedy patrzyła na swego pana i drobne rączki obejmujące go za szyję. Zatrzymała się przy uniesionej zasłonie, niepomna na to, że w każdej chwili może zostać odkryta, i trwała tak, dopóki nie usłyszała, jak kapitan Treverton mówi uspokajająco do dziecka:

– Ciii, kochana Rosie! Ciii, moja miła! Nie płacz już za biedną mamą. Pomyśl o biednym papie i spróbuj go pocieszyć.

Słowa te, choć proste, wypowiedziane cicho i łagodnie, zdały się natychmiast sprawić, że Sara Leeson straciła panowanie nad sobą. Nie dbając o to, czy ją posłyszą, odwróciła się i wybiegła na korytarz, jak gdyby coś ją goniło. Minęła świecę, którą tam zostawiła, nawet na nią nie patrząc, rzuciła się w kierunku schodów i zbiegła po nich na oślep na piętro kuchenne. Jeden z czuwających tam służących zobaczył ją i z wyrazem osłupienia i trwogi na twarzy zapytał, co się stało.

– Jestem chora… Słabo mi… Powietrza! – bełkotała. – Otwórz drzwi do ogrodu i wypuść mnie.

Mężczyzna posłuchał, ale z powątpiewaniem, jak gdyby uważał, że nie można jej ufać.

– Zachowuje się coraz dziwniej – powiedział, powróciwszy do swego towarzysza po tym, jak Sara przemknęła obok niego w drodze na dwór. – Teraz, gdy pani nie żyje, zdaje się, że będzie musiała poszukać sobie innej posady. Jeśli o mnie chodzi, nie będę za nią płakał. A ty?

Rozdział 3. Ukrycie tajemnicy

W ogrodzie Sarę uderzył w twarz powiew rześkiego, słodkiego powietrza, który nieco ostudził jej wzburzenie. Skręciła w boczną alejkę prowadzącą na taras; rozciągał się z niej widok na pobliską wieś, której centralny punkt stanowił kościół.

Na zewnątrz było już widno. Mglisty, rdzawy brzask poprzedzający wschód słońca rozlewał się spokojnie i pięknie za brunatnym pasem wrzosowisk po wschodniej stronie nieba. Stary kościół z niewielkim cmentarzem okolonym żywopłotem z mirtu i fuksji, tak bujnym, jakie spotkać można tylko w Kornwalii, jaśniał i nabierał wyrazistości niemal równie szybko jak sam poranny firmament. Sara złożyła ociężale ramiona na oparciu ławki ogrodowej i zwróciła twarz ku kościołowi. Jej wzrok powędrował z budowli na przyległy do niej cmentarz, zatrzymał się tam i śledził, jak coraz cieplejsze tony światła obejmowały samotne zacisze, gdzie spoczywali zmarli.

– Och, moje serce, moje serce! – rzekła. – Z czegóż musi ono być zrobione, że nie pęka?

Pozostała tam przez chwilę, opierając się o ławkę, spoglądając smutno w kierunku cmentarza i rozmyślając o słowach, które kapitan Treverton wypowiedział do dziecka. Zdawały się one łączyć, podobnie jak wszystko inne w jej umyśle, z listem napisanym na łożu śmierci pani Treverton. Po raz kolejny wyciągnęła go z zanadrza i ze złością zmięła w palcach.

– Wciąż w moich rękach! Wciąż nieznany żadnym oczom prócz moich! – powiedziała, spoglądając na zgniecioną kartkę. – Czy to wyłącznie moja wina? Gdyby teraz żyła, gdyby widziała, co ja widziałam, słyszała, co ja słyszałam w pokoju dziecinnym, czy oczekiwałaby, że oddam mu list?

Zdało się, że refleksja zawarta w tych ostatnich słowach uspokoiła jej umysł. W zamyśleniu oderwała się od ławki, przemierzyła taras, zeszła po kilku drewnianych stopniach i ruszyła obrośniętą krzewami ścieżką wijącą się od wschodu domu w kierunku jego północnego skrzydła.

Ta część budynku od ponad pół wieku pozostawała niezamieszkana i zaniedbana. Za czasów ojca kapitana Trevertona cały ciąg północnych pokoi ogołocono z najlepszych obrazów i najcenniejszych mebli, aby pomóc w urządzeniu pokoi zachodnich, które teraz stanowiły jedyną zamieszkaną część domu i w zupełności wystarczały, aby pomieścić rodzinę oraz odwiedzających gości. Dwór został wzniesiony na planie kwadratu i początkowo miał charakter silnie obronny. Z licznych fortyfikacji pozostała teraz tylko jedna – masywna, niska wieża (której to wraz z pobliską wsią dwór zawdzięczał nazwę Porthgenna Tower) znajdująca się na południowym skraju zachodniej fasady. Południowa strona składała się ze stajni i przybudówek okolonych niszczejącym murem, który biegł na wschód, skręcał pod kątem prostym i łączył się z północnym skrzydłem dworu, zamykając tym samym kwadrat.

Widok z zarośniętego, opuszczonego ogrodu w dole na ciąg pokoi północnej strony nie pozostawiał wątpliwości, że wiele lat minęło od dnia, gdy zamieszkiwała je jakaś ludzka istota. Szyby w oknach były gdzieniegdzie powybijane, a w pozostałych miejscach pokryte grubą warstwą brudu i kurzu. Okiennice miejscami były zamknięte, miejscami zaledwie na wpół uchylone. Dziki bluszcz, bujna roślinność rosnąca w rozpadlinach muru, girlandy pajęczyn, gruzowisko drewna, cegieł, gipsu, tłuczonego szkła, szmat i kawałków ubłoconych tkanin zalegających pod oknami – wszystko to świadczyło o zaniedbaniu. Ze względu na zacienione położenie zrujnowane skrzydło domu miało wygląd mroczny, chłodny i zimowy nawet w słoneczny sierpniowy poranek, kiedy to Sara Leeson zapuściła się do opuszczonej części ogrodu. Zagubiona w labiryncie własnych myśli, mijała od dawna nieuprawiane rabaty kwiatowe, posuwając się po zarośniętych chwastami żwirowych alejkach. Jej wzrok błądził w roztargnieniu wokoło, a stopy niosły ją bezwiednie tam, gdzie pojawiał się jakiś zarys ścieżki, nieważne, dokąd ona prowadziła.

Wstrząs, jaki wywarły na jej umyśle słowa pana wypowiedziane w pokoju dziecinnym, przyparł, można powiedzieć, całą jej naturę do muru i nareszcie wzniecił w niej odwagę, aby powziąć ostateczne i rozpaczliwe postanowienie. Snując się po ścieżkach opuszczonego ogrodu, w miarę jak jej myśli odrywały ją coraz bardziej od otaczającego ją świata, Sara nagle zatrzymała się bezwiednie na skrawku otwartej przestrzeni, która była niegdyś zadbanym trawnikiem i z której nadal roztaczał się znakomity widok na długi ciąg niezamieszkałych północnych pokoi.

„Co mi w ogóle każe oddawać list mojemu panu?” – pomyślała jak we śnie, wygładzając pomiętą kartkę na wnętrzu dłoni. „Moja pani umarła, nie zdążywszy wymóc na mnie przysięgi, że to zrobię. Czy może wrócić do mnie z zaświatów, jeśli dotrzymam obietnic, których przysięgłam dotrzymać, i nic więcej? Czy mogę nie narazić się na najgorsze, jeśli tylko sumiennie wypełnię wszystko, do czego się zobowiązałam?”

W tym miejscu rozważania Sary urwały się. Na zewnątrz, w jasnym świetle dnia, jej zabobonne lęki nadal miały nad nią władzę, podobnie jak miały nad nią władzę w ciemnościach jej pokoju. Przystanęła, po czym zaczęła ponownie wygładzać list i przypominać sobie warunki uroczystego zobowiązania, do podjęcia którego zmusiła ją pani Treverton.

Co właściwie obiecała? Że nie zniszczy listu ani nie zabierze go z sobą, jeśli opuści dom. Ponadto życzeniem pani Treverton było, aby oddać list jej mężowi. Czy to ostatnie zadanie wiązało osobę, której zostało powierzone? Tak. Wiązało pod przysięgą? Nie.

Doszedłszy do tego wniosku, Sara spojrzała w górę.

Przypadkowo jej wzrok spoczął na samotnej, zaniedbanej północnej fasadzie domu, ale stopniowo zaczął skupiać się na jednym konkretnym oknie położonym dokładnie pośrodku, na pierwszym piętrze – największym i najbardziej ponurym w całym rzędzie. Nagle oczy Sary rozbłysły, jakby coś pojęła. Drgnęła, na jej policzki wystąpił lekki rumieniec i pośpiesznie podeszła do ściany domu.

Szyby w wielkim oknie były pożółkłe od kurzu i brudu, fantastycznie spowite pajęczynami. Pod oknem znajdowała się kupa rupieci rozrzuconych na skrawku wyschniętej ziemi, który dawniej mógł być grządką kwiatów lub krzewów. Kształt rabatki nadal pozostawał widoczny dzięki podłużnej obwódce z chwastów i wybujałej trawy. Okrążyła ją, co krok rzucając spojrzenie na okno, po czym przystanęła tuż pod nim, zerknęła na list i nagle rzuciła na głos:

– Zaryzykuję!

Po tych słowach pośpieszyła z powrotem do zamieszkałej części domu, przeszła prowadzącym do pokoju gospodyni korytarzem na piętrze kuchennym i zdjęła z gwoździa w ścianie pęk kluczy zawieszonych na kółku, do którego przyczepiona była tabliczka z kości słoniowej z napisem „Klucze do północnych pokoi”.

Sara położyła klucze na stojącym opodal biurku, wzięła do ręki pióro i na pustej stronie listu, który napisała pod dyktando swej pani, szybko dodała następujące słowa:

Jeśli ktoś kiedykolwiek znajdzie ten list (o co z całego serca modlę się, aby się nie stało), chciałabym powiedzieć, że postanowiłam go ukryć, ponieważ nie mam odwagi pokazać go memu panu, do którego jest skierowany. Choć robiąc to, co zamierzam zrobić, postępuję wbrew ostatniej woli mej pani, nie łamię uroczystego zobowiązania, do jakiego zmusiła mnie na łożu śmierci. Zobowiązanie to zabrania mi zniszczyć list lub zabrać go ze sobą, jeśli opuszczę dom. Nie zrobię jednego ani drugiego – mam zamiar ukryć list w miejscu, gdzie, jak sądzę, istnieje najmniejsze prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek ktoś go odnajdzie. Wszelkie trudy czy nieszczęścia, jakie mogą wyniknąć z tego nieuczciwego postępku z mojej strony, niech spadną na mnie. Inni, w co wierzę z całego serca, będą szczęśliwsi z powodu ukrycia strasznej tajemnicy, którą ten list zawiera.

Podpisała linijki swoim nazwiskiem, szybko przycisnęła je do bibuły, która leżała na biurku wraz z resztą materiałów piśmienniczych, wzięła list, uprzednio go złożywszy, po czym chwyciła pęk kluczy i oglądając się na boki, jak gdyby bała się, że ktoś obserwuje ją z ukrycia, wyszła z pokoju. Od chwili, gdy się tam znalazła, wszystkie jej ruchy były pośpieszne i gwałtowne – najwyraźniej bała się pozostawić sobie choć jedną chwilę do namysłu.

Wyszedłszy z pokoju gospodyni, skręciła w lewo, wspięła się boczną klatką schodową i przekręciła klucz w drzwiach u jej szczytu. Kiedy delikatnie je otworzyła, wionął na nią tuman wznieconego ruchem kurzu. Chłodne, zatęchłe powietrze sprawiło, że zadrżała, gdy znalazła się w wielkim kamiennym holu, gdzie na ścianach wisiały poczerniałe od starości portrety rodzinne, których płótna wybrzuszały się poza ramy. Wspiąwszy się na kolejne schody, dotarła do szeregu drzwi prowadzących do pokoi na pierwszym piętrze północnego skrzydła domu.

Położywszy list na deskach podłogi obok siebie, uklękła na wprost dziurki od klucza w czwartych z kolei drzwiach, przez chwilę zaglądała przez nią niepewnie do środka, a potem zaczęła dopasowywać do zamka różne klucze, dopóki nie znalazła właściwego. Sprawiło jej to niemałą trudność, ponieważ ręce tak się jej trzęsły ze zdenerwowania, że ledwo mogła oddzielić od siebie poszczególne klucze. W końcu udało jej się otworzyć drzwi. Wnętrze pokoju było, jeśli to możliwe, jeszcze bardziej zakurzone niż poprzednie pomieszczenia. Suche, duszące powietrze chwyciło kobietę za gardło, gdy pochyliła się, aby podnieść z podłogi list. W pierwszej chwili cofnęła się przed nim i zawróciła kilka kroków w kierunku klatki schodowej. Ale zaraz potem odzyskała wcześniejszą stanowczość.

– Nie mogę teraz zawrócić! – powiedziała z desperacją i wkroczyła do pokoju.

Nie pozostała w środku dłużej niż dwie czy trzy minuty. Kiedy wyszła, twarz miała białą ze strachu, a w ręce, w której wchodząc do pokoju, trzymała list, dzierżyła teraz jedynie zardzewiały kluczyk.

Ponownie zamknąwszy drzwi, z większą niż dotychczas uwagą przyjrzała się wielkiemu pękowi kluczy zabranych z pokoju gospodyni. Oprócz tabliczki z kości słoniowej przymocowanej do obręczy łączącej klucze niektóre z nich miały przewleczone przez otwory osobne, mniejsze etykiety z pergaminu, wskazujące pokoje, do których dawały dostęp. Klucz, którego użyła, miał właśnie taką etykietę. Przybliżyła skrawek pergaminu do światła i odczytała rząd wyblakłych liter: „Pokój Mirtowy”.

Pokój, w którym ukryty został list, miał zatem nazwę! Wdzięcznie brzmiącą nazwę, która pociągałaby większość ludzi i miło zachowała się w ich pamięci. Nazwę, której ona nie będzie ufać po tym, co zrobiła, z tego właśnie powodu.

Z kieszeni fartucha, gdzie zwykle go nosiła, wyjęła przybornik do szycia i nożyczkami odcięła etykietę od klucza. Czy wystarczyło zniszczyć tę jedną? Pogrążyła się w domysłach, które nie doprowadziły jej donikąd, i w końcu odcięła wszystkie etykiety, nie mając żadnego innego powodu jak instynktowna nieufność.

Starannie zebrawszy kawałki pergaminu z podłogi, włożyła je wraz z zardzewiałym kluczykiem wyniesionym z Pokoju Mirtowego do pustej kieszeni fartucha. Następnie niosąc w dłoni wielki pęk kluczy i dokładnie zamykając drzwi, które otwarła w drodze do północnego skrzydła Porthgenna Tower, wróciła do pokoju gospodyni, weszła do środka, nie spotykając nikogo, i odwiesiła klucze na gwóźdź w ścianie.

Jako że już całkiem dniało, Sara w obawie przed spotkaniem którejś z kobiet będących na służbie pośpieszyła do swojego pokoju. Świeca, którą zostawiła, nadal płonęła blado w świetle nowego dnia. Gdy zgasiwszy ją, służąca odsunęła zasłonę w oknie, przez jej twarz mimo spływającego na nią jasnego światła przemknął cień lęku. Otworzyła okno i z lubością wdychała rześkie powietrze.

Na dobre czy na złe, nieszczęsna tajemnica była teraz ukryta – stało się. W uzmysłowieniu sobie tego faktu było coś kojącego. Od tej chwili Sara z większym spokojem mogła myśleć o sobie i niepewnej przyszłości, jaka ją czekała.

Teraz, gdy śmierć przecięła jej związek z panią, w żadnym razie nie mogła oczekiwać, że pozostanie na swojej posadzie. Wiedziała, że w ostatnich dniach choroby pani Treverton usilnie polecała swoją pokojówkę uprzejmości i opiece kapitana Trevertona, i była pewna, że ostatnie prośby żony zarówno w tym, jak i w innych przypadkach będą przez męża uważane za najświętsze obowiązki. Ale czy mogła przyjąć jakiekolwiek dobrodziejstwa z rąk pana, którego pomogła oszukać i wobec którego właśnie dopuściła się kolejnego oszustwa? Sama myśl o podobnej niegodziwości była tak odrażająca, że niemal z ulgą przyjęła jedyne smutne wyjście, jakie jej pozostało – niezwłoczne opuszczenie domu.

Ale jak miała to zrobić? Dając oficjalne wypowiedzenie i tym samym narażając się na pytania, które z pewnością zmieszają ją i przerażą? Czyż mogła ośmielić się raz jeszcze stanąć twarzą w twarz ze swym panem po tym, co zrobiła, gdy pierwsze pytania, jakie zada, będą dotyczyły pani, gdy z pewnością będzie ją wypytywał o ostatnie smutne szczegóły, o najdrobniejsze słówko wypowiedziane tuż przed śmiercią, której była jedynym świadkiem? Kiedy nieuniknione konsekwencje poddania się tej nieznośnej próbie opadły naraz jej umysł, Sara zerwała się na równe nogi, zdjęła płaszcz z jego stałego miejsca na ścianie i w przypływie podejrzliwości i strachu przytknęła ucho do drzwi. Czyżby słyszała kroki? Czy to pan już po nią posyła?

Nie, na zewnątrz panowała cisza. Kilka łez stoczyło się po policzkach dziewczyny, gdy zakładała czepek, i poczuła, że wykonując tę prostą czynność, mierzy się z ostatnią i może najtrudniejszą z okrutnych konieczności, które sprowadziło na nią ukrycie tajemnicy. Nie było rady. Albo zaryzykuje, że wyda wszystko, albo stawi czoła podwójnej próbie opuszczenia Porthgenna Tower, i to opuszczenia po kryjomu.

Po kryjomu – niczym złodziej? Bez słowa pożegnania z panem? Bez skreślenia choćby jednej linijki, w której podziękuje mu za jego dobroć i poprosi o przebaczenie? Zdążyła otworzyć biurko i wyjąć z niego portmonetkę, jeden czy dwa listy i mały tomik hymnów Wesleya, zanim względy te przyszły jej do głowy. Teraz sprawiły, że wstrzymała się z zamknięciem biurka. „Czy mam napisać – zastanowiła się – i zostawić tu list, który znajdą, gdy wyjadę?”

Po kolejnej chwili namysłu odpowiedziała na to pytanie twierdząco. Tak szybko, jak tylko jej pióro potrafiło uformować litery, skreśliła kilka zdań do kapitana Trevertona, przyznając się do zachowania przed nim tajemnicy, którą polecono jej wyjawić, i dodając, że jest głęboko przekonana, iż nic złego dla niego ani dla nikogo, kto jest dla niego ważny, nie wyniknie z faktu niewykonania powierzonego jej zadania, kończąc prośbą o wybaczenie opuszczenia przez nią domu po kryjomu i w ramach ostatniej przysługi błagając, aby nigdy jej nie szukano. Zapieczętowała tę krótką wiadomość, opatrzyła ją nazwiskiem pana i zostawiła na biurku, po czym znów nasłuchiwała przy drzwiach, a upewniwszy się, że w całym domu panuje jeszcze cisza, po raz ostatni zeszła schodami Porthgenna Tower.

Przy wejściu do korytarza prowadzącego do pokoju dziecinnego przystanęła. Łzy powstrzymywane od momentu przestąpienia progu znów zaczęły płynąć. Jakkolwiek miała teraz pilne powody, aby wyjść, nie tracąc ani chwili, z niezrozumiałą niekonsekwencją postąpiła kilka kroków w kierunku drzwi do pokoju dziecinnego. Nie uszła daleko, gdy uszu jej dobiegł drobny hałas w dolnej części domu, co sprawiło, że stanęła w pół kroku.

Podczas gdy trwała tak niezdecydowana, żal, który nosiła w sercu – większy od wszystkich, jakie do tej pory okazała – nieprzeparcie podszedł do jej warg i wydarł się z nich w postaci pojedynczego głębokiego, zdławionego szlochu. Zdało się, że dźwięk ten przywrócił jej świadomość niebezpieczeństwa, w jakim się znajdzie, jeśli będzie zwlekać choć chwilę dłużej. Pędem zawróciła na schody, bezpiecznie dotarła na piętro kuchenne i uciekła przez te same drzwi ogrodowe, które służący otworzył dla niej o świcie.

Opuściwszy teren posiadłości, Sara zamiast obrać najkrótszą ścieżkę prowadzącą przez wrzosowisko do gościńca, skręciła w stronę kościoła, ale zanim do niego dotarła, zatrzymała się przy miejscowej publicznej studni wykopanej opodal chat rybaków z Porthgenna. Ostrożnie rozglądając się wokół siebie, wrzuciła do niej zardzewiały kluczyk, który wyniosła z Pokoju Mirtowego, a potem pośpieszyła dalej i weszła na cmentarz. Skierowała się prosto ku jednemu z grobów, położonemu nieco z dala od innych. Na tablicy nagrobnej wyryto następujące słowa:

ŚWIĘTEJ PAMIĘCI

HUGH POLWHEAL

LAT 26

ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ TRAGICZNĄ

PRZYGNIECIONY SKAŁĄ

W

KOPALNI W PORTHGENNA

17 GRUDNIA 1823

Sara zerwała z grobu kilka źdźbeł trawy, otwarła tomik hymnów Wesleya zabrany z sypialni w Porthgenna Tower, po czym ostrożnie umieściła źdźbła między kartami. Gdy to robiła, powiew wiatru otworzył książeczkę na stronie tytułowej i ukazał następujące słowa napisane dużymi, koślawymi literami: „Książka Sary Leeson. Dar Hugh Polwheala”.

Zabezpieczywszy źdźbła między kartami książki, Sara zawróciła w stronę ścieżki prowadzącej do gościńca. Przybywszy na wrzosowisko, wyjęła z kieszeni fartucha pergaminowe etykiety odcięte od kluczy i rozrzuciła je pod krzakami kolcolistu.

– Zniknęły – powiedziała – podobnie jak ja zniknęłam! Niech Bóg pomoże mi i wybaczy: już po wszystkim!

Z tymi słowy odwróciła się od starego dworu oraz widniejącego poniżej morza i ruszyła ścieżką wśród wrzosowisk w stronę gościńca.

Cztery godziny później kapitan Treverton polecił jednemu ze służących w Porthgenna Tower przekazać Sarze Leeson, że chciałby usłyszeć wszystko, co ma mu do powiedzenia na temat ostatnich chwil życia swojej pani. Posłaniec wrócił z wyrazem zdumienia na twarzy oraz listem skreślonym przez Sarę do pana w dłoni.

Gdy tylko kapitan Treverton przeczytał list, zarządził niezwłoczne poszukiwania zbiegłej kobiety. Tak łatwo było ją opisać i rozpoznać dzięki przedwczesnej siwiźnie, dziwnemu, zalęknionemu spojrzeniu i zwyczajowi ciągłego mówienia do siebie, że bardzo szybko udało się odnaleźć jej trop aż do Truro. Jednak w tym dużym mieście ślad się urwał i już nigdy nie odnalazł.

Wyznaczono nagrody, sprawą zainteresowała się administracja okręgu, zrobiono wszystko, co mogły zdziałać władza i pieniądze, aby odnaleźć Sarę – na próżno. Nie natrafiono na żadną wskazówkę pozwalającą domyślić się, gdzie przebywa dawna służąca, lub pomagającą w najmniejszym choćby stopniu wyjaśnić naturę tajemnicy, o której napomknęła w liście. Jej pan nigdy już jej nie zobaczył, nigdy o niej nie usłyszał po poranku 23 sierpnia 1829 roku.

Księga II

Rozdział 1. Piętnaście lat później

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2. Sprzedaż Porthgenna Tower

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3. Państwo młodzi

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Księga III

Rozdział 1. Tymon Londyńczyk

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2. Czy przyjadą?

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3. Pani Jazeph

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4. Nowa opiekunka

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5. Narada

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6. Kolejna niespodzianka

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Księga IV

Rozdział 1. Spisek przeciwko tajemnicy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2. Poza domem

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3. W domu

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4. Pan Munder na tronie sądu

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5. Mozart gra na pożegnanie

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Księga V

Rozdział 1. Stary przyjaciel i nowy plan

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2. Początek końca

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3. Coraz bliżej krawędzi

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4. O krok od odkrycia

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5. Pokój Mirtowy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6. Wyjawienie tajemnicy

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Księga VI

Rozdział 1. Wuj Joseph

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 2. Oczekiwane i nadzieja

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3. Historia sprzed lat

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4. Schyłek dnia

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5. Czterdzieści tysięcy funtów

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej

Tytuł oryginału: The Dead Secret

Copyright © 2017, MG

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN: 978-83-7779-416-6

Projekt okładki: Elżbieta Chojna

Korekta: MG, Agnieszka Zielińska

Skład: Jacek Antoniuk

www.wydawnictwomg.pl

[email protected]

[email protected]

Drukarnia Wydawnicza im. W.L. Anczyca

ul. Nad Drwiną 10, Hala nr 3

30-741 Kraków

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com