Wydawca: Videograf Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 445 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica niemieckiej papierośnicy - Arkadiusz Jankowski

Ostatnie, dramatyczne dni II wojny światowej. Posądzony o tchórzostwo lejtnant Wehrmachtu staje przed plutonem egzekucyjnym. W geście rozpaczy prosi innego oficera o przekazanie swojemu synowi srebrnej papierośnicy. Ten, niewzruszony prośbą skazańca, wdeptuje ją w błoto.
Sześćdziesiąt lat później na obrzeżach Wrocławia dwaj przyjaciele, architekt Aleksander Berens i dziennikarz Karol Menc, odnajdują na działce budowlanej Aleksandra poczerniałą starą papierośnicę. Początkowo nie przywiązują wagi do swego znaleziska, jednak gdy rusza budowa domu, robotnicy odnajdują na działce niewybuch z czasów wojny oraz czyjś szkielet. Przyjaciele podejmują prywatne śledztwo, w którym ważną rolę odegra odnaleziona wcześniej papierośnica, stając się „drogowskazem” do wojennego schowka niemieckiego oficera. W poszukiwaniach kibicuje im ojciec Aleksandra, Jan Berens – emerytowany chirurg, wdowiec i niespełniony aktor, ku niezadowoleniu syna przeżywający w jesieni życia płomienny romans.

Opinie o ebooku Tajemnica niemieckiej papierośnicy - Arkadiusz Jankowski

Fragment ebooka Tajemnica niemieckiej papierośnicy - Arkadiusz Jankowski

Projekt okładki:

Maksym Leki

Redakcja:

Joanna Szewczyk

Ilustracje na okładce:

© iStockphoto

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej:

Grzegorz Bociek

Korekta:

Anna Sakiewicz

Wydanie I, Chorzów2013

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wesji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

Tekst © by Sławomir Jankowski

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów2012

ISBN 978-83-7835-167-2

1.

Ostatnie dni kwietnia 1945 roku, okolice Festung Breslau

To nie tak miało być. To nie tak miało się skończyć. Na jakimś idiotycznym polu pod lasem, przed plutonem egzekucyjnym. Miał dopiero dwadzieścia siedem lat, zbyt mało, aby umierać. Zresztą, czy jest jakiś dobry wiek na to, aby rozstawać się z życiem?

To wszystko miało wyglądać zupełnie inaczej. Miał być dobrobyt i tysiącletnia Rzesza. W glorii zwycięstwa miał powrócić do domu, do żony, do dwuletniego synka…

Lejtnant Wehrmachtu August Waltherot dygotał ze strachu. Nie był tchórzem. Nieraz śmierć ocierała się o niego, jak to na wojnie… Ale teraz, w obliczu nieuchronnie nadchodzącego końca, nie potrafił zapanować nad swoim drżącym ciałem.

Stał na skraju leja po bombie lotniczej, którą — nie wiadomo w jakim celu — zrzucił na tym pustkowiu jakiś sowiecki samolot. Tuż przed nim trzech smarkaczy z Volkssturmu1szykowało karabiny, by oddać do niego salwę. Dowodził nimi podoficer w stopniu unteroffiziera2z regularnych oddziałów, który teraz, jakby zażenowany tym, co musi robić, za wszelką cenę unikał wzroku skazańca.

Nieopodal stał rozbity sowiecki czołg. W jego wnętrzu powoli dogorywał pożar, który nastąpił po eksplozji pocisku pepanc. Trup kierowcy, który zdołał jeszcze opuścić płonący pojazd, leżał na wznak zrozrzuconymi na bok rękami zaledwie dwa metry od prawej gąsienicy. To właśnie on, lejtnant Waltherot, kilka godzin wcześniej w nocnej potyczce skosił go serią ze swego empi3. Kolejny Iwan, którego posłał w zaświaty. Kolejny i już ostatni. Za chwilę w wyniku jakiegoś koszmarnego absurdu dołączy do milionów poległych w tej wojnie. Będzie taki sam jak jego ostatni Rusek — będzie martwy.

„Niewykonanie rozkazu. Tchórzostwo w obliczu wroga”. Tak brzmiały zarzuty sformułowane przez dowodzącego ich ugrupowaniem generała majora, którego nazwiska nawet nie pamiętał. Jak miał zapamiętać, kiedy dowódcy zmieniali się co trzy dni? Albo ich odwoływano, albo degradowano, albo rozstrzeliwano. Konający Berlin, jakby stale było mu mało, wciąż domagał się kolejnych ofiar.

„Niewykonanie rozkazu”.Ten rozkaz sam w sobie był niewykonalny. Powstrzymać natarcie czołgów na prawej flance. Czym? Czym miał powstrzymać? Dwoma pancerfaustami, czterema pistoletami maszynowymi igrupką przerażonych dzieciaków z Volkssturmu?!

Prosto na niego pędziły trzy sowieckie czołgi, a za nimi jeszcze dodatkowo działo samobieżne. Jechali jak na ćwiczeniach. Pewni siebie. Bez osłony piechoty. Najwyraźniej chcieli ich rozjechać na miazgę. Nawet ostrzał nie był zbyt intensywny. Jakby Iwany obawiały się, że zbyt szybko ich pozabijają i nie doczekają deseru. A na deser miały być ich flaki miażdżone gąsienicami.

Gdy pierwsze rosyjskie maszyny znalazły się w zasięgu ognia, nie miał już przy sobie połowy ludzi. Dzieciaki z Volkssturmu, widząc, co się dzieje, zaczęły wiać, gdzie popadnie. Czołgowi strzelcy wybili ich niemal co do nogi. Jak na strzelnicy.

W końcu udało im się unieszkodliwić jeden czołg. Potem Rosjanie urządzili sobie zabawę w chowanego. Jeździli w tę iz powrotem, miażdżąc gąsienicami ich płytkie okopy. Nie strzelali. Woleli po prostu ich rozjechać. Trudno powiedzieć, ile czasu trwał ten koszmar. Później, nie zadając sobie więcej trudu, Sowieci ruszyli dalej. Nawet nie sprawdzili, czy ktoś przeżył. Pognali do przodu, atakując głównesiły.

Ocalało ich trzech. Jakim cudem? Nie wiadomo. Po prostu mieli szczęście, że ich okopy nie zostały odnalezione. Pomogła noc.

„Tchórzostwo w obliczu wroga”.Czy to było tchórzostwo? Cóż mógł więcej zrobić? Nie wydawać rozkazu odwrotu i tkwić na tym polu do świtu, aż znajdą ich nadchodzący piechurzy i wszystkich wystrzelają?

Dowództwo oczekiwało czego innego. Ani kroku w tył! A gdzie tu przód, gdzie tył? Od kilku dni miotali się zatrzaśnięci w kotle. Próbowali raz na wschód, raz na zachód, na północ, południe. Miotali się jak ryba schwytana w sieć. Istnieli tylko dzięki temu, że Rosjanie mieli ważniejsze sprawy na głowie. Mieli do zdobycia Berlin, trzymał się jeszcze Festung Breslau4. Oni byli jedynie nieważnym pionkiem, chwilowo zapomnianym na szachownicy wielkiej wojny.

Powinien dać się zabić. Tylko tyle. Tylko tyle od niego wymagano. Od bohatera nagradzanego odznaczeniami bojowymi za Smoleńsk, za Stalingrad.

Podoficer podszedł do skazańca. Był wyraźnie zakłopotany. W ręku trzymał kawałek dykty ze zwykłym konopnym sznurkiem, na której czyjaś niewprawna ręka namazała czarną farbą słowo: „Tchórz”.

— Muszę to panu założyć — szepnął, przełykając głośno ślinę. — Taki mam rozkaz — dodał, jakby musiał się usprawiedliwić.

Lejtnant milczał. Jeszcze gdzieś w zakamarkach jego umysłu kołatała zbawcza myśl, że to, co teraz widzi, jest jedynie jakimś przerażającym snem, że zaraz się obudzi, że koszmar natychmiast minie.

Podoficer założył mu tabliczkę na szyję i czym prędzej powrócił na swoje miejsce. Waltherot popatrzył na trzech nastoletnich chłopców szykujących się do egzekucji. Byli bardzo przejęci, może nawet wystraszeni. Podejrzewał, że jeszcze nigdy w życiu nikogo nie zabili. Żadnego rosyjskiego ani polskiego żołnierza. O ironio, tym pierwszym miał okazać się ich rodak.

Nadzorującym egzekucję był wysoki trzydziestolatek w stopniu hauptmanna.

Na co dzień przyjaźnił się z Waltherotem. Znał go od lat. Jeszcze z czasów kampanii rosyjskiej. Postawienie lejtnanta przed sądem prywatnie uznawał za akt barbarzyństwa i jawnej niesprawiedliwości, ale cóż mógł zrobić? Na znak protestu stanąć obok niego przed plutonem egzekucyjnym?

— Peter — drżącym głosem poprosił go skazaniec — błagam cię, zrób coś! Przecież wiesz, że nie jestem tchórzem. Przecież wiesz, pod Smoleńskiem… Pamiętasz…? Pod Smoleńskiem?

Oczywiście, że pamiętał. Takich rzeczy przecież się nie zapomina. Tuż przed linią ich okopów dosięgła go kula snajpera. Na szczęście Iwan źle wymierzył ikula strzaskała mu jedynie obojczyk. Potem, gdy próbował się doczołgać do swoich stanowisk, dostał drugi raz. W płuco. I wtedy na pomoc ruszył mu właśnie Waltherot, który wraz z sanitariuszem ze swojej kompanii zaciągnął jego sparaliżowane bólem ciało w bezpieczne miejsce. Dzięki jego odwadze nadal żył. Wciąż miał szansę dotrwać do końca.

Hauptmann też starał się nie patrzeć skazańcowi w oczy. Jak miał mu powiedzieć, że Waltherot stracił tę szansę ubiegłej nocy? Dlaczego stracił? Hauptmann nie wiedział. Nie zadawał sobie już takich pytań. To nie była już wojna. To było szaleństwo. Po prostu rzeź. Czasami zastanawiał się, czy w ostatnich dniach ich jednostka większe straty poniosła w wyniku walk z Sowietami, czy też na skutek działania sądów polowych, które szafowały wyrokami śmierci na lewo i prawo.

— Chcesz zapalić? — spytał nieswoim, jakimś drętwym głosem.

— Peter, błagam cię, zrób coś…

Hauptmann zaczął obmacywać bluzę mundurową Waltherota. Wlewej kieszeni natknął się na twardy prostokątny przedmiot. Wyciągnął srebrną papierośnicę i otworzył ją. Był w niej ostatni papieros. Bez słowa wetknął go w drżące usta lejtnanta. Sięgnął po zapałki i podał mu ogień.

Tamtemu nie w głowie było palenie. Papieros niemal natychmiast wypadł mu z ust. Hauptmann chciał schować papierośnicę z powrotem do kieszeni skazańca, ale ten niespodziewanie zrobił pół kroku dotyłu.

— Nie — zaprotestował, kładąc dłoń na przegubie jego ręki — zatrzymaj ją. — Oddaj… mojemu synowi… Oddaj. To ważne.

Hauptmann pokiwał głową na znak, że się zgadza.

— Obiecaj mi… — nalegał tamten. — Mojemu synowi… Obiecaj…

Hauptmann nie chciał przedłużać tej ceremonii. Odwrócił się i bez słowa odszedł za linię, gdzie ustawiał się skromny pluton egzekucyjny.

— Peter, obiecaj, obiecaj, Peter… — lejtnant bezgłośnie poruszał wargami.

Hauptmann stanął na uboczu. Chcąc nie chcąc, popatrzył na trzymaną wdłoni papierośnicę. Była piękna. Z ornamentem w kształcie dojrzałej kiści winogron. Przez chwilę pomyślał, aby zatrzymać ją dla siebie, ale potem przyszła refleksja, że zagrabione przedmioty po zabitych nie przynoszą mu przecież szczęścia.

Podoficer zaczął wydawać komendy. Jego głos zdawał się być obojętny, choć niepozbawiony pewności siebie. Nazywał się Joachim Porwolik. Był Ślązakiem i wcale nie był pewny siebie. Był na skraju wyczerpania. Zmęczony i zażenowany faktem, że musi rozstrzelać jednego ze swoich dowódców.

Młodzi volkssturmiści wymierzyli karabiny w lejtnanta.

Ten, jakby nagle sobie o czymś przypomniał, sięgnął szybko do kieszeni spodni. Ledwie wyciągnął z nich dłoń, kiedy huknęła salwa. Lejtnant zdołał jedynie zacisnąć mocniej palce na trzymanym w ręku przedmiocie i runął do tyłu odrzucony siłą uderzenia.

Słysząc huk palby karabinowej, hauptmann upuścił na ziemię trzymaną wdłoni papierośnicę, a potem, odchodząc do ciężarówki, wcisnął ją podeszwą w miękkie błoto kałuży, w którejstał.

2.

Sześćdziesiąt parę lat później, okolice Wrocławia

Aleksander Berens był podekscytowany. Trzymał w rękach rozłożony arkusz papieru z graficzną wizualizacją projektu domu i, mrużąc oczy, konfrontował swoje wyobrażenie z realną działką w terenie. Tak, to tu, na tym pustkowiu pod lasem powstanie dom jego marzeń. Dom jego autorstwa.

Fascynujące godziny spędzone po pracy przy „desce kreślarskiej”, a ściślej przed monitorem komputera. Projekt, w którym wreszcie mógł się wyżyć, zrealizować niemal wszystkie wizje. Niemal, bo wiadomo, że koszty, że zdrowy rozsądek…

Samo projektowanie było pasjonującą odskocznią od codzienności, w której stale musiał podporządkowywać własne pomysły wymaganiom klientów.

Dom jednorodzinny typu dworek. Spadzisty dach, ganek z kolumienkami. Gdy tylko słyszał o czymś takim, od razu dostawał gęsiej skórki, ale cóż było robić? Takie było zapotrzebowanie. Taką miał w końcu pracę.

Kreślił więc niezliczone projekty mniejszych i większych domków, ale zawsze starał się dodać coś od siebie. Coś innowacyjnego, co miało odróżniać jego projekt od tysięcy innych, sprawiając, że inwestorzy czuli się usatysfakcjonowani. Zwykle mu się to udawało. Doceniano jego talent na tyle, że dostał dobrą ofertę od bardzo znanego, nie tylko we Wrocławiu, biura architektonicznego.

Po kilku latach harówy dorobił się działki budowlanej na obrzeżach miasta, wiarygodności kredytowej dla banków oraz rozwodu z Mariolą. To ostatnie było niemiłym zaskoczeniem.

Dopiero po roku dowiedział się, że żona ma romans z wykładowcą uniwersyteckim z Köln. No cóż, jako tłumaczka niemieckiego nie miała problemów z porozumieniem.

Jeszcze raz rozwinął rysunek swojego projektu i przyrównał go do tego, co widział w plenerze. Puste pole, w tle ściana lasu. Ot, pustkowie. Zresztą chwilowe, bo tuż obok jak grzyby po deszczu wyrastały już nowe domy.

Aleksander miał świadomość, że gdy inni będą się już wprowadzać, sadzić pierwsze krzewy i drzewa on będzie dopiero na etapie budowy fundamentów. Czas go trochę naglił, bo jeszcze kredyt niezapięty na ostatni guzik, jeszcze wykonawca, jeszcze to, tamto, siamto.

Podniósł głowę i spojrzał na przechadzającego się po polu Karola Menca. Chciał podejść do kumpla, aby podzielić się swoim zachwytem, ale gdy tylko zrobił krok, zorientował się, że darń jest rozmokła i dodatkowo poorana przez dziki. Nie chciał zabłocić butów ani tym bardziej nogawek spodni od garnituru. Co innego Karol, jego dżinsom i butom, wyglądem przypominającym skórzane trampki, nic nie mogło już zaszkodzić. Nawet błoto.

Karol Menc odwrócił się w jego kierunku.

– To ta działka? – zawołał.

W tym ni to pytaniu, ni to stwierdzeniu wyraźnie dało się wyczuć nutę rozczarowania. Sądząc z opowieści przyjaciela, Karol spodziewał się czegoś naprawdę rewelacyjnego. Czego? Tak naprawdę sam nie wiedział. Może leśnej polany okrytej słońcem, z uroczym strumykiem pośrodku? Może malowniczego jaru z gęstwiną zieleni? Tak przynajmniej brzmiało to w ustach Aleksandra. A tu co? Proza życia. Działka jak działka. Puste pole z rowem melioracyjnym na skraju. Kawałeczek planety ogołocony z drzew i krzewów, na który masz papier, że jest tylko i wyłącznie twój. Jeśli chcesz, możesz wbić tablicę, że Ziemianom i innym kosmitom wstęp wzbroniony i zakazuje się lądowania pod groźbą kary administracyjnej. I tak nikt nie posłucha. Zawsze znajdzie się krowa, która uzna, że po twojej stronie trawa jest bardziej soczysta. Zeżre, podepcze, a na koniec zostawi ci pustą butelkę po tanim winie.

W konsekwencji musisz to wszystko ogrodzić płotem, rozciągnąć drut i podłączyć całość pod wysokie napięcie.

Aleksander nie miał zamiaru ulegać sceptycyzmowi Karola.

– Prawda, że fantastyczna? – Udał, że nie zauważył jego rozczarowania.

– Pole jak pole… Co w tym fantastycznego?

– Działka jest piękna. Przyklejona do lasu.

– Totalne zadupie.

– Administracyjnie to jeszcze Wrocław.

Karol włożył ręce do kieszeni. Bez entuzjazmu rozejrzał się dokoła. Popatrzył na pasące się krowy i w końcu wzruszył ramionami.

– Chamówa, jakich mało.

Byli tu zaledwie kilka minut, a Aleksander już pożałował, że zabrał ze sobą Karola. Ten swoim malkontenctwem potrafił zepsuć wszystko. Zawsze tak było, od najmłodszych lat. Karol wiecznie czuł niedosyt. Urodzony sceptyk. Jako nastolatek nie potrafił nawet docenić niepowtarzalnego smaku piwa Piast kupowanego w Sokole na Legnickiej. Każdy z kumpli się zachwycał, ale Menc zwykle upierał się przy tym, że mogłoby byćciut chłodniejsze. Szczególnie śmiesznie argument ten brzmiał, gdy pili je pokątnie na kilkustopniowym mrozie gdzieś między blokami Szczepina.

– Dopiero tam, gdzie ten las, kończy się miasto. Tam jest granica. – Aleksander wskazał głową na pobliskie zarośla.

– Granica? Chyba, kuźwa, z Czechami.

Aleksander skrzywił się. Nie lubił przekleństw. Zawsze o to walczył z Karolem, który w słowach raczej nie przebierał. Ten zauważył jego niezadowolenie.

– Czego się krzywisz? Przecież nie rzucam pospolitymi „kurwami”… Kuźwa to łagodniejsza forma, specjalnie dla ciebie, doceń to.

– Jesteś dziennikarzem, nie powinno brakować ci słów.

– I nie brakuje. Moje słownictwo jest po prostu bogatsze od twojego, ty gogusiu w marynareczce i krawaciku.

– „Gogusiu w marynareczce i krawaciku?” – Aleksander czuł się nieco zaskoczony. Nigdy by nie pomyślał, że ktoś może go właśnie tak nazwać.

Karol podszedł bliżej. Stanął tuż obok przyjaciela i przez ramię popatrzył na wizualizację domu. Aleksander nadal był pełen zachwytu.

– Idealnie wkomponuje się w otoczenie. Na tle tej zieleni. Widzisz to?

Karol beznamiętnym wzrokiem pasącej się krowy popatrzył na rysunek, potem na las, na rysunek i jeszcze raz na las. Puste pole, szarozielone drzewa, zadupie. Wzruszył ramionami.

– Po co ci w ogóle ten dom? Sorry za szczerość, ale odkąd Mariola wyjechała z tym Niemcem, jesteś sam jak palec.

– Na Marioli świat się nie kończy, a ja mam dopiero czterdziechę na karku.

– Trzydzieści osiem, nie postarzaj nas – sprostował Menc, który był jego rówieśnikiem. Jeszcze raz rzucił okiem na projekt. – Ale po co ci taka odjechana chałupa? Nie spełniasz się w pracy?

– W pracy muszę głównie spełniać wizje klientów. Przyziemne sprawy…

– Zamieszkasz sam w takim wielkim domu?

– Może nie sam? Może ojciec będzie miał ochotę?

– O ile go znam, to raczej wątpię. À propos twojego staruszka, nadal bawi się w to statystowanie w teatrze?

– Owszem, mam nawet zaproszenie na jakąś próbę kostiumową. Za trzy dni, w piątek. Możesz iść ze mną. Stary na pewno się ucieszy. Jako początkującemu aktorowi zależy mu na rozgłosie. No a wiesz, jakby nie patrzeć, to jednak jesteś z prasy.

– Nie zajmuję się kulturą, jestem od tropienia przestępstw.

– Napiszesz więc, że to przestępstwo wobec sztuki, gdy w teatrze angażuje się emerytów, którzy nie mają pojęcia o aktorstwie.

– Kultura robi bokami. Emeryci są tańsi niż aktorzy. Popatrz, co się dzieje w telewizji. Seriale pełne naturszczyków.

Aleksander zrolował projekt. Spojrzał na zegarek. Czas wracać. Robota czeka.

– Czekaj! Gdzie się spieszysz? Daj się nacieszyć naturą.

– Mówiłeś, że zadupie.

– No, metropolia to nie jest. Przyznaj sam, nawet drogę masz nieutwardzoną.

– Na wszystko przyjdzie czas.

– Jak już wybudujesz, to będę cię odwiedzał w weekendy.

Karol odszedł kilka kroków. Mocno zaciągnął się miejscowym powietrzem.

– Czujesz?

Aleksander pociągnął nosem. Niczego specjalnego nie wyczuwał w powietrzu.

– Ten niebiański zapach obornika… Prawie jakbyś był w Austrii.

– Czep się swojego ogona – odburknął Aleksander.

Karol popatrzył na poorane pole.

– Ktoś próbował to orać?

– Ależ skąd, to dziki.

– Dziki, tak głęboko?

– Żarcia szukały.

– Przecież tu nie ma żadnych żołędzi ani niczego takiego…

– Nie wiem, czym się żywią dziki. Może dżdżownicami?

– Robalami?

– Nie mam najmniejszego pojęcia. Pewnie jedzą wszystko, aby przeżyć.

Karol jeszcze raz zuznaniem popatrzył na pooranepole.

– Ale mają twarde ryje…

Aleksander spojrzał w dół. Tuż pod nogami dostrzegł leżący na ziemi przedmiot. Schylił się i podniósł go. Marszcząc czoło, oglądał z zaciekawieniem znalezisko. Palcami oczyścił pudełko z grudek ziemi. Na poczerniałej powierzchni ukazał się finezyjny zarys dojrzałej kiści winogron. Mimo upływu lat wytłoczenie nadal zachwycało swoją precyzją.

– Co tam masz?

Aleksander otworzył pudełko, z którego wysypała się ziemia.

– Sam nie wiem… To chyba jakaś stara papierośnica.

*

Aleksander siedział już za kierownicą swojego forda. Nie uruchamiał jeszcze silnika, czekając na Karola. Oglądał poczerniałą papierośnicę, podziwiając jej kunsztowne zdobienia w kształcie dojrzałych kiści winogron. Papierośnica rozpadła mu się w rękach na dwie części. Zamek i zawiasy, które wykonane były ze stali, przeżarła korozja, ale srebrny korpus zachował się w całkiem niezłym stanie.

Obracał ją w palcach, zastanawiając się nad wartością niespodziewanego znaleziska.

Karol wyszedł z pobliskich krzaków. W drodze do samochodu bezceremonialnie zapinał jeszcze rozporek.

Zajmując miejsce w samochodzie, z dezaprobatą popatrzył na poczerniałą papierośnicę w rękach Aleksandra.

– Wywal to. To jakiś syf.

– Wygląda tak dystyngowanie. Może ma jakąś wartość?

– Dystyngowanie? Skąd ty bierzesz takie słowa? Z muzeum?

Aleksander otworzył szybę w samochodzie. Wystawił papierośnicę na zewnątrz, chcąc ją wyrzucić. Zawahał się. Popatrzył na artystyczne zdobienia w kształcie winorośli. Cofnął rękę i jeszcze raz uważnie obejrzał znaleziony przedmiot. Wkońcu, marszcząc czoło w zamyśleniu, położył ją tuż obok drążka zmiany biegów i zamknąłokno.

Karol pogardliwie wzruszył ramionami.

– Recykling? – spytał.

Aleksander potrząsnął głową.

– Coś w niej jest – wyjawił powód, dla którego nie wyrzucił papierośnicy. Przekręcił kluczyk w stacyjce, puścił sprzęgło i wtoczył się na szutrową drogę.

Już po kilku metrach trafił na jakąś koleinę. Samochodem zabujało na nierówności, a papierośnica spadła na podłogę. Próbował ją podnieść, ale kolejny dołek sprawił, że wpadła pod fotel kierowcy. W końcu zrezygnowany machnął ręką i zajął się jazdą.

3.

Jan Berens spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Wyciągając szyję, poprawił krawat przy esesmańskim mundurze imocniej naciągnął na czoło czapkę z trupią główką, maskującą nienaturalną czerń włosów. Zrobił krok do tyłu. Przymrużył oczy rażony blaskiem gołych żarówek rozmieszczonych wokół lustra i jeszcze raz z zadowoleniem popatrzył na swoje odbicie.

W prowizorycznej małej garderobie panował tłok. Urządzono ją w jakimś byłym składziku, o czym świadczył pozostawiony pod ścianą regał ze środkami czystości. Co chwila ktoś przeciskał się do środka, potrącając go bezceremonialnie. Wszyscy chcieli dostać się do luster.

W końcu uznał, że lepiej wyglądać już nie może. Obciągnął esesmański mundur i wyszedł na korytarz. Mijając kilkoro drzwi, ruszył przed siebie.

*

Aleksander Berens siedział na jednym ze składanych krzesełek ustawionych pod ścianą korytarza. Był to szereg burych od kurzu i nadprutych foteli, które dawniej stanowiły widownię teatru. Świadkowie minionych premier, teraz zesłani na zaplecze.

Ziewnął i przetarł oczy. Był nieco znużony czekaniem. Niepotrzebnie przyszedł kwadrans wcześniej.

Gdy zza zakrętu korytarza wyłonił się facet w esesmańskim mundurze, Aleksander nawet nie podniósł głowy, aby rzucić na niego okiem. W najgorszych snach nie przewidywał, że tak może wyglądać jego ojciec. Dopiero gdy ten zatrzymał się tuż przed nim, z niedowierzaniem popatrzył mu prosto w twarz. Zerwał się na równe nogi.

– Statystujesz jako esesman?! – nie potrafił ukryć rozczarowania.

Tego właśnie obawiał się Jan Berens – braku aprobaty ze strony syna.

– Nie, mam grać papieża – odburknął.

– No proszę cię. Mama przewróciłaby się w grobie, gdyby zobaczyła cię w tym mundurze.

– Nie mieszaj do tego mamy.

– Musisz to robić? Nie starcza ci emerytury?

Słowa syna rozdrażniły go. Czy to naprawdę tak trudno zrozumieć, że nie robi tego dla pieniędzy?

– Kombatantom wojennym ZUS lepiej płaci – oznajmił, ale cynizm na niewiele się tu zdał. Syn perorował dalej:

– Jako lekarz możesz robić tysiące innych, pożytecznych rzeczy. Możesz nadal pomagać ludziom.

Ojciec skrzywił się, okazując niecierpliwość. Nie tego oczekiwał. Sądził, że przynajmniej syn zrozumie jego zainteresowanie teatrem i nie będzie wygłaszał tych wszystkich niepotrzebnych uwag, które go już nużyły. Słyszał je wcześniej i od przyjaciół, i od kolegów – emerytowanych lekarzy, którzy woleli bezczynnie siedzieć w domu lub poświęcać się czemuś zgoła innemu.

– Przez czterdzieści lat pomagałem ludziom, jak to nazywasz. Leczyłem ich najlepiej jak potrafiłem. Zamiast spędzać czas z tobą i twoją matką, siedziałem na dyżurach w szpitalu. W świątek, piątek i niedzielę. Nie rozumiesz, że tego nie da się powstrzymać? Oni po prostu umierają!

Aleksander westchnął. Wiedział, że jego słowa nie trafiają ojcu do przekonania. Niemal zawsze tak było, gdy mieli odmienne zdanie na jakiś temat. Ojciec bronił swojego stanowiska ironią, czarnym humorem i tak typowym dla niego sarkazmem.

– Znajdujesz radość w byciu esesmanem?

– Wiesz, jaka była walka o tę rolę? To nie jest jakieś tam statystowanie. To rola mówiona. W trzecim akcie wyprowadzam z mieszkania żydowskie dziecko. Wypowiadam słowa na scenie! Rozumiesz to?

Aleksander nie podzielał entuzjazmu ojca. Pokręcił głową z dezaprobatą.

Jan Berens odchrząknął. Miał już dosyć tej rozmowy – wyprowadziła go nieco z równowagi. A przecież teraz powinien się wyciszyć, skupić na tym, co będzie robił, a nie toczyć jałowe spory z synem.

– Jesteś sam? – zapytał, chcąc wreszcie zmienić temat.

– Nie. Niestety, jest ze mną Karol.

– Dlaczego niestety?

– Bo nie myślałem, że zobaczy mojego ojca jako esesmana.

– No, wiesz? A co, spodziewałeś się, że obsadzą mnie w roli króla Jagiełły pod Grunwaldem?

Aleksander stał bez słowa, patrząc na ojca. Powoli docierało do niego, że jego reakcja była zbyt impulsywna. W końcu ojciec ma już swoje lata i to, jak kieruje swoim życiem, jest tylko i wyłącznie jego sprawą.

– Pójdę do Karola – powiedział ugodowo. – Czeka na widowni.

Ojciec kiwnął głową na znak zgody. Poczuł, że robi mu się gorąco. Nie wiedział, czy to reakcja na rozmowę z synem, czy też daje już o sobie znać debiutancka trema. Zdjął na chwilę czapkę i chusteczką otarł niesforne krople potu spływające po czole i karku.

– Ufarbowałeś włosy?! – niemal wykrzyknął Aleksander.

Jan Berens miał już naprawdę dosyć rozmowy z synem.

– A widziałeś kiedyś sześćdziesięcioletniego esesmana? – warknął, odwrócił się na pięcie i odszedł korytarzem.

*

Aleksander dotarł na widownię, gdy sztuka już się zaczęła. W ciemnościach ledwie odnalazł Karola, który zajął miejsce w jednym z ostatnich rzędów, z dala od innych widzów. Dyskretnym syknięciem dał mu znać, gdzie siedzi.

Na widowni nie było zbyt wielu osób. Ledwie kilkanaście. Sztuka jakiegoś nieznanego młodego dramaturga wciąż była w fazie prób. W pierwszym rzędzie, w blasku małej elektrycznej lampki Aleksander dostrzegł postać reżysera.

Akcja sztuki rozgrywała się w małomiasteczkowej społeczności, gdzieś w Polsce w czasie okupacji hitlerowskiej. Była to historia rodziny polskiego kolejarza ukrywającego przed nazistami dziesięcioletnią żydowską dziewczynkę. Jednak dramatyczne losy głównych bohaterów były przedstawione w sposób tak bezbarwny i rozwlekły, że zarówno Aleksander, jak i Karol, choć starali się z uwagą śledzić to, co działo się na scenie, w drugim akcie nie wytrzymali i w najlepsze zaczęli rozmawiać półgłosem. Sztuka pełna stereotypów i uproszczeń nie budziła w nich emocji.

– Sprzedałeś już forda? – pierwszy przerwał ciszę Karol.

– Wstawiłem do komisu. Czekam na kupca, a właściwie na pieniądze.

– Po co ci pieniądze? Przecież bierzesz kredyt?

– Ale pierwsza transza kredytu zostanie uruchomiona dopiero wtedy, jak będę miał już zaawansowaną budowę, rozumiesz?

– To czym teraz będziesz jeździł, tramwajem?

– A co w tym złego? Tylu ludzi na co dzień korzysta z komunikacji miejskiej.

– Słusznie zauważyłeś – z komunikacji miejskiej, a ty budujesz się na zadupiu. Nie widziałem tam żadnego przystanku.

– Pożyczę od ojca volkswagena.

– Zgodził się?

– Pracuję nad tym. Po to tu jesteśmy. – Aleksander wskazał głową na scenę. – Uważaj, teraz będzie najważniejsze.

*

Jan Berens poczuł uderzenie gorąca. Tak jakby w czasie upału wsiadł do samochodu nagrzanego południowym słońcem. W jednej chwili jego ciało zrobiło się mokre od potu. Esesmański mundur niespodziewanie zmalał o dwa numery, a niewidzialna siła zacisnęła mocno krawat pod szyją. W gardle zabrakło śliny i Berens z przerażeniem stwierdził, że nie jest w stanie wypowiedzieć swojej kwestii na scenie.

Mijały sekundy, a on nie mógł wykonać żadnego ruchu! Sparaliżowany strachem stał, wpatrując się w dziesięcioletnią żydowską dziewczynkę, którą zgodnie ze scenariuszem miał chwycić za włosy, obrócić tyłem do siebie i z gromkim Raus! na ustach bezceremonialnie wykopać za scenę.

Grająca rolę żydowskiego dziecka dziewczynka była równie przerażona jak on w roli esesmana. Tyle że w tym przypadku jej strach był zgodny z oczekiwaniami widzów i reżysera. Natomiast lęk Berensa odgrywającego groźnego hitlerowskiego oprawcę był po prostu totalną katastrofą.

Cisza na scenie „brzmiała” już o akord za długo. Berens poczuł nagle jakiś ogromny ciężar na barkach, który zmusił go do tego, by pochylił się w kierunku dziewczynki.

Przerażone oczy dziecka, przerażone oczy hitlerowca. Twarz w twarz. Nos w nos. Bez słów. Znowu cisza. I dopiero wtedy Berens zorientował się, że dziewczynka podpowiada mu bezgłośnie jego kwestię. Z ruchu jej ust odczytał tak ważne dla niego słowo.

– Raus! – zachrypiał siłą woli. Potem chwycił dziecko za włosy, okręcił i kopiąc wielkim żołnierskim buciskiem, wypchnął za kulisy.

– Widziałeś swego ojca? – szepnął Karol. – Taka dramaturgia w tak małym epizodzie…

*

Karol i Aleksander stali w przestronnym holu, czekając na Jana Berensa. Z nudów oglądali wiszące na ścianie fotosy dokumentujące dokonania artystyczne tutejszego teatru. Aktorzy i personel pojedynczo albo parami opuszczali gmach, kierując się na pobliski niewielki parking. Ulice Wrocławia migotały już światłem ulicznych latarń.

Kolejną parą wychodzących byli młody reżyser i niewiele starszy od niego autor sztuki. Szli szybkim krokiem ku wyjściu, nie zwracając uwagi na innych. Toczyli jakiś zażarty spór dotyczący spektaklu.

Aleksander nadstawił uszu, mając nadzieję, że dowie się czegoś ciekawego o roli ojca, ale z tego, co się zorientował, sprawa dotyczyła pieniędzy, a raczej ich wiecznego braku.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że spektakl był zagrożony. To między innymi trudności finansowe sprawiły, że znalazło się w nim miejsce dla statystów-amatorów w wieku emerytalnym.

Gdy reżyser i autor opuścili budynek, Aleksander powrócił do oglądania zdjęć. Właśnie wtedy Karol szturchnął go w łokieć.

– Idzie twój ojciec.

– Mistrz scen mówionych.

– Nie czepiaj się. Przynajmniej nie miał trudności z zapamiętaniem tekstu.

– Rola „mówiona”… Raus! – Aleksander sparodiował ojca, co wzbudziło wesołość Karola. Obaj zaczęli się śmiać pod nosem.

Nagle spoważnieli. Oto nadchodził Jan Berens. Aktor scen mówionych.

– Noo, moje gratulacje, panie Janie, moje gratulacje – Karol Menc przesadnie głośno zaczął go wychwalać, rozkładając ramiona. – Był pan fenomenalnie wiarygodny. Dobra robota!

Słowa Karola sprawiły, że na twarzy Jana Berensa pojawił się uśmiech od ucha do ucha. Z wdzięczności zbyt długo ściskał rękę Karola, wymachując nią w górę i w dół. Zreflektował się dopiero, gdy tamten, nieco zmieszany, spojrzał na ich splecione dłonie.

– Karol, tylko szczerze – zastrzegł, uwalniając uścisk – dobrze wypadłem?

– Dla mnie rewelacja. Ja bym tak nie potrafił.

Na twarzy Berensa ponownie zagościł uśmiech. Z wdzięczności lekko poklepał Karola po policzku.

– Dawno cię nie widziałem, chłopaku. Dobrze wyglądasz – odwzajemnił dobre słowo.

– Towarzystwo wzajemnej adoracji – skomentował kąśliwie Aleksander.

Jan Berens wskazał kciukiem na syna.

– Nie słuchaj go – zwrócił się do Karola. – Ma trudne dni. Jego ojciec zaciągnął się do niemieckiego wojska. Trudno mu się z tym pogodzić. W domu karmiono go patriotyzmem.

– Bardzo śmieszne – prychnął Aleksander.

– Nigdy nie byłeś dyplomatą – skarcił syna.

– Dyplomatą? A co ma do tego dyplomacja?

– W końcu to ty chcesz pożyczyć ode mnie samochód, a nie na odwrót.

– Ach, o to chodzi – zreflektował się Aleksander. – Widziałeś mojego ojca w roli esesmana? – zapytał Karola i nie czekając na odpowiedź, ciągnął: – Nie uważasz, że to pierwszy krok na drodze do Oscara?

– No widzisz? Szybko się uczysz. – Jan Berens z pobłażliwym uśmiechem na ustach podał synowi kluczyki do samochodu. – Najpierw proszę mnie odwieźć do domu.

4.

Kolejny słoneczny dzień budził nadzieję na ciepłą i zieloną wiosnę. Pogodne dni sprawiły, że Aleksander szybko otrząsnął się z zimowego letargu i pełen werwy zaczął wcielać w życie swoje plany.

Wprawdzie bank nie uruchomił jeszcze jego kredytu, ale uzyskane ze sprzedaży samochodu pieniądze pozwoliły na wprowadzenie na plac budowy ekipy, która miała wykonać fundamenty pod przyszły dom.

Wreszcie przystąpił do realizacji projektu, którym żył od przeszło dwóch lat, a w zasadzie marzył o nim od dawna, niemal od pierwszych dni studiów na Politechnice Wrocławskiej.

Pełen optymizmu poszedł jak co dzień do pracy. Tego dnia miał nanieść w projekcie przedszkola drobne poprawki, których zażyczyły sobie władze miejskie odległego Sokołowa Podlaskiego, gdzie projekt miał być realizowany.

Aleksander Berens należał do nielicznej grupy szczęśliwców, lubiących swoją pracę. Zawód był jego pasją, którą mógł realizować w jednej z najbardziej prestiżowych pracowni architektonicznych Wrocławia. Nic lepszego w tej dziedzinie życia nie mogło mu się przytrafić.

Pod koniec dnia pracy na biurku koleżanki obok po raz enty rozdzwonił się telefon. Podniosła słuchawkę i przez chwilę słuchała uważnie.

– Do ciebie – powiedziała, podając słuchawkę Aleksandrowi. – Kierownik budowy twojego domu.

– Aleksander Berens, dzień dobry – zachrypiał do słuchawki.

– Witam serdecznie, kłania się Karpiński.

– No co tam? Wszystko w porządku?

– Panie inżynierze, ledwie zaczęliśmy, a już mamy przykrą niespodziankę, a nawet dwie…

– Niespodziankę?

– Niewypał. Z czasów wojny. Jakiś pocisk artyleryjski albo bomba lotnicza… Cholera wie, nie znam się na tym.

– Niewypał?

– W zasadzie powinno się mówić niewybuch. Spore cholerstwo. Operator koparki wygrzebał łyżką. Stoimy i czekamy. Zawiadomiłem saperów. Przezornie nie podchodzimy bliżej.

– No i słusznie.

– Ale jest też i druga przeszkoda.

– To znaczy?

– Trup.

– Trup?!

– Ściślej kościotrup.

– Boże jedyny, jaki znowu kościotrup?

– W wykopie, niedaleko tej bomby. Chyba też z czasów wojny. Niewiele z niego zostało, chyba jakiś żołnierz. Najpierw koparka wygrzebała resztki wojskowych butów z cholewami, potem okazało się, że w dole leży szkielet. Różnie tu ludzie spekulują. Jedni mówią, że Ruski, inni, że Niemiec.

– Cholera jasna, jeszcze tego mi brakowało.

– Chcieliśmy robić dalej, zostawiając ten szkielet chwilowo w spokoju, ale wtedy trafiliśmy na ten niewybuch. Rozumie pan, że musiałem wstrzymać prace i zawiadomić policję i wojsko. Stoimy i czekamy. Przyjedzie pan?

Aleksander popatrzył na zegarek.

– Najszybciej jak będę mógł.

*

Poprawki w projekcie sokołowskiego przedszkola nie mogły czekać. Okazało się, że są na przysłowiowe wczoraj. Zanim Aleksander przebił się przez miejskie korki, saperzy zdążyli już zrobić swoje. Minął się z nimi na asfaltowej dojazdówce.

Wojskowy samochód terenowy z napisem „Patrol saperski”, pilotowany przez inny pojazd, błyskał ostrzegawczo kogutem. Lepiej było nie trzymać się zbyt blisko takiej kolumny.

Zaraz potem Aleksander skręcił w szutrową drogę biegnącą wzdłuż pola, które obecnie zmieniło się w rozległy plac budowy domków jednorodzinnych. Pomyślał, że dobrze się stało, że wizytę saperów ma już poza sobą. Jednak mina nieco mu zrzedła, gdy dojechał do swojej parceli.

Na drodze stały jeszcze dwa samochody policyjne, a cały teren prowizorycznie ogrodzony był biało­‍-czerwoną plastikową taśmą z napisem „Policja”. Wokół działki, biorąc pod uwagę, że znajdowała się na kompletnym pustkowiu, kręciło się nadspodziewanie dużo gapiów. Siedem, osiem osób.

Gdy parkował niewielkiego volkswagena ojca na poboczu drogi, zauważył go Karpiński, kierownik budowy, który kiwnął głową na przywitanie i ruszył w jego kierunku.

Aleksander wysiadł z samochodu. Uścisnęli sobie dłonie.

– Przepraszam, nie mogłem się wyrwać – usprawiedliwił się, choć przecież nie musiał.

Z Karpińskim znał się od lat. Wcześniej spotykali się przy realizacji kilku projektów i Aleksander zawsze był zadowolony ze współpracy z tym nieco misiowatym pięćdziesięcioparolatkiem. Był pełen uznania dla jego profesjonalizmu i choć często różnili się w poglądach, wzajemnie się szanowali.

Tę zafrasowaną minę Karpińskiego zdążył poznać już wcześniej. Kierownik budowy w charakterystyczny dla siebie sposób podrapał się po brodzie, uśmiechnął kwaśno i zaczął zdawać Aleksandrowi relację.

– Saperzy zrobili już swoje. Sprawdzili niemal całą działkę. Na szczęście teren jest czysty, przynajmniej jeśli chodzi o niewybuchy.

– Rozumiem, że jak zabiorą te szczątki, będziemy mogli kontynuować prace, tak?

– Obawiam się, że nie. Trup jest trup i przez wszystkie procedury przejść musi.

– Sam pan mówił, że to wojenna sprawa… Szybko pójdzie.

– Wygląda na wojenną, ale wie pan, jak to jest z policją. Muszą wszystko sprawdzić. Mieć wszystko czarno na białym.

*

W wykopie pracował technik policyjny. Był doświadczonym funkcjonariuszem i robota, jaka przytrafiła mu się tego dnia w polu, gdzieś na obrzeżach Wrocławia, była dla niego czystą przyjemnością. Spędzenie kilku godzin na świeżym powietrzu w ciepły wiosenny dzień było czystym relaksem. Przecież mógł trafić znacznie gorzej. Do starych, rozkładających się zwłok wydobytych przypadkowo z dna Odry albo do denata z czaszką rozłupaną siekierą w czasie kłótni rodzinnej, jak miało to miejsce w ubiegłym tygodniu. A tu? Czysta przyjemność. Niemal jak robota dla archeologa.

Nie spiesząc się, z pomocą pędzelka wydobywał na światło dzienne coraz większe fragmenty czyjegoś szkieletu wprasowanego przez lata w żółty piasek. Praca była naprawdę intrygująca, a coraz to nowe frapujące znaleziska tak go pochłonęły, że kompletnie nie zwrócił uwagi na dwóch siedemdziesięcioparolatków stojących na skraju wykopu, tuż nad jego głową.

Dwaj miejscowi w wieku wskazującym na to, że pamiętają jeszcze czasy wojny, wymieniali między sobą „fachowe” uwagi.

– Mówię panu, że to nie Ruski – obruszył się grubas we flanelowej kraciastej koszuli i ortalionowym bezrękawniku. – Ruscy nie mieli tych blaszek, po których identyfikuje się zabitych.

Dużo szczuplejszy siwy mężczyzna, którego nos zdobiły wątpliwej urody masywne rogowe okulary, spojrzał na grubasa lekko oburzony.

– Jak to nie mieli? Jak to nie mieli? – zaprotestował śpiewnym wschodnim akcentem. Wyglądało to tak, jakby ktoś podawał w wątpliwość jego osobisty autorytet. – Mieli, tylko może nie wszyscy. Nieśmiertelnikami to nazywali. Pamiętam, choć dzieckiem byłem.

– Ruskie nie mieli metalowych.

– Oj, mieli, mieli. Ze Lwowa jeszcze pamiętam.

– Panie, we Lwowie może i mieli, ale tu…

– A pan co? Wojnę we Wrocławiu przeżyłeś? W Breslau pan mieszkałeś?

– Boże broń – oburzył się grubas. – Moja rodzina spod Tarnopola. A mówię panu, że Ruskie mieli takie materiałowe, z brezentu. Przynajmniej większość z nich.

– Materiałowe, z brezentu?

– No tak, panie, gdzie by to tyle lat wytrzymało w ziemi?

Siwy w okularach nie dawał za wygraną. Ze znawstwem przyjrzał się szczątkom.

– On mi wygląda na Ruskiego – orzekł po chwili.

Grubas z niedowierzaniem podążył za jego wzrokiem. Uważnie przyjrzał się czaszce. Nie widział w niej nic słowiańskiego. Puste oczodoły, resztki uzębienia. Czaszka jak czaszka.

– Panie – zwrócił się do swojego rozmówcy – a coś pan, antropolog jakiś, czy co?

Obaj jak na komendę pochylili się nad wykopem, co spowodowało osunięcie się niewielkiej ilości piasku.

Niezadowolony technik policyjny uniósł głowę.

– Cholera jasna! Kto wpuścił tutaj tych „ekspertów”?! – zawołał, szukając wsparcia wśród kolegów, którzy mieli zabezpieczać teren. Nie widząc żadnego z nich („Pewnie znowu poszli gdzieś na fajkę” – pomyślał), krzyknął groźnie do obu mężczyzn:

– Proszę natychmiast stąd odejść!

Obaj starsi panowie zrobili obrażone miny i powoli zaczęli odchodzić w stronę drogi. Swoim wiekiem i doświadczeniem mogli na pewno pomóc w śledztwie, ale jak nie, to nie! Łaski bez. Niech się teraz sama policja męczy, jak taka mądra.

*

Praca technika dobiegła końca. Szczątki zostały zapakowane do worka i włożone do samochodu. Wszystkie drobne przedmioty znalezione przy zabitym powędrowały do niewielkiego woreczka foliowego.

Aleksander zaczekał, aż technik policyjny skończy swoją robotę i na dobre wygramoli się z wykopu. W międzyczasie odpowiedział jakiemuś oficerowi na kilka pytań, co sprowadzało się w sumie do jednego stwierdzenia: „Nie mam najmniejszego pojęcia, do kogo należy znaleziony na mojej działce szkielet, i zaręczam, że nie mam z tą sprawą nic wspólnego”.

Oficer nie był zresztą zbyt napastliwy, ewidentnie traktując znalezisko jako sprawę wojenną, liczącą ponad sześćdziesiąt lat. Wprawdzie przestrzegał przed kontynuowaniem prac budowlanych, bo „wie pan, w końcu, było nie było, znaleźliśmy u pana na działce denata”, ale dawał nadzieję na szybkie i pomyślne załatwienie sprawy w ciągu dwóch, trzech dni.

– Niech pan zadzwoni do mnie jutro albo pojutrze. Powinienem już mieć zgodę prokuratora – oznajmił, podając numer telefonu, który Aleksander skrzętnie wbił do pamięci swojej komórki.

Aleksander ze zrozumieniem przyjął wiadomość o nieprzewidzianej przerwie w pracach. Dwu-, najwyżej trzydniowy termin załatwienia sprawy uspokajał go. W końcu, jak przewidział to kierownik budowy Karpiński: trup jest trup i przez wszystkie urzędowe procedury przejść musi.

Niewielka torebeczka foliowa technika policyjnego zawierała wszystkie drobiazgi znalezione w najbliższej okolicy szkieletu. Kilka guzików, dwie niewielkie kostki do gry, jakieś bliżej niezidentyfikowane fragmenty najprawdopodobniej pagonów munduru i kilka monet, przy czym jedna z nich wyglądała na szczerozłotą. Największą tajemnicę stanowiły nieśmiertelniki. Znak identyfikacyjny żołnierza, który po jego śmierci przełamywano na pół. Jedną z połówek najczęściej wsadzano nieboszczykowi do ust, druga służyła jako namacalny dowód przy prowadzeniu ewidencji. Znaleziono dwie połówki. Dwie różne połówki. Jedną w żuchwie czaszki, drugą poza obrębem szkieletu. Ich stan pozostawiał wiele do życzenia, ale technik policyjny sugerował, że na dziewięćdziesiąt procent da się ustalić, do kogo należały, oile oczywiście przetrwały papierowe archiwa danych jednostek.

Gdy już wszyscy odjechali, Aleksander pozostał na rozgrzebanym placu budowy, prowizorycznie ogrodzonym plastikową taśmą. Karpiński odjechał jeszcze zanim policjanci zakończyli pracę, zaraz po tym, jak duża transportowa ciężarówka zabrała koparkę.

– Proszę dać mi znać, kiedy będziemy mogli wrócić. Proszę się nie martwić, jakoś wciśniemy pana poza kolejnością w naszym harmonogramie. Nam też zależy, żeby jak najszybciej skończyć robotę – zapewnił Aleksandra tuż przed odjazdem, głównie mając na myśli możliwość szybkiego wypożyczenia ciężkiego sprzętu.

Aleksander też zaczął się zbierać do odjazdu. Właśnie dochodził do samochodu, gdy na drodze pojawiło się czarne, ekskluzywne volvo.

Aleksander znał ten samochód. Wiedział, że należy do jego przyszłego sąsiada, mecenasa Węcławskiego. Poznał już wcześniej tego eleganckiego, energicznego czterdziestoparolatka.

– A, witam przyszłego sąsiada! – zawołał wesoło Węcławski, wysiadając z samochodu. Jak zwykle był nienagannie ubrany. Ciemny garnitur, jasna koszula z mankietami spiętymi srebrnymi spinkami i ciemny krawat. Wyglądał jakby za chwilę miał iść na kolację z prezydentem do Belwederu. – Widzę, że pan też wyznaje zasadę, że pańskie oko konia tuczy – perorował pewnym siebie, mocnym głosem. – Ja tym moim nawet gwoździe muszę przywozić, bo nie przewidzieli, że im zabraknie. – Z uśmiechem pokazał trzymaną w ręku paczkę.

Podszedł bliżej i uścisnął dłoń Aleksandrowi.

– W pierwszej chwili nie poznałem, jakiś inny samochód. – Wskazał na niewielkiego volkswagena, który przy jego volvo wyglądał jak ubogi krewny.

– To ojca. Prosił, aby go rozruszać, bo rdzewieje na parkingu – odparł Aleksander. Nie miał zamiaru wyjawiać, że musiał sprzedać swojego forda, aby ruszyć z budową. Z doświadczenia wiedział, że wśród pewnej grupy ludzi niezbyt dyplomatycznie jest zwierzać się z problemów finansowych.

– Ledwie zacząłem, a już mam kłopoty – Aleksander poskarżył się, wskazując głową na łopoczącą na wietrze biało-czerwoną taśmę.

– A tak, słyszałem, słyszałem. Moi budowlańcy mi mówili. Jakieś niewypały, jakieś szczątki…

– No właśnie, boję się, że to opóźni prace.

– Eee, chyba nie powinno. W razie czego… – zawiesił głos, sięgnął do kieszeni, wydobył z niej wizytówkę i podał Aleksandrowi – …w razie czego, proszę. Mecenas Węcławski, sprawy trudne i skomplikowane oraz upiorne.

5.

Aleksander Berens na ogół był człowiekiem cierpliwym. Już jako dziecko potrafił spokojnie czekać na spełnienie obietnicy przez dorosłych. I jeśli rodzice obiecali mu, że w następną niedzielę na pewno pójdą z nim do zoo, to on nie chciał, jak inne dzieciaki, teraz, zaraz i natychmiast. Potrafił spokojnie zaczekać do kolejnej niedzieli. Ale tylko tyle. Ani minuty dłużej. Gdy upływał termin, nie było zmiłuj. Stawał na głowie, robił piekło i ostatecznie najczęściej dopinał swego.

Słysząc obietnicę oficera policji o dwu-, góra trzydniowej przerwie w pracach budowlanych, odczekał cierpliwie trzy dni, po czym zadzwonił do komisariatu.

Okazało się, że nie ma jeszcze pozytywnej decyzji prokuratora.

– Może jutro – niezobowiązująco oznajmił policjant.

Ale jutro zamieniło się w pojutrze, pojutrze w popojutrze, aż w końcu Aleksander zaczął codziennie nękać oficera policji, który, zdesperowany, uciekł na urlop. U człowieka, który teoretycznie go zastępował, Aleksander niewiele wskórał. Mimo osobistych wizyt i telefonów wiedział, że tamten nie kiwnie palcem w jego sprawie, dopóki ten pierwszy nie wróci z tygodniowego urlopu.

Oczywiście Aleksander żył w państwie prawa i absolutnie nikt nie zabraniał mu złożenia skargi na postępowanie policji czy też prokuratury, skargi, którą, znając życie, rozpatrzy inny policjant albo prokurator.

Kierownik budowy Karpiński był nieco zawiedziony, ale obiecał, że zrobi wszystko, aby natychmiast wznowić prace, kiedy wreszcie będzie można wejść na teren działki. Chwilowo Aleksandrowi pozostało więc bierne czekanie.

*

Pewnym zaskoczeniem dla Aleksandra stał się przyjazd byłej żony, która w połowie maja zjawiła się niespodziewanie we Wrocławiu. Odkąd Mariola trzy lata temu na dobre wyniosła się do Köln, Aleksander widział ją raptem ze dwa razy na jakichś uroczystościach rodzinnych. Na pogrzebie byłego teścia i na urodzinach jednej z jej leciwych ciotek, która lubiła Aleksandra na tyle, aby go zaprosić, nie bacząc na ich rozwód.

Nie rozmawiali wtedy zbyt wiele ze sobą, ale dalecy też byli od wrogości, która często dzieli byłych małżonków. Innymi słowy, ich stosunki były poprawne. Tym razem Mariola koniecznie chciała się z nim zobaczyć. Sam na sam.

Wybrał jedną z urokliwych restauracyjek nieopodal rynku. Był tu kiedyś ze swoim szefem i ich klientami. Pamiętał, że mu się podobało. Miła obsługa, dobre jedzenie, nowoczesny wystrój i przystępne ceny.

Wcześniej zarezerwował stolik telefonicznie, aby nie zaskoczył go brak miejsc. Okazało się, że nie jest tak źle. Wieczorem było jeszcze kilka wolnych miejsc. Jadanie poza domem, na mieście nadal nie było powszechnym zwyczajem Polaków. Brak tradycji, no i bariera finansowa.

Ubrał się w granatową sportową marynarkę ze sztruksu. Długo się wahał, czy zakładać krawat, ale ostatecznie przeważyło to, że przecież chodził w nim na co dzień do pracy i nie należał do tych mężczyzn, którzy krawaty traktują jak zło konieczne. Wręcz przeciwnie, uważał, że to jedna z nielicznych ozdób, jakie może nosić mężczyzna.

Na spotkanie przyjechał tramwajem. Nie wykluczał, że wypiją jakieś dobre wino albo parę koniaków. W restauracji zjawił się pięć minut przed czasem.

Oczekiwanie na Mariolę przy pustym stoliku nie trwało zbyt długo. Przyszła kilka minut później. Zamówili jedzenie i butelkę czerwonego, wytrawnego wina.

Odzywali się do siebie zdawkowo, wymieniając uprzejmości, jakby byli sobie niemal kompletnie obcy. Mówili o pogodzie, o korkach na autostradach w Niemczech, o dobrej formie byłej teściowej, która po stracie męża musiała radzić sobie sama. Aleksander był ciekaw, czego chce od niego była żona, ale postanowił zaczekać, aż sama wreszcie wyjawi mu cel spotkania.

Mariola wyglądała dobrze. Dużo młodziej niż na rzeczywiste trzydzieści sześć lat. Granatowy, dopasowany kostium podkreślał jej zgrabną sylwetkę i nadawał cech wyemancypowanej bizneswoman.

Jedli powoli, częściej milcząc, niż rozmawiając.

– Kolacja z byłym – Mariola z dozą sarkazmu podsumowała ich spotkanie.

– Raczej mało romantyczne.

– Masz kogoś? – spytała wprost, trochę niespodziewanie. Przerwała jedzenie i z uwagą przypatrywała się Aleksandrowi. Ten nie spieszył się z odpowiedzią. – Tylko pytam… – usprawiedliwiła swoją bezpośredniość.

Co miał jej odpowiedzieć? Że nie ma na to czasu ani ochoty? Że boi się ponownie komuś zaufać? Że nie chce kolejnej porażki w związku? Że czasem tylko seksu brak… Te przypadkowe randki, na które czasem się decydował, nie bardzo mu odpowiadały. Trafiał na kobiety, które albo od razu chciały sobie z nim układać życie, albo były zainteresowane tylko iwyłącznie dobrym seksem. Bał się i jednych, i drugich.

Włożył do ust kawałek mięsa. Potem uśmiechem oraz gestem dłoni uzbrojonej w pusty już widelec usprawiedliwił się, że nie może mówić z pełnymi ustami. Żuł mięso powoli, mając przed oczami wczorajszy wieczór spędzony samotnie przed telewizorem z butelką wina.

– Nie narzekam na samotność. Mam się z kim napić wina – powiedział w końcu.

Mariola uśmiechnęła się, słysząc tę wymijającą odpowiedź. Tak tylko zapytała. Może po to, by zagłuszyć wyrzuty sumienia w przypadku twierdzącej odpowiedzi?

– A ty? – spytał Aleksander. – Jak sobie radzisz?

– Tutaj jako tłumacz niemieckiego nie narzekałam na brak pracy. A tam… – westchnęła. – Tłumacz polskiego to niszowe zajęcie.

– Pytałem o twój nowy związek.

– Nie jest nowy.

– Trzy lata. To krótko.

– Wystarczy, aby się przyzwyczaić.

„Wystarczy, aby się przyzwyczaić? – powtórzyła w myślach własne słowa. – Co ja, wygaduję, do cholery? Do czego przywykłam? Do łez? Do złości? Do rozpaczy? Gdy naćpany Daniel traci kontakt z rzeczywistością?”.

– Czym się zajmuje ten twój… Daniel ma na imię, tak?

– Wykłada na uniwersytecie.

– Splendor czy pieniądze?

– Raczej splendor. Tam, podobnie jak w Polsce, nauczycieli akademickich nie nosi się na rękach. Daniel dużo pracuje w domu, zarabia teraz trochę mniej. Pisze książkę. A wiesz, jak to jest… Co roku wszystko drożeje. Gaz, prąd, paliwo…

– Pisze książkę? O Wandzie, co jednak zechciała Niemca?

Mariola udała, że nie słyszy złośliwości w tych słowach.

– Wybrane elementy socjologii zdrowia i choroby.

– Badania metodologiczne przeprowadza na sobie?

Uszczypliwe pytanie Aleksandra nieco ją zaskoczyło. Czyżby wiedział coś o ich kłopotach? Świat jest globalną wioską. Nietrudno sprawdzić, że Daniel przestał być już wykładowcą słynnego Universität zu Köln. Marioli stanął przed oczyma niedawny obraz jej partnera leżącego pokotem na dywanie w kałuży własnych wymiocin. Na szklanym stoliku pozostała jeszcze jedna, niewciągnięta ścieżka koki. Do dziś nie miała bladego pojęcia, skąd wziął na to pieniądze. Przecież wszystkie mu rekwirowała.

Pogrążona we własnych myślach nie od razu zorientowała się, że Aleksander coś do niej mówi. Spojrzała na niego pytająco.

– Pytałem, czy Daniel jest na dobrej drodze, by wyedukować przyszłego Tomasza z Akwinu?

– Tomasza z Akwinu? – powtórzyła nieco wystraszona. Skąd on wie, że Tomasz z Akwinu kształcił się na Uniwersytecie w Köln? Pewnie sprawdzał w internecie. A skoro grzebał w internecie, to mógł dotrzeć do wiadomości o zwolnieniu Daniela z uczelni. Nie, to nonsens. Po co miałby szukać takich rzeczy? Poza tym nie zna niemieckiego. Nawet po angielsku czyta dosyć kiepsko.

– Tomasz zAkwinu to chyba ich najsłynniejszy absolwent?

– Skąd to wiesz?

– Czytałem gdzieś? A może z telewizji? Nie pamiętam już… – Aleksander popatrzył na byłą żonę. Wyglądała na przestraszoną. Nie wiedział, dlaczego. – Przyjechałaś sama? – chciał podtrzymać rozmowę.

– Nie, Daniel został w hotelu.

– Nie zatrzymałaś się u matki?

– Ciasno tam. Poza tym chcieliśmy być niezależni.

– Matka nie zaakceptowała twojego nowego wyboru?

Mariola znowu udała, że nie słyszy zaczepki.

– Chciałam porozmawiać z tobą o mieszkaniu.

– O mieszkaniu?

– Formalnie jest na mnie.

– Bo tylko ty mogłaś wykupić je od miasta na własność. Mieszkali tam twoi dziadkowie.

– Chciałabym je sprzedać.

– Wykupiliśmy je za moje pieniądze… Ty nie miałaś wtedy ani grosza…

– Ale akt notarialny jest na mnie.

– To nie jest w porządku. Ja nadal tam mieszkam. To ty wyjechałaś w ślad za kochankiem.

– Nie bądź wulgarny.

– Nie jestem. Po prostu nazywam rzeczy po imieniu.

– Ja też. Chcę odzyskać swoje mieszkanie, by je sprzedać. Jak chcesz, możesz je ode mnie odkupić…

– Tupetu ci nie brakuje.

– W cywilizowanym świecie nazywa się to egzekwowaniem prawa.

Aleksander pokręcił głową z niedowierzaniem. Wreszcie dowiedział się, po co było to całe spotkanie. Żądania Marioli wyraźnie go zaskoczyły.

– Tego bym się po tobie nie spodziewał… Ludzie się jednak zmieniają.

Rzuciła mu szybkie, badawcze spojrzenie.

– Mhm – przytaknęła. – Wyłysiałeś nieco.

Pozostała część kolacji przebiegła w chłodnej i niemal milczącej atmosferze.

6.

Cierpliwość Aleksandra została wystawiona na ciężką próbę. Sprawa budowy nie dawała mu spokoju. Była niczym sól w oku. Uwierała i irytowała jednocześnie.