Wydawca: Zielona Sowa Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 190 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnice klejnotu Nefertiti - Agnieszka Stelmaszyk

Zaczęło się zupełnie niewinnie od artykułu w gazecie: w Egipcie odkryto nowy grobowiec. Dalej wypadki potoczyły się już lawinowo.
Każdy, kto choć trochę interesuje się archeologią, rusza do Kairu. I oto zatłoczone uliczki miasta i bezkresne piaski pustyni,
stają się świadkami szaleńczego wyścigu.

Kto pozna legendę Nefertiti? Kto wyniósł sarkofag z grobowca? Kim jest tajemnicza Cressida Finch?
No i najważniejsze – kto pierwszy dotrze do klejnotu? Pytań coraz więcej, a czas upływa szybciej niż piasek w klepsydrze…
„Tajemnica klejnotu Nefertiti” to nie tylko zapierające dech w piersiach przygody piątki przyjaciół.

To odkrywanie tajemnic, legend i zapomnianych historii, zaglądanie do zakurzonych ksiąg, tajemniczych komnat
i nikomu nieznanych grobowców…

Kroniki Archeo to wartka akcja, przygody na miarę Indiany Jones, bohaterowie, z którymi nie będziesz chciał się rozstawać i mnóstwo humoru!
Oto książka, którą czyta się jednym tchem!"

Opinie o ebooku Tajemnice klejnotu Nefertiti - Agnieszka Stelmaszyk

Fragment ebooka Tajemnice klejnotu Nefertiti - Agnieszka Stelmaszyk

Po­mysł se­rii: Agniesz­ka So­bich i Agniesz­ka Stel­ma­szyk.

Tekst: Agniesz­ka Stel­ma­szyk.

Ilu­stra­cje: Ja­cek Pa­ster­nak.

Re­dak­tor pro­wa­dzą­cy: Agniesz­ka So­bich.

Ko­rek­ta: Agniesz­ka Skó­rzew­ska.

Pro­jekt gra­ficz­ny i DTP: Ber­nard Pta­szyń­ski.

© Co­py­ri­ght for text by Agniesz­ka Stel­ma­szyk

© Co­py­ri­ght for il­lu­stra­tions by Ja­cek Pa­ster­nak.

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o., War­sza­wa 2012

All ri­ghts re­se­rved.

ISBN 978-83-7623-889-0.

Wy­daw­nic­two Zie­lo­na Sowa Sp. z o.o.

00-807 War­sza­wa, Al. Je­ro­zo­lim­skie 96

tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51

www.zie­lo­na­so­wa.pl

wy­daw­nic­two@zie­lo­na­so­wa.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Krzy­sia, mo­je­go naj­cen­niej­sze­go skar­bu.

A. S.

– Już czas! – Ach­med dał znak. Jego czar­ne oczy bły­snę­ły zło­wro­go w krwa­wym bla­sku ogni­ska, przy któ­rym sie­dzia­ło kil­ku męż­czyzn po­dob­nych do Be­du­inów.

Była ciem­na, zim­na noc. Roz­cią­ga­ją­ca się wo­kół cmen­ta­rzy­ska pu­sty­nia – ci­cha i prze­ra­ża­ją­ca.

– Pa­mię­taj­cie, na ra­zie za­bie­ra­my tyl­ko sar­ko­fag – mó­wił da­lej Ach­med. – Niech nikt nie waży się do­tknąć in­nych kosz­tow­no­ści! – uprze­dził i wy­mow­nie oparł dłoń na klin­dze ostre­go szty­le­tu.

– Po resz­tę przyj­dzie­my póź­niej.

– Ach­me­dzie, a je­śli ktoś od­kry­je ten gro­bo­wiec i sprząt­nie nam wszyst­ko sprzed nosa? – za­py­tał prze­zor­nie Ali.

– Już moja w tym gło­wa, żeby nikt się tu nie szwen­dał – od­parł z iro­nicz­nym uśmiesz­kiem Ach­med. – Bierz­cie się do ro­bo­ty! Bo na czczym ga­da­niu upły­nie cała noc. Nasz ku­piec już cze­ka! Jal­la! Chodź­my!

Sar­ko­fag: ka­mien­na trum­na, we­wnątrz któ­rej umiesz­cza­no drew­nia­ną skrzy­nię z mu­mią zmar­łe­go. Na sar­ko­fag było stać tyl­ko bar­dzo za­moż­nych Egip­cjan.

Każ­dy z męż­czyzn za­pa­lił w do­ga­sa­ją­cym ogni­sku po­chod­nię. Po­tem sta­ran­nie za­sy­pa­no żar pia­skiem.

Ach­med z Alim od­sło­ni­li za­ma­sko­wa­ne wej­ście do wy­ku­te­go głę­bo­ko w ska­le gro­bow­ca. Uka­za­ły się stop­nie scho­dów i po chwi­li wszy­scy ze­szli do pod­ziem­ne­go tu­ne­lu.

Mi­nę­ła go­dzi­na nim po­ja­wi­li się zno­wu. Nie wra­ca­li jed­nak z próż­ny­mi rę­ka­mi.

Na ra­mio­nach nie­śli cięż­ki, szcze­ro­zło­ty sar­ko­fag…

– Prę­dzej! Prę­dzej! – po­pę­dzał Ach­med, idą­cy na prze­dzie ko­lum­ny z po­chod­nią w dło­ni. – Wy dwaj zo­stań­cie na stra­ży! – wska­zał dwóch uzbro­jo­nych to­wa­rzy­szy. – A je­śli przyj­dzie wam do gło­wy ja­kiś głu­pi po­mysł – spoj­rzał zna­czą­co na męż­czyzn – przy­się­gam, że wa­sze ko­ści po­chło­nie pu­sty­nia! – za­gro­ził.

Straż­ni­cy po­tul­nie ski­nę­li gło­wa­mi.

– Nie­dłu­go bę­dzie­my z po­wro­tem – po­wie­dział Ach­med. Od­wró­cił się i już po chwi­li znik­nął w mro­ku pu­sty­ni, wraz ca­łym po­cho­dem nio­są­cym zło­ty sar­ko­fag.

Sko­ro świt pan­na Ofe­lia Łycz­ko wpa­dła do po­ko­ju Ani i gwał­tow­nym ru­chem pod­nio­sła ro­le­ty.

– Pora wsta­wać, śnia­da­nie już daw­no na sto­le! Nie chcesz chy­ba moja dro­ga spóź­nić się do szko­ły? – ener­gicz­ny głos opie­kun­ki obu­dził dziew­czyn­kę.

– A cze­mu nie? – Ania po­my­śla­ła z prze­ko­rą, ale wo­la­ła tego nie mó­wić gło­śno, żeby nie na­ra­żać się na peł­ne obu­rze­nia gde­ra­nie pan­ny Ofe­lii, któ­ra już od ty­go­dnia nie­po­dziel­nie kró­lo­wa­ła w domu Ostrow­skich. Za­wsze, gdy ro­dzi­ce Ani gdzieś wy­jeż­dża­li, to wła­śnie ta drob­na, nie­sa­mo­wi­cie ener­gicz­na blon­dyn­ka pro­wa­dzi­ła dom i pil­no­wa­ła dzie­ci, a szcze­gól­nie tego, czy mają czy­ste uszy i od­ro­bio­ne lek­cje. Tym ra­zem było do­kład­nie tak samo: wciąż te uszy i lek­cje.

– Spójrz na nie­bo i po­wiedz, ja­kie chmu­ry dzi­siaj wi­dzisz! – po­le­ci­ła pan­na Ofe­lia. Ostat­nio prze­ra­bia­ła z Anią za­gad­nie­nia za­wią­za­ne z kli­ma­tem i po­go­dą. Stąd tak dziw­ne py­ta­nie o po­ran­ku.

Ania na­praw­dę nie mia­ła ocho­ty na ja­kąś chmu­ro­lo­gię od sa­me­go rana. Mia­ła na­dzie­ję, że za parę dni wró­cą ro­dzi­ce, któ­rzy prze­by­wa­li aku­rat w Pa­ry­żu na kon­fe­ren­cji na­uko­wej, i te po­ran­ne ka­tu­sze wkrót­ce się skoń­czą.

– Przyj­rzyj się do­kład­nie i po­wiedz, czy wi­dzisz cu­mu­lo­nim­bu­sy, cu­mu­lu­sy, cir­ru­sy czy może stra­tu­sy? – pan­na Ofe­lia za­py­ta­ła pod­chwy­tli­wie.

– Ze­ru­sy! – Ania od­par­ła bez na­my­słu, pa­trząc na czy­ste, błę­kit­ne nie­bo.

– Też coś! – Ofe­lia prych­nę­ła gło­śno i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi jed­no­cze­śnie.

Po­mru­cza­ła coś jesz­cze pod no­sem i wy­szła do kuch­ni.

Ania za­czę­ła się ubie­rać. W jej po­ko­ju wiecz­nie pa­no­wał ba­ła­gan, więc jak zwy­kle mia­ła pro­blem z od­na­le­zie­niem pa­su­ją­cych do sie­bie skar­pe­tek. Naj­pierw spraw­dzi­ła, czy przy­pad­kiem nie wi­szą na roz­sta­wio­nych przy oknie szta­lu­gach. Tam ich nie było. Spoj­rza­ła więc na sto­lik, na któ­rym le­ża­ła pa­le­ta, tub­ki z far­ba­mi i pędz­le. Jed­nak ani tam, ani pod sto­sem po­roz­rzu­ca­nych kar­tek, nie zna­la­zła tego, cze­go szu­ka­ła. Cały jej po­kój wy­glą­dał jak wiel­ka pra­cow­nia ma­lar­ska. Ania, choć prze­uro­cza isto­ta, nie na­le­ża­ła do naj­po­rząd­niej­szych dziew­czy­nek i wszę­dzie zo­sta­wia­ła swo­je pra­ce na wierz­chu. Uwa­ża­ła, że sko­ro i tak ry­so­wa­ła w każ­dej wol­nej chwi­li, to po co w ogó­le cho­wać ma­te­ria­ły?

Kie­dy w koń­cu wła­ści­we skar­pet­ki zna­la­zły się na wła­ści­wych sto­pach, Ania ze­szła na śnia­da­nie.

Przy sto­le sie­dział jej star­szy brat Bar­tek i czy­tał ga­ze­tę.

– Cześć bzy­ku! – przy­wi­tał we­so­ło sio­strę. W prze­ci­wień­stwie do Ani try­skał do­brym hu­mo­rem.

– Nie mów do mnie bzy­ku! – Ania zło­ści­ła się. – Nie je­stem już małą dziew­czyn­ką!

– Och, prze­bacz o pani! Za­po­mnia­łem, że skoń­czy­łaś już prze­cież osiem lat! – Bar­tek wstał od sto­łu i zło­żył jej głę­bo­ki, ry­cer­ski ukłon. Po­tem na­lał sio­strze do mi­ski mle­ka i do­sy­pał garść jej ulu­bio­nych płat­ków. – Prze­czy­ta­łem wła­śnie coś bar­dzo cie­ka­we­go – zmie­nił te­mat i stuk­nął pal­cem w ga­ze­tę. – Je­stem cie­ka­wy, czy ro­dzi­ce o tym wie­dzą – mruk­nął w za­my­śle­niu.

– O czym? – Ania oży­wi­ła się na­gle.

– W Egip­cie od­kry­to nowy gro­bo­wiec! – po­wie­dział za­afe­ro­wa­ny; – Prze­czy­tam ci, po­słu­chaj:

Bar­tek skoń­czył czy­tać.

– My­ślisz, że w tym gro­bow­cu na­praw­dę były ja­kieś skar­by? – Ania za­py­ta­ła za­cie­ka­wio­na.

– Kto wie – od­parł fi­lo­zo­ficz­nie brat.

– Gdy­by­śmy tam byli, na pew­no roz­wią­za­li­by­śmy tę za­gad­kę – dziew­czyn­ka stwier­dzi­ła z prze­ko­na­niem. – Tak jak wte­dy, gdy z mu­zeum znikł ob­raz, albo gdy pan Wa­len­ty zna­lazł na polu sko­ru­py na­czyń i zu­peł­nie nie wie­dział, co z tym zro­bić.

– Ale nas nie ma w Egip­cie! Je­ste­śmy tu, w Za­le­siu Kró­lew­skim, a ro­dzi­ce są w Pa­ry­żu – wes­tchnął z ża­lem Bar­tek.

Zło­żył ga­ze­tę na pół i wstał od sto­łu.

– To na ra­zie bzy­ku! – rzu­cił czu­le do sio­stry na po­że­gna­nie. – Mu­szę wyjść wcze­śniej, bo idę jesz­cze przed lek­cja­mi na pły­wal­nię – uprze­dził, i już go nie było.

– Star­szy brat to ma do­brze – Ania po­my­śla­ła z za­zdro­ścią.

– Może cho­dzić sam na ba­sen, na­le­ży do Brac­twa Ry­cer­skie­go i po­je­dyn­ku­je się z in­ny­mi chło­pa­ka­mi ry­ce­rza­mi. – Też bym chcia­ła mieć dwa­na­ście lat! By­ła­bym wresz­cie wol­na! – mruk­nę­ła bun­tow­ni­czo.

W tej sa­mej chwi­li na pro­gu kuch­ni sta­nę­ła pan­na Łycz­ko.

– Aniu, mu­si­my już wy­cho­dzić! Kończ wresz­cie to śnia­da­nie, bo się spóź­ni­my! Czas się dla nas nie za­trzy­ma! – z su­ro­wą miną po­ka­za­ła ze­ga­rek.

Ania prze­łknę­ła szyb­ko ostat­nią łyż­kę płat­ków i burk­nę­ła pod no­sem:

– I bądź tu czło­wie­ku wol­nym!

Ar­te­fakt: przed­miot wy­two­rzo­ny lub uży­wa­ny przez czło­wie­ka, a na­stęp­nie od­kry­ty w trak­cie prac ar­che­olo­gicz­nych.

W uro­czym mia­stecz­ku New­bu­ry, w hrab­stwie Berk­shi­re w po­łu­dnio­wej An­glii, w prze­pięk­nym zam­ku Hi­ghc­le­re, lady Gi­ne­vra Car­nar­von ma­ły­mi łycz­ka­mi po­pi­ja­ła po­po­łu­dnio­wą her­ba­tę. Przed nią, na okrą­głym sto­li­ku, le­żał gru­by al­bum opra­wio­ny w skó­rę. Mu­siał być bar­dzo sta­ry, bo zło­co­ne zdo­bie­nia były w nie­któ­rych miej­scach wy­tar­te. Lady Gi­ne­vra bar­dzo lu­bi­ła go prze­glą­dać. W środ­ku były sta­ran­nie wkle­jo­ne zdję­cia jej sław­ne­go przod­ka – pią­te­go lor­da Geo­r­ge’a Car­nar­vo­na.

Geo­r­ge Edward Stan­ho­pe Mo­ly­neux Her­bert pią­ty lord Car­nar­von

uro­dził się 26 czerw­ca 1866 roku. Sły­nął z za­mi­ło­wa­nia do sa­mo­cho­dów i szyb­kiej jaz­dy. Pa­sja ta sta­ła się przy­czy­ną groź­ne­go wy­pad­ku, ja­kie­mu uległ w 1901 roku. Cu­dem unik­nął wów­czas śmier­ci, ale już nig­dy nie od­zy­skał peł­ni sił. Czę­sto cho­ro­wał na płu­ca, dla­te­go le­karz za­le­cił mu dla zdro­wia wy­jazd do Egip­tu. Cie­płe i su­che po­wie­trze mia­ło po­móc lor­do­wi w re­kon­wa­le­scen­cji. Sta­ro­żyt­ne za­byt­ki pań­stwa fa­ra­onów wy­war­ty na nim ogrom­ne wra­że­nie i na­tchnę­ły do no­wej pa­sji – ko­lek­cjo­no­wa­nia egip­skich an­ty­ków. Zo­stał ar­che­olo­giem ama­to­rem. Pro­wa­dził rów­nież wy­ko­pa­li­ska. Nie­ste­ty, bra­ko­wa­ło mu nie­zbęd­nej wie­dzy i do­świad­cze­nia. Za­trud­nił więc in­ne­go An­gli­ka, Ho­war­da Car­te­ra. Wkrót­ce ra­zem roz­po­czę­li wy­ko­pa­li­ska w Do­li­nie Kró­lów, któ­re za­owo­co­wa­ły wprost nie­zwy­kłym od­kry­ciem – od­na­le­zie­niem gro­bu Tu­tan­cha­mo­na. Car­nar­von zmarł 5 kwiet­nia 1923 roku.

Star­sza pani przy­glą­da­ła się czar­no-bia­łej fo­to­gra­fii, na któ­rej lord ra­zem z ar­che­olo­giem Ho­war­dem Car­te­rem uśmie­cha­ją się dum­nie przed wej­ściem do gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na. Na in­nym zdję­ciu wid­nia­ła słyn­na zło­ta ma­ska mło­dziut­kie­go fa­ra­ona, jego zło­ty tron i wie­le in­nych pięk­nych ar­te­fak­tów wy­do­by­tych z gro­bow­ca.

– Spójrz Tot­me­si­ku, to było od­kry­cie wszech­cza­sów! – po­wie­dzia­ła lady Gi­ne­vra do swo­je­go uko­cha­ne­go ru­de­go per­skie­go kota, któ­ry sie­dział na sto­ją­cej obok puf­ce.

Tot­me­sik łyp­nął zie­lo­nym okiem na fo­to­gra­fię i miauk­nął, jak­by w zu­peł­no­ści zga­dzał się z tym stwier­dze­niem.

– W po­ran­nych wia­do­mo­ściach w ra­dio po­da­wa­li coś o od­kry­ciu ko­lej­ne­go gro­bow­ca w Amar­nie w Egip­cie – lady mó­wi­ła do Tot­me­si­ka. – Ale nie zna­le­zio­no w nim żad­nych skar­bów – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – To od­kry­cie w ża­den spo­sób nie może się rów­nać z do­ko­na­niem Geo­r­ge’a! – prych­nę­ła, a kot zno­wu miauk­nął z apro­ba­tą.

Lady po­du­ma­ła jesz­cze chwil­kę, a po­tem za­mknę­ła al­bum. Wsta­ła i wol­nym kro­kiem uda­ła się do bi­blio­te­ki. Tot­me­sik ze­sko­czył mięk­ko z pufy i po­dą­żył za nią. Nie lu­bił roz­sta­wać się ze swo­ją pa­nią.

Ho­ward Car­ter

uro­dził się 9 maja 1874 roku w Bromp­ton w An­glii. Nie po­sia­dał grun­tow­ne­go wy­kształ­ce­nia, ale dzię­ki ogrom­nej de­ter­mi­na­cji, po­świę­ce­niu i nie­zwy­kłym zdol­no­ściom stał się ar­che­olo­giem zna­nym na ca­łym świe­cie. Swo­ją ka­rie­rę za­czy­nał od ko­pio­wa­nia in­skryp­cji i ma­lo­wi­deł w egip­skich gro­bow­cach.

W 1914 roku wraz z lor­dem Car­nar­vo­nem roz­po­czął pra­ce wy­ko­pa­li­sko­we w Do­li­nie Kró­lów. 4 li­sto­pa­da 1922 roku pod zwa­ła­mi gru­zu ze­spół Car­te­ra na­tra­fił na pierw­szy sto­pień scho­dów pro­wa­dzą­cych do gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na. Znaj­do­wa­ły się w nim nie­tknię­te bez­cen­ne skar­by sprzed trzech ty­się­cy lat.

Resz­tę ży­cia Ho­ward Car­ter po­świe­cił na ba­da­nie, ilu­stro­wa­nie, kon­ser­wa­cję i ka­ta­lo­go­wa­nie wszyst­kich za­byt­ków z gro­bow­ca. Dzię­ki nie­mu prze­trwa­ły one do na­szych cza­sów i na­stęp­ne po­ko­le­nia mogą po­dzi­wiać ich kunszt oraz pięk­no. Car­ter zmarł 2 mar­ca 1939 roku.

Za­mek Hi­ghc­le­re, od po­ko­leń na­le­żą­cy do ro­dzi­ny lady Car­nar­von, mógł po­szczy­cić się wspa­nia­łą, li­czą­cą ty­sią­ce cen­nych wo­lu­mi­nów bi­blio­te­ką. Re­ga­ły i prze­szklo­ne wi­try­ny były wy­peł­nio­ne rów­niut­ko usta­wio­ny­mi książ­ka­mi.

Lady Gi­ne­vra wło­ży­ła na jed­ną z pół­ek al­bum ze zdję­cia­mi i już mia­ła odejść, gdy na­gle jej uwa­gę przy­ku­ła pew­na książ­ka. Był to dość gru­by tom. Ale cze­go? Na grzbie­cie książ­ki nie było ani na­zwi­ska au­to­ra, ani ty­tu­łu. Może wła­śnie dla­te­go lady nig­dy wcze­śniej nie zwró­ci­ła na nią uwa­gi. Od uro­dze­nia miesz­ka­ła w zam­ku Hi­ghc­le­re, ale ja­koś nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć, aby ją czy­ta­ła.

Na­gle ogar­nę­ła ją wiel­ka cie­ka­wość.

Książ­ka znaj­do­wa­ła się dość wy­so­ko i star­sza pani mu­sia­ła przy­su­nąć so­bie do re­ga­łu roz­kła­da­ną dra­bin­kę. Tro­chę za­krę­ci­ło się jej w gło­wie, gdy sta­nę­ła na wyż­szym stop­niu, ale na szczę­ście uda­ło się jej zdjąć z pół­ki opa­słe to­mi­sko.

Lady usia­dła w fo­te­lu z ta­jem­ni­czą książ­ką w dło­niach.

Zdmuch­nę­ła z okład­ki kurz i z uwa­gą przyj­rza­ła się po­pę­ka­nej skó­rza­nej opra­wie.

Wresz­cie otwo­rzy­ła księ­gę.

– Co to?! – lady w naj­wyż­szym zdu­mie­niu wpa­try­wa­ła się w stro­nę ty­tu­ło­wą. Do­praw­dy, cze­goś ta­kie­go jesz­cze nie wi­dzia­ła!

Za­nie­po­ko­jo­ny Tot­me­sik wsko­czył na opar­cie fo­te­la i za­in­try­go­wa­ny pa­trzył na lady Gi­ne­vrę.

– Mój Boże! – wy­krzyk­nę­ła.

Cie­ka­wost­ki ze świa­ta.

Za­mek Hi­ghc­le­re…

Sie­dzi­ba lor­da Car­nar­vo­na okry­ta jest mgłą ta­jem­ni­cy i zwią­za­na jest z nie­zwy­kły­mi zda­rze­nia­mi. Wie­le lat po śmier­ci lor­da, ma­jor­do­mus Ro­bert Tay­lor do­ko­nał w zam­ku za­ska­ku­ją­ce­go od­kry­cia. W taj­nej skryt­ce od­na­lazł ko­lek­cję egip­skich za­byt­ków. Były to wazy, pie­czę­cie, na­szyj­ni­ki, pa­pi­ru­sy, fi­gur­ki uszeb­ti i wie­le in­nych bez­cen­nych przed­mio­tów. Ostat­ni za­by­tek z tej ko­lek­cji zna­le­zio­no w 1989 roku w spe­cjal­nej ko­mód­ce na pi­sto­le­ty. Ale czy na pew­no był to ostat­ni skarb?

We wnę­trzu książ­ki znaj­do­wa­ła się wiel­ka dziu­ra! Była sta­ran­nie wy­cię­ta we wszyst­kich stro­nach, przez całą gru­bość tomu! A w środ­ku, jak w szka­tuł­ce, spo­czy­wał odła­mek wa­pien­nej ska­ły. Lady wy­ję­ła go, a wów­czas pod spodem zo­ba­czy­ła zło­żo­ny w kwa­dra­cik ka­wa­łek pa­pie­ru.

Trzy­ma­ła te zna­le­zi­ska na ko­la­nach i zu­peł­nie nie wie­dzia­ła, co o tym wszyst­kim są­dzić.

W koń­cu ostroż­nie roz­ło­ży­ła po­żół­kłą kart­kę.

– To nie­moż­li­we! – mruk­nę­ła zszo­ko­wa­na.

Ser­ce za­bi­ło jej moc­niej.

Lady od razu roz­po­zna­ła cha­rak­ter pi­sma lor­da Car­nar­vo­na!

Na kar­te­lusz­ku skre­ślo­no drob­nym macz­kiem tyl­ko dwa zda­nia: Klej­not Ne­fer­ti­ti. Le­gen­da jest praw­dą.

– Co to wszyst­ko ma zna­czyć?! Nic nie ro­zu­miem! – Lady Gi­ne­vra mia­ła co­raz więk­szy za­męt w gło­wie. Do­brze wie­dzia­ła, że za­mek Hi­ghc­le­re krył nie­jed­ną ta­jem­ni­cę, ale nie spo­dzie­wa­ła się, że zu­peł­nie przy­pad­kiem tra­fi na trop jed­nej z nich!

– Cóż to za ka­mień? – lady ob­ró­ci­ła wa­pien­ny odła­mek.

Przyj­rza­ła mu się uważ­nie i już po chwi­li była pew­na! Tak!

To był sta­ro­żyt­ny egip­ski ostra­kon! Po­nie­waż pa­pi­rus był dro­gi, Egip­cja­nie czę­sto uży­wa­li ta­kich odłam­ków ska­ły lub gli­nia­nych ta­bli­czek do róż­nych za­pi­sków i no­ta­tek.

Na ostra­ko­nie wid­niał prze­dziw­ny, sta­ro­żyt­ny ry­su­nek.

– To mi przy­po­mi­na ja­kiś plan – lady Gi­ne­vra ob­ra­ca­ła ostra­kon na wszyst­kie stro­ny i przy­pa­try­wa­ła się ry­sun­ko­wi pod każ­dym moż­li­wym ką­tem. – Coś mi się wy­da­je, Tot­me­si­ku, że to plan gro­bow­ca! – zdu­mia­ła się lady Gi­ne­vra.

Uszeb­ti: fi­gur­ki słu­żą­cych, któ­re umiesz­cza­no w gro­bow­cu, w po­bli­żu sar­ko­fa­gu. Uszeb­ti mia­ły wy­rę­czać zmar­łe­go w pra­cach, do ja­kich w za­świa­tach mo­gli we­zwać go bo­go­wie.

Tak jak jej przo­dek, do­sko­na­le zna­ła się na sztu­ce egip­skiej.

– Zo­bacz Tot­me­si­ku! – po­ka­za­ła kotu swo­je zna­le­zi­sko.

Tot­me­sik ostroż­nie po­wą­chał ostra­kon i mruk­nął.

Lady za­my­śli­ła się głę­bo­ko.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że jest to szkic bądź plan gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na. Lord Car­nar­von i Ho­ward Car­ter szu­ka­li go prze­cież wie­le lat. Na dłu­go przed ich słyn­nym od­kry­ciem na­po­ty­ka­li w róż­nych in­nych miej­scach i gro­bow­cach przed­mio­ty z imie­niem mło­dziut­kie­go fa­ra­ona. To dla­te­go Ho­ward Car­ter, mimo wie­lu nie­po­wo­dzeń, tak upar­cie szu­kał miej­sca po­chów­ku Tu­tan­cha­mo­na. Miał prze­czu­cie, że musi się ono znaj­do­wać w Do­li­nie Kró­lów. Może więc ten ostra­kon to je­den z ta­kich zna­le­zio­nych wcze­śniej przed­mio­tów? – roz­wa­ża­ła lady Gi­ne­vra.

Po głęb­szym za­sta­no­wie­niu do­szła jed­nak do wnio­sku, że to nie­moż­li­we. Grób Tu­tan­cha­mo­na po­sia­dał prze­cież tyl­ko czte­ry po­miesz­cze­nia: przed­sio­nek, ko­mo­rę bocz­ną, skar­biec i ko­mo­rę gro­bo­wą. Jak na kró­la był to nie­wiel­ki gro­bo­wiec. Na do­da­tek wi­docz­ne było, że zo­stał przy­go­to­wa­ny w wiel­kim po­śpie­chu, i że pier­wot­nie prze­zna­czo­ny był dla ko­goś in­ne­go. Na­wet nie ozdo­bio­no od­po­wied­nio ścian, a ma­lo­wi­dła ry­tu­al­ne wy­ko­na­no je­dy­nie w ko­mo­rze, w któ­rej znaj­do­wał się sar­ko­fag. Praw­do­po­dob­nie ta na­gła śmierć Tu­tan­cha­mo­na wszyst­kich za­sko­czy­ła.

twa Fa­ra­ona?

Ry­su­nek wy­ko­na­ny na ostra­ko­nie, któ­ry trzy­ma­ła lady Gi­ne­vra, przed­sta­wiał o wie­le więk­szy gro­bo­wiec.

Kil­ka mie­się­cy po otwar­ciu gro­bow­ca Tu­tan­cha­mo­na w Do­li­nie Kró­lów, świat ze­lek­try­zo­wa­ła emo­cjo­nu­ją­ca wia­do­mość o klą­twie rzu­co­nej przez mu­mię. Mło­dy fa­ra­on rze­ko­mo miał mścić się na tych, któ­rzy ośmie­li­li się za­kłó­cać jego wiecz­ny spo­czy­nek.

Ga­ze­ty do­no­si­ły o ta­jem­ni­czych zgo­nach osób zwią­za­nych z pra­ca­mi ar­che­olo­gicz­ny­mi w gro­bow­cu. Pierw­szy zmarł sam lord Car­nar­von. Po­dob­no, w chwi­li gdy umarł, w ca­łym Ka­irze zga­sły świa­tła, a jego wier­ny pies, któ­ry po­zo­stał w Lon­dy­nie, za­czął prze­raź­li­wie wyć i za­raz po­tem sam padł mar­twy. Przy­czy­ną śmier­ci lor­da było uką­sze­nie owa­da. W ran­kę wda­ło się za­ka­że­nie, któ­re wy­wo­ła­ło in­fek­cję. Roz­wi­nę­ło się za­pa­le­nie płuc i lord Car­nar­von zmarł. Nie­któ­rzy wie­rzą  jed­nak, że klą­twa była praw­dzi­wa…

Skła­dał się on z wie­lu po­miesz­czeń i wie­lu po­zio­mów! Wy­glą­dał wręcz jak plan ja­kiejś świą­ty­ni!

„Czyż­by lord Car­nar­von i Ho­ward Car­ter byli na tro­pie na­stęp­ne­go skar­bu?

Skar­bu kró­lo­wej Ne­fer­ti­ti?” śmia­ła myśl prze­mknę­ła przez gło­wę lady Gi­ne­vry.

Lady do­sko­na­le pa­mię­ta­ła, że Ho­ward Car­ter za­czy­nał swo­ją przy­go­dę z ar­che­olo­gią mię­dzy in­ny­mi w Amar­nie, czy­li w sta­ro­żyt­nym Ache­ta­ton, gdzie miesz­ka­ła Ne­fer­ti­ti. Na te­re­nie ów­cze­sne­go mia­sta szki­co­wał plan dróg. Być może to wła­śnie tam zna­lazł ten ostra­kon? I może w wie­le lat póź­niej pla­no­wał z lor­dem Car­nar­vo­nem od­na­leźć klej­not, o któ­rym mówi zda­nie na kar­tecz­ce? Może nie zdą­ży­li do nie­go do­trzeć, bo lor­da do­się­gła klą­twa Tu­tan­cha­mo­na? – roz­my­śla­ła.

Star­sza pani wzdry­gnę­ła się. Do dziś le­gen­da o klą­twie przej­mo­wa­ła za­bo­bon­nym lę­kiem wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny. Mimo to, lady Gi­ne­vra pod­ję­ła od­waż­ną de­cy­zję:

– Tot­me­si­ku! Roz­wi­kła­my tę za­gad­kę! – ob­wie­ści­ła kotu.

Po lek­cjach po Anię jak zwy­kle mia­ła przyjść pan­na Ofe­lia, ale tym ra­zem sta­ło się in­a­czej. Przed bra­mą szko­ły stał wu­jek Ry­szard! Wła­ści­wie to sie­dział na ko­niu! Miał na so­bie kol­czu­gę i dłu­gie buty z cho­le­wa­mi, a z jego ra­mion spły­wał dłu­gi czer­wo­ny płaszcz z bia­łym or­łem w ko­ro­nie na pra­wym ra­mie­niu. Wi­dok był tak nie­co­dzien­ny, że przed bra­mą zgro­ma­dzi­li się nie­mal wszy­scy ucznio­wie.

– Wu­jek? – Ania prze­cie­ra­ła oczy ze zdu­mie­nia.

– Twój wu­jek jest od­jaz­do­wy! – pi­snę­ła z za­zdro­ścią Ja­go­da, ko­le­żan­ka Ani. – Też bym ta­kie­go chcia­ła!

– Nic z tego, to wer­sja li­mi­to­wa­na – ro­ze­śmiał się Bar­tek, któ­ry wła­śnie po­ja­wił się za ple­ca­mi dziew­czy­nek.

– Pew­nie miał waż­nych go­ści na zam­ku i nie zdą­żył się prze­brać – Ania do­my­śli­ła się skąd nie­co­dzien­ny strój wuj­ka, naj­więk­sze­go ory­gi­na­ła w mia­stecz­ku.

Wu­jek Ry­szard był dy­rek­to­rem Mu­zeum Re­gio­nal­ne­go, któ­re mie­ści­ło się w od­re­stau­ro­wa­nym śre­dnio­wiecz­nym zam­ku. Swo­ją nie­zwy­kłą pa­sją i za­mi­ło­wa­niem do epo­ki śre­dnio­wie­cza za­ra­żał mło­dzież w ca­łym Za­le­siu Kró­lew­skim. Za­ło­żył na­wet Brac­two Ry­cer­skie, do któ­re­go wstą­pił Bar­tek i wie­lu in­nych chłop­ców, a na­wet dziew­cząt. Kie­dyś na­zwa­no go Kasz­te­la­nem i tak już zo­sta­ło.

Ostat­nio wu­jek miał nie­wie­le cza­su dla Ani i Bart­ka po­nie­waż za­ję­ty był or­ga­ni­zo­wa­niem Mię­dzy­na­ro­do­we­go Tur­nie­ju Ry­cer­skie­go. Dla­te­go ro­dzeń­stwo tak bar­dzo zdzi­wi­ło się, wi­dząc Kasz­te­la­na przed szko­łą.

A Kasz­te­lan tego dnia wy­glą­dał na­praw­dę im­po­nu­ją­co. Do­stoj­nie sie­dział na si­wym ko­niu o imie­niu Lan­dor i z pod­nie­sio­ną przy­łbi­cą wy­pa­try­wał Ani i Bart­ka.

– Cie­ka­we, dla­cze­go przy­je­chał? Prze­cież mia­ła po mnie przyjść pan­na Ofe­lia! – Anię za­nie­po­ko­iła ta za­mia­na. – Mam na­dzie­ję, że nic się jej nie sta­ło. I ro­dzi­com też!

– Nie martw się, na pew­no wszyst­ko jest w po­rząd­ku – Bar­tek oto­czył sio­strę ra­mie­niem. Sam jed­nak po­czuł lek­ki nie­po­kój.

Ro­dzeń­stwo szyb­kim kro­kiem po­de­szło do ry­ce­rza.

– Przy­je­cha­łeś nas od­wie­dzić? – za­py­tał Bar­tek. Kasz­te­lan zsiadł z ko­nia i przy­trzy­mał jego uzdę.

– A co, nie wol­no mi ło­bu­zia­ki? – z uśmie­chem zwi­chrzył wło­sy bra­tan­ko­wi i cmok­nął w po­licz­ki Anię.

– My­śla­łam, że coś się sta­ło ro­dzi­com albo Ofe­lii – dziew­czyn­ka uważ­nie zaj­rza­ła wuj­ko­wi głę­bo­ko w oczy.

– Za­pew­niam, że wa­szym ro­dzi­com nic nie jest – Kasz­te­lan po­wie­dział uspo­ka­ja­ją­cym to­nem. – A pan­na Ofe­lia rów­nież ma się do­brze – do­dał i od­chrząk­nął nie­co za­kło­po­ta­ny.

– No do­brze już, ma­cie tro­chę ra­cji. Nie je­stem tu tyl­ko po to, żeby na was po­pa­trzeć… – rzekł za­gad­ko­wo.

Ania z Bart­kiem wy­mie­ni­li spoj­rze­nia.

Wu­jek ro­zej­rzał się ukrad­kiem kil­ka razy, jak­by spraw­dzał, czy nikt go nie śle­dzi, a po­tem na­chy­lił się do uszu dzie­ci i po­wie­dział szep­tem:

– Mam wam coś waż­ne­go do po­wie­dze­nia.

– Co ta­kie­go? – ro­dzeń­stwo za­py­ta­ło rów­no­cze­śnie.

– Rano dzwo­nił do mnie z Pa­ry­ża wasz oj­ciec…

– A dla­cze­go tata do nas nie za­dzwo­nił?! – Ania za­py­ta­ła z wy­rzu­tem.

– Na pew­no za­dzwo­ni – uspo­ko­ił wu­jek. – Po pro­stu by­li­ście jesz­cze w szko­le, a to bar­dzo pil­na spra­wa.

– Ojej, a co może być aż tak pil­ne­go? – Bar­tek za­sta­na­wiał się gło­śno.

– Pew­nie ro­dzi­ce mu­szą dłu­żej zo­stać i nie przy­ja­dą w so­bo­tę! – Ania zmar­twi­ła się.

– Zga­dłaś! – od­parł Kasz­te­lan, a Ania mo­men­tal­nie po­smut­nia­ła. Wu­jek po­ło­żył rękę na jej ra­mie­niui do­dał przy­ci­szo­nym gło­sem: – Mama i tata otrzy­ma­li nie­zwy­kłą wia­do­mość z Ka­iru i mu­szą na­tych­miast tam le­cieć. Pro­sto z Pa­ry­ża!

– O nie! – jęk­nę­ła Ania i łzy za­krę­ci­ły się jej w oczach. Mia­ła na­dzie­ję, że w ten week­end będą już wszy­scy ra­zem.

– Ale… – wu­jek za­czął mó­wić z we­so­łą miną – mam dla was coś na po­cie­sze­nie.

Ro­dzeń­stwo zno­wu spoj­rza­ło na sie­bie.

– Co ta­kie­go? – brat i sio­stra za­py­ta­li nie­mal rów­no­cze­śnie.

– Wy też le­ci­cie do Egip­tu! Spo­tka­cie się z ro­dzi­ca­mi w Ka­irze!

– Hur­ra! – Ania wy­krzyk­nę­ła gło­śno.

– Psst! – Kasz­te­lan gwał­tow­nym ge­stem po­ło­żył pa­lec na ustach i zno­wu ro­zej­rzał się z nie­po­ko­jem. – Chodź­my da­lej, tu wszy­scy na nas pa­trzą – rzekł, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc wle­pio­ne w nich oczy in­nych uczniów. Po­cią­gnął Lan­do­ra za uzdę i ru­szył w stro­nę za­cisz­nej ulicz­ki.

Ania umil­kła i ze zdzi­wie­niem po­pa­trzy­ła na wuj­ka. A po­tem po­słusz­nie po­szła za nim.

– Coś jed­nak jest nie tak? – Bar­tek po­cią­gnął Kasz­te­la­na za połę płasz­cza. Za nic nie mógł roz­gryźć jego dzi­siej­sze­go, tro­chę dzi­wacz­ne­go, za­cho­wa­nia.

– Nie, nie – za­prze­czył ener­gicz­nie wu­jek.

– Nie mar­tw­cie się, cho­dzi po pro­stu o ja­kieś od­kry­cie w Egip­cie. Wasi ro­dzi­ce zo­sta­li na­gle we­zwa­ni do jego zba­da­nia.

Tyl­ko że… – na chwi­lę za­wie­sił głos, a po­tem do­dał kon­spi­ra­cyj­nym szep­tem: – Wszyst­ko jest ści­śle taj­ne!

Ania po­czu­ła dresz­czyk emo­cji na ple­cach. Mia­ła wra­że­nie, że w jed­nej chwi­li w ca­łym Za­le­siu Kró­lew­skim za­pach­nia­ło wiel­ką przy­go­dą.

– Je­dziesz z nami, wuj­ku? – dla Ani było to oczy­wi­ste, sko­ro nie będą mo­gli po­dró­żo­wać z ro­dzi­ca­mi. W ta­kich przy­pad­kach Kasz­te­lan za­wsze to­wa­rzy­szył dzie­ciom. Zresz­tą wu­jek czę­sto po­dró­żo­wał z całą ro­dzi­ną i brał udział w róż­nych wy­pra­wach ar­che­olo­gicz­nych bra­ta i bra­to­wej, któ­rzy byli ar­che­olo­ga­mi. Przy­wo­ził z nich mnó­stwo cie­ka­wych eks­po­na­tów do swo­je­go mu­zeum w zam­ku.

– Nie tym ra­zem, skar­beń­ki. Po­je­dzie z wami pan­na Ofe­lia – uśmiech­nął się pod no­sem Kasz­te­lan. – Ja nie mogę. Trwa­ją przy­go­to­wa­nia do tur­nie­ju, przy­bę­dą go­ście z ca­łej Eu­ro­py, mu­szę wszyst­ko zor­ga­ni­zo­wać. Wy­bacz­cie, ale nie mogę wam to­wa­rzy­szyć – roz­ło­żył bez­rad­nie ręce.

Ani ze­bra­ło się na płacz.

Bar­tek ro­ze­śmiał się, wi­dząc nie­szczę­śli­wą minę sio­stry.

– Spo­ko, nie bę­dzie tak źle! – po­kle­pał sio­strę po ple­cach.

– Aku­rat! – burk­nę­ła na­bur­mu­szo­na.

Gdy tyl­ko do­wie­dzia­ła się, że wy­jeż­dża­ją do Egip­tu, mia­ła na­dzie­ję, że będą to małe wa­ka­cje w trak­cie roku szkol­ne­go. Ale na wieść, że bę­dzie im to­wa­rzy­szyć pan­na Ofe­lia, Ania cał­kiem się za­sę­pi­ła. Wie­dzia­ła, że opie­kun­ka i ko­re­pe­ty­tor­ka w jed­nym nie od­pu­ści ani jej, ani Bart­ko­wi na­wet na pół se­kun­dy. Bę­dzie cią­gle spraw­dzać czy mają czy­ste uszy i prze­ro­bi z nimi cały za­le­gły ma­te­riał ze szko­ły, albo i jesz­cze wię­cej! Dziew­czyn­ka wy­obra­ża­ła już so­bie lot sa­mo­lo­tem i Ofe­lię, któ­ra wy­py­tu­je ją o ro­dza­je chmur! „W trak­cie kil­ku­go­dzin­ne­go lotu zro­bi chy­ba ze mnie spe­cja­list­kę od chmu­ro-lo­gii” – dziew­czyn­ka my­śla­ła z prze­ką­sem.

– Gdzie jest te­raz Ofe­lia, sko­ro nie mo­gła po nas przyjść? – za­in­te­re­so­wał się Bar­tek.

– Pa­ku­je się – od­parł Kasz­te­lan. – A wła­ści­wie to jest na za­ku­pach. Kie­dy wasi ro­dzi­ce po­wia­do­mi­li ją, że musi le­cieć z wami do Egip­tu, Ofe­lia od razu po­bie­gła na za­ku­py, bo stwier­dzi­ła, że nie ma w czym je­chać! Ach, te ko­bie­ty! – Kasz­te­lan po­krę­cił gło­wą. – Mó­wi­łem jej, że za­wsze wy­glą­da ład­nie, ale ona w ogó­le nie chcia­ła mnie słu­chać – wes­tchnął roz­ma­rzo­ny.

Bar­tek uśmiech­nął się pod no­sem. Już daw­no za­uwa­ży­li z Anią, że pan­na Ofe­lia bar­dzo się po­do­ba wuj­ko­wi, któ­ry cią­gle był jesz­cze ka­wa­le­rem.

– No, ale wy rów­nież po­win­ni­ście za­cząć się pa­ko­wać! – wu­jek zmie­nił te­mat.

Za­trzy­ma­li się wła­śnie przed furt­ką z ku­te­go że­la­za ozdo­bio­ną fi­ne­zyj­ny­mi esa­mi flo­re­sa­mi. Pro­wa­dzi­ła ona do sta­rej, pięk­nej wil­li, w któ­rej miesz­ka­li Ania i Bar­tek. Wil­lę ota­cza­ły drze­wa i tro­chę za­ro­śnię­ty, lecz nie­zwy­kle przez to ta­jem­ni­czy ogród. Ania ko­cha­ła to miej­sce, a dom na­zwa­ła Bursz­ty­no­wą Wil­lą.

– Mu­szę te­raz za­pro­wa­dzić Lan­do­ra do staj­ni – po­wie­dział Kasz­te­lan. – Po­tem przyj­dę po­móc wam przy pa­ko­wa­niu – pu­ścił do dzie­ci oko. – Och, tro­chę za­zdrosz­czę wam tego wy­jaz­du – wes­tchnął. – Zo­ba­czy­cie pi­ra­mi­dy i wszyst­kie te cu­dow­ne za­byt­ki! – po­krę­cił z uzna­niem gło­wą. – Oj! Był­bym za­po­mniał! – wu­jek klep­nął się w przy­łbi­cę. – W Ka­irze spo­tka­cie się z wa­szy­mi przy­ja­ciół­mi z An­glii!

– Z Mary Jane? Z Ji­mem i Mar­ti­nem? – Ania wy­mie­ni­ła wszyst­kich jed­nym tchem, żeby się upew­nić.

Z an­giel­ski­mi przy­ja­ciół­mi ostat­ni raz wi­dzia­ła się pra­wie rok temu! To ka­wał cza­su i bar­dzo się już za nimi stę­sk­ni­ła.

– Ge­nial­nie! – za­wo­łał Bar­tek.

– Wie­dzia­łem, że się ucie­szy­cie! – wu­jek Ry­szard uśmiech­nął się na wi­dok ich re­ak­cji. – Me­lin­dę i sir Ed­mun­da – Kasz­te­lan miał na my­śli ro­dzi­ców Mary Jane, Jima i Mar­ti­na – rów­nież we­zwa­no do Egip­tu. Za­no­si się więc na to, że spę­dzi­cie z Gard­ne­ra­mi kil­ka fan­ta­stycz­nych dni! Jak was znam, to prze­ży­je­cie mnó­stwo przy­gód! – mru­gnął zna­czą­co okiem.

– Mam na­dzie­ję! – Ania była tak pod­eks­cy­to­wa­na, że na jej po­licz­kach po­ja­wi­ły się czer­wo­ne ru­mień­ce.

– Tyl­ko pa­mię­taj­cie, żeby przy­wieźć ja­kąś pa­miąt­kę do na­sze­go Mu­zeum Re­gio­nal­ne­go! – przy­ka­zał Kasz­te­lan.

– Nie ma spra­wy wuj­ku, na pew­no coś przy­wie­zie­my z kra­ju fa­ra­onów! – obie­cał so­len­nie Bar­tek, a po­tem otwo­rzył furt­kę i ro­dzeń­stwo po­gna­ło w pod­sko­kach do domu.

Ania za­trzy­ma­ła się jesz­cze na gan­ku i po­ma­cha­ła stry­jo­wi na po­że­gna­nie. Sta­ła przez chwi­lę i pa­trzy­ła, jak Kasz­te­lan wsia­da na ko­nia i pręd­ko od­jeż­dża w stro­nę wzgó­rza, na któ­rym wzno­sił się ma­je­sta­tycz­ny za­mek. Czer­wo­ny płaszcz wuj­ka po­wie­wał za nim na wie­trze.

– Mu­szę ko­niecz­nie za­brać Kro­ni­kę Ar­cheo! – przy­po­mnia­ła so­bie Ania, po czym we­szła do domu i wbie­gła po scho­dach do swo­je­go po­ko­ju na pod­da­szu.

Zdy­sza­na sta­nę­ła przed ko­mo­dą, w któ­rej na dnie szu­fla­dy spo­czy­wa­ła cięż­ka księ­ga.