Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 671

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Tajemnica Los Angeles - James Ellroy

"Trzecia część bestsellerowego pierwszego KWARTETU LOS ANGELES. Odkrywający tajemnice show biznesu sierżant Jack Vincennes, pozbawiony skrupułów Bud White i obsesyjne przywiązany do przepisów prawa Ed Exley muszą rozwiązać zagadkę masakry w nocnym barze. Każdy z policjantów poprowadzi je na własną rękę, bo każdy ma powody, by milczeć przed resztą… Sprawa, która z pozoru wygląda na robotę czarnoskórych oprychów, prowadzi prosto na sam szczyt skorumpowanych elit Los Angeles, zahaczając po drodze o pewną luksusową i bardzo oryginalną agencję towarzyską… Fascynująca wizja upadłego miasta będącego siedliskiem wszelkiej maści gangsterów, skorumpowanych polityków i stróżów prawa, handlarzy narkotyków, seryjnych morderców i psychopatycznych zwyrodnialców   – czyli Los Angeles oczami Jamesa Ellroya. „James Ellroy to jeden z największych współczesnych pisarzy kryminalnych, a także prowokator, skandalista i ekspert od prania amerykańskich brudów”. Wprost „Jak scharakteryzować pisarstwo Ellroya? To dosadność i ironia, to drobiazgowy opis materialnego świata, w którym obracają się postaci (niczym u Chandlera) i cięte dialogi. W jego książkach ludzie kuszeni przez Zło tracą niewinność, wielkie pieniądze zagłuszają wyrzuty sumienia, a miłość i męska przyjaźń rzadko wytrzymują próby, na jakie są wystawiane”. Jacek Szczerba, Gazeta Wyborcza"

Opinie o ebooku Tajemnica Los Angeles - James Ellroy

Fragment ebooka Tajemnica Los Angeles - James Ellroy

Tytuł oryginału:

L.A CONFIDENTIAL

Copyright L.A.CONFIDENTAL © 1990 by James Ellroy

Copyright © 2012 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2012 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Korekta: Anna Just, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-7999-674-2

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Mary Doherty Ellroy

Chwała, która kosztuje wszystko, nie znaczy nic.

STEVE ERICKSON

PROLOG21 lutego 1950

W opuszczonym motelu na wzgórzach San Berdoo Buzz Meeks zjawił się z dziewięćdziesięcioma czterema tysiącami dolarów, ośmioma kilogramami wysokiej jakości heroiny, dubeltówką, trzydziestkąósemką, automatem czterdziestkąpiątką i sprężynowcem, który kupił od Meksykanina na granicy – tuż przed tym, nim zauważył zaparkowany przy samej granicy samochód. To zbiry Mickeya Cohena w nieoznakowanym wozie Departamentu Policji Los Angeles, razem z glinami z Tijuany, szykowały się, by okraść go z towaru, a potem wrzucić ciało do rzeki San Ysidro.

Uciekał tak od tygodnia; wydał już pięćdziesiąt sześć patyków, żeby przeżyć: samochody, kryjówki za cztery, pięć tysięcy od nocy – normalne stawki za wysokie ryzyko. Właściciele knajp wiedzieli, że ma na karku Mickeya C. Za to, że ukradł mu heroinę i uwiódł jego kobietę, a policja z Los Angeles szukała go, bo zabił jednego z nich. Układy Cohena uniemożliwiały mu bezpośrednią sprzedaż towaru – nikt by go nie ruszył z obawy przed odwetem; najlepszym rozwiązaniem było powierzenie heroiny synom Doca Engleklinga – Doc przechowa ją, popakuje w porcje i sprzeda później, dzieląc zysk po połowie. Doc kiedyś pracował z Mickeyem i miał dosyć oleju w głowie, by się bać sukinsyna; jego ludzie za piętnaście patyków załatwili mu ten motel El Serrano i przygotowywali ucieczkę. Tego dnia o zmierzchu dwóch meksykańskich kurierów miało zawieźć go na pole fasoli i przerzucić do Gwatemala City liniami lotniczymi białego proszku. Za blisko dziewięć kilo hery nie był takim zwykłym biedakiem – pod warunkiem, że ufał chłopcom Doca, a oni kurierom.

Meeks ukrył samochód w sosnowym zagajniku, wyciągnął walizkę i rozejrzał się po okolicy.

Motel był w kształcie końskiej podkowy, na dwanaście miejsc, z tyłu pagórki – brak możliwości dostania się do niego stamtąd. Dziedziniec wysypany luźnym żwirem pokrywały gałązki, kawałki papierów i puste butelki po winie – kroki by chrzęściły, a opony miażdżyłyby drewno i szkło. Można było się tu dostać tylko z jednej strony – drogą, którą przyjechał – wysłani na rekonesans ludzie musieliby przedzierać się przez gęstwinę, żeby w ogóle móc strzelić.

Chyba że czekają już w jednym z pokoików.

Meeks chwycił swoją dubeltówkę i kopniakiem otwierał po kolei drzwi. Jedne, drugie, trzecie, czwarte – pajęczyny, szczury, łazienki z zapchanymi klozetami, zgniłe jedzenie, hiszpańskojęzyczne czasopisma – kurierzy prawdopodobnie trzymali tutaj swoich pobratymców przed wysłaniem ich do niewolniczej pracy na farmy w okręgu Kern. Szóste, siódme, bingo – stłoczone na materacach meksykańskie rodziny, wystraszone widokiem białego mężczyzny z pistoletem. „Spoko, spoko” – rzucił tylko, by siedzieli cicho. Reszta pomieszczeń była pusta.

Meeks sięgnął po torbę i postawił ją tuż przy wejściu do pokoju nr 12. Miał tu widok na dziedziniec i front budynku, a do tego materac ze sprężynami i wyłażącą z niego pianką, standard jak w najohydniejszej norze w Stanach.

Rozbierany kalendarz przytwierdzony był do ściany; Meeks otworzył na kwietniu i namierzył swoje urodziny. Wypadały w czwartek, modelka miała krzywe zęby, ale nie była ostatnia – przypomniała mu Audrey: eksstriptizerkę i ekskochankę Mickeya; powód, dla którego zabił glinę i zawłaszczył sobie heroinowy interes Cohena i Dragny. Przekartkował do grudnia, na przekór prawdopodobieństwu, że uda mu się dożyć do końca roku, i wtedy trochę się przestraszył: poczuł słabość w żołądku, dała o sobie znać pulsująca żyła na skroni i zaczął się pocić.

Było gorzej, niż sądził – czuł, że cały się trzęsie z nerwów. Położył swój arsenał na parapecie, wypchał kieszenie amunicją: nabojami do trzydziestkiósemki i automatu. Wcisnął sprężynowca za pasek, zakrył tylne okno materacem i z trzaskiem otworzył przednie, by wpuścić trochę powietrza. Powiew wiatru schłodził jego pot; wyjrzał i zobaczył meksykańskie dzieci biegające za piłką do baseballu.

Nie ruszał się z miejsca, choć Meksykanie zbierali się już na zewnątrz; wskazując na słońce, określali na jego podstawie czas, niecierpliwie czekali na przyjazd ciężarówki – choć to oznaczało ciężką pracę w polu za trzy posiłki dziennie i pryczę do spania. Zmierzchało powoli, a zbieracze fasoli trajkotali w najlepsze. Meeks zauważył, że dwóch białych mężczyzn – jeden gruby, drugi chudy – wchodzi na dziedziniec. Przyjaźnie pomachali rękoma, Meksykanie odwzajemnili gest. Nie wyglądali na gliny ani na zbirów Cohena. Meeks wyszedł na zewnątrz, trzymając za sobą dubeltówkę.

Tamci machali, szerokie uśmiechy miały oznaczać przyjazne zamiary. Meeks rzucił okiem na drogę – zielony sedan zaparkowany w poprzek, zasłaniający coś jasnoniebieskiego, zbyt błyszczącego, by było niebem za jodłami. Zauważył błysk metalicznej farby i wtedy zajarzył: Bakersfield, spotkanie z facetami, którzy potrzebowali czasu, żeby zdobyć pieniądze. I niebieskawy coupé, którego pasażerowie usiłowali go rozwalić chwilę później.

Meeks uśmiechnął się: przyjazny facet, przyjazne zamiary. Palec był na spuście. Rozpoznał już chudego, to Mal Lunceford, byczek z komisariatu w Hollywood – kiedyś wgapiał się w klientów w autobarze przy Scrivener’s Drive-in, z wyprężoną klatą, by chwalić się medalami. Ten otyły mężczyzna, stojący bliżej, powiedział: – Samolot czeka.

Wtedy Meeks zatoczył łuk dubeltówką, naciskając spust. Otyły mężczyzna dostał grubym śrutem i poleciał, zasłaniając Lunceforda – przewrócił go na ziemię. Meksykanie w popłochu rozpierzchli się we wszystkie strony; Meeks wbiegł do pokoju, usłyszał tłuczone szkło tylnego okna, szarpnął za materac. Cele były jak na dłoni: dwóch facetów, puścił im trzy serie z bliska. Zamienili się w krwawą masę, a szkło i krew zasłoniły kolejnych trzech powoli przesuwających się wzdłuż ściany. Meeks skoczył, padł na ziemię i wypalił w trzy pary zwartych nóg; jego wolna ręka gorączkowo macała wokół, napotkała rewolwer przy pasie martwego mężczyzny.

Z dziedzińca dotarły krzyki i odgłos biegnących po żwirze stóp. Meeks upuścił dubeltówkę, zatoczył się na ścianę, nad tamtymi, poczuł krew – kule świstały nad głową.

Głuche odgłosy rozległy się już blisko; miał dwa karabiny w zasięgu ręki. Meeks krzyknął: – Mamy go! – Usłyszał coś krótkiego w odpowiedzi, zobaczył ramiona i nogi wyłaniające się zza okna. Sięgnął po leżący bliżej karabin i dał się ponieść, obraz był obłędny: cele bez drogi odwrotu, wybuchające kawałki gipsu, zapalające się suche drewno.

Nad ciałami, przeskok w głąb pokoju. Drzwi wejściowe były ciągle otwarte; jego pistolety ciągle leżały na parapecie. Dobiegł go cichy, głuchy grzmot; Meeks zobaczył złożonego do strzału mężczyznę – mierzącego do niego zza materaca.

Rzucił się na podłogę, kopnął, chybił. Mężczyzna wystrzelił z bliska; Meeks wyciągnął sprężynowca, skoczył, dźgnął; migały mu obrazy i dźwięki: szyja i twarz, krzyk tamtego, strzały – rykoszety. Meeks przeciął mu gardło, podpełznął i nogą zamknął drzwi, ściskał swoje pistolety i tylko ciężko oddychał.

Rozprzestrzeniający się ogień: smażące się ciała, jodły; drzwi wejściowe jedyną drogą wyjścia. Ilu tam czeka, by go załatwić?

Znowu strzały z dziedzińca. Ostre serie wywalające kawałki ścian. Meeks dostał jednym w nogę, kula musnęła go w plecy. Rzucił się na podłogę, strzały nie ustawały, drzwi runęły na ziemię – znalazł się w krzyżowym ogniu.

Strzały umilkły.

Meeks wepchnął pistolet pod pachę i położył się w pozycji martwego człowieka. Sekundy mijały powoli; weszło czterech mężczyzn z karabinami. Szepty: – Martwe mięso… Bądźmy napraaawdę ostrożni… Popieprzony wieśniak… – Przekroczyli drzwi, nie było wśród nich Mala Lunceforda, podeszli bliżej.

Kopniaki w bok, ciężkie oddechy, szyderstwa. Stopa znalazła się pod nim. Jakiś głos powiedział: – Tłusty dupek.

Wtedy Meeks pociągnął za stopę; tamten przewrócił się do tyłu. Meeks obracał się, strzelając – bliskie cele, same trafienia. Czterech ludzi padło. Meeks widział teraz wszystko do góry nogami: dziedziniec, obracający się tyłek Mala Lunceforda. Potem głos za nim: – Cześć, chłopcze.

Dudley Smith przeszedł przez płomienie ubrany w gruby strażacki kombinezon. Meeks zobaczył swoją walizkę – dziewięćdziesiąt cztery patyki, hera – i przeskoczył ponad materacem.

– Dud, przyszedłeś nieźle przygotowany…

– Jak harcerz, chłopcze. Masz coś do powiedzenia na pożegnanie?

To było jak samobójstwo: kradzież towaru z transakcji, nad którą pieczę sprawował Dudley S. Meeks podniósł pistolet; Smith wystrzelił pierwszy. Meeks umarł, myśląc, że motel El Serrano wygląda zupełnie jak Alamo.

IKRWAWE ŚWIĘTA

1

Bud White w nieoznakowanym policyjnym wozie obserwował, jak na choince stojącej przed ratuszem migoce „1951”. Tylne siedzenie było zawalone alkoholem na imprezę na komendzie – efekt naciągania sklepikarzy przez cały dzień. Na rozkaz Parkera żonaci mężczyźni mieli wolne w Wigilię i Boże Narodzenie. Na służbie byli tylko kawalerowie, z czego grupę detektywów wysłano do ściągnięcia włóczęgów. Szef chciał spacyfikować miejscowych obwiesiów, by nie zepsuli przyjęcia burmistrza Bowrona dla pokrzywdzonych dzieci, zjadając wszystkie ciastka. Do tego jeszcze w poprzednie Boże Narodzenie jakiś porąbany Murzyn wyciągnął fiuta, odlał się do dzbanka lemoniady dla dzieciaków z sierocińca, a pani Bowron zaproponował: „Zabaw się ze mną, suko”. I tak swoje pierwsze święta jako szef Departamentu Policji Los Angeles William H. Parker spędził, transportując żonę burmistrza na pogotowie, by podano jej coś na uspokojenie. Dlatego w tym roku był już mądrzejszy i wystawił jego, Buda.

Tylne siedzenie pęczniało od alkoholu, a i on sam nie był zupełnie trzeźwy. Dyżurny policjant Ed Exley był sztywniakiem i mógł się wkurzyć, widząc stu gliniarzy zalewających się na komendzie. A Johnny Stompanato spóźniał się już dwadzieścia minut.

Bud włączył radio. Z szumów wyłaniały się informacje: kradzież w sklepie, napad na monopolowy w Chinatown. Drzwi od strony pasażera otworzyły się i Johnny wśliznął się do środka.

White włączył górne światło. Stompanato rzucił: – Wesołych świąt. A gdzie jest Stensland? Mam coś dla was obu.

Bud zmierzył go wzrokiem. Ten ochroniarz Mickeya Cohena od miesiąca miał wolne – Mickey dostał wyrok za uchybienia podatkowe, więzienie federalne, trzy do siedmiu lat na McNeil Island. A Johnny Stomp wrócił do usług manicure’u świadczonych po domach i prasowania tylko własnych spodni.

– Dla ciebie to sierżant Stensland. On ma w kieszeni nie tylko obwiesiów, ale i tych, co płacą za swoje bezpieczeństwo.

– Nie chrzań. Wolę styl Dicka. Wiesz o tym, Wendell.

Słodki był ten Johnny: śniada skóra, kręcone włosy gładko zaczesane do tyłu. Bud słyszał, że jest obdarzony przez naturę jak koń, ale i tak jeszcze wypychał sobie spodnie.

– Mów, co masz.

– Dick ma w sobie więcej uroku niż ty, policjancie White.

– A ty masz coś, co mnie podjara, czy chcesz tylko pogadać?

– Mnie to jara Lana Turner, a ciebie kolesie bijący żony. Poza tym słyszałem, że jesteś naprawdę słodki dla pań i niezbyt wybredny, jeśli chodzi o wygląd…

Bud ścisnął kostki dłoni i wypalił: – A ty pieprzysz się z ludźmi za szmal, a cała kasa, którą Mickey daje na cele charytatywne, i tak nie robi z niego nikogo więcej ponad handlarza herą i alfonsa. Więc to, że nie cackam się z bijącymi żony, nie znaczy, że zatrzymałem się na twoim poziomie. Kapujesz, zasrańcu?

Stompanato uśmiechnął się nerwowo, Bud wyjrzał za okno. Mikołaj z Armii Zbawienia wysypał akurat na rękę monety z puszki przed sobą, patrząc błagalnie na sklep monopolowy po drugiej stronie ulicy. Stomp odezwał się po chwili:

– Słuchaj, ty chcesz informacji, a ja potrzebuję kasy. Mickey i Davey Goldman odsiadują swoje, a Mo Jahelka trzyma pieczę nad interesami pod ich nieobecność. Mo sam kiepsko przędzie i nie ma dla mnie roboty. Jack Whalen nie wynająłby mnie, nawet gdybym mu zapłacił, a do tego koperta od Mickeya też nie dotarła.

– Naprawdę? Przecież słyszałem, że Mickey odzyskał ten towar, który stracił w transakcji z Jackiem D…

Stompanato potrząsnął głową. – Źle słyszałeś. Mickey dorwał złodzieja, ale towaru nigdzie nie ma i ktoś zniknął ze stu pięćdziesięcioma kawałkami Mickeya. Tak, policjancie White, ja naprawdę potrzebuję szmalu. Więc jeśli ty wyszarpiesz coś z funduszu na informatorów, ja zapewnię ci superaresztowania.

– A może zacznij działać legalnie, Johnny. Jak każdy biały człowiek, jak ja i Dick Stensland…

Stomp parsknął lekko: – Mam zwykłego złodziejaszka za dwadzieścia albo złodzieja sklepowego, który bije żonę, za trzydzieści. I radzę ci się pospieszyć, bo po drodze widziałem tego faceta u Ohrbacha.

Bud wyjął dwudziestkę i dziesiątkę; Stompanato zagarnął je, mówiąc: – Ralphie Kinnard. Gruby blondyn koło czterdziestki. Nosi zamszową marynarkę i szare flanelowe spodnie. Bije żonę i sprzedaje ją, by pokryć swoje pokerowe długi.

Bud zapisał to. Stompanato rzucił jeszcze: – To wesołych świąt, Wendell.

Wtedy Bud chwycił go nagle za krawat i szarpnął, Stomp uderzył głową w deskę rozdzielczą.

– Szczęśliwego Nowego Roku, bydlaku.

Ohrbach’s był zatłoczony – kupujący kłębili się wokół lad i wieszaków z ubraniami. Bud, rozpychając się łokciami, dotarł na trzecie piętro, ulubione miejsce złodziei sklepowych: biżuteria, markowe alkohole. Lady zasłane były zegarkami; kolejka do kasy na trzydzieści osób.

White szukał blondynów, potrącany przez opiekunki domowe z dziećmi. Nagle błysk – jasnowłosy facet w zamszowej marynarce znikający w męskiej ubikacji.

Bud przepchał się przez tłum i wszedł do środka. Dwóch obwiesiów stało przy pisuarach; szare flanelowe spodnie opadły na podłogę w kabinie. Bud przykucnął, zajrzał do środka – bingo! – ręce pieściły biżuterię. Tamci zaciągnęli zamki i wyszli; Bud zastukał w drzwi kabiny.

– No, wychodź, święty Mikołaj do ciebie.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, wystrzeliła pięść. Bud dostał prosto między oczy, uderzył o umywalkę, przewrócił się. Spinki do mankietów przy twarzy zlały mu się w jedno z uciekającym Kinnardem. Otrząsnął się i już po chwili zaczął go gonić.

Drzwi, klienci blokujący drogę, Kinnard wymykający się przez boczne wyjście. Bud był za nim – wybiegł na zewnątrz, w dół po schodach przeciwpożarowych. Parking był czysty: żadnych ruszających pędem samochodów, ani śladu Ralphiego. Bud podbiegł do wozu i włączył radio: – 4A31 do centrali, z pytaniem.

Chwila ciszy, a potem: – Słucham, 4A31.

– Ostatni znany adres. Biały mężczyzna, imię Ralph, nazwisko Kinnard. Wydaje mi się, że K-I-N-N-A-R-D. Możesz szybko?

Głos przyjął; Bud zaczął stukać: bam-bam-bam-bam-bam. Radio zatrzeszczało: – 4A31, jesteś tam?

– Jestem.

– Mamy Kinnarda, Ralph Thomas, biały, data urodzenia…

– Tylko cholerny adres, mówiłem ci przecież…

Mężczyzna wydał jakby odgłos pierdnięcia: – To masz i wsadź go sobie do skarpety pod choinkę, dupku. Evergreen 1486 i mam nadzieję, że…

Bud szybko ruszył, skierował się w stronę City Terrace. Jechał siedemdziesiątką, cały czas trąbiąc, Evergreen miał w równe pięć minut. Numery 1200, 1300 zostały szybko w tyle i te od 1400 – domy z prefabrykatów przeważnie dla weteranów – już były w polu jego widzenia.

Zaparkował, podszedł do tabliczki z 1486 – ozdobiony sztukaterią budynek z neonowymi saniami Mikołaja na dachu. W środku paliło się światło; przedwojenny ford na podjeździe. A za oknem ze szlifowanego szkła Ralphie Kinnard krzyczał na kobietę w szlafroku. Kobietę o nalanej twarzy, koło trzydziestu pięciu lat. Odsunęła się od Kinnarda, jej szlafrok rozchylił się na boki. Piersi miała posiniaczone, żebra poobijane.

Bud zawrócił po kajdanki, zobaczył migoczące światełko swojego radia i rzucił: – 4A31 zgłasza się.

– Tu centrala, 4A31. Napaść na policjanta. Dwóch funkcjonariuszy zaatakowanych przed tawerną na Riverside 1990, sześciu podejrzanych na wolności. Zidentyfikowano ich na podstawie tablic rejestracyjnych i inne radiowozy zostały już powiadomione.

Buda przeszył dreszcz. – Źle z naszymi?

– Tak. Jedź na 53 Avenue 5314, Lincoln Heights. Zaaresztuj Dinardo, D-I-N-A-R-D-O, Sanchez, wiek dwadzieścia jeden, Meksykanin.

– Przyjąłem, a ty wyślij radiowóz na Evergreen 1486. Aresztowany biały mężczyzna. Mnie tam już nie będzie, ale jego zastaną. Powiedz im, że napiszę raport.

– Spiszą go na komisariacie w Hollenback.

Bud rozłączył się i wyjął kajdanki. Ruszył z powrotem do domu i do skrzynki z prądem – kręcił wyłącznikami, aż zgasły światła. Sanie Mikołaja dalej błyszczały, więc Bud złapał za kabel i szarpnął. Ozdoba spadła na ziemię, renifer wręcz eksplodował.

Kinnard wybiegł, potknął się o wystawioną nogę. Wtedy Bud założył mu kajdanki i walnął jego twarzą w chodnik. Ralphie jęknął, dławiąc się żwirem, a White wygłosił swoją standardową mowę do bijących żony: – Wyjdziesz za półtora roku i będę wiedział kiedy. Dowiem się, kto jest twoim opiekunem na zwolnieniu warunkowym, zaprzyjaźnię się z nim i potem przyjdę się z tobą przywitać. A jak ją jeszcze raz dotkniesz, to postaram się, byś trafił do pierdla oskarżony o zgwałcenie dziecka. Wiesz, co robią z gwałcicielami dzieci w Quentin? Co? Dotarło?

Światła zapaliły się – żona Kinnarda grzebała w skrzynce z korkami.

– Czy mogę iść do swojej matki? – spytała.

Bud opróżnił kieszenie Ralphiego – kluczyki, zwitek banknotów.

– Niech pani weźmie samochód i doprowadzi się do porządku. – Kinnard pluł zębami. Pani Kinnard wzięła od Buda kluczyki i dziesiątkę.

– Wesołych świąt… – rzucił jej jeszcze Bud.

Przesłała mu pocałunek i wycofała samochód, koła przejechały po migoczącym reniferze.

Na 53 Avenue dotarł bez sygnału. Czarno-biały radiowóz wyprzedził go i teraz dwaj niebiescy i Dick Stensland stali razem.

Bud przycisnął klakson, podszedł Stensland. – Co tu się dzieje?

Stensland wskazał na ruderę. – Tam jest na pewno jeden z tych poszukiwanych facetów, a może nawet jest ich więcej. Razem było chyba czterech Meksykańców i dwóch białych. Postrzelili naszych, Brownella i Helenowskiego. Brownell może mieć uszkodzony mózg, a Helenowski może nawet stracił oko.

– Dużo tych „może”.

Od Stensa czuć było gumę do żucia i gin. – Czepiasz się?

Bud wysiadł z samochodu. – Nie czepiam się. Ilu aresztowano?

– Nikogo. Pierwszych aresztujemy my.

– W takim razie powiedz niebieskim, żeby się nie ruszali.

Stens pokręcił głową. – To kumple Brownella. Chcą mieć udział.

– Nie, to nasza sprawa. Zapuszkujemy ich, spiszemy raport i jak się zmieni dyżurny, poszalejemy na całego. Mam trzy skrzynki whisky.

– Ale Exley jest jeszcze na służbie. On puszcza farbę i mogę się założyć, że nie spodoba mu się to picie.

– Tylko że Frieling jest jego szefem, a on jest takim samym pieprzonym moczymordą jak ty. Więc nie martw się o Exleya. A ja muszę jeszcze przedtem napisać swój raport, więc może się pospieszymy…

Stens roześmiał się. – Kolejna napaść na kobietę? Co masz: sześć dwa trzy, punkt pierwszy kalifornijskiego kodeksu karnego, tak? Czyli wychodzi na to, że ja jestem pieprzonym moczymordą, a ty pieprzonym aniołem.

– No i teraz jesteś tu najwyższy stopniem. Więc jak?

Stens zmrużył oczy; Bud ruszył do werandy z wyciągniętym pistoletem. W domu było ciemno, zaciągnięto zasłony; do uszu Buda dobiegła z radia reklama chevroleta. Dick kopniakiem otworzył drzwi.

Najpierw były krzyki, potem Meksykanin i Meksykanka rzucili się do ucieczki. Stens już mierzył do ich głów, ale Bud powstrzymał go od strzału. Minęli przedpokój, Bud pierwszy, zdyszany Stens za nim, zahaczając o meble. W kuchni kolejni Meksykańcy zastygli koło okna. Podnieśli ręce: brzydki młody Latynos i ładna dziewczyna, może w szóstym miesiącu ciąży.

Chłopiec przylgnął do ściany – profesjonalnie rozstawił ręce i nogi, żeby dać się zrewidować. Bud przeszukał go: dowód na nazwisko Dinardo Sanchez, same śmieci. Dziewczyna beczała; syreny wyły na zewnątrz. Bud okręcił Sancheza i kopnął go prosto w jaja. – Za naszych, Pancho. I wiedz, że ci się upiekło.

Stens trzymał dziewczynę. Ale Bud rzucił: – Znikaj stąd, skarbie. Nim mój przyjaciel sprawdzi twoją zieloną kartę.

„Zielona karta” wystraszyła ją: – Madre mia! Madre mia!

Stens zaciągnął ją do drzwi, Sanchez jęczał. Bud zauważył, że niebiescy kłębią się na podjeździe.

– Pozwolimy im wziąć Pancho…

Stens z trudem łapał oddech. – Należy się kumplom Brownella.

A gdy weszło dwóch młodych policjantów, Bud wyprowadził Meksykańca i nakazał: – Załóżcie mu obrączki i zamknijcie. Za napaść na policjanta i utrudnianie aresztowania.

Niebiescy wyciągnęli Sancheza na dwór.

– Ech, te twoje kobiety – rzucił Stens. – A kto po nich znajdzie u ciebie ochronę? Dzieci i psy?

Bud przypomniał sobie żonę Ralphiego – całą posiniaczoną na Boże Narodzenie.

– Już nad tym pracuję – odparł. – No, wystarczy, teraz weźmy się lepiej za butelki. Bądź grzeczny, to dam ci nawet jedną całą…

2

Preston Exley szarpnął za kotarę. Wśród jego gości rozległy się same zachwyty; urzędnik miejski zaczął klaskać, oblewając przy tej okazji jakąś damę grzanym piwem z jajkiem.

Dla Eda Exleya nie była to typowa policyjna Wigilia. Spojrzał na zegarek, 8.46, musi wytrzymać do północy.

Preston Exley wskazał na makietę. Zajmowała połowę sali: park rozrywki wypełniony górami z papieru, statkami kosmicznymi, miasteczkami z Dzikiego Zachodu. Postacie z kreskówek przy bramie: Myszka Moochie, Wiewiórka Scooter, Kaczor Danny – dzieci Raymonda Dieterlinga znane z mnóstwa filmów animowanych.

– Panie i panowie, prezentujemy wam Park Spełnionych Marzeń. Zbuduje go firma Exley Construction w Pomonie w Kalifornii, a otwarty zostanie w kwietniu 1953 roku. Będzie to najwspanialszy park rozrywki w historii, mały wszechświat, gdzie dzieci w każdym wieku będą mogły doświadczać dobrej woli i oddawać się zabawom, co marzyło się Raymondowi Dieterlingowi, ojcu współczesnych kreskówek. W Parku Spełnionych Marzeń znajdą się wszystkie jego ulubione postacie i będzie to oaza dla młodych, ale i tych starszych, lecz młodych duchem.

Ed wpatrywał się w ojca: zachowywał się, jakby miał czterdzieści pięć, a nie pięćdziesiąt siedem lat, był policjantem z długiej linii gliniarzy z posiadłości w Hancock Park, na jego skinienie politycy byli skłonni zrezygnować z Wigilii. Aplauz pośród gości przerwał mu rozmyślania.

Preston wskazał na pokrytą śnieżną czapą górę: – Oto Góra Paula, panie i panowie. Dokładna makieta góry w Sierra Nevada. A Góra Paula to ekscytujące zjazdy na toboganach, ze stacją narciarską, gdzie Moochie, Scooter i Danny będą odgrywać różne scenki dla całej rodziny. A któż to ten Paul, zapytacie? Paul był synem Raymonda Dieterlinga, jako nastolatek zginął tragicznie w 1936 roku. Podczas wycieczki pochłonęła go lawina. Z tej tragedii wzięła się nasza afirmacja niewinności. A każde pięć centów z każdego dolara wydanego na Górze Paula zasili konto Fundacji na rzecz Dzieci Chorych na Polio.

Znowu szalony aplauz. Preston skinął na Timmy’ego Valburna, aktora grającego Myszkę Moochie – ciągle podgryzającą ser swymi dużymi wystającymi zębami – a Valburn szturchnął mężczyznę obok; ten odwzajemnił się tym samym.

Art De Spain zauważył na sobie wzrok Eda, gdy Valburn zaczął swój stary tekst o Moochie. Ed pokierował De Spaina do holu.

– To prawdziwa niespodzianka, Art…

– Dieterling ogłasza to w Godzinie marzeń. Ojciec ci nie mówił?

– Nie, i nie wiedziałem, że zna Dieterlinga. Poznał go przy okazji sprawy Athertona? A może Wee Willie Wennerholm był jedną z dziecięcych gwiazd Dieterlinga?

De Spain uśmiechnął się. – Byłem wtedy ledwo podwładnym twego ojca i nie sądzę, by ścieżki tych dwóch wielkich ludzi kiedykolwiek się skrzyżowały. Preston po prostu zna osoby z towarzystwa. A swoją drogą, zauważyłeś tego faceta gadającego z naszą myszą, tego jego kumpla?

Ed pokiwał głową. – Kto to jest?

Wybuch śmiechu z sali sprawił, że przeszli do gabinetu.

– To Billy Dieterling, syn Raya. Jest operatorem w tym serialu Chlubna odznaka, który co tydzień wychwala pod niebiosa naszą ukochaną policję przed milionami telewidzów. Może Timmy kładzie na jego fujarę trochę sera, nim ją obciągnie…

Ed roześmiał się. – Art, jesteś, kurwa, nie do wygięcia.

De Spain umościł się w fotelu. – Eddie, powiem ci coś, jak eksglina do gliny: mówisz „kurwa”, a brzmi to jak u profesora uniwersytetu. A tak naprawdę nie jesteś „Eddiem”, tylko „Edmundem”.

Ed poprawił okulary. – Czuję, że zanosi się na wujowską radę: Na razie patroluj ulice, bo Parker taką samą drogą doszedł do komendanta. Będziesz powoli awansował, bo brak ci przebojowości i odpowiedniej prezencji, i tak dalej…

– Nie masz poczucia humoru. I czy nie możesz pozbyć się tych okularów? Mruż lepiej oczy albo co. Oprócz Thada Greena nie znam żadnego gościa z FBI, który by nosił okulary.

– Boże, jak ty tęsknisz za policją! Podejrzewam, że gdybyś mógł zamienić Exley Construction i te pięćdziesiąt patyków co miesiąc na etat początkującego gliniarza w policji LA, tobyś to zrobił.

De Spain zapalił cygaro. – Tylko pod warunkiem, że twój ojciec by się do mnie przyłączył.

– Tak po prostu?

– Tak po prostu. Byłem podwładnym inspektora Prestona i ciągle jestem człowiekiem numer dwa. Na równi z nim czułbym się lepiej.

– Gdybyś nie znał się na drzewie, Exley Construction w ogóle by nie istniało.

– Dzięki. I naprawdę pozbądź się tych okularów, bo… – urwał.

Ed podniósł zdjęcie w ramce: jego brat Thomas w mundurze – sfotografowany na dzień przed śmiercią. Potem dokończył za De Spaina: – Bo gdybyś był nowicjuszem, ukarałbym cię za niesubordynację.

– Ty też byś tak robił. A które miejsce zająłeś w egzaminie na porucznika?

– Pierwsze na dwudziestu trzech zdających. Byłem osiem lat młodszy od innych, najkrótszy staż w stopniu sierżanta i najkrócej w departamencie.

– I teraz chcesz pracować w biurze detektywów.

– Tak. – Ed odłożył zdjęcie.

– W takim razie musisz przygotować się na to, że minie pewnie rok, nim cię przyjmą. I musisz wiedzieć, że zaczniesz od patrolowania ulic i że przeniesienie do biura zajmie trochę czasu, i sporo trzeba będzie włazić innym w dupę. Masz dwadzieścia dziewięć lat?

– Tak.

– To będziesz porucznikiem w wieku trzydziestu albo trzydziestu jeden. Zapomnij o przekonaniu, że to młodzi się liczą. Ed, żarty na bok. Nie jesteś jednym z nich. Nie jesteś typem twardziela. Nie nadajesz się do biura. A komendant Parker swoim przykładem ustalił precedens dla funkcjonariuszy: nie ma dróg na skróty. Zastanów się nad tym.

– Art, ja chcę rozwiązywać sprawy – odparł Ed. – Jestem dobrze ustawiony i dostałem Krzyż Zasługi, co niektórzy by mogli zinterpretować jako cechę twardziela. Ja muszę mieć tę nominację do biura.

De Spain strzepał popiół z marynarki. – Możemy rozmawiać szczerze, chłopcze?

Ed zrobił się wyraźnie nieswój. – Oczywiście.

– Cóż… jesteś dobry, a z czasem mógłbyś być naprawdę dobry. I ani przez moment nie wątpiłem w twoje umiejętności bojowe. Ale twój ojciec był bezwzględny i dawał się lubić. A ty nie, więc…

Ed zacisnął ręce w pięści. – Więc, wuju Arthurze? Jak glina, który opuścił departament dla pieniędzy, do gliny, który by nigdy tego nie zrobił, jaka jest twoja rada?

De Spain wzdrygnął się. – No więc bądź pochlebcą i przyssaj się do właściwych ludzi. Całuj tyłek Williama H. Parkera i módl się, byś był we właściwym miejscu we właściwym czasie.

– Jak ty i mój ojciec?

– Dokładnie tak, mój chłopcze.

Ed spojrzał na swój niebieski mundur wiszący na wieszaku. Pognieciony, z jedną naszywką sierżanta.

– Awans jest już blisko, Eddie – powiedział De Spain. – Lepiej stulić uszy. Nie rozmawiałbym z tobą, gdybyś był mi obojętny.

– Wiem.

– A ty wolisz robić za bohatera wojennego…

– Są święta. – Ed zmienił temat. – Pomyślałeś o Thomasie?

– Cały czas myślę, że mogłem mu coś powiedzieć. Nawet nie otworzył wtedy kabury.

– Skąd mógł wiedzieć, że torebkowy złodziej będzie miał pistolet?

De Spain zgasił cygaro. – Thomas był nierozsądny. Nie chciał mi mówić o różnych rzeczach. Dlatego właśnie ciągle kusi mnie, by tobie prawić kazania…

– On nie żyje już od ponad dwunastu lat, a ja zrobię większą karierę w policji niż on.

– Już zapominam, że to mówiłeś.

– Nie, zapamiętaj to. Przypomnij sobie, kiedy będę już w biurze. I pamiętaj, kiedy ojciec będzie wznosił toast za Thomasa i matkę, tylko nie rób się ckliwy. To mu potem nie daje spokoju przez długie dni.

De Spain wstał, rumieniąc się, bo wszedł akurat Preston Exley z kieliszkami i butelką.

– Wesołych świąt, ojcze – powiedział Ed. – I gratulacje.

Preston napełnił kieliszki. – Dziękuję. Exley Construction ukoronuje prace nad autostradą Arroyo Seco zbudowaniem królestwa dla gryzonia, a ja już nigdy nie zjem ani kawałka sera. Wypijmy, panowie. Za wiekuisty odpoczynek mojego syna Thomasa i żony Marguerite, i za nas trzech.

Wychylili do dna i De Spain zajął się powtórzeniem kolejki. A wtedy Ed wzniósł ulubiony toast ojca: – Za wyjaśnienie przestępstw, które wymagają absolutnej sprawiedliwości.

Po kolejnych trzech kieliszkach Ed rzucił: – Ojcze, nie wiedziałem, że znasz Raymonda Dieterlinga…

Preston uśmiechnął się. – Na gruncie zawodowym znam go od lat. To na życzenie Raymonda Art i ja utrzymywaliśmy kontrakt w tajemnicy. Chce go ogłosić w tym swoim infantylnym programie telewizyjnym.

– Poznałeś go przy okazji sprawy Athertona?

– Nie, i oczywiście wtedy nie miałem firmy budowlanej. Arthur, masz jakiś pomysł na toast?

De Spain lubił krótkie: – Za nominację do biura dla naszego porucznika in spe!

Po chwilowym wybuchu radości Preston powiedział: – Joan Morrow pytała o twoje życie uczuciowe, Edmund. Wydaje mi się, że jest zdruzgotana…

– A widzisz kobietę z towarzystwa w roli żony gliniarza?

– Nie, ale mógłbym sobie wyobrazić jej małżeństwo z policjantem wysokiej rangi.

– Z szefem biura detektywów?

– Nie, myślałem raczej o szefie wydziału patroli.

– Wiem, ojcze, że to Thomas miał być szefem detektywów, ale on nie żyje. Nie odmawiaj mi tej szansy, nie każ żyć twymi starymi marzeniami.

Preston wlepił wzrok w syna. – Przyjąłem to do wiadomości i pochwalam twoje wybijanie się. Masz rację, takie były moje pierwotne marzenia. Ale prawdą jest, że nie wydaje mi się, byś ty miał wyczucie ludzkich słabości, co czyni człowieka dobrym detektywem.

A brat miał – ten matematyczny mózg zbzikowany na punkcie ładnych dziewczyn…

– A Thomas miał?

– Tak.

– Ojcze, ja bym zastrzelił tego złodzieja torebek w momencie, w którym sięgnął do kieszeni.

– Do diabła! – wtrącił się De Spain.

Preston go uciszył: – Nie denerwuj się. Edmundzie, kilka pytań, nim wrócę do gości. Pierwsze, czy podrzuciłbyś obciążający dowód podejrzanemu, o którym byś wiedział, że jest winny, po to, by na pewno został skazany?

– Musiałbym…

– Odpowiedz tak albo nie.

– Ja… Nie.

– A czy strzeliłbyś w plecy zatwardziałym uzbrojonym rabusiom, by wyeliminować możliwość, że udałoby im się potem wykorzystać wady systemu prawnego i ujść bezkarnie?

– Ja…

– Tak albo nie, Edmundzie.

– Nie.

– A byłbyś skłonny siłą wymusić zeznania z podejrzanych, o których byś wiedział, że są winni?

– Nie.

– A pomanipulować dowodami z miejsca zbrodni tak, by pójść na rękę prokuratorowi?

– Nie.

Preston westchnął, mówiąc: – W takim razie, na miłość boską, nadal zajmuj się zadaniami, w których nie musisz podejmować takich wyborów. Wykorzystaj nieprzeciętną inteligencję, którą Pan cię obdarzył.

Ed spojrzał na swój mundur. – Zrobię użytek z tej inteligencji jako detektyw.

Preston uśmiechnął się. – Detektyw czy nie, z pewnością nie brak ci uporu, którym Thomas nie grzeszył. Będziesz wyróżniającym się funkcjonariuszem, mój bohaterze wojenny.

Nagle zadzwonił telefon, De Spain podniósł słuchawkę. Ed pomyślał o japońskich okopach i nie mógł spojrzeć Prestonowi prosto w oczy.

– To porucznik Frieling z komendy – powiedział De Spain. – Mówi, że więzienie jest prawie pełne i że wczesnym wieczorem był napad na dwóch funkcjonariuszy. Dwóch podejrzanych jest w areszcie, a czterech pozostałych jeszcze na wolności. Mówił, żebyś się tam zjawił.

Ed odwrócił się do ojca. Preston stał już przy końcu korytarza i wymieniał dowcipy z burmistrzem Bowronem, którego głowa przystrojona była czapeczką z Myszką Moochie.

3

Na korkowej planszy były wycinki: „Antyheroinowy krzyżowiec ranny w strzelaninie”; „Robert Mitchum przyłapany podczas policyjnego nalotu na mieszkanie handlarza narkotyków”. A oprawione w ramki leżały na biurku artykuły z „Cicho Sza!”: „Ćpuny drżą, kiedy bezwzględni policjanci do walki z narkotykami wkraczają do akcji”; „Aktorzy potwierdzają: serial Chlubna odznaka jest realistyczny dzięki wyśmienitemu doradcy technicznemu”. W tekście o Odznace było zdjęcie: sierżant Jack Vincennes z gwiazdą serialu, Brettem Chase’em. Artykuł nie zajmował się brudami skrzętnie chowanymi w prywatnej kartotece wydawcy, że Brett Chase to pedofil z trzema zatuszowanymi oskarżeniami o sodomię.

Jack Vincennes rozejrzał się po sali Wydziału Narkotykowego – było cicho i ciemno, światło paliło się tylko w jego boksie. Brakowało dziesięciu minut do północy; obiecał Dudleyowi Smithowi, że przepisze na maszynie zwięzły raport dla wywiadu; obiecał też porucznikowi Frielingowi skrzynkę alkoholu na imprezę w komendzie – to Sid Hudgens z „Cicho Sza!” miał przyjść z rumem, ale nie zjawił się. A raport dla Dudleya spadł na niego, bo pisał sto znaków na minutę, i ta przysługa miała zostać odwzajemniona jutro lunchem z Dudem i Ellisem Loewem w Pacific Dining Car. Ta robota nad linią oskarżenia odwalana była po to, by przypodobać się prokuraturze okręgowej.

Jack zapalił papierosa i zaczął czytać.

Raport miał jedenaście stron, był bardzo elokwentny, bardzo w stylu Dudleya. A dotyczył działalności mafii w LA w czasie pobytu Mickeya Cohena w pudle. Jack zaczął przepisywać tekst na maszynie.

Cohen był w więzieniu federalnym na McNeil Island: trzy do siedmiu lat za unikanie płacenia podatku dochodowego. Davey Goldman, ekspert finansowy Mickeya, też tam był: trzy do siedmiu za sześciokrotną defraudację podatku federalnego. Smith przewidywał, że może dojść do zatargu między wysłannikiem Cohena, Morrisem Jahelką, a Jackiem „Mocarzem” Whalenem; skoro najważniejszy boss mafijny, Jack Dragna, został deportowany, tych dwóch mężczyzn wydawało się najbardziej prawdopodobnymi kandydatami do przejęcia kontroli nad udzielaniem pożyczek na wysoki kredyt, prostytucją, bukmacherami i nielegalnymi zakładami na wyścigach. Zdaniem Smitha, Jahelka był zbyt cienki, by wymagać nadzoru policyjnego; wydaje się też, że John Stompanato i Abe Teitlebaum, przyboczni twardziele Cohena, przestali wchodzić w konflikty z prawem. A Lee Vachss, płatny morderca zatrudniony przez Cohena, przeszedł do branży religijnej – sprzedawał specyfiki gwarantujące wywołanie doświadczeń mistycznych.

Jack pisał bez przerwy. Wnioski Duda, jego zdaniem, obrały zły tor: Johnny Stomp i Kikey Teitlebaum byli skrzywieni – nie byliby w stanie żyć w zgodzie z prawem. Wkręcił do maszyny nową kartkę.

Kolejny temat: rozejmowe spotkanie Cohen–Dragna w lutym 1950 roku – rzekomo skradziono jedenaście kilogramów heroiny i sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Do Jacka też dotarły różne plotki, że eksglina Buzz Meeks wyrolował ich podczas spotkania, uciekł i został zastrzelony koło San Bernardino – wykończyli go na spółkę zbiry Cohena i przekupieni policjanci LA. Mickey zawarł taki układ, bo Meeks puścił go z torbami i przeleciał jego kobietę. Gagatka rzekomo długo nie udawało się namierzyć. Teoria Dudleya: Meeks zakopał w nieznanym miejscu pieniądze i towar i został później zabity przez „osobę bądź osoby nieznane” – prawdopodobnie przez żołnierza Cohena. Jack uśmiechnął się: jeśli policja z LA miała coś wspólnego z zabójstwem Meeksa, Dud nigdy nie wskazałby na departament – nawet w raporcie do użytku wewnątrz policji.

Następne wnioski Smitha: pod nieobecność Mickeya C. działalność mafii uległa uśpieniu; Departament Policji LA powinien mieć oczy otwarte na nowe twarze interesujące się przejęciem starych zysków Cohena; miejsca, gdzie szerzyła się prostytucja, nie podlegały już jurysdykcji policji miejskiej, a interes miał błogosławieństwo biura szeryfa.

Jack wystukał na ostatniej stronie: „Z poważaniem, porucznik D. L. Smith”, gdy zadzwonił telefon.

– Narkotyki, Vincennes.

– To ja. Jesteś głodny?

Jack udał wkurzonego – o tyle to było łatwe, że Hudgens nie mógł się bronić. – Sid, spóźniasz się. Impreza już się zaczęła.

– Mam coś więcej niż wódę, mam dla ciebie propozycję zarobienia kasy.

– Mów.

– Słuchaj uważnie: Tammy Reynolds, jedna z gwiazd Żniwa nadziei, które wchodzi na ekrany jutro. Taki gościu, którego znam, właśnie sprzedał jej trochę trawy. To idealny pretekst, by ją aresztować. Akurat odlatuje sobie w najlepsze przy Maravilla 2245, Hollywood Hills. Ty ją aresztujesz, a ja opisuję to w następnym wydaniu. Dlatego że jest Boże Narodzenie, pozwolę rzucić okiem na moje notatki Morty’emu Bendishowi z „Mirrora”, więc i ty pojawisz się w dziennikach. Plus pięćdziesiątka i rum dla ciebie. Czy ja nie jestem pieprzonym świętym Mikołajem?

– A zdjęcia?

– Do bólu. Włóż niebieską bluzę, pasuje ci do oczu.

– Za stówę, Sid. Potrzebuję dwóch funkcjonariuszy po dwadzieścia na twarz i dychę dla strażnika w komisariacie w Hollywood. I ty wszystko przygotowujesz.

– Jack, jest przecież Boże Narodzenie!

– Nie, jest wykroczenie polegające na posiadaniu marihuany.

– Cholera jasna. Za pół godziny?

– Dwadzieścia pięć minut.

– Będę tam, ty pieprzony zdzierco.

Jack odłożył słuchawkę, zrobił znak X na kalendarzu. Kolejny dzień bez alkoholu, bez dragów – minęły już cztery lata i dwa miesiące.

Scena była już gotowa – ulica Maravilla zablokowana, dwóch w niebieskich mundurach koło packarda Sida Hudgensa, ich radiowóz na chodniku. Na ulicy było ciemno i cicho; Sid ustawił już sangan. Mieli widok na Boulevard – łącznie z chińskim sklepem Graumana – idealne miejsce na dobre ujęcie wstępne. Jack zaparkował i podszedł do nich.

Sid przywitał go pieniędzmi. – Siedzi w ciemności i chyba cały czas gapi się na choinkę. Drzwi wyglądają na słabe.

Jack wyciągnął swoją trzydziestkęósemkę. – Każ chłopcom schować alkohol do mojego bagażnika. Chcesz mieć Graumana w tle?

– To mi się podoba! Jackie, jesteś najlepszy na całym Zachodzie!

Jack zmierzył go wzrokiem: chudy jak strach na wróble, w wieku między trzydziestkąpiątką a pięćdziesiątką, facet, który o każdym wie coś kompromitującego. Albo wiedział o jego 24 października 1947 roku, albo nie; jeśli wiedział, to ich układ jest na całe życie.

– Sid, kiedy ją wyprowadzę przed drzwi, nie chcę tych cholernych reflektorów w oczy. Powiedz to swojemu fotografowi.

– Uważaj to za załatwione.

– Dobrze, no to odliczaj od dwudziestki.

Hudgens zaczął odliczać; Jack podszedł do drzwi i kopnął w nie. Rozbłysły reflektory, w salonie zrobiło się jasno: choinka, dwoje obejmujących się ludzi w majtkach. Jack krzyknął: „Policja!”, kochankowie zamarli; światło przeszło na pękatą torbę trawy na kanapie.

Dziewczyna zaczęła płakać, chłopak sięgnął po spodnie. Jack położył nogę na jego piersi, dodając: – Ręce, powoli.

Chłopak złączył ręce w nadgarstkach. Jack jedną ręką skuł go kajdankami. Wpadli niebiescy i zebrali dowody, Jack skojarzył twarz chłopaka z jego nazwiskiem: Rock Rockwell. Dziewczyna chciała uciec. Jack chwycił ją. Dwoje podejrzanych trzymanych za kark – za drzwi i po schodach w dół.

– Teraz Grauman, dopóki mamy światło! – wrzasnął Hudgens. Jack ustawił ich odpowiednio: ładni półnadzy młodzi ludzie w majtkach. Błysnęły flesze; Hudgens krzyknął: – Cięcie! Zbierać manatki!

Niebiescy przejęli inicjatywę: Rockwell i dziewczyna podeszli z płaczem do radiowozu. Zapaliły się światła w oknach; ciekawscy otworzyli drzwi. Jack wszedł z powrotem do domu.

Marihuanowa mgiełka – nawet po czterech latach to gówno jeszcze przyjemnie mu pachniało.

Hudgens otwierał szuflady, wyciągał wibratory, psie obroże ze szpikulcami. Jack znalazł telefon, sprawdził w książce adresowej, czy znajdzie jakichś dilerów – nic. Wypadła tylko wizytówka: „Fleur-de-Lis. Dwadzieścia cztery godziny na dobę – czegokolwiek zapragniesz”.

Sid zaczął coś mruczeć. Jack odłożył wizytówkę na miejsce. – Posłuchajmy, jak to brzmi.

Hudgens odchrząknął i zaczął: – Jest ranek Bożego Narodzenia w Mieście Aniołów i podczas kiedy przyzwoici obywatele śpią snem uczciwych, ćpuny szukają marihuany – rośliny, której korzenie tkwią w piekle. Tammy Reynolds i Rock Rockwell, gwiazdy kina z jedną nogą w Hadesie, palą trawkę w eleganckim lokum Tammy w Hollywood, nie wiedząc, że igrają z ogniem bez azbestowych rękawic, nie wiedząc, że przybywa ktoś, by ugasić ten ogień. To nieokiełznany, niepowtarzalny Wielki Vi, tropiący zbrodnie gwiazd Jack Vincennes, postrach palaczy trawki i ćpunów wszelkiej maści. To na podstawie informacji uzyskanej od anonimowego informatora, sierżant Vincennes, bla, bla, bla. Podoba ci się, Jackie?

– No, powiedziałbym, że bardzo subtelne.

– Nie o to tu chodzi. Mamy nakład dziewięćset tysięcy i ciągle rośnie. Chyba wcisnę też, że dwukrotnie się rozwodziłeś, bo żony nie mogły znieść twej misji, i że twoje nazwisko pochodzi od sierocińca w Vincennes, Indiana. Wieeelki Viiii…

W Narkotykowym miał swoje przezwisko: Puszka Jack. Przylgnęło do niego, kiedy przyskrzynił Charliego „Galernika” Parkera i wcisnął go do pojemnika na śmieci przed Klubem Zamboanga.

– Powinieneś grać w Chlubnej odznace. Miller Stanton to mój kumpel. Sam widzisz, jak nauczyłem Bretta Chase’a grać gliniarza. Bo niby jestem doradcą technicznym, coś w tym stylu.

Hudgens roześmiał się: – Brett ciągle woli małolaty?

– A coś się zmieniło i czarnuchom wolno tańczyć wszędzie?

– W żadnym wypadku. Dalej tylko na południe od Jefferson Boulevard. Dzięki za współpracę, Jack.

– Nie ma sprawy.

– Jasne. Zawsze miło cię widzieć.

– Ty pieprzony karaluchu, będziesz tu puszczał oko, bo wiesz, że możesz mnie zakapować temu cholernemu moraliście Williamowi H. Parkerowi, kiedy tylko zechcesz – za te wymuszenia pieniędzy w czterdziestym ósmym roku. I pewnie masz tak ustawione dokumenty, żeby samemu być czystym, a mnie dać ukrzyżować…

Hudgens puścił oko.

A Jack zastanawiał się, czy on naprawdę ma to wszystko na papierze.

4

Impreza trwała w najlepsze w głównej sali komendy. Darmowe trunki: szkocka, bourbon, skrzynka rumu, którą przyniósł Jack „Puszka” Vincennes. Działka Dicka Stenslanda w lodówce: whisky, butelka adwokata. Gramofon wypluwający z siebie sprośne kolędy bożonarodzeniowe: o Mikołaju i jego reniferze, co to obciągają i pieprzą się. Na parkiecie był tłok: niebiescy z nocnej zmiany, ekipa z centrali – wszyscy spragnieni po całym dniu uganiania się za włóczęgami.

Bud obserwował tłum. Fred Turentine rzucał lotkami w plakaty z podobiznami poszukiwanych; Mike Krugman i Walt Dukeshearer grali w „Nazwij tego czarnucha” – grę polegającą na zidentyfikowaniu Murzynów ze zdjęć z policyjnej kartoteki, dwadzieścia pięć centów za każde zdjęcie. Jack Vincennes pił wodę sodową; porucznik Frieling leżał nieprzytomny na swoim biurku. Ed Exley starał się trochę uciszyć ludzi, ale zrezygnował, poszedł do aresztu: wprowadzał dane więźniów, przeglądał raporty z aresztowań.

Prawie wszyscy byli pijani albo robili, co mogli, żeby się zalać.

Prawie wszyscy rozmawiali o Helenowskim i Brownellu – ci, którzy na nich napadli, byli już w areszcie, ale dwójka ciągle na wolności.

Bud stanął przy oknie. Dobiegały go strzępy rozmów: Brownie Brownell miał rozciętą wargę aż do nosa, jeden z Meksykańców oberwał Helenowskiemu lewe ucho. A Dick Stens podobno wziął broń i ruszył polować na Meksykańców. Nietrudno było mu w to uwierzyć: widział Dicka ze spluwą na parkingu.

Hałas robił się natarczywy – Bud wyszedł na parking i oparł się o radiowóz.

Zaczęło mżyć. Zamieszanie przy drzwiach do aresztu – to Dick Stens wprowadzał dwóch mężczyzn do środka w ferworze krzyków; Bud uważał, że Stens ma małe szanse na przepracowanie pełnych dwudziestu lat do emerytury: z nim w roli pilnującego, założyłby się jeden do jednego; bez niego, nawet dwa do jednego przeciw. Z głównej sali komendy dotarł tenor Franka Doherty’ego i płaczliwe Silver Wells.

Bud oddalił się od muzyki – sprawiała, że przypominała mu się jego matka. Zapalił papierosa, ale i tak o niej myślał.

Widział jej śmierć: szesnastolatek bez szansy, by zapobiec zabójstwu. Stary przyszedł do domu; musiał zapamiętać ostrzeżenie syna: jeszcze raz dotkniesz mamy, to cię zabiję. Spał z kajdankami na nadgarstkach i kostkach i na jawie widział, jak skurwiel zakatował jego matkę na śmierć metalowym prętem. Wrzeszczał jak opętany; został w pokoju przykuty razem z ciałem: przez tydzień, bez wody, majaczył – patrzył, jak jego matka się rozkłada. Znalazł go pracownik szkoły zaniepokojony jego nieobecnością; ludzie szeryfa LA znaleźli starego. Proces, linia obrony oparta na ograniczonej poczytalności, układ z prokuraturą i postawienie zarzutów tylko zabójstwa drugiego stopnia. Dożywocie, a po dwunastu latach stary dostał zwolnienie warunkowe. Jego syn – funkcjonariusz Wendell White z policji LA – postanowił go wtedy zabić.

Stary jednak zniknął, na zwolnieniu warunkowym; szukanie w miejscach, gdzie kiedyś zwykł bywać, nic nie dało. Ale Bud nie przestawał szukać i nie przestawał budzić się, słysząc krzyki kobiet. Zawsze sprawdzał, o co chodzi, kiedy usłyszał jakiś krzyk; zawsze były to tylko przytłumione hałasy. Kiedyś kopnął drzwi i w mieszkaniu znalazł kobietę, która oparzyła sobie rękę. Kiedyś trafił na parę kochających się małżonków.

Stary zniknął jak kamfora.

On awansował do biura, został partnerem Dicka Stensa. Dick wprowadził go w pracę, wysłuchał jego historii, powiedział, że wyrówna kiedyś rachunki. Po starym nadal nie było śladu, ale grzmocenie mężów bijących żony mogło uwolnić go od koszmarów. Bud wybrał wspaniały pierwszy cel: domowa sprzeczka, składająca skargę kobieta od dawna pełniła funkcję worka treningowego, a aresztowany był już wcześniej notowany. Zboczył z drogi na komisariat, spytał gościa, czy dla odmiany chciałby tak poszaleć z nim: bez kajdanek, jeśli wygra, odejdzie wolny. Tamten się zgodził; Bud złamał mu nos, szczękę i kopniakiem sprawił, że pękła mu śledziona. Dick miał rację: jego złe sny ustały.

A jego reputacja najtwardszego gościa w policji LA rosła.

Podtrzymywał ją; nie dawał za wygraną: telefony z groźbami, jeśli skurwiele zostali uniewinnieni, ostrzeżenia na przywitanie, gdy odsiedzieli trochę i wyszli na zwolnienie warunkowe. Zmuszał się do tego, by nie przyjmować seksualnych dowodów wdzięczności od pokrzywdzonych, i znajdował sobie kobiety gdzie indziej. Prowadził listę z datami procesów i zwolnień warunkowych i wysyłał skurwielom kartki pocztowe do więzień; wpływały skargi na jego brutalność, ale niczego mu nie udowodniono. Dick Stens zrobił z niego przyzwoitego detektywa; teraz on grał rolę pielęgniarki wobec swojego nauczyciela: dbał o to, by był chociaż na wpół trzeźwy na służbie, powstrzymywał go, kiedy chciał sobie postrzelać dla zabawy. Nauczył się nad sobą panować; Stens miał teraz mnóstwo złych nawyków: zadłużał się w barach, pozwalał włamywaczom uciec, jeśli dostarczyli mu interesujących informacji.

Muzyka w środku zaczęła dziwnie brzmieć – nie, tak naprawdę nie chodziło o muzykę. Bud usłyszał piski, krzyki z więzienia.

Hałas zrobił się dwa, trzy razy głośniejszy. Bud zobaczył ludzi pędzących z głównej sali do cel. Pomyślał: Stensowi odbija po wódzie – chce dołożyć tym, co dołożyli glinom. Pobiegł, z impetem wpadł przez drzwi.

Zatłoczony korytarz między celami, drzwi do nich pootwierane, formujące się kolejki. Exley krzykiem wzywający do porządku, wciskający się w tłum, ale bez rezultatu. Bud znalazł listę więźniów; haczyki przy „Sanchez, Dinardo”, „Carbijal, Juan”, „Garcia, Ezekiel”, „Chasco, Reyes”, „Rice, Dennis”, „Valupeyk, Clinton” – sześciu, którzy pobili policjantów, było w areszcie.

Obwiesie w celi dla pijaków krzykami podjudzali policjantów.

Stens wszedł do celi numer cztery, machając kastetem. Willie Tristano przygwoździł Exleya do ściany; Crum Crumley wyrwał mu klucze.

Gliniarze przechodzili z celi do celi. Elmer Lentz opryskany krwią, uśmiechnięty. Jack Vincennes koło pokoju strażnika – porucznik Frieling chrapiący na swoim biurku.

Bud z impetem wpadł do środka.

Wbijając się w tłum, haczył o łokcie; tamci zobaczyli, kim jest, i zrobili przejście. Stens wśliznął się do trójki; Bud za nim. Dick rozprawiał się z chudym Meksykańcem – zakrwawiona głowa, chłopak na kolanach zbierający zęby. Bud chwycił Stenslanda; Meksykanin pluł krwią i wyrzucał z siebie: – Czeeść, panie White. Znaaam cię, puto. Pobiłeś mojego przyjaciela Caldo, bo trzepał swoją puto żonę. Ona była pieprzoną kuułwą, pendejo. Czy ty nie masz popieprzonego mózgu?

Bud puścił Stensa; Meksykaniec pokazał mu środkowy palec. Bud kopnął go w brzuch i podniósł za kark. Radosne okrzyki, doping, przekleństwa. Bud uderzył głową obwiesia o sufit; do celi gwałtownie wkroczył umundurowany na niebiesko funkcjonariusz. I dotarł dziecięcy głos Eda Exleya: – Przestań, to jest rozkaz!

Meksykaniec nagle kopnął Buda w jaja – cios był powalający. Bud zatoczył się na kraty; chłopak wygramolił się z celi, zderzył się z Vincennesem. Wyraz osłupienia jawił się w jego oczach, krew rozmazała się na kaszmirowej bluzie. Puszka powalił Meksykańca ciosem z lewej do prawej; Exley wybiegł z aresztu.

Wrzaski, krzyki, piski głośniejsze były teraz niż tysiąc syren.

Stens wyjął piersiówkę z ginem i zaczął pić. Bud zobaczył wszystkich zebranych tu ludzi skazanych na wieczne wygnanie. Wspiął się na palce, miał przedni widok – Exley wylewający alkohol w magazynie.

I te głosy: Wielki Bud, dołóż mu! Twarze – wykrzywione, złe. Exley ciągle wylewający alkohol, Wielki Pan Abstynent. Bud podbiegł do drzwi i zamknął go wewnątrz magazynu.

5

Był zamknięty w pomieszczeniu o powierzchni ośmiu stóp kwadratowych. Bez okien, bez telefonu, bez interkomu. Półki zapełnione formularzami, szczotkami, miotłami, zapchany zlew wypełniony wódką i rumem. Drzwi były ze stali; alkoholowa breja śmierdziała jak wymiociny. Krzyki i odgłosy uderzeń dochodziły przez wentylator.

Ed walnął w drzwi – żadnej odpowiedzi. Krzyknął w wentylator – poczuł gorące powietrze na twarzy. Zobaczył siebie skrępowanego i okradzionego, faceci z biura doszli do wniosku, że nigdy nie odważy się sypać. Zastanawiał się, co zrobiłby jego ojciec.

Czas wlókł się niemiłosiernie; hałasy w areszcie ustały, wybuchły znowu, ustały, i tak w kółko. Ed walnął w drzwi – bez rezultatu. W pomieszczeniu zrobiło się gorąco; duszący odór alkoholu unosił się w powietrzu. Ed poczuł się jak na Guadalcanal: ukrywający się przed Japońcami, stos ciał nad nim. Jego mundur zaczął się robić wilgotny; gdyby przestrzelił zamek, kule mogłyby odbić się rykoszetem i go zabić. Pobicie będzie musiało zostać nagłośnione: wewnętrzne dochodzenie, śledcza ława przysięgłych. Oskarżenie o brutalność policji; kariery wezmą w łeb. Sierżant Edmund J. Exley ukrzyżowany, bo nie potrafił utrzymać porządku. Ed podjął decyzję: musi walczyć, używając swojej inteligencji.

Pisał po drugiej stronie oficjalnych kwestionariuszy departamentu – wersja pierwsza, prawdziwa:

Zaczęło się od plotek: John Helenowski stracił oko. Sierżant Richard Stensland przyjmował do aresztu Rice’a, Dennisa i Valupeyka; Clinton – to on rozpowiadał plotki. Zajęło się od razu; porucznik Frieling, szef strażników, spał nieprzytomny po piciu alkoholu na służbie, co jest naruszeniem międzywydziałowego przepisu nr 4319. Będący teraz funkcjonariuszem odpowiedzialnym za utrzymanie porządku sierżant E.J. Exley zauważył, że w jego biurze podmieniono klucze. Liczni uczestnicy imprezy bożonarodzeniowej na komendzie wtargnęli do aresztu. Cele, w których przebywało sześciu podejrzanych o napaść na policjantów, zostały otworzone wcześniej zagarniętymi kluczami. Sierżant Exley usiłował ponownie zamknąć cele, ale bicie już się zaczęło i sierżant Willis Tristano wykradł mu zapasowe klucze, które miał przy pasku.

Sierżant Exley nie próbował siłą odzyskać zapasowych kluczy.

Więcej szczegółów:

Stenslandowi odbijało, policjanci bili bezbronnych więźniów. Bud White: podniósł z ziemi za kark wijącego się z bólu mężczyznę.

Sierżant Exley rozkazał mu, by przestał, ale White zignorował polecenie; sierżant Exley poczuł ulgę, kiedy więzień się uwolnił i w ten sposób wyeliminował konieczność dalszej konfrontacji.

Ed zamrugał oczyma i pisał dalej – 25 grudnia 1951, szczegóły pobicia w areszcie centralnym. Prawdopodobne wniesienie oskarżeń przed śledczą ławę przysięgłych, międzywydziałowe komisje procesowe – zrujnowany prestiż komendanta Parkera. Nowa strona, uwagi dotyczące więźniów z innych cel będących świadkami zajścia – w większości pijaków – i fakt, że praktycznie wszyscy funkcjonariusze dużo pili. Oni byli niewiarygodnymi świadkami; on był trzeźwy, wiarygodny i podejmował próby zapanowania nad sytuacją. On musiał taktownie wybrnąć z sytuacji; departament musiał zachować twarz; wysoko postawieni będą wdzięczni temu, kto starał się uniknąć złej prasy – kto miał dar przewidywania i rozumiał, że to się zbliża, i miał dosyć oleju w głowie, by zaplanować strategię już przedtem. Spisał wersję numer dwa.

Dygresja na temat wersji pierwszej, rozwój wypadków przedstawiony tak, by mniej oskarżyć funkcjonariuszy: Stenslanda, Johnny’ego Brownella, Buda White’a i kilku innych, co to już mieli wyrobioną emeryturę albo niewiele im do niej brakowało – Krugmana, Tuckera, Heineke’a Huffa, Disbrowa, Doherty’ego – starsze rybki rzucone na pożarcie prokuratorowi, jeśli gorączka oskarżeń sięgnie wysoko. Subiektywny punkt widzenia przedstawiony tak, żeby pasował do tego, co widzieli więźniowie z celi dla pijaków – ci, którzy napadli na policjantów, usiłowali uciec z aresztu i uwolnić innych więźniów. Prawda trochę skrzywiona, choć niemożliwe, by inni świadkowie nie aprobowali tej wersji. Ed podpisał ją i przez wentylator nasłuchiwał trzeciej wersji.

Przyszła wolno. Głosy nagabywały „Stensa”, by „ocknął się i obejrzał kawałek przedstawienia”. White wyszedł z aresztu, mrucząc pod nosem coś na temat chorobliwości całej sytuacji. Krugman i Tucker wykrzykiwali wyzwiska; odpowiedzią na nie były ciche jęki. Żadnych więcej odgłosów White’a czy Johnny’ego Brownella; Lentz, Huff, Doherty spacerujący po korytarzu między celami. Szlochy, na okrągło madre mia.

Była 6.14 rano.

Ed spisał numer trzy: żadnych jęków, żadnych madre mia, oprawcy policjantów podburzający współwięźniów. Zastanawiał się, jak jego ojciec oceniłby ten występek: napadnięci funkcjonariusze, napastnicy pobici przez kolegów po fachu ofiar. Jak wymierzyć absolutną sprawiedliwość?

Hałas dobiegający przez wentylator przycichł; Ed usiłował zasnąć, ale nie mógł; w zamku zabrzęczał klucz.

To był porucznik Frieling – blady, rozdygotany. Ed odepchnął go na bok i ruszył wzdłuż korytarza.

Sześć cel było szeroko otwartych – ściany śliskie od krwi. Juan Carbijal na swojej pryczy, koszula na piersiach nasączona krwią. Clinton Valupeyk zmywający krew z twarzy wodą z sedesu. Reyes Chasco strasznie zmasakrowany; Dennis Rice oglądający swoje palce – opuchnięte, sine, połamane. Dinardo Sanchez i Ezekiel Garcia zwinięci w kłębek obok celi dla pijaków.

Ed zadzwonił po pogotowie. Słowa w słuchawce: „Tu więzienie stanowe, słucham”, o mało nie przyprawiły go o wymioty.

6

– Nic nie jesz, chłopcze – powiedział Dudley Smith. – Czyżby nocna impreza z twoimi kumplami popsuła ci apetyt?

Jack spojrzał na swój talerz: befsztyk, pieczony ziemniak, szparagi. – Ja zawsze zamawiam ogromne porcje, kiedy płaci biuro prokuratora. Gdzie jest Loew? Chcę, żeby zobaczył, za co tu płaci.

Smith roześmiał się; Jack spojrzał na krój jego garnituru: obszerny, zapewniający dobry kamuflaż dla automatycznej czterdziestkipiątki, kastetu, woreczka z kulkami.

– To co tam Loewowi chodzi po głowie?

Dudley spojrzał na zegarek. – Cóż, trzydzieści kilka minut prawienia komplementów powinno być wystarczającym wstępem do robienia interesów w urodziny naszego wielkiego zbawiciela. Chłopcze, Ellis chce zostać prokuratorem okręgowym w naszym prawym mieście, a potem gubernatorem Kalifornii. Był zastępcą prokuratora okręgowego przez osiem lat, startował na to stanowisko w czterdziestym ósmym i przegrał, a zbliżają się nowe wybory i Ellis sądzi, że ma szansę je wygrać. Jest pełnym wigoru oskarżycielem przestępczych mętów, jest oddanym przyjacielem departamentu i pomimo jego hebrajskiej genealogii lubię go i uważam, iż wspaniale nadaje się na prokuratora okręgowego. A ty, chłopcze, możesz pomóc w jego wyborze. I stać się bardzo cennym przyjacielem…

To ten Meksykaniec, którego pobił – cały układ może stać się powszechnie znany…

– Być może niedługo będę potrzebował przysługi – powiedział.

– Którą on na pewno z chęcią wyświadczy, chłopcze.

– A sam chce, żebym ściągał haracze?

– „Ściąganie haraczy” to kolokwializm, który uważam za obraźliwy, chłopcze. „Wzajemna przyjaźń” jest odpowiedniejszym określeniem, szczególnie mając na uwadze twoje wspaniałe powiązania. Ale pieniądze leżą u źródeł prośby pana Loewa i byłbym nieuczciwy, nie mówiąc tego na samym początku.

Jack odepchnął swój talerz na bok. – Loew chce, żebym wyciągnął kasę od gości z Chlubnej odznaki. Kontrybucja na kampanię wyborczą, tak?

– Tak, i żeby ten cholerny, żywiący się skandalami szmatławiec „Cicho Sza!” się od niego odczepił. A dlatego, że wzajemność jest tutaj naszym słowem kluczem, jest skłonny wyświadczyć nam określone przysługi w zamian.

– Takie jak?

Smith zapalił papierosa. – Max Peltz, producent serialu, od lat ma kłopoty podatkowe, więc Loew zatroszczy się o to, by nigdy więcej nie musiał stawać przed komisją podatkową. Brett Chase, którego tak wyśmienicie nauczyłeś naśladowania policjanta, jest zdegenerowanym pederastą i Loew nigdy go nie skaże. Loew odda adekwatne dokumenty z biura prokuratorskiego producentowi serialu, a ty zostaniesz wynagrodzony w następujący sposób: sierżant Bob Gallaudet, wyśmienity pracownik biura prokuratora, uczy się w szkole dla prawników, dobrze mu idzie i jak tylko skończy naukę, zostanie oskarżycielem w biurze prokuratora generalnego. Wtedy ty dostaniesz szansę objęcia jego starej posady razem z awansem na porucznika. Czy moja propozycja robi na tobie wrażenie, chłopcze?

Jack wziął papierosa z paczki Dudleya. – Szefie, wiesz, że nigdy nie zrezygnowałbym z pracy w narkotykach, i wiesz, że powiem: tak. Poza tym właśnie się zorientowałem, że Loew pojawi się, podziękuje mi i nie zostanie na deser. Więc tak.

Dudley zmrużył oczy; Ellis Loew wśliznął się do boksu. – Panowie, przepraszam, że spóźniłem się tak bardzo.

– Ja to załatwię – powiedział Jack.

– Tak? Porucznik Smith wyjaśnił ci sytuację?

– Niektórym chłopcom nie są potrzebne szczegółowe wyjaśnienia. – Loew zaczął bawić się swoim łańcuchem świadczącym o ukończeniu uczelni z wyróżnieniem. – W takim razie dziękuję, sierżancie. I jeśli mógłbym pomóc w jakiś sposób, jakikolwiek sposób, nie wahaj się do mnie zadzwonić.

– Oczywiście. A deser, sir?

– Chciałbym zostać, ale czekają na mnie obowiązki. Zjemy coś razem przy innej okazji, na pewno.

– Jak pan sobie życzy, panie Loew.

Loew położył na stole dwudziestkę. – Jeszcze raz dziękuję, sierżancie, i do zobaczenia. I panowie, wesołych świąt Bożego Narodzenia.

Jack pokiwał głową; Loew odszedł.

– Jest coś jeszcze, chłopcze – powiedział Dudley.

– Więcej do roboty?

– W pewnym sensie. Czy w tym roku też jesteś odpowiedzialny za bezpieczeństwo na przyjęciu bożonarodzeniowym Weltona Morrowa?

Jego coroczna fucha – stówa za wpuszczenie kogoś na imprezę.

– Tak, dzisiaj wieczorem. Czy Loew potrzebuje zaproszenia?

– Niezupełnie. Kiedyś wyświadczyłeś panu Morrowowi wielką przysługę, prawda?

W październiku czterdziestego siódmego – i chyba zbyt wielką.

– Tak.

– Ciągle się przyjaźnisz z Morrowami?

– Raczej na gruncie zawodowym, ale jasne, że tak. A o co chodzi?

Dudley roześmiał się. – Chłopcze, Ellis Loew potrzebuje żony. Najchętniej gojki z wysoką pozycją społeczną. Widział Joan Morrow w wielu różnych obywatelskich funkcjach i podoba mu się. Wcielisz się w Amora i zapytasz prawą Joan, co sądzi o tym pomyśle…

– Dud, prosisz mnie, bym przyszłemu prokuratorowi okręgowemu LA załatwił pieprzoną randkę?!

– W istocie, o to cię proszę. Myślisz, że panna Morrow będzie skłonna do współpracy?

– Warto spróbować. Wysoko ceni sobie status społeczny i zawsze chciała dobrze wyjść za mąż. Nie wiem jednak, jak się będzie zapatrywać na gudłaja.

– Tak, chłopcze, może to być przeszkodą. Ale zagaisz temat?

– Jasne.

– W takim razie reszta nie zależy od nas. À propos, tak źle było wczoraj na komendzie?

W końcu zabrał się za to. – Było bardzo źle.

– Myślisz, że sprawa przycichnie?

– Nie wiem. A co z Brownellem i Helenowskim? Bardzo dostali?

– Drobne zewnętrzne obrażenia, chłopcze. Powiedziałbym, że rewanż zaszedł nieco dalej. Brałeś w tym udział?

– Zostałem uderzony, oddałem i wyszedłem. Czy Loew obawia się konieczności oskarżania nas?

– Tylko straty przyjaciół, jeśli to zrobi.

– Dzisiaj pozyskał przyjaciela. Powiedz mu, że cały czas trzymam rękę na pulsie.

Jack pojechał samochodem do domu, po czym zasnął na kanapie. Przespał popołudnie, obudził się i znalazł na werandzie egzemplarz „Mirrora”. Na czwartej stronie: „Bożonarodzeniowa niespodzianka dla gwiazd Żniwa nadziei”.

Żadnych zdjęć nie było, ale Morty Bendish dostał informacje o wyczynie Wielkiego Vi: „Jeden z jego licznych informatorów” brzmiało tak, jakby wysłannicy Jacka Vincennesa przeczesywali miasto z kieszeniami wypchanymi jego pieniędzmi – było powszechnie wiadomo, że Wielki Vi finansował krucjatę przeciw narkotykom ze swojej własnej pensji. Jack wyciął artykuł i przekartkował resztę gazety, by znaleźć coś o Helenowskim, Brownellu i tych, którzy pobili gliniarzy.

Nic.

Do przewidzenia: dwóch gliniarzy z niegroźnymi obrażeniami to żadna rewelacja, pobici Meksykańcy jeszcze nie mieli czasu, by znaleźć sobie adwokata. Jack wyciągnął swoją księgę rachunkową.

Strony podzielone były na trzy kolumny: data, numer kasjera, kwota. Sumy wahały się między stówą a dwoma patykami; czeki były wystawione na Donalda i Marshę Scogginsów z Cedar Rapids, Iowa. Na dole trzeciej kolumny była zsumowana liczba: 32 350 dolarów. Jack wyciągnął swoją książeczkę bankową, sprawdził stan konta i zdecydował, że następną wpłatą będzie równe pięćset. Pięć stów na Boże Narodzenie. Duże pieniądze, dopóki Wuj Jack się nie przekręci – i nigdy nie będzie dosyć.

W każde Boże Narodzenie przypominał sobie tę sprawę – zaczęło się od Morrowów, a widział ich w czasie Bożego Narodzenia; on był sierotą, dzieci Scogginsów uczynił sierotami – Boże Narodzenie było niezmiennie bardzo trudnym okresem dla sierot. Zmusił się do przypomnienia sobie całej historii.

To był koniec września 1947 roku.

Stary komendant Worton wezwał go do siebie. Córka Weltona Morrowa, Karen, zadawała się z dzieciakami ze szkoły, które eksperymentowały z dragami – kupiły towar od saksofonisty o nazwisku Les Weiskopf. Morrow był obrzydliwie bogatym prawnikiem, którego wpłaty na fundusz policji LA były dużo więcej niż znaczące; chciał, by Weiskopf poczuł się zagrożony – bez rozgłosu.

Jack znał Weiskopfa: sprzedawał silne środki przeciwbólowe, miał trwałą ułożoną w fale, lubił młode laski. Worton powiedział mu, że stopień sierżanta przyjdzie razem z wykonaniem tego zadania.

Znalazł Weiskopfa – w łóżku z piętnastoletnią rudą dziewczyną. Dziewczyna uciekła w popłochu; Jack pobił Weiskopfa pistoletem, przetrząsnął jego mieszkanie, znalazł kufer pełen barbituranów i pastylek amfy. Wziął go ze sobą – wykoncypował, że sprzeda towar Mickeyowi Cohenowi. Welton Morrow zaproponował mu posadę ochroniarza; Jack zgodził się; Karen Morrow została szybko wysłana do szkoły z internatem. Awansował na sierżanta; Mickeya C. nie interesowały prochy – tylko heroina skłaniała go do działania. Jack zatrzymał kufer – i zaglądał do niego po amfę, by być nawalonym podczas całonocnych obserwacji. Linda, żona numer dwa, uciekła z jednym z jego informatorów: puzonistą, który sprzedawał marychę na boku. Jack naprawdę się przywiązał do kufra, mieszał barbiturany, amfę, scotcha, brał, co się dało: on – policjant, śmiertelny wróg amatorów narkotyków!

A potem był 24 października 1947.

Siedział w samochodzie, prowadził obserwację parkingu przy Malibu Rendezvous: dwóch dilerów hery siedzących w packardzie sedanie. Zbliżała się północ, już od jakiegoś czasu pił scotcha, wypalił jointa po drodze, amfa, którą łyknął, nie zaczęła jeszcze równoważyć działania alkoholu. Informacja od wtyczki o transakcji o północy: faceci od hery i chudy asfalt, wysoki na siedem stóp, prawdziwe kuriozum.

Czarnuch zjawił się kwadrans po północy, podszedł do packarda, podał trzymaną w ręku paczkę. Jack potknął się, wysiadając z samochodu; bambus zaczął uciekać; faceci od hery wysiedli z wyciągniętymi pistoletami. Jack podniósł się na nogi i wyciągnął swoją broń; czarny obrócił się i wystrzelił; Jack zobaczył bliżej dwie sylwetki, uznał, że to goryle handlarzy, pociągnął za spust. Sylwetki padły; goście od hery strzelali i do asfalta, i do niego; trafiony czarnuch zwalił się prosto na studebakera z czterdziestego szóstego roku.

Jack gryzł cement; odmawiał różaniec. Strzał rozerwał mu ramię, drasnął nogi. Wczołgał się pod samochód; chrzęściło całe mnóstwo opon; krzyczało całe mnóstwo ludzi. Zjawiła się karetka; postawna lesba z biura szeryfa położyła go na noszach. Syreny, szpitalne łóżko, lekarz i lesbijka szepcząca o prochach w jego organizmie – potwierdzono to badaniem krwi. Mnóstwo snu na środkach nasennych, gazeta na jego kolanach: „Trzech zabitych w strzelaninie w Malibu – bohaterski gliniarz żyje”.

Goście od hery uciekli bez szwanku – zabitych przypisano im.

Czarny zginął na miejscu.

Sylwetki nie były gorylami czarnucha – były panem i panią Scoggins, parą turystów z Cedar Rapids w Iowa, dumnymi rodzicami Donalda, siedemnastolatka, i Marshy, szesnastolatki.

Lekarze ciągle na niego dziwnie patrzyli; lesbijką, jak się okazało, była Dot Rothstein, kuzynka Kikeya Teitlebauma, znana współpracowniczka legendarnego Dudleya Smitha.

Rutynowa autopsja wykazałaby, że kule wydobyte z pana i pani Scoggins wystrzelono z broni sierżanta Jacka Vincennesa.

Dzieci go uratowały.

Przez cały tydzień w szpitalu żył w strachu. Thad Green i szef Worton odwiedzali go, wpadali goście z narkotyków. Dudley Smith zaoferował swoją opiekę; Jack zastanawiał się tylko, ile on wie. Sid Hudgens, główny dziennikarz magazynu „Cicho Sza!”, wystąpił z propozycją: Jack będzie aresztował sławnych ćpunów, gazeta będzie powiadamiana z odpowiednim wyprzedzeniem, żeby móc zjawić się na miejscu – gotówka będzie dyskretnie przechodzić z rąk do rąk. Zgodził się – i zastanawiał się tylko, ile wie Hudgens.

Dzieci nie żądały sekcji zwłok: rodzina należała do Adwentystów Dnia Siódmego, autopsja to dla nich świętokradztwo. Skoro koroner bardzo dobrze wiedział, kim byli zabójcy, wysłał pana i panią Scoggins do Iowa, żeby poddano ich kremacji.