Tajemnica Godziny Trzynastej - Anna Kańtoch - ebook
Opis

Anna Kańtoch, pięciokrotna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz laureatka Nagrody im. Jerzego Żuławskiego, powraca z kolejnym tomem zachwycającej serii fantasy.

Nina budzi się zziębnięta wśród rozsypanych na posadzce odłamków szkła. Nie wie, gdzie właściwie się znajduje, ani nie pamięta, kim jest. Rozglądając się wokół, zauważa, że odzyskała przytomność w pałacyku, który stoi przy rynku niewielkiego miasteczka.  Tydzień wcześniej Nina, Jacek, Tamara oraz Hubert zostali zabrani przez komunistów na ferie zimowe. Mieli je spędzić w urokliwym miasteczku w Karkonoszach, jednocześnie przygotowując się do swoich przyszłych zadań jako elitarna grupa Czerwonych Kapturków, czyli nastolatków zwalczających skutki anielskiej magii. A teraz przerażona, pozostawiona sama sobie Nina, ubrana jedynie w staroświecką suknię z koronkami, odkrywa, że miasteczko jest wymarłe. Nie napotyka żadnych śladów życia, zupełnie jakby wszyscy mieszkańcy nagle zniknęli. Pozostało jedynie zimno i śnieg.

Jak się tu znalazła i co się stało z mieszkańcami opuszczonego miasteczka?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 411

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Anna ‌Kańtoch

TAJEMNICA ‌GODZINY TRZYNASTEJ

Copyright © ‌by Anna Kańtoch, ‌MMXVIII

Wydanie I

Warszawa, MMXVIII

Rozdział pierwszy,w którym ‌panuje mróz ‌i jest mnóstwo ‌pytań, a bardzo niewiele odpowiedzi.

Obudziło ‌ją zimno.

Nie takie zwyczajne ‌zimno jak wtedy, ‌gdy w styczniową ‌noc ‌człowiek ‌przypadkiem zrzuci z siebie kołdrę, ale paskudny, przenikliwy ziąb, docierający do najgłębszych zakamarków ciała i wygryzający z nich resztki ciepła.

Zimno, to była jej pierwsza myśl. I niewygodnie – to była druga. Leżała na czymś twardym i lodowatym, jakby zasnęła na ściętej mrozem tafli jeziora. Wstawaj, podpowiadała jej rozsądna część umysłu, musisz wstać, bo inaczej zamarzniesz. Jednak ta mniej rozsądna część wciąż się ociągała, jakby liczyła, że jeśli dziewczyna zwinie się w naprawdę bardzo ciasny kłębek, zdoła odnaleźć w sobie odrobinę ciepła.

Wstawaj.

Otworzyła oczy i poruszyła się, płacąc za to kolejną falą zimna, które z wściekłością zaatakowało ukryty dotąd pod włosami kawałek szyi. Przed oczami miała teraz niewyraźny obraz czarno-białej posadzki zasłanej czymś przezroczystym, co wyglądało jak drobinki lodu. Albo szkła. Zamrugała, obraz się wyostrzył. To zdecydowanie było szkło, a nie lód, mnóstwo ostrych jak igły odłamków, jakby z sufitu spadła ogromna szyba.

Tak bardzo zimno.

Dziewczyna uświadomiła sobie jeszcze jedno – bała się. Coś tu było mocno nie w porządku. Dlaczego leżała na podłodze wśród odłamków szkła? I przede wszystkim: GDZIE właściwie leżała? A potem do tych pytań dołączyło kolejne, to najstraszniejsze. Pytanie, którego nawet nie odważyła się do końca sformułować.

Gdy zmusiła do ruchu zesztywniałe mięśnie, coś ześliznęło jej się po plecach. I po ramionach. Poczuła delikatne ukłucie w szyję, jakby kot drapnął ją pazurem. Znowu szkło. Cała była pokryta odłamkami, miała je we włosach i na sukience. Podnosiła się powoli, milimetr po milimetrze.

Powoli.

Najpierw wsunęła ręce pod brzuch, tam gdzie podłoga była wolna od kawałków szkła, i uniosła się odrobinę. Potem – nadal bardzo powoli – przekręciła się na bok i uklękła. Za każdym razem, kiedy któryś z odłamków zaczynał wbijać jej się w skórę, zastygała w bezruchu, a potem ostrożnie strząsała go z siebie albo zdejmowała. Trwało to długo, ale wreszcie stanęła na zimnej posadzce. Stanęła i natychmiast usiadła z powrotem, bo zdrętwiałe bose stopy za nic nie chciały utrzymać jej ciężaru, zupełnie jakby próbowała stać na dwóch nieforemnych kawałkach drewna.

Roztarła jedną stopę, a potem drugą, przywracając krążenie. Lepiej. Spróbowała podnieść się jeszcze raz i tym razem złapała jako taką równowagę. Wyglądało na to, że właściwie jest cała i zdrowa, jeśli nie liczyć strużki krwi spływającej jej po szyi. I oczywiście zmarzniętych stóp, które wystawały... hmm... spod różowej staroświeckiej sukienki? Takiej z gorsetem, jakie noszono dawno temu? Na ramionach miała białą pelerynkę z kapturem obszytym futerkiem, ale całość i tak była zdecydowanie zbyt lekka jak na zimę. Różowe atłasowe pantofelki leżące pół metra dalej też nie nadawały się na taką temperaturę.

Dziewczyna zadygotała.

GDZIE JA JESTEM?

JAK SIĘ TU ZNALAZŁAM?

DLACZEGO JESTEM TAK DZIWNIE UBRANA? CZEMU ZGUBIŁAM BUTY? BIEGŁAM DOKĄDŚ?

A MOŻE PRZED KIMŚ UCIEKAŁAM?

I wreszcie odważyła się sformułować pytanie, które już od jakiegoś czasu nie dawało jej spokoju:

KIM JESTEM?

***

Rozejrzała się, ale znalazła odpowiedź tylko na pierwsze z pytań. No, przynajmniej częściową odpowiedź.

Stała w podłużnej sali znajdującej się na piętrze jakiegoś budynku – pałacu? muzeum? Po lewej stronie ciągnął się rząd okien, z których najbliższe miało wybitą szybę. Po prawej ścianę od podłogi aż po sufit zajmowały lustra. Całe mnóstwo luster, częściowo popękanych, które odbijały kilkanaście sylwetek kasztanowłosej nastolatki w różowej sukience.

Przez okna widać było kwadratowy ryneczek niewielkiego miasteczka, cały zasypany świeżutkim śniegiem. Po gładkiej jak stół powierzchni ślizgały się czerwone promienie zachodzącego słońca. Dziewczyna patrzyła na wieżę ratusza okrytą białą czapą, na zaśnieżony skwerek i grubą warstwę puchu na cembrowinie nieczynnej fontanny. Patrzyła i wiedziała już, że wcześniej miała rację – coś tu było bardzo nie w porządku.

Idealnej gładkości śniegu nie naruszał najmniejszy nawet ślad. Wyglądało na to, że kiedy przestało sypać, żadne dziecko nie wyszło na dwór, żeby ulepić bałwana albo porzucać w kolegów śnieżkami, żaden dorosły nie przeszedł przez rynek w drodze do sąsiada czy do sklepu. To niemożliwe, pomyślała. Po prostu niemożliwe.

Nie miała jednak czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Musiała skupić się na tym, co powinna teraz zrobić. Słońce zachodziło, a to oznaczało, że temperatura wkrótce spadnie jeszcze bardziej. Dziewczyna nie była pewna, czy można zamarznąć zimą w pomieszczeniu z wybitym oknem, ale nie zamierzała tego sprawdzać. Potrzebowała schronienia, miejsca, w którym mogłaby rozpalić ogień i trochę się ogrzać. I ciepłych butów. I porządnego okrycia. Musiała zejść na dół, na rynek. A potem... potem się zobaczy.

Nie panikuj, powtórzył ten sam rozsądny głos w jej głowie. Będzie dobrze.

Nie będzie, upierał się drugi głos. Nie pamiętasz nawet, jak się nazywasz, i nie masz pojęcia, gdzie jesteś. Możesz się tylko domyślać, że w tym miasteczku zdarzyło się coś bardzo, bardzo złego.

Odetchnęła głęboko raz, a potem drugi, aż rozluźniła się ściskająca ją za gardło obręcz. Panika w niczym przecież nie pomagała. Dziewczyna ostrożnie sięgnęła po atłasowe pantofelki i założyła je, wytrząsnąwszy kawałki szkła. Przy okazji zauważyła, że na serdecznym palcu ma niewielką ranę, jakby ukłuła się ostrym odłamkiem albo szpilką. A może wrzecionem, jak w bajkach?

Odsunęła podobne myśli i rozejrzała się jeszcze raz, tym razem zwracając większą uwagę na salę, w której się znajdowała. Na suficie złociły się pulchne amorki, fruwające wśród błękitnych obłoczków. Barok, pomyślała. To barokowy pałacyk, sądząc po farbie odpadającej z obłoczków oraz amorków, trochę zaniedbany.

Przed sobą miała drzwi prowadzące zapewne na klatkę schodową, za sobą, na końcu sali, podium dla orkiestry, a przy nim stojącą pionowo drewnianą skrzynię. Dziewczyna zmarszczyła brwi. Była to solidna skrzynia przedzielona w środku przepierzeniem, wysoka i szeroka akurat na tyle, że swobodnie zmieściłoby się w niej dwoje dorosłych ludzi. I pusta w środku – widać to było wyraźnie, bo z przedniej ściany skrzyni zostały tylko rozrzucone wokół drzazgi, zupełnie jakby wewnątrz coś wybuchło.

Z jakiegoś powodu ta skrzynia budziła lęk znacznie większy niż całe opustoszałe miasto. Po co ktoś miałby wnosić coś takiego na piętro zabytkowego pałacu?

Nieważne. Najwyższa pora znaleźć ciepłe miejsce i tam na spokojnie zastanowić się, co dalej.

Ruszyła przed siebie. Szkło chrzęściło jej pod stopami, a wzdłuż kręgosłupa tam i z powrotem biegały dreszcze.

Tak bardzo zimno.

Wyszła z sali na okrągłą klatkę schodową z rzeźbioną balustradą i schodami wijącymi się spiralą w dół. Przyśpieszyła i chwilę później niemal biegła, klapiąc podeszwami atłasowych pantofelków o marmurowe stopnie.

– Jest tu ktoś?! – zawołała, ale jej głos odbił się od zimnych murów.

Zbiegła na parter i zatrzymała się jak wryta, czując, że strach, który ścigał ją przez dwa piętra, teraz wreszcie dopadł ją i złapał za gardło.

Na ścianie naprzeciwko widniał transparent z czerwonym napisem:

26 LUTEGO

13:00

PAMIĘTAJCIE!

Cofnęła się, z trudem tłumiąc wrzask. W pierwszej chwili pomyślała, że to krew, ale na szczęście to była tylko czerwona farba – dziewczyna zauważyła stojącą pod ścianą puszkę i wetknięty w nią pędzel. Odetchnęła, choć napis nadal wyglądał niepokojąco, ociekające czerwienią litery zdawały się krzyczeć z białego płótna.

Nieważne, powtórzyła z uporem w myślach. Trzeba znaleźć coś ciepłego do ubrania, teraz tylko to się liczy.

Rozejrzała się. Pomijając sypiący się gdzieniegdzie tynk, pałacyk wyglądał zaskakująco czysto: posadzkę co prawda znaczyły błotniste ślady butów, ale nigdzie nie było ani śladu kurzu, tak charakterystycznego dla porzuconych budynków. A więc bywał tu jakiś dozorca albo stróż. A dozorca powinien mieć kanciapę, żeby przebrać się czy odpocząć po pracy. Na parterze, bo pewnie nie chciało mu się niepotrzebnie biegać na piętro.

Pięć minut później dziewczyna znalazła malutki pokoik niedaleko schodów. Były w nim piecyk, stary, wytarty fotel, cały pokryty kocimi albo psimi włosami, kwadratowy stoliczek i rozchwiane krzesło. Na stoliczku leżały zatłuszczona gazeta, nóż i piętka zeschniętego chleba. Obok pusta szklanka, a w niej resztki mętnego płynu w brudnożółtym kolorze: słaba herbata albo, co bardziej prawdopodobne, bimber. Na wieszaku obok pieca wisiała kurtka na wacie. Dziewczyna włożyła ją, nie zdejmując pelerynki, a potem zmieniła atłasowe pantofelki na ubłocone kalosze, które stały przy drzwiach. Zarówno kurtka, jak i buty były na nią zdecydowanie za duże, ale przynajmniej nie marzła już tak bardzo.

Sprawdziła jeszcze datę w gazecie: 25 lutego 1954. Przeczytała kawałek artykułu, ale informacja o katastrofie kolejowej w Świebodzicach koło Wałbrzycha nic jej nie mówiła.

Wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi.

***

Rynek wciąż był pusty, na gładkiej połaci śniegu kładły się coraz dłuższe i głębsze cienie zachodzącego słońca: fioletowe, purpurowe i różowe. W innych okolicznościach dziewczyna zachwyciłaby się tym widokiem – tak przynajmniej podejrzewała. Dzisiaj jednak była zdecydowanie zbyt przerażona na jakiekolwiek zachwyty. Nawet otaczające miasteczko górskie szczyty nie wydawały się ładne, chociaż wyglądały jak z pocztówki.

– Jest tu ktoś? – Niemal wystraszyła się własnego głosu, który zaraz utonął w nienaturalnej, ciężkiej ciszy.

Samotny płatek śniegu sfrunął z nieba i miękko opadł u stóp dziewczyny. Poza tym nie poruszyło się nic. W żadnym oknie nie drgnęła firanka, nie skrzypnęły żadne drzwi, nie było wiatru ani chmur, które mogłyby płynąć po coraz szybciej ciemniejącym niebie. Właściwie wszystko tu wyglądało jak na pocztówce, zupełnie jakby dziewczyna znalazła się w środku obrazka. Tylko słońce coraz niżej prześwitujące pomiędzy górskimi szczytami świadczyło o tym, że czas się nie zatrzymał.

– Hop, hop? – Jej głos był niebezpiecznie bliski szeptu.

Odchrząknęła, ale to nie pomogło. Strach wciąż trzymał ją za gardło. Przez chwilę myślała, żeby wrócić do pałacyku i zamknąć się w kanciapie dozorcy. Tam przynajmniej mogłaby rozpalić ogień. Jednak na samą myśl o ciasnym, dusznym pomieszczeniu zrobiło jej się trochę słabo.

Brnąc w głębokim śniegu, obeszła rynek dookoła. Były tu punkt repasacji pończoch, szewc, magiel i kawiarnia Tęcza. Oraz sklep spożywczy – dziewczyna poruszyła klamką, ale drzwi okazały się zamknięte. Szkoda, bo zaczynała być głodna, a nikt chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby wzięła sobie jedną malutką bułkę. Taką najmniejszą.

Za to drzwi szewca okazały się zachęcająco uchylone − jednak w środku, oprócz leżących na ladzie starych damskich półbutów nie znalazła nic ciekawego.

Dalej było podobnie: drzwi kawiarni zamknięte na kłódkę, drzwi magla otwarte, drzwi punktu repasacji znowu starannie zamknięte.

Jeśli rządziła tym wszystkim jakaś prawidłowość, to dziewczyna nie potrafiła jej znaleźć.

Co tu się wydarzyło?

Zepchnęła pytanie w głąb świadomości. Lodowate zimno przenikało kurtkę i pelerynkę, stopy marzły w za dużych gumowych kaloszach. Dziewczyna zadrżała. Mrok zgęstniał już tak bardzo, że nie widziała fasady pałacyku, która zajmowała całą wschodnią pierzeję rynku. A przecież jeszcze przed chwilą mogła podziwiać barokowy front z ryzalitami i attykami balkonowymi.

Pierzeja, ryzality, attyki – jakoś wcale nie dziwiła się, że zna takie słowa, choć wiedziała też, że jej rówieśnicy nie mieliby pojęcia, o czym mówi.

– Halo?! – zawołała ponownie, już bez nadziei, że ktoś jej odpowie. – Proszę! Potrzebuję pomocy!

Mroźna cisza połknęła jej słowa, zanim jeszcze zdążyły wybrzmieć nad rynkiem. Walcząc z napływającymi do oczu łzami, dziewczyna ruszyła w stronę najbliższej kamienicy i pchnęła pierwsze z brzegu drzwi.

Na klatce schodowej panowała już zupełna ciemność: gęsta, pachnąca kurzem i starym spaczonym drewnem. Dziewczyna przesunęła dłonią po chropowatej ścianie, namacała włącznik światła i zawahała się. A co, jeśli się nie zapali? Jeśli zostanie tu sama, w mroku, przez całą noc?

Gwałtownie wcisnęła przycisk i po przerażająco długich dwóch sekundach żarówka pod sufitem rozbłysła mętnym, też jakby zakurzonym blaskiem. Dziewczyna odetchnęła i sprawdziła drzwi na parterze: numery jeden, dwa i trzy. Jedynka i dwójka były zamknięte, drzwi trójki otworzyły się, gdy nacisnęła klamkę. Nie szukała dalej, tylko wsunęła się do mieszkania i namacała kolejny włącznik.

Światło zalało staroświecki przedpokój, taki z mnóstwem obrazków świętych na ścianach i haftowaną serwetą przykrywającą komodę, na której stał cynowy lichtarz z wypaloną do połowy świecą.

– Jest tu ktoś? – zawołała. – Przepraszam, weszłam, bo było otwarte, a nie mam się gdzie schronić. Halo?

Ale i tak wiedziała, że nikt jej nie odpowie. Wiedziała o tym ze stuprocentową pewnością, choć mieszkanie wcale nie wyglądało na opuszczone. W kuchni unosił się lekki zapach kapuśniaku zmieszany z jeszcze lżejszą wonią mydlin – ktoś robił niedawno pranie. W spiżarni znalazła jedzenie: mleko w kamionkowym dzbanku nie zdążyło skwaśnieć, skórka chleba uginała się delikatnie pod naciskiem dłoni. Dziewczyna mogłaby się założyć, że ktoś kupił ten chleb jeszcze dzisiaj rano. W sypialni na krześle wisiały ubrania: zimne, jak wszystko w tym mieszkaniu, ale kiedy zbliżyła nos do szarej wełnianej sukni, poczuła jaśminowe perfumy. Łóżko było starannie zaścielone, szafki i podłoga wyglądały na niedawno wypastowane. Jakby mieszkańcy tego domu posprzątali, a potem wyszli gdzieś tylko na chwilę.

Może gdzieś na obrzeżach miasta odbywał się festyn i ludzie tam poszli? Albo jakaś inna impreza? Miło byłoby, gdyby właściciele mieszkania zaraz wrócili, nawet jeśli dziewczyna miałaby się przy tym najeść wstydu – w końcu to nic przyjemnego, jeśli człowiek zostaje przyłapany w cudzej sypialni. Wiedziała jednak, że oni nie wrócą. Żadna impreza nie jest na tyle atrakcyjna, by wyciągnąć z domu absolutnie wszystkich, a poza tym mieszkańcy pamiętaliby przecież o zamknięciu drzwi, zwłaszcza teraz, w tych niespokojnych powojennych czasach, gdy po lasach wciąż włóczyli się bandyci.

Hmm, skąd właściwie wiedziała, że była wojna, skoro nie potrafiła sobie przypomnieć własnego imienia?

Niecierpliwie odsunęła kolejne pytanie i skupiła się na Czymś Tajemniczym, co wydarzyło się w mieszkaniu. Czymkolwiek to było, musiało mieć miejsce niedawno, prawdopodobnie gdzieś między śniadaniem (ktoś kupił rano świeży chleb i twaróg) a obiadem (gdyby ktoś zaczął go przygotowywać, w śmieciach leżałyby obierki od ziemniaków czy inne resztki).

Może o godzinie 13:00. Z jakiegoś powodu dziewczynie wydawało się to całkiem prawdopodobne.

Wzdrygnęła się. Wolałaby, żeby Coś Tajemniczego wydarzyło się dawno temu, wtedy byłaby chyba odrobinę bezpieczniejsza. Teraz czuła się trochę jak bohaterowie kryminałów, którzy odkrywają, że znalezione przed chwilą zwłoki są jeszcze ciepłe, i zaczynają rozumieć, że morderca wciąż może czaić się w pobliżu.

Zirytowana na siebie samą, przeszła do następnego pokoju, który musiał należeć do dzieci. Chłopca i dziewczynki, jeśli sądzić po zabawkach. Na toaletce obok lalek w fikuśnych sukniach stało zdjęcie w srebrnej ramce, przedstawiające jasnowłose rodzeństwo: on miał może z dziesięć lat i ponurą minę, ona, młodsza od niego, nosiła włosy poskręcane w ciasne loki i uśmiechała się do obiektywu szczerbatym uśmiechem. W ręku dzierżyła wyleniałego pluszowego królika, który leżał teraz na dywanie pod łóżkiem – jedyny ślad nieporządku w całej sypialni.

Dziewczyna otworzyła szafę i walcząc z poczuciem winy, przetrząsnęła jej zawartość. Zdjęcie musiało zostać zrobione kilka lat temu, bo ubrania należały do nieco starszych już dzieci. Rzeczy dziewczynki wciąż były na nią za małe, ale te należące do chłopca mogły nawet pasować.

Rzuciła na jedno z łóżek kurtkę oraz pelerynkę, a potem sięgnęła za plecy. Myślała, że namęczy się przy rozwiązywaniu gorsetu, ale poszło zaskakująco łatwo, jakby już wcześniej ktoś poluzował tasiemki. Z lekkim żalem zdjęła suknię, a następnie sztywną halkę. Zadygotała, kiedy panujący w sypialni ziąb dotknął nagiej skóry. Na ramionach i z boku miała kilka rozległych, bladych już siniaków. Ktoś ją uderzył? Jeśli tak, musiało się to wydarzyć dwa albo nawet trzy tygodnie temu. Z pewnością nie dzisiejszego ranka.

Dziewczyna nie była pewna, czy uznać to za pocieszenie, czy wręcz przeciwnie.

Dała spokój siniakom i włożyła koszulkę z długim rękawem oraz spodnie na szelkach. Musiała podwinąć nogawki, ale poza tym leżały całkiem nieźle. Poszukała jeszcze skarpetek i przejrzała się w lustrze toaletki. Wcześniej w pałacu zwróciła uwagę tylko na sylwetkę, teraz przyjrzała się twarzy ze spiczastym podbródkiem i szerokim, naznaczonym niewielką blizną czołem. Twarz ta w pierwszej chwili wydała jej się przerażająco obca, ale moment później wrażenie zniknęło i własny wygląd był teraz najbardziej oczywistą oczywistością pod słońcem. Uśmiechnęła się nieśmiało, a odbicie odpowiedziało identycznym uśmiechem. Dziewczyna w lustrze była całkiem ładna, choć wyglądała też na porządnie wystraszoną.

I wciąż nie miała imienia ani wspomnień, ani...

Odetchnęła głęboko, po czym ruszyła do kuchni. W węglarce, tak jak się spodziewała, zostało sporo węgla, obok leżał stos przygotowanych na podpałkę szczap. Dziewczyna rozpaliła ogień i poczekała, aż kuchnia się nagrzeje. Obejrzała w tym czasie jeszcze raz spiżarkę, potem zauważyła wiszący na ścianie kalendarz z wizerunkiem jakiegoś świętego. Data 26 lutego była zakreślona ołówkiem.

W kuchni panowała cisza, zakłócana tylko cichym trzaskiem ognia pożerającego suche drewno i tykaniem zegara, który pokazywał godzinę szóstą dwadzieścia pięć. Zegar, ciężki i porcelanowy, stał na czymś, co wyglądało jak biblioteczka. Książki w kuchni nieco dziewczynę zaskoczyły, ale ostatecznie czemu miałoby ich tu nie być? Podeszła bliżej, by się przyjrzeć. Znalazła sporo książek kucharskich i jeszcze więcej poradników dotyczących szycia, haftowania i robienia na drutach, przewodnik po Karkonoszach z roku 1938 (czy znajdowała się w Karkonoszach?), stare wydanie Biblii, pachnącą kadzidłem książeczkę do nabożeństwa, a także dzieła zebrane Sienkiewicza. Te ostatnie przywitała jak dobrych znajomych – przynajmniej dzisiejszego wieczoru nie zabraknie jej lektury.

Kiedy płyta pieca zrobiła się gorąca, dziewczyna podgrzała mleko i wypiła je, przegryzając kromką chleba. Mogłaby coś ugotować – zgadywała, że to umie, bo potrafiła sobie przypomnieć sporo przepisów – ale przygotowywanie obiadu w obcym domu wydawało się w jakiś sposób niewłaściwe. Potem przyniosła z dziecięcego pokoju koc, otuliła się nim i usiadła przy piecu.

Dopiero teraz się rozpłakała.

Wcześniej przez cały czas czymś się zajmowała i starała się odsuwać niewygodne pytania na bok, aż wreszcie dopadły ją wszystkie naraz.

A co, jeśli nigdy nie odzyskam pamięci, nie dowiem się, kim jestem ani nawet jak mi na imię? Jeśli zostanę tu na zawsze w tym opuszczonym mieście, bo – to była ta najstraszniejsza myśl, którą ledwie odważyła się wyartykułować – zniknęli nie tylko ludzie z tego miasta, ale w ogóle z całego świata? Jeśli jestem ostatnią osobą na Ziemi? Albo jeśli Coś Tajemniczego, co ich spotkało, wróci teraz po mnie?

Szlochała tak dobrych piętnaście minut, ale wreszcie zdrowy rozsądek zaczął przebijać się przez rozpacz i przerażenie.

Po pierwsze, bardzo rzadko ludzie całkiem tracili pamięć i nigdy jej nie odzyskiwali. Najczęściej amnezja zdarzała się z jakiegoś powodu – na przykład na skutek urazu albo pod wpływem stresu – a potem mijała. Dziewczyna gdzieś o tym czytała. Nie pamiętała gdzie ani kiedy, ani nawet jak brzmiały dokładnie słowa tekstu, ale niewątpliwie czytała. Lubiła przecież czytać, tego była pewna na sto procent.

Niemożliwe też, żeby ludzie z całej kuli ziemskiej tak po prostu wyparowali. Coś takiego mógłby sprawić tylko Bóg, a dziewczyna w Boga nie wierzyła – tego również była pewna. Wiedziała o tym już w chwili, kiedy zobaczyła wiszące w przedpokoju obrazki świętych.

Pozostawał problem Czegoś Tajemniczego, jednak na to nie mogła nic poradzić.

Pociągnęła jeszcze parę razy nosem. Wciąż się bała, ale przynajmniej myślała już jaśniej.

Spędzi tutaj noc, a rano, kiedy zrobi się widno, pójdzie poszukać pomocy.

Czy powinna jednak zgasić światło? Z jednej strony musiała jakoś dać znać, gdzie jest, jeśli ktoś jej będzie szukał. Z drugiej − jasno oświetlone okna w pogrążonym w ciemności miasteczku mogą przywabić... coś groźnego.

Ostatecznie zostawiła światło tylko w dziecięcej sypialni, którą starannie zamknęła na klucz. To wydawało się rozsądnym kompromisem. Jeśli przyjdzie coś – albo ktoś – czego powinna się bać, zdąży uciec.

Taką miała nadzieję.

Zapaliła świecę w lichtarzu i wróciła do kuchni, by owinąć się kocem i skulić przy dogasającym piecu. Resztę wieczoru spędziła, śledząc bez większego zainteresowania losy pięknej Ligii i dzielnego Winicjusza. Migotliwy blask płomienia kładł się na pożółkłych od starości stronach, zegar tykał cicho, odmierzając czas, a za oknem gęstniała mroźna lutowa noc. Jaka temperatura panowała na zewnątrz? Minus dziesięć stopni? Minus dwadzieścia?

Oczy zaczęły jej się zamykać, odłożyła więc książkę i położyła się na podłodze, owinięta w koc. Nie zdobyłaby się na to, żeby spać w cudzym łóżku, w zimnej pościeli, która wydziela jeszcze lekki zapach właściciela.

Kręciła się przez chwilę, szukając w miarę wygodnej pozycji na nierównej podłodze. W kuchni było duszno, ale dziewczyna bała się wstać i otworzyć okno. Dręczyła ją jeszcze jedna myśl. W miasteczku zauważyła coś dziwnego, coś więcej niż to, że nie było tu ani jednego człowieka. Coś, co było niemal równie niepokojące, ale wtedy nie miała czasu, żeby się nad tym zastanowić, była przecież przerażona i przemarznięta... Wtedy całą jej uwagę zaprzątało znalezienie schronienia, a teraz...

Co to było?

Poruszyła się niespokojnie, na wpół już śpiąc.

***

W nocy coś ją obudziło. Jakiś dźwięk, który sprawił, że otworzyła oczy i zamarła, zupełnie już przytomna. W kuchni było cicho, nawet zegar umilkł i w gęstej jak smoła ciemności dziewczyna słyszała tylko swój własny niespokojny oddech i serce uderzające o żebra.

A przecież nie wydawało się jej, naprawdę ze snu wyrwał ją jakiś odgłos. Nie w mieszkaniu, tylko gdzieś na zewnątrz.

Nie wstając z podłogi, namacała pudełko zapałek oraz lichtarz ze świecą. Ruchliwy płomień wydobył z ciemności kawałek kuchni i jednocześnie pogłębił cienie dalej, poza kręgiem światła. Dziewczyna czekała, nasłuchując.

Coś było na zewnątrz. Nie pod oknem, ale na korytarzu, przed drzwiami wejściowymi. Słyszała dźwięk, jaki mogłyby wydawać pazury drapiące o drewno. I ciężki, sapiący oddech. Nie człowieka, tylko jakby dużego zwierzęcia.

Lichtarz w jej ręce zadygotał, kropla gorącego wosku kapnęła na dłoń.

Proszę, niech to sobie stąd pójdzie, niech sobie pójdzie, niech sobie pójdzie.

Jeszcze jedno drapnięcie i zwierzę – jeśli to było zwierzę, bo przecież nie mogła mieć pewności – fuknęło gwałtownie jak zirytowany pies, węszący wokół obiecująco pachnącej nory.

Dziewczyna czekała i liczyła uderzenia serca: jedno, drugie, trzecie, czwarte...

Przy dwudziestym trzecim zwierzę fuknęło jeszcze raz, a potem usłyszała odgłos pazurów stukających o posadzkę korytarza.

To tylko jakiś bezdomny pies, pomyślała, kiedy mogła już normalnie oddychać. Zwyczajny pies, bo cóż by to mogło być innego?

Wtedy przypomniała sobie, co zaniepokoiło ją wcześniej.

Jeśli nie liczyć być-może-psa, który przed chwilą złożył jej wizytę, w mieście nie widziała żadnych zwierząt. Jasne, koty czy bezdomne kundle w takie mroźne dni zazwyczaj chowały się gdzieś w piwnicach. Ale dziewczyna nie dostrzegła też żadnych ptaków, a ich nie odstraszyłoby zimno. Nie było wron kołujących nad miastem w poszukiwaniu jedzenia ani wróbli przysiadających na gałęziach nagich drzew. Więcej nawet – uświadomiła sobie, że przez cały wieczór nie usłyszała chrobotu myszy, choć w starej kamienicy można się było spodziewać nieproszonych lokatorów.

A więc nie tylko ludzie zniknęli z miasta, zwierzęta – z wyjątkiem być może jednego – także.

Dziewczyna na powrót skuliła się pod kocem. W kuchni nadal było ciepło, choć ogień w piecu wygasł. Która mogła być godzina? Pierwsza, druga? Sądząc po ciemności na zewnątrz, wciąż gęstej jak smoła, do świtu zostało jeszcze sporo czasu.

Tym razem się nie rozpłakała, chociaż niewiele jej brakowało. Swoją drogą to też było dziwne, miała przecież nie więcej niż czternaście lat, powinna więc chyba... panikować? wołać mamę? No, robić to wszystko, co robią przerażone dzieciaki. A tymczasem, owszem, była cholernie (poczuła się trochę bardziej dorosła, kiedy użyła wyrażenia „cholernie”) wystraszona, ale mimo wszystko wciąż potrafiła jasno myśleć.

To nie jest mój pierwszy raz, przyszło jej do głowy. Już kiedyś zetknęłam się z czymś podobnym. Nie dokładnie takim, oczywiście, ale czymś równie dziwnym i przerażającym.

Zetknęłam się i przeżyłam.

Ta myśl uspokoiła ją na tyle, że pół godziny później udało jej się ponownie zasnąć.

***

Obudziła się zesztywniała, kiedy za oknem było całkiem jasno. Przez chwilę leżała jeszcze, mrugając w oszołomieniu i szukając pod kocem resztek coraz szybciej umykającego ciepła. Potem wstała i zabrała się do rozpalania ognia. Jeśli miała wyjść na zewnątrz, chciała najpierw trochę się rozgrzać. I zjeść śniadanie.

Zegar na szafce stanął na wpół do pierwszej, ale dziewczyna znalazła drugi w sypialni dorosłych. Mały stalowy budzik wskazywał dziesiątą rano. Jeśli wziąć pod uwagę, że w lutym słońce zachodziło po piątej, miała ponad siedem godzin, zanim zrobi się ciemno. Jeśli nie znajdzie w tym czasie pomocy, znowu będzie musiała poszukać miejsca, żeby schronić się na noc.

Odszukała w spiżarni kawałek słoniny, dwa jajka oraz cebulę i usmażyła jajecznicę. Zjadła ją, przegryzając wczorajszym chlebem, napiła się też ciepłego mleka z odrobiną miodu. Potem poszła do dziecięcego pokoju po zeszyt i ołówek – tak jak się spodziewała, przyborów szkolnych było tam pod dostatkiem.

Wyrwała z zeszytu kartkę i napisała:

Nocowałam tutaj, ponieważ nie miałam dokąd pójść. Przepraszam. Wzięłam też trochę jedzenia i ciepłe rzeczy z szafy. Musiałam, bo chcę wyjść na mróz, żeby poszukać pomocy. Zwrócę je, jak tylko będę mogła. Straciłam pamięć i nie wiem, jak się nazywam, ale jestem uczciwa.

Ostatnie słowo podkreśliła dwa razy, po czym przyjrzała się krytycznie kartce. Czy brzmiało to przekonująco? Nie była pewna, ale niczego lepszego nie potrafiła wymyślić. Poza tym naprawdę zamierzała oddać pożyczone rzeczy – zwłaszcza kożuszek, który znalazła w szafie. Wyglądał na nowy i chłopakowi, jeśli wróci, na pewno jeszcze się przyda.

Stojące w przedpokoju śniegowce okazały się nieco za duże, ale ten problem załatwiło założenie dodatkowej pary wełnianych skarpet. Położyła kartkę na stole w kuchni i ciepło opatulona, uchyliła drzwi na zewnątrz.

Klatka schodowa była pusta.

Dziewczyna odetchnęła i wyszła z mieszkania. Na posadzce widniały mokre plamy, jakby ktoś naniósł tu śniegu, jednak nie była pewna, czy to jej ślady, czy może zwierzęcia, które odwiedziło ją w nocy. A na drzwiach...

O, cholera.

Na drzwiach, dobrych dziesięć centymetrów powyżej klamki, widniały cztery długie, głębokie rysy. Pies mógłby je zrobić, jeśli był naprawdę duży i jeśli stanął na tylnych łapach, ale...

Dziewczyna poczuła nadciągającą falę paniki, odetchnęła więc kilka razy głęboko. Miała ochotę zanurkować z powrotem do mieszkania i zamknąć się tam na cztery spusty, wiedziała jednak, że to głupi pomysł. Po pierwsze, prędzej czy później i tak będzie musiała wyjść. Po drugie, nie powinna zostawać w miejscu, które tajemnicze zwierzę już znało.

Odwróciła się i jednym susem przeskoczyła trzy niskie schodki prowadzące do drzwi wyjściowych. Były szeroko otwarte, widziała padający na zewnątrz śnieg. Czy to ona tak je zostawiła zeszłego wieczoru? Jeśli tak, to wyjaśniałoby, jak zwierzę dostało się do środka. Jeśli nie... Cóż, wolała przyjąć, że to był jeden z tych inteligentnych psów, które potrafią otwierać zamknięte na klamkę drzwi.

Naciągnęła czapkę głębiej na uszy, założyła jeszcze kaptur i wyszła prosto w śnieżną zadymkę.

***

Godzinę później zgubiła drogę. To znaczy tak naprawdę zgubiła ją już wcześniej, ale dopiero teraz zorientowała się, że nie ma bladego pojęcia, dokąd właściwie zawędrowała. Zatrzymała się. Śnieg sięgał do kolan i wciąż padał. To jej nie przeszkadzało, w zadymce miasteczko traciło swoją pocztówkową nieruchomość i wydawało się... no cóż, nieco bardziej żywe. Nie zmieniało to jednak faktu, że szukanie czegokolwiek w taką pogodę niewiele miało sensu, widoczność sięgała góra kilku metrów, a uliczki wokół rynku były zaskakująco do siebie podobne. Ostatnio szła Garncarską, potem chyba Żelazną, a wreszcie Szewską. Miłe staroświeckie nazwy, bez żadnych nawiązań do polityki. Dziewczynie się podobały, bo były jak powiew starego świata, tego sprzed wojny. Albo i dwóch wojen. Czasów, kiedy kobiety nosiły długie suknie, a mężczyźni chodzili w cylindrach i podkręcali wąsy, dyskutując przy kieliszku koniaku. To rodzaj eleganckiego alkoholu, tyle wiedziała.

Zdesperowana pchnęła drzwi najbliższego sklepu, a te okazały się otwarte. Weszła. W środku pachniało pieczywem, na półkach leżało kilka bochenków chleba i stos rogalików z lukrem. Dziewczyna wzięła jeden i zaczęła pogryzać odruchowo, bez poczucia winy, bo przecież rogaliki za chwilę będą czerstwe. W piekarni było zimno, ale i tak cieplej niż na zewnątrz, postanowiła więc tu zaczekać.

Żałowała, że nie wzięła z mieszkania książki, którą mogłaby teraz poczytać.

Siedziała, gapiąc się w okno i walcząc ze łzami, które znów zaczęły napływać jej do oczu. Była zupełnie sama w opuszczonym mieście, bez nikogo, kto mógłby jej pomóc. I nadal nie miała pojęcia, kim jest ani co się tu stało. A przecież powinna to wiedzieć. Nie mogła długo leżeć na zimnej posadzce w pałacyku. Rozsądek podpowiadał, że nie zdołałaby tak łatwo wstać, gdyby leżała tam dłużej niż trzy-cztery godziny, jeśli więc mieszkańcy nie zniknęli w tak krótkim czasie (co wydawało się niemożliwe), dziewczyna musiała coś wcześniej zauważyć.

Gdy skończyła rogalik, poczuła pragnienie, poszła więc na zaplecze, gdzie znalazła czajnik stojący na wystygłym piecu. Było w nim trochę wody. Dziewczyna przelała ją do szklanki i wypiła. Woda smakowała osadem z kamienia, ale poza tym była całkiem w porządku.

Kiedy wróciła na swoje miejsce przy oknie, śnieg wciąż padał, choć nie tak gęsto jak wcześniej. Dziewczyna czekała cierpliwie. Nic innego jej nie pozostawało. Wreszcie, gdy wiszący nad ladą zegar wskazał godzinę drugą, zadymka ustała. Dziewczyna wsunęła do kieszeni kożuszka dwa rogaliki, naciągnęła na czapkę kaptur i wyszła. Odbite od śniegu słońce niemal ją oślepiło. Zamrugała, pod powiekami pojawiły się łzy. Zapadając się w zaspach, ruszyła przed siebie. Rynek powinna mieć po lewej. Chyba. Teraz, kiedy wreszcie mogła zobaczyć, dokąd idzie, zaczęła rozpoznawać mijane kamieniczki. Przyszło jej do głowy, że mogłaby znaleźć kościół, wspiąć się na wieżę i stamtąd się rozejrzeć. Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?

Kościół musiał być gdzieś w centrum, a więc niedaleko.

Szła jak żuraw: podnieść nogę wysoko, opuścić, znowu podnieść... Powietrze było ostre i zimne, otaczające miasteczko góry na tle błękitnego nieba znowu wyglądały jak z pocztówki. Karkonosze, przypomniała sobie. Jeśli znalezione w kuchni przewodniki nie kłamały. To oznaczało, że znajdowała się gdzieś w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Przez chwilę rozważała możliwe scenariusze: była kolejna wojna, Niemcy znowu napadli na Polskę i w jakiś sposób sprawili, że wszyscy zniknęli. Może mają jakąś supernowoczesną broń, może...

Potknęła się i upadła. W ostatniej chwili wyciągnęła ręce i jej twarz zatrzymała się parę centymetrów nad białą zaspą. Zaczęła się podnosić, przeklinając pod nosem i strzepując śnieg z kożuszka.

Wtedy zauważyła ślady.

Zwyczajne ludzkie ślady, wyraźnie odciśnięte w świeżym puchu. Dziewczyna zastygła. Przez cały czas tak bardzo liczyła na to, że w mieście jest jeszcze ktoś oprócz niej, a teraz nagle na widok tych śladów poczuła niepokój.

Wstała i otrzepała spodnie. Odciski stóp zaczynały się w jednej z bocznych uliczek, przecinały główną i znikały w zaułku. Nie były głębokie – ktokolwiek tędy szedł, miał duże stopy, ale nie był zbyt ciężki. To ją odrobinę pocieszyło. Z chudym, drobnym mężczyzną chybaby sobie poradziła, gdyby... gdyby nie okazał się przyjazny.

Skręciła i poszła za śladami, czując się trochę jak Winnetou z powieści Karola Maya. Pamiętała, że to czytała, choć znowu nie miała pojęcia kiedy i gdzie. Nieważne, za chwilę być może znajdzie kogoś, kto pomoże jej wszystko sobie przypomnieć.

Ślady wyglądały na świeże, poruszony śnieg osypywał się jeszcze z krawędzi. Ktoś tędy szedł nie dalej niż kilka minut temu. Jakim cudem dziewczyna go nie dostrzegła? Jasne, była zajęta gapieniem się na mijane kamienice, ale powinna przynajmniej tajemniczego ktosia usłyszeć. Chyba że szedł naprawdę bardzo cicho...

Znowu zrobiło jej się odrobinę nieprzyjemnie, szła jednak dalej. Mogła zawołać – otworzyła już usta, ale przypomniała sobie, jak słabo i dziwnie rozbrzmiewał w ciszy jej głos, i zrezygnowała.

Ślady minęły śmietnik, wijąc się pośród zagraconych podwórek na tyłach kamienic. Były tu klatki, w których chyba hodowano króliki, chlewik z uchylonymi drzwiami, śmierdzący jeszcze świniami, ale oczywiście pusty, rower bez jednego koła oparty o trzepak, resztki dziecięcego wózka. Ślady zniknęły w ciemnej bramie i wynurzyły się z powrotem po drugiej stronie, zupełnie jakby ktoś bawił się w ciuciubabkę.

Wie, że za nim idę, pomyślała. Myślała o nieznajomym „on”, bo nosił męskie buty, ale równie dobrze mogła to być kobieta – dziewczyna sama miała na sobie pożyczone od obcego chłopaka śniegowce.

Może on boi się mnie tak samo jak ja jego?

Ślady kończyły się przy kolejnym chlewiku. Po prostu urywały się, jakby nieznajomy wszedł w murowaną ścianę. To było niemożliwe. Dziewczyna gapiła się w stare cegły, jakby mogła wyczytać z nich odpowiedź. Potem zauważyła, że to wcale nie jest gładka ściana. Na wysokości uda cegły były tak ukruszone, że tworzyły niewielki ustęp. Pół metra wyżej wystawała lekko kolejna cegła. Jeśli ktoś był naprawdę bardzo zręczny, mógł się wspiąć...

Uniosła głowę i w tym momencie z dachu chlewika runęło na nią jakieś sto kilo żywego ciała. Przynajmniej to właśnie czuła, kiedy przewracała się na plecy, machając desperacko rękami. Wrzasnęła, słońce przez ułamek sekundy świeciło jej w szeroko otwarte oczy, a potem przesłonił je cień.

– Czemu za mną łazisz?! – Głos nie należał do mężczyzny, ale do nastoletniego chłopca.

Znajomy głos, choć dziewczyna nie miała czasu, żeby się nad tym zastanawiać. Ciemna plama przed jej oczami skonkretyzowała się wreszcie w pucułowate oblicze siedzącego na niej okrakiem chłopaka. Spoglądał na nią, jakby ona jemu również wydawała się znajoma.

– Nina? – zapytał, marszcząc brwi. – Rany, zupełnie cię nie poznałem w tym kapturze. Przepraszam, nie chciałem... Cholera... – Zsunął się z niej zaskakująco zgrabnie jak na kogoś, kto miał kilka dodatkowych kilogramów. – Czemu się nie odzywałaś?

Po raz drugi tego dnia gramoliła się ze śniegu, otrzepywała kożuszek i spodnie. Lewy łokieć i pośladki pulsowały bólem, ale wyglądało na to, że nic poważnego jej się nie stało. Kim jesteś? − chciała zadać pytanie, ale uświadomiła sobie, że jest przecież coś ważniejszego.

– Kim ja jestem? – zapytała. – Wiesz, kim jestem?

Na twarzy chłopaka odbiło się zdumienie.

– Co ty, wygłupiasz się? No przecież Nina Pankiewicz, nie? To znaczy teraz Marczak. Nina Marczak.

Rozdział drugi, w którym Nina kolejny raz rusza w podróż, nie znając zupełnie celu.

Nina Marczak – powiedziała siostra Anzelma, zaglądając do dziennika.

Była stara, miała co najmniej siedemdziesiąt lat, jeśli nie więcej, a siedzącej po drugiej stronie biurka prawie czternastolatce kojarzyła się nieodparcie z zasuszonym konikiem polnym. O ile oczywiście koniki polne mogłyby nosić habity i okulary w drucianych oprawkach, które zakonnica umieściła właśnie na nosie, by przyjrzeć się dziewczynie.

Nina czekała z rękoma na kolanach. W czystym granatowym mundurku i bereciku zsuniętym na lewe ucho dokładnie tak, jak nakazywał regulamin, wyglądała niczym wcielenie grzecznej uczennicy.

Siostra Anzelma chrząknęła.

– Rozumiesz, że muszę podjąć ważną decyzję, prawda? Wiesz, czemu tu jesteś?

– Nie, proszę siostry – odparła Nina. – Nikt nie był łaskawy niczego mi wyjaśnić. Siostra Joanna po prostu przyszła po mnie do klasy i kazała mi się tutaj zgłosić.

– Hmm... – Tym razem chrząknięcie było nieco dłuższe, po czym wzrok starej zakonnicy wrócił do dziennika. – Z matematyki i z polskiego, jak widzę, same piątki, z historii, fizyki i geografii też całkiem nieźle, za to z biologii słabo, a łacina... Chyba będziesz musiała więcej popracować nad łaciną, moja droga, to taki szlachetny język. Mówili nim pierwsi chrześcijanie. Ale ty podobno nie wierzysz w Boga. – Siostra zaakcentowała słowo „podobno”, jakby spodziewała się, że dziewczyna zaprzeczy takim okropnym plotkom.

– Pierwsi chrześcijanie mówili raczej po aramejsku – skorygowała Nina. – I tak, nie wierzę w Boga.

Siostra Anzelma przyjrzała jej się uważnie.

– Jednak nie buntujesz się przeciwko chodzeniu do kościoła. Ciekawe.

– A dałoby to coś, gdybym się buntowała?

– Nie – przyznała zakonnica. – Wszystkie nasze uczennice raz w tygodniu muszą wziąć udział we mszy świętej. Takie mamy zasady. Ale spodziewałabym się z twojej strony... no cóż, więcej protestów, zwłaszcza że w niedzielę większość dziewcząt wolałaby się wyspać.

– Lubię kościoły. – Nina wzruszyła ramionami, a ponieważ siostra Anzelma patrzyła na nią podejrzliwie, dodała prędko: – Naprawdę. Zwłaszcza stare i zabytkowe. W naszym są bardzo piękne siedemnastowieczne witraże i barokowy obraz. A wczesne wstawanie nigdy mi nie przeszkadzało. Lubię siedzieć w ławce i myśleć o różnych rzeczach. Kościół zawsze nastraja mnie bardzo romantycznie, szczególnie kiedy grają organy, a słońce kładzie się barwnymi plamami na drewnianych ławkach...

– Próbujesz ze mnie kpić?

– Nie, oczywiście, że nie. – Nina zaczerwieniła się lekko.

– To dobrze, bo widzę, że masz problemy z zachowaniem. Siostra Immaculata skarżyła się, że jesteś bezczelna.

– Siostra Immaculata uważa, że pójdę do piekła, powiedziałam jej więc, że skoro i tak spędzę tam wieczność, to przynajmniej na ziemi mogłaby mi dać trochę spokoju.

– To było bezczelne.

– Trochę było – przyznała Nina uczciwie. – Ale ona ciągle ma do mnie pretensje. I...

– Tak?

– Nic. – Dziewczyna zacisnęła usta.

– Podobno podważasz wiedzę siostry Immaculaty.

– Ona naprawdę wierzy, że Bóg stworzył świat w siedem dni i zrobił Ewę z żebra Adama. A przecież teoria ewolucji...

– Za moich czasów dzieci nie odzywały się niepytane. – Siostra Anzelma spojrzała na Ninę surowo. – Może ty też weźmiesz sobie tę zasadę do serca.

– To bardzo głupia zasada – zaprotestowała dziewczyna.

– Doprawdy? A dlaczegóż to?

– Powiedzmy, że budynek zacząłby się palić, a ja nie mogłabym o tym siostrze powiedzieć, dopóki siostra by mnie nie spytała. Albo gdybym umierała na jakąś nagłą chorobę...

– A umierasz?

– Nie, ale widzi siostra, tego nie da się tak całkiem przewidzieć, prawda? – Siostra znowu zmarszczyła brwi, więc Nina dorzuciła pośpiesznie: – Nie próbuję kpić, naprawdę.

– W moich czasach – siostra Anzelma miała naprawdę ograniczony repertuar – bezczelne dzieci bito pasem. Na gołą skórę. To bardzo wyrabiało charakter, zapewniam cię.

– Nie wątpię. I pewnie też napełniało te dzieci prawdziwie chrześcijańską miłością do reszty świata. – Nina zastanowiła się. – Tym razem to była kpina. Przepraszam.

Pomarszczone policzki siostry Anzelmy spąsowiały.

– Wydaje ci się, że jesteś zabawna?

Nina milczała, bo miała wrażenie, że cokolwiek powie, i tak będzie źle.

Zakonnica westchnęła.

– No cóż, pomijając twój charakter, wygląda na to, że stopnie masz wystarczająco dobre, by zwolnić cię z lekcji do końca tygodnia. Pakuj się, jedziesz wcześniej na ferie. Twój opiekun czeka w samochodzie przed szkołą.

***

Dormitorium wydawało się bardzo puste teraz, w środku dnia, kiedy wszystkie uczennice były na lekcjach. Puste i spokojne – taką sypialnię Nina mogłaby chyba nawet polubić. Promienie zimowego słońca wpadały przez okna, kładąc się na pięciu starannie zaścielonych łóżkach (zakonnice nie tolerowały nieporządku), przez grube ściany z trudem przebijał się gwar zwyczajnego szkolnego życia.

Nina wyciągnęła z szafy walizkę i zaczęła się pakować. Bielizna, trzy ciepłe spódnice, dwa swetry, jedna trochę bardziej elegancka sukienka... Nie, właściwie po co jej elegancka sukienka? Przecież nie będzie miała okazji jej założyć. Dziewczyna westchnęła ciężko. Poza tym sukienka i tak nie była zbyt ładna. Nie była też brzydka, tylko zwyczajnie nijaka. Nina, która kochała tiul, koronki i bufiaste rękawy, patrzyła na tę solidną, szarą nijakość z wyjątkowym wstrętem.

Wszystkie jej ubrania teraz tak wyglądały. Były wygodne, praktyczne, z dobrego materiału. I śmiertelnie nudne. Oczywiście nie wybrała ich Nina, tylko Ewa Wiśniewska, komunistka, która razem z Lisem była teraz jej oficjalną opiekunką. Przyjechała na początku stycznia do Bogusławca, przywiozła Ninie nowe dokumenty, a potem stwierdziła, że rosnąca dziewczyna potrzebuje zmiany garderoby. Zabrała ją wtedy do krawcowej i nawet pytała o zdanie, ale Nina była tak nieszczęśliwa, że powtarzała tylko „wszystko mi jedno”. Zresztą i tak nie mogłaby za bardzo wymyślać. Komuniści płacili za jej szkołę z internatem, ubrania i wszystkie przyjemności. Chwilami naprawdę czuła się jak sierota. Miała rodziców, ale ci zostali we Wrocławiu, a ona nie mogła się z nimi kontaktować. Gdyby to zrobiła, matka i ojciec by umarli. Tak działała magia.

Nina nie chciała o tym myśleć.

Odłożyła sukienkę do szafy i zdjęła granatowy szkolny mundurek. Skrzywiła się przy tym – siniaki na jej ramionach, wczoraj jeszcze prawie niewidoczne, właśnie rozkwitały intensywną czerwienią.

„W moich czasach bezczelne dzieci bito pasem. Na gołą skórę. To bardzo wyrabiało charakter”.

Uśmiechnęła się gorzko sama do siebie.

Złożony w kostkę mundurek położyła na poduszce, na wierzchu starannie umieszczając granatowy beret. Dziewczyny ze szkoły świętej Łucji nazywały te berety „naleśnikami”, bo niezależnie od tego, jak człowiek je założył, i tak przypominały spływające z głowy klapnięte ciasto. Mało kto wyglądał w czymś takim korzystnie i Nina nie była wyjątkiem. Naleśnikoberet podkreślał jej trójkątną twarz i eksponował bliznę na czole – Nina najchętniej przysłaniałaby ją grzywką, ale niestety w szkole obowiązywał tylko jeden rodzaj uczesania: włosy sczesane do tyłu i związane wstążką, ewentualnie splecione w warkocz.

Cóż, przynajmniej w ferie będzie mogła chodzić w zwyczajnej czapce.

Ubrała się, chwyciła walizkę i zbiegła schodami w dół. Twój opiekun czeka przed szkołą w samochodzie, powiedziała siostra Anzelma, ale porucznik Daniel Lis stał w przedsionku, flirtując w najlepsze z młodziutką zakonnicą, która chichotała i płoniła się pod jego spojrzeniem. Jak on to robi? – zastanowiła się Nina, ponieważ Lis był nie tylko rudy, ale też zwyczajnie brzydki. Nie miała jednak czasu, żeby rozważać takie kwestie, bo porucznik właśnie ją dostrzegł.

– Jesteś – powiedział. – Daj tę walizkę, zaniosę do auta.

Nina poszła za nim posłusznie.

– Dokąd jedziemy? – zapytała, kiedy walizka wylądowała już w bagażniku.

– Wytłumaczę wszystko, jak dołączy do nas Hubert, w porządku?

Skinęła głową. W inny dzień pewnie zaczęłaby nalegać, ale dziś już i tak mocno naciągnęła swoje szczęście podczas rozmowy z siostrą Anzelmą. Była grzeczną dziewczynką przez większość swojego życia i sprzeciwianie się dorosłym wciąż stanowiło dla niej nowość.

Zatrzymali się piętnaście kilometrów dalej, przed męską szkołą świętego Andrzeja. Też z internatem, mieszczącą się w budynku bardzo podobnym do tego, w którym uczyły się łucjanki. Lis wysiadł, ale nie wszedł do środka, tylko oparł się o maskę i zapalił papierosa.

– Nie pójdzie pan po Huberta? – zapytała Nina, gramoląc się z tylnego siedzenia.

– Byłem tu już wcześniej, powiedzieli, że puszczą go po trzeciej lekcji. Czyli – spojrzał na zegarek – za jakieś dziesięć minut.

– Aha – bąknęła dziewczyna.

– Z tyłu masz dwa termosy i trochę kanapek, jeśli jesteś głodna.

– Nie jestem – burknęła, świadoma, że nie jest zbyt grzeczna.

Nadal nie wiedziała, jak „ich”, czyli komunistów, traktować. Lis jesienią ocalił jej życie, a teraz (znowu do tego wracała) razem z Ewą Wiśniewską płacił za jej szkołę. Nie potrafiła jednak być mu wdzięczna. Nie po tym, co zrobił swego czasu Jackowi.

– Nie próbuję być miły – westchnął Lis. – Jeśli uważasz, że poczęstowanie kogoś kanapką równa się byciu miłym, to naprawdę masz niskie standardy.

– Nie uważam. – Nina nie potrafiła się zdobyć ani na bycie uprzejmą, ani nieuprzejmą i w rezultacie balansowała między jednym a drugim i tak naprawdę obie te skrajności budziły w niej poczucie winy.

– Jak tam w szkole? – zapytał Lis niezobowiązującym tonem.

– Och, świetnie – odparła, patrząc na kanciasty budynek świętego Andrzeja. Z zewnątrz wyglądał łudząco spokojnie, aż trudno było uwierzyć, że w środku uczy się kilkuset dorastających chłopców. – Mam mnóstwo koleżanek. I wszystkie dosłownie mnie uwielbiają. Gdybym chciała, na każdej lekcji mogłabym siedzieć z kim innym w ławce. Obsypują mnie prezentami i ciągle chcą, żebym im się wpisywała do pamiętników. Mam już dosyć rysowania tych wszystkich serduszek i kwiatów, a wiersze...

– Jeśli próbujesz być sarkastyczna, musisz się jeszcze sporo nauczyć – powiedział Lis.

– Nieprawda – mruknęła Nina. – Moim zdaniem idzie mi całkiem dobrze. Pewnie dlatego, że sporo ćwiczę.

Pomyślała o ostatnich trzech miesiącach, które niemal w całości przepłakała z tęsknoty za rodzicami, i o strachu, że już nigdy ich nie zobaczy. O najgorszych świętach Bożego Narodzenia w swoim życiu, spędzonych w znienawidzonej szkole pośród zakonnic, których nie lubiła i które nie lubiły jej. I o tym, że mimo wszystko te święta i tak były czasem wytchnienia, bo nareszcie mogła zostać sama, bez koleżanek chichoczących głupio za jej plecami i odwracających wzrok, kiedy do nich podchodziła.

Dziewczyny od świętej Łucji nie wkładały Ninie ropuch do łóżka, nie potrącały jej na przerwach ani nie pluły do zupy na stołówce. Były na to zbyt dorosłe. Nie, one po prostu ją ignorowały, jakby była Niewidzialnym Człowiekiem z powieści Wellsa. Jeśli ktoś coś do niej mówił, to zazwyczaj były to krótkie komunikaty: przesuń się, komunistko, bo zasłaniasz mi światło, idź stąd, oddaj, nie rusz. Na początku próbowała tłumaczyć, że ateista wcale nie musi być komunistą, ale tylko pogorszyła swoją sytuację. Potem przestała się odzywać i też było źle.

Och, mogłaby Lisowi sporo opowiedzieć. O posiłkach jedzonych na stołówce przy osobnym stoliku, bo przy innych „miejsca były zajęte” (choć nikt tam nie siedział), o tym, że gdy miały się dobrać w dwójki, zawsze zostawała sama (w klasie było siedemnaście dziewczyn), a kiedy nauczyciel kazał jej dołączyć do jakiejś pary, pozostałe dwie dziewczyny ani się do Niny nie odzywały, ani nie pozwalały jej niczego zrobić, w rezultacie czego obrywała za lenistwo, zupełnie jakby to była jej wina, że na lekcjach siedzi i gapi się w ścianę. O przerwach spędzanych na czytaniu książek, o tym, że kiedy Marianna z dziewiątej B miała urodziny i częstowała wszystkich ciastkami, jedyną, dla której ciastka zabrakło, była właśnie Nina... Nie żeby jakoś szczególnie zależało jej na poczęstunku czy przyjaźni wszystkich tych dziewczyn, ale to i tak bolało, zwłaszcza że w poprzedniej szkole Nina była jedną z bardziej lubianych uczennic.

Mogłaby o tym wszystkim opowiedzieć, ale ostatecznie nie powiedziała nic. Zresztą od strony budynku szedł już, taszcząc walizkę, chudy piętnastoletni chłopak. Nina poznała go po tej chudości właśnie, bo Hubert znowu miał czarne włosy, tak jak wtedy, gdy spotkali się po raz pierwszy w Markotach.

– Cześć – sapnął, stawiając walizkę obok samochodu.

Lis wrzucił ją do bagażnika, a Nina niezbyt zręcznie objęła chłopaka. Żadne z nich nie przepadało za okazywaniem uczuć.

– Wszystko w porządku? – zapytał Hubert, a dziewczyna z pewnym ociąganiem skinęła głową.

Przez ostatnie trzy miesiące widzieli się tylko raz, i to z daleka, bo uczniom obu szkół nie wolno było się spotykać ani nawet wychodzić na miasto bez opieki zakonnic.

– A u ciebie?

– Nieźle – przyznał Hubert. – Ta szkoła jest całkiem fajna. Mają tu nawet kółko dramatyczne, w zeszłym tygodniu wystawialiśmy Żywot świętego Stanisława Kostki. To jakaś okropna sztuka o chłopaku, który uciekł z domu, bo chciał wstąpić do klasztoru. Na Szekspira ani nawet na Słowackiego nam pewnie nie pozwolą, więc lepsze to niż nic. Co prawda one mnie nie lubią...

– Zakonnice?

– Zakonnice, tak. Mówią, no wiesz, że jestem dzieckiem grzechu, bo moi rodzice nie mieli ślubu. Ale chłopaki z klasy są w porządku.

A więc przynajmniej Hubert znalazł kolegów w nowej szkole. Nina przyjrzała mu się uważnie: nastolatek faktycznie sprawiał wrażenie zadowolonego, co w jego przypadku oznaczało, że nie miał tak ponurej miny jak zwykle. I nabrał trochę ciała. Nadal oczywiście był chudy, ale już nie przerażająco chudy. Nina odetchnęła z ulgą – ostatecznie to ona namówiła Huberta na współpracę z komunistami i czuła się teraz za niego poniekąd odpowiedzialna.

– A co z twoimi włosami? Zafarbowałeś je?

– Zafarbowałem – przyznał, uśmiechając się nieoczekiwanie radośnie. – No wiesz, doszedłem do wniosku, że czarne jednak bardziej do mnie pasują.

Fakt, z ciemną czupryną wyglądał trochę jak blady, romantyczny poeta, a z jasną – jak wypłowiały duch albo negatyw zdjęcia. Ale jakim cudem ktokolwiek mu na to pozwolił? Ninie nie wolno było nawet zapuścić grzywki, a on mógł zafarbować włosy?

Gdy go o to zapytała, wzruszył niedbale ramionami.

– Powiedziałem im, że mnie ścigają i dlatego muszę zmienić wygląd.

Wytrzeszczyła oczy.

– Uwierzyli?

– Ja naprawdę jestem dobrym aktorem. Poza tym akurat przyszły dokumenty od Lisa i siostra przełożona uznała chyba, że coś jest na rzeczy. Ty też masz nowe nazwisko?

– Tak, nazywam się teraz Marczak. Nina, a nie Janina, jak wcześniej. Nina została, bo pani Wiśniewska powiedziała, że i tak by mi się myliło.

– Ja jestem Hubert Jerzycki.

– Wsiadajcie – pogonił ich Lis, który skończył wreszcie przekładać walizki w bagażniku. – Już i tak jesteśmy spóźnieni.

– Miał nam pan powiedzieć, dokąd jedziemy – przypomniała Nina.

– Powiem wam, jak tylko ruszymy.

***

– Jedziecie do Wilczych Dołów, to takie małe miasteczko w Karkonoszach – wyjaśnił porucznik Lis. – Po drodze spotkamy się z Tamarą i Jackiem, a na miejsce zawiezie was towarzyszka Wiśniewska. Ona będzie się wami opiekować. Mam nadzieję, że miło spędzicie ferie.

– Spędzimy ferie? – W głosie Niny zabrzmiało niedowierzanie. – To my jedziemy tam na ferie?

– Oczywiście, a co ty myślałaś?

– Mieliśmy przecież dla was pracować! Pamięta pan? Czerwone Kapturki, magia, te sprawy?

Właściwie co ją tak oburzało? Przecież wcale nie chciała pracować dla komunistów. Może to była kwestia tego specyficznego dreszczu emocji, który czuła latem w Markotach i potem jesienią w instytucie Totenwald. Jasne, groziła jej wtedy śmierć i bywały momenty, kiedy Nina oddałaby pół życia, żeby znaleźć się z powrotem w bezpiecznym domu, ale w jakiś sposób tęskniła za tamtymi dniami. Tęskniła, choć sama sobie powtarzała, że to bardzo głupie.

– Pamiętam. – Lis wyminął jadący drogą wóz z węglem. – Ale zanim powierzymy wam jakiekolwiek zadanie, musicie najpierw trochę poćwiczyć.

– Co poćwiczyć? – Siedzący obok Niny Hubert zmarszczył brwi. – Nasze moce? Ja ze swoją sobie radzę. I jak dotąd nikt w szkole się nie domyślił, że mam jakąkolwiek magię.

Pstryknął palcami i nad opuszką kciuka pojawił się maleńki ogień. Hubert bawił się nim przez chwilę, przerzucając z ręki do ręki, a potem zgasił. Nina odwróciła wzrok. Ona również miała moc, ale w przeciwieństwie do Huberta nie potrafiła nad nią panować.

– Nie chodzi tylko o magię – tłumaczył cierpliwie Lis. – Chcemy nauczyć was paru pożytecznych rzeczy.

– Na przykład jakich?

– Na przykład jak się bronić, jeśli ktoś was zaatakuje. Albo coś. Nawet upiora można przecież zranić. Nauczymy was strzelać i walczyć wręcz. Dzięki temu będziecie bezpieczniejsi, a my nie będziemy musieli się o was martwić.

– Dostaniemy pistolety? – Hubert starał się zachować powściągliwość, ale oczy podejrzanie mu błyszczały.

– Pomyślimy o tym.

Nina spojrzała w odbite w lusterku oczy Lisa, a mężczyzna odwrócił wzrok. On wie, pomyślała dziewczyna. Wie, że konwencjonalna broń rzadko działa na upiory. Ale oni po prostu nie mają nam nic innego do zaoferowania, w żaden inny sposób nie mogą nas chronić.

Jechali na południe. Lis milczał, Nina i Hubert rozmawiali na tylnym siedzeniu, nadrabiając ostatnie trzy miesiące. Chłopak opowiedział jej o przedstawieniu i Bożym Narodzeniu spędzonym u Jacka (Nina odrzuciła zaproszenie Tamary, bo uznała, że gość, który cały czas płacze, tylko psułby świąteczną atmosferę). Nina zrewanżowała się opowiadaniem o naleśnikoberetach i o tym, że na lekcjach gimnastyki dziewczyny ćwiczą w pończochach, bo odsłanianie gołych nóg według zakonnic jest nieprzyzwoite. Nie chciała mówić ani o ignorujących ją koleżankach, ani tym bardziej o siniakach, które ukrywała pod swetrem. Po pierwsze, Lis cały czas słuchał. Po drugie, Hubert wyraźnie był w dobrym humorze i dziewczyna nie miała serca go martwić – zwłaszcza że i tak nie potrafiłby jej pomóc.

Koło drugiej sięgnęła wreszcie po leżące na tylnym siedzeniu termosy. W jednym była obrzydliwie gorzka herbata, dokładnie taka, jaką chętnie pił Hubert (być może po to, żeby się umartwiać), w drugim natomiast bardzo słodka kawa z dużą ilością mleka, czyli ulubiony napój Niny. A więc Lis jednak próbował być miły. Dziewczyna zawahała się, sięgając po swój termos, ale czuła już takie pragnienie, że było jej wszystko jedno. Napiła się kawy, a potem zaczęła walczyć z mielonką na wielkiej pajdzie świeżego chleba.

Hubert jadł drugą kanapkę, wyglądając przez okno, za którym przesuwał się zimowy krajobraz.

Mijali białe pola, z których sterczały samotne strachy na wróble i nagie drzewa, obsypane wronami jak czarnymi nastroszonymi ulęgałkami. Przejeżdżali przez zapyziałe wioski i senne małe miasteczka, czasem też na horyzoncie pokazywało się duże miasto, z kominami dymiącymi w szare niebo, ale Lis zazwyczaj omijał je, jadąc bocznymi drogami.

Za Zieloną Górą zatrzymali się pod lasem, by porucznik mógł sprawdzić dalszą trasę. Wysiadł, rozłożył mapę na masce samochodu i patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, a Hubert skorzystał z okazji i poszedł podziwiać słońce prześwitujące między drzewami (innego chłopaka Nina podejrzewałaby, że idzie za potrzebą, ale Hubertowi mogło faktycznie chodzić o piękne widoki). Dziewczyna spacerowała po pustej drodze tam i z powrotem, patrząc, jak para unosi się z jej ust przy każdym oddechu.

Po lewej stronie drogi rósł dębowy las, po prawej aż po horyzont rozciągało się puste pole, na którym dwie sarny szukały pod śniegiem jedzenia. Nina obserwowała je przez chwilę, a potem podeszła do Lisa.

– Naprawdę jedziemy do Wilczych Dołów tylko na ferie? – zapytała.

– Naprawdę. – Mężczyzna złożył mapę. – Nie chcemy was wywieźć do lasu i zamordować, jeśli tego się boisz. Wiem, że nie masz o nas najlepszego zdania, ale my nie zabijamy dzieci.

– Chyba że nie macie innego wyjścia.

Nina pomyślała o instytucie Totenwald, o tym, jak dostała czerwoną kartkę i czekała na swoją kolej, żeby umrzeć. Lis ocalił jej wtedy życie, ale pytanie brzmiało, czy nie zrobił tego przypadkiem kosztem kogoś innego. Nina uwierzyła, kiedy zaprzeczył, bo chciała wierzyć, czasem jednak i tak miała wątpliwości.

– Chyba że nie mamy innego wyjścia – przyznał Lis ze spokojem, który wydawał się bardziej przerażający niż wściekłość (brzmiała też w tym spokoju nuta znużenia i smutku, ale Nina wolała jej nie dostrzegać).

Ona również miała potencjalnie niebezpieczną moc, nad którą nie panowała. Wiedziała o tym i czasem myślała, że lepiej by było dla wszystkich, gdyby Lis nigdy jej nie uratował. Skoro inne dzieci z niestabilnymi mocami szły na śmierć, dlaczego ona miałaby żyć?

Porucznik musiał pomyśleć o tym samym, bo schował mapę do kieszeni i spojrzał na Ninę.