Tajemnica Nefrytanii - Katarzyna Petrykowska - ebook

Tajemnica Nefrytanii ebook

Katarzyna Petrykowska

5,0

Opis

Zwykła dziewczyna bojąca się własnego cienia przeciwko nadnaturalnym i mrocznym siłom – czy coś takiego jest w ogóle możliwe? A może przyjaźń i miłość w świecie pełnym magii i fantastycznych stworzeń? To nie koniec niespodzianek: czeka was jeszcze lot na Memfirdiańskich skrzydłach, opowieść Beczki Rozgadajki, starcie z groźnym Ordoronem i jego podłymi kompanami, a także mnóstwo innych niesamowitych przygód w Nefrytanii, do której nieprzypadkowo trafi główna bohaterka Larysa. Jaką tajemnicę skrywa Nefrytania? Czy Larysa poradzi sobie w tym nieznanym świecie?

Katarzyna Petrykowska urodziła się w Warszawie.Na codzień pracuje z dziećmi,  bo jak sama twierdzi to praca, która ją uskrzydla i daje mnóstwo radości zarówno jej jak i jej podopiecznym. Zainspirowana twórczością pisarzy literatury fantasy: J.R.R. Tolkienem, J.K. Rowling  oraz wieloma innymi, postanowiła spełnić jedno ze swoich marzeń – napisać książkę o magicznym świecie.
Pisanie sprawia, że czuje się  szczęśliwa i choć to bardzo ciężka praca uwielbia ją i ma zamiar zapisać jeszcze nie jedną stronę maszynopisu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 244

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Katarzyna Petrykowska

Tajemnica Nefrytanii

© Copyright by Katarzyna Petrykowska & e-bookowo

Ilustracje: Anastazja Petrykowska

Projekt okładki: Wioletta Szczepańska

ISBN 978-83-7859-536-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub

Jeśli potrafisz o czymś marzyć, to potrafisz także tego dokonać.

– Walt Disney

Podziękowania

Napisanie książki nie jest łatwym zadaniem, ale nieporównywalnie do niczego (no, może z wyjątkiem szarlotki na ciepło z bitą śmietaną) przyjemnym zajęciem. Stworzenie Nefrytanii pochłonęło mi kilkanaście nieprzespanych nocy i kilkadziesiąt dni. Sumując to wszystko, wyszło prawie dwa lata. Nie wiem, czy skończyłabym pisać, gdyby nie kilkanaście osób, którym chciałabym podziękować. Najbardziej dziękuję mojemu mężowi Krzysztofowi za pomysł na moją książkę i cierpliwość, z jaką znosił moje narzekania na brak weny. Dziękuję również mojej teściowej Ninie za wspieranie mnie, gdy mój mąż nie miał już na to siły i za rysunki, które wykonała do mojej powieści. Dziękuję mamie i tacie – Marii i Grzegorzowi Witkowskim za wiarę we mnie, mojemu bratu Jakubowi Witkowskiemu za słuchanie moich pomysłów oraz wykonanie zdjęcia na stronę wydawnicta e-bookowo. Anecie Gastol szczególne podziękowania za pomysł na tytuł, który narodził się w nietypowych okolicznościach (pozostanie to słodką, a raczej lekko pikantną tajemnicą). Jakubowi Winiarskiemu dziękuję za to, że zaszczepił we mnie pasję pisania. To dzięki niemu „wyklawiaturzyłam” (jakby to powiedział jeden z bohaterów mojej książki) pierwsze słowa Tajemnicy Nefrytanii. Dziękuję moim znajomym, którzy wierzyli, że uda mi się zrealizować to marzenie i czekali na moją książkę: Michałowi Sz. za to, że przemówił mi do rozsądku, by nie dawać za wygraną, Gosi Piekarskiej za dopingowanie mnie, oraz Iwonie Grodzkiej-Górnik i Ani Gąsiorowskiej, które pomagały mi w chwilach załamania twórczego. Nie zapominam również o Wioli Szczepańskiej, która stworzyła ilustrację na okładkę – Wiolu, podziwiam Twój talent.

A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wszystkim wspaniałej przygody w Nefrytanii.

Katarzyna Petrykowska

Prolog

Tego dnia niebo otulił kaszmirowy szal porannych obłoków. Gdy wzeszło słońce, w jednym z warszawskich szpitali rozległ się płacz noworodka.

– Spójrz na nasze maleństwo – kobieta pokazała mężczyźnie malutkie zawiniątko i pomimo zmęczenia uśmiechnęła się czule. – Ma twoje oczy, widzisz? – mężczyzna przytulił żonę i pocałował ją. Był tak wzruszony, że nie mógł się odezwać. Jeszcze przez chwilę patrzył na dziecko.

– Mogę? – nieśmiało wyciągnął ręce.

– Tylko ostrożnie – szepnęła kobieta i podała mu niemowlę.

Kiedy wziął maleństwo w ramiona, poczuł w sercu falę ciepła. Przytulił je, a ono zaczęło płakać.

– Nie bój się – pogładził je po maleńkim nosku. – Jestem twoim tatusiem. Ochronię cię – dziecko jakby zrozumiało. Przestało płakać i utulone lekkim kołysaniem zasnęło.

Mężczyzna podszedł do okna i spojrzał na niebo. Zdziwił się. Jeszcze niedawno świeciło słońce, a teraz sypał grad. Bryłki lodu uderzały o parapet, chcąc wystukać na nim melodię. Nagle mężczyzna odszedł od okna przestraszony. To niemożliwe, pomyślał, to nie może być prawda. Nie teraz. Był przerażony. Musiał się jednak opanować. Podszedł spokojnie do żony i oddał jej dziecko.

– Coś się stało? – zapytała troskliwie żona. – Znam cię, wiem, kiedy jesteś zdenerwowany.

– Nic, kochanie – skłamał. Niestety nie znasz mnie tak dobrze, jak ci się wydaje.

Podszedł jeszcze raz ostrożnie do okna. Chciał sprawdzić, czy to, co widział, było prawdziwe. Musiał mieć pewność. Długo stał w bezruchu, wpatrując się w małe błyszczące kulki wybijające staccato na brudnym szpitalnym parapecie. Dopiero teraz zauważył, że nie był to zwykły grad. Przezroczyste bryłki lodu zmieniły swoją barwę na szkarłatną i przypominały krwawe kamyki. Jego serce nienaturalnie przyspieszyło. Teraz był już pewien. Po czole spłynęła strużka potu. Bezradnie oparł się o parapet i schylił głowę. Wiedział, co musi teraz zrobić. Nie miał wyboru, znał swoje obowiązki.

– Klątwa – wyszeptał przestraszony. Księga miała rację. Gniew Bogów dosięgnie nieposłusznych…

Podszedł do łóżeczka z niemowlęciem i pogłaskał delikatnie jego małą główkę. – Mam nadzieję, że nadejdzie czas, kiedy mi wybaczysz. Kocham Cię…

Rozdział I Urodziny

– Wstrętna wiedźma – Larysa syknęła przez zaciśnięte zęby, rzucając pod biurko swój szkolny plecak. – Nie, wiedźma to za mało. Parszywa ropucha! Padalec! Wstrętny gnom! – Usiadła rozżalona na łóżku. – Nic jej nie zrobiłam, a ona mnie ciągle poniża! „Wstyd się z tobą zadawać, bo nosisz ciuchy z lumpeksu i okulary z denkami po musztardówkach” – przypomniała sobie złośliwe słowa koleżanki. – Jeszcze musiałam siedzieć z nią w jednej ławce na dwóch matematykach. Najgorsze dwie godziny w moim życiu. Nie, no! – Cisnęła poduszką w kąt pokoju. – Wszyscy są przeciwko mnie! Nawet nauczyciele – zaczęła przypominać sobie inne docinki kierowane w jej stronę z ust rówieśników. „O, patrzcie, jak kocmołuch zaciska usta, jakby się najadła kleju”, „Kocmołuch, gdzie kupiłaś taką wieśniacką kieckę? W Łaszku i Fatałaszku? Na wagę?”. Wzbierająca w niej złość z sekundy na sekundę potęgowała się. Serce nienaturalnie przyspieszało, a ona czuła się bezradna. Nie umiała przeciwstawić się wyzwiskom, obelgom i uszczypliwym uwagom. Była za słaba. Wiedziała o tym i to ją najbardziej bolało. Nie umiała walczyć. A tak bardzo chciała to zrobić. Pragnęła stanąć na środku korytarza i wrzasnąć, ile sił w płucach: „Dajcie mi spokój”. Nienawiść z dnia na dzień była coraz większa. Dziewczyna jednak była zamknięta w klatce swoich słabości, do której nie miała klucza.

Larysa była pośmiewiskiem całej klasy. Każdy z niej drwił, bo inni tak robili. Nikt nie chciał odstawać od grupy. I nikt nie starał się dostrzec w dziewczynie choć jednej zalety. Gdyby spróbowali, to zauważyliby, że pod okularami kryją się niezwykłe, pełne ciepła czekoladowe oczy. Że związane gumką włosy są lśniące, gęste i pachną leśnymi jagodami. A zaciśnięte z żalu usta mają słodki malinowy kolor. Gdyby ktokolwiek z nich przeciwstawił się pozostałym, zyskałby coś wspaniałego. Dostrzegłby prawdziwe piękno.

Z zamyślenia wyrwał Larysę dzwonek do drzwi. Kto to do licha?, pomyślała. Nie spodziewała się gości i wcale nie miała ochoty z nikim się spotykać. Postanowiła udawać, że nie ma jej w domu. Osoba po drugiej stronie drzwi nie dawała jednak za wygraną, bo tym razem zaczęła pukać. Dziewczyna podniosła się z krzesła i na palcach zaczęła się skradać do drzwi, aby sprawdzić, kto jest taki natrętny. Wyjrzała przez wizjer i uśmiechnęła się. Przed drzwiami stała jej babcia.

– Cześć Kwiatuszku – kobieta przywitała Larysę z entuzjazmem, a potem ucałowała w policzek.

– Babcia? A co ty tu robisz? – zdziwiła się dziewczyna.

– Jak mogłabym zapomnieć o urodzinach mojej kochanej wnuczki? – uściskała Larysę. – Wejdziemy do środka?

– Ojej, pewnie – dziewczyna cofnęła się, by wpuścić babcię do przedpokoju, a potem wzięła od niej płaszcz i powiesiła na wieszaku.

– Mam dla ciebie niespodziankę – uśmiechnęła się kobieta.

– Jaką?

– Ha, nie powiem ci, bo już wtedy nie będzie to niespodzianka.

– Oj, babciu – dziewczyna znów poczuła się jak małe dziecko.

– No dobrze, niech ci będzie.

Starsza kobieta uległa prośbie wnuczki i wyjęła z torby kartonowe pudełko. Następnie delikatnie je rozpakowała. W środku prezentował się pięknie przyozdobiony tort. Na samym jego wierzchu fantazyjnie przeplatały się ze sobą różyczki z bitej śmietany i czekolady, a na samym środku wypieku widniał błękitny haber. Tort był oryginalny, bardzo elegancki i w sam raz nadawał się na szesnaste urodziny.

Mimo swojego wieku babcia Larysy odznaczała się niebywałą urodą. Jej twarz wyrażała wrodzony spokój i opanowanie. Mieszkała na wsi niedaleko Warszawy. Była już, co prawda, na emeryturze, ale po śmierci męża sytuacja materialna zmusiła ją do tego, aby wrócić na pół etatu do pracy w pobliskiej mleczarni. Larysa martwiła się o babcię; wiedziała, że kobieta wstaje codziennie o czwartej nad ranem, jest przemęczona i nie ma już tyle siły, żeby tak ciężko pracować. Babcia była jej najlepszą przyjaciółką, której zawsze mogła się zwierzyć i wyżalić. Czuła się przy niej bezpieczna i uwielbiała z nią rozmawiać.

– Przywiozłam jeszcze trochę słodkości – kobieta zaczęła wyjmować z reklamówki resztę zakupów.

– Jeszcze coś? – ucieszyła się dziewczyna. – Fajnie.

– Połóż to na stole, zrobimy sobie zaraz słodką biesiadę – kobieta podała Larysie owoce i inne smakołyki. Po chwili uczta była gotowa. Oprócz tortu na stole stały waniliowe mufinki z kawałkami czekolady, różowe, soczyste maliny i mandarynki, kruche maślane ciasteczka.

– O której wraca mama? – zapytała babcia, zatrzymując się przy stole z tacą, na której stał dzbanek mrożonej herbaty i trzy szklanki.

– Pół godziny temu skończyła pracę. Pewnie niedługo będzie.

– To dobrze, że wzięłam trzy szklanki. Tylko patrzeć, jak wróci – kobieta odetchnęła i usiadła przy stole. – Dzisiaj taki upał, że na pewno będzie chciało jej się pić.

– Tak… na pewno – powtórzyła cicho Larysa.

– Mmm… Babciu, jesteś wspaniała – powiedziała Larysa, delektując się kolejną mufinką. – Tort, te wszystkie słodycze i owoce. Mam dzisiaj wspaniałe urodziny dzięki tobie.

– Poczekaj, jeszcze nie widziałaś najważniejszego prezentu – zaśmiała się babcia.

– Co? – zdziwiła się dziewczyna, upuszczając z wrażenia kawałek ciastka na podłogę. – Babciu! Jesteś niemożliwa!

Babcia sięgnęła ręką do swojej torebki i wyjęła z niej kolorowy pakunek przyozdobiony czerwoną kokardką. Podała go Larysie.

– Babciu, nie trzeba było, dla mnie i tak największym prezentem jest to, że przyjechałaś.

– Cieszę się, ale teraz dosyć gadania. Zobacz, co jest w środku.

– Wow! – krzyknęła dziewczyna, gdy rozpakowała prezent. W ręku trzymała płytę w baśniowej okładce.

– Podoba ci się?

– Jest super. Zawsze marzyłam o takiej grze – pisnęła zachwycona. – Włączymy ją?

– No jasne, kochanie.

Weszły do pokoju Larysy. Było to niewielkie pomieszczenie, w którym stał tapczan nakryty seledynowym kocem, biurko z komputerem, krzesło oraz mała komódka w odcieniu kości słoniowej. Pokój był malutki, ale czysty i schludny. Wnętrze rozświetlały słoneczne pomarańczowe ściany, na których Larysa własnoręcznie namalowała żółto-zielone kwiaty.

Babcia usiadła wygodnie na łóżku, a Larysa przy biurku. Najpierw dziewczyna włączyła komputer, a potem włożyła do stacji dysków płytę z grą. Po chwili na ekranie pojawił się komunikat z zapytaniem, czy chce zainstalować grę.

– Jasne, że chcę – zaśmiała się. – Mam tylko nadzieję, że moja karta graficzna będzie dobra do tej gry.

– Kupiłam ją na targu. Sprzedawca bardzo ją zachwalał, powiedział, że jest jedyna w swoim rodzaju, ale nic nie mówił o jakiejś karcie graficznej – zdziwiła się babcia. – Larysko, ja się nie znam na komputerach, ale mam przeczucie, że wszystko będzie działać jak należy i koniec kropka – puściła Larysie oczko.

Po chwili gra się uruchomiła. Larysa podskoczyła z radości.

– Babciu, ty zawsze wszystko wiesz najlepiej. Tym razem też się nie myliłaś – wskazała palcem na ekran, na którym pojawiło się okienko do rejestracji nowego gracza – jesteś moją dobrą wróżką.

– Tak, wróżką staruszką – zaśmiała się kobieta.

Larysa wymyśliła hasło, a potem zalogowała się. Kolejnym etapem było stworzenie swojej postaci. Wybrała kobietę maga, którą nazwała Niva. Kobieta mag była śliczna. Dziewczyna dobrała jej ognistorude, długie, kręcone niczym spienione fale włosy i diamentową szatę. Oczy Nivy były koloru turkusowych kamieni, co świetnie komponowało się z całością. Wyglądała jak zrodzony z ognia anioł. Była tak doskonała, że Larysa aż westchnęła z zachwytu.

Kiedy dziewczyna utworzyła swoją postać, wcisnęła ikonę „start”. Gra się rozpoczęła. Na ekranie pojawił się napis: „Witamy w Nefrytanii”, a zaraz za nim obraz wioski pełnej baśniowych chatek, ogrodów, zwierząt i niskich jak krasnoludki mieszkańców. Czekało tutaj na Nivę pierwsze zadanie. Musiała zebrać dziesięć mieniących się w słońcu kwiatków, uważając przy tym na pilnujące ich olbrzymie pająki.

– Ta gra jest wspaniała. Grafika sprawia, że wygląda jak prawdziwy świat. – Policzki dziewczyny zaróżowiły się z emocji.

– Cieszę się, że tak ci się podoba – odpowiedziała babcia, mimowolnie zerkając na zegar wiszący nad biurkiem Larysy. – O matko, to już tak późno? – zdziwiła się. – Niedługo muszę wracać. Jutro idę do pracy.

– Oj, tak szybko? – Larysa posmutniała.

– Niestety kwiatuszku, ale nie martw się, już niedługo wakacje, przyjedziesz do mnie, jak co lato – pocieszyła ją babcia. – Chodźmy jeszcze zjeść po kawałku twojego urodzinowego tortu, zanim wyjdę – zaproponowała.

Usiadły przy stole. Czas od przyjazdu babci minął bardzo szybko. Były tak zajęte prezentem Larysy, że nie zauważyły, że mama dziewczyny już dawno powinna wrócić do domu.

– Babciu, myślisz, że mama znowu zacznie to robić? – odłożyła zaczęty kawałek tortu z powrotem na talerzyk i posmutniała.

– Nie… na pewno nie, kochanie. Niedługo wróci, może musiała dłużej zostać w pracy – kobieta odpowiedziała z nadzieją w głosie. Wiedziała, że jej córka ma problem. Od roku świetnie sobie z nim radziła, ale nerwowa atmosfera w pracy powodowała, że jej postanowienie wisiało na włosku. – Wszystko będzie dobrze, kwiatuszku – tuląc wnuczkę, po policzku spłynęła jej łza. Wytarła ją szybko rękawem, żeby Larysa jej nie zauważyła. – Obiecaj mi, że nie będziesz się dzisiaj smucić ­­– poprosiła wnuczkę, wstając od stołu.

– Postaram się… – Larysa ucałowała babcię na pożegnanie, a potem odprowadziła do drzwi. Znowu została sama. A jej mama jak zwykle zapomniała o jej urodzinach.

Weszła do dużego pokoju i usiadła na kanapie. Nie miała ochoty nawet na grę, która tak bardzo ją ucieszyła. Czuła się samotna i bezradna. Słona łza spłynęła po policzku. Zaraz za nią kolejna. Zaczęła szlochać. Spojrzała na zdjęcie stojące na komodzie. Na fotografii uwieczniona była szczęśliwa rodzina. Mama w pięknej pąsowej sukience, tuląca do piersi małą Larysę i obejmujący je, uśmiechnięty mężczyzna. To po nim Larysa odziedziczyła ciemne włosy i czekoladowe oczy. Po swoim tacie, którego nawet nie pamiętała. Podeszła do komody i z całych sił rzuciła zdjęciem o ścianę. Szklana ramka roztrzaskała się w drobny mak.

– To wszystko przez ciebie. To wszystko się zaczęło, gdy nas zostawiłeś – krzyknęła.

Później słychać już było tylko echo pustego pokoju, powtarzające jej smutny płacz.

Następnego dnia Larysa wstała dużo wcześniej niż zawsze. Źle spała tej nocy, męczył ją koszmar. Śniło jej się, że stała pośrodku ciemnego lasu i nie mogła się poruszyć. Jej ciało było sparaliżowane i nie mogła nic z tym zrobić. Nagle usłyszała z oddali trzask gałęzi. Z mroku wyłoniła się ciemna postać. Zaczęła powoli zbliżać się do dziewczyny. Wreszcie, gdy podeszła na tyle blisko by w ułamku sekundy Larysa mogła dostrzec jej twarz, zamiast tego dziewczyna poczuła zimny podmuch wiatru, w którym ten ktoś się rozpłynął. Zdążyła jedynie usłyszeć w powietrzu– cichnące „pomóż”. Zaraz po tym dziewczyna raptownie się obudziła zlana potem. Wcześniej miewała koszmary, ale żaden z nich nie był tak realistyczny.

Weszła do kuchni przygotować śniadanie. Miała ochotę na jajecznicę ze szczypiorkiem, zawsze poprawiała jej humor. Wbiła więcej jajek na wszelki wypadek, gdyby obudziła się mama. Dziewczyna jakby wyczuła, bo gdy potrawa była gotowa, do kuchni weszła matka. Wyglądała fatalnie. Gdyby żył dziadek Larysy, na pewno powiedziałby, że jej wygląd przypomina Starówkę po bombardowaniu. Miała podkrążone oczy, pod którymi zarysowały się obwoluty od niezmytego tuszu do rzęs. Na twarzy bladej jak ściana widniał wyrysowany pulsujący ból głowy.

– Cześć – przywitała się zachrypniętym głosem.

– Cześć, mamo – odpowiedziała dziewczyna. – Nałożyć ci jajecznicy? – zapytała, odruchowo wyjmując z szafki dwa talerzyki.

– Nie, nic nie przełknę. Boli mnie brzuch – kobieta skłamała. Podeszła do kuchenki i odpaliła od niej papierosa.

Larysa spojrzała na matkę z politowaniem i odłożyła jeden talerz z powrotem do szafki. Usiadła bez słowa przy kuchennym blacie, żeby zjeść śniadanie, ale zamiast tego zaczęła mieszać widelcem w ściętym jajku. Najbardziej w tej chwili chciała zapytać matkę, dlaczego znowu zapomniała o jej urodzinach, ale żal dławiący ją od środka sprawił, że nie potrafiła wydusić z siebie słowa.

– Idziesz do szkoły? – zapytała matka z udawaną troską.

– Tak, zaraz wychodzę… – spojrzała na zegar w kuchni, była dopiero siódma rano, na dodatek weekend. – A ty idziesz do pracy, mamo?

– Nie, mam dzisiaj wolne. Źle się czuję, chyba się zatrułam – zełgała.

– Będziesz w domu, jak wrócę ze szkoły? – wiedziała, że matka skłamie. Jak wróci do domu, to nikogo nie zastanie.

– Nigdzie się dzisiaj nie wybieram.

– To do zobaczenia popołudniu – wyrzuciła nietkniętą jajecznicę do kosza na śmieci i wyszła z kuchni.

Pospiesznie zabrała plecak ze swojego pokoju. Nie miała tego dnia szkoły, ale też nie mogła zostać w domu. Nie chciała. Wolała iść do parku i poczytać książkę.

Wychodząc do przedpokoju, pomiędzy butami zobaczyła pustą butelkę po winie. Znieruchomiała. A więc przeczucie jej nie myliło. Matka znowu zaczęła pić. Larysa z wściekłością podniosła butelkę i wyszła z domu, trzaskając drzwiami.

Rozdział II Gdzieś daleko

– Gnaj, Saragosie, ile masz sił w kopytach – krzyknął jeździec, ponaglając swego wierzchowca. Bardzo się spieszył. Jego ciemna szata trzepotała od podmuchu wiatru, jak rozpędzone w locie orle skrzydła. Na głowie miał kaptur spięty pod szyją złotą agrafką. Nikt nie mógł go teraz rozpoznać. To było zbyt ryzykowne. Jego misja była ważna dla całego królestwa. Był jedynym powiernikiem króla. To na nim ciążył ten obowiązek. Musiał dostarczyć przerażającą wiadomość szamanowi krainy o tym, co się wydarzyło w zamku. W jego głowie powtarzała się wciąż ta sama myśl– Muszę jak najszybciej dostać się do Grimbora…

Zatrzymał się przy chacie zbudowanej z kości w kolorze wapna. Wziął głęboki oddech, aby uspokoić skołatane serce. Potem zapukał do masywnych drzwi i nie czekając na zaproszenie, wszedł do środka.

W pomieszczeniu czuć było zapach pomarańczowych kadzideł i suszonej jodły. Szaman Grimbor siedział w drewnianym fotelu i ćmił fajkę. Nie wyglądał na zaskoczonego, gdy zobaczył przybysza. Wręcz przeciwnie, zdawałoby się, że na niego czekał.

– Witaj, Annahilu.

– Witaj, Grimborze.

– Usiądź – Szaman wskazał posłańcowi dębowe siedzisko. – Co cię sprowadza do mnie o tak wczesnej porze?

– Stało się coś strasznego, Grimborze. Faruld został porwany.

– Skąd takie przypuszczenie? W Nefrytanii nie ma nikogo, kto odważyłby się porwać króla.

– Wszystko na to wskazuje. Jego komnata wyglądała, jakby toczyła się w niej walka.

– To niedorzeczne. Niby kto miałby go porwać? – zaśmiał się Grimbor.

– Sugerujesz, że król rozpłynął się w powietrzu? – zdenerwował się posłaniec.

– Nie, tego nie potrafiłby zrobić.

– To jak wytłumaczyć jego zniknięcie?

– Może udał się na samotną wędrówkę, żeby odpocząć od nas wszystkich?

– Nie kpij, szamanie – twarz Annahila oblał purpurowy rumieniec. – Pomożesz nam go odnaleźć? Czy niepotrzebnie do ciebie przybyłem?

– A jakże mam to uczynić? – zapytał, wypuszczając jednocześnie z ust kolejny kłąb dymu.

– Grimborze, stroisz sobie żarty z tak poważnej sprawy – Annahil z niedowierzaniem pokręcił głową. – Jesteś przecież mędrcem, znasz odpowiedzi na wszystkie pytania. Wszyscy mieszkańcy przychodzą do ciebie po porady i zawsze znajdujesz jakieś rozwiązanie.

Grimbor nic nie odpowiedział. Podszedł do niewielkiego pieca i zdjął z niego imbryk. Wrócił do stołu i nalał ziołowy napar do dwóch filiżanek.

– Dobrze wiesz, że jeżeli ty nam nie pomożesz, to nie damy rady odnaleźć króla – dodał posłaniec.

– Annahilu, czy ty przypadkiem nie przesadzasz? – Grimbor upił łyk naparu. – Zgadza się, pomagam ludziom. Leczę ich, daję dobre rady i sporo wiem, ale nie mam takiej mocy, by zgadnąć, co się stało z królem.

– Przecież masz kontakt z Duchami Pradawnych. Oni na pewno wiedzą, co się stało.

– Rozmawiałem już z nimi na ten temat. Nie wiedzą, co stało się z Faruldem.

– Zaraz, to ty wiedziałeś, zanim do ciebie przyszedłem, co się stało?

– Nie bądź śmieszny, Annahilu – przez jego twarz przebiegł triumfalny uśmiech. – Oczywiście, że wiedziałem. Tylko się z tobą droczyłem. Wiesz, że to uwielbiam – zaśmiał się.

– Wiem, ale w tak poważnej sytuacji myślałem, że zachowasz choć krztynę powagi.

– Zdenerwowanie nic nie zmieni, Annahilu. Czasem chwila żartu z problemów pozwala nam szybciej dostrzec rozwiązanie. Warto o tym pamiętać – dodał Grimbor tym razem poważnym tonem. – Ale przejdźmy do rzeczy. Duchy powiedziały mi, że wyczuwają złe moce otaczające naszą krainę. Nie znają ich źródła, ale podejrzewają, że to coś poważnego. Dla naszej krainy nadchodzą bardzo złe czasy i wszyscy będziemy musieli stawić im czoła.

– I mówisz to dopiero teraz?– Annahil uderzył pięścią w stół ze złości– Wiesz, że jeśli Faruld się nie odnajdzie to tron obejmie Ordoron, ale to nie przeszkadza ci w najlepsze stroić sobie kpiny.

– Uspokój się, Annahilu – Grimbor podniósł głos. Po chwili dodał nieco łagodniej: – No dobrze, może i masz racje. Przesadziłem trochę, ale nie można wszystkim się zamartwiać, bo to do niczego nie prowadzi – upił kolejny łyk ziół. – Zwołaj Delegatów na naradę. Zawiadom wszystkich. Powiedz im, że spotkamy się o zmierzchu przy Kryształowej Fontannie.

– Oby to coś pomogło – pokręcił głową Annahil i opuścił w zdenerwowaniu chatę.

Czerwonawy brzask z domieszką granatu sygnalizował, że nadszedł czas Narady. Wszyscy uczestnicy zebrali się w umówionym miejscu. Blask wody odbijającej się od kryształów, z których zbudowana została fontanna, oświetlał wszystko dokoła.

Zebrani zasiedli wygodnie na miękkich siedziskach przypominających wyglądem głazy.. Teraz wszyscy czekali już tylko na przybycie Grimbora, który miał przewodzić Naradzie Delegatów. Narady były zwoływane co roku, aby podsumować osiągnięcia Krainy, ale również wtedy, gdy Nefrytanii groziło jakieś niebezpieczeństwo. Na to spotkanie przybywali najważniejsi przedstawiciele wszystkich ras, zwani Delegatami.

Wreszcie zza gór pojawiła się postać Grimbora, palącego swoją drewnianą fajkę, z którą rzadko kiedy się rozstawał. Jak to mówił, dym pomagał mu się koncentrować, a zioła leczyły jego umysł i dodawały wigoru.

Podszedł do zgromadzonych i zaczął się z nimi po kolei witać. Najpierw z mistrzem Magów Asarumem, który przybył ze swoimi najlepszymi uczniami, Triksem i Nivą. Magowie, jako nieliczni w Nefrytanii, potrafili widzieć rzeczy, których nie zauważali zwykli śmiertelnicy. Dostrzegali materię, z której czerpali swoje zdolności. Ich wiedza i umiejętności były cenniejsze niż najszlachetniejsze kamienie.

Potem uściskał dłoń Druidom Rhamnesusowi i Prunusowi. Ich kolor włosów przypominający niebo w słoneczny dzień sprawił, że przez mieszkańców druidzi byli nazwani Błękitnowłosymi. Mieszkali w lasach. Ich życie było całkowicie zgodne z naturą, potrafili zmieniać się w wilki. Czerpali swą siłę i wiedzę od duchów natury. Znali tajemniczą moc uzdrawiania. A ich wyostrzone zmysły i niezawodna intuicja sprawiały, że byli wyjątkowi. Wśród druidów nie było przywódcy – każdy z nich był na równi z innymi.

Koło druidów usiadł wódz Elfinów Tumus, a tuż za nim wódz Gnominów Alnus. Grimbor podszedł do nich i po kolei podał dłoń. Zauważył, że miejsce wyraźnie nie pasuje Alnusowi, który jako Gnomin pała odwieczną nienawiścią do Elfinów. Jednak ze względu na swój niski wzrost jedynie stąd Alnus mógł cokolwiek widzieć.

Spór pomiędzy rodem Elfinów a rodem Gnominów trwał od wieków. Posprzeczali się o to, którzy z nich wytwarzają lepszą broń. I choć jedni i drudzy byli mistrzami w tym rzemiośle, nie doszli do porozumienia. Od tamtego sporu żyli w kłótni i nienawiści.

Na koniec Grimbor serdecznie uściskał królową wróżek i leśnych stworzeń, Betulę. Darzył ją niezwykłą sympatią. Uwielbiał jej poczucie humoru. Betula i jej podwładni zajmowali się sferą miłości, przyjaźni i dobrej zabawy. Za każdym razem, gdy ją widział, przypominał mu się pewien incydent, którego był świadkiem pewnego letniego poranka. Wracał akurat leśną ścieżką do swojej chaty, gdy w oddali zobaczył próbującą wyrwać się ze swoich uścisków parę. Jak się później okazało, dwoje młodych zakochanych w sobie Elfinów postanowiło ku przestrodze i zakazom swoich rodziców wybrać się w sekrecie na romantyczny piknik do lasu. Betula wraz ze swoimi chochlikami postanowiła im tę wycieczkę nieco urozmaicić i kiedy tych dwoje pocałowało się, chochliki związały ich niewidocznymi więzami. Para nie mogła się uwolnić z więzów, na dodatek przyszła pora, gdy musieli wracać do domów. Siedzieli tak w miłosnych objęciach aż do zmierzchu i na swoje nieszczęście zostali odnalezieni przez swoich rodziców. Mimo usilnych starań nikt nie potrafił jednak uwolnić ich z sideł. Wreszcie matka Elfinki stwierdziła rozżalona, że skoro zostali oni połączeni ze sobą tak silnie, to musi to być prawdziwa miłość i trzeba im wyprawić zaślubiny. Pozostali po długich dyskusjach przystali na tę propozycję, a gdy zapadła decyzja o ślubie, wydarzyło się coś nieprzewidzianego. Magiczne więzy rozproszyły się w powietrzu, tworząc nad parą konfetti z kwiatów. Młodzi pocałowali się i wszyscy zaczęli bić im brawa, sądząc, że połączyło ich przeznaczenie i piękna miłość.

Kiedy Grimbor oznajmił zebranym, co się wydarzyło, wszyscy zaczęli się przekrzykiwać.

– Uspokójcie się – upomniał ich Szaman. – W ten sposób nic nie ustalimy. Mówcie po kolei. – Na jego słowa wszyscy ucichli. Po krótkiej chwili głos zabrał Asarum.

– Annahilu, jak to możliwe, że król zniknął? Przecież zamek jest pilnie strzeżony.

Annahil wstał i wyszedł przed uczestników narady. Głowy wszystkich zebranych zwróciły się w jego stronę. Nastała pełna napięcia cisza. Mężczyzna odchrząknął, po czym zaczął mówić.