Tajemnica mordercy - Rachel Caine - ebook + książka

Tajemnica mordercy ebook

Caine Rachel

4,4

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Gwen Proctor przyjmuje dawno już zamkniętą sprawę, której nie przyjąłby nikt inny, i udaje się w miejsca, do których nikt inny by się nie wybrał.

Choć wciąż dręczą ją koszmary z przeszłości, nieustannie próbuje iść naprzód. Nowa sprawa do rozwiązania daje jej nowy cel. Trzy lata temu zaginął młody mężczyzna, do teraz nie ma żadnych tropów. Ze sprawą łączy się jedynie postać Ruth Landry, udręczonej matki oczekującej na powrót syna. Gwen doskonale rozumie, na czym polega strach o własne dzieci.

Prowadzone przez nią śledztwo prowadzi do odkrycia nowych podejrzanych... i nowych ofiar. Gwen uświadamia sobie, że tajemnica sprzed lat jest coraz bardziej niepokojąca, a niebezpieczeństwo dotyczy także jej samej.
Czy Gwen jest przygotowana do strat, które w tej bitwie może ponieść ona i jej najbliżsi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

Prolog

 

 

 

 

 

Z celi wyprowadzili go o wschodzie słońca.

Całą noc spędził w pozycji klęczącej, drżąc z zimna w cienkiej, białej koszuli nocnej, którą kazali mu założyć. Kilkakrotnie zdarzyło mu się przysnąć, ale natychmiast budziło go szturchnięcie lufą karabinu.

Bolało go całe ciało, jednak przywykł do tego po latach ciężkiej pracy. W tym miejscu przeszedł transformację z silnego i wysportowanego człowieka w… coś takiego. Pod skórą nadgarstków i palców uwidoczniły się kości. Obojczyk zaczął sterczeć tak mocno, że mógłby nim przecinać papier. Tym razem nie podali mu nawet garstki ryżu, jak zwykli to czynić. Wody również nie dostał.

To jest post, wyjaśnili mu, choć trudno było mówić o poszczeniu, kiedy się już głodowało. Po prostu głodowało się jeszcze intensywniej.

Starał się nie myśleć o jedzeniu, o czasach, w których nie martwił się o kolejny posiłek, o burgerach, pizzy i kanapkach o dowolnej porze dnia i nocy. O frytkach i piwie. Wspomnienia tamtych czasów wydawały się odległe niczym niewyraźny sen. Lekcje w szkole. Dziewczyny. Imprezy. Futbol, frisbee i bar. Ten ostatni bar, taki cholernie zatłoczony, i przyjaciele wokół. Czy w ogóle im go brakuje? Czy którykolwiek z nich się zorientował, że go nie ma?

Boże, był taki głodny i chciał po prostu iść spać.

Wtedy po niego przyszli.

Sześciu mężczyzn przypominających cienie w mroku. Widział kształt ich broni. Nigdy się z nią nie rozstawali. Postawili go na nogi, które ledwie już czuł, i kazali tupać dotąd, aż ustąpiło odrętwienie. Bolało tak bardzo, że ledwie oddychał. To wszystko wydawało mu się nierzeczywiste. To nie jestem ja. Mam swoje życie. Mam rodzinę. Nie mogę znajdować się w tym miejscu.

Kiedy znalazł się na zewnątrz szopy, zauważył nadchodzący świt. Wciąż jednak było ciemno i ledwie widział ziemię, przez co stale się potykał. Muzyka unosiła się niczym mgła. Cały cholerny obóz śpiewał. Nie rozpoznał pieśni. Wychowano go w wierze katolickiej i rozpaczliwie pragnął się teraz pomodlić. Nie modlił się przez całą noc, choć kazali mu to robić. Boże, pomóż mi, proszę.

Szedł boso, tnąc do krwi skórę o kamienie na ścieżce, ale oni mimo wszystko go ciągnęli. Schodzili w dół zbocza. Po prawej stronie zauważył solidne, wysokie ogrodzenie, bardzo wysokie i pozbawione jakichkolwiek wyraźnych cech. Ciężki mur, który trzymał z dala resztę świata. Ten sam mur, na który raz spróbował się wspiąć, kiedy był jeszcze innym człowiekiem. Wciąż miał na ciele blizny.

Może zamierzają mnie uwolnić, pomyślał, choć w głębi duszy czuł, że to próżne nadzieje. Nie chciał dopuścić tych myśli, więc skupił się na modlitwie i śpiewnych głosach, które stopniowo cichły. Teraz był już tylko on, wierni ze swoimi karabinami i cisza. Po chwili słyszał już jedynie świszczący oddech w swojej piersi.

Drzewa wciąż blokowały kruchy poranny blask. Odniósł wrażenie, że schodzi do grobu, i nagle zapragnął uciekać, krzyczeć, walczyć, zrobić cokolwiek. Do cholery, w końcu kiedyś był kimś, silnym, pewnym siebie i niczego się niebojącym.

Nie uciekł.

Wolał iść w milczeniu.

Przenikliwy chłód dźgał jego skórę jak lodowe kły. Miał na sobie jedynie cienką bluzę, a dłonie i stopy znów zdążyły mu zdrętwieć z zimna. Żywiczny zapach drzew powinien kojarzyć się z atmosferą świąt, ale tak naprawdę czuł jedynie odór własnego potu i strachu. W ustach miał sucho, jakby zamiast języka nosił bawełnianą wkładkę.

Może to wszystko mi się śni, pomyślał. Upiłem się w tawernie u Charliego, niedługo obudzę się obok mojej dziewczyny i zacznę narzekać na wyjątkowo wredny koszmar.

Jego dziewczyna. Zastanawiał się, co teraz robi, czy w ogóle za nim tęskni. Pomyślał o rodzicach, którzy z pewnością przez cały czas go szukają.

To bolało.

Wyszli z cienia rzucanego przez drzewa i zatrzymali się. Rozejrzał się dookoła. Dostrzegł nieduże jezioro, lekko falujące i maźnięte różowym odcieniem przez wstające słońce. Był tam też wodospad. Huczał i szumiał nad skałami w górze, a w dole woda zmieniała się w białą mgiełkę, która zdawała się nic nie ważyć w powietrzu. Wśród drobin wody utworzyła się ledwie widoczna tęcza.

To miejsce wydawało się cieplejsze, spokojniejsze.

Ojciec Tom czekał na nich na brzegu jeziora. Miał na sobie białą koszulę i białe spodnie, a jego płowe włosy wydawały się mieć taką samą barwę. Włosy i twarz starego człowieka i młode, ciemne oczy, które zdawały się znać wszystkie tajemnice wszechświata. Oczy świętego, jak lubili powtarzać członkowie Zgromadzenia.

Ojciec Tom był kompletnym wariatem.

– Witaj, bracie – odezwał się. – Pracowałeś długo i ciężko i choć przybyłeś do nas jako ktoś obcy, już na zawsze będziesz częścią naszej rodziny. Dziś zostaniesz ochrzczony i dołączysz do Zgromadzenia. Dokądkolwiek się udasz, zrobisz to jako jeden z nas. Twoje stare życie należy już do przeszłości. Niech rozpocznie się to nowe.

– Nowe życie – odezwał się ktoś stojący obok niego, a pozostali mu zawtórowali. On sam był zbyt odrętwiały, żeby w jakikolwiek sposób zareagować. Czy to oznaczało, że zamierzali go wypuścić? Czy to w ogóle było możliwe?

Tak, wypuśćcie mnie stąd, chore pojeby. Uwolnijcie mnie, a pobiegnę zaraz na policję i wsadzę wasze dupska do więzienia tak szybko, że nawet Bóg nie będzie wiedział, gdzie was szukać.

Taką właśnie osobą był wcześniej, młodym i silnym mężczyzną, który walczył, krzyczał i wierzył, że może zrobić wszystko. Przetrwać wszystko.

Teraz jednak dygotał na chłodzie niczym baranek prowadzony na rzeź. Nie potrafił znów stać się tamtym człowiekiem.

Może dadzą mu w końcu spokój, jeśli się temu podda. A jeśli kiedykolwiek stąd wyjdzie, to niewykluczone, że niczego nikomu nie powie.

Wszedł po pas do wody z Ojcem Tomem. W niedużej odległości zauważył spadek, błękitny otwór powstały dzięki kaskadom spływającej przez tysiące lat wody. Nie sposób było stwierdzić, jaki jest głęboki. Stał na skraju otchłani. Boże, w tej wodzie było tak zimno, że ustał nawet dygot jego ciała. Tak zimno, że zaczynał odczuwać dziwne ciepło.

Ojciec Tom uśmiechnął się do niego, jakby w ogóle nie odczuwał przenikliwego chłodu, i powiedział:

– Czy wierzysz w moc pana naszego Jezusa Chrystusa i jego błogosławionego Ojca?

Skinął tylko głową, choć nawet tak drobny gest okazał się bolesny. Tak bardzo chciało mu się spać.

– Obmyj się zatem krwią baranka i zacznij od nowa. Twoja wiara nie miała wystarczającej siły, ale to już się skończyło. Jesteś teraz świętym z naszego Zgromadzenia.

W ogóle nie był przygotowany na to, że Ojciec Tom wpakuje go pod wodę. Zrobił to tak szybkim i wprawnym ruchem, jakby był to jego tysięczny raz. Szarpał się, ale Tom przytrzymał go przez kilka sekund i po chwili pozwolił mu wynurzyć się na poranne powietrze.

Chciał krzyknąć ze strachu i zimna, ale nagle poczuł ogromną ulgę. Dokonał tego. Przetrwał. Skierował twarz ku wschodzącemu słońcu i wziął głęboki, głośny oddech. Żyję. Żyję! Wyjdę z tego cało.

– Bóg jest z tobą, bracie – powiedział Ojciec Tom. – Twoja posługa zapewnia nam wybawienie.

Nie zauważył dwóch mężczyzn, którzy zeszli razem z nim z brzegu do wody, i zaraz się zorientował, że coś jest nie tak. Odwrócił się, żeby wyjść z jeziora.

Jeden z nich chwycił go jednak za ramiona, a drugi zanurkował obok niego.

Poczuł, że coś zaczyna go szarpać. Nie wiedział, co to takiego, dopóki nie włożył rąk pod wodę.

Był to gruby, mocny łańcuch, którym obwiązano go wokół pasa. Ojciec Tom kliknął kłódką, żeby zamknąć pętlę.

Mężczyźni puścili go i się wycofali.

Powiedziałeś, że mnie wypuścisz. Że zacznę od nowa. Słowa te tłukły mu się w głowie, kiedy zaciskał zęby, czując napływającą czarną rozpacz.

– Niech Bóg cię błogosławi, święty – powiedział Ojciec Tom i zepchnął go ze skraju w głębinę.

Ostatnią rzeczą, jaką poczuł, była waga obciążnika na końcu łańcucha, który pociągnął go w mrok, gasząc resztki porannego światła nad jego głową.

Tak zimno.

Po chwili poczuł, jak osiada na dnie wśród białych kości. Kiedy jego płuca zaczęły rozpaczliwie walczyć o tlen, przypomniał sobie lata dzieciństwa. Przebudzenie z koszmaru. Ostatnim wspomnieniem była matka, która szeptała do niego: Cicho, maleńki. Już jesteś bezpieczny.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

 

 

Gwen

 

Dzwoni moja prywatna komórka i zerkam na wyświetlacz. Taki nawyk. Odebrałabym połączenie jedynie od sześciu osób na świecie dzwoniących na ten numer. Jedną z nich z całą pewnością jest Sam Cade. Czuję w środku przyjemne ciepło, kiedy dotykam przycisku i przykładam telefon do ucha.

– Hej, nieznajomy – mówię, a w moim gardle rozlega się zmysłowy pomruk.

– Hej, mała – rzuca chropowatym głosem. Och, podtekst. Jakie to seksowne. – Jak mija dzień?

– W tej chwili nic szczególnego się nie dzieje – odpowiadam z ziewnięciem. Jest trzecia trzydzieści nad ranem. Od trzech godzin siedzę bezczynnie w wychłodzonej wypożyczalni samochodów, nie licząc szybkiego wypadu do pobliskiego sklepu całodobowego na toaletę i wielką kawę, której będę jeszcze żałowała. – Czekam, aż facet wykona jakiś ruch.

– Jakiego rodzaju ruch?

– Dobre pytanie.

– Nie chcesz mi powiedzieć? – Wydaje się rozbawiony.

– Wiesz, jak jest. Nic nie mówię, dopóki nie nabiorę pewności. Tak czy inaczej, pora jest dość późna. Albo wczesna. Jak jest w twoim przypadku?

– Wcześnie. Przygotowuję papiery na później – odpowiada. – Dzieci wciąż jeszcze twardo śpią. Zajrzałem do nich przed chwilą. – Moje dzieci są dla mnie całym światem i on doskonale o tym wie. Sam jest również świadom, że należy do starannie wyselekcjonowanej grupy osób, którym mogę powierzyć opiekę nad nimi. Moja córka Lanny jest akurat w tym trudnym okresie, w którym szesnastolatka uważa się za dwudziestolatkę. Mój syn Connor jest zdecydowanie zbyt dojrzały jak na swoje trzynaście lat i jednocześnie zbyt młody. Z całą pewnością nie są to osobniki proste w obsłudze.

Jest wiele powodów, które to usprawiedliwiają. Przez połowę swojego życia oboje żyli ze świadomością, że ich ojciec był seryjnym mordercą, a do tego wszystkiego nieśli brzemię związane z niesprawiedliwym traktowaniem ze strony innych osób, uważających ich za współwinnych zbrodni. Chcę obronić ich przed światem, choć jest to oczywiście niemożliwe. Ale będę nadal próbowała.

– Wrócisz do domu przed szóstą? – pyta, a ja wzdycham. – Okej, nie odpowiadaj. Chcesz, żebym obudził Lanny, zanim wyjdę?

– Tak, lepiej tak zrób. Nie wierzę w jej reakcję na dzwoniący budzik ani w to, że Connor wstanie na czas. Wyślę ci wiadomość, kiedy będę już w drodze do domu. – Chcę, żeby moje dzieci się wyspały. Muszą wstać o siódmej, ale jedna godzina snu więcej dla nastolatka to jak dziesięć dla mnie.

Żadne z nich nie będzie chciało zwlec się z łóżka, nie mówiąc o wyjściu do szkoły, ale wielokrotnie znajdowali się już w nieprzyjemnych sytuacjach. Kategorycznie nie zgodziłam się na naukę w domu. Ich życie będzie niezwykle trudne, zważywszy na historię naszej rodziny. Chcę, żeby uczyli się z tym walczyć już teraz, a nie po wejściu w dorosłość, kruche jak chińska porcelana.

Muszą stawić czoła potworom.

Terapia zrobiła dobrze nam wszystkim. Zaczęłam od indywidualnych sesji dla dzieci przez kilka miesięcy, potem robiliśmy to wspólnie, kiedy wraz z Samem spotykaliśmy się z innym terapeutą jako para. Teraz raz na tydzień bierzemy w tym udział wszyscy razem jako rodzina i jestem już w stanie zaryzykować stwierdzenie, że sprawy mają się… lepiej.

Nie biorąc oczywiście pod uwagę tego, że odcięło się od nas całe miasteczko.

Nie jestem do końca pewna, co wywołało taką niechęć do nas u mieszkańców Norton. Jedna z naszych teorii mówi o nieplanowanym, ale nadal trwającym konflikcie Sama z lokalną grupą zajmującą się handlem narkotykami, która ma spore wpływy. Część tej winy należy do mnie, po tym jak zgodziłam się na udzielenie wywiadu w telewizji. Sytuacja stała się niezwykle toksyczna. To z kolei zwróciło jeszcze większą uwagę mediów, których przedstawiciele zjawili się tłumnie w spokojnych zakątkach Stillhouse Lake. Wierzyłam, że postępuję słusznie, choć ostatecznie równie dobrze mogłabym zrzucić sobie na głowę stertę starych śmieci.

Internetowi prześladowcy jak zwykle powrócili, nieustępliwi i upiornie uradowani. Nie byłam pewna, co tak naprawdę chcieli osiągnąć, próbując zniszczyć mi życie, ale jedno musiałam im oddać: nie odpuszczali. Niedawno natrafiłam na wpis, z którego się dowiedziałam, że ich celem było doprowadzenie moich dzieci do samobójstwa w trakcie przekazu na żywo. Poziom socjopatii przekroczył wszelkie granice, ale niestety tak to wygląda w internecie. I nie jest to odosobniony przypadek.

Z czymś takim właśnie musimy sobie radzić w codziennym życiu. Nie lubię nazywać naszych prześladowców potworami – w moim odczuciu są raczej znudzonymi, wściekłymi i pozbawionymi wszelkiej empatii istotami ludzkimi, które obrały sobie mnie za cel swojej frustracji. Byłam bądź co bądź żoną Melvina Royala, niesławnego seryjnego mordercy. Człowiek ten zarzynał kobiety dla zabawy, więc musiałam być w jakiś sposób za to odpowiedzialna. Nie, ten rój wszechobecnych internetowych trolli to nie są potwory. Znałam w życiu potwory. Stawiłam im czoła, łącznie z Melvinem.

Zabijam potwory i lepiej, żeby o tym pamiętały.

Rozmawiam z Samem przez mniej więcej pół godziny, ciesząc się komfortem i pragnąc znaleźć się blisko niego, oboje jednak wiemy, że nie ma na to w tej chwili szans. Dzięki zacofanym mieszkańcom Norton, którzy nas odtrącili, skończyły się dla niego oferty pracy na budowach i musiał wyjechać dalej w poszukiwaniu zajęcia. To oznacza dłuższe przejazdy i mniej czasu spędzonego wspólnie w domu.

Pracuję w agencji detektywistycznej z innego miasta, od której dostaję różnego rodzaju sprawy dotyczące miejsc położonych w mojej okolicy. Mogę oczywiście odrzucić zlecenie, któremu nie podołam bądź którego po prostu nie czuję. Płacą jednak przyzwoicie, a ja radzę sobie w tej pracy całkiem nieźle.

Obecnie moją uwagę przyciąga pewien bardzo bogaty dyrektor generalny nazwiskiem Greg Kingston. Zlecenie dostaliśmy od członków zarządu spółki, których zaniepokoiło coś, co określili mianem dziwnego zachowania i niepokojących wyników finansowych. Zdołałam już odkryć defraudację w jego firmie z branży public relations na Florydzie – zostawił za sobą wszechobecne cyfrowe odciski palców. Sprawa okazała się prosta: wystarczyło skontaktować się z zarządem i podjąć dalsze decyzje. Dni Kingstona były już prawdopodobnie policzone.

W trakcie pracy nad sprawą pana Kingstona odkryłam jednak coś, co zaniepokoiło mnie w znacznie większym stopniu. Nie jestem pewna, co to właściwie jest, dlatego nie powiedziałam o niczym Samowi. Na razie muszę radzić sobie z poszlakami, instynktem i jednym istotnym pytaniem.

Dlaczego ktoś z taką pozycją społeczną, dysponujący takim saldem w banku jak Greg Kingston, zatrzymał się w podrzędnym motelu w szemranej dzielnicy Knoxville, podczas gdy w tym samym czasie miał zarezerwowany pokój w ekskluzywnym hotelu The Tennessean?

Greg Kingston mógł wybrać takie obskurne miejsce z kilku powodów: wynajął prostytutki, kupował narkotyki lub zajmował się czymś jeszcze mroczniejszym. Pozostaje mi mieć nadzieję, że lubi po prostu osoby sprzedające usługi seksualne z nieco gorszych dzielnic miasta. Taki powód byłby w tym wypadku najlepszy.

Ale nie zapowiada się tak łatwo.

Obserwuję zatrzymujący się w pobliżu anonimowy samochód. Wysiada z niego przysadzisty, biały facet. Ma na sobie dżinsy i niczym niewyróżniającą się kurtkę, a twarz przesłania mu daszek czapeczki baseballowej. Nie dostrzegam żadnej torby, jeśli więc jest dilerem narkotykowym, nie ma przy sobie więcej towaru, niż mieści się w jego kieszeniach. Nie chce mi się wierzyć, żeby ktoś z monstrualnym ego Kingstona ślinił się na jedną działkę.

Kiedy mężczyzna otwiera tylne drzwi auta, uzmysławiam sobie, że źle go oceniłam.

Dziewczyna nie może mieć więcej niż dwanaście lat, co sprawia, że natychmiast zasycha mi w ustach, a serce gwałtownie przyspiesza. Zmuszam się do zachowania spokoju i robię tyle zdjęć, ile tylko jestem w stanie. Tablica rejestracyjna. Szczegóły nadwozia samochodu. Najlepsze ujęcia dziewczyny. Ubrana jest w niebieską sukienkę, która pasuje do młodszego dziecka. Jej twarz zupełnie pozbawiona jest wyrazu, co uruchamia we mnie kolejne dzwonki alarmowe.

Robię doskonale wyraźne zdjęcie Gregowi Kingstonowi, który otwiera drzwi pokoju w motelu i potrząsa dłonią ociężałego faceta. Zaprasza oboje do środka i zamyka za sobą drzwi.

Nie mogę opanować drżenia rąk, kiedy odkładam aparat i wybieram numer na policję. Zgłaszam sytuację najspokojniej, jak tylko potrafię, tłumacząc, że dziecko jest w poważnym niebezpieczeństwie i że może tam dojść do nadużyć. Jeśli się mylę, jeśli z jakiegoś powodu Greg Kingston spotkał się w tym motelu ze swoim kuzynem i jego córką, to będzie po mnie.

Ale nie mogę się mylić. Nie ma mowy. Jestem świadkiem sprzedaży dziecka i muszę nad sobą zapanować, żeby czekać cierpliwie na przyjazd policji, a nie wparować do środka, zbić obu facetów do nieprzytomności i zabrać małą w bezpieczne miejsce.

Nie trwa to długo. Z pewnością nie więcej niż pięć minut, choć wydaje mi się, że czekałam całą wieczność. Powolny, cichy wjazd policyjnego wozu na parking to naprawdę przyjemny widok. Wysiadam z auta i rozmawiam z dwoma umundurowanymi funkcjonariuszami. Traktują mnie poważnie, szczególnie po tym, kiedy pokazuję im kilka zdjęć z aparatu. Jestem cholernie spięta, kiedy opieram się o samochód, a oni pukają do drzwi motelowego pokoju.

Wszystko kończy się dość szybko. Cokolwiek znaleźli wewnątrz, wystarczyło, by zdecydowali się wyprowadzić Kingstona i jego grubego koleżkę w kajdankach. Po chwili pojawia się owinięta kocem dziewczyna. Jej puste spojrzenie w końcu ustąpiło miejsca czemuś na kształt prawdziwych emocji.

Narodzinom nadziei.

Przyjeżdża błyskający światłami ambulans, a po nim samochód detektywa. Zauważam, że wieczorni goście tego niedużego, układającego się na kształt litery „L” motelu zaczynają się po cichu ewakuować. Nikt nie chce zostać złapany w samym środku tego bałaganu.

Kingston wręcz kipi z wściekłości. Zdawałoby się, że powinien wyglądać na dużo bardziej wystraszonego, więc wybieram numer telefonu do lokalnej gazety i kilku agencji medialnych. Ta historia im się spodoba, szczególnie że zdobędą zdjęcia wielkiego Grega Kingstona w bokserkach i czarnych skarpetkach. Jest blady na twarzy i sprawia wrażenie zupełnie bezbronnego. Doskonały materiał na pierwszą stronę.

W końcu podchodzi do mnie dwoje detektywów. Podaję im wizytówkę i wyjaśniam, co tutaj robię. Mój aparat ma połączenie z internetem, więc od razu przesyłam im zdjęcia. Dołączam do tego wpisy z forum w sieci, które doprowadziły mnie w to miejsce. Wydają się w jakiś sposób zakodowane, a to wystarczyło, żeby wzbudzić moją ciekawość. Sądząc po spojrzeniach, jakie wymieniają między sobą detektywi, oboje doszli zapewne do tego samego wniosku.

Składam zeznanie i obiecuję odpowiedzieć na więcej pytań, jeśli okaże się to konieczne. Mężczyzna najwyraźniej nie rozpoznał mojego nazwiska – zawsze jestem przygotowana na taką okoliczność – ponieważ po prostu zapisuje moje dane.

Kobieta nieco się ociąga i rzuca mi uważne spojrzenie. Jej wzrok sugeruje, że coś jej zaświtało. Instynktownie unoszę gardę i czekam na szyderstwo czy przytyk.

– Cieszę się, że udało się pani pomyślnie przez to wszystko przebrnąć, pani Proctor – mówi w zamian. – To musiało być trudne. Uważa pani na siebie?

Jestem zaskoczona. Tak bardzo zaskoczona, że nie wiem nawet, co powiedzieć, więc tylko kiwam głową. Odczuwam ścisk w gardle. Nie próbuję jej dziękować. Pewnie i tak to zauważa, bo uśmiecha się i odchodzi.

Czuję się teraz dziwnie odsłonięta. Jestem zawsze przygotowana do walki, a nie do czegoś takiego.

Wracam do samochodu i informuję Sama, że ruszam w drogę do domu. Czeka mnie bite półtorej godziny jazdy, nie licząc ewentualnego korka, ale chyba uda się nam jeszcze zobaczyć. Nacieszyć chwilą ciszy.

Rzadko miewam tyle szczęścia i dziś jest niestety tak samo. Wchodzę do domu i wyłączam alarm. Connor już wstał i siedzi przy stole, skubiąc kromkę chleba tostowego. Choć ma dopiero trzynaście lat, nagle zaczął rosnąć w zaskakującym tempie. Nabrał masy w okolicy ramion i torsu. Wystrzelił w górę o kilka centymetrów.

Ale Connor nie wygląda dziś dobrze. Siedzi z opuszczonymi ramionami, a pod oczami ma cienie. Sam gotuje jajka. Rzuca mi ciepły, przelotny uśmiech i wzrusza ramionami – komunikaty wysłane i odebrane. Zbliża się do czterdziestki i jest nieco starszy ode mnie. Średniego wzrostu, średniej wagi, jasne włosy. Atrakcyjna, symetryczna twarz, która w zależności od jego nastroju i oświetlenia może wyglądać na młodszą lub starszą.

Kocham go na zabój. Wciąż mnie to cholernie zaskakuje. Czy mam w ogóle prawo kochać faceta tak solidnego, tak dobrego? I dlaczego on w ogóle kocha mnie? To jedna z tych zagadek, których zapewne nigdy nie rozwiążę.

– Cześć, skarbie – rzucam i całuję syna w czubek głowy. Reakcja jest mizerna. – Co się dzieje?

Connor nie odpowiada. Sprawia wrażenie nieobecnego, co po części można zrzucić na wczesną porę, a po części na coś innego. Sam postanawia odpowiedzieć za niego:

– Twierdzi, że źle się czuje od samego przebudzenia.

– Źle? – powtarzam. Opadam na krzesło obok Connora. – Znów żołądek?

Kiwa głową i odgryza niewielki kęs kanapki. Ma podkrążone oczy i zdecydowanie przydałby mu się fryzjer. Przez cały czas nalegam, żeby się wybrał do zakładu fryzjerskiego. W tej chwili wygląda przez tę fryzurę na niemal zaniedbanego. Założył swój ulubiony wytarty sweter, który niejednokrotnie kazałam mu już wyrzucić, a do tego znoszone dżinsy. Jeśli dołożyć te sterczące włosy i niewidzące spojrzenie… Gdyby usiadł na chodniku z tabliczką ZBIERAM NA JEDZENIE, z pewnością zebrałby niemałą sumkę.

– Nie chcesz iść do szkoły? – pytam, a on znów przytakuje skinieniem głowy. – A może warto by się wybrać do lekarza? – Tym razem zaprzeczenie. Przykładam dłoń do jego czoła, ale nie wyczuwam gorączki. – Przykro mi, skarbie, ale jest tylko taka alternatywa: albo szkoła, albo lekarz. Nie możesz tak po prostu zostać w domu. Masz już wystarczająco dużo nieobecności.

Rzuca mi pełne nieszczęścia spojrzenie, ale nadal nic nie mówi. Odkłada tylko kanapkę, wstaje i kieruje się do swojego pokoju. Patrzę na Sama, który unosi rękę w geście „mnie nie pytaj”.

– Gdybym miał zgadywać, postawiłbym na szkolnych tyranów – mówi.

– Connor boryka się z nimi od lat.

– Ale również przeprowadzał się z miasteczka do miasteczka. Za każdym razem mógł mieć nadzieję, że zobaczy tych drani oddalających się w tylnym lusterku, a potem to samo działo się od nowa. Wciąż musi stawiać im czoła i wcale nie widać końca tego koszmaru. Mogę się mylić, ale…

– Raczej się nie mylisz. – Wzdycham. – Okej. Zostały dla mnie jakieś jajka?

– Z serem i bekonem. Załatwione.

Pukam do drzwi pokoju Connora i je otwieram. Siedzi na skraju łóżka ze wzrokiem wbitym w podłogę i skarpetkami w dłoni, których jeszcze nie założył. Nie reaguje złością na moje wejście, więc zamykam za sobą drzwi.

– Sam uważa, że to przez szkolnych łobuzów. Zgadza się?

Kiwa powoli głową.

– Możemy o tym porozmawiać?

Nie jestem pewna, czy się zgodzi, ale w końcu odzywa się do mnie chrapliwym głosem.

– Po prostu… jest mi ciężko.

Wiem, co czuje. Sama codziennie odbieram maile z pogróżkami i wulgaryzmami. Widzę je w mediach społecznościowych. Czasami nawet trafiają na nasz adres pocztą. Ale ci ludzie przynajmniej trzymają się z dala od nas.

Connor spotyka się z tymi draniami każdego dnia i nie może przed tym uciec.

Ogarnia mnie tak silne uczucie złości, frustracji i udręki, że czuję pulsowanie w skroniach. Choć chcę go uchronić przed bólem, niewiele tak naprawdę mogę zrobić. Trzymaj się swojej decyzji. On dorasta i musi nauczyć się z tym walczyć. Przytulenie go i ochrona przed światem nie zapewni mu pancerza, którego będzie potrzebował.

Gdyby się nauczył, jak się bronić… to zapewniłoby mu bezpieczeństwo podczas mojej nieobecności.

– Kochanie, wiem o tym. Bardzo mi przykro. Mogę porozmawiać z dyrektorem, żeby reagował w takich sytuacjach…

Connor kręci głową.

– Nie, mamo. Jeśli czegokolwiek spróbujesz, będzie jeszcze gorzej.

Biorę głęboki wdech.

– Co mam w takim razie zrobić?

– Nic. Jak za… – Urywa i zagryza wargę. Wiem, co chciał powiedzieć. Jak za każdym razem. Zapewne tak postrzega moje zachowanie, choć doskonale wie, jak wiele poświęciłam, żeby ich chronić. To boli, ale dam sobie radę. – Poradzę sobie.

– Mogę cię umówić na dodatkowe spotkanie z terapeutą, jeśli…

Zakłada skarpetki i buty. Spokojne, metodyczne ruchy, jakby każdy z nich był bardzo ważny.

– Jasne – odpowiada niepokojąco bezbarwnym głosem. – Jak chcesz.

Znów to straszne „jak chcesz”. Jakby zatrzasnął mi przed nosem stalowe drzwi. Przywykłam do tych słów z ust mojej córki, ale nie Connora. Ale w końcu on dorasta, staje się kimś innym. Nie jestem już jego schronieniem.

Teraz raczej stoję mu na drodze. To boli. Muszę wziąć głęboki oddech, żeby poradzić sobie z emocjami.

– Kto to jest? – pytam.

Nie przerywa zawiązywania sznurowadeł.

– A co? Chcesz tam pójść i ich zlać?

– Może. Bardzo mnie boli twoje cierpienie, kochanie. Naprawdę. – Przy ostatnim słowie słyszę drżenie w swoim głosie.

On też je usłyszał. Podnosi szybko wzrok. Nie potrafię odczytać wyrazu jego twarzy, gdyż natychmiast odwraca głowę.

– Kiedy się przeprowadzaliśmy, było dużo łatwiej – mówi. – Kiedy nie musieliśmy tkwić w jednym miejscu.

– Wiem. Chcesz się przeprowadzić? Myślałam, że wolisz przebywać w jednym miejscu.

– Kiedyś wolałem. Tak sobie po prostu pomyślałem. To tylko… – Prostuje się z westchnieniem, ale nie patrzy mi w oczy. – Po szkole idę do Reggiego, pamiętasz? – Mówi to takim tonem, jakbyśmy już to wcześniej ustalili. A niczego nie ustaliliśmy. Kiwam jednak tylko głową i odpuszczam temat. Mój syn musi żyć z poczuciem, że wciąż ma coś przed sobą.

– Zadzwonisz, kiedy będziesz na miejscu? – Staram się, by zabrzmiało to jak pytanie, a nie jak rozkaz. Widzę, że mu ulżyło.

– Jasne, mamo. – Wstaje. – Chyba powinienem jeszcze coś zjeść.

– Dobry pomysł.

Mam ochotę go przytulić, ale nie wydaje mi się, żeby mu się to w tej chwili spodobało. Tęsknię za nim. Bardzo się boję, że cały świat chce go skrzywdzić, ale nie zdołam przecież tego świata powstrzymać. Doskonale o tym wiem.

Może to jest właśnie najgorsze.

Kiedy Connor siedzi ponownie przy stole, do kuchni wchodzi moja córka. Długie, ciemne włosy opadają jej na twarz. Ma na sobie puchaty czerwony szlafrok, pełen naszywek przedstawiających rysunkową wersję Draculi. Ziewa tak szeroko, że mogę zobaczyć jej migdałki.

– Cholera – rzuca. – Znów do szkoły?

– Znów – potwierdzam. – Chcesz jajka?

– Jasne. Dostanę kawę?

– Eliksir życia z mnóstwem śmietanki i cukru, zamówienie przyjęte.

Jemy śniadanie jak rodzina. Choć dzieci są na wpół śpiące, jest to dla mnie bardzo cenny czas. Muszę popędzać Lanny, która zaczyna się guzdrać. Jeśli ich nie podwiozę, spóźnią się na autobus, a Sam musi niebawem ruszać w drogę.

Całuję go czule w drzwiach i dostrzegam w jego oczach smutek. Zabrakło nam dziś tej upragnionej chwili prywatności.

Może wieczorem, jeśli nic nie wyskoczy.

– Sam? – wołam za nim. Odwraca się do mnie w drodze do pickupa. – Uważaj na siebie.

– Na każdym kroku – odpowiada z uśmiechem. Zza drzew wynurza się słońce, które spowija wszystko łagodnym blaskiem. Odbija się od okien samochodu i przez chwilę odnoszę wrażenie, że coś mi się przywidziało, ponieważ czerwony punkt na piersi Sama wydaje się całkowicie nie z tego świata.

Kiedy uzmysławiam sobie, co widzę, moje serce zaczyna łomotać w piersi. Punkcik lasera zaczyna się poruszać.

– Sam! – wołam alarmującym tonem, ale nie jestem pewna, czy zorientował się, o co mi chodzi. Chcę krzyknąć, żeby się położył, kiedy boczne okno jego pickupa zmienia się w mleczną pajęczynę pęknięć. W samym środku widzę otwór wielkości ćwierćdolarówki.

Echo strzału odbija się od wzgórz za domem.

Czuję potężne uderzenie adrenaliny i zrywam się w stronę drzwi. Sam nie jest ranny, ale jest w tym momencie tarczą strzelniczą. Przykucnął, jednak widzę, że rozgląda się w poszukiwaniu miejsca, w którym mógł znajdować się strzelec.

– Tutaj! – wołam.

Biegnie w kierunku drzwi. Strzał padł zza domu, z miejsca położonego gdzieś powyżej. Snajper musi znajdować się na linii drzew. Ktoś chciał mi zademonstrować, że mógł trafić Sama z taką samą łatwością, z jaką przestrzelił okno w samochodzie.

– Jezu Chryste – mówi Sam dość spokojnym głosem, choć jest zupełnie blady. – Nie widziałem go.

Odciągam go od drzwi i zatrzaskuję je za nami. Przekręcam zamki. Włączam alarm błyskawicznymi ruchami drżących palców. Dzieci wyskoczyły ze swoich pokojów i rzucają nam pełne niepokoju, pytające spojrzenia.

– Odsuńcie się od okien – nakazuję i kieruję je do kuchni. – Wejdźcie do skrytki i usiądźcie na podłodze!

– Mamo, czy to był strzał? – pyta Lanny.

– Zabierz Connora do skrytki, natychmiast!

Chwyta brata za ramię i ciągnie go za sobą. Przyglądam się pobieżnie Samowi w poszukiwaniu ran. Zdarza się, że pod wpływem adrenaliny człowiek nie czuje skutków postrzału. Ale nie widzę krwi.

Snajper miał go na tarczy, ale celowo chybił. Ostrzeżenie.

– Nic ci nie jest? – pytam.

Rzuca mi to samo dziwnie spokojne spojrzenie.

– Poza tym, że mam ochotę zwiększyć polisę ubezpieczeniową na samochód? Wszystko gra. Nie trafił.

– To nie jest tak, że nie trafił. Widziałam punkt lasera na twojej piersi.

– I wiesz dobrze, że celowniki laserowe potrafią być do dupy z takiej odległości. Pociski skręcają. – Kładzie mi dłonie na ramionach, po czym ujmuje w dłonie moją twarz. – Oddychaj, Gwen. Wszystko dobrze, to tylko szyba.

– Nie – odpowiadam. – To była pogróżka.

Odwracam się, sięgam po telefon i wybieram numer na posterunek w Norton.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

 

 

Gwen

 

Nie jestem szczególnie zdziwiona, że gliniarze nie znajdują niczego sensownego.

Wydłubali nabój, który wbił się w oparcie fotela, ale niewiele z niego zostało. Technik kryminalistyczny, którego znam i cenię ze względu na kompetencje, nie uważa, by byli w stanie wiele zrobić.

Po strzelcu nie ma ani śladu. Albo – inaczej rzecz biorąc – śladów jest aż za dużo. W tych lasach często polują myśliwi.

Młody policjant, który nas przesłuchuje, jest nieznanym mi z widzenia umundurowanym funkcjonariuszem. Wydaje się niewiele starszy od mojej córki. Choć sili się na profesjonalizm, brzmi raczej protekcjonalnie.

– Pani Proctor, rozumiem, że jest pani przekonana o swojej racji, ale właśnie rozpoczął się sezon na sarny…

– W trakcie którego strzela się ze sztucerów! – przerywam mu, bo jestem poważnie wkurzona. – Niech pan da spokój. Widziałam celownik laserowy! To nie była broń na sarny.

– Proszę pani, sam fakt, że ktoś jest kiepskim strzelcem, nie oznacza, że miał tutaj jakiekolwiek złe zamiary. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to był po prostu wypadek. Na szczęście nikomu nie stała się krzywda.

Moją twarz wykrzywia grymas. Zanim jednak wypowiadam kolejne słowa, Sam kładzie mi dłoń na ramieniu.

– Dziękujemy panu. Wszystko będzie dobrze. Gdybym tylko mógł poprosić o raport dla mojej firmy ubezpieczeniowej…

– Oczywiście – odpowiada chłopak i uśmiecha się do Sama. Jakżeby inaczej. – Cieszę się, że pan to zrozumiał, sir.

Komunikat odebrany. To Sam jest tutaj dorosłym, a ja tylko rozhisteryzowaną babą. Mam ochotę strzelić gówniarzowi w pysk. Oczywiście tego nie robię. Zaciskam zęby. Jestem zaskoczona, że na tym etapie jeszcze jakiekolwiek mi zostały.

Sam najwyraźniej wie, w jakim jestem stanie, bo żegna policjanta słowami „dziękujemy za przybycie” tak neutralnym tonem, jaki tylko udaje mu się przyjąć. Policjant idzie się naradzić z technikiem kryminalistycznym, który słyszał naszą wymianę słów i rzuca mi przepraszające spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: „Nic nie poradzisz”.

Odwracam się do Sama.

– Serio?

– Serio – odpowiada. – Odpuść parę, Gwen. Kłótnia z glinami nikomu nie wyjdzie na dobre.

Ma oczywiście rację, choć mam szczerą ochotę się z kimś pokłócić. Nie ma jednak wokół żadnych kandydatów poza ludźmi, których kocham, biorę więc kilka oddechów. – Okej. Jak sądzisz, kto to mógł być?

– Jeśli miałbym zgadywać, to jeden z Belldene’ów.

Właśnie takiej odpowiedzi się spodziewałam. Belldene’owie to zżyta miejscowa rodzina, którą można by określić mianem paramilitarnej i przestępczej. Sam miał już z nimi kilka nieprzyjemnych scysji, zawsze w obronie kogoś innego.

Nie spotkałam się jeszcze z żadnym z nich twarzą w twarz, choć ich reputacja jest znana i dobrze udokumentowana w aktach policji w Norton i stanu Tennessee. Specjalizują się w handlu różnego rodzaju opiatami. Chodzą pogłoski, że mają w kilku hrabstwach zaprzyjaźnionych lekarzy, którzy organizują im recepty, ale niczego dotąd im nie udowodniono. Wystarcza im pewnie niewielkie laboratorium do sporządzania metamfetaminy na boku.

Przywykłam już do nękania ze strony innych. Przeżyłam kilka lat nieustannych gróźb internetowych mścicieli. Zorganizowanych grup, takich jak Zagubione Anioły, zrzeszające krewnych i przyjaciół ofiar mojego byłego męża. Rozmaitych popaprańców, którzy wychwalali Melvina pod niebiosa i chcieli albo się do mnie zbliżyć, albo mnie zabić. Stalkerów, którzy uważali, że moje dzieci mogą wyrosnąć na seryjnych morderców. Mam całe mnóstwo wrogów, ale to jest coś zupełnie innego. Tym razem był to ktoś, kto mieszka w odległości przejazdu samochodem, ktoś, kto może zjawić się w szkole moich dzieci, w pracy mojego partnera czy naszym sklepie spożywczym.

Albo w naszym domu.

Zazwyczaj reaguję dość agresywnie na wszelkiego rodzaju pogróżki, jednak Sam zdołał mnie przekonać, że Belldene’owie traktują ich konflikt jak zawody sportowe. Cokolwiek się uczyni przeciwko jednemu z nich, przypomina to uderzenie kijem w gniazdo wściekłych szerszeni. Teraz zarzucają nam przynętę.

Nie mogę sobie pozwolić na jej ugryzienie.

Mimo to trudno jest mi też odpuścić.

– W takim razie…

– Nie robimy niczego – kończy za mnie i rzuca mi aż nadto znajome spojrzenie. – W porządku?

– Może.

– Gwen.

– On mógł cię zabić.

– Gdyby chciał mnie zabić, to już byłbym martwy – protestuje. – Jeśli to się nie skończy, będziemy działać. Na razie jednak facet szuka pretekstu, więc nie dawajmy mu go. Okej?

Przytakuję głową. Żadne z nas nie wie, którym z nich jest ów on. Belldene’ów jest bardzo wielu i przypuszczam, że każdy z nich doskonale radzi sobie z karabinem. Jeden z nich jest snajperem szkolonym w armii, ale to nie oznacza, że to właśnie z nim mieliśmy dziś do czynienia.

Mam wrażenie, że trzymają go w odwodzie na wypadek zaognienia się sytuacji.

Odprowadzam dzieci do autobusu, szczególnie uważna na wszystko, co dzieje się dookoła, ale wsiadają do niego bez żadnych incydentów. Policja w końcu odjeżdża sprzed naszego domu. Sam usuwa uszkodzoną szybę z drzwi samochodu i informuje, że zadzwoni z pracy do serwisu w sprawie naprawy. Tym razem nasz pocałunek na do widzenia jest dłuższy i mocniejszy.

Powróciliśmy do słodkiego i przyjemnego stanu pełnego zaufania. Nigdy nie było nam łatwo. Sam jest bratem jednej z ofiar Melvina i zawsze będziemy mieli to gdzieś z tyłu głowy, podobnie jak fakt, że pomagał niegdyś Zagubionym Aniołom, jednej z najaktywniejszych grup moich prześladowców.

Teraz traktują Sama jak zdrajcę i wciąż uważają, że byłam współwinna zbrodni mojego byłego męża. Ale ja znam Sama. Ufam mu bezgranicznie w odniesieniu do tego, co dla mnie najcenniejsze – moich dzieci – i robię to moim pełnym blizn i strachu sercem.

Czasami mnie to przeraża. Świadomość, że pozwalam komuś tak bardzo się zbliżyć, że oddaję mu kontrolę nade mną… jest to zarówno emocjonujące, jak i przerażające. W takich momentach jak te jest to także niezwykle cenne.

Przesyłam ukończone raporty, zdjęcia i dane finansowe ze sprawy Kingstona mojej szefowej J.B. Hall, która jest właścicielką prywatnej agencji detektywistycznej, a zarazem mądrą i twardą kobietą. Potwierdza odbiór i obiecuje zająć się wszystkimi tymi dokumentami i znaleziskami, a następnie w miły sposób przedstawić ostateczny raport klientowi. Dla zarządu tamtej firmy nie będzie to jednak nic miłego, choć usłyszeli już zapewne o aresztowaniu Kingstona.

Cieszę się, że ta sprawa nie dotyczy mnie samej. I tak wiodę już dość dramatyczne życie.

Uświadamiam sobie, że J.B. przysłała mi kolejne zlecenie. Otwieram jej wiadomość.

„To dość dziwne”, pisze. „Nierozwiązana sprawa zaginięcia młodego człowieka. Można by pomyśleć, że zwrócili się z tym do nas rodzice, ale tak nie jest. Klientem jest fundacja non profit. Być może w imieniu rodziców? Nie mamy pewności, więc działaj ostrożnie. Sprawa jest na tyle niejasna, że tak naprawdę musimy na dzień dobry sprawdzić wszystkich. Na dodatek dotyczy twojej okolicy. Rzucisz okiem?”.

Pobieram plik załącznika, dość skromny raport policyjny na temat zaginionej osoby: młody chłopak, który znikł z baru w trakcie wieczoru z przyjaciółmi. Student ostatniego roku na Uniwersytecie Tennessee w Knoxville. Fakty są dość ogólnikowe. Remy Landry, lat dwadzieścia jeden, biały, urodzony w Luizjanie.

W pewien piątkowy wieczór wybrał się z szóstką przyjaciół do dwóch różnych barów. Kiedy w końcu wszyscy odnaleźli się w tłumie w drugim barze, okazało się, że Remy’ego brakuje. Znajomi założyli, że spotkał kogoś i opuścił lokal, choć niepokojący był brak reakcji na wiadomości i telefony. Miał własny samochód, który znaleziono zaparkowany i zamknięty na parkingu kampusu. Logiczne – do baru pojechał z przyjaciółmi.

Materiał z kamer monitoringu dołączony do pliku pokazuje Remy’ego w pierwszym barze. Na filmie widać go zamawiającego drinki, tańczącego, rozmawiającego z dziewczynami. Kiedy na niego patrzę, czuję dziwny chłód w żołądku: to przystojny chłopak z ładnym uśmiechem, silny i wysportowany. Wygląda, jakby odnosił w życiu same sukcesy. Dziwne jest jedynie to, że ma ze sobą plecak. Zastanawiam się, czy właśnie z tego powodu policja założyła motyw ucieczki.

Nie ma zbyt wiele materiału z drugiego baru, widać jednak Remy’ego i pozostałych, a potem wychodzących z lokalu przyjaciół. Do pliku dołączono informację, że przy tylnym wyjściu nie ma kamery monitoringu, ale że sprawdzono każdą minutę nagrania z frontu. Remy przyszedł, ale nie wyszedł, przynajmniej nie tymi drzwiami. I zabrał z sobą ten plecak.

Policja przeszukała dokładnie klub i niczego nie znalazła. Nie zadziałali oczywiście natychmiast, lecz po kilku dniach. Nikt nie traktuje zaginionych studentów – w szczególności chłopaków – zbyt poważnie, szczególnie gdy nie wracają do domu z baru. Nie w sytuacji, kiedy nie ma oczywistych dowodów przestępstwa.

Zanim uznano, że sprawa stanowi problem, nie było go już od dłuższego czasu. Remy rozpłynął się w powietrzu. Żadnych poszlak, żadnych świadków, których policja mogłaby zlokalizować.

I właśnie wtedy zauważam datę zniknięcia.

Trzy lata temu.

Piszę wiadomość do J.B.

„Sprawa jest już bardzo stara. Mamy jakieś nowe tropy?”

Minutę później dzwoni moja służbowa komórka, odbieram więc połączenie i słyszę ciepły, stanowczy głos J.B.:

– Pytasz o nowe tropy w sprawie Remy’ego Landry. Nie mamy niczego. Szczerze mówiąc, policja przeprowadziła całkiem przyzwoite śledztwo. Nie jestem pewna, co to za organizacja non profit, która płaci nam za pracę, ale wygląda mi na związaną z Kościołem. Właśnie to sprawdzałam.

– Brzmisz, jakbyś miała złe przeczucia – zauważam. Znam dobrze J.B. i wiem, że ma wyjątkowy instynkt.

– Bo mam. Mimo to… coś się przytrafiło temu młodemu człowiekowi. Niezależnie od tego, kto wykłada kasę, odkrycie prawdy dobrze zrobiłoby jego rodzicom. – Wzdycha. – Ty też jesteś matką, sama wiesz, jak to jest.

Wiem. Na samą myśl, że jedno z moich dzieci mogłoby zaginąć bez śladu… budzę się po nocach. Wiem dobrze, jaka ciemność czyha na zewnątrz.

Znam drapieżniki, które czają się w niej jak rekiny.

– Na początek mogę pogadać z rodzicami – informuję. – Mieszkają w Luizjanie?

– Matka mieszka w Knoxville, dlatego wysłałam to tobie. Ojciec nadal mieszka w ich starym domu w Luizjanie. Prowadzi tam firmę.

Kiwam głową.

– Na wypadek, gdyby chłopak zjawił się w rodzinnym domu – stwierdzam. – W takim razie najpierw porozmawiam z matką.

– Stąpaj ostrożnie i bądź delikatna. Ich małżeństwo się sypie. – To również nic zaskakującego. Wiele par rozpada się po zaginięciu lub śmierci dziecka. Szczególnie jedynaka, takiego jak Remy Landry.

– Będę uważała. Czy kiedykolwiek natrafili na coś jeszcze? Coś, co nie znalazło się w aktach?

– Nie. Żadnych śladów po połączeniach telefonicznych, wieści od znajomych czy bywalców baru. Nikt niczego nie widział. Jak już powiedziałam… to dość frustrujące. Taka gonitwa za własnym ogonem. Jeśli jednak możemy zaoferować tej rodzinie odrobinę komfortu…

Nie lubię być niczyją ostatnią deską ratunku.

– A jeśli nie znajdę niczego nowego?

– Być może to również będzie swego rodzaju odpowiedzią. Może wtedy w końcu odpuszczą – mówi. – Czasami nasza praca sprowadza się do wypełnienia formularza i skasowania pieniędzy. I tak bywa, Gwen, czy ci się to podoba, czy nie.

– No dobrze – odpowiadam. – Sprawdzę wszystko jeszcze raz. – Waham się przez chwilę. – A… jeśli na coś natrafię?

– Mam szczerą nadzieję, że nie, chyba że będzie to prawdziwy przełom w sprawie, który pozwoli nam go odnaleźć. Chciałabym jednak zapewnić tym rodzicom spokój ducha, w taki czy inny sposób. Jeśli na coś trafisz, uderzaj do mnie i razem zastanowimy się, co z tym zrobić.

– Nie wierzysz, że on żyje, prawda?

– Trzy lata bez żadnego potwierdzonego kontaktu, bez korzystania z kart kredytowych i telefonu? Jaki młody chłopak tak robi?

– Żadnych problemów w rodzaju choroby psychicznej? Narkotyków?

– Czasami coś tam wypalił, jak większość dzieciaków z college’u. Ale żadnych problemów psychicznych. Cokolwiek mu się przytrafiło, nie wierzę, że przeżył nagłe załamanie psychiczne przed kontuarem w barze.

Ma oczywiście rację.

– Rzecz jasna będziesz starała się wybadać, kto nam za to płaci, tak?

– Jak najbardziej. Skontaktuję się z tobą, kiedy tylko czegoś się dowiem.

Dziękuję jej za pomoc, rozłączam się i zabieram do pracy.

Remy Landry sprawia wrażenie normalnego chłopaka, jak na swój wiek. Nieco narwany, ale nic nietypowego. Złamał w życiu kilka serc, jednak gniew i niechęć żadnej z dziewczyn nie wykraczał ponad normę. Jak powiedziała J.B., jego znajomi przyznali się do trawki palonej w klubie, jednak Remy o siebie dbał. Cokolwiek brał czy pił, robił to z umiarem. Oglądam jego selfie i filmy opublikowane w mediach społecznościowych. Przystojny chłopak o promiennym uśmiechu, sprawiający wrażenie kogoś, kto nigdy nie wątpił we własny sukces. Uwielbiano go. Jego przyjaciele wyraźnie cieszyli się z jego towarzystwa.

Co sprawia, że ktoś taki znika z zatłoczonego baru o pierwszej w nocy? Instynkt podpowiada mi natychmiast „dziewczyna”, ale na filmie nie widzę, żeby poświęcał którejś szczególną uwagę.

Przez kilka godzin przeczesuję akta, sporządzam notatki, po czym jeszcze dwukrotnie odtwarzam materiał z kamer monitoringu. J.B. zanotowała, kiedy chłopak pojawia się na nagraniu, loguję się jednak do chmury i oglądam pełny zapis od momentu, kiedy Remy i jego przyjaciele przyjeżdżają do klubu. Chcę obejrzeć uważnie każdą sekundę nagrania z każdej kamery. Może ktoś coś przeoczył. Może kręcił się przy nim ktoś podejrzany. Nie wiem, czego szukać, ale jestem pewna, że będę wiedziała, kiedy to zobaczę.

Problem w tym, że nie widzę niczego.

Kiedy o czternastej dzwoni mój prywatny telefon, jestem już zmęczona, obolała i senna. Zatrzymuję odtwarzany materiał i sięgam po komórkę, ponieważ tak czy inaczej mam już ochotę na przerwę. Sprawdzam numer.

Dzwoni mój syn. Nigdy nie kontaktuje się ze mną ze szkoły, jeśli sytuacja nie jest poważna – zwykle dotyczy to Lanny, która częściej niż Connor wpada w tarapaty.

Odbieram połączenie, czując, że moje serce bije już znacznie szybciej.

– Connor? Co się stało?

Słyszę jakieś głosy, ale żaden z nich nie należy do mojego syna. Wtedy odzywa się jakaś dorosła kobieta.

– Pani Proctor? – Sprawia wrażenie wystraszonej. Cały świat wokół mnie zaczyna wirować. To nie brzmi dobrze.

– Czy z moim synem wszystko w porządku? – pytam szybko, pełnym obawy głosem.

– Tak – odpowiada. – Cóż, mniej więcej. Nazywam się Prowd, jestem jego…

– Nauczycielką historii – rzucam pospiesznie. Czuję suchość w ustach i mocno zaciskam dłoń na telefonie. – Co się stało?

– Podczas naszych ćwiczeń doszło… do scysji…

– Jakich ćwiczeń? – pytam i zaraz sobie przypominam. Czuję, jakby rozstąpiła się pode mną podłoga. Powinnam była to wiedzieć. Dzisiejsza niechęć Connora do pójścia do szkoły ma teraz sens. Ostrzegano mnie, ale pomyliłam datę. O mój Boże.

Dziś w szkole odbywały się ćwiczenia dotyczące ataku strzelca.

– Bardzo mi przykro, powinnam była z nim o tym porozmawiać – mówię do kobiety na drugim końcu linii. – Jeśli zachował się nieodpowiednio, porozmawiam z nim w domu. Wybiera się do terapeuty w…

Słyszę, że nauczycielka bierze głęboki oddech.

– Connor został zabrany do szpitala.

– Słucham? – Wstaję tak gwałtownie, że krzesło odjeżdża na kółkach i uderza o ścianę. Ledwie to rejestruję. Ściskam telefon tak mocno, że jego krawędzie wrzynają mi się w skórę. – Coś mu się stało?

– Może mieć złamany nos – odpowiada. – Trzech wzięło w tym udział.

– Udział w czym?

– W sali doszło do bójki – wyjaśnia. – Przykro mi…

– Który szpital? – pytam, choć to niemądre. W miasteczku jest tylko jeden. – Norton General.

– Tak, proszę pani. Naprawdę bardzo mi przykro. Próbowałam…

Rozłączam się, choć jeszcze słyszę jej głos. Biegnę do drzwi, chwytam po drodze kluczyki i torebkę, po czym wbijam kod alarmu, żeby go wyłączyć.

W połowie drogi do samochodu zauważam lśniące kawałki szkła na chodniku i poniewczasie przypominam sobie, że jestem w tym miejscu jak na tarczy. Zatrzymuję się. Skręcam w stronę linii drzew i robię niespiesznie półokrąg. Jeśli Belldene’owie mnie obserwują, chcę, żeby wiedzieli, że się ich nie boję.

Ale nawet jeśli ktoś tam jest, nie daje mi o tym znać.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

 

 

Connor

 

Znów mam ten sen. Ten z uzbrojonym mężczyzną, który mnie ściga. Słyszę jego kroki. Otacza mnie mrok. Próbuję uciekać, ale on zawsze jest blisko, nieważne jak szybko bym biegł. Nie pamiętam, jak docieram do domu, ale nagle jestem w środku, rozglądam się i widzę, że wszyscy są martwi. Mama leży na podłodze, Sam zwisa ze stołu. Nie widzę tak naprawdę Lanny, choć dostrzegam jej stopy wystające zza kuchennej wysepki. Wiem, że ona też nie żyje.

Wtedy czuję lufę broni przyłożoną do głowy – zimny, idealny okrąg. Rozlega się głos mojego nieżyjącego ojca:

– Zawsze cię znajdę, chłopcze.

Budzę się, dygocząc na całym ciele i chce mi się wymiotować.

Zawsze mam ten sen, kiedy w szkole organizowane są ćwiczenia dotyczące ataku strzelca. Nigdy nie powiedziałem o tym mamie, ponieważ nienawidzi tych ćwiczeń, całej tej ich koncepcji, choć jednocześnie chce, żebym wiedział, co robić. I nauczyłem się. Uciekać, ukrywać się, walczyć – słyszałem to już tyle razy, że zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na „naukę”.

Po raz pierwszy musiałem to zrobić w szkole w Massachusetts i nieszczególnie mnie to obeszło. Byłem jeszcze dzieciakiem i traktowałem to wszystko jak grę. Ale tutaj, w Tennessee, naprawdę się do tego przykładali, jakby szkolili nas do wojska.

Kiedy mama przyszła do mnie rano, okłamałem ją. Pomyślała o szkolnych tyranach i nie wyprowadziłem jej z błędu. Tak jest łatwiej. To coś, co potrafi zrozumieć. Sama dorastała w świecie, w którym człowiek czuł się w szkole bezpiecznie, a szkolną bandyterkę można było postawić na jednej półce z huraganami i pożarami.

Teraz tak już nie jest.

Poinformowali nas, że dziś odbędą się ćwiczenia, nie wiemy jednak, o której godzinie. Czekam więc na nie przez cały dzień, nie słuchając słów nauczycieli, nie zwracając na nic uwagi, szykując się na dźwięk alarmu, który poinformuje nas o konieczności zejścia do schronu.

W końcu ma to miejsce podczas lekcji historii. Słyszę syrenę i głos dobiegający z głośników: „Uwaga, to są ćwiczenia”.

Czuję, że znów zanurzam się w jakimś koszmarze. Siedzę w jasno oświetlonej sali z dwudziestoma innymi uczniami, ale czuję się, jakbym był sam w ciemności z potworem. Słyszę, jak nadchodzi. To jest on. Widzę martwych mamę, Sama i Lanny, tak jak we śnie.

Nauczycielka próbuje zachować spokój i każe nam realizować plan. Nie pamiętam żadnego planu. Nie pamiętam niczego. Przez cały czas myślę o śnie, o głosie ojca, który zapewnia mnie, że zawsze mnie znajdzie. Czy to się teraz dzieje? Czy znów wysłał kogoś moim śladem?

Wzdrygam się, bo w tej chwili to nie rozgrywa się już w mojej głowie – naprawdę słyszę strzały. I krzyki. To nie moja wyobraźnia, ale dobiegające zewsząd odgłosy.

Ludzie się przemieszczają, a ja tkwię w bezruchu. Uczniowie przesuwają ławki, żeby zablokować drzwi. Jeden z nich owija pasek wokół samozamykacza nad drzwiami, żeby je zablokować, podczas gdy dziewczyna drżącymi rękami dopycha do nich gumowe odbojniki, które mają chronić przed kopniakami.

W drzwiach zainstalowano niedawno nową zasuwę i słyszę kliknięcie, kiedy ktoś ją przesuwa. Jeszcze ktoś pospiesznie przykleja na oknie plakat, żeby osoby z zewnątrz nie mogły zajrzeć do środka. Zadrukowana strona plakatu jest skierowana do środka. Jerzy Waszyngton pokazuje nam uniesione kciuki, a kolorowe litery wokół niego informują, że HISTORIA JEST WSPANIAŁA.

Większość uczniów pochowała się już po kątach i stłoczyła razem. Niektórzy płaczą i krzyczą, ponieważ odgłosy strzałów są bardzo głośne, ale ja koncentruję się tylko na mojej krwawiącej na podłodze mamie. Na martwym Samie leżącym na kuchennym stole. Na nieruchomej stopie Lanny wystającej zza narożnika.

Słyszę w uchu głos ojca. Zawsze przyjdę po ciebie, chłopcze. Jesteś mój.

Czuję, jakbym spadał do czarnej dziury bez dna. Mam lodowate dłonie i nie mogę się poruszyć. Choć wciąż siedzę w ławce, mam wrażenie, że utknąłem w jakiejś klatce. Wołam do samego siebie, żeby się ruszyć z miejsca, ale nie potrafię tego zrobić.

Ktoś łomocze w drzwi z zewnątrz i próbuje je otworzyć.

Nauczycielka krzyczy coś do mnie, ale nie rozpoznaję pojedynczych słów. Słyszę tylko strzały. Krzyki. Nie mogę się ruszyć.

W tym samym momencie ktoś zjawia się tuż obok mnie i chwyta mnie za ręce. Chyba jednak dziś nie umrę, myślę sobie i bez zastanowienia podnoszę zszywacz, który leży pod ławką – pamiętam tylko, że mamy nimi rzucać w każdego, kto dostanie się do środka. Zamiast rzucić, zaciskam na nim dłoń i uderzam tego kogoś wystarczająco mocno, by poczuć w ręce przebiegający prąd. Nie przestaję. Znów go uderzam. Krzyczy, ale w końcu wszyscy krzyczą, a odgłosy strzałów wciąż odbijają się echem po korytarzach, więc myślę tylko: Mam go. Dopadłem go. Jestem już bezpieczny.

Wtedy rzuca się na mnie ktoś inny. Jego też uderzam. Sekundę później zostaję zrzucony na podłogę. Wszyscy wokół wrzeszczą. Ktoś kopie mnie w rękę, żebym wypuścił zszywacz, więc również zaczynam krzyczeć. Wołam „Przestań!” i w końcu tak się dzieje.

Koniec strzałów. Koniec wrzasków. Zapada cisza. Leżę zwinięty w kulkę na podłodze ze starego linoleum, teraz poplamionej krwią. Widzę obok siebie żółtą opaskę na włosy, rozbity telefon, podręczniki i przewrócony plecak. Podnoszę wzrok i napotykam surowe spojrzenia moich kolegów i koleżanek. Wszyscy na mnie patrzą.

Nauczycielka stoi nade mną i woła mnie po imieniu, ale nie reaguję. Nie wiem już, co mam robić. Zamykam oczy.

– To tylko ćwiczenia! – łka jeden z chłopaków leżących nieopodal na podłodze. Otwieram oczy i rozpoznaję go od razu. Nie jest strzelcem, a uczniem z mojej klasy. Nazywa się Aaron Moore, choć wszyscy wołają na niego Bubba. Przyciska dłoń do zakrwawionego policzka. Jedna z jego dłoni mocno napuchła. Drugi z moich kolegów leży obok niego. To Hank. Kwili cicho i przyciska obie ręce do szczęki. Z ust cieknie mu krew.

Leżący na podłodze między nami zszywacz też jest poplamiony krwią.

To moja wina.

Jestem potworem.

– Czy to prawdziwe strzały? – woła ktoś do naszej nauczycielki. Dzieciaki płaczą cicho i tulą się do siebie. – Czy ktoś naprawdę strzelał?

– Już wszystko w porządku. To tylko ćwiczenia, uspokójcie się wszyscy – odpowiada kobieta. Pochyla się nade mną i dotyka mojego ramienia. – Connor? Słyszysz mnie? – Czuję, że jej palce drżą. Nie odpowiadam. Nie chcę tego robić. – Brock, otwórz te drzwi. Biegnij po dyrektora Loughlina i powiedz mu, że potrzebny będzie ambulans. A nawet dwa. Szybko!

Brock to kościsty okularnik. Sprawia wrażenie przerażonego na śmierć, ale biegnie do drzwi i zaczyna odsuwać ławki. Ktoś mu pomaga. Dopiero po chwili udaje się im usunąć barykadę. Kiedy drzwi w końcu stają otworem, dociera do mnie, że zrobiłem coś naprawdę złego.

Ale słyszałem wystrzały. Prawdziwe wystrzały i prawdziwe krzyki. Nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje.

Odzywa się radiowęzeł i słychać czyjś głos:

– Uwaga, w szkole nie ma prawdziwego strzelca, powtarzam, nie ma prawdziwego strzelca. Do celów dzisiejszych ćwiczeń wykorzystaliśmy nagranie strzelaniny, żeby zasymulować warunki, w jakich moglibyście się znaleźć w przypadku rzeczywistego zagrożenia. Nie padły żadne strzały. Nauczyciele, proszę uspokoić uczniów i zachęcić ich do zastosowania strategii radzenia sobie ze stresem. Na tym kończymy dzisiejsze ćwiczenia. Dziękuję wszystkim.

On mówi „dziękuję”. Nie wiem dlaczego.

Słyszę płaczących kolegów i koleżanki, a chłopak, któremu złamałem szczękę – Hank Charterhouse – patrzy na mnie, trzymając się za zakrwawioną twarz. Echa wystrzałów w mojej głowie wciąż jeszcze nie ustały.

Nie mam żadnej strategii rdzenia sobie ze stresem.

Kiedy zaczynam płakać, nie potrafię przestać. Gdy wciągają mnie na nosze i ładują do ambulansu, dostaję zastrzyk i w końcu wszystko staje się ciche i spokojne. Przestaję walczyć, ale wciąż próbuję im powiedzieć, że on tu jest, choć dociera do mnie powoli, że się mylę. Nikogo tu nie ma. Tata wcale mnie nie gonił. Tata nie żyje.

Zaczynam nieustannie powtarzać słowa przeprosin, choć nie wiem, za co przepraszam. Czy nie powinienem stanąć do walki? Kazali nam przecież walczyć. Nie poddawać się. Nie dać się nikomu pokonać.

Dopiero po pewnym czasie wszystko w mojej głowie układa się w jedną całość i wiem już dokładnie, co zrobiłem. Czuję, jakbym połykał popiół i spadał z ciemnego urwiska do lodowatej wody.

Mam przechlapane. Wcześniej inni jakoś radzili sobie z moimi dziwactwami, ale teraz?

Odwaliło mi kompletnie na oczach całej klasy. Pobiłem dwóch kolegów. Jasne, byli dupkami, którzy wcześniej mnie popychali i obrażali, ale kiedy to wszystko się wydarzyło, nie wiedziałem nawet, kim są. Po prostu tam byli.

Nie mogę już nigdy wrócić do szkoły.

Nigdy w życiu.

 

 

 

 

 

 

Rozdział 4

 

 

 

 

 

Gwen

 

Mój syn jest ranny, a ja nawet nie wiem, jak poważne odniósł obrażenia. Ledwie pamiętam samą jazdę samochodem – nie koduję tego, co dzieje się dookoła, dopóki nie dojeżdżam do szpitala. Norton General to kanciasty, trzykondygnacyjny budynek z lat pięćdziesiątych, jeśli nie wcześniejszych. Tylko na nim potrafię teraz skoncentrować swoją uwagę. Zjeżdżam na parking w pobliżu izby przyjęć i nagle jestem już w środku, nie pamiętając nawet, czy zamknęłam SUV-a. Pewnie tak. Pamięć mięśniowa działa teraz lepiej niż ja sama. Serce tak mi łomocze w piersi, jakbym całą drogę ze Stillhouse Lake pokonała biegiem.

Pielęgniarka siedząca za biurkiem rzuca mi pytające spojrzenie. Sądząc po wyrazie jej twarzy, wie już dobrze, kim jestem: byłą żoną seryjnego mordercy, plamą kalającą dobre imię miasteczka. Ściągnięte wargi, uniesione brwi, zimne spojrzenie.

– Connor Proctor – rzucam. – Jestem jego matką.

– Sala numer cztery – odpowiada. Nie pytam o jego stan. Przeciskam się przez podwójne drzwi i zerkam na kolejne numery na drzwiach. W pierwszej sali leżą dwaj chłopcy, domyślam się, że to pozostali uczestnicy bójki. Towarzyszą im rodziny. W trójce zauważam miłą, starszą panią, która popiskuje cicho z bólu, kiedy pielęgniarka pobiera jej krew.

Mój syn znajduje się w pomieszczeniu po przeciwnej stronie. Czuję ogromną falę ulgi, bo jest przytomny, żywy. Spoczywa w pozycji półleżącej na szpitalnym łóżku i przyciska woreczek z lodem do napuchniętej twarzy. Kiedy odsuwa go, żeby na mnie spojrzeć, aż się krzywię. Niebawem oczy i nos będą czarnoniebieskie. Jeden z policzków jest czerwony i nabrzmiały. Zmuszam się do spowolnienia ruchów i uspokojenia. Podchodzę do jego łóżka i chwytam za wolną rękę. Ma posiniaczone i poharatane kostki. Śmierdzi maścią antyseptyczną, krwią i potem. Wciąż ma na sobie ubranie, w którym pojechał do szkoły, choć sweter jest już do wyrzucenia.

– Przepraszam – mamrocze. Odwraca wzrok, ale nie zabiera ręki. Przykładam mu dłoń do czoła. Wydaje się ciepłe, ale to temperatura typowa dla kogoś, u kogo w żyłach wciąż płynie adrenalina. Już niebawem się ochłodzi i będzie potrzebował koca.

– Co się stało? – pytam. Czuję się już lepiej. Tak, mój syn został pobity. Tak, mam ochotę obedrzeć ze skóry tamtych dwóch chłopaków. Ale jest przytomny, żyje i rozmawia. – Nie jestem zła, Connor.

– Ale będziesz.

To brzmi… złowrogo.

– Nauczycielka powiedziała, że doszło do bijatyki…

Odwraca się i patrzy mi prosto w oczy. W jego opuchniętych oczach widzę coś nieprzyjemnego.

– To nie była bijatyka. To moja wina. Wszystko przez ten… hałas. Słyszałem strzały, mamo. I krzyki.

Przechodzi mnie dreszcz.

– W szkole doszło do strzelaniny?

Kręci głową i krzywi się w reakcji na ból.

– Nie, to nie tak. Oni po prostu odtworzyli nagranie z odgłosami strzałów i krzyków. Przez głośniki. Żeby było bardziej realnie.

– Co zrobili? – Nie dowierzam. W pierwszej chwili jestem przerażona i aż się kurczę na myśl o tym, że postawili dzieci w takiej sytuacji. Potem czuję gniew, tak silny, że wydaje się trawić moje kości i palić szpik. Już wcześniej koncepcja wydarzeń z aktywnym strzelcem sprawiała, że czułam się niekomfortowo, nawet bez psychicznej traumy, którą Connor opisał. Fatalnie, że muszą ćwiczyć, jak należy reagować w obliczu zagrożenia, ale rozumiem to, wiem, co dzieje się na świecie. Ale żeby celowo ich straszyć? Jakiś popieprzony dupek uznał zapewne, że to ich wzmocni. Nie wzmocni. To nie są rekruci do armii. To nie są ludzie tacy jak ja, którzy zdecydowali się stawić czoła niebezpieczeństwu. To tylko przerażone dzieci, które próbują żyć bez strachu.

Przytulam mocno syna. Czuję, jak drży na całym ciele.

– Tak mi przykro – powtarza. – Ja… po prostu nie wiem, co się tam wydarzyło. Nie chciałem pozwolić, żeby mnie dotykali.

Oczywiście, że nie chciał. Mój syn jest twardy, ale również poturbowany przez zbrodnie ojca i nieustannie towarzyszący nam strach. Wielokrotnie już groziła mu śmierć. Cała ta trauma nie uczyniła go odpornym, nie w jego wieku. Sprawiła jednak, że podświadomie się bronił, a to oznaczało, że każdy, kto się do niego zbliży w takich okolicznościach, zostanie potraktowany jak poważne zagrożenie.

Nawet koledzy z klasy.

Nie potrafię tego zmienić. Uświadomienie mu, co tak naprawdę dzieje się w jego skomplikowanym umyśle, będzie wymagało jeszcze więcej czasu, terapii i cierpliwości. Ojcowska historia i trauma zaprogramowały mojego syna na przetrwanie. Znalezienie sposobów na utemperowanie tych instynktów będzie długim i trudnym procesem.

Ściskam jego dłoń, widzę, jak walczy ze łzami, i czuję coraz większe pretensje do samej siebie. Powinnam była to przewidzieć. Powinnam być aktywniejsza rodzinnie w okresie tych ćwiczeń związanych z atakiem strzelca. Obecnie w ciągu roku zaplanowano ich aż sześć. Moim zadaniem było to zrozumieć, a ja zawiodłam i nie odczytałam znaków.

Pamiętam, jak powtarzałam mu z przekonaniem, że wiem, co czuje. Wcale tak nie było. W jego wieku byłam znajdującą się wiecznie pod parasolem dziewczynką, dla której niebezpieczeństwo było koncepcją całkowicie abstrakcyjną, a perspektywa utraty życia wydawała mi się jedynie fikcją. Nie zrozumiem przez to nigdy, co on może czuć. Dorosły radzi sobie z czymś takim zupełnie inaczej niż trzynastolatek. Powinnam była o tym pamiętać.

Moje pełne niechęci do samej siebie rozmyślania przerywa ostry głos kobiety.

– Tu jest ten mały drań.

Odwracam głowę i widzę stojącą w progu szczupłą kobietę z kępą włosów na głowie i dużymi, niebieskimi oczami wypełnionymi gniewem. Wskazuje mojego syna. Wstaję, osłaniając go instynktownie.

Obok niej stoi masywny mężczyzna. Jest starszy, siwiejący i ma spłaszczony jak u boksera nos. Ciężki, ale potężny. Opuszcza głowę i zerka na mnie spode łba. Odpowiadam podobnym spojrzeniem, przenosząc wzrok to na nią, to na niego.

– Czego chcecie? – pytam, choć dobrze wiem.