Tajemnica lady Audley - Mary Elizabeth Braddon - ebook

Tajemnica lady Audley ebook

Mary Elizabeth Braddon

0,0
39,00 zł

lub
Opis

Najsłynniejsza powieść sensacyjna epoki wiktoriańskiej

Gdy piękna i młoda Lucy Graham przyjmuje oświadczyny sir Michaela Audleya, jej szczęście i przyszłość wydają się zabezpieczone. Lecz przeszłość lady Audley spowita jest tajemnicą i bratanka sir Michaela, Roberta, zaczynają dręczyć złe przeczucia. Pewnego dnia znika jego bliski przyjaciel, George Talboys. Robert postanawia go odnaleźć i jest gotów poruszyć ziemię, żeby poznać prawdę o jego losie. Poszukiwania ujawniają zagmatwaną historię oszustw, zbrodni i intryg. Czy podejrzenia Roberta okażą się prawdziwe?

Bigamia, morderstwa, szaleństwa namiętności - Tajemnica lady Audley, wydawnicza sensacja swoich czasów, to ekscytująca powieść o zbrodni i nikczemności, która i dziś jest niezwykle atrakcyjna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 619




Mary Elizabeth Braddon Tajemnica lady Audley ISBN: 978-83-7785-907-0 TYTUŁ ORYGINAŁU: Lady Audley’s Secret Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2016 Projekt graficzny okładki: Agnieszka Herman Tłumaczyła: Mira Czarnecka Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

TOM I

Rozdział pierwszy

Lucy

Znajdował się w dolinie obfitującej w stare piękne drzewa i żyzne pastwiska. Docierało się do niego aleją wysadzoną lipami, graniczącą po obydwu stronach z łąkami. Sponad ich wysokich żywopłotów podróżującemu przyglądało się pytająco bydło, być może zastanawiając się, czego szuka, ponieważ dalej droga prowadziła donikąd, i jeśli gość nie wybierał się do zamku, w ogóle nie miał po co tamtędy zmierzać.

Na końcu alei znajdował się łuk i wieża zegarowa z głupim, zadziwiającym zegarem, który miał tylko jedną wskazówkę i który przeskakiwał od razu z jednej godziny na drugą, dlatego bardzo rzadko pokazywał dokładny czas. Minąwszy łuk, gość wchodził bezpośrednio do ogrodów Audley Court.

Przed wędrowcem rozciągała się gładka murawa ozdobiona kępami rododendronów, które rosły tutaj z doskonałością niemającą równej sobie w całym hrabstwie. Na prawo znajdowały się kuchenne ogrody, staw rybny i sad, który okalała sucha fosa, oraz ruiny muru, miejscami grubszego niż jego wysokość i wszędzie porośniętego płożącym się bluszczem, żółtym rozchodnikiem i ciemnym mchem. Na lewo znajdowała się szeroka, wysypana żwirem alejka, po której, wiele lat temu, gdy miejsce to było klasztorem, spacerowały w parach ciche zakonnice, oraz mur okolony treliażami i zacieniony z jednej strony sporymi dębami odcinającymi widok na płaski teren. Drzewa otaczały dom i ogrody, tworząc w ten sposób mroczną kryjówkę.

Dom stał przodem do łuku i zajmował trzy skrzydła czworokątnego dziedzińca. Był bardzo stary, bardzo nieregularny i pełen zakamarków. Okna były różnej wielkości, niektóre małe, niektóre duże, inne podzielone na części kamiennymi szprosami, z bogatymi witrażami, jeszcze inne poprzecinane delikatną ołowianą siatką, która dzwoniła przy każdym podmuchu wiatru, inne znów tak nowoczesne, jakby wstawione zaledwie wczoraj. Ogromne skupiska kominów wyłaniały się tu i tam zza trójkątnych daszków i zdawały się tak zrujnowane przez upływ czasu i długą służbę, że z pewnością by się rozsypały, gdyby nie bluszcz, który, wspinając się po ścianach i płożąc nawet na dachu, owijał się wokół nich i je podtrzymywał. Główne drzwi wciśnięte były w kąt wieżyczki w jednym z załomów budynku, jakby chowały się przed niebezpiecznymi przybyszami i chciały pozostać niezauważone — były to niemniej jednak szacowne drzwi — ze starego dębu, usiane ogromnymi żelaznymi gwoźdźmi o kwadratowych łbach i tak grube, że ostra żelazna kołatka uderzała o nie ze stłumionym dźwiękiem, a gość pociągał za dzwonek, który wisiał w rogu pośród bluszczu, na wypadek gdyby odgłos pukania nie przedostał się do twierdzy.

Cudowne stare miejsce. Miejsce, którym odwiedzający się zachwycali, odczuwając gorące pragnienie, by zrezygnować z życia i pozostać tu na zawsze, wpatrując się w chłodne stawy rybne i licząc pęcherzyki wodne, gdy płoć i karp zbliżały się do powierzchni wody. Miejsce, które zdał się objąć na rezydencję Pokój, kładąc swą kojącą dłoń na każdym drzewie i kwiecie, na spokojnych stawach i cichych alejkach, cienistych kątach starodawnych pokoi, szerokich siedziskach za kolorowymi szybami, niskich łąkach i majestatycznych alejach. Tak, nawet na zapomnianej studni, która — chłodna i zawoalowana jak wszystko inne w tym miejscu — schowała się w zaroślach za ogrodami, z bezczynną korbą, którą nikt nie kręcił, i leniwym sznurem, tak przegniłym, że wiadro się z niego zerwało i wpadło do wody.

Szacowne miejsce, zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Szacowny dom, w którym gość gubił się nieuchronnie, jeśli był tak nierozsądny, by wędrować po nim samodzielnie. Dom, w którym nie było jednego pokoju, harmonizującego z pozostałymi: z każdego pomieszczenia skręcało się w bok, wchodząc do przyległego, a przez niego schodziło się wąskimi schodami prowadzącymi do drzwi, które z kolei wiodły na powrót do tej części domu, która właśnie wydawała się najbardziej odległa. Dom, którego z pewnością nie zaplanowałby architekt śmiertelnik, ale który musiał być dziełem starego dobrego budowniczego: Czasu, który — dodając pokój w jednym roku i burząc inny w następnym, wywracając komin współczesny Plantagenetom, to znów stawiając inny w stylu Tudorów, potem krusząc fragment muru saksońskiego w jednym miejscu i pozwalając, aby łuk normański stanął w drugim, dorzucając rząd wysokich wąskich okien w stylu epoki królowej Anny i łącząc jadalnię w duchu czasów Jerzego I Hanowerskiego z refektarzem, który trwał od podboju normandzkiego — zdołał, przez jakieś jedenaście stuleci, stworzyć posiadłość, która nie miała sobie równych w całym hrabstwie Essex. Oczywiście, w takim domu były tajemne komnaty. Mała córeczka obecnego właściciela, sir Michaela Audleya, odkryła kiedyś jedną z nich przez przypadek. Deska w dużym pokoju dziecięcym, w którym dziewczynka się bawiła, wydała pod jej stopą dziwny odgłos. Przy oględzinach okazało się, że deska się rusza. Deskę usunięto, a pod nią ukazała się drabina prowadząca do kryjówki pomiędzy podłogą pokoju dziecięcego a sufitem pokoju znajdującego się poniżej — kryjówki tak małej, że ten, kto się tam schował, musiał kucać, opierając się na dłoniach i kolanach lub leżeć płasko, a jednak na tyle dużej, by pomieścić dziwną starą rzeźbioną skrzynię dębową, na wpół wypełnioną szatami liturgicznymi, która została ukryta bez wątpienia w tych okrutnych czasach, gdy człowiekowi, pod którego dachem znaleziono katolickiego księdza lub w którego domu odprawiano mszę, groziła śmierć.

Szeroka zewnętrzna fosa była sucha i porośnięta trawą, a uginające się pod ciężarem owoców drzewa w sadzie zwieszały się nad nią, wysuwając swoje poplątane, wijące się gałęzie, które rzucały fantastyczne cienie na zielone zbocze. W obrębie fosy znajdował się, jak wspominałam, staw rybny — lustro wody ciągnące się przez całą długość ogrodu, a graniczyła z nim aleja zwana lipową, tak zacieniona od słońca i nieba, tak szczelnie ukryta przed wzrokiem przez gęstą zasłonę tworzących łuk drzew, że wydawała się idealnym miejscem na sekretne spotkania i potajemne rozmowy, miejscem, w którym można było knuć spisek lub równie bezpiecznie wymieniać przysięgi kochanków, a przecież znajdowało się ono zaledwie dwadzieścia kroków od domu.

Ta ciemna arkada kończyła się zaroślami, gdzie, na wpół zanurzone w zaplątanych gałęziach i zapomnianych chwastach, stało zardzewiałe koło tej starej studni, o której wspominałam. Bez wątpienia dobrze służyła w swoim czasie, a pracowite zakonnice zapewne własnymi delikatnymi dłońmi ciągnęły z niej chłodną wodę. Teraz jednak stała bezużytecznie i chyba nikt w Audley Court nie wiedział na pewno, czy źródło wyschło, czy też nadal bije. Bez względu jednak na to, jak całkowicie odludne było zacisze lipowej alei, bardzo wątpię, że kiedykolwiek było wykorzystywane w romantycznych celach. Często w wieczornym chłodzie sir Michael Audley, paląc cygaro, wędrował tędy w tę i z powrotem z psem u nogi, a u boku ze swoją ładną młodą żoną usiłującą dotrzymać mu kroku. Jednak po około dziesięciu minutach baronet i jego towarzyszka nudzili się szeleszczącymi lipami i stojącą wodą, ukrytą pod rozpostartymi liśćmi lilii wodnych, a także długą zieloną panoramą zakończoną rozsypującym się murem, i wędrowali z powrotem do salonu, gdzie milady grała senne melodie Beethovena i Mendelssohna, a jej mąż zasypiał w wygodnym fotelu.

Sir Michael Audley miał pięćdziesiąt sześć lat i poślubił swoją drugą żonę trzy miesiące po swoich pięćdziesiątych piątych urodzinach. Był mężczyzną wysokim i postawnym, o głębokim donośnym głosie, z urokliwymi ciemnymi oczami i białą brodą. Wbrew jego woli sprawiała ona, że wyglądał sędziwie, był bowiem tak energiczny jak chłopiec, a przy tym szczycił się mianem jednego z najznamienitszych jeźdźców w hrabstwie. Przez siedemnaście lat był wdowcem z jedynym dzieckiem, córką, Alicią Audley, która obecnie miała lat osiemnaście i żadną miarą nie była zadowolona z faktu, że do zamku wprowadziła się macocha. Panna Alicia bowiem rządziła niepodzielnie w domu swojego ojca od najwcześniejszego dzieciństwa. Nosiła klucze i dzwoniła nimi w kieszeniach swoich jedwabnych fartuchów, gubiła je w zaroślach i upuszczała do stawu, przyprawiając wszystkich o całą masę wszelakich problemów z tego powodu, od chwili gdy wkroczyła w wiek nastoletni. W związku z tym oszukiwała się, aż do szczerego przekonania, że przez cały ten czas prowadziła dom.

Dni panny Alicii były jednak skończone i teraz, gdy prosiła o cokolwiek gospodynię, ta odpowiadała, że porozmawia z milady albo że skonsultuje to z milady i jeśli milady się zgodzi, to tak się stanie. Zatem córka baroneta, która doskonale jeździła konno i była utalentowaną artystką, spędzała większość czasu poza domem, kłusując po zielonych drogach i szkicując dzieci wieśniaków i oraczy, i bydło, i wszelki pozostały inwentarz, który wszedł jej w drogę. Zacięła się w posępnej determinacji, by nie dopuścić do jakiejkolwiek zażyłości z młodą żoną baroneta i mimo że dama była bardzo miła, nie była w stanie pokonać uprzedzeń i niechęci panny Alicii czy też przekonać zepsutej dziewczyny, że nie wyrządziła jej okrutnej krzywdy, poślubiając sir Michaela Audleya.

Rzecz w tym, że lady Audley, zostając żoną sir Michaela, zawarła ten najwyraźniej korzystny mariaż, który zazwyczaj sprowadza na szczęśliwą kobietę zazdrość i nienawiść pozostałych przedstawicielek jej płci. Przybyła do sąsiedztwa jako guwernantka w rodzinie lekarza, który mieszkał w wiosce w pobliżu Audley Court. Nikt nic o niej nie wiedział poza tym, że odpowiedziała na ogłoszenie, które pan Dawson, lekarz, zamieścił w „Timesie”. Przyjechała z Londynu, a jedyne referencje, na jakie się powołała, to opinia damy ze szkoły w Brompton, gdzie była kiedyś nauczycielką. Opinia ta była jednak tak pozytywna, że żadna inna nie była potrzebna i panna Lucy Graham została przyjęta przez lekarza jako nauczycielka jego córek. Jej talenty jednak były tak wspaniałe i liczne, że wydawało się dziwne, iż odpowiedziała na ogłoszenie oferujące tak skromne warunki w kwestii wynagrodzenia, jak te przedstawione przez pana Dawsona. Panna Graham wydawała się jednak całkowicie zadowolona ze swojej pozycji, ucząc dziewczynki grać sonety Beethovena i malować z natury w stylu Creswicka1. Wędrowała przez nieciekawą, znajdującą się na uboczu wioskę do skromnego małego kościółka trzy razy w każdą niedzielę z takim zadowoleniem, jakby nie miała żadnych wyższych aspiracji, niż robić właśnie to do końca życia.

Ludzie, którzy to zauważali, twierdzili, że ta beztroska i emanujące z niej szczęście to przejawy jej miłego i pogodnego usposobienia oraz umiejętności bycia zadowoloną w każdych okolicznościach.

Wszędzie, dokąd szła, zdawała się zabierać ze sobą radość i lekkość. W chatach ubogich jej twarz jaśniała jak promyk słońca. Siadała na kwadrans rozmowy z jakąś starszą kobietą, najwyraźniej tak zadowolona z podziwu bezzębnej staruszki jak z atencji markiza. A gdy już odeszła, nic po sobie nie zostawiając, ponieważ jej skromna pensja nie pozwalała na dobroczynność, starsza kobieta rozpływała się w drżących zachwytach nad jej wdziękiem, urodą i dobrocią, w słowach, którymi nigdy nie obdarzyła żony wikarego, w połowie odpowiedzialnej za jej przyodziewek i wikt. Bo widzicie, panna Lucy Graham obdarzona była tą magiczną mocą fascynacji, dzięki której każda kobieta może oczarować słowem i na wpół odurzyć uśmiechem. Wszyscy kochali ją, podziwiali i chwalili. Chłopiec, który otworzył bramę znajdującą się na jej drodze, biegł do domu, żeby opowiedzieć mamie o tym, jak pięknie wyglądała i jakim słodkim głosem podziękowała mu za tę drobną przysługę. Kościelny, który prowadził ją do ławki lekarza, wikary na widok tych jasnoniebieskich oczu wzniesionych i wpatrzonych w niego, gdy głosił swoje proste kazanie, portier ze stacji kolejowej, który przynosił jej czasami list albo paczkę i który nigdy nie spodziewał się wynagrodzenia ani od niej, ani od jej pracodawcy, jego goście, jej uczennice, służba — ludzie wszelkich stanów zgodnie twierdzili, że Lucy Graham jest najsłodszą dziewczyną na świecie.

Być może to ten okrzyk wdarł się w ciszę dzwoniącą w komnatach Audley Court, być może był to widok jej ładnej twarzy ponad wysoką ławką lekarza w każdy niedzielny poranek. Cokolwiek to sprawiło, było oczywiste, że sir Michael Audley poczuł nagle ogromną chęć zawarcia bliższej znajomości z guwernantką pana Dawsona.

Wystarczyło, by jedynie napomknął o tym szacownemu doktorowi, a ten zaplanował nieduże przyjęcie, na które zostali zaproszeni wikary i jego żona oraz baronet i jego córka.

Ten jeden spokojny wieczór przypieczętował przyszłość sir Michaela. Nie potrafił oprzeć się urokowi jasnego i żarliwego spojrzenia tych błękitnych oczu, wdziękowi i pięknu tej smukłej szyi i kształtnej głowy, z istną burzą jasnych loków, niskiej melodii tego delikatnego głosu, doskonałej harmonii, która przenikała każdy z jej wdzięków i czyniła wszystko podwójnie czarujące w tej kobiecie. Nie potrafił, ponieważ byłoby to niczym walka z przeznaczeniem. Przeznaczeniem! Właśnie tak, ona była jego przeznaczeniem! Nigdy przedtem naprawdę nie kochał. Czymże było jego małżeństwo z matką Alicii, jak nie nudnym, bezbarwnym układem, zawartym, by zachować w rodzinie jakiś majątek, bez którego równie dobrze mogli sobie poradzić? Czymże była jego miłość do pierwszej żony, jak nie marną, żałosną, zaledwie tlącą się iskierką, zbyt niepozorną, by ją zgasić, zbyt słabą, by mogła się palić? Teraz jednak to była miłość — ta gorączka, to pragnienie, to niespokojne, niepewne, przygniatające wahanie, te okrutne obawy, że jego wiek stanowił barierę nie do pokonania dla jego szczęścia, ta szalona nienawiść do swojej białej brody, to gorączkowe pragnienie, by znowu być młodym, z lśniącymi kruczoczarnymi włosami i szczupłą talią, jaką miał dwadzieścia lat temu, te bezsenne noce i melancholijne dni, tak cudownie rozjaśnione, jeśli udawało mu się dostrzec choć przelotnie przez firanki jej słodką twarz, gdy przejeżdżał obok domu lekarza. Wszystkie te znaki potwierdzały prawdę i mówiły jedynie zbyt wyraźnie, że w poważnym wieku pięćdziesięciu pięciu lat sir Michael Audley zachorował na tę straszną gorączkę zwaną miłością.

Nie wydaje mi się, aby podczas całego okresu zalotów baronet chociaż raz uwzględnił swój majątek czy pozycję jako poważną przesłankę swojego sukcesu. Jeśli kiedykolwiek sobie o nich przypominał, to odrzucał ten pomysł ze wzruszeniem ramion. Zbyt bolesna była dla niego myśl, nawet przez chwilę, o tym, że ktoś tak cudowny i niewinny mógłby działać, mając na celu zdobycie wspaniałego domu czy też dobrego starego tytułu. Przeciwnie, miał nadzieję, że ponieważ jej życie było prawdopodobnie pasmem trudnej pracy i braku niezależności, i ponieważ była bardzo młoda (nikt nie wiedział dokładnie, ile ma lat, ale wyglądała na niewiele ponad dwadzieścia), mogła do tej pory nie obdarzyć jeszcze nikogo uczuciem. Sądził, że będąc pierwszym, który rozpocznie starania przez swoją troskę, ogólną dbałość, miłość, która powinna przypomnieć jej ojca, którego straciła, i przez czułą opiekę, która powinna sprawić, że stanie się dla niej nieodzowny, zdoła zdobyć jej młode serce i zapewnić sobie jedynie dzięki jej czystej i pierwszej miłości obietnicę ręki. Było to wysoce romantyczne marzenie, bez wątpienia, ale mimo to wydawało się, że w bardzo prosty sposób zostało zrealizowane. Okazało się, że dla Lucy Graham, żadną miarą, atencja baroneta nie była niemiła. W jej zachowaniu nikt nie doszukałby się płaskich sztuczek stosowanych przez kobiety, które pragną upolować bogatego mężczyznę. Była tak przyzwyczajona do podziwu wszystkich, bez względu na stan i zamożność, że zachowanie sir Michaela nie zrobiło na niej żadnego wrażenia. On z kolei był wdowcem przez tak wiele lat, że ludzie stracili nadzieję, iż kiedykolwiek się ożeni. W końcu jednak pani Dawson przeprowadziła rozmowę na ten temat z guwernantką. Żona lekarza siedziała w pokoju do lekcji zajęta pracą, podczas gdy Lucy wykańczała akwarele wykonane przez jej uczennice.

— Wie pani, moja droga panno Graham — zaczęła pani Dawson — myślę, że powinna się pani uważać za wyjątkowo szczęśliwą dziewczynę.

Guwernantka uniosła pochyloną głowę i spojrzała ze zdziwieniem na swoją pracodawczynię, odrzucając do tyłu lawinę loków. Były to najcudowniejsze loki na świecie — miękkie i puszyste, zawsze fruwające wokół twarzy, tworząc jasną aureolę wokół głowy, gdy przeświecało przez nie słońce.

— Co ma pani na myśli, moja droga pani Dawson? — zapytała.

Zanurzyła jednocześnie pędzel z włosia wielbłąda w mokrej akwamarynie na palecie i przykładała go ostrożnie przed naniesieniem delikatnej purpurowej kreski, która miała rozjaśnić horyzont na rysunku uczennicy.

— Ależ moja droga, chodzi mi o to, że jedynie od ciebie zależy, czy zostaniesz lady Audley i panią w Audley Court.

Lucy Graham upuściła pędzel na rysunek i oblała się purpurowym rumieńcem po same cebulki włosów, a następnie bardzo zbladła. Pani Dawson jeszcze nigdy nie widziała jej tak bladej.

— Moja droga, nie denerwuj się! — zawołała żona lekarza, pragnąc uspokoić dziewczynę. — Wiesz przecież, że nikt nie oczekuje od ciebie, żebyś poślubiła sir Michaela, chyba że sama tego pragniesz. Oczywiście, byłby to wspaniały związek. Sir Michael ma spory dochód i jest jednym z najhojniejszych ludzi. Miałabyś bardzo wysoką pozycję i mogłabyś uczynić wiele dobra, ale jak mówiłam wcześniej, musisz kierować się całkowicie swoimi uczuciami. Chcę powiedzieć tylko jedną rzecz, a mianowicie, jeśli atencja sir Michaela nie jest ci miła, to zachęcanie go nie byłoby honorowe.

— Jego atencja… zachęcać go! — szepnęła Lucy, jakby te słowa całkowicie ją zaskoczyły. — Błagam, proszę tak do mnie nie mówić, pani Dawson. Nie miałam o tym żadnego pojęcia. Nigdy nie przyszłoby mi to do głowy.

Oparła łokcie na znajdujących się przed nią sztalugach i zakrywając twarz dłońmi, zdawała się przez kilka minut głęboko zamyślona. Szyję zdobiła jej czarna tasiemka, na której wisiał medalion albo krzyżyk, albo może miniatura — czymkolwiek jednak była ta ozdoba, zawsze chowała ją pod sukienką. Raz czy dwa, gdy tak siedziała w milczeniu, rozmyślając, zdjęła dłoń z twarzy i bawiła się nerwowo tasiemką, pociągając za nią na wpół ze złością lub przewijając ją w palcach.

— Myślę, że niektórzy ludzie rodzą się, żeby być nieszczęśliwymi, pani Dawson — odpowiedziała po chwili. — To byłoby zdecydowanie zbyt dużo szczęścia dla mnie, żebym mogła zostać lady Audley.

Oznajmiła to z taką goryczą w głosie, że żona lekarza spojrzała na nią ze zdziwieniem.

— Ty, nieszczęśliwa, moja droga! — zawołała. — Sądzę, że jesteś ostatnią osobą, która może tak mówić. Ty, takie radosne, szczęśliwe stworzenie, że każdy czuje się lepiej na twój widok. Nie wiem, co bez ciebie zrobimy, jeśli sir Michael nam ciebie ukradnie.

Po tej rozmowie często wracały do tematu i gdy mówiły o podziwie barona dla Lucy, ona już nigdy więcej nie okazywała żadnych emocji. Wszyscy w rodzinie lekarza przyjęli więc zgodnie, że gdy tylko sir Michael się oświadczy, guwernantka przyjmie z radością jego oświadczyny. W istocie, prości Dawsonowie uznaliby to za objaw szaleństwa, gdyby dziewczyna bez grosza przy duszy odrzuciła taką ofertę.

I tak pewnego mglistego czerwcowego wieczoru sir Michael, siedząc naprzeciwko Lucy przy oknie w małym saloniku lekarza, skorzystał z okazji, gdy cała rodzina przez jakiś przypadek była nieobecna w pokoju, żeby poruszyć temat najbliższy swojemu sercu. W zaledwie kilku słowach, ale bardzo uroczyście, złożył guwernantce propozycję małżeństwa. W sposobie, w jaki się do niej zwrócił, i w tonie jego głosu było coś nieomal wzruszającego — na wpół karcił się, wiedząc, że nie może oczekiwać, iż zostanie wybrankiem pięknej młodej kobiety, i błagał, aby go raczej odrzuciła, nawet gdyby czyniąc to, złamała mu serce, niż gdyby miała przyjąć jego propozycję, jeśli go nie kocha.

— Wydaje mi się, że nie ma większego grzechu, Lucy — powiedział poważnie — niż gdy kobieta poślubia mężczyznę, którego nie kocha. Jesteś mi tak droga, moja ukochana, że pomimo tego jak bardzo moje serce tego pragnie i jak gorzka jest dla mnie sama myśl o rozczarowaniu, nie chciałbym, żebyś popełniła taki grzech w imię mojego szczęścia. Gdyby ono mogło zostać osiągnięte przez taki czyn, co nie byłoby możliwe — co nigdy nie byłoby możliwe — powtórzył żarliwie — nic prócz nieszczęścia nie może wyniknąć z małżeństwa podyktowanego jakimkolwiek innym motywem niż prawda i miłość.

Lucy Graham nie patrzyła na sir Michaela, ale prosto przed siebie na mglisty zmierzch i przyćmiony krajobraz daleko za malutkim ogrodem. Baronet usiłował zobaczyć jej twarz, ale obrócona była do niego profilem i nie mógł dojrzeć wyrazu jej oczu. Gdyby mógł to uczynić, ujrzałby tęskne spojrzenie, które zdawało się penetrować odległą głębię i przenikać dalej — dalej do innego świata.

— Lucy, słyszałaś, co mówiłem?

— Tak — odparła poważnie, ale nie zimno; nie wydawała się też urażona jego słowami.

— I jak brzmi twoja odpowiedź?

Nie uniosła wzroku znad ciemniejącego krajobrazu, ale przez kilka chwil milczała. Następnie, zwracając się do niego z nagłą pasją rozjaśniającą jej twarz nowym i cudownym pięknem, które baronet dostrzegł nawet w zapadającym zmierzchu, upadła na kolana u jego stóp.

— Nie, Lucy, nie, nie! — zawołał gwałtownie — nie tutaj, nie tutaj!

— Tak, tutaj, tutaj — odparła, a dziwna pasja, która ją ożywiała, uczyniła jej głos ostrym i przenikliwym; nie brzmiał głośno, ale nadzwyczaj wyraźnie. — Tutaj i nigdzie indziej. Jak dobry jesteś. Jak szlachetny i jak hojny! Kochać cię! Są przecież kobiety po stokroć przewyższające mnie urodą i dobrocią, które mogłyby cię kochać szczerze. Prosisz mnie jednak o zbyt wiele. Prosisz mnie o zbyt wiele! Pamiętaj, jakie było moje życie, pamiętaj tylko to. Od dziecka nie widziałam niczego prócz ubóstwa. Mój ojciec był dżentelmenem, mądrym, utalentowanym, hojnym, przystojnym — ale biednym. Moja matka — pozwól jednak, że nie będę o niej mówić. Ubóstwo, ubóstwo, próby, troski, upokorzenia, cierpienie! Nie masz pojęcia, ty, jeden z tych, dla których życie było zawsze proste i łatwe, nigdy nie dowiesz się, ile cierpią tacy jak ja. Nie proś mnie wobec tego o zbyt wiele. Nie mogę być bezinteresowna, nie mogę być ślepa na korzyści takiego związku, nie mogę!

Oprócz poruszenia i pełnej pasji gwałtowności było w jej zachowaniu coś nieokreślonego, co napełniło baroneta pewnym niepokojem. Nadal kucała raczej niż klęczała na podłodze u jego stóp, cienką białą sukienkę przyklejoną miała do ciała, jasne włosy spływały jej na ramiona, duże błękitne oczy błyszczały w zmroku, a dłonie chwytały za czarną tasiemkę na szyi, jakby ratowała się przed uduszeniem.

— Nie proś mnie o zbyt wiele — powtarzała nadal. — Jestem samolubna od dziecka.

— Lucy! Lucy, mów do mnie jasno. Czy jestem ci niemiły?

— Niemiły! Nie, nie!

— A czy jest ktoś inny, kogo kochasz?

Roześmiała się na głos, słysząc to pytanie.

— Nie kocham nikogo na tym świecie — odparła.

Był zadowolony z odpowiedzi, jednak jej słowa i dziwny śmiech uraziły jego uczucia. Milczał przez chwilę, a potem rzekł z pewnym wysiłkiem:

— Cóż, Lucy, nie będę cię prosił o zbyt wiele. Myślę, że jestem starym romantycznym głupcem, ale skoro nie masz powodu, by mnie nie lubić, i jeśli nie kochasz nikogo innego, to nie widzę przeszkody, dla której nie moglibyśmy być szczęśliwą parą. Czy w takim razie, Lucy, zgadzasz się?

— Tak.

Baronet podniósł ją z kolan i pocałował w czoło, potem życzył jej dobrej nocy i z nikim innym się nie żegnając, opuścił dom lekarza.

Wyszedł z domu, ten stary głupi człowiek, bo w sercu grało mu pewne mocne uczucie — nie była to radość, nie był to triumf, ale coś na kształt nieomal rozczarowania. Jakieś stłumione i niespełnione pragnienie ciążyło mu boleśnie na sercu, jakby niósł w sobie martwy ciężar. Była w nim nadzieja, która umarła na dźwięk słów Lucy. Wszystkie wątpliwości, obawy i nieśmiałe aspiracje się skończyły. Musi zadowolić się, tym, że jak inni mężczyźni w jego wieku zostanie poślubiony dla swojego majątku i pozycji.

Lucy Graham weszła wolno po schodach do swojego małego pokoiku na szczycie domu. Postawiła palącą się słabym płomieniem świecę na komodzie i usiadła na brzegu białego łóżka, nieruchoma i blada jak draperie wiszące wokół niej.

— Już nigdy więcej braku niezależności, już nigdy więcej pracy w pocie czoła, już nigdy więcej upokorzenia — powiedziała. — Każdy ślad starego życia wymazany, każda wskazówka co do tożsamości pogrzebana i zapomniana… Z wyjątkiem tych, z wyjątkiem tych…

Ani na chwilę nie zdjęła lewej dłoni z czarnej tasiemki na szyi. Wyciągnęła ją spod sukienki, mówiąc te słowa, i spojrzała na zawieszony na niej przedmiot.

Nie był to ani medalion, ani miniatura, ani krzyżyk, lecz obrączka zawinięta w podłużny kawałek papieru — częściowo zadrukowanego, częściowo zapisanego, zżółkniętego ze starości i pomiętego od częstego zawijania.

Thomas Creswick (1811-1869) — angielski malarz pejzażysta i ilustrator. [wróć]

Rozdział drugi

Na pokładzie „Argusa”

Wrzucił końcówkę cygara do wody i opierając łokcie o nadburcie, wpatrywał się z namysłem w fale.

— Jakże są nużące — stwierdził. — Błękitne i zielone, i turkusowe, turkusowe i błękitne, i zielone. Samo w sobie, wszystko to bardzo piękne, oczywiście, ale po trzech miesiącach ma się raczej przesyt, szczególnie…

Nie próbował dokończyć zdania, myśli zdawały się ulatywać w połowie i unosić go tysiące mil stąd.

— Biedna droga dziewczynka, jakże będzie zadowolona! — wyszeptał, otwierając cygarnicę i leniwie przyglądając się jej zawartości. — Jakże zadowolona i zaskoczona! Biedna droga dziewczynka! Po trzech i pół roku, na dodatek, o tak, będzie zaskoczona.

Był młodym mężczyzną w wieku około dwudziestu pięciu lat, o twarzy ogorzałej od słońca. Miał ładne ciemne oczy, w których igrały figlarne iskierki. Przebłyskiwały przez ciemne rzęsy, a pod krzaczastą brodą i wąsami, które zakrywały mu całą dolną część twarzy, widniał wesoły uśmiech. Wysoki i mocno zbudowany, miał na sobie luźny szary garnitur i filcowy kapelusz, zarzucony niedbale na czarne włosy. Nazywał się George Talboys i był pasażerem kabiny rufowej na pokładzie szacownego statku „Argus” załadowanego australijską wełną i płynącego z Sydney do Liverpoolu.

W kabinie rufowej „Argusa” było bardzo niewielu pasażerów. Starszy sortowacz wełny, powracający do ojczyzny z żoną i córkami, po tym jak dorobił się fortuny w koloniach; trzydziestopięcioletnia guwernantka zmierzająca do domu, żeby poślubić mężczyznę, z którym była zaręczona od piętnastu lat; sentymentalna córka zamożnego handlarza winem z Australii, wysłana do Anglii, żeby dokończyć edukację, i George Talboys — byli to jedyni pasażerowie pierwszej klasy na pokładzie statku.

Tenże George Talboys był duszą towarzystwa; nikt nie wiedział, kim jest ani czym się zajmuje, ale wszyscy go lubili. Siedział na końcu stołu przy kolacji i asystował kapitanowi w czynieniu honorów gospodarza podczas przyjacielskiego posiłku. Otwierał butelki szampana i pił wino z każdym obecnym, opowiadał zabawne historie i wiódł prym w radości, rozbrzmiewając takim dźwięcznym śmiechem, że trzeba było być kompletnym ponurakiem, żeby się również nie roześmiać z czystej sympatii. Był wspaniałym kompanem do gry w karty, łącznie z vingt-et-un, do wszystkich wesołych gier towarzyskich, które wciągały małe grono zgromadzone wokół lampy w kabinie w tak doskonałą niewinną zabawę, że nad ich głowami mógłby szaleć huragan, a oni by go nie usłyszeli. Przyznawał jednak szczerze, że nie ma talentu do wista i że na szachownicy nie potrafiłby odróżnić skoczka od wieży.

W istocie, pan Talboys nie był żadną miarą zbytnio wykształconym dżentelmenem. Blada guwernantka próbowała rozmawiać z nim o modnej literaturze, ale George pociągał jedynie za brodę i wpatrywał się w kobietę intensywnie, powtarzając od czasu do czasu: „O, tak!” i „Ach, oczywiście!”.

Sentymentalna młoda dama podróżująca do kraju, żeby ukończyć edukację, próbowała sprawdzić jego znajomość Shelleya i Byrona, ale on nieomal roześmiał się jej w twarz, jakby poezja była żartem. Sortowacz wełny testował go z polityki, ale młody człowiek nie wydawał się posiadać żadnej gruntownej wiedzy na ten temat, więc pozwolili mu funkcjonować po swojemu, palić cygara i rozmawiać z marynarzami, opierać się o nadburcie i wpatrywać w wodę, i być miłym dla wszystkich na swój sposób. Gdy jednak „Argusowi” pozostały dwa tygodnie, aby dotrzeć do brzegów Anglii, wszyscy zauważyli zmianę w zachowaniu George’a Talboysa. Stał się niespokojny i skory do irytacji, czasami tak wesoły, że kabina rozbrzmiewała jego śmiechem, czasami smutny i zamyślony. Mimo że był ulubieńcem żeglarzy, zmęczyli się odpowiadaniem na jego nieustające pytania o prawdopodobny czas zawinięcia do portu. Czy stanie się to za dziesięć dni, za jedenaście, za dwanaście, za trzynaście? Czy wiatr im sprzyjał? Ile węzłów na godzinę pokonywał statek? Potem opanowywała go nagła złość i tupał nogą w pokład, krzycząc, że statek jest starą łajbą, a jego właściciele — oszustami reklamującymi go jako szybki statek. Nie nadawał się do ruchu pasażerskiego, nie nadawał się do przewożenia niecierpliwych ludzi obdarzonych sercem i duszą. Nadawał się jedynie do tego, aby załadować go balami głupiej wełny, która mogła zgnić na morzu i nic by się z tego powodu nie stało.

Słońce chowało się za fale, gdy George Talboys zapalił cygaro w ten sierpniowy wieczór. Jeszcze dziesięć dni, oznajmili mu marynarze, i zobaczą angielskie wybrzeże.

— Popłynę do brzegu na pierwszej łódce, która nas powita! — zawołał. — Popłynę do brzegu w tendrze. Jak będzie trzeba, rzucę się wpław.

Przyjaciele z kabiny na rufie, z wyjątkiem bladej guwernantki, śmiali się z jego zniecierpliwienia. Kobieta wzdychała, obserwując młodego mężczyznę, jak irytuje się z powodu wolno płynącego czasu, odsuwa nietknięte wino, nie może znaleźć sobie miejsca na sofie w kabinie, biega tam i z powrotem po drabinie, by wyjrzeć przez luk, i wpatruje się w fale.

Gdy czerwona obwódka słońca schowała się do wody, guwernantka wyszła po schodach na przechadzkę po pokładzie, podczas gdy pasażerowie pili wino pod pokładem. Zatrzymała się, gdy znalazła się obok George’a, i stojąc u jego boku, obserwowała blednącą purpurę na zachodnim niebie.

Dama była bardzo cicha i zamknięta w sobie, rzadko uczestniczyła w zabawach po kolacji, nigdy się nie śmiała i mówiła bardzo niewiele, ale ona i George przez całą podróż byli doskonałymi przyjaciółmi.

— Czy moje cygaro nie przeszkadza pani, panno Morley? — zapytał, wyjmując je z ust.

— Ależ skąd, proszę, niech pan nie przerywa palenia. Przyszłam jedynie, żeby popatrzeć na zachód słońca. Jaki cudowny wieczór!

— O tak, rzeczywiście — odparł ze zniecierpliwieniem — mimo to taki długi, taki długi! Jeszcze dziesięć niekończących się dni i jeszcze dziesięć męczących nocy, zanim dotrzemy do lądu.

— Tak — przyznała panna Morley, wzdychając. — Czy chciałby pan, żeby ten czas był krótszy?

— Czy chciałbym? — zawołał George. — O tak, w istocie chciałbym. A pani nie?

— Ani trochę.

— Czyż nie ma w Anglii nikogo, kogo by pani kochała? Czy nikt, kogo pani kocha, nie wygląda pani przybycia?

— Mam taką nadzieję — odparła z powagą.

Milczeli przez chwilę, on — paląc cygaro z wściekłą niecierpliwością, jak gdyby mógł pośpieszyć statek samym swym niepokojem, ona — spoglądając na przygasające światło melancholijnymi błękitnymi oczami, które zdawały się wyblakłe od patrzenia na gęsto zadrukowane książki i skomplikowane robótki ręczne, oczami, które wyblakły odrobinę, być może, z powodu łez dyskretnie ronionych w środku samotnej nocy.

— Proszę spojrzeć! — zawołał George, wskazując nagle w przeciwnym kierunku do tego, w którym spoglądała panna Morley. — Widać nowy księżyc.

Spojrzała na blady sierp księżyca, a jej własna twarz była nieomal tak samo blada i chuda.

— Widać go po raz pierwszy. Musimy pomyśleć jakieś życzenie! — zachęcał George. — Ja wiem, czego sobie życzę.

— Czego?

— Żebyśmy szybko dotarli do domu.

— A moje życzenie jest takie, żebyśmy nie przeżyli rozczarowania, gdy już tam dotrzemy — wyznała guwernantka smutnym głosem.

— Rozczarowania!

Zerwał się, jakby go coś poraziło, i zapytał, co ma na myśli, mówiąc o rozczarowaniu.

— Chodzi mi o to — odparła, mówiąc gwałtownie i wykonując niespokojny gest chudymi dłońmi — że w miarę jak zbliża się koniec tej długiej podróży, nadzieja w moim sercu gaśnie i ogarnia mnie paraliżujący strach, że koniec końców wszystko może potoczyć się w złym kierunku. Osoba, na której spotkanie się wybieram, być może zmieniła się w swoich uczuciach w stosunku do mnie albo może zachowała całe stare uczucie, ale w chwili, gdy mnie zobaczy, uleci ono w jednej sekundzie na widok mojej biednej wychudzonej twarzy, bo uchodziłam za ładną dziewczynę, panie Talboys, gdy wyruszałam do Sydney, piętnaście lat temu. A może świat zmienił go tak bardzo, że stał się samolubny i interesowny, i może cieszyć się z mojego przyjazdu ze względu na moje piętnastoletnie oszczędności. Może też po prostu nie żyć. Był być może zdrowy jeszcze na tydzień przed naszym przyjazdem, a w ostatnim tygodniu zachorował na gorączkę i zmarł na godzinę przed przycumowaniem naszego statku w Mersey. Myślę o tych wszystkich sprawach, panie Talboys, i odgrywam w myślach te wszystkie sceny, i cierpię z ich powodu dwadzieścia razy dziennie.

George Talboys stał bez ruchu, z cygarem w dłoni, słuchając jej tak intensywnie, że gdy wypowiedziała ostatnie słowa, ocknął się, a cygaro wpadło mu do wody.

— Zastanawiam się — kontynuowała, mówiąc bardziej do siebie niż do niego — zastanawiam się, patrząc wstecz: tylko pomyśleć, jak pełna byłam nadziei, gdy statek wypływał. Wtedy nawet do głowy nie przyszło mi rozczarowanie, wyobrażałam sobie radość spotkania, wyobrażałam sobie, jakie dokładnie słowa zostaną wypowiedziane, jaki będzie ich ton, jak będziemy wyglądać, ale przez ten ostatni miesiąc podróży z każdym dniem, z każdą godziną moje serce robiło się coraz smutniejsze, a moje pełne nadziei marzenia rozpływały się jak we mgle. Obawiam się końca podróży tak bardzo, jakbym wiedziała, że płynę do Anglii, żeby wziąć udział w pogrzebie.

W wyglądzie młodzieńca zaszła gwałtowna zmiana. Odwrócił się do towarzyszki twarzą, na której malował się niepokój. Dostrzegła w przygasającym świetle, że jego policzki straciły zupełnie kolor.

— Jaki ze mnie głupiec! — zawołał, uderzając zaciśniętą pięścią w burtę statku. — Jaki ze mnie głupiec, że się tak tym przestraszyłem! Dlaczego pani do mnie przychodzi i mi to mówi? Dlaczego pani przychodzi i sprawia, że odchodzę od zmysłów, podczas gdy ja płynę prosto do domu, do kobiety, którą kocham, do dziewczyny, której serce jest tak czyste jak kryształ i po której tak samo nie spodziewam się żadnej zmiany, jak tego, że jutro słońce wzejdzie dwa razy? Dlaczego przychodzi pani i wkłada mi do głowy takie brednie, podczas gdy ja płynę do domu do mojej ukochanej żony?

— Żony — odparła. — To co innego. Nie ma powodu, żeby moje obawy napełniały pana strachem. Ja udaję się do Anglii, żeby dołączyć do człowieka, z którym zaręczyłam się piętnaście lat temu. Był wtedy zbyt biedny, żeby mnie poślubić, i gdy zaoferowano mi posadę guwernantki w bogatej australijskiej rodzinie, przekonałam go, żeby pozwolił mi ją przyjąć. On mógł samodzielnie budować swój los w świecie, podczas gdy ja miałam zaoszczędzić małą sumkę, która przyda się nam, gdy rozpoczniemy wspólne życie. Nigdy nie zamierzałam zostać tak długo, ale sprawy potoczyły się dla niego niekorzystnie w Anglii. Oto moja historia i z pewnością rozumie pan moje obawy. Nie powinny mieć na pana wpływu. Mój przypadek jest wyjątkowy.

— Mój również — odparł George niecierpliwie. — Mówię pani, że mój przypadek jest wyjątkowy, chociaż przysięgam, że do tej chwili nie miałem cienia wątpliwości co do rezultatu mojej podróży do domu. Ale ma pani rację, pani obawy nie mają ze mną nic wspólnego. Wyjechała pani na piętnaście lat, przeróżne rzeczy mogą się wydarzyć w przeciągu piętnastu lat. Jeśli o mnie chodzi, to od czasu gdy wyjechałem z Anglii, minęło zaledwie trzy i pół roku. Co mogło się wydarzyć w tak krótkim czasie?

Panna Morley spojrzała na niego ze smutnym uśmiechem, ale nic nie powiedziała. Gorączkowy zapał, świeżość i niecierpliwość jego natury były dla niej tak dziwne i nowe, że patrzyła na niego na wpół z podziwem i na wpół z żalem.

— Moja śliczna droga żona! Moja łagodna, niewinna, kochająca, droga żona! Czy pani wie, panno Morley — powiedział w swój charakterystyczny sposób — że zostawiłem moją drogą małą dziewczynkę śpiącą z małym dziecięciem w ramionach i zaledwie kilkoma słowami skreślonymi na kartce, wyjaśniającymi, dlaczego wierny mąż ją porzuca?

— Porzuca! — wykrzyknęła guwernantka.

— Tak. Byłem chorążym w pułku kawalerii, gdy poznałem moje najdroższe kochanie. Stacjonowaliśmy w jakimś głupim mieście portowym, gdzie moja najsłodsza mieszkała ze swoim nędznym starym ojcem, oficerem marynarki, żyjącym z połowy pensji, prawdziwym starym ladaco, żałosnym jak Hiob, wypatrującym wielkiej szansy. Przejrzałem od razu jego niecne zamiary, żeby złapać jednego z nas na męża dla swojej ładnej córki. Dostrzegałem te wszystkie żałosne, godne pogardy i namacalne pułapki, które zastawiał na ważnych dragonów. Umiałem przejrzeć te jego silące się na elegancję kolacje i porto z pubu, piękne opowieści o wielkości ich rodziny, udawaną dumę i niezależność i nieszczere łzy w zamglonych oczach, gdy mówił o swoim jedynym dziecku. Był starym hipokrytą i pijaczyną gotowym sprzedać moją biedną małą dziewczynkę temu, kto da najwięcej. Na szczęście dla mnie tak się zdarzyło, że wtedy dawałem najwięcej, bo mój ojciec jest bogatym człowiekiem, panno Morley. Była to miłość od pierwszego wejrzenia, obopólna, więc moje kochanie i ja wzięliśmy ślub. Gdy tylko jednak mój ojciec dowiedział się, że poślubiłem dziewczynę bez grosza przy duszy, córkę podchmielonego starego pułkownika żyjącego z połowy pensji, napisał do mnie wściekły list, informując mnie, że już nigdy więcej nie będzie się ze mną kontaktował i że moja roczna pensja przestanie mi być wypłacana z dniem mojego ślubu. Ponieważ pozostanie w takim pułku jak mój, jedynie z moją pensją i ładną żoną na utrzymaniu, nie było możliwe, więc wystąpiłem z niego, myśląc, że zanim skończą się pieniądze z odprawy, z pewnością coś sobie znajdę. Zabrałem moje kochanie do Włoch i żyliśmy tam w wielkim stylu, dopóki starczało nam pieniędzy z mojego majątku w kwocie dwóch tysięcy funtów. Gdy stopniał on jednak do kilkuset funtów, wróciliśmy do Anglii. Moje kochanie miało kaprys, żeby być blisko swego męczącego starego ojca, więc osiedliśmy w kurorcie, w którym mieszkał. No cóż, jak tylko starszy pan dowiedział się, że zostało mi kilkaset funtów, zaczął deklarować wielkie do nas przywiązanie i nalegał, abyśmy zamieszkali w jego domu. Zgodziłem się, po raz kolejny, żeby zadowolić moje kochanie, które miało właśnie wtedy wszelki powód, by domagać się spełnienia każdego kaprysu i zachcianki, jakie podyktowało jej niewinne serce. Zamieszkaliśmy z nim i w końcu nas oskubał, ale gdy mówiłem o tym mojej kochanej żonce, wzruszała jedynie ramionami i mówiła, że nie chce być nieuprzejma dla „biednego papy”. I tak biedny papa wydał nasz nieduży zapas pieniędzy w bardzo krótkim czasie. Czułem, że teraz znalezienie czegoś stawało się konieczne, pojechałem więc do Londynu i usiłowałem znaleźć posadę jako urzędnik w biurze handlowym, księgowy, buchalter albo coś w tym rodzaju. Przypuszczam jednak, że ciągnęła się za mną opinia topornego dragona, bo bez względu na to, jak bardzo się starałem, nie byłem w stanie przekonać nikogo do moich umiejętności. Zmęczony i przygnębiony, wróciłem do mojego kochania i zastałem ją doglądającą syna i dziedzica ubóstwa jego ojca. Biedna droga dziewczynka była bardzo przygnębiona i gdy powiedziałem jej, że moja wyprawa do Londynu zakończyła się fiaskiem, całkowicie się załamała, zaniosła płaczem i zaczęła zawodzić, oznajmiając mi, że nie powinienem był jej poślubiać, jeśli nie mogę jej dać nic prócz ubóstwa i nieszczęścia, i że uczyniłem jej ogromną krzywdę, czyniąc ją swoją żoną. Mój Boże! Panno Morley, jej łzy i wyrzuty doprowadziły mnie nieomal do szaleństwa. Wpadłem we wściekłość na nią, na siebie, na jej ojca, na świat i na każdego na nim, a potem wybiegłem z domu, zarzekając się, że moja noga nigdy więcej w nim nie postanie. Chodziłem po ulicach przez cały dzień na wpół oszalały i miałem szczery zamiar rzucić się do morza, żeby uwolnić od siebie moją biedną dziewczynkę, żeby mogła znaleźć lepszą partię. „Jeśli się utopię, to ojciec będzie musiał ją utrzymywać — myślałem. — Ten stary hipokryta nie odmówi jej schronienia, ale dopóki ja żyję, ona nie może niczego od niego żądać”. Poszedłem na stare, chwiejne molo z zamiarem poczekania, aż się ściemni, by potem zsunąć się cichutko z jego końca do wody. Gdy siedziałem tam, paląc fajkę i spoglądając niewidzącymi oczami na mewy, przyszło dwóch mężczyzn, a jeden z nich zaczął opowiadać o wydobywaniu złota w Australii i wspaniałych rzeczach, jakich można tam dokonać. Wyglądało na to, że zamierza tam popłynąć za dzień czy dwa i usiłował nakłonić swojego towarzysza, żeby towarzyszył mu w tej wyprawie.

Słuchałem tych mężczyzn przez ponad godzinę, chodząc za nimi tam i z powrotem po molo, z fajką w zębach, i słysząc całą ich rozmowę. Potem sam zacząłem z nimi rozmawiać i dowiedziałem się, że za trzy dni odpływa z Liverpoolu statek, którym jeden z nich zamierza udać się w podróż. Ten mężczyzna udzielił mi wszystkich niezbędnych informacji, zapewniając ponadto, że tak zdeterminowany młody mężczyzna jak ja nie może nie odnieść sukcesu w kopalni złota. Nagle przyszła mi do głowy myśl, która sprawiła, że na policzki wystąpiły mi wypieki, a ciało przeszył dreszcz ekscytacji. W każdym razie było to lepsze niż woda. A gdybym tam uciekł od mojego kochania, zostawiając ją bezpieczną pod dachem ojca, i pojechał, żeby zrobić fortunę w nowym świecie i wrócił za dwanaście miesięcy, żeby rzucić ją do jej stóp — bo wtedy byłem takim optymistą, że liczyłem na zrobienie fortuny w rok. Podziękowałem nieznajomemu za informację i późną nocą wróciłem do domu. Była wtedy zima i pogoda była surowa, ale ja byłem zbyt podekscytowany, żeby czuć chłód. Szedłem cichymi ulicami, śnieg padał mi prosto w twarz, a w moim sercu tliła się desperacka nadzieja. Starszy pan siedział, pijąc brandy z wodą w małej jadalni, a moja żona była na górze, śpiąc spokojnie z dzieciątkiem na piersi. Usiadłem i skreśliłem kilka linijek, w których wyznałem jej, że nigdy nie kochałem jej bardziej niż teraz, gdy na pozór ją porzucam, że wyjeżdżam spróbować szczęścia w nowym świecie i że jeśli mi się uda, to wrócę, żeby obdarzyć ją szczęściem i dobrobytem, ale jeśli mi się nie uda, to już nigdy jej nie zobaczę. Podzieliłem resztę naszych pieniędzy — trochę ponad czterdzieści funtów — na dwie równe części, połowę zostawiłem jej, a połowę schowałem do kieszeni. Uklęknąłem i modliłem się za moją żonę i dziecko, z głową na białej narzucie, która ich okrywała. Zazwyczaj nie bywałem zbyt nabożnym człowiekiem, ale dobry Bóg wie, że to była szczera modlitwa. Ucałowałem ją i dziecko i wyszedłem ukradkiem z pokoju. Drzwi do jadalni były otwarte, a starszy pan drzemał nad gazetą. Uniósł głowę, gdy usłyszał moje kroki w korytarzu, i zapytał, dokąd wychodzę. „Zapalić na ulicy” — odpowiedziałem, a ponieważ miałem to w zwyczaju, więc mi uwierzył. Trzy dni później byłem już na morzu w drodze do Melbourne jako pasażer trzeciej klasy, za cały swój bagaż mając narzędzia kopacza i około siedmiu szylingów w kieszeni.

— I udało się panu? — zapytała panna Morley.

— Dopiero gdy marzenie o sukcesie przerodziło się w prawdziwą desperację, a bieda i ja staliśmy się takimi nierozłącznymi towarzyszami, że spoglądając wstecz na moje życie, zastanawiałem się, czy ten czarujący, lekkomyślny, rozrzutny, kochający luksus, gustujący w szampanie dragon rzeczywiście jest tym samym człowiekiem, który siedzi na wilgotnej ziemi i żuje spleśniałą skórkę chleba na pustkowiach nowego świata. Trzymałem się kurczowo wspomnienia o moim kochaniu i wiary w jej miłość i wierność — były niczym kotwica łącząca mnie z poprzednim życiem i jedyna gwiazda, która rozświetlała mrok przyszłości. Przestawałem ze złymi ludźmi, znajdowałem się w centrum bijatyk, pijaństwa i rozpusty, ale oczyszczająca siła mojej miłości była mi ocaleniem. Wychudzony i wymizerowany, na wpół zagłodzony cień mojego dawnego ja, ujrzałem się kiedyś w kawałku rozbitego lustra i przestraszyłem własnej twarzy. Pokonałem jednak wszystko, pokonałem rozczarowanie i rozpacz, reumatyzm, gorączkę, głód, stanąłem u samych wrót śmierci. Walczyłem jednak mozolnie do końca, aż wreszcie zwyciężyłem.

Był taki dzielny, z całą swoją energią i determinacją, dumny z powodu sukcesu i świadomością wszystkich trudności, które pokonał, że blada guwernantka spoglądała na niego jedynie z pełnym niedowierzania podziwem.

— Jakiż był pan dzielny! — powiedziała.

— Dzielny! — zawołał, wybuchając radosnym śmiechem. — Czyż nie pracowałem dla mojego kochania? Czyż przez cały straszny czas tej próby jej śliczna biała dłoń nie wskazywała mi drogi do szczęśliwej przyszłości? Widziałem ją przecież w moim przeklętym płóciennym namiocie, siedzącą obok, z chłopczykiem w ramionach, tak wyraźnie jak podczas jednego szczęśliwego roku naszego życia małżeńskiego. W końcu, pewnego ponurego mglistego poranka, dokładnie trzy miesiące temu, przemoczony do nitki od padającej mżawki, ubrudzony gliną i błotem po sam czubek głowy, bliski śmierci głodowej, trawiony przez gorączkę, ze stawami sztywnymi od reumatyzmu, natrafiłem łopatą na olbrzymi samorodek i odkryłem złoże złota całkiem sporych rozmiarów. Dwa tygodnie później byłem najbogatszym człowiekiem w całej malutkiej kolonii. Pojechałem co żywo do Sydney, spieniężyłem swoje złote znaleziska, które były warte ponad dwadzieścia tysięcy funtów, i dwa tygodnie później wyruszyłem w podróż morską do Anglii, tym oto statkiem, a za dziesięć dni — za dziesięć dni! — zobaczę swoje kochanie.

— Przez cały ten czas nigdy nie napisał pan do żony?

— Dopiero na tydzień przed wypłynięciem tego statku. Nie mogłem napisać, gdy sprawy wyglądały tak źle. Nie mogłem napisać, że tak ciężko walczę z rozpaczą i śmiercią. Czekałem na lepsze czasy, a gdy nadeszły, napisałem, że będę w Anglii nieomal tak szybko jak ten list i podałem jej adres kawiarni w Londynie, na który może do mnie napisać, żeby powiedzieć mi, gdzie ją znajdę, chociaż to bardzo mało prawdopodobne, żeby opuściła dom ojca.

Popadł następnie w zadumę i palił z namysłem kolejne cygaro. Towarzyszka mu nie przeszkadzała. Ostatnie promienie letniego dnia zniknęły, jedynie blade światło półksiężyca było widoczne.

Nagle George Talboys wyrzucił cygaro i zwracając się do guwernantki, oświadczył gwałtownie:

— Panno Morley, jeśli, gdy dotrę do Anglii, dowiem się, że coś się stało mojej żonie, to padnę trupem.

— Mój drogi panie, dlaczego myśli pan w ten sposób? Bóg jest dla nas bardzo dobry, nie zsyła na nas nieszczęść, których nie jesteśmy w stanie unieść. Widzę wszystko, być może, w nazbyt pesymistycznych barwach, ponieważ długa monotonia życia dała mi zbyt dużo czasu na rozmyślanie o smutkach.

— A moje życie było jednym wielkim działaniem, niedostatkiem, mozolną pracą, na przemian rozpaczą i nadzieją, nie miałem czasu, żeby myśleć o tym, że coś może się stać mojemu kochaniu. Jakim ślepym lekkomyślnym głupcem byłem! Trzy i pół roku i ani liściku, ani słowa od niej albo jakiegokolwiek żywego człowieka, który ją zna. Wielkie nieba! Tyle rzeczy mogło się wydarzyć!

Z tak rozpalonym umysłem zaczął chodzić gwałtownie tam i z powrotem po pustym pokładzie, a za nim usiłująca go pocieszyć guwernantka.

— Przysięgam, panno Morley — rzucił — dopóki nie przemówiła pani do mnie dzisiaj wieczorem, nie zaznałem ani cienia wątpliwości, a teraz moje serce przepełnia ten przerażający strach, o którym mówiła pani godzinę temu. Proszę mnie zostawić, żebym mógł sobie z tym poradzić na swój sposób.

Odeszła od niego cicho i zajęła miejsce na boku statku, spoglądając w wodę.

Rozdział trzeci

Sekretne pamiątki

To samo sierpniowe słońce, które zniknęło za bezmiarem wód, błyszczało czerwoną poświatą na okrągłej tarczy zegara wiszącego nad porośniętym winoroślą łukiem, który prowadził do ogrodów Audley Court.

Drapieżny i purpurowy zachód słońca. Kamienne szprosy i połyskująca ołowiana siatka w oknach na równi płoną czerwienią, zachodzące słońce migocze na liściach lip w długiej alei i zamienia nieruchomy staw rybny w wypolerowany arkusz miedzi, purpurowa jasność dociera niespokojnymi językami nawet do tych mrocznych zakątków porośniętych krzewami i zaroślami, pośród których ukryta jest studnia, aż wilgotne zarośla, zardzewiałe żelazne koło i murszejące drewno zdają się całe splamione krwią.

Muczenie krowy na cichych łąkach, pluśnięcie pstrąga w stawie, ostatnie nuty śpiewu zmęczonego ptaka, skrzypienie kół wozu na odległej drodze, od czasu do czasu przerywając wieczorną ciszę, sprawiały, że cichość tego miejsca wydawała się jeszcze bardziej intensywna. Nieruchomy zmierzch zdawał się nieomal wrogi. Spokój tego miejsca stawał się bolesny z powodu swej intensywności i wydawało się, że gdzieś pośród tej szarej i pokrytej winoroślą bryły budynku musi leżeć trup — tak śmiertelny wydawał się spokój wszystkiego dookoła.

Gdy zegar nad łukiem wybił ósmą, drzwi z tyłu domu otwarły się delikatnie i do ogrodu wyszła dziewczyna.

Jednak nawet obecność ludzkiej istoty nie zdołała przełamać tej ciszy, ponieważ dziewczyna skradała się powoli po gęstej trawie i prześlizgnąwszy się do alei z boku stawu, zniknęła pod gęstym baldachimem lip.

Nie była, być może, w dosłownym znaczeniu ładną dziewczyną, ale wyglądała w sposób, jaki powszechnie nazywa się interesującym. Mógł być interesujący, ponieważ w tej bladej twarzy i jasnoszarych oczach, delikatnych rysach i zaciśniętych ustach było coś, co sugerowało wstrzemięźliwość i samokontrolę, rzadkie u kobiety dziewiętnastoletniej czy rok starszej. Mogłaby być ładna, myślę, gdyby nie jedna skaza na małej owalnej twarzy. Tą skazą był brak koloru. Ani jedna plamka purpury nie rumieniła woskowej bieli policzków, ani jedna smuga brązu nie ratowała bladej bezbarwności brwi i oczu, ani jeden przebłysk złota lub kasztanu nie mącił jednolitej płowej barwy włosów. Nawet suknia cierpiała na ten sam brak; blady lawendowy muślin przechodził w nieprzyjemnie szary kolor, a wstążka zawiązana wokół szyi przybierała tę samą neutralną barwę.

Kobieta miała szczupłą i delikatną figurę i pomimo skromnej sukienki cechowała się gracją i elegancją osoby szlachetnie urodzonej. Była jednak jedynie zwykłą wiejską dziewczyną, zwaną Phoebe Marks, która opiekowała się dziećmi w rodzinie pana Dawsona i którą lady Audley wybrała na swoją służącą po ślubie z sir Michaelem.

Oczywiście było to ogromnym szczęściem dla Phoebe, której zarobki uległy potrojeniu, a praca stała się lżejsza w uporządkowanym domostwie, jakim był zamek. Wszystko to sprawiło, że dziewczyna stała się obiektem zazdrości pośród swoich przyjaciół, tak jak sama milady pośród wyższych sfer.

Mężczyzna, który siedział na zniszczonej drewnianej pokrywie studni, wstał gwałtownie, gdy pokojówka wyłoniła się z mrocznego cienia lip i stanęła przed nim pośród chwastów i zarośli.

Wspominałam wcześniej, że było to odludne miejsce. Znajdowało się w samym środku niskich zarośli, ukryte i oddalone od reszty ogrodów i widoczne jedynie z okien poddasza na tyłach zachodniego skrzydła.

— Phoebe! — zawołał mężczyzna, składając scyzoryk, którym obdzierał korę z patyka tarniny. — Przyszłaś tu tak cicho i nagle, żem pomyślał, że to jakiś zły duch. Przeszedłem przez pola, a potem tutaj, przez bramkę naprzeciwko fosy, i postanowiłem odpocząć, zanim pójdę do domu i zapytam, czy już wróciłaś.

— Widzę studnię z mojej sypialni, Luke — wyjaśniła Phoebe, pokazując na otwarte okno w jednym z załomów dachu. — Widziałam, że tu siedzisz, i zeszłam, żeby pogawędzić. Lepiej porozmawiać tutaj niż w domu, w którym zawsze ktoś słucha.

Mężczyzna był dużym, barczystym wieśniakiem o głupkowatym wyglądzie, w wieku około dwudziestu trzech lat. Miał ciemnorude włosy, niskie czoło i krzaczaste brwi, które łączyły się w jedną linię nad parą zielonawoszarych oczu, a do tego duży i kształtny nos. Jego usta jednak były grube, o zwierzęcym wyrazie. Z rumianymi policzkami, rudowłosy i z grubym karkiem zdawał się przypominać wyglądem jednego z dorodnych byków, jakie pasły się na łąkach wokół zamku.

Dziewczyna usiadła lekko na drewnianej pokrywie u jego boku i objęła go za szyję jedną z rąk, których dłonie wybielały w nowej i lekkiej pracy.

— Cieszysz się, że mnie widzisz, Luke? — zapytała.

— Oczywiście, że się cieszę, słodka — odparł oschle, ponownie rozkładając scyzoryk, by nadal obdzierać korę z gałązki żywopłotu.

Byli kuzynami w pierwszej linii, wychowywali się razem jako dzieci, a we wczesnej młodości zakochali się w sobie.

— Nie wyglądasz na ucieszonego — oceniła dziewczyna. — Mógłbyś na mnie spojrzeć, Luke, i powiedzieć mi, czy nie myślisz, że ta podróż wyszła mi na dobre.

— No na pewno nie nabrałaś dzięki niej kolorów, moja droga — stwierdził, spoglądając na nią spod groźnie wyglądających brwi. — Jesteś tak samiuśko biała jak wtedy, gdy wyjeżdżałaś.

— Mówią, że podróże dodają ludziom ogłady, Luke. Podróżowałyśmy z milady po kontynencie, byłyśmy w przeróżnych ciekawych miejscach, a wiesz, gdy byłam dzieckiem, córka dziedzica Hortona nauczyła mnie mówić odrobinę po francusku i to było takie miłe, że mogłam rozmawiać z ludźmi za granicą.

— Ogłady! — zawołał Luke Marks i roześmiał się grubiańsko. — A ciekawe, kto by chciał, żebyś miała ogładę? Nie ja, na pewno! Gdy zostaniesz moją żoną, nie będziesz miała za dużo czasu na ogładę, moja droga. I jeszcze francuski! Niech mnie licho, Phoebe, pewnie jak zaoszczędzimy dość pieniędzy i kupimy małą farmę, to ci się przyda twój francuski, żeby rozmawiać z krowami?

Przygryzła wargę, gdy jej ukochany mówił te słowa, i odwróciła głowę. On nadal przycinał i ciosał prostą rączkę, która wieńczyła koniec patyka, gwiżdżąc sobie cicho pod nosem przez cały ten czas i ani razu nie spoglądając na dziewczynę.

Przez jakiś czas milczeli, ale w końcu powiedziała z twarzą nadal odwróconą od swojego towarzysza:

— Jaka to wspaniała rzecz dla panny Graham, że podróżowała ze służącą i fiakrem powozem z czwórką koni i z mężem, który myśli, że na całej ziemi nie ma jednego miejsca, które byłoby godne, aby postawiła na nim swoją stopę!

— O tak, to piękna rzecz, Phoebe, mieć dużo pieniędzy — odparł Luke — i mam nadzieję, że to cię nauczy, moja słodka, żeby oszczędzać swoje zarobki na czas, jak się pobierzemy.

— Kimże przecież była w domu pana Dawsona zaledwie trzy miesiące temu? — kontynuowała dziewczyna, jakby nie usłyszała tego, co powiedział kuzyn. — Kimże była, jak nie służącą, taką jak ja? Pobierającą wynagrodzenie i pracującą na nie równie ciężko albo nawet ciężej niż ja. Szkoda, że nie widziałeś, jakie miała zniszczone ubrania, Luke. Znoszone i połatane, i pocerowane, i poprzeszywane, i kombinowane, a mimo to zawsze na niej ładnie wyglądające. Płaci mi tutaj więcej jako swojej pokojówce niż to, co sama dostawała kiedyś u pana Dawsona. Widziałam przecież, jak wychodziła z salonu z kilkoma suwerenami i srebrnymi monetami w dłoni, które pan dał jej jako kwartalne wynagrodzenie, a teraz tylko popatrz na nią!

— Już ty się nią nie przejmuj — odparł Luke. — Martw się o siebie, Phoebe, to w zupełności wystarczy. A co byś powiedziała na pub dla siebie i dla mnie, kiedyś w przyszłości, moja droga? Dużo można zarobić na prowadzeniu pubu.

Dziewczyna siedziała z twarzą odwróconą od swojego ukochanego, z dłońmi złożonymi bez ruchu na kolanach, a spojrzenie jej bladoszarych oczu utkwione było w ostatniej wąskiej smudze purpury dogasającej za pniami drzew.

— Powinieneś zobaczyć wnętrze domu, Luke — opowiadała. — Z zewnątrz to prawie ruina, ale pokoje milady — całe w obrazach i złoceniach, wspaniale wyglądające lustra ciągną się od sufitu aż po podłogę. Również malowane sufity, które kosztowały setki funtów, mówiła mi gospodyni. Wszystko zrobione specjalnie dla niej.

— Ma szczęście — wymamrotał Luke z leniwą obojętnością.

— Gdybyś ją widział, gdy byliśmy za granicą, z tłumem dżentelmenów, którzy zawsze ją otaczali. Sir Michael nie był o nich zazdrosny, a jedynie dumny, widząc, że jest tak podziwiana. Gdybyś widział, jak się śmiała, rozmawiając z nimi i odparowując wszystkie ich komplementy i piękne mowy, którymi niejako zarzucali ją jak gradem róż. Gdziekolwiek się pojawiała, wszyscy za nią szaleli. Za jej śpiewem, grą, malowaniem, tańcem, pięknym uśmiechem i lśniącymi lokami! Wszyscy się nią zachwycali, gdziekolwiek żeśmy się zatrzymali.

— Jest dzisiejszego wieczoru w domu?

— Nie, pojechała z sir Michaelem na przyjęcie, w Beeches. Mają do przejechania siedem, osiem mil i nie wrócą wcześniej niż po jedenastej.

— W takim razie wiesz, co ci powiem, Phoebe? Jeśli wnętrze tego domu jest takie wytworne, to chętnie bym je obejrzał.

— W takim razie, dobrze. Pani Barton, gospodyni, zna cię z widzenia i nie może zabronić mi pokazania ci kilku najlepszych komnat.

Było już nieomal ciemno, gdy kuzyni opuścili niskie zarośla i ruszyli wolno do domu. Drzwi, przez które weszli, prowadziły do holu dla służby, obok znajdował się pokój gospodyni. Phoebe Marks zatrzymała się na chwilę, żeby zapytać, czy może pokazać swojemu kuzynowi niektóre pokoje, i otrzymawszy na to zgodę, zapaliła świecę od lampy w holu i dała znak Luke’owi, żeby szedł za nią do drugiej części domu.

Długie czarne dębowe korytarze mroczniały w złowieszczym zmierzchu — światło niesione przez Phoebe jawiło się zaledwie marną plamką płomienia w szerokich pasażach, po których prowadziła swojego kuzyna. Luke oglądał się od czasu do czasu podejrzliwie przez ramię, na wpół przerażony stukaniem własnych podbijanych ćwiekami butów.

— To śmiertelnie ponure miejsce, Phoebe — ocenił, gdy przeszli z korytarza do głównego holu, który nie był jeszcze oświetlony. — Słyszałem opowieść o morderstwie, dokonanym tutaj w dawnych czasach.

— I w tych czasach jest dość morderstw, jeśli o to chodzi, Luke — odpowiedziała dziewczyna, wchodząc po schodach. Młodzieniec stąpał tuż za nią.

Prowadziła go przez obszerny salon, pełen atłasu i złoceń, inkrustowanych szafek i intarsjowanych komód, przedmiotów z brązu, kamei, figurek i bibelotów, które mieniły się w zapadającym zmierzchu. Następnie przeszli przez pokój poranny, z kopiami cennych obrazów na ścianach, a potem do przedpokoju, gdzie panna Marks zatrzymała się, unosząc świecę nad głową.

Młody mężczyzna rozglądał się dookoła z szeroko otwartymi ustami i oczami okrągłymi ze zdziwienia.

— To wyjątkowo eleganckie miejsce — ocenił. — Musiało kosztować całe mnóstwo pieniędzy.

— Popatrz na obrazy — poleciła Phoebe, spoglądając na ściany ośmiokątnego pomieszczenia, na których wisiały obrazy Claude’a i Poussina, Wouwermana i Cuypa. — Słyszałam, że same te obrazy są warte fortunę. To wejście do apartamentów milady, poprzednio panny Graham.

Odchyliła ciężką zieloną kotarę, która zasłaniała częściowo drzwi, i poprowadziła zadziwionego wieśniaka do bajkowego buduaru, a stamtąd do przebieralni, w której otwarte drzwi szafy i sterta sukni leżących na sofie wskazywały, że nadal są w takim stanie, w jakim pozostawiła je właścicielka.

— Muszę odłożyć na miejsce wszystkie te rzeczy, zanim milady wróci do domu, Luke. Możesz usiąść, podczas gdy będę to robiła, nie potrwa to zbyt długo.

Kuzyn rozejrzał się dookoła wyraźnie zawstydzony i oszołomiony splendorem komnaty. Po zastanowieniu wybrał najpokaźniejsze z krzeseł i ostrożnie usiadł na samym jego brzegu.

— Chciałabym pokazać ci biżuterię, Luke — powiedziała dziewczyna — ale nie mogę, bo milady kluczyk zawsze nosi przy sobie. To ta szkatułka na toaletce.

— Co, to?! — zawołał Luke, gapiąc się na pokaźną kasetę z drewna orzechowego inkrustowaną mosiądzem. — Jest, do licha, dość duża, żeby pomieścić wszystkie moje ubrania!

— I wypełniona po brzegi brylantami, rubinami, perłami i szmaragdami — dopowiedziała Phoebe.

Mówiąc to, zajęta była składaniem szeleszczących jedwabnych sukien i układaniem ich jedna na drugiej na półkach szafy. Gdy strzepywała falbany ostatniej, coś zabrzęczało. Wsunęła dłoń do jednej z kieszeni.

— Nie do wiary! — wykrzyknęła. — Milady jakimś cudem zostawiła klucze w kieszeni. Mogę pokazać ci biżuterię, Luke, jeśli chcesz.

— Cóż, równie dobrze mogę ją obejrzeć, moja droga — odparł, wstając z krzesła.

Trzymał świecę, podczas gdy kuzynka otwierała szkatułkę. Wydał z siebie okrzyk podziwu, gdy ujrzał ozdoby połyskujące na białych satynowych poduszkach. Miał ochotę wziąć delikatne klejnoty w palce, poobracać je, poznać ich handlową wartość. Być może ukłucie pragnienia i zazdrości przeszyło mu serce, gdy uświadomił sobie, jak bardzo chciałby wziąć jeden z nich.

— Przecież jedna z tych brylantowych ozdóbek urządziłaby nas na całe życie, Phoebe — stwierdził, obracając przez chwilę w swoich dużych czerwonych dłoniach bransoletkę.

— Odłóż to, Luke! Odłóż to natychmiast! — zawołała dziewczyna z wyrazem przerażenia na twarzy. — Jak możesz mówić takie rzeczy?

Odłożył bransoletkę niechętnie na miejsce, wzdychając z żalem, a następnie kontynuował przeglądanie zawartości szkatuły.

— Co to jest? — zapytał, pokazując na mosiężny guzik na ściance szkatuły.

Nacisnął go, wypowiadając te słowa, i z wnętrza kasety wysunęła się sekretna szuflada wyłożona purpurowym aksamitem.

— Popatrz no tylko tutaj! — zawołał Luke, zadowolony ze swojego odkrycia.

Phoebe Marks upuściła suknię, którą składała, i podeszła do toaletki.

— Nigdy wcześniej tego nie widziałam — stwierdziła. — Ciekawe, co jest w środku…

Nie było tam niczego interesującego, ani złota, ani klejnotów, jedynie mały włóczkowy bucik dziecięcy zawinięty w kawałek papieru i maluteńki pukiel jasnozłotawych jedwabistych włosów, wyraźnie pochodzących z główki dziecka. Oczy Phoebe zrobiły się okrągłe, gdy przyglądała się zawiniątku.

— A więc to ukrywa milady w sekretnej szufladzie — wyszeptała.

— To dziwne, żeby w takim miejscu trzymać podobne śmieci — zauważył Luke od niechcenia.

Wąskie wargi dziewczyny wykrzywiły się w dziwnym uśmiechu.

— W razie potrzeby zaświadczysz, gdzie to znalazłam — oznajmiła, wkładając małą paczuszkę do kieszeni.

— Co ty, Phoebe, chyba nie będziesz taka głupia, żeby to zabierać — zawołał młody mężczyzna.

— Wolę mieć to niż tę brylantową bransoletkę, którą chciałbyś wziąć — odparła. — Będziesz miał swój pub, Luke.

Rozdział czwarty

Na pierwszej stronie „Timesa”

Robert Audley uchodził za adwokata. Z tego tytułu jego nazwisko znajdowało się na Liście Adwokatów, z tego powodu miał pokoje w Fig-tree Court, w Temple, i z tego też powodu spożył należną mu liczbę kolacji stanowiących swoistego rodzaju próbę, dzięki której aspirant sztuki sądowej kroczy do sławy i chwały. Jeśli te rzeczy są w stanie uczynić z człowieka adwokata, to Robert Audley zdecydowanie nim był. Nigdy jednak nie miał, nie próbował ani nawet nie chciał dostać sprawy w przeciągu tych pięciu lat, podczas których jego nazwisko wymalowane było na jednych z drzwi w Fig-tree Court. Był przystojnym, leniwym, beztroskim mężczyzną, w wieku około dwudziestu siedmiu lat, jedynym synem młodszego brata sir Michaela Audleya. Ojciec zostawił mu dochód w postaci czterystu funtów rocznie, który jego przyjaciele doradzili mu powiększyć przez wstąpienie do palestry. Po dłuższym zastanowieniu doszedł do wniosku, że przeciwstawienie się woli przyjaciół byłoby bardziej kłopotliwe niż zjedzenie tak wielu kolacji i wynajęcie pokoi w Temple. Postanowił zatem obrać tę drugą drogę i bez zająknienia nazwał się adwokatem.

Czasami, gdy robiło się bardzo gorąco, a on poczuł się wyczerpany paleniem niemieckich cygar i czytaniem francuskich powieści, schodził spacerem do ogrodów Temple i kładąc się na trawie w jakimś zacienionym miejscu, blady i orzeźwiony, z odwiniętym kołnierzykiem koszuli i poluzowanym wokół szyi błękitnym jedwabnym fularem, zwykł mówić poważnym sędziom, że zupełnie wykończyła go praca.

Chytrzy starzy sędziowie śmiali się z tych miłych bajek, ale wszyscy zgadzali się, że Robert Audley jest poczciwym i serdecznym, a przy tym dość dziwnym młodzieńcem, z całą kopalnią ciętego dowcipu i dyskretnego poczucia humoru pod pozorami apatycznego, powolnego, obojętnego i nierozsądnego stylu bycia. Mężczyzna, który niczego nie osiągnie w świecie, ale który nie skrzywdziłby muchy. W istocie, jego pokoje zostały przekształcone w prawdziwe schronisko dla psów, miał bowiem w zwyczaju przyprowadzanie do domu bezpańskich i zagubionych kundli, które zachęcone jego wyglądem, szły za nim wiedzione bezwarunkową czułością.

Robert zawsze spędzał sezon łowiecki w Audley Court. Nie żeby wyróżniał się jako nemrod! Przeciwnie, miał zwyczaj cichutko kłusować do zagajnika na jakiejś łagodnej, solidnej, gniadej szkapie i utrzymywał pełen szacunku dystans do najlepszych jeźdźców, a jego koń wiedział równie dobrze jak on, że nic nie jest bardziej odległe od marzeń młodego prawnika niż myśl, żeby być świadkiem śmierci.

Młodzieniec był ulubieńcem swego wuja, a sprawa nie miała się wcale gorzej w przypadku ładnej, beztroskiej kuzynki o cygańskiej urodzie i chłopięcym stylu bycia, panny Alicii Audley. Innym mężczyznom mogło się wydawać, że ta przychylność młodej damy, która była jedyną dziedziczką niezwykle pięknej posiadłości, była raczej warta pielęgnowania, ale Robertowi Audleyowi nie przyszło to do głowy. Alicia była bardzo miłą dziewczyną, twierdził, wesołą, bez krzty zarozumiałości — jedną na tysiąc, ale ta deklaracja była najwyższym wyrazem uznania, na jakie było go stać. Pomysł obrócenia dziewczęcej sympatii kuzynki na jakąś własną korzyść nigdy nie pojawił się w jego leniwym umyśle. Wątpię, żeby miał choćby przybliżone pojęcie o rozmiarach fortuny swojego wuja, i jestem pewna, że nigdy, ani przez chwilę, nie szacował prawdopodobieństwa, że jakaś część tej fortuny mogłaby ostatecznie przypaść jemu. Tak więc, gdy pewnego pięknego wiosennego ranka, około trzy miesiące przed czasem, o którym piszę, listonosz przyniósł mu zawiadomienie o ślubie sir Michaela i lady Audley, razem z pełnym oburzenia listem od kuzynki, opisującym, jak to jej ojciec poślubił właśnie młodą osobę, nie starszą niż sama Alicia, o urodzie woskowej lalki, ze złocistymi lokami i nie przestającą ani na chwilę chichotać — bo muszę przyznać z przykrością, że niechęć panny Audley sprawiła, iż tak właśnie opisała ona ten piękny melodyjny śmiech, tak podziwiany do niedawna u panny Lucy Graham — gdy, jak mówiłam, dokumenty te dotarły do Roberta Audleya, nie stały się przyczyną niezadowolenia ani zaskoczenia u tego flegmatycznego dżentelmena. Przeczytał gniewnie pokreślony list Alicii, nie wyjmując nawet bursztynowego ustnika swojej niemieckiej fajki z okolonych wąsami ust. Gdy zakończył lekturę wiadomości, unosząc ciemne brwi niemal ku środkowi czoła (a był to jedyny sposób, w jaki wyrażał swoje zdziwienie), celowo wrzucił ją i zawiadomienie do kosza, a odkładając fajkę, przygotował się do wysiłku przemyślenia tego tematu.

— Zawsze mówiłem, że ten stary grzyb się ożeni — rzucił pod nosem po około półgodzinnej zadumie. — Alicia i milady macocha wezmą się za łby. Mam nadzieję, że nie będą się kłócić w sezonie łowieckim i nie będą dla siebie niemiłe przy stole; kłótnie zawsze szkodzą na trawienie.

Około dwunastej następnego dnia po wieczorze, w którego trakcie zaszły zdarzenia opisane w poprzednim rozdziale, bratanek baroneta wyszedł z Temple, przez Blackfriars kierując się do City. Swego czasu, w złej godzinie, wyświadczył przysługę przyjacielowi w potrzebie, podpisując starożytnym nazwiskiem Audleyów weksel grzecznościowy. Weksel ten nie został wykupiony przez wystawcę i Robert został wezwany do zapłaty. W tym właśnie celu szedł z wolna ulicą Ludgate Hill, z błękitnym fularem powiewającym na gorącym sierpniowym powietrzu, a następnie zawitał do przyjemnie chłodnego banku na cienistym dziedzińcu przy St Paul’s Churchyard, gdzie wydał dyspozycję sprzedaży konsoli wartości około kilkuset funtów.

Zakończył swoje interesy i kręcił się na rogu dziedzińca, czekając na przypadkowy kabriolet, który zawiózłby go z powrotem do Temple. Raptem został nieomal przewrócony przez mężczyznę w mniej więcej jego wieku, który wpadł pędem do wąskiego przejścia.

— Niech pan będzie tak miły i patrzy, gdzie idzie, przyjacielu! — zganił łagodnie pośpiesznego przechodnia. — Mógłby pan ostrzec człowieka, zanim go pan przewróci i zadepcze.

Nieznajomy zatrzymał się nagle, przyjrzał się uważnie mówiącemu, a potem wciągnął głęboko powietrze.

— Bob! — zawołał głosem zdradzającym największe zaskoczenie. — Postawiłem stopę na brytyjskiej ziemi zaledwie wczoraj po zmroku i pomyśleć tylko, że spotykam cię dzisiaj rano!

— Widziałem cię gdzieś wcześniej, mój brodaty przyjacielu — odparł pan Audley, spokojnie analizując ożywioną twarz rozmówcy — ale niech mnie kule biją, jeśli jestem sobie w stanie przypomnieć, kiedy lub gdzie.

— Jakże to! — wykrzyknął nieznajomy z naganą w głosie. — Nie chcesz chyba powiedzieć, że zapomniałeś George’a Talboysa?

— Ależ skąd, oczywiście, że nie! — zawołał Robert z naciskiem zdecydowanie nietypowym dla siebie.

Ujął następnie przyjaciela pod rękę i zaprowadził na cienisty dziedziniec, mówiąc w swój zwykły obojętny sposób:

— A teraz, George, opowiedz mi wszystko.

George Talboys opowiedział mu wszystko. Opowiedział mu tę samą historię, którą zrelacjonował dziesięć dni wcześniej bladej guwernantce na pokładzie „Argusa”, a potem, rozpalony i z trudem łapiąc oddech, oznajmił, że ma rulon australijskich banknotów w kieszeni i że chce wpłacić je do tutejszego banku, w którym posiadał konto wiele lat temu.

— Trudno w to uwierzyć, ale właśnie opuściłem ich biuro rachmistrzów — stwierdził Robert. — Wrócę tam razem z tobą i załatwimy sprawę w pięć minut.

W istocie udało im się załatwić ją w ciągu kwadransa, a potem Robert Audley chciał wyruszyć natychmiast do Crown and Sceptre albo Castle w Richmond, gdzie mogliby zjeść kolację i powspominać te dobre stare czasy, gdy byli razem w Eton. George oznajmił jednak przyjacielowi, że zanim dokądkolwiek pójdzie, zanim się ogoli i cokolwiek zje, czy też w jakikolwiek sposób odświeży po nocnej podróży ekspresowym pociągiem z Liverpoolu, musi odwiedzić pewną kawiarnię na Bridge Street w Westminsterze gdzie spodziewa się odebrać list od swojej żony.

— W takim razie pójdę tam z tobą — obwieścił Robert. — Myśl, że masz żonę, George, jest jak wyborny żart.