Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nad cichym stawem w hrabstwie Hereford ginie człowiek, a wszystkie poszlaki wskazują na jego własnego syna – widziano ich, jak się kłócili, słyszano podniesione głosy, a chłopak wrócił z krwią na rękawie. Sprawa wydaje się przesądzona. Ale tam, gdzie miejscowa policja widzi pewność, Sherlock Holmes dostrzega coś innego: szary płaszcz, który znika i wraca, ostatnie, niezrozumiałe słowo umierającego i ślad, który prowadzi aż na drugą półkulę. Bo czasem to właśnie najprostsze zbrodnie kryją najmroczniejsze tajemnice – a prawda, którą Holmes wydobędzie na światło, sięga dwadzieścia lat wstecz, do złotodajnych pól dalekiej Australii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 48
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Przygody Sherlocka Holmesa
Tajemnica Doliny Boscombe
Arthur Conan Doyle
Siedziałem pewnego dnia przy śniadaniu zżoną, gdy służąca przyniosła mi depeszę. Telegrafował do mnie Sherlock Holmes wte słowa:
Czy masz dwa dni czasu? Wezwano mnie telegraficznie do zachodniej Anglii wsprawie tragedii wdolinie Boscombe. Cieszyłbym się, gdybyś pojechał ze mną. Okolica ipowietrze przepyszne. Odjazd zPaddington o11.15. Holmes.
– No ijakże, kochany mężu, pojedziesz? – spytała mnie żona.
– Sam nie wiem... – rzekłem. – Mam teraz dosyć dużo chorych...
– Ach, Anstruther cię zastąpi! Wostatnich czasach wyglądasz trochę przymęczony pracą – dwudniowy wypoczynek dobrze ci zrobi, azresztą wiem, że interesujesz się zawsze bardzo żywo działalnością Holmesa.
– Naturalnie! Przecież to dzięki jednej zjego przygód właśnie ciebie poznałem! Ale jeżeli istotnie mam jechać, to muszę się pośpieszyć – zostaje mi tylko pół godziny czasu!
Moja służba obozowa wAfganistanie miała tę wielką korzyść, że uczyniła ze mnie człowieka zawsze gotowego do jakiejkolwiek podróży. Bagaże moje były zawsze wpogotowiu, nie potrzebowałem więc wiele czasu na przygotowania iwkrótce już siedziałem wdorożce, jadąc na dworzec kolejowy wPaddington.
Zaraz na wstępie dostrzegłem tam Holmesa; przechadzał się wdługim podróżnym płaszczu popielatym isukiennej czapeczce, adługa jego koścista postać wydawała się wtym stroju jeszcze wyższa niż zwykle.
– To doprawdy bardzo ładnie ztwej strony, że przybyłeś na moje wezwanie, kochany Watsonie! – rzekł. – Dla mnie to istotnie wielka pomoc mieć towarzysza, na którego całkowicie mogę liczyć; miejscowa pomoc bywa zwykle bez wartości lub stronnicza. Zechciej, proszę, zająć dwa miejsca w roguprzedziału, aja zaraz kupię bilety.
W wagonie byliśmy zupełnie sami. Holmes przyniósł ze sobą cały stos przeróżnych gazet ipapierów, które pilnie przeglądał. Aż do przybycia na stację Reading czytał, robił notatki irozmyślał. Naraz wstał, zebrał wszystką tę bibułę wjeden pakiet iwrzucił go wsiatkę na rzeczy nad ławką.
– Słyszałeś już co otym wypadku? – zapytał.
– Nic anic; nie czytałem gazet wostatnich paru dniach.
– Londyńska prasa daje otym niedokładne sprawozdania. Właśnie przeglądałem ostatnie numery gazet, by zorientować się wszczegółach. Zdaje mi się, że jest to jeden zowych wgruncie rzeczy bardzo prostych wypadków, które jednak właśnie bardzo trudno bywa rozwiązać.
– To, co mówisz, brzmi trochę dziwnie.
– A jednak tkwi wtym głęboka prawda. Im prostsza, im mniej skomplikowana jest jakaś zbrodnia, tym trudniej ją rozwikłać. Wtym wypadku oskarżenie obciąża, bardzo nawet silnie, syna zamordowanego!
– A zatem rozchodzi się ojakieś morderstwo?
– Takie są przynajmniej przypuszczenia – ale ja nic nie sądzę, póki sprawie nie przyjrzę się zbliska. Chcę ci właśnie streścić przebieg sprawy, oile ztych sprawozdań wyrozumieć go mogę.
Dolina Boscombe jest to okrąg wiejski niedaleko od Ross whrabstwie Hereford. Największym właścicielem ziemskim jest tam niejaki pan John Turner, który wzbogacił się niegdyś wAustralii iprzed laty powrócił do ojczyzny. Jeden zjego majątków, zwany Hatherley, jest wydzierżawiony niejakiemu panu Karolowi McCarthy’emu, także byłemu emigrantowi australijskiemu. Obaj ci ludzie poznali się niegdyś wkoloniach idlatego osiedlili się wojczyźnie blisko siebie. Turner był widocznie bogatszy, ale nie powstrzymało go to – skoro McCarthy został jego dzierżawcą – od utrzymywania znim stosunków towarzyskich na zupełnie równej stopie. McCarthy miał syna osiemnastoletniego, aTurner córkę wtym samym wieku. Obydwaj byli wdowcami.
Zdaje się, że unikali obydwaj stosunków towarzyskich zinnymi zamieszkałymi wsąsiedztwie rodzinami iżyli dość odosobnieni, jakkolwiek McCarthy, ojciec isyn, lubili bardzo sport ibywali często na mityngach wyścigowych wokolicy.
McCarthy trzymał dwoje służby – kucharkę ilokaja – wdomu zaś Turnera było służby dużo więcej, jakieś zpół tuzina, przypuszczam. To jest mniej więcej wszystko, co wywnioskowałem otych dwóch rodzinach zgazet. Ateraz przejdźmy do faktów związanych ze zbrodnią.
Dnia 3 czerwca – zatem było to wprzeszły poniedziałek – opuścił McCarthy swój dom wHatherley około trzeciej po południu iposzedł do jeziora Boscombe, niewielkiego zbiornika pozostałego przez nagłe rozszerzenie się strumienia wdolinie.
Z rana tego dnia był ze służącym wRoss ipowiedział doń, że musi się śpieszyć zpowrotem, bo na godzinę trzecią umówił się zkimś wbardzo ważnej sprawie. Od chwili, kiedy wyszedł zdomu, nikt go więcej żywym nie widział.
Dom mieszkalny wHatherley leży oćwierć mili od jeziorka idwie osoby widziały pana McCarthy’ego, idącego wtamtą stronę: jakaś stara kobieta, której nazwiska nie wymieniono, istrażnik leśny pana Turnera, niejaki William Crowder. Świadkowie ci zeznali, że McCarthy szedł sam. Strażnik Crowder dodał nadto, że wkrótką chwilę po spotkaniu pana McCarthy’ego spotkał także jego syna, Jamesa McCarthy’ego, idącego wtym samym kierunku co ojciec, ze strzelbą na ramieniu. Twierdzi on, że było jeszcze widać zpewnością na drodze ojca, gdy ukazał się wślad za nim idący syn.
Crowder nie myślał już otym wcale aż do wieczora, kiedy usłyszał ozbrodni.
Widziano także jeszcze później obu panów McCarthy, już po ich spotkaniu zCrowderem. Jeziorko Boscombe jest dookoła otoczone gęstym lasem; tylko na brzegach rośnie trzcina isitowie. Córka dozorcy zBoscombe, Patience Moran, była właśnie wtym lesie, gdzie zbierała kwiaty. Otóż twierdzi ona, że widziała obu panów McCarthy tuż nad jeziorkiem, jakoby gwałtownie się sprzeczających; słyszała, jak ojciec łajał syna bardzo ostrymi wyrazami, iwidziała nawet, jak syn podniósł rękę, jak gdyby chciał ojca uderzyć. Dziewczyna, przestraszona tą gwałtowną kłótnią, pobiegła do domu iopowiedziała matce, co widziała nad jeziorkiem, dodając, iż lęka się, czy panowie McCarthy od gwałtownych słów nie przeszli do czynów. Ledwo to powiedziała, zjawił się, biegnąc, młody McCarthy. Zawołał on na dozorcę, prosząc go opomoc imówiąc, że znalazł ojca swego nieżywego wlesie. Był ogromnie wzburzony, nie miał ani kapelusza, ani strzelby, ana jego prawej ręce ina prawym rękawie były widoczne ślady krwi. Ludzie pośpieszyli za młodzieńcem do lasu iznaleźli zwłoki ojca jego rozciągnięte na trawie tuż nad brzegiem jeziora. Trup miał czaszkę rozbitą kilku ciosami jakiegoś tępego narzędzia. Narzędziem tym mogła być kolba strzelby, która też leżała oparę kroków od zwłok, porzucona wtrawie.
W takich okolicznościach zaaresztowano zaraz młodego McCarthy’ego. Oskarżenie, oparte na pierwiastkowym śledztwie dokonanym we wtorek, zarzuca mu „zabójstwo zpremedytacją”; został więc we środę przekazany prokuraturze wRoss, która wytoczy sprawę na najbliższej sesji sądu przysięgłych tej miejscowości. Oto jest treściwy przebieg sprawy, tak jak on przedstawił się sędziemu śledczemu ipolicji.
– Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić zbieg poszlak – rzekłem – który by silniej idokładniej przeciwko oskarżonemu świadczył.
– Takie dowody iposzlaki bywają jednak nieraz bardzo wątpliwej wartości – rzekł Holmes z
