Wydawca: Uroboros Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 601 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tajemnica diabelskiego kręgu - Anna Kańtoch

Nie każdy zostaje wybrany przez anioły i zaproszony przez nie na tajemnicze wakacje w klasztorze znajdującym się w niewielkiej miejscowości Markoty. Tak się składa, że przydarzyło się to trzynastoletniej Ninie. Nie bardzo wie jednak, dlaczego – jest przecież bardzo zwyczajną dziewczyną. Czy aby na pewno?

Opinie o ebooku Tajemnica diabelskiego kręgu - Anna Kańtoch

Fragment ebooka Tajemnica diabelskiego kręgu - Anna Kańtoch

Anna Kań­toch

TA­JEM­NI­CA DIA­BEL­SKIE­GO KRĘ­GU

Co­py­ri­ght © by Anna Kań­toch, MMXIII

War­sza­wa MMXIII

Nina mia­ła osiem lat, gdy z nie­ba spa­dły anio­ły.

Le­pi­ła z bra­tem na po­dwór­ku bał­wa­na, ona to­czy­ła śnież­ną kulę, a Szy­mek w czer­wo­nym sza­licz­ku i czap­ce na­su­nię­tej nie­mal na oczy bie­gał w kół­ko i bar­dziej prze­szka­dzał, niż po­ma­gał – ale w koń­cu cze­go moż­na się spo­dzie­wać po trzy­lat­ku? Nad­cią­gał wcze­sny zi­mo­wy zmierzch, było mroź­nie i ja­koś tak dziw­nie ci­cho, jak­by nie znaj­do­wa­li się w środ­ku mia­sta, tyl­ko gdzieś na od­lu­dziu. Zu­peł­nie jak­by się mia­ło stać coś waż­ne­go, opo­wia­da­ła po­tem ko­le­żan­kom Nina, choć nie była pew­na, czy tej dziw­nej ci­szy sama so­bie przy­pad­kiem nie wy­my­śli­ła. Ale fak­tem jest, że na po­dwór­ku ni­ko­go in­ne­go nie było, wszyst­kie po­zo­sta­łe dzie­ci od­stra­szy­ło zim­no. Sie­dzia­ły pew­nie po­cho­wa­ne w swo­ich miesz­ka­niach, w ka­mie­ni­cach, któ­re tło­czy­ły się wo­kół po­dwó­rza, two­rząc coś w ro­dza­ju głę­bo­kiej, choć ob­szer­nej stud­ni. Na mu­rach wciąż wi­dać było śla­dy po po­ci­skach z cza­sów nie­daw­nej woj­ny, przez co bu­dyn­ki wy­da­wa­ły się jesz­cze bar­dziej po­nu­re, lecz Nina i Szy­mek nie zwra­ca­li na to uwa­gi – miesz­ka­li tu od daw­na, Szy­mek wła­ści­wie od uro­dze­nia, i zdą­ży­li się przy­zwy­cza­ić.

Zmę­czo­na dziew­czyn­ka przy­sta­nę­ła na chwi­lę, prze­tar­ła spo­co­ne czo­ło pod gry­zą­cą weł­nia­ną czap­ką i spoj­rza­ła w górę, żeby się prze­ko­nać, czy śnieg przy­pad­kiem nie bę­dzie dziś wie­czo­rem pa­dał. Jed­nak nie­bo było czy­ste, bez naj­mniej­szej na­wet chmur­ki. Za­czy­na­ło już ciem­nieć przed nocą i mia­ło te­raz od­cień nie­bie­skie­go, któ­ry Ni­nie ko­ja­rzył się z ko­lo­rem wody w głę­bo­kim, bar­dzo zim­nym je­zio­rze.

Dziew­czyn­ka za­mru­ga­ła, na nie­bie po­ja­wił się ja­sny punkt.

– Patrz, pierw­sza gwiaz­da – po­wie­dzia­ła do Szym­ka. A po­tem: – O rany, ona chy­ba leci w na­szą stro­nę.

Punkt rósł w oczach i zbli­żał się do zie­mi, cią­gnąc za sobą świe­tli­stą smu­gę. Nina była mała pod­czas woj­ny, nie­wie­le star­sza niż Szy­mek obec­nie, ale pa­mię­ta­ła dni, kie­dy na mia­sta spa­da­ły nie­miec­kie bom­by – i te­raz cały strach wró­cił. Wie­dzia­ła, że po­win­na ucie­kać, zła­pać bra­ta za rękę i po­cią­gnąć go do domu, ale nie po­tra­fi­ła się ru­szyć.

Punkt nie był już punk­tem, tyl­ko ob­łym, wą­skim kształ­tem, któ­ry mknął w stro­nę po­dwór­ka jak ogni­sty po­cisk. W ślad za nim nie­bo prze­ci­nał szlak po­wo­li roz­wie­wa­ją­ce­go się dymu. Nina od­ru­cho­wo za­tka­ła uszy, sły­sząc wizg roz­dzie­ra­ne­go po­wie­trza, od ja­skra­wo­ści pło­mie­ni bo­la­ły ją oczy. Nad mia­stem po­ja­wi­ły się tak­że inne, ogni­sto-dym­ne smu­gi, ale dziew­czyn­ka nie zwra­ca­ła na nie uwa­gi. Naj­waż­niej­sza była ta, któ­ra za chwi­lę spad­nie na jej dom i za­mie­ni go w gru­zy, jak wte­dy, jak w cza­sie woj­ny.

A ona wciąż nie mo­gła ru­szyć się z miej­sca. Wy­stra­szo­ny Szy­mek przy­warł do jej boku i pa­trzył w nie­bo z otwar­tą bu­zią. Nina czu­ła już falę go­rą­ca, któ­rą pchał przed sobą pło­ną­cy po­cisk.

Wte­dy obły kształt wy­ha­mo­wał i za­wisł na chwi­lę w po­wie­trzu, roz­kła­da­jąc ośle­pia­ją­co ja­sne, jak utka­ne z ognia skrzy­dła.

Szy­mek krzyk­nął z za­chwy­tu.

Gdy anioł mięk­ko wy­lą­do­wał na po­dwór­ku, śnieg wo­kół jego bo­sych stóp sto­pił się z sy­kiem.

Rozdział pierwszy, w którym Nina zostaje wybrana przez anioła i rusza w podróż – lecz nic w tej podróży nie wygląda tak, jak powinno.

Pięć lat póź­niej Nina szła po­lną dro­gą, prze­kli­na­jąc anio­ły. Był sier­pień i upał nie­źle da­wał się we zna­ki. Spo­co­na, brud­na i nie­szczę­śli­wa dziew­czy­na nio­sła wa­liz­kę, w któ­rej daw­no temu ze­psuł się za­mek i któ­ra te­raz ob­wią­za­na była ka­wał­kiem ko­nop­ne­go sznur­ka. O tę odra­pa­ną wa­liz­kę wy­bu­chła przed wy­jaz­dem strasz­na awan­tu­ra. Nina krzy­cza­ła, że nie wsią­dzie do po­cią­gu z czymś ta­kim, jej mat­ka na­to­miast tłu­ma­czy­ła, że nie mają pie­nię­dzy na kup­no no­wej wa­liz­ki. Osta­tecz­nie sta­nę­ło na tym, że Nina w ra­mach re­kom­pen­sa­ty do­sta­nie uszy­tą przez ciot­kę kraw­co­wą su­kien­kę. Mia­ła ją te­raz na so­bie, choć błę­kit­ny atłas zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się do po­dró­ży. Dziew­czy­na po­tra­fi­ła się uprzeć, gdy jej na czymś za­le­ża­ło, a mat­ka naj­wy­raź­niej czu­ła się win­na z po­wo­du wa­liz­ki, bo nie pro­te­sto­wa­ła.

Cała ta awan­tu­ra wy­da­wa­ła się tak od­le­gła i mało waż­na. Jak­by ba­gaż i strój mia­ły ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie.

Nina rzu­ci­ła wa­liz­kę i usia­dła na skra­ju py­li­stej dro­gi. W poń­czo­sze na le­wej no­dze wid­nia­ła dziu­ra, fal­ban­ka su­kien­ki była roz­dar­ta. Wstąż­ka, któ­rą mat­ka zwią­za­ła jej war­kocz, daw­no się zgu­bi­ła i te­raz roz­pusz­czo­ne ciem­ne wło­sy grza­ły jak na­rzu­co­ny na ra­mio­na płaszcz.

Ze­szłą noc Nina spę­dzi­ła na polu w sto­gu sia­na, gdzie obu­dzi­ła się rano zzięb­nię­ta, spra­gnio­na i głod­na. Kil­ka go­dzin póź­niej za­miast zim­na do­ku­czał jej upał, a o gło­dzie zdą­ży­ła za­po­mnieć. Naj­bar­dziej mę­czył ją w tej chwi­li brak cze­goś do pi­cia – mia­ła wra­że­nie, że spuch­nię­ty ję­zyk le­d­wo mie­ści się w ustach, jej gar­dło było su­che i szorst­kie jak kora drze­wa. Idąc dro­gą, ssa­ła słod­kie koń­ców­ki traw, ale to tyl­ko po­draż­nia­ło pod­nie­bie­nie. Obie­cy­wa­ła so­bie, że je­śli tyl­ko zo­ba­czy ja­kąś cha­łu­pę, pój­dzie tam i po­pro­si o szklan­kę wody, ale tchó­rzy­ła za każ­dym ra­zem, gdy mi­ja­ła z rzad­ka roz­rzu­co­ne wiej­skie obej­ścia. Jesz­cze tro­chę wy­trzy­mam, po­wta­rza­ła w my­ślach; pra­gnie­nie wciąż prze­gry­wa­ło ze stra­chem przed py­ta­nia­mi, na któ­re Nina nie chcia­ła od­po­wia­dać. Cie­ka­we tyl­ko, jak dłu­go? Prze­cież dwu­krot­nie zdą­ży­ła już zgu­bić dro­gę, a i w tej chwi­li wca­le nie była pew­na, czy idzie we wła­ści­wym kie­run­ku.

Roz­pła­ka­ła­by się, gdy­by ostat­nio nie ro­bi­ła tego tak czę­sto, że za­bra­kło jej łez.

Po­nad dwa­na­ście go­dzin spóź­nie­nia, my­śla­ła. Czy mi­li­cja już jej szu­ka? I co wła­ści­wie ma te­raz po­cząć?

A wszyst­ko za­czę­ło się, rzecz ja­sna, od anio­ła.

Są­siad­ka przy­szła do ich miesz­ka­nia póź­nym wie­czo­rem, gdy Nina le­ża­ła już w łóż­ku. Dziew­czy­na uda­wa­ła, że śpi, ale w rze­czy­wi­sto­ści pil­nie na­słu­chi­wa­ła przez uchy­lo­ne drzwi.

– To trze­ci taki przy­pa­dek – mó­wi­ła są­siad­ka. – Cia­ło zna­leź­li na po­bo­czu dro­gi. Po­dob­no… – Tu ści­szy­ła głos tak, że Nina wy­chwy­ci­ła tyl­ko kil­ka słów: „po­twor­nie oka­le­czo­ny”, „mę­czy­li go” i po­wtó­rzo­ne dwa razy „nie­ludz­kie”.

– Bóg po­wi­nien po­ka­rać ta­kich nie­go­dziw­ców – od­par­ła mat­ka Niny twar­dym gło­sem. – Mam na­dzie­ję, że przy­najm­niej nasz anioł jest bez­piecz­ny…

„Nasz”, czy­li z na­szej ka­mie­ni­cy, do­po­wie­dzia­ła so­bie Nina. Skrzy­dla­ty miesz­kał po są­siedz­ku od dwóch ty­go­dni, ale jak do­tąd ani dziew­czy­na, ani jej mat­ka go nie wi­dzia­ły. Na wi­zy­tę u anio­ła trze­ba było dłu­go cze­kać, ko­lej­ka pań­stwa Pan­ko­wi­czów wy­pa­da­ła do­pie­ro w przy­szłym mie­sią­cu.

– Jest u Mi­cha­la­ków – oznaj­mi­ła są­siad­ka. – Ale chy­ba trze­ba bę­dzie go prze­nieść. Ko­wa­lik z dołu za­czy­na się cze­goś do­my­ślać.

Mat­ka od­po­wie­dzia­ła coś tak ci­cho, że Nina nie usły­sza­ła. Ko­bie­ty szep­ta­ły te­raz do sie­bie, a w ich gło­sach wy­czu­wa­ło się na­pię­cie.

Dziew­czy­na le­ża­ła z otwar­ty­mi ocza­mi, wpa­trzo­na w ciem­ność. Wie­dzia­ła oczy­wi­ście, że lu­dzie ukry­wa­ją u sie­bie anio­ły, choć nikt jej tego wy­raź­nie nie po­wie­dział. Do­ro­śli nie ufa­li dzie­ciom, zwłasz­cza tym młod­szym, któ­re bez­tro­sko mo­gły zdra­dzić ta­jem­ni­cę w szko­le albo w in­nym miej­scu. Jed­nak Nina skoń­czy­ła już trzy­na­ście lat i ro­dzi­ce w jej obec­no­ści nie pil­no­wa­li się aż tak bar­dzo. Być może na­wet mat­ka za­bie­rze ją ze sobą, gdy przyj­dzie ko­lej na ich ro­dzi­nę?

Za­ufa­ne domy dla skrzy­dla­tych znaj­do­wa­li naj­czę­ściej miej­sco­wi pro­bosz­cze, ale lu­dzie sami też wy­mie­nia­li się in­for­ma­cja­mi, u kogo jest bar­dziej, a u kogo mniej bez­piecz­nie. Nina na wła­sne oczy wi­dzia­ła kar­tecz­ki z ad­re­sa­mi prze­cho­dzą­ce z rąk do rąk pod ko­niec mszy i sły­sza­ła szep­ty milk­ną­ce gwał­tow­nie, gdy do zbi­tej pod ko­ścio­łem grup­ki pod­cho­dził ktoś nie­po­wo­ła­ny.

Bo anio­ły na­le­ża­ło chro­nić. ONI mo­gli przyjść w każ­dej chwi­li i je za­brać. O tym, co dzie­je się póź­niej, do­ro­śli w obec­no­ści dzie­ci już w ogó­le nie chcie­li mó­wić, ale Nina i tak wie­dzia­ła.

ONI za­my­ka­li skrzy­dla­tych w ciem­nych ce­lach, bili ich pał­ka­mi albo kol­ba­mi ka­ra­bi­nów, przy­pa­la­li pa­pie­ro­sa­mi i po­le­wa­li lo­do­wa­tą wodą.

W do­dat­ku ONI ra­zem z anio­ła­mi za­bie­ra­li też ukry­wa­ją­ce je ro­dzi­ny.

ONI to UB, taj­ne służ­by ko­mu­ni­stów, któ­rzy rzą­dzi­li kra­jem i nie lu­bi­li ani Boga, ani skrzy­dla­tych. Wła­ści­wie to twier­dzi­li, że Boga nie ma, a anio­ły nie są praw­dzi­wy­mi anio­ła­mi, tyl­ko przy­sła­ny­mi przez Wa­ty­kan taj­ny­mi agen­ta­mi, któ­rych za­da­niem jest bun­to­wać lu­dzi prze­ciw je­dy­ne­mu słusz­ne­mu sys­te­mo­wi, ja­kim jest ko­mu­nizm. Nie­któ­rzy ucznio­wie w szko­le Niny w to wie­rzy­li, ale Nina nie. Ona prze­cież wi­dzia­ła anio­ła na wła­sne oczy.

Ża­den czło­wiek nie mógł­by sfru­nąć z nie­ba na skrzy­dłach i wy­glą­dać przy tym tak, jak wy­glą­da­ły anio­ły.

Prze­wró­ci­ła się nie­spo­koj­nie na łóż­ku. Cza­sem chcia­ła, żeby jej ro­dzi­ce wzię­li do sie­bie któ­re­goś ze skrzy­dla­tych. Mo­gła­by wte­dy po­ka­zać, jak bar­dzo jest do­ro­sła, od­po­wie­dzial­na i dziel­na. Wy­obra­ża­ła so­bie, że ONI pod­jeż­dża­ją o świ­cie pod dom czar­nym sa­mo­cho­dem (to za­wsze był czar­ny sa­mo­chód), wcho­dzą do sie­ni, ło­mo­cząc o po­sadz­kę cięż­ki­mi woj­sko­wy­mi bu­ta­mi, i walą w drzwi, a po­tem za­bie­ra­ją Ninę w ciem­ne, po­nu­re miej­sce i tam py­ta­ją o anio­ła. Mil­cza­ła­by, oczy­wi­ście, z po­gar­dą zno­sząc wrza­ski i bi­cie. Nie pi­snę­ła­by ani sło­wa, a kie­dy wró­ci­ła­by do domu, mat­ka i oj­ciec by­li­by z niej tak bar­dzo dum­ni.

Tyle że prze­cież wca­le nie mia­ła pew­no­ści, że wła­śnie tak by się za­cho­wa­ła, praw­da?

Co gor­sza, nie mia­ła też pew­no­ści, że W OGÓ­LE by do domu wró­ci­ła. Lu­dzie, któ­rych za­bra­ło UB, naj­czę­ściej po pro­stu zni­ka­li, jak­by nig­dy ich nie było.

Do­bie­ga­ją­ce z kuch­ni gło­sy szem­ra­ły mo­no­ton­nie. Nina za­mknę­ła oczy, ale nie mo­gła za­snąć. Jak za­wsze wspo­mnie­nie o anie­le wy­wo­ła­ło w niej po­czu­cie winy. Czy pa­mię­ta­ła dziś o wie­czor­nej mo­dli­twie? Tak, na szczę­ście tak, choć wczo­raj zno­wu po­kłó­ci­ła się z mat­ką, a kil­ka dni wcze­śniej okła­ma­ła ją, mó­wiąc, że idzie do ko­ścio­ła, pod­czas gdy tak na­praw­dę wy­bra­ła się z ko­le­żan­ką do kina.

Wes­tchnę­ła.

Przed pię­cio­ma laty, kie­dy skrzy­dla­ci spa­dli z nie­ba, wszyst­ko wy­da­wa­ło się pro­ste. Lu­dzie w przy­by­ciu anio­łów wi­dzie­li znak od Boga i za­po­wiedź koń­ca świa­ta. Nina pa­mię­ta­ła, jak co­dzien­nie przed szko­łą bie­gła na pierw­szą po­ran­ną mszę (na po­po­łu­dnio­we nie mo­gła cho­dzić, bo wte­dy ko­ściół był peł­ny, a ona w tłu­mie od razu tra­ci­ła od­dech i mdla­ła). Czu­ła się wte­dy, o rany, pra­wie jak świę­ci z opo­wie­ści, taka po­boż­na i do­bra. Zu­peł­nie se­rio mia­ła cza­sem wra­że­nie, że lada mo­ment roz­stą­pią się chmu­ry, i ona, Nina, zo­sta­nie żyw­cem unie­sio­na do nie­ba. NA­PRAW­DĘ sta­ra­ła się prze­strze­gać wszyst­kich przy­ka­zań. Po­dob­nie ucznio­wie z jej szko­ły – z wy­jąt­kiem, oczy­wi­ście, dzie­ci ko­mu­ni­stów, któ­re wie­rzy­ły w agen­tów Wa­ty­ka­nu. Po­tem, trzy mie­sią­ce po przy­by­ciu anio­łów, w War­sza­wie lu­dzie wy­szli na uli­ce z krzy­ża­mi w rę­kach, a ko­mu­ni­ści za­czę­li do nich strze­lać. Było mnó­stwo ofiar i choć w ga­ze­tach pi­sa­no tyl­ko o „stłu­mio­nych roz­ru­chach”, wszy­scy i tak wie­dzie­li, że kil­ku­dzie­się­ciu war­sza­wia­ków zgi­nę­ło, bo uwie­rzy­ło w anio­ły. Nina pła­ka­ła, gdy się o tym do­wie­dzia­ła, i przez pe­wien czas była jesz­cze bar­dziej po­boż­na, ale póź­niej… cóż, czas mi­jał, ko­niec świa­ta ja­koś nie nad­cho­dził, a pierw­sze wra­że­nie wy­wo­ła­ne przez spo­tka­nie z anio­łem zbla­dło i pew­ne­go dnia przy­szedł mo­ment, kie­dy Nina za­po­mnia­ła wie­czo­rem się po­mo­dlić. Jak ona się wte­dy bała! Ku­li­ła się pod koł­drą i cze­ka­ła na dia­bły, któ­re wy­sko­czą spod zie­mi i za karę za­bio­rą ją do pie­kła. Jed­nak nic ta­kie­go się nie wy­da­rzy­ło i za dru­gim ra­zem, kie­dy zno­wu za­po­mnia­ła o mo­dli­twie, strach był mniej­szy, póź­niej prze­sta­ła cho­dzić tak czę­sto na msze (szcze­rze mó­wiąc, za­wsze ją nu­dzi­ły), a jesz­cze póź­niej po raz pierw­szy po­kłó­ci­ła się z mat­ką… Te­raz Nina nie­wie­le mia­ła wspól­ne­go z dziew­czyn­ką, któ­ra nie­gdyś wsta­wa­ła bla­dym świ­tem i bie­gła do ko­ścio­ła. Od cza­su do cza­su tyl­ko zda­rza­ły jej się wy­rzu­ty su­mie­nia. Wte­dy obie­cy­wa­ła so­bie, że bę­dzie lep­sza – od przy­szłe­go ty­go­dnia albo od po­cząt­ku mie­sią­ca, albo na świę­ta. Za­wsze od­kła­da­ła to na po­tem i za­wsze znaj­do­wa­ła dla swo­je­go le­ni­stwa uspra­wie­dli­wie­nie. Nie było w tym nic dziw­ne­go – po­dob­nie za­cho­wy­wa­ła się więk­szość szkol­nych ko­le­gów i ko­le­ża­nek Niny, z wy­jąt­kiem może tych, któ­rzy na co dzień miesz­ka­li z anio­ła­mi. Ci wciąż byli bar­dzo po­boż­ni, a dziew­czy­na po­zna­wa­ła ich po spe­cy­ficz­nych roz­mo­dlo­nych spoj­rze­niach.

Przez ja­kiś czas wy­obra­ża­ła so­bie, że jej ro­dzi­ce bio­rą do sie­bie anio­ła, a ona zdo­by­wa jego sym­pa­tię… Mo­gła­by po­ka­zać mu swo­je ulu­bio­ne al­bu­my z eu­ro­pej­skim ma­lar­stwem, opo­wia­dać o szko­le albo po pro­stu sie­dzieć z nim w ci­szy. Wie­dzia­ła jed­nak, że to mało praw­do­po­dob­ne. Księ­ża ufa­li mat­ce Niny, ale nie jej ojcu, któ­ry daw­niej, jesz­cze przed woj­ną, na­le­żał do par­tii ko­mu­ni­stycz­nej. Co praw­da, na­wró­cił się, kie­dy skrzy­dla­ci spa­dli z nie­ba, ale dziew­czy­na mia­ła wra­że­nie, że z cza­sem jego wia­ra osła­bła. Te­raz nie sprze­ci­wiał się żo­nie chy­ba tyl­ko dla świę­te­go spo­ko­ju – bo w domu Niny to mat­ka wszyst­kim rzą­dzi­ła. Oj­ciec rzad­ko się od­zy­wał, cza­sem jed­nak, gdy ktoś mó­wił o anio­łach, dziew­czy­na chwy­ta­ła jego peł­ne iro­nii spoj­rze­nie, a raz pod­słu­cha­ła ury­wek roz­mo­wy ro­dzi­ców. „To nie mogą być lu­dzie”, po­wie­dzia­ła mat­ka, „mają prze­cież skrzy­dła”. „Gęsi też mają skrzy­dła”, burk­nął na to oj­ciec.

Nina po­pro­si­ła w my­ślach o wy­ba­cze­nie dla taty nie­do­wiar­ka i już mia­ła za­paść w sen, uko­ły­sa­na przy­jem­ny­mi my­śla­mi o anie­le, kie­dy otrzeź­wił ją dźwięk jej wła­sne­go imie­nia.

– Nina? Moja Nina?

Wy­sko­czy­ła z łóż­ka i pod­kra­dła się do uchy­lo­nych drzwi. Je­śli pa­trzy­ło się pod od­po­wied­nim ką­tem, moż­na było z po­ko­ju zo­ba­czyć ka­wa­łek kuch­ni – aku­rat ten, gdzie te­raz przy sto­le sie­dzia­ła mat­ka Niny. Jak za­wsze mia­ła ścią­gnię­tą zmar­twie­niem twarz z cha­rak­te­ry­stycz­ną zmarszcz­ką ry­su­ją­cą się po­mię­dzy brwia­mi. Cza­sem zda­rza­ło jej się nie­pew­nie uśmie­chać, ale Nina nie pa­mię­ta­ła, żeby kie­dyś była na­praw­dę we­so­ła.

Są­siad­ka po­wie­dzia­ła coś, cze­go dziew­czy­na nie usły­sza­ła. Mat­ka po­krę­ci­ła gło­wą.

– Ale ona prze­cież śpi…

Do­my­śla­jąc się, że o niej mowa, Nina szyb­ko wró­ci­ła do łóż­ka. Chwi­lę póź­niej drzwi po­ko­ju otwo­rzy­ły się sze­rzej i ciem­na syl­wet­ka przy­sło­ni­ła pa­da­ją­ce z ko­ry­ta­rza świa­tło.

– Ni­nuś, ko­cha­nie, śpisz?

– Tak, mamo – od­po­wie­dzia­ła bez sen­su, po czym do­da­ła po­śpiesz­nie: – To zna­czy, wła­śnie się obu­dzi­łam.

– W ta­kim ra­zie ubierz się, mu­si­my gdzieś pójść.

– Jest śro­dek nocy – za­pro­te­sto­wa­ła tyl­ko dla po­rząd­ku. Wy­cho­dze­nie o tak póź­nej po­rze, jako coś nie­zwy­kłe­go, cał­kiem jej się po­do­ba­ło.

– Wiem, ale on nie chce cze­kać. Może zresz­tą ma ra­cję, może tak bę­dzie bez­piecz­niej. Wy­star­czy, że wło­żysz buty i swe­ter na pi­ża­mę. To tyl­ko dwie klat­ki, ale na ze­wnątrz jest chłod­no.

Było lato i na­wet nocą tem­pe­ra­tu­ra nie spa­da­ła po­ni­żej dwu­dzie­stu stop­ni, lecz Nina po­słusz­nie się­gnę­ła po swe­ter. Głu­pio by­ło­by wyjść z domu w sa­mej pi­ża­mie. Bose sto­py wsu­nę­ła w buty, nie kło­po­cząc się wią­za­niem sznu­ró­wek. Czu­ła się dziw­nie, była pod­eks­cy­to­wa­na i jed­no­cze­śnie tro­chę wy­stra­szo­na.

– Idzie­my zo­ba­czyć się z anio­łem, praw­da? – Za­po­mnia­ła o uda­wa­niu, że spa­ła.

– Tak, dziec­ko. On chce z tobą po­roz­ma­wiać.

Nina wsta­ła, pod­nio­sła wa­liz­kę i zde­ter­mi­no­wa­na ru­szy­ła w dro­gę. Ener­gii star­czy­ło jej na kil­ka­na­ście pierw­szych kro­ków, po­tem zwol­ni­ła i znów wlo­kła się w upal­nej ci­szy, któ­rą mą­ci­ło tyl­ko bzy­cze­nie krą­żą­cych nad po­lem psze­ni­cy owa­dów. Od­da­ła­by du­szę za szklan­kę wody i moż­li­wość wy­cią­gnię­cia się w po­cią­gu, któ­ry wy­god­nie do­wió­zł­by ją na miej­sce.

Już nie­da­le­ko, po­wta­rza­ła pod no­sem, choć tak na­praw­dę nie wie­dzia­ła, czy sta­cja jest da­le­ko, czy bli­sko. Po­czu­cie od­le­gło­ści stra­ci­ła ja­kiś czas temu i te­raz mo­gła mieć je­dy­nie na­dzie­ję, że idzie we wła­ści­wym kie­run­ku.

Już nie­da­le­ko.

Za jej ple­ca­mi w ci­szę wdarł się tur­kot wozu.

Nina przy­sta­nę­ła. Tak, nie­wąt­pli­wie sły­sza­ła zbli­ża­ją­cy się wóz, to cha­rak­te­ry­stycz­ne skrzy­pie­nie kół i po­wol­ne czła­pa­nie po­dą­ża­ją­cych wiej­ską dro­gą koni. Jej pierw­szym od­ru­chem było sko­czyć w psze­ni­cę i ukryć się, ale za­raz po­my­śla­ła, że je­śli chce, żeby ktoś ją pod­wiózł na sta­cję, to wła­śnie ma je­dy­ną oka­zję. Na tym bez­lu­dziu dru­ga się nie tra­fi.

Otrze­pa­ła więc su­kien­kę z ku­rzu i su­chych źdźbeł, prze­cze­sa­ła też wło­sy. Sta­ra­ła się wy­glą­dać po­rząd­nie i zwy­czaj­nie, jak­by nie było nic dziw­ne­go w trzy­na­sto­lat­ce, któ­ra wle­cze się po pust­ko­wiu ubra­na w ele­ganc­ką, choć brud­ną su­kien­kę i z przed­wo­jen­ną wa­liz­ką w ręku.

Zza za­krę­tu wy­ło­nił się wy­ła­do­wa­ny drew­nem wóz. Po­wo­ził nim za­ro­śnię­ty męż­czy­zna, któ­ry mimo upa­łu miał na so­bie cie­płą ku­faj­kę, a na no­gach nie­moż­li­wie ubło­co­ne gu­mia­ki.

– Hej, pa­nien­ko – po­wie­dział, zwal­nia­jąc. – Do­kąd to?

– Do La­sko­wic – od­par­ła Nina.

– Nie jest pa­nien­ka tro­chę za mło­da, żeby jeź­dzić sama?

– Mam pięt­na­ście lat – skła­ma­ła z ca­łym prze­ko­na­niem, na ja­kie było ją stać. – Zresz­tą to nie­da­le­ko, jadę tyl­ko parę sta­cji. Brat miał mnie od­pro­wa­dzić i za­nieść wa­liz­kę, ale mu­siał się za­jąć ko­niem, któ­ry oku­lał.

Mo­dli­ła się w du­chu, żeby czło­wiek w ku­faj­ce nie za­py­tał, gdzie miesz­ka – na wsi wszy­scy się zna­li i trud­no by­ło­by wy­my­ślić wia­ry­god­ną od­po­wiedź. Na szczę­ście męż­czy­zna nie był zbyt do­cie­kli­wy. Może cie­ka­wo­ści po­zba­wi­ła go otwar­ta bu­tel­ka piwa, któ­rą ści­skał mię­dzy ko­la­na­mi.

– W po­rząd­ku, niech pa­nien­ka wska­ku­je.

Gdy wdra­pa­ła się na ko­zioł, woź­ni­ca za­ciął ko­nie i za­raz po­cią­gnął z flasz­ki.

– Ale na piwo jest pa­nien­ka chy­ba za mło­da, co?

– Wca­le nie, chęt­nie się na­pi­ję. – W my­ślach do­da­ła: bła­gam. Jej gar­dło ści­snę­ło się w ocze­ki­wa­niu.

Po­dał jej nie­otwar­tą bu­tel­kę. Nina wal­czy­ła przez chwi­lę z opor­nym kor­kiem, nim wresz­cie przy­ło­ży­ła szyj­kę do ust. Za­krztu­si­ła się, gdy pie­ni­sty płyn wy­peł­nił jej gar­dło, bą­bel­ki po­szły no­sem. Ulga była tak wiel­ka, że do­pie­ro przy ko­lej­nym łyku po­czu­ła, jak obrzy­dli­wie sma­ku­je piwo.

– Ej, nie tak szyb­ko, bo się pa­nien­ka spi­je i z wozu mi spad­nie!

Opróż­ni­ła bu­tel­kę do po­ło­wy, a resz­tę z po­wro­tem za­tka­ła kor­kiem za­wie­szo­nym na cien­kim dru­ci­ku. Od al­ko­ho­lu i upa­łu za­czął ją mo­rzyć sen. Ki­wa­ła się na koź­le, na wpół śpią­ca, bu­dząc się od cza­su do cza­su gwał­tow­nie, gdy wóz pod­ska­ki­wał na wer­te­pach.

Woź­ni­ca śmier­dział po­tem, któ­ry wy­do­by­wał się spod jego cie­płej ku­faj­ki, nad koń­ski­mi bo­ka­mi po­la­ty­wa­ły z bzy­cze­niem wiel­kie mu­chy. Nina zdą­ży­ła jesz­cze po­my­śleć, że nie prze­pa­da za wsią…

Anioł cze­kał na nich w miesz­ka­niu pań­stwa Mi­cha­la­ków. Wy­glą­dał dziw­nie, gdy tak sie­dział w fo­te­lu na tle po­nie­miec­kiej sza­fy i ta­pe­ty w ró­życz­ki. Jak eg­zo­tycz­ny kwiat wy­ro­sły w przy­do­mo­wym ogród­ku, uzna­ła Nina. Bo anioł oczy­wi­ście za­chwy­cał uro­dą. Wy­glą­dał tro­chę jak mło­dy Ra­fa­el z Au­to­por­tre­tu (Nina, wiel­bi­ciel­ka ma­lar­stwa, lu­bi­ła ta­kie po­rów­na­nia): wło­sy spły­wa­ły mu na ra­mio­na ciem­ny­mi fa­la­mi, czar­ne oczy kon­tra­sto­wa­ły z bie­lą cery, a cała jego twarz tchnę­ła sło­dy­czą i ła­god­nym smut­kiem. Jed­no­cze­śnie wy­da­wał się jak­by… zbyt do­sko­na­ły i w tej do­sko­na­ło­ści bar­dzo obcy. Bra­ko­wa­ło mu cie­pła, ja­kie dają lu­dziom ich drob­ne wady. Był pięk­ny, owszem, lecz było to pięk­no, któ­re moż­na po­dzi­wiać, ale nie po­ko­chać.

Dziew­czy­na wy­stra­szy­ła się – nie wol­no tak my­śleć; jak coś po­dob­ne­go w ogó­le mo­gło przyjść jej do gło­wy? Spoj­rza­ła na skrzy­dla­te­go prze­lot­nie i za­raz spu­ści­ła wzrok. Zdą­ży­ła jed­nak za­uwa­żyć, że jest ubra­ny w dłu­gą bia­łą sza­tę. Gdy­by zo­ba­czy­ła w czymś ta­kim czło­wie­ka, uzna­ła­by za­pew­ne, że to ko­szu­la noc­na, ale po­nie­waż mia­ła do czy­nie­nia bądź co bądź z wy­słan­ni­kiem Nie­bios, do­szła do wnio­sku, że sza­ta brzmi le­piej.

Myśl o ko­szu­li noc­nej wy­rzu­ci­ła czym prę­dzej z umy­słu.

– Po­dejdź bli­żej, dziec­ko.

Nina za­wa­ha­ła się, ale sto­ją­ca za jej ple­ca­mi mat­ka pchnę­ła dziew­czy­nę do przo­du.

– Na­zy­wasz się Nina, praw­da? Uro­dzo­na dwu­na­ste­go kwiet­nia ty­siąc dzie­więć­set czter­dzie­ste­go roku w Sta­ni­sła­wo­wie?

– Tak. – Za­sta­na­wia­ła się, gdzie anioł ma skrzy­dła. Za ple­ca­mi, zwi­nię­te przy opar­ciu fo­te­la? To chy­ba by­ło­by nie­zbyt wy­god­ne… Nina sły­sza­ła kie­dyś od ko­le­żan­ki, że są one jak­by mniej ma­te­rial­ne od resz­ty cia­ła, zbu­do­wa­ne z in­nej sub­stan­cji i wi­dać je tyl­ko cza­sa­mi, gdy skrzy­dla­ty tego chce. Pew­nie to było wy­tłu­ma­cze­nie. I cie­ka­we, ja­kiej płci jest anioł? Nie spo­sób było tego po­znać ani po gło­sie, ani po twa­rzy. Rów­nie do­brze moż­na by go wziąć za ko­bie­tę o nie­co mę­skim ty­pie uro­dy, jak i za znie­wie­ścia­łe­go chło­pa­ka.

O rany, zno­wu my­śla­ła o czymś nie­sto­sow­nym. Co z nią było nie tak?

– Je­steś do­brym dziec­kiem? I bar­dzo ko­chasz Boga? – py­tał anioł, a Nina w du­chu jesz­cze bar­dziej się za­wsty­dzi­ła. I wciąż nie po­tra­fi­ła unieść gło­wy. Mat­ka po­ło­ży­ła dło­nie na jej ra­mio­nach i ści­snę­ła, jak­by po­na­gla­jąc cór­kę.

– Ja… eee… tak, oczy­wi­ście.

Uścisk mat­czy­nych dło­ni ze­lżał nie­co.

– W ta­kim ra­zie mam dla cie­bie nie­spo­dzian­kę. Po­je­dziesz do miej­sco­wo­ści Mar­ko­ty nad pięk­nym je­zio­rem, za­miesz­kasz w sta­rym klasz­to­rze i spę­dzisz tam ja­kiś czas, ba­wiąc się i wy­po­czy­wa­jąc. Po­trak­tuj to jako wa­ka­cje. Chcia­ła­byś po­je­chać na wa­ka­cje, praw­da?

– Pew­nie. – Nina sta­ra­ła się my­śleć o czymś od­po­wied­nio wznio­słym i god­nym sy­tu­acji, ale je­dy­ne, co jej przy­cho­dzi­ło do gło­wy, to py­ta­nie, czy da­ło­by się wy­my­ślić ja­kiś spryt­ny spo­sób, by anioł wresz­cie użył kon­kret­nej for­my gra­ma­tycz­nej: mę­skiej albo żeń­skiej. I dla­cze­go wła­ści­wie ona mia­ła­by je­chać na wa­ka­cje?

Ostat­nie py­ta­nie za­da­ła na głos i na­tych­miast po­czu­ła, że dło­nie mat­ki znów się za­ci­ska­ją.

– Do­brych dzie­ci jest mnó­stwo – spre­cy­zo­wa­ła Nina, za­po­mi­na­jąc za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko na­zy­wa­niu jej dziec­kiem. – Czy to zna­czy, że wszyst­kie tam po­ja­dą? Do jed­ne­go klasz­to­ru? Jak się tam zmiesz­czą? A do­bry to bar­dzo nie­ja­sne okre­śle­nie. – Na­ra­sta­ją­cą fru­stra­cję mat­ki wy­czu­wa­ła nie­mal na­ma­cal­nie, ale gdy już się roz­pę­dzi­ła, nie po­tra­fi­ła prze­stać mó­wić. – Do­bry w ja­kim sen­sie? Grzecz­ny? Miły? Szla­chet­ny? Coś in­ne­go? Tak czy in­a­czej, ja nie za­słu­gu­ję na taką na­gro­dę – do­da­ła uczci­wie i ze sto­sow­ną po­ko­rą, po­sta­na­wia­jąc w du­chu, że te­raz już NA PEW­NO się zmie­ni i po­sta­ra się być lep­sza. Nie od przy­szłe­go ty­go­dnia, ale od ju­tra. Kie­dy tyl­ko się obu­dzi, pój­dzie do ko­ścio­ła, nie bę­dzie się wy­krę­cać od zmy­wa­nia ta­le­rzy, do­ku­czać młod­sze­mu bra­tu ani wy­obra­żać so­bie, że szkol­ny woź­ny jest ame­ry­kań­skim szpie­giem, i śle­dzić go na prze­rwach. I żad­ne­go za­sta­na­wia­nia się nad płcią skrzy­dla­te­go czy jego ko­szu­lą noc­ną (cie­ka­we, czy od­pruł ko­ron­ki…).

Mia­ła wra­że­nie, że oczy anio­ła prze­wier­ca­ją ją na wy­lot, do­strze­ga­jąc wszyst­kie drob­ne grzesz­ki.

– Ja­kie mą­dre dziec­ko. – Ro­ze­śmiał się. Po­win­no go to uczy­nić ludz­kim, ale w ja­kiś spo­sób spra­wi­ło, że wy­glą­dał jesz­cze bar­dziej obco. – I ja­kie skrom­ne. Ależ oczy­wi­ście, że za­słu­gu­jesz. My po­tra­fi­my to oce­nić naj­le­piej. Po pro­stu za­ufaj nam i nie za­da­waj wię­cej py­tań. Niech to rze­czy­wi­ście bę­dzie nie­spo­dzian­ka. Za­pew­niam, że oka­że się przy­jem­na, a w Mar­ko­tach nie spo­tka cię nic złe­go.

– Oczy­wi­ście, że nie – wtrą­ci­ła gor­li­wie mat­ka Niny. – Mo­jej cór­ce z pew­no­ścią nic ta­kie­go nie przy­szło­by do gło­wy. Pro­szę jej wy­ba­czyć, to na­praw­dę do­bre dziec­ko, tyl­ko cza­sem bywa… – urwa­ła, a Nina wie­dzia­ła, że ostat­nie sło­wo mia­ło brzmieć „prze­mą­drza­ła”. A może „upar­ta”?

– To na­praw­dę do­bre dziec­ko – po­wtó­rzy­ła ko­bie­ta. – Ja i moja cór­ka je­ste­śmy bar­dzo wdzięcz­ne za two­ją ła­skę. To wiel­ki za­szczyt. Zro­bi­my do­kład­nie tak, jak so­bie ży­czysz i nie bę­dzie­my o nic py­tać.

Wte­dy Nina po raz pierw­szy w ży­ciu po­czu­ła, że się za mat­kę wsty­dzi. Nikt przed ni­kim nie po­wi­nien się tak płasz­czyć. Na­wet czło­wiek przed anio­łem.

– No, je­ste­śmy na miej­scu. – Gdy chłop ścią­gnął ko­niom wo­dze, Nina ock­nę­ła się gwał­tow­nie. Gło­wę mia­ła cięż­ką, a w ustach całą Sa­ha­rę. Ła­ko­mie spoj­rza­ła na bu­tel­kę, ale resz­ta piwa tym­cza­sem zdą­ży­ła znik­nąć.

– Ze­ska­kuj, pa­nien­ko – po­go­nił ją woź­ni­ca.

Nina nie tyle ze­sko­czy­ła, co zsu­nę­ła się z ko­zła bez więk­sze­go wdzię­ku. Była nie­wy­spa­na, spra­gnio­na, a do tego otu­ma­nio­na upa­łem. I mia­ła dość. Szarp­nę­ła ze zło­ścią wa­liz­kę, omal nie od­ry­wa­jąc jej ucha.

Do­pie­ro kie­dy chłop od­je­chał, ro­zej­rza­ła się wo­kół. La­sko­wi­ce oka­za­ły się nie­wiel­ką miej­sco­wo­ścią, w któ­rej nic się chy­ba nie zmie­ni­ło od cza­sów przed­wo­jen­nych. Domy sto­ją­ce wzdłuż dziu­ra­wej, za­pa­sku­dzo­nej koń­ski­mi od­cho­da­mi uli­cy były ni­skie i za­nie­dba­ne; wy­róż­niał się spo­śród nich je­dy­nie spo­rych roz­mia­rów pię­tro­wy bu­dy­nek, któ­ry wy­glą­dał na dwo­rzec. Nina ode­tchnę­ła z ulgą – przy­najm­niej ten pro­blem od­pa­dał.

Pro­ble­mem po­zo­sta­ło to, że lu­dzie się na nią ga­pi­li.

Uświa­do­mi­ła so­bie, jak wy­glą­da: roz­czo­chra­na po nocy spę­dzo­nej na polu, ze źdźbła­mi sia­na we wło­sach i ode­rwa­ną fal­ban­ką od su­kien­ki. Nie­zbyt trzeź­wy chłop mógł nie zwró­cić uwa­gi na jej wy­gląd, ale tu­taj nie­wąt­pli­wie przy­cią­ga­ła spoj­rze­nia.

Czym prę­dzej schro­ni­ła się w ma­lut­kim skle­pi­ku, gdzie ku­pi­ła buł­kę droż­dżo­wą i bu­tel­kę oran­ża­dy. Zja­dła, igno­ru­jąc za­cie­ka­wio­ne spoj­rze­nia sprze­daw­czy­ni, a po­tem, do­kład­nie w chwi­li, gdy ko­bie­ta otwie­ra­ła usta, żeby za­dać py­ta­nie, ze­bra­ła się na od­wa­gę i wy­szła z po­wro­tem na uli­cę.

W dwor­co­wej to­a­le­cie umy­ła się, ucze­sa­ła i prze­bra­ła w sta­rą, ale za to czy­stą kra­cia­stą su­kien­kę. Dziu­ra­we poń­czo­chy zdję­ła i wy­rzu­ci­ła, pół­bu­ty zmie­ni­ła na san­da­ły. Nim wy­szła, obej­rza­ła się po­rząd­nie w pęk­nię­tym lu­strze.

Wy­glą­da­ła te­raz o nie­bo le­piej.

W po­cze­kal­ni wi­siał ol­brzy­mi roz­kład jaz­dy z czar­ny­mi cy­fra­mi i li­te­ra­mi wy­ma­lo­wa­ny­mi na bia­łej me­ta­lo­wej ta­bli­cy. Nina od­szu­ka­ła wła­ści­wy po­ciąg – naj­bliż­szy od­jeż­dżał do­pie­ro po czter­na­stej, co ozna­cza­ło parę go­dzin cze­ka­nia. Zer­k­nę­ła do port­fe­la i z prze­ra­że­niem stwier­dzi­ła, że ma mniej pie­nię­dzy, niż jej się wy­da­wa­ło. A w do­dat­ku jesz­cze ku­pi­ła buł­kę i oran­ża­dę… Trud­no, te­raz i tak nic na to nie po­ra­dzi.

Po­de­szła do kasy.

– Ile kosz­tu­je bi­let do Mar­ko­tów?

– Dwa­dzie­ścia zło­tych – od­par­ła ko­bie­ta obo­jęt­nie.

Pod dziew­czy­ną ugię­ły się nogi.

– A na bi­let do któ­rej sta­cji star­czy­ło­by mi pięć?

Tym ra­zem na od­po­wiedź mu­sia­ła cze­kać znacz­nie dłu­żej.

– Do Smę­to­wa.

– Niech bę­dzie Smę­to­wo. – Nina wy­raź­nie czu­ła, że jej spryt­ny plan nie­zwra­ca­nia na sie­bie uwa­gi wła­śnie wziął w łeb. Smę­to­wo, do­bra na­zwa. Od­po­wia­da­ła jej obec­ne­mu na­stro­jo­wi.

Ode­szła od kasy, od­pro­wa­dza­na po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem, ści­ska­jąc w spo­co­nej dło­ni mały kar­to­nik i kil­ka­dzie­siąt gro­szy resz­ty. Odro­bi­na roz­sąd­ku, któ­ra jesz­cze jej zo­sta­ła, po­wstrzy­ma­ła dziew­czy­nę przed tym, żeby za­cząć biec. Jed­nak nie zmie­ni­ło to fak­tu, że i tak ab­so­lut­nie wszy­scy na dwor­cu pa­trzy­li w jej stro­nę. A przy­najm­niej ta­kie mia­ła wra­że­nie. Spu­ści­ła gło­wę, usi­łu­jąc za­sło­nić twarz wło­sa­mi, i za­raz zo­sta­ła za to uka­ra­na, bo wy­cho­dząc z dwor­ca, prze­cią­gnę­ła wa­liz­kę po sto­pach męż­czy­zny, z któ­rym mi­ja­ła się w drzwiach. Wy­mam­ro­ta­ła prze­pro­si­ny, a męż­czy­zna burk­nął coś o nie­wy­cho­wa­nej mło­dzie­ży.

To zde­cy­do­wa­nie nie był do­bry dzień. Choć z dru­giej stro­ny i tak wy­pa­dał le­piej niż wczo­raj­szy.

O wczo­raj­szym Nina nie chcia­ła my­śleć.

Ale i tak my­śla­ła.

Przez kil­ka dni po­prze­dza­ją­cych wy­jazd Niny jej mat­ka wy­glą­da­ła na pra­wie szczę­śli­wą. Nie śmia­ła się – na­wet spo­tka­nie z anio­ła­mi tego nie do­ko­na­ło, ale jej smut­na twarz jak­by ja­śnia­ła we­wnętrz­nym bla­skiem. Nina czu­ła, że okru­cień­stwem by­ło­by tę ra­dość mą­cić, i dla­te­go nie wspo­mi­na­ła o swo­ich wąt­pli­wo­ściach.

Na przy­kład o nie­da­ją­cym jej spo­ko­ju py­ta­niu, dla­cze­go wła­śnie ona. Gdy anioł po­wie­dział, że za­słu­gu­je na na­gro­dę, uwie­rzy­ła mu i po­czu­ła się dum­na, ale po­tem im dłu­żej my­śla­ła, tym mniej mia­ło to sen­su. Uczy­ła się do­brze, owszem, była też – no, w więk­szo­ści przy­pad­ków – grzecz­na i po­słusz­na. Co z tego? Na­sto­lat­ków mą­drzej­szych i mil­szych niż ona zna­la­zły­by się ty­sią­ce. Dla­cze­go anio­ły wy­bra­ły wła­śnie ją? Kie­dyś Nina może i była na­praw­dę do­brym, po­boż­nym dziec­kiem, ale te­raz… te­raz już nie, my­śla­ła, wspo­mi­na­jąc sprzecz­ki z mat­ką, zmy­śla­ne hi­sto­ryj­ki i go­dzi­ny spę­dzo­ne w ko­ście­le na roz­wa­ża­niach, czy da­ło­by się gdzieś ku­pić po­wieść przy­go­do­wą tak ma­lut­ką, że zmie­ści­ła­by się w okład­kę ksią­żecz­ki do na­bo­żeń­stwa.

I cze­mu nie wol­no jej było za­da­wać żad­nych py­tań? Po co ta­jem­ni­ce, je­śli to rze­czy­wi­ście mia­ły być tyl­ko wa­ka­cje?

Nina prze­ży­ła te kil­ka dni jak w tran­sie. Drę­czo­na na prze­mian cie­ka­wo­ścią i wąt­pli­wo­ścia­mi na ni­czym się nie po­tra­fi­ła sku­pić. Wszyst­ko le­cia­ło jej z rąk. Wresz­cie nad­szedł wy­cze­ki­wa­ny wto­rek i upior­nie wcze­sną porą zna­la­zła się w prze­dzia­le po­cią­gu. Była przy­jem­nie pod­eks­cy­to­wa­na, a w no­wej błę­kit­nej su­kien­ce czu­ła się bar­dzo ład­na i bar­dzo do­ro­sła. O wa­liz­ko­wej awan­tu­rze zdą­ży­ła już za­po­mnieć. Mia­ła ku­pio­ny wcze­śniej w Or­bi­sie bi­let, a na dro­gę wiel­ki ter­mos z her­ba­tą oraz stos ka­na­pek z żół­tym se­rem i po­mi­do­rem. Mat­ka do znu­dze­nia po­wta­rza­ła jej rze­czy, o któ­rych dziew­czy­na do­sko­na­le wie­dzia­ła.

Że po­ciąg pla­no­wo po­wi­nien być na miej­scu krót­ko po osiem­na­stej, co ozna­cza­ło je­de­na­ście go­dzin po­dró­ży, w cza­sie któ­rej Ni­nie nie wol­no roz­ma­wiać z nie­zna­jo­my­mi ani ro­bić „in­nych głupstw”.

Że na sta­cji w Mar­ko­tach ktoś bę­dzie na nią cze­kał z sa­mo­cho­dem.

Że je­śli za­brak­nie jej pie­nię­dzy na bi­let po­wrot­ny, ma na­tych­miast za­de­pe­szo­wać do domu.

Że mat­ka roz­ma­wia­ła już z kon­duk­to­rem, któ­ry obie­cał mieć na mło­dą pa­sa­żer­kę oko, i je­śli tyl­ko Nina bę­dzie mia­ła kło­po­ty, po­win­na się do nie­go zwró­cić o po­moc.

A przede wszyst­kim, że Ni­nie ab­so­lut­nie nie wol­no ni­ko­mu zdra­dzić, do­kąd i po co je­dzie (na to ostat­nie dziew­czy­na od­par­ła, że jak mia­ła­by zdra­dzić, po co je­dzie, sko­ro sama tego nie wie, ale mat­ka po­mi­nę­ła jej uwa­gę mil­cze­niem).

Wresz­cie po­ciąg ru­szył z pe­ro­nu wro­cław­skie­go dwor­ca. Nina wrzu­ci­ła wa­liz­kę na siat­kę i usa­do­wi­ła się wy­god­nie. To był po­ciąg da­le­ko­bież­ny, więc za­miast twar­dych ła­wek miał obi­te gąb­ką sie­dze­nia. Przez ja­kiś czas pa­trzy­ła na prze­my­ka­ją­cy za oknem kra­jo­braz, po­tem wy­ję­ła książ­kę i za­głę­bi­ła się w trze­cim to­mie przy­gód hra­bie­go Mon­te Chri­sto.

Kon­duk­tor, któ­ry obie­cał od cza­su do cza­su do niej za­glą­dać, nie zja­wił się ani razu, co przy­ję­ła z ra­do­ścią. Tym bar­dziej mo­gła po­czuć się jak do­ro­sła. Była pew­na, że nie po­trze­bu­je żad­nej opie­ki i do­sko­na­le po­ra­dzi so­bie sama.

Po­nie­waż do od­jaz­du po­cią­gu zo­sta­ło kil­ka go­dzin, nie chcia­ła sie­dzieć na dwor­cu – zwłasz­cza że ko­bie­ta w ka­sie mo­gła uznać Ninę za ucie­ki­nier­kę i za­wia­do­mić mi­li­cję. Krę­ci­ła się więc po La­sko­wi­cach, tasz­cząc ze sobą cięż­ką wa­liz­kę, bo za każ­dym ra­zem, gdy za­trzy­my­wa­ła się na dłu­żej w jed­nym miej­scu, mia­ła wra­że­nie, że lu­dzie za­czy­na­ją dziw­nie na nią pa­trzeć. W re­zul­ta­cie tro­chę cza­su spę­dzi­ła w nie­wiel­kim par­ku, czy­ta­jąc na ław­ce książ­kę, a tro­chę nad je­zio­rem, gdzie mo­czy­ła obo­la­łe sto­py w wo­dzie. Po­tem obej­rza­ła znisz­czo­ny pod ko­niec woj­ny pa­łac.

Cały czas drę­czy­ły ją wspo­mnie­nia.

Wszyst­ko za­czę­ło się od anio­ła, ale tak na­praw­dę do­pie­ro gdy do prze­dzia­łu wszedł Sła­wek, nie­szczę­ścia za­czę­ły sy­pać się jak groch z ro­ze­rwa­ne­go wor­ka.

Oczy­wi­ście z po­cząt­ku Nina nie wie­dzia­ła wca­le, że to Sła­wek. Naj­pierw był to dla niej tyl­ko bar­dzo przy­stoj­ny chło­pak, któ­ry wsiadł w Lesz­nie. Na­wet w przy­bru­dzo­nych spodniach, dziu­ra­wej ko­szul­ce i z ple­ca­kiem w ręku wy­glą­dał, jak­by przed chwi­lą zszedł z fil­mo­we­go ekra­nu. Był pięk­ny jak anioł, tyl­ko że nie było w nim tej dziw­nej ob­co­ści. Wręcz prze­ciw­nie, mimo nie­sa­mo­wi­tej uro­dy wy­da­wał się, no cóż… po pro­stu bar­dzo sym­pa­tycz­ny.

– Mogę się do­siąść? – Bły­ska­jąc w uśmie­chu bia­ły­mi zę­ba­mi, wska­zał miej­sce obok Niny, któ­ra, onie­śmie­lo­na, ski­nę­ła gło­wą.

– Co czy­tasz?

Mama wpraw­dzie jej mó­wi­ła, żeby z ni­kim nie roz­ma­wia­ła, ale prze­cież głu­pio tak sie­dzieć i się nie od­zy­wać…

– Hra­bie­go Mon­te Chri­sto – od­par­ła po chwi­li wal­ki z samą sobą.

– O, nie znam tego.

– Na­praw­dę? – Odro­bi­na po­czu­cia wyż­szo­ści po­zwo­li­ła Ni­nie po­ko­nać onie­śmie­le­nie.

– Na­praw­dę. Je­stem Sła­wek – przed­sta­wił się.

– Nina.

– Do­kąd je­dziesz?

Jesz­cze bar­dziej głu­pio by­ło­by te­raz od­mó­wić od­po­wie­dzi…

– Do Mar­ko­tów – od­rze­kła. – Do ro­dzi­ny na wa­ka­cje.

– Nie­sa­mo­wi­te. Ja też. To zna­czy – Sła­wek zno­wu po­ka­zał w uśmie­chu zęby – nie mia­łem na my­śli, że jadę do ro­dzi­ny, ale że do Mar­ko­tów.

– Po co? – wy­rwa­ło się Ni­nie, za­nim uprzy­tom­ni­ła so­bie, że to nie­grzecz­nie tak wy­py­ty­wać.

– Ta­kie tam spra­wy. – Mach­nął ręką, a ona nie do­cie­ka­ła. Sko­ro nie chce mó­wić, to nie. Naj­waż­niej­sze, że przez resz­tę dro­gi bę­dzie mia­ła do­bre to­wa­rzy­stwo.

Dzie­sięć mi­nut przed od­jaz­dem po­cią­gu Nina wró­ci­ła na dwo­rzec. Na pe­ro­nie dru­gim była tyl­ko jed­na ław­ka, za­ję­ta przez gru­bą ko­bie­tę, któ­ra mię­dzy no­ga­mi trzy­ma­ła pę­ka­tą tor­bę. Nina usia­dła obok na tyle da­le­ko, że nie­zna­jo­ma nie zwró­ci­ła na nią uwa­gi, a jed­no­cze­śnie wy­star­cza­ją­co bli­sko, by ktoś prze­cho­dzą­cy obok mógł po­my­śleć, że to mat­ka i cór­ka cze­ka­ją­ce na po­ciąg.

Prze­mknę­ło jej przez gło­wę, czy aby nie prze­sa­dza, ale za­raz skar­ci­ła się w my­ślach – lep­szy zby­tek ostroż­no­ści niż jej brak.

Na pe­ron wszedł mi­li­cjant.

Nina ze­sztyw­nia­ła. Nie mo­gła­by się te­raz ru­szyć, na­wet gdy­by chcia­ła – strach cał­kiem ją spa­ra­li­żo­wał. Spoj­rze­nie wbi­ła we wła­sne sto­py, a po­tem sku­li­ła się od­ru­cho­wo. Nie­ja­sno zda­wa­ła so­bie spra­wę, że po­win­na za­cho­wy­wać się na­tu­ral­nie, ro­bić coś, co ro­bią nu­dzą­ce się na dwor­cu trzy­na­sto­lat­ki, ale kło­pot w tym, że nie wie­dzia­ła, co to wła­ści­wie mia­ło­by być. Ga­pie­nie się w dal, czy­ta­nie cze­goś, ob­gry­za­nie pa­znok­ci? W gło­wie mia­ła kom­plet­ną pust­kę. Tak czy in­a­czej, nie po­win­na gar­bić się i spusz­czać wzro­ku. Jed­nak z dru­giej stro­ny, gdy­by mi­li­cjant zo­ba­czył prze­ra­że­nie w jej oczach, z pew­no­ścią by się nią za­in­te­re­so­wał.

Mia­ła wra­że­nie, że nad jej gło­wą wisi wiel­ki znak z na­pi­sem: Patrz tu­taj.

Mi­li­cjant prze­szedł le­ni­wie przez pe­ron i znik­nął w przej­ściu pod­ziem­nym. Nina ode­tchnę­ła, do­pie­ro te­raz uświa­da­mia­jąc so­bie, że ze zde­ner­wo­wa­nia trzę­są się jej ko­la­na.

Li­czy­ła czas do przy­jaz­du po­cią­gu i bro­ni­ła się przed wspo­mnie­nia­mi. A przy­najm­niej pró­bo­wa­ła się bro­nić, ale one i tak na­pły­wa­ły nie­po­wstrzy­ma­ne jak wzbie­ra­ją­ca po desz­czu woda.

Przed dzie­sią­tą po­ran­ny chłód znik­nął już zu­peł­nie i w prze­dzia­le zro­bi­ło się tak dusz­no, że pa­sa­że­ro­wie po­otwie­ra­li okna. Je­cha­li od­tąd w prze­cią­gu, któ­ry mierz­wił wło­sy i dmu­chał w twa­rze, przy­no­sząc ze sobą let­ni za­pach tra­wy i lasu. Nina od cza­su do cza­su zdej­mo­wa­ła buty i sta­wa­ła na sie­dze­niu, by wyj­rzeć na ze­wnątrz. Pęd po­wie­trza za­ty­kał jej wte­dy od­dech, a dro­bin­ki sa­dzy w każ­dej chwi­li mo­gły wpaść do zmru­żo­nych oczu, ale i tak pa­trzy­ła: na pola, któ­re prze­su­wa­ły się przed nią jak róż­no­barw­ne wzo­ry na ma­kat­ce, i siwą smu­gę dymu wi­ją­cą się na tle błę­kit­ne­go nie­ba.

To były naj­pięk­niej­sze chwi­le po­dró­ży. Sła­wek po­ka­zy­wał jej ma­gicz­ne sztucz­ki, a ona na próż­no pró­bo­wa­ła na­dą­żyć wzro­kiem za jego nie­praw­do­po­dob­nie szyb­ki­mi, zręcz­ny­mi pal­ca­mi. Opo­wia­dał tak­że swo­je przy­go­dy, któ­rych miał tyle, że moż­na by ob­dzie­lić kil­ka osób. Był sie­ro­tą – ro­dzi­ców stra­cił w cza­sie woj­ny, a że żad­nych in­nych krew­nych nie miał, wy­cho­wy­wał się w pań­stwo­wych sie­ro­ciń­cach. Z ostat­nie­go uciekł, gdy skoń­czył czter­na­ście lat, i od­tąd włó­czył się po Pol­sce. Przez ja­kiś czas pra­co­wał nad mo­rzem jako ry­bak, po­tem po­je­chał w Biesz­cza­dy, gdzie za­trud­nił się przy wy­rę­bie lasu. Miał z tego nie­wiel­kie pie­nią­dze, dzię­ki któ­rym żył.

– Po­wie­dzia­łeś im, że masz skoń­czo­ne osiem­na­ście lat? – Ni­nie nie mie­ści­ło się w gło­wie, że moż­na być nie­wie­le star­szym od niej i pra­co­wać jak do­ro­sły.

– Nie. – Sła­wek zno­wu wy­szcze­rzył zęby. – Nie mó­wi­li ci ro­dzi­ce, że brzyd­ko jest kła­mać? Po­wie­dzia­łem tyl­ko, że mogę i chcę pra­co­wać, co było praw­dą.

– A do­ku­men­ty?

– Nie mam do­ku­men­tów. – Ko­lej­ny uśmiech. – Tak się ja­koś zło­ży­ło, że zgu­bi­łem te, któ­re mi dali w domu dziec­ka, a o na­stęp­ne się za­trosz­czę, jak skoń­czę osiem­nast­kę.

– I nikt nie chciał od cie­bie ja­kie­goś do­wo­du albo coś?

– Nie, wi­dać mam taką szcze­rą twarz.

Ninę wła­ści­wie to nie dzi­wi­ło. Sła­wek spra­wiał wra­że­nie znacz­nie star­sze­go, niż był w rze­czy­wi­sto­ści. I nie cho­dzi­ło tyl­ko o wy­gląd, ale przede wszyst­kim o za­cho­wa­nie. Był pew­ny sie­bie i mó­wił tak, że czło­wiek od­ru­cho­wo mu wie­rzył. Gdy­by któ­re­goś dnia strze­li­ło mu do gło­wy przed­sta­wić się jako Mar­sja­nin, mi­nę­ła­by pew­nie dłuż­sza chwi­la, nim kto­kol­wiek za­kwe­stio­no­wał­by jego sło­wa.

W ra­mach re­wan­żu Nina opo­wie­dzia­ła mu treść Hra­bie­go Mon­te Chri­sto, zmy­śla­jąc fi­nał, któ­re­go nie zdą­ży­ła do­czy­tać. Gdy zbli­ża­ła się do koń­ca, po­ciąg wto­czył się na dwo­rzec w Po­zna­niu.

A po­tem stał tam i stał. Lu­dzie zdą­ży­li wy­siąść i wsiąść, Nina ode­sła­ła Dan­te­sa na za­słu­żo­ny od­po­czy­nek w ra­mio­nach wier­nej Hay­de, a oni wciąż tkwi­li na dwor­cu w let­nim upa­le, któ­ry przy bra­ku ru­chu co­raz bar­dziej da­wał się we zna­ki.

Na pe­ro­nie ja­sno­wło­sy chło­pak jadł lody. Po chwi­li nad­cią­gnę­ła dziew­czyn­ka nio­są­ca dwa roż­ki: dla sie­bie i ma­łej sio­strzycz­ki. Ni­nie za­świ­ta­ła pew­na myśl.

– Jak dłu­go bę­dzie­my tu stać? – za­py­ta­ła prze­cho­dzą­ce­go pod oknem kon­duk­to­ra.

– Jesz­cze z dzie­sięć mi­nut. Cze­ka­my na po­ciąg ze Szcze­ci­na.

– Wy­sko­czę i ku­pię nam lody, co ty na to? – zwró­ci­ła się do Sław­ka. – Gdzieś tu musi być bud­ka.

– Nie zdą­żysz – za­nie­po­ko­ił się chło­pak.

– Zdą­żę. Je­śli bę­dzie ko­lej­ka, po pro­stu wró­cę.

Wy­sko­czy­ła na na­grza­ny słoń­cem pe­ron i po­gna­ła w stro­nę bu­dyn­ku dwor­ca. Zręcz­nie la­wi­ru­jąc po­mię­dzy ludź­mi, ba­ga­ża­mi i wóz­ka­mi z pła­czą­cy­mi dzieć­mi, prze­bie­gła przez halę głów­ną, po czym do­pa­dła prze­szklo­nych drzwi, nad któ­ry­mi wi­sia­ła ta­bli­ca WYJ­ŚCIE DO MIA­STA. Bud­ka po­win­na być za nimi, jed­nak pro­blem po­le­gał na tym, że jej nie było. Co gor­sza, in­da­go­wa­ni prze­chod­nie nie mie­li po­ję­cia, gdzie tu moż­na ku­pić lody. Jak­by los sprzy­siągł się prze­ciw­ko dziew­czy­nie. A czas ucie­kał, od­mie­rza­ny wska­zów­ka­mi wiel­kie­go dwor­co­we­go ze­ga­ra.

Nim zna­la­zła wresz­cie bud­kę, mi­nę­ły trzy mi­nu­ty. I ko­lej­ne, stra­co­ne na bieg przez halę głów­ną. Nina była już spóź­nio­na. Nie­wie­le, może kil­ka­dzie­siąt se­kund, lecz to wy­star­czy­ło. Pę­dząc pod­ziem­nym przej­ściem, usły­sza­ła gwizd, a gdy po­ko­na­ła scho­dy, zo­ba­czy­ła już tyl­ko tył po­cią­gu, któ­ry od­da­lał się, z każ­dą chwi­lą na­bie­ra­jąc pręd­ko­ści. Pe­ron był pu­sty, jak­by wy­mie­cio­ny do czy­sta. Stał na nim je­dy­nie Sła­wek, któ­ry w jed­nej ręce trzy­mał swój ple­cak, a w dru­giej wa­liz­kę Niny.

Po­ciąg wto­czył się na sta­cję punk­tu­al­nie, sa­piąc i wy­pusz­cza­jąc z ko­mi­na kłę­by pary. Dziew­czy­na od razu wci­snę­ła się w naj­dal­szy kąt prze­dzia­łu. Ra­zem z nią je­cha­ła wy­bie­ra­ją­ca się na wa­ka­cje ro­dzi­na. Dzie­ci śmia­ły się i wy­glą­da­ły przez okno, do­ro­śli je­dli ka­nap­ki, po­pi­ja­jąc je her­ba­tą z ter­mo­su. Od za­pa­chu go­to­wa­nych ja­jek Nina znów zro­bi­ła się głod­na. Po­tem, w ostat­niej chwi­li przed od­jaz­dem, do po­cią­gu wpa­dła ha­ła­śli­wa gru­pa mło­dzie­ży w har­cer­skich mun­du­rach i z wiel­ki­mi ple­ca­ka­mi. Nie byli wie­le star­si od Niny.

Mo­gła­bym też po­je­chać na obóz, po­my­śla­ła. Albo na ko­lo­nie, albo z ro­dzi­ca­mi na wieś czy nad mo­rze. Wszyst­ko jed­no. Mo­gła­bym mieć nor­mal­ne wa­ka­cje.

W szy­bie od­bi­ja­ła się jej twarz z usta­mi wy­krzy­wio­ny­mi jak do pła­czu, ale Nina za­mru­ga­ła i uda­ło jej się opa­no­wać łzy. Nie chcia­ła, by lu­dzie w po­cią­gu na nią pa­trzy­li lub, co gor­sza, pró­bo­wa­li po­cie­szać. Poza tym wie­dzia­ła, że roz­pacz w ni­czym już te­raz nie po­mo­że.

Przy­mknę­ła oczy. Do Smę­to­wa była bez­piecz­na, a po­tem… po­tem się zo­ba­czy. Nie mia­ła siły w tej chwi­li nad tym my­śleć.

W prze­dzia­le było go­rą­co, roz­grza­ny ma­te­riał ta­pi­cer­ki na sie­dze­niach nie­mal pa­rzył skó­rę. Je­den z har­ce­rzy za­czął grać na gi­ta­rze, koła po­cią­gu stu­ko­ta­ły w mo­no­ton­nym ryt­mie…

– Mat­ka mnie za­bi­je – po­wie­dzia­ła Nina, ga­piąc się po­nu­ro na pla­kat oznaj­mia­ją­cy „Wy­ku­wa­my pod­sta­wy so­cja­li­zmu. Plan 6-let­ni”. Lody, na któ­re stra­ci­ła ocho­tę, top­nia­ły w słoń­cu, spły­wa­jąc jej po ręce. Skrzy­wi­ła się, wy­rzu­ci­ła je i się­gnę­ła po chu­s­tecz­kę, któ­rą otar­ła dło­nie. Sła­wek ob­jął dziew­czy­nę po­cie­sza­ją­cym ge­stem. Mógł od­je­chać, nie mu­siał wy­sia­dać, a jed­nak to zro­bił i – co wię­cej – wca­le nie wy­da­wał się wście­kły. Nina wo­la­ła­by chy­ba, żeby był zły, bo te­raz po­czu­cie winy przy­gnia­ta­ło ją, jak­by ktoś wrzu­cił jej na ple­cy ko­twi­cę. Po­czu­cie winy i złość na samą sie­bie. Jak mo­gła być taką idiot­ką?

– Ma­cie w domu te­le­fon?

– Nie, ale są­sie­dzi mają – oży­wi­ła się.

– W ta­kim ra­zie spró­buj za­dzwo­nić, może ja­kimś cu­dem ci się uda, a ja pój­dę spraw­dzić, czy jest ja­kieś sen­sow­ne po­łą­cze­nie do Mar­ko­tów.

Ski­nę­ła gło­wą i po­wlo­kła się szu­kać bud­ki. Zna­la­zła ją nie­mal od razu, ale w słu­chaw­ce mo­no­ton­ny głos po­wta­rzał tyl­ko „mię­dzy­mia­sto­wa, pro­szę cze­kać”. Nina pró­bo­wa­ła kil­ka razy, wrzu­ca­jąc do au­to­ma­tu ko­lej­ne mo­ne­ty, aż wresz­cie wy­go­nił ją nie­cier­pli­wy syk star­szej pani, któ­ra cze­ka­ła w ko­lej­ce.

– Jest po­łą­cze­nie, na­wet cał­kiem nie­złe – oznaj­mił Sła­wek, wró­ciw­szy. – Przez Byd­goszcz. Na miej­scu bę­dzie­my koło dzie­wią­tej wie­czo­rem. To tyl­ko trzy go­dzi­ny póź­niej.

– To­bie ła­two mó­wić, o cie­bie nikt się nie mar­twi – burk­nę­ła Nina.

– Chciał­bym, żeby ktoś się o mnie mar­twił, uwierz – od­parł tak po­waż­nie, że dziew­czy­nie od razu zro­bi­ło się głu­pio. I chy­ba prze­sa­dza­ła. Jej po­ciąg pla­no­wo miał być w Mar­ko­tach po osiem­na­stej, a o tej po­rze urzę­dy pocz­to­we są już za­mknię­te, więc ci, któ­rzy na nią cze­ka­ją, mo­gli­by wy­słać de­pe­szę naj­wcze­śniej ju­tro rano. Do tego cza­su Nina daw­no zdą­ży do­trzeć na miej­sce.

Wte­dy jesz­cze wie­rzy­ła, że wszyst­ko bę­dzie w po­rząd­ku. I kie­dy mi­nę­ła już pierw­sza złość i roz­pacz, uzna­ła na­wet, że to cał­kiem nie­zła przy­go­da.

Uczu­cie to to­wa­rzy­szy­ło jej, gdy ku­po­wa­li bi­le­ty, a po­tem cze­ka­li na po­ciąg, po­pi­ja­jąc oran­ża­dę. I póź­niej, gdy je­cha­li do Byd­gosz­czy i tam się prze­sia­da­li. Pra­wie do La­sko­wic. Wte­dy pech zno­wu dał o so­bie znać, tym ra­zem znacz­nie bar­dziej.

– Bi­le­ty do kon­tro­li.

Nina otwo­rzy­ła oczy. Ile spa­ła? Z pew­no­ścią nie­dłu­go, nie mo­gli prze­cież mi­nąć Smę­to­wa…

A je­śli?

Je­den rzut oka przez okno uświa­do­mił jej, że mu­sia­ło być póź­no, bo świa­tło mia­ło już cha­rak­te­ry­stycz­ną dla nad­cią­ga­ją­ce­go wie­czo­ru czer­wo­na­wą bar­wę.

– Bi­le­ty pro­szę. – Tym ra­zem głos roz­legł się bli­żej.

Zro­bi­ło jej się sła­bo. W prze­dzia­le nie było je­dzą­cej ka­nap­ki ro­dzi­ny. Na­prze­ciw­ko niej sie­dział star­szy męż­czy­zna ubra­ny z przed­wo­jen­ną ele­gan­cją. W ręku ści­skał ozdob­ną gał­kę la­ski, a dziew­czy­nie przy­glą­dał się z wy­raź­ną cie­ka­wo­ścią.

– Mi­nę­li­śmy Smę­to­wo? – za­py­ta­ła.

– Daw­no temu. Prze­spa­ła pa­nien­ka sta­cję?

– Niech to dia­bli! – wrza­snę­ła. Od­zy­ska­ła na­gle siły i zła­pa­ła wa­liz­kę. Nie zwa­ża­jąc na ści­ga­ją­ce ją peł­ne pro­te­stu okrzy­ki lu­dzi, któ­rych biła ba­ga­żem po ko­la­nach, po­gna­ła w stro­nę drzwi. Z siłą, o jaką sama sie­bie by nie po­dej­rze­wa­ła, szarp­nę­ła blo­ku­ją­cą je waj­chę, a po­tem ci­snę­ła wa­liz­kę na ze­wnątrz. Pęd zim­ne­go po­wie­trza roz­wie­wał jej wło­sy, ło­skot po­cią­gu był te­raz znacz­nie gło­śniej­szy. Od­głos że­la­za ude­rza­ją­ce­go o że­la­zo, mo­no­ton­ne tu-dum, tu-dum, któ­re wdzie­ra­ło się do gło­wy, tłu­miąc my­śli.

Wie­dzia­ła, że je­śli nie zro­bi tego od razu, za­brak­nie jej od­wa­gi.

Po­ciąg zwal­niał na sze­ro­kim łuku za­krę­tu, ale i tak jak na gust Niny je­chał zde­cy­do­wa­nie zbyt szyb­ko. Omio­tła spoj­rze­niem ob­ło­ki na nie­sa­mo­wi­cie wy­so­kim, od­le­głym nie­bie i zie­leń pól raź­no umy­ka­ją­cą w dal. Trwa­ło to może pół se­kun­dy.

Za­mknę­ła oczy i z de­spe­ra­cją sko­czy­ła.

W ciem­no­ści świat fik­nął ko­zioł­ka, a Nina wy­cią­gnę­ła ręce. Ude­rze­nie o na­syp po­zba­wi­ło ją tchu, za­pie­kła zdzie­ra­na z dło­ni i ko­lan skó­ra, a kie­dy dziew­czy­na zsu­wa­ła się po ka­mie­ni­stym zbo­czu, su­kien­ka pod­je­cha­ła jej do pasa. Od­ru­cho­wo za­tka­ła uszy, pod­czas gdy resz­ta skła­du z ło­mo­tem prze­ta­cza­ła się nad jej gło­wą.

Po­tem ostroż­nie wsta­ła.

Po­ciąg nik­nął w od­da­li, a Nina była cała. Chy­ba. W skó­rę na ko­la­nach po­wbi­ja­ły się dro­bin­ki żwi­ru, ręce mia­ła otar­te do krwi. Ale mo­gła cho­dzić, wdra­pa­ła się więc, tro­chę tyl­ko ku­le­jąc, z po­wro­tem na na­syp i ro­zej­rza­ła się.

Była to po­nu­ra, nie­go­ścin­na oko­li­ca. To, co Nina wzię­ła za zie­lo­ne pola, było w rze­czy­wi­sto­ści zdra­dli­wie ba­gni­sty­mi łą­ka­mi, nad któ­ry­mi krą­ży­ły roje ko­ma­rów. Ra­chi­tycz­ne brzo­zy i ol­chy wy­glą­da­ły w tym kra­jo­bra­zie dziw­nie nie­swo­jo, sku­lo­ne nad oka­mi za­ro­słej rzę­są wody i po­wy­krę­ca­ne przez wiatr w dzi­wacz­ne kształ­ty. W chłod­nym, przed­wie­czor­nym już po­wie­trzu uno­si­ła się woń gni­ją­cych ro­ślin, a pod sza­rym jak ołów nie­bem Nina po­czu­ła się bar­dzo mała i bar­dzo sa­mot­na. Jak okiem się­gnąć, nie było wi­dać żad­nej ludz­kiej sie­dzi­by.

Wró­ci­ła po wa­liz­kę, bo osta­tecz­nie co in­ne­go mo­gła zro­bić?

Na wpół bała się, że znaj­dzie swo­je ubra­nia roz­włó­czo­ne po po­bo­czu, a na wpół cie­szy­ła ją taka per­spek­ty­wa – może wte­dy mat­ka ku­pi­ła­by jej nową wa­liz­kę? Jed­nak prze­klę­ty ba­gaż oka­zał się od­por­ny jak kasa pan­cer­na – le­żał grzecz­nie pod na­sy­pem, cały i na­wet nie­odra­pa­ny. Nina pod­nio­sła go, syk­nąw­szy z bólu, gdy za­ci­snę­ła po­ra­nio­ną dłoń na rącz­ce, i po­wę­dro­wa­ła wzdłuż to­rów.

Nie mia­ła po­ję­cia, gdzie jest.

Ani jak da­le­ko do Mar­ko­tów.

I czy zdo­ła do­trzeć tam przed zmro­kiem.

I przede wszyst­kim nie mia­ła po­ję­cia, co zro­bi, je­śli się jej nie uda. Nie mo­gła prze­cież spę­dzić ko­lej­nej nocy na dwo­rze. Nie tu­taj, gdzie do wy­bo­ru mia­ła spa­nie wśród ba­gien albo na to­rach.

Po­cie­szał ją tyl­ko fakt, że słoń­ce wi­sia­ło ni­sko nad ho­ry­zon­tem, a to zna­czy­ło, że je­śli po­ciąg nie miał spóź­nie­nia, po­win­na być bli­sko celu. Poza tym sen w prze­dzia­le na coś się przy­dał – Nina od­zy­ska­ła przy­najm­niej siły i szła te­raz szyb­kim kro­kiem, nu­cąc dla do­da­nia so­bie od­wa­gi. Skó­ra zdar­ta z dło­ni wciąż pa­skud­nie pie­kła, a wspo­mnie­nia to­wa­rzy­szy­ły dziew­czy­nie jak złe du­chy.

Sła­wek pod­niósł ga­ze­tę, któ­rą ktoś zo­sta­wił w prze­dzia­le, i za­głę­bił się w lek­tu­rze.

– Pra­sa kła­mie – po­wie­dzia­ła Nina prze­kor­nie.

– Wiem. – Chło­pak po­ka­zał w prze­lot­nym uśmie­chu bia­łe jak śnieg zęby. – Ale mo­żesz czy­tać mię­dzy wier­sza­mi, je­śli tyl­ko wiesz jak.

– I co wy­czy­ta­łeś?

Na­chmu­rzył się.

– Zgi­nął ko­lej­ny anioł. Zna­leź­li go na po­bo­czu dro­gi gdzieś pod Za­ko­pa­nem. Po­dob­no wy­glą­dał strasz­nie – tyl­ko po twa­rzy moż­na było jesz­cze po­znać, że to nie jest czło­wiek.

– Wiem. – Nina po­tak­nę­ła z mą­drą miną, przy­po­mi­na­jąc so­bie pod­słu­cha­ny frag­ment roz­mo­wy. – Za­bi­ło go UB.

– Nie był­bym tego taki pe­wien. Kie­dy ktoś wpad­nie w ręce UB, po pro­stu zni­ka. Oni nie po­rzu­ca­ją ciał na po­bo­czu.

– Komu in­ne­mu mo­gło­by za­le­żeć na śmier­ci anio­ła?

– To jest do­bre py­ta­nie. – Sła­wek zło­żył ga­ze­tę.

Nina przy­po­mnia­ła so­bie póź­niej tę roz­mo­wę, jed­nak w tam­tej chwi­li po­czu­ła tyl­ko gwał­tow­ny przy­pływ żalu i obu­rze­nia – jej mat­ka mia­ła ra­cję, Bóg po­wi­nien uka­rać nie­go­dziw­ców, któ­rzy ro­bią ta­kie rze­czy. Obie­ca­ła też so­bie w du­chu, że bę­dzie się sta­rać, aby anio­ły mo­gły być z niej dum­ne. Do tej pory nie bar­dzo jej wy­cho­dzi­ło, ale to się zmie­ni.

Sła­wek, chcąc naj­wy­raź­niej od­cią­gnąć uwa­gę to­wa­rzysz­ki od po­nu­rych my­śli, za­czął opo­wia­dać dyk­te­ryj­ki o zwy­cza­jach be­skidz­kich gó­ra­li. Na­gle urwał w po­ło­wie pu­en­ty. Nina przez chwi­lę cze­ka­ła na dal­szy ciąg, a po­nie­waż chło­pak mil­czał, zmarsz­czy­ła zdzi­wio­na brwi.

– Do­brze się czu­jesz?

Sła­wek pa­trzył na nią, ale zda­wał się jej nie wi­dzieć. Zbladł i na­gle jego pięk­na twarz skur­czy­ła się ze stra­chu.

– Mu­si­my za­trzy­mać po­ciąg – po­wie­dział.

– Co? – Była to je­dy­na od­po­wiedź, na jaką zdo­by­ła się Nina.

– Tam jest czło­wiek. Za­raz sko­czy na tory.

Wstał i ener­gicz­nie za­czął prze­ci­skać się przez gru­pę mło­dych lu­dzi, któ­rzy zaj­mo­wa­li więk­szą część prze­dzia­łu. Nina po­dą­ży­ła za nim, po­wo­do­wa­na nie tyle ja­ką­kol­wiek roz­sąd­ną my­ślą, ile tro­ską i stra­chem, że zo­sta­nie sama.

Sła­wek do­padł kon­duk­to­ra i za­czął coś mu kla­ro­wać, lecz na­gle jak­by zmie­nił zda­nie. Po­rzu­cił zdu­mio­ne­go męż­czy­znę i prze­py­chał się da­lej, zbie­ra­jąc sy­pią­ce się na jego gło­wę prze­kleń­stwa. Był zde­ter­mi­no­wa­ny i nie­sa­mo­wi­cie zwin­ny, ale na­wet ktoś taki nic nie mógł po­ra­dzić na za­gra­dza­ją­cy mu dro­gę tłum. Nina pró­bo­wa­ła iść za nim, choć było jej znacz­nie trud­niej się prze­ci­skać. Mimo otwar­tych okien mia­ła wra­że­nie, że za­raz się udu­si, bro­dacz z ple­ca­kiem za­sła­niał jej wi­dok, a wi­szą­ca na ste­la­żu łyż­ka omal nie wy­bi­ła dziew­czy­nie oka.

Za­raz ze­mdle­ję, po­my­śla­ła, z tru­dem chwy­ta­jąc od­dech. Nie­na­wi­dzi­ła tłu­mu i cia­snych po­miesz­czeń. Wresz­cie w de­spe­ra­cji uży­ła łok­ci i prze­pchnę­ła się do przo­du. W tym mo­men­cie kon­duk­tor zła­pał ją za ra­mię.

– Ty do­kąd? Po­wa­rio­wa­li­ście? Na­stęp­na, co…

– Pro­szę mnie pu­ścić! – wrza­snę­ła. – Czło­wiek chce sko­czyć na tory! Trze­ba za­trzy­mać po­ciąg!

I po­ciąg za­czął ha­mo­wać. Gwał­tow­nie, ze świ­dru­ją­cym w uszach pi­skiem że­la­za trą­ce­go o że­la­zo.

Nina po­le­cia­ła do przo­du, wprost na roz­ło­ży­sty brzuch kon­duk­to­ra, któ­ry cu­dem utrzy­mał rów­no­wa­gę. Inni nie mie­li tyle szczę­ścia. Lu­dzie prze­wra­ca­li się jak kost­ki do­mi­na, z sia­tek spa­da­ły ba­ga­że. Cały prze­dział roz­brzmie­wał krzy­ka­mi bólu i prze­ra­że­nia. A kie­dy po­ciąg wresz­cie sta­nął i prze­raź­li­wy pisk urwał się jak ucię­ty no­żem, na­gła nie­na­tu­ral­na ci­sza zda­wa­ła się jesz­cze bar­dziej wy­peł­niać uszy.

W tej ci­szy roz­le­gły się prze­kleń­stwa lu­dzi, któ­rzy zbie­ra­li się z pod­ło­gi, po­ję­ki­wa­nia i gwał­tow­ny płacz dziec­ka.

Nina wy­ko­rzy­sta­ła oka­zję, żeby wy­mknąć się kon­duk­to­ro­wi i od­na­leźć Sław­ka. Sie­dział nie­da­le­ko drzwi z twa­rzą ukry­tą w dło­niach. Nina kuc­nę­ła obok.

– Ty za­trzy­ma­łeś po­ciąg?

Po­krę­cił gło­wą.

– Na­wet nie zdą­ży­łem się do­stać do ha­mul­ca bez­pie­czeń­stwa. To mo­tor­ni­czy mu­siał za­ha­mo­wać, kie­dy tam­ten czło­wiek sko­czył na tory. Spóź­ni­łem się.

– Skąd wiesz? Może jed­nak prze­żył. – Nina mia­ła wiel­ką ocho­tę za­py­tać, skąd Sła­wek w ogó­le wie­dział, że ktoś za­mie­rza sko­czyć na tory, ale to chy­ba nie był naj­lep­szy mo­ment. Chło­pak wciąż na nią nie pa­trzył i zgar­bio­ny wy­glą­dał, jak­by go przy­gnio­tło wiel­kie nie­szczę­ście.

– Jest za póź­no – po­wtó­rzył z upo­rem i wresz­cie ode­rwał dło­nie od twa­rzy. Po czo­le spły­wa­ła mu struż­ka krwi.

– Sła­wek! Je­steś ran­ny.

– To nic. – Po­ma­cał gło­wę, po czym zde­gu­sto­wa­ny obej­rzał po­kry­te lep­ką czer­wie­nią pal­ce. – Spa­dła na mnie ja­kaś wa­liz­ka.

– Nie ja­kaś wa­liz­ka, tyl­ko ma­szy­na do pi­sa­nia. – Nina rzu­ci­ła okiem na le­żą­ce obok ko­lan chło­pa­ka kan­cia­ste pu­dło. Przed­wo­jen­na olym­pia. Jej mat­ka mia­ła w domu taki sam mo­del. – One są cięż­kie. Na pew­no do­brze się czu­jesz?

– Naj­wy­żej będę miał po­rząd­ne­go guza. – Wstał i rze­czy­wi­ście wy­glą­da­ło na to, że nic mu nie jest. – Chodź, mu­si­my wra­cać. Zo­sta­wi­łaś na­sze ba­ga­że bez opie­ki.

– A… tam­ten czło­wiek?

– Dla nie­go już nic nie mo­że­my zro­bić. – Sła­wek w oczach miał tyle smut­ku, że Nina nadal nie mia­ła ser­ca drę­czyć go swo­ją cie­ka­wo­ścią.

Tym­cza­sem w po­cią­gu lu­dzie z ust do ust prze­ka­zy­wa­li so­bie py­ta­nia i od­po­wie­dzi. Nina sły­sza­ła uryw­ki zdań: „…sa­mo­bój­ca na to­rach…” i „…trze­ba cze­kać…”, „…nie wia­do­mo, jak dłu­go”, a wresz­cie: „we­zwać mi­li­cję…”.

Za­mar­ła, z wra­że­nia za­bra­kło jej tchu. Jak mo­gła o tym nie po­my­śleć? Oczy­wi­ście, że sko­ro pod ko­ła­mi zgi­nął czło­wiek, ma­szy­ni­sta bę­dzie mu­siał we­zwać mi­li­cję, któ­ra za­cznie wy­py­ty­wać lu­dzi w po­cią­gu. Nie, pew­nie nie wszyst­kich, Nina po­wścią­gnę­ła roz­sza­la­łą wy­obraź­nię, pod­su­wa­ją­cą jej wi­zję zbio­ro­we­go prze­słu­cha­nia. Ale przy­najm­niej tych, któ­rzy mo­gli coś wi­dzieć… A kon­duk­tor na pew­no przy­po­mni so­bie, że pew­na na­sto­lat­ka krzy­cza­ła: „Za­trzy­mać po­ciąg!” jesz­cze przed tym, jak sa­mo­bój­ca sko­czył na tory.

Mat­ka przed wy­jaz­dem ostrze­ga­ła Ninę, żeby nie ro­bi­ła głupstw. Cóż, było już za póź­no, dziew­czy­na wła­śnie po­peł­ni­ła błąd, i to naj­więk­szy z moż­li­wych – zwró­ci­ła na sie­bie uwa­gę in­nych lu­dzi.

Spoj­rza­ła na Sław­ka.

– Ja… mu­szę wy­siąść – oznaj­mi­ła. – Prze­pra­szam, ale… Po pro­stu mu­szę, w po­rząd­ku? Ty mo­żesz zo­stać. – Nie mia­ła po­ję­cia, co Sła­wek zdą­żył po­wie­dzieć kon­duk­to­ro­wi, ale za­kła­da­ła, że nie było to nic aż tak dzi­wacz­ne­go jak sło­wa Niny. Chło­pak spra­wiał wra­że­nie ko­goś, kto na­wet w chwi­lach zde­ner­wo­wa­nia my­śli roz­sąd­nie. – Po­ra­dzę so­bie – do­da­ła he­ro­icz­nie.

– Idę z tobą. – Sła­wek wziął swój ple­cak i wa­liz­kę Niny. Nie­do­koń­czo­na krzy­żów­ka, któ­rą roz­wią­zy­wał, spa­dła na pod­ło­gę. – Masz ra­cję, nie mo­że­my tu zo­stać.

Czyż­by jemu też się zda­rza­ło zro­bić głup­stwo?

Prze­pchnę­li się do wyj­ścia. Nina, któ­ra do­tar­ła do drzwi jako pierw­sza, chwy­ci­ła blo­ku­ją­cą je waj­chę i spró­bo­wa­ła ją prze­krę­cić, jed­nak opor­ne że­la­zo ani drgnę­ło. Sła­wek od­su­nął dziew­czy­nę i otwo­rzył drzwi z taką ła­two­ścią, jak­by usu­wał sto­ją­ce mu na dro­dze pu­ste kar­to­no­we pu­dło.

– Hej, do­kąd to? – wrza­snął za nimi star­szy męż­czy­zna. – Nie sły­sze­li­ście? Na mi­li­cję trze­ba cze­kać!

Sła­wek wy­rzu­cił ba­ga­że na ze­wnątrz, wy­sko­czył, a po­tem od­wró­cił się i po­dał rękę Ni­nie.

– Zo­stać mi w po­cią­gu! – pie­klił się męż­czy­zna. – Każ­dy by chciał so­bie wy­siąść!

– Szyb­ciej!

Gna­li przez łąkę w stro­nę od­le­głej li­nii lasu. Cie­nie były już dłuż­sze, w po­wie­trzu wy­czu­wa­ło się przed­wie­czor­ny chłód. Nina po­my­śla­ła, że mniej wię­cej o tej po­rze po­win­na wy­siąść na dwor­cu w Mar­ko­tach. Na dal­sze roz­wa­ża­nia nie mia­ła cza­su, bo Sła­wek na­rzu­cił tem­po, od któ­re­go pa­li­ło ją w płu­cach, a w boku ode­zwa­ła się kol­ka. Choć i tak od­nio­sła wra­że­nie, że chło­pak ce­lo­wo zwal­nia, by nie zo­sta­wić jej z tyłu. Gdy­by był sam, biegł­by pew­nie znacz­nie szyb­ciej.

– Już je­ste­śmy bez­piecz­ni – po­wie­dział, gdy drze­wa prze­sło­ni­ły wi­dok na sto­ją­cy w polu po­ciąg. – Za­trzy­maj się.

Nina klap­nę­ła na le­śną ściół­kę. Igli­wie było wil­got­ne, ale mia­ła to gdzieś. Pod­cią­gnę­ła ko­la­na pod bro­dę i oto­czy­ła je ra­mio­na­mi. A po­tem wy­buch­nę­ła pła­czem.

– I c… co… my… te­raz… zro­bi­my? – Po bie­gu wciąż jesz­cze nie od­zy­ska­ła od­de­chu i w tej chwi­li spa­zma­tycz­nie ła­pa­ła po­wie­trze.

Sła­wek usiadł obok i przy­tu­lił ją. Nina roz­pacz­li­wie szlo­cha­ła mu w ko­szul­kę.

– Znam te te­re­ny – po­wie­dział, kie­dy dziew­czy­na tro­chę się uspo­ko­iła. – Mo­że­my stąd dojść na sta­cję w La­sko­wi­cach, któ­ra leży na na­szej tra­sie. Tam zła­pie­my po­ciąg do Mar­ko­tów. Albo na­wet wsią­dzie­my do tego sa­me­go, kie­dy już mi­li­cja skoń­czy prze­słu­cha­nia.

Nina po­cią­gnę­ła no­sem.

– Nie mo­że­my wsiąść do tego sa­me­go. Ten kon­duk­tor mnie po­zna. Ja… krzy­cza­łam, że trze­ba za­trzy­mać po­ciąg, bo ktoś chce sko­czyć na tory. Prze­pra­szam – do­da­ła ci­cho.

– Prze­sa­dzasz. – Sła­wek lek­ko po­czo­chrał jej wło­sy. – Na­wet je­śli cię po­zna, to co? Nie zła­pie cię prze­cież i nie za­wle­cze na naj­bliż­szy po­ste­ru­nek.

A je­śli tak? – po­my­śla­ła po­nu­ro Nina, ale mimo to po­czu­ła się pod­nie­sio­na na du­chu. Kie­dy Sła­wek mó­wił, wszyst­ko od razu wy­da­wa­ło się znacz­nie prost­sze.

– Jak da­le­ko stąd do La­sko­wic?

– Ja­kieś dwie go­dzi­ny mar­szu.

Nina jęk­nę­ła.

– Gdy tam doj­dzie­my, bę­dzie już zu­peł­nie ciem­no.

– I dla­te­go pora się zbie­rać. No da­lej, wsta­waj. Po­nio­sę two­ją wa­liz­kę.

Mrok wo­kół gęst­niał, ro­bi­ło się też co­raz chłod­niej. Ze­rwał się wiatr, któ­ry gnał po nie­bie skłę­bio­ne chmu­ry, marsz­czył rzę­sę na wo­dzie i grze­cho­tał li­ść­mi po­wy­krę­ca­nych drzew. W do­dat­ku za­czę­ło mżyć – drob­ne, wi­szą­ce w po­wie­trzu kro­ple le­pi­ły się do twa­rzy i spra­wia­ły, że świat jesz­cze bar­dziej po­ciem­niał.

Raz tyl­ko Nina zo­ba­czy­ła czło­wie­ka. Męż­czy­zna stał w ma­leń­kiej łód­ce, od­py­cha­jąc się żer­dzią od dna. Krzyk­nę­ła do nie­go, ale chy­ba jej nie usły­szał ani na­wet nie za­uwa­żył.

Szła da­lej. Przy­sta­nę­ła je­dy­nie na chwi­lę, żeby wy­jąć z wa­liz­ki swe­ter i prze­ciw­desz­czo­wą fo­lio­wą pe­le­ry­nę.

Po­tem z wie­czor­nej sza­rów­ki wy­nu­rzył się bu­dy­nek sta­cji. Nina przy­spie­szy­ła kro­ku, ale za­raz zwol­ni­ła, roz­cza­ro­wa­na. Na odra­pa­nej ta­bli­cy wid­nia­ła na­zwa, któ­ra nic jej nie mó­wi­ła. W do­dat­ku sta­cja wy­glą­da­ła na opusz­czo­ną, okna za­bi­to de­ska­mi, a wej­ście za­gra­dza­ła kupa wil­got­ne­go gru­zu. Nina obe­szła go do­oko­ła, ale prócz strzę­pów roz­mo­kłych ga­zet i kil­ku za­rdze­wia­łych pu­szek nie zna­la­zła śla­du obec­no­ści lu­dzi.

Za to da­lej w pół­mro­ku ma­ja­czy­ły cie­płe świa­teł­ka do­mów. Wio­ska? Małe mia­stecz­ko? Nina mia­ła wiel­ką ocho­tę wy­brać się tam i za­py­tać o dro­gę, a może na­wet po­pro­sić o pod­wie­zie­nie. Albo o coś do je­dze­nia. Przez ten skok cał­kiem za­po­mnia­ła o gło­dzie, ale te­raz znów da­wał jej się we zna­ki.

Stchó­rzy­ła jed­nak. Wo­la­ła nie my­śleć o tym, co by się sta­ło, gdy­by w gęst­nie­ją­cej ciem­no­ści ze­szła z dro­gi i zna­la­zła się na ba­gnach.

Wę­dro­wa­ła więc da­lej wzdłuż to­rów. Na nie­bie po­ja­wił się księ­życ, któ­ry od cza­su do cza­su prze­sła­nia­ły pę­dzą­ce na za­chód gra­na­to­we chmu­ry. W ta­kich mo­men­tach Nina bar­dziej wy­czu­wa­ła dro­gę przed sobą niż ją wi­dzia­ła. Na szczę­ście pod­kła­dy ko­le­jo­we pod jej sto­pa­mi były tak cha­rak­te­ry­stycz­ne, że nie spo­sób było ich z ni­czym po­my­lić. Kie­dyś bała się ciem­no­ści – daw­no temu, jesz­cze w cza­sie woj­ny. Ale po­tem za­po­mnia­ła, co zna­czy praw­dzi­wy mrok, tak jak za­po­mnia­ła o zim­nie, gło­dzie i prze­ra­że­niu. Jak szyb­ko czło­wiek przy­zwy­cza­ja się do do­bre­go… Ostat­nie lata prze­ży­ła w mie­ście, gdzie nig­dy nie było tak na­praw­dę ciem­no – za­wsze pa­li­ła się ja­kaś la­tar­nia przed do­mem albo ja­śnia­ło świa­tło w oknie czy­je­goś miesz­ka­nia. Sły­chać też było do­brze zna­ne dźwię­ki: po­dzwa­nia­nie tram­wa­jów czy kłót­nie u są­sia­dów, któ­rzy póź­no kła­dli się spać. Tu Ni­nie to­wa­rzy­szył tyl­ko wiatr i od­głos jej wła­snych kro­ków, brzmią­cy dziw­nie głu­cho w pu­st­ce. Prze­sta­ła na­wet nu­cić. Wspo­mnie­nia wró­ci­ły i ogar­nął ją pier­wot­ny lęk czło­wie­ka sa­mot­ne­go wo­bec wy­cho­dzą­cych po zmierz­chu po­two­rów. Krze­wy sze­le­ści­ły, jak­by coś się przez nie prze­dzie­ra­ło, po­ru­sza­ne wia­trem ga­łę­zie rzu­ca­ły nie­spo­koj­ne cie­nie. Nina szła co­raz szyb­ciej, strach do­da­wał jej skrzy­deł.

Było już nie­mal zu­peł­nie ciem­no, gdy usły­sza­ła za ple­ca­mi gwizd nad­jeż­dża­ją­ce­go po­cią­gu. Na­tych­miast sko­czy­ła w bok, stra­ci­ła rów­no­wa­gę i nie­zgrab­nie, na czwo­ra­kach, zsu­nę­ła się z na­sy­pu. Lo­ko­mo­ty­wa i wa­go­ny mi­nę­ły dziew­czy­nę z do­brze zna­nym już ło­sko­tem, blask pa­da­ją­cy z okien na chwi­lę wy­ło­wił z ciem­no­ści jej sku­lo­ną syl­wet­kę.

A po­tem po­ciąg za­czął ha­mo­wać.

Przed nimi był se­ma­for.

Albo sta­cja.

Nina wdra­pa­ła się z po­wro­tem na na­syp i za­czę­ła biec. Księ­życ aku­rat wyj­rzał zza chmur, ale i tak kil­ka razy po­tknę­ła się i omal nie prze­wró­ci­ła. Mimo to nie za­mie­rza­ła zwol­nić.

Je­śli to na­praw­dę sta­cja, może zdo­ła przy odro­bi­nie szczę­ścia prze­je­chać bez bi­le­tu resz­tę tra­sy.

Wi­dzia­ła już bu­dy­nek, a na­wet po­czą­tek pe­ro­nu, kie­dy po­ciąg ru­szył. Dziew­czy­na wrza­snę­ła z roz­pa­czą i ci­snę­ła wa­liz­kę przed sie­bie.

– Niech to szlag! – za­klę­ła i roz­pła­ka­ła się. Wte­dy, roz­ma­zu­jąc pły­ną­ce po twa­rzy łzy, za­uwa­ży­ła wi­szą­cą na bu­dyn­ku ta­bli­cę z wy­raź­nie wy­pi­sa­ną na­zwą: Mar­ko­ty. Była na miej­scu.

Pod­nio­sła wa­liz­kę i ru­szy­ła w stro­nę pe­ro­nu. Na ław­ce w ja­snej pla­mie świa­tła sie­dzia­ła tyl­ko jed­na oso­ba – chło­pak mniej wię­cej w wie­ku Niny, któ­ry koń­czył wła­śnie jeść pącz­ka. Całą ko­szu­lę miał ob­sy­pa­ną cu­krem pu­drem. Na wi­dok dziew­czy­ny wy­trzesz­czył oczy i po­śpiesz­nie ob­li­zał pal­ce.

– To cie­bie mam za­wieźć do klasz­to­ru? – za­py­tał i za­nim zdą­ży­ła od­po­wie­dzieć, do­dał: – Masz szczę­ście, bo już chcia­łem się zbie­rać.

Rozdział drugi, w którym Nina poznaje resztę wybranych i zastanawia się, co znaczą słowa: „Nie pozwól mu rano iść do ogrodu”.

Jes­tem Ja­cek – przed­sta­wił się chło­pak. – Daj, po­mo­gę.

Był przy­sa­dzi­sty, ale po­ru­szał się za­ska­ku­ją­co ener­gicz­nie jak na ko­goś, kogo nie­wie­le dzie­li­ło od na­zwa­nia gru­bym. Gdy wziął wa­liz­kę Niny i po­gnał z nią w stro­nę wyj­ścia, dziew­czy­na le­d­wo mo­gła za nim na­dą­żyć.

Przed dwor­cem cze­ka­ła sta­ra, po­obi­ja­na ifa z włą­czo­nym sil­ni­kiem. Kie­row­ca nie po­fa­ty­go­wał się, żeby otwo­rzyć ba­gaż­nik, ani na­wet nie po­wie­dział sło­wa, gdy wsu­nę­li się na tyl­ne sie­dze­nie. Nina po­ło­ży­ła wa­liz­kę na ko­la­nach.

– To da­le­ko? – za­py­ta­ła.

– Nie, skąd, góra dzie­sięć mi­nut.

Apa­tycz­nie ski­nę­ła gło­wą. Sa­mo­chód ru­szył, wy­cie­racz­ki roz­ma­zy­wa­ły na szy­bach co­raz więk­sze kro­ple desz­czu. Ogrze­wa­nie dmu­cha­ło jej w twarz cie­płym po­wie­trzem. Na ze­wnątrz prze­my­ka­ły ciem­niej­sze od mro­ku nocy drze­wa, ga­łę­zie od cza­su do cza­su ude­rza­ły o okna i dra­pa­ły w dach wozu. Jak­by­śmy je­cha­li środ­kiem lasu, my­śla­ła Nina. Ja­cek po­czę­sto­wał ją gu­mo­wa­tym, nie­zbyt smacz­nym pącz­kiem. Wo­la­ła­by, co praw­da, ka­nap­kę, ale i tak była wdzięcz­na.

Było jej cie­pło, głód nie do­ku­czał aż tak bar­dzo i tyl­ko po­ra­nio­ne ręce wciąż pul­so­wa­ły tę­pym bó­lem, któ­ry wzma­gał się, gdy za­ci­ska­ła dło­nie. Mimo to nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko, żeby spę­dzić w sa­mo­cho­dzie kil­ka naj­bliż­szych go­dzin. Albo na­wet całą noc. Nie spie­szy­ło jej się do spo­tka­nia z ob­cy­mi ludź­mi, któ­rzy będą py­tać, dla­cze­go się spóź­ni­ła.

Ja­cek mó­wił, a ona słu­cha­ła pią­te przez dzie­sią­te.

– …pro­si­łem, że­bym mógł po cie­bie po­je­chać, bo po­my­śla­łem, że bę­dzie ci raź­niej niż w to­wa­rzy­stwie tego mru­ka. To po­moc­nik pani Ce­li­ny, taka zło­ta rącz­ka, ale do­ga­dać się z nim trud­no. Na po­cząt­ku my­śla­łem na­wet, że jest głu­cho­nie­my, ale nie, umie mó­wić, tyle że za­wsze bur­czy coś pod no­sem.

Kie­row­ca nie za­re­ago­wał, zu­peł­nie jak­by sło­wa chło­pa­ka do nie­go nie do­tar­ły. Nina przyj­rza­ła się jego twa­rzy w lu­ster­ku – cerę miał opa­lo­ną i chłop­ską, jak gdy­by nie­daw­no ode­rwa­no go od płu­ga. Jed­nak nie wy­glą­dał na tę­pe­go.

– Jak tam jest? Zna­czy, w klasz­to­rze? Po­wie­dzie­li już, co za nie­spo­dzian­ka na nas cze­ka?

– Nie. Pani Ce­li­na, wiesz, ona wszyst­kim za­rzą­dza, mó­wi­ła, że mu­si­my cze­kać, aż zbio­rą się wszy­scy. A cie­bie cią­gle nie było. Jeź­dzi­łem na ten dwo­rzec kil­ka razy, wiesz? Rano, po po­łu­dniu i wie­czo­rem. Gdy­byś nie przy­je­cha­ła ostat­nim po­cią­giem, to nie wiem, co pani Ce­li­na by zro­bi­ła.

– Ja nie przy­je­cha­łam po­cią­giem – spro­sto­wa­ła Nina. – Do­go­ni­łam go na sta­cji. No, pra­wie do­go­ni­łam. Wcze­śniej szłam pie­szo. Wy­sko­czy­łam z po­przed­nie­go po­cią­gu.

Ja­cek wy­trzesz­czył oczy.

– Wy­sko­czy­łaś? Po­waż­nie? Po co?

– Nie mia­łam bi­le­tu.

– Ale nu­mer. – W gło­sie chło­pa­ka za­brzmiał sza­cu­nek. – Nic ci się nie sta­ło?

– Nie, tyl­ko ko­la­na i ręce so­bie ob­tar­łam. – Po­ka­za­ła dło­nie.

– O rany, pa­skud­nie wy­glą­da­ją.

– Nie jest tak źle – mruk­nę­ła. A po­tem do­da­ła, nie mo­gąc się po­wstrzy­mać wo­bec tak wy­raź­ne­go po­dzi­wu: – Trze­ba wie­dzieć, jak to ro­bić. Mnie po­wie­dział oj­ciec, to kwe­stia pro­stej fi­zy­ki… Zresz­tą nie­waż­ne.

Umil­kła, bo na­gle to wy­mą­drza­nie wy­da­ło jej się głu­pie i nie­po­trzeb­ne, a co­raz więk­szy po­dziw w oczach Jac­ka prze­stał spra­wiać przy­jem­ność. Nina po­czu­ła się na­wet nie­swo­jo. Owszem, wy­sko­czy­ła z po­cią­gu i owszem, była z tego tro­chę dum­na. Ale chło­pak jed­nak prze­sa­dzał. Nina nie była bo­ha­ter­ką, wie­dzia­ła o tym na­zbyt do­brze.

Z lasu wy­szli na bie­gną­cą przez pola dro­gę. Słoń­ce już za­cho­dzi­ło, pod­świe­tla­jąc czer­wie­nią kon­tu­ry sa­mot­nych drzew na ho­ry­zon­cie. Ze­rwał się lek­ki wie­trzyk, któ­ry sze­le­ścił w ła­nach zbóż, przy­no­sząc ze sobą woń świe­żo ścię­tej tra­wy i koń­skie­go na­wo­zu. Od cza­su do cza­su mi­ja­li przy­droż­ne ka­plicz­ki ze świąt­ka­mi, wiej­skie domy albo chło­pów, któ­rzy spro­wa­dza­li z pa­stwisk kro­wy. Raz spo­tka­li gro­mad­kę mło­dzie­ży wra­ca­ją­cą znad rze­ki albo je­zio­ra. Dziew­czy­ny mia­ły ręcz­ni­ki za­rzu­co­ne na ra­mio­na, by chro­nić bluz­ki przed kon­tak­tem z mo­kry­mi wło­sa­mi, chłop­cy nie­śli zro­lo­wa­ne koce i pu­ste pik­ni­ko­we ko­sze. Nie wy­glą­da­li na miej­sco­wych, ra­czej na let­ni­ków. Nina po­czu­ła ukłu­cie za­zdro­ści. Nie mia­ła­by nic prze­ciw­ko temu, żeby wy­ką­pać się, a po­tem wró­cić na ko­la­cję i po­słu­chać ra­dia w ośrod­ku wcza­so­wym. Je­śli gdzieś tu był ośro­dek wcza­so­wy. Nie wy­glą­da­ło na to po praw­dzie, tam­ci chy­ba po pro­stu wy­naj­mo­wa­li po­ko­je u miej­sco­wych go­spo­da­rzy. Mniej­sza z tym. Po­kój w wiej­skim domu i tak wy­da­wał się Ni­nie znacz­nie bar­dziej atrak­cyj­ny niż nie­koń­czą­ca, zda­wa­ło­by się, wę­drów­ka.

Dwa razy mi­nę­li przy­sta­nek, ale je­dy­ne w tej oko­li­cy au­to­bu­sy daw­no zdą­ży­ły od­je­chać. Ro­bi­ło się co­raz ciem­niej i chłod­niej. Sła­wek zwol­nił. Nie wy­da­wał się już tak ener­gicz­ny jak jesz­cze przed chwi­lą. Może po pro­stu jest zmę­czo­ny, po­my­śla­ła, pa­trząc na jego bla­dą twarz.

– Za­trzy­maj­my się, do­brze? – po­wie­dzia­ła. – Mu­szę wy­jąć z wa­liz­ki swe­ter. I się na­pić.

Czy jej się zda­wa­ło, czy Sła­wek rze­czy­wi­ście przy­jął tę pro­po­zy­cję z dużą ulgą?

Nina wło­ży­ła swe­ter, a po­tem, sie­dząc na wa­liz­ce, wy­pi­ła resz­tę oran­ża­dy i zja­dła ostat­nią ka­nap­kę. Za­pro­po­no­wa­ła po­ło­wę to­wa­rzy­szo­wi, ale chło­pak po­krę­cił gło­wą.

– Nie je­stem głod­ny. A ty po­win­naś oszczę­dzać. Przed nami ka­wał dro­gi.

– W nocy i tak prze­cież nie bę­dzie chcia­ło mi się jeść. – Nina sta­ran­nie zło­ży­ła za­tłusz­czo­ny pa­pier i scho­wa­ła go do kie­sze­ni wa­liz­ki. – Sła­wek?

– No?

– Skąd wie­dzia­łeś, że ten czło­wiek chce się rzu­cić pod po­ciąg? Zna­łeś go?

– Nie, co ty? Po pro­stu… wie­dzia­łem. – Wzru­szył ra­mio­na­mi, krzy­wiąc się przy tym lek­ko. A może tyl­ko jej się zda­wa­ło, w sza­rów­ce nad­cią­ga­ją­ce­go wie­czo­ru nie mo­gła mieć pew­no­ści.

– O rany. Czę­sto ci się to zda­rza?