Tajemnica damy - Grace Burrowes - ebook
Opis

Theresa Jennings ma za sobą niewybaczalny skandal. Teraz zrobi wszystko, by zapewnić swej córeczce przyszłość w towarzystwie. Nawet pogodzi się z bratem, baronem Sutcliffe, i przyjmie zaproszenie do jego wiejskiej posiadłości.

Matthew Belmont, sędzia pokoju i sąsiad barona, też zaznał upokorzeń i rozpaczy. I tak jak Theresa jest samotny. Widzi w niej kogoś, kto płaci zbyt wysoką cenę za dawne błędy. I kobietę godną miłości. Jednak Theresa broni się przed uczuciem. Boi się stracić odzyskaną z takim trudem reputację. Lecz oto okazuje się, że może stracić coś stokroć cenniejszego…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 387

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Korekta

Hanna Lachowska

Magdalena Stachowicz

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© dariagarnik/Shutterstock

Tytuł oryginału

Matthew

Copyright © Grace Burrowes 2015

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2016 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6002-0

Warszawa 2016. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

P.U. OPCJA

1

W świecie Matthew Belmonta dama w opałach była ważniejsza od porannej inspekcji gruszowego sadu. Zwłaszcza jeśli owa dama ważyła niemal tonę i miała u swego boku źrebię.

– Przepraszam, że cię niepokoję tak wcześnie rano – powiedział Beckman Haddonfield, gdy jeden ze stajennych zabrał już jego spienionego ogiera, by ochłonął. – Ale jeśli stracimy klacz, to zapewne również źrebię, a ani Jamie, ani ja nie możemy dojść, co jej dolega.

– Osiodłaj Minervę – polecił Matthew stajennemu. – Ty, Beckman, poczekaj, zanim ruszysz za mną do Linden. Twój koń musi odpocząć. Ty zresztą też.

Jako ojciec trzech synów umiał mówić stanowczym tonem, choć w przeciwieństwie do synów Beckman pewnie posłucha jego rozkazów.

Minerva ich słuchała. Na ogół. Dzielna biała klacz dobiegała dwudziestu lat, ale nadal była energiczna i rącza. W rześki jesienny poranek szybko pokonała drogę do Linden, z wprawą biegnąc na przełaj, choć dla porządku rozbryzgała też szeroko wodę, przeskakując strumyk.

Po krótkim czasie Matthew oddawał już wodze w ręce Jamiego, głównego stajennego w Linden.

– Kim jest nasza pacjentka? – spytał.

– To Penny – odparł Jamie, rozluźniając Minervie popręg. – Chyba szkodzi jej jesienna trawa, albo może denerwuje ją ta klaczka. Przeklęta bestyjka nie daje matce spokoju.

Życiowe powołanie dzieci to denerwowanie rodziców. Ale skąd Jamie miałby o tym wiedzieć.

– Jamie, noce są coraz chłodniejsze. Klaczka powinna dużo jeść.

Jamie pokuśtykał u boku Matthew do stajni. Minerva, postukując kopytami, ruszyła za nimi.

– Znam się na koniach wyścigowych – powiedział Jamie. – Daję sobie radę z końmi do polowań, wierzchowymi i do zaprzęgu, ale wobec klaczy z kolką jestem bezradny.

Matthew był bezradny wobec samic wszystkich gatunków, także rodzaju ludzkiego. Stale dziękował Opatrzności, że ma tylko synów.

– Sam też nie przepadam za kolką – rzucił Matthew. – Penny jest w boksie porodowym?

– Tak. A klaczka w boksie obok. Panna Theresa Jennings pilnuje obu.

Panna Jennings to zapewne siostra właściciela Linden, Thomasa Jenningsa, barona Sutcliffe. W ogólnym podekscytowaniu podczas niedawnego wesela barona, Matthew nie kłopotał gospodarza prośbami o przedstawienie pannie Jennings. Sutcliffe i jego żona wyjechali w podróż poślubną, więc nie było nikogo, kto mógłby teraz w stajni dokonać wzajemnej prezentacji.

Trzeba sobie jakoś radzić, gdy cenny inwentarz jest w niebezpieczeństwie. Matthew przeszedł środkiem stajni do boksów porodowych. Przy drzwiach do nich stała wysoka brunetka.

– Panno Jennings, Matthew Belmont, do usług.

Spojrzała na niego. Jej niebieskie oczy były pełne lęku.

– Panie Belmont, bardzo dziękuję, że pan przyjechał. Niewiele wiem o leczeniu koni. Penny jest dla mojego brata bardzo ważna, a Jamie powiedział…

Klacz machnęła ogonem, jakby chciała wtrącić, że czcza pogawędka może poczekać.

– Jamie miał rację – odparł Matthew. – Sutcliffe z radością zajrzałby do klaczy w Belmont House pod moją nieobecność. Cieszę się, że mogę zrobić to samo dla moich sąsiadów.

Często o dużo mniej dogodnej porze niż ta i z mniej urodziwym przyjęciem.

Panna Jennings przestała być dzieckiem już jakiś czas temu i weszła w wiek, w którym kobieta zaczyna lśnić prawdziwym pięknem.

Dorodna kasztanka imieniem Penny na dźwięk głosu Matthew zastrzygła uszami, a mała, ważąca dobre sto trzydzieści kilo, klaczka zaczęła skakać dookoła boksu.

– Panno Jennings, zna się pani na koniach?

– Mniej więcej. Wiem, który koniec do czego służy.

Z tego samego punktu wyjścia Matthew zaczynał swoją przygodę w roli ojca.

– Chciałbym wprowadzić klaczkę do boksu matki, ktoś musi jednak ją przytrzymać, gdy będę oglądał Penny. Ale jeśli pani woli, możemy poczekać, aż Jamie skończy z Minervą.

– To nie będzie potrzebne. Wiele razy przytrzymywałam konie.

– Ta mała ma na imię Treasure – powiedział Matthew, otwierając drzwi do mniejszego boksu. – Masztalerz przed wyjazdem do Londynu przyuczył ją do kantara.

Matthew wsunął nagłówek za uszy klaczki, drapiąc ją przy okazji po kosmatej szyi. Cały czas gwarzył bez większego sensu, mówiąc źrebięciu jak mu do twarzy z kantarem i jak mu będzie ciepło z gęstszą zimową sierścią.

Matthew podał pannie Jennings uwiąz i pierwszy wyszedł z boksu.

– A teraz – ciągnął tym samym gawędziarskim tonem – wejdziemy do boksu mamy, żebyśmy mogli…

Jak tylko Matthew uchylił drzwi, klaczka rzuciła się do przodu, pociągając za sobą pannę Jennings. Kobieta potknęła się, ale na szczęście wypuściła z rąk powróz. Matthew nagle miał tuż przy sobie smukłe, ciepłe, kobiece ciało, którego cytrynowy aromat mieszał się z zapachem koni i siana.

Chwilę później Matthew nadepnął na uwiąz. W tym czasie klaczka wsunęła się przez szparę do boksu matki i z wyraźną ulgą zaczęła ją ssać.

Następna chwila była dosyć niezręczna, ale też interesująca. Panna Jennings usiłowała zachować równowagę, a Matthew próbował wymyślić, co zrobić z rękami.

– Panno Jennings, proszę mi wybaczyć – powiedział, chwytając ją za ramiona. – Nic się pani nie stało?

Głupie pytanie, gdy dama nie może nabrać powietrza do płuc. Wpadła na Matthew z takim impetem, że zabrakło jej tchu.

– Madame, proszę się uspokoić – Matthew chyba nie powinien był jej rozkazywać, żeby się uspokoiła. – Zaraz odzyska pani oddech, proszę tylko chwilę poczekać. To moja wina. Powinienem był wiedzieć, że źrebię będzie zdesperowane i przytrzymać uwiąz. Bardzo przepraszam…

Panna Jennings uniosła dłoń, by mu przerwać, a potem wskazała na klacz i źrebię.

– Skoro matka jest chora, czy klaczce należy na to pozwolić?

Źrebię ssało matkę, radośnie trzepiąc ogonem po zadzie.

Matthew zdjął ręce z panny Jennings.

– Przypuszczam, że jest głodna. Mnie też zdarza się zapomnieć o dobrych manierach, gdy mam ochotę coś przekąsić. Poza tym nie wolno nie doceniać zdesperowanej samicy. Każdego gatunku.

Źrebięciu, które w zasadzie nigdy dotąd nie było rozdzielane z matką, ssanie zapewnia pokarm, ale też więź emocjonalną. Matthew zachował dla siebie tę nietaktowną uwagę i podszedł do klaczy. Znów zaczął gwarzyć bez sensu, szepcząc pochwały i głupstwa, by klacz cały czas wiedziała, gdzie on się znajduje.

– Kochanie, nie sprawisz mi kłopotu, prawda? – zamruczał. – Ja tylko chcę popodziwiać twój uśmiech. – Delikatnie odchylił górną wargę i ucisnął dziąsła. – Kochana jesteś, a teraz cię osłuchamy, dobrze?

Przesunął ręką po kłębie konia i przycisnął ucho do jego boku, nie przeszkadzając małej ssać.

– Penny, musisz mi powiedzieć, jeśli coś jest nie tak. – Przeszedł na drugą stronę i osłuchał brzuch, w razie potrzeby odpowiednio odsuwając klaczkę. – Przypuszczam, że tęsknisz za Małym Nickiem, co? Wyglądasz mi na kobietę, która tęskni za swoim ulubieńcem.

Panna Jennings strzepnęła z rękawa źdźbło siana.

– Penny wydaje się spokojniejsza, gdy pan jest w jej boksie. Gdy próbował podejść do niej Jamie, grzebała kopytem, rozsypując siano na boki.

– Jakby się okopywała w sianie. – Matthew przysunął się do kłębu. – Dziewczyno, pozwól, że zerknę na twoje nogi. – Przesunął rękami w górę i w dół obu silnych przednich kończyn Penny. – Żadnego zaczerwienienia, opuchlizny, guzów, obolałych stawów… Penny, moja kochana, ty się chyba ze mną droczysz.

W odpowiedzi na zarzut klacz zwróciła na Matthew niewinne oczy.

– Czy ona je? – spytał, zaczynając badać tylne nogi.

– Dosłownie jak koń. Masztalerz przepisał porcje dla każdego konia, a Penny dostaje tyle co dla dwóch.

Los rodzica jest ciężki. Zwłaszcza tego, który karmi piersią.

– Ma pani te pisemne instrukcje pod ręką? – spytał Matthew, uciskając grzbiet klaczy krąg po kręgu. – Być może to lekka niestrawność, ale nie kolka. Kończyny zdrowe. Oczy, uszy, zęby i pysk w dobrym stanie. Wytwarza mleko, nie jest wyraźnie odwodniona i zdaje się, że to nie mastitis.

– Mastitis?

– Zapalenie, eee… – O, do diabła. Matthew zamachał ręką w okolicy piersi. – Hm, wymienia. Jeśli klacz czuje tam ból, nie pozwala źrebięciu ssać i napór mleka jeszcze pogłębia już istniejący stan zapalny. U konia to bardzo bolesne. Częściej zdarza się u krów – ciągnął, żałując, że te jego głupie, niewyparzone usta nie wiedzą, kiedy się zamknąć.

– U krów, panie Belmont?

Czyżby dama cofnęła się o krok?

– Proszę mi wybaczyć. – Unikając skonsternowanego wzroku panny Jennings, Matthew zaczął drapać włochate chrapy Penny. – Gdy mieszka się na wsi, widzi się życie zwierząt z bliska.

Wiejska okolica bynajmniej nie zobowiązywała do tego, by w obecności damy beczeć bez umiaru, niczym owca, która utknęła w żywopłocie.

– Pójdę po instrukcje masztalerza. – Panna Jennings podała Matthew wodze klaczki i prawie pobiegła środkiem stajni.

Matthew oparł czoło o końską szyję.

– Boże, miej mnie w opiece.

W wieku trzydziestu pięciu lat zaczynał się zamieniać w żałosną karykaturę człowieka, w prostaka, interesującego się tylko psami i końmi, mężczyznę bez ogłady, który nie potrafi zabawiać rozmową. Co za wstyd.

Ale przynajmniej dobrze troszczył się o swoją ziemię i inwentarz. Matthew rozgarnął butem siano i oczywiście natrafił na końskie łajno.

W drzwiach boksu pojawiła się panna Jennings z kawałkiem pergaminu w ręce.

– Mam tu wskazówki Nicka.

– Jakież to zalecenia zostawił Mały Nick dla swojej Penny? – Matthew przeszedł przez boks, by zerknąć na papier. – Dosyć szczegółowe. Potrzebuję okularów, by rozszyfrować odręczne pismo. Mogłaby pani mi to przeczytać?

Wszystko przez to piekielne słabe światło i zbyt wiele wieczorów spędzonych nad zawiłymi kodeksami oraz listami synów.

– Żaden kłopot, panie Belmont.

Panna Jennings stanęła tuż przy Matthew i zerknęła na pisemne instrukcje. To dało mu pierwszą okazję, by skupić się tylko na niej, rzucić okiem na jej rysy i ocenić strój.

Matthew lubił swoją funkcję sędziego pokoju, ponieważ pełnienie jej łączyło się z rozwiązywaniem drobnych zagadek, które na odludziu Sussex urastały do rangi przestępstw. Kto wypuścił z zagrody jałówkę pani Golightly, a kto mógł ukraść trzy chusteczki pana Dimwitty’ego ze sznura z praniem jego żony?

Theresa Jennings wydała się Matthew łamigłówką, w której brakowało elementów. Coś w tej kobiecie mu nie pasowało, jak w kolumnie liczb parzystych, które dawały nieparzystą sumę. Wysoka, ciemnowłosa, z niebieskimi oczami, miała na sobie skromną suknię odpowiednią do stajni, a jednak coś…

– Masztalerz to człowiek bardzo skrupulatny, prawda? – skomentowała, przeczytawszy spis porcji i harmonogram treningów.

– Nicholas kocha tę klacz – odparł Matthew. – Ryzykował dla niej życie podczas pożaru starej stajni. Ratując ją, sam został ranny. – Ale też Nicholas Haddonfield w ogóle miał słabość do płci pięknej. – Pisze coś jeszcze?

Matthew nakazał sobie ruszyć się z miejsca, zostawić w spokoju klacz i źrebię. A oto nadal tu tkwił, bezwstydnie opierając się o drzwi boksu. Udawał, że czyta pannie Jennings przez ramię, podczas gdy tak naprawdę chłonął cytrynowy aromat jej włosów i podziwiał zarys piersi pod skromną brązową suknią.

Pragnienie przebywania blisko panny Jennings nie miało w sobie nic erotycznego, albo tylko trochę, co było dosyć niepokojące. Matthew po prostu tęsknił za ciepłem i czułością kobiety.

– Nicholas pisze, że Penny nie przepada za lodem w wiadrze z wodą, zwłaszcza gdy nadchodzą pierwsze przymrozki. – Panna Jennings zerknęła na papier zezem, co Matthew niezwykle się spodobało. – I woli marchew od jabłek.

– Kapryśna stara dama. – Matthew podszedł do klaczy i podrapał ją za uszami, z obawy, że pokusa przesunięcia dłonią po ramieniu panny Jennings zwycięży jego dobre maniery.

– W tym pewnie kłopot, prawda? – zwrócił się do konia. – Nie masz przy sobie osobistego lokaja, by we wszystkim ci dogadzał, więc twoja poranna herbata nie jest parzona tak, jak lubisz.

Zwierzę odwzajemniło współczucie Matthew, przesuwając mu wargami po włosach. Cierpliwie zniósł tę pieszczotę. Minerva traktowała go podobnie i nie było w tym nic dziwnego.

Cokolwiek o tym myśleli jego synowie.

– Pomówię z Jamiem i Beckmanem – powiedział Matthew, zamykając drzwi boksu. – Wodę dla klaczy trzeba rano podgrzać, by nie była zimna. Penny będzie więcej piła i w efekcie napięcie w brzuchu zelżeje.

– Oczywiście.

Panna Jennings spojrzała na Matthew taksująco. Przez chwilę wydawała się podobna do brata. Oboje mieli podobny zarys warg, skrzywienie ust, gdy się zamyślili. Matthew znów zaczął się zastanawiać, co w pannie Jennings było nie tak, gdy ta przesunęła mu palcami po włosach.

– Klacz zburzyła panu fryzurę. Nie sądzę, by ten wicherek – powtórzyła ruch kilka razy – licował z pana męską godnością. Już.

Żona Matthew nigdy… Jego własne dzieci… Gdyby nawet pozwalał kamerdynerowi, żeby go ubierał, nigdy by się nie zgodził… Zamrugał i spojrzał na pannę Jennings, z całej siły powstrzymując odruch, by przygładzić włosy.

– Przepraszam – cofnęła się o krok. – Nie chciałam się narzucać, ale Thomas zawsze bardzo dbał o siebie. Mężczyźni traktują swój wygląd całkiem…

Matthew obdarzył pannę Jennings uśmiechem, który jego synowie nazywali uśmiechem starego, nieszkodliwego poczciwca. Bardzo się przydawał. Wzbudzał zaufanie i skłaniał do wyznania win przestępców w wieku poniżej lat dziesięciu.

– Nie szkodzi, panno Jennings. Nikt się o mnie należycie nie troszczył od bardzo, bardzo dawna. Pani jest bardzo… miła, że się mną przejmuje.

Dziwna, nad wyraz dziwna, ale miła. Matthew zostawił pannę Jennings przy boksie klaczy i ruszył szukać Jamiego, z zamiarem pouczenia głównego, stajennego jak ma należycie przygotowywać poranną herbatkę dla starej damy.

Pan Belmont odszedł niespiesznym krokiem człowieka, który do wszystkiego podchodził ze spokojem, nie tylko w stajni, ale i w życiu. Wyraz oczu klaczy, gdy go ujrzała, był bliski uwielbienia.

Gdyby konie mogły mówić, klacz pewnie by powiedziała: „Dzięki Bogu, że się zjawiłeś”. Zmierzwiła panu Belmontowi jasne włosy, jakby był jej ulubieńcem wśród wszystkich ziemskich stworzeń.

A on wcale się na nią nie obraził.

Bez trudu wyjaśnił przyczynę niedomagania Penny, co sugerowało, że jest człowiekiem przenikliwym. Jednak czy ktoś przenikliwy nazwałby Theresę Jennings miłą?

Jamie z hałasem wybiegł z siodlarni.

– Nakarmi pani chłopaka, nie?

– Nakarmię kogo?

Jamie ruchem brody wskazał pana Belmonta.

– Tego pana. Jest znany z tego, że lubi dobrze zjeść, a jego kucharka znów wyjechała do Brighton. Przynajmniej tyle może pani zrobić jako sąsiadka i w ogóle. Więc co dolega naszej Penny?

Thomas miał bardzo bezczelną służbę. Ironia losu, jeśli wziąć pod uwagę, jaki potrafił być drażliwy. Ale też wszyscy w Linden pracowali z oddaniem.

– Zdaje się, że pan Belmont właśnie pana szuka, by omówić dolegliwości klaczy – powiedziała Theresa. – Zasugerował, że klacz tęskni za masztalerzem.

– O tym nie pomyślałem. To możliwe. Klacze mają swoje fochy. Proszę pana!

Jamie oddalił się kłusem, zdumiewająco żwawy, gdy mu się chciało. Pomachał do pana Belmonta, który stał na środku podwórza i rozmawiał z Beckmanem.

Gdy Theresa dołączyła do nich kilka chwil później, odniosła wrażenie, że przerywa jakieś święte nabożeństwo.

Jamie czubkiem zakurzonego buta przesuwał po ziemi coś, czemu Theresa wolała się nie przyglądać.

– Mówi pan, że ona za mało pije?

– Tak jest, a to znaczy, że ma za mało pokarmu dla Treasure – ciągnął pan Belmont. – Mała nie daje jej więc spokoju, klacz jest zmęczona i niespokojna, a w efekcie tego pewnie ją trochę zakorkowało.

Theresa nie była koniarą, ale wiedziała dość, by nie pytać, co to znaczy „zakorkowało”.

Beckman odchrząknął i rzucił sędziemu wymowne spojrzenie.

– Pani wybaczy, panno Jennings. – Pan Belmont skinął do niej głową, choć Theresa miała wrażenie, że prawie jej nie zauważył. – Rano trzeba zwrócić większą uwagę na temperaturę wody. Za parę dni wszystko powinno być w porządku. – Zwrócił się do Beckmana i dodał: – Nie zaszkodziłoby też, gdybyś ją trochę poprzytulał, jako że bardzo przypominasz Małego Nicka.

– W miniaturze – parsknął śmiechem Jamie.

– Masztalerz jest taki wielki? – spytała Theresa. Beckman był tak wysoki jak sędzia i muskularny jak na mężczyznę pracującego w stajni przystało. Z jasnymi włosami i jasnoniebieskimi oczami był nieco bledszą, mniej oszlifowaną wersją pana Belmonta.

Beckman uśmiechnął się z dumą.

– Mój starszy brat jest wielki pod wieloma względami – powiedział.

– „Duch pyszny”[1] – mruknął sędzia, ale z uśmiechem. – Dacie mi znać, jak wam idzie?

Jamie mrugnął.

– No jasne.

Pan Belmont wyjął z kieszeni rękawiczki.

– W takim razie nie mam już nic do dodania. Panno Jennings, mogę na słówko?

Podał jej ramię. Gest raczej niespotykany, jeśli wziąć pod uwagę okoliczności. Thomas służył Theresie ramieniem i ona to akceptowała, bo był jej bratem. Bracia potrafią być bardzo staroświeccy, gdy chodzi o siostry. Nawet te, które zeszły na złą drogę.

A może zwłaszcza te.

– Coś panią trapi – zauważył sędzia, prowadząc ją przez podjazd do ławki pod rozłożystym dębem.

– Myślę o moim bracie.

– Baron Sutcliffe to wspaniały człowiek i znalazł sobie piękną żonę, naprawdę wyjątkową.

Pan Belmont nie mógł wiedzieć, że rozmowa o szczęśliwych małżonkach nadal ma moc zranienia Theresy. Ukłucie bólu dla niej samej było niespodzianką.

– Pan zna pannę… baronową, panie Belmont?

– Znam Loris od prawie dziesięciu lat. Usiądziemy?

– Chętnie.

Theresa zapomniała, jakie zasady obowiązują przebywających razem damy i dżentelmenów. Od wielu lat nie uważała się za damę, a w towarzystwie prawdziwego dżentelmena nie przebywała całe wieki.

Pan Belmont był dżentelmenem, nawet jeśli miał zdumiewająco dużą wiedzę na temat zwierząt.

Towarzysz Theresy nie spieszył się z podjęciem rozmowy, a jej wystarczało siedzenie w milczeniu. Matthew Belmont był spokojny i rozluźniony. Sama jego bliskość działała kojąco.

Tak nie powinno być, w końcu to dorosły mężczyzna, a jednak…

– W którymś momencie nawet się Loris oświadczyłem – ciągnął pan Belmont, wygładzając na udzie pomięte palce rękawiczek do jazdy konnej. – Odmówiła mi, za co chyba powinienem być jej wdzięczny.

Lekki wiatr poruszył resztkę liści na dębie. Zaszeleściły smutno.

– Wdzięczny za to, że pana odtrąciła, panie Belmont?

– Prosiłem ją o rękę z niewłaściwych powodów. Moje oświadczyny nie pochlebiały ani jej, ani mnie.

Odrzucone oświadczyny to chyba nie było coś, o czym pan Belmont chciałby dalej rozmawiać. Każda rozsądna kobieta zmieniłaby temat.

Theresa jednak od wielu lat nie widywała sąsiadów, zwłaszcza tych płci męskiej.

– Jakie są właściwe powody?

– Jest ich wiele. – Pan Belmont rozsiadł się wygodnie, położył rękę na oparciu ławki i skrzyżował długie nogi w kostkach.

Temat wcale go nie deprymował. Być może nic go nie deprymowało.

– Najważniejsze jest to, żeby być szczerym co do własnych powodów – ciągnął. – Ja ożeniłem się ze względów rodzinnych, z obowiązku i że tak to nazwę, z młodzieńczej jurności. Moja zmarła żona była bardzo ładna. Wyszła za mnie z konieczności i wdzięczności. Znaliśmy nawzajem swoje powody i w rezultacie małżeństwo układało się poprawnie.

Jaki to miało związek z niedomagającą klaczą? A jednak Theresa była zaciekawiona, bo poprawne małżeństwo pana Belmonta wydawało się podszyte samotnością.

– Byliście szczęśliwi?

– Z czasem osiągnęliśmy zadowolenie – odparł, jakby recytował katechizm. – Zaznaliśmy szczęścia, wychowując nasze dzieci.

– Zadowolenie. „Oto spełnienie godne pożądania”[2].

Pan Belmont ożywił się niczym ogar, który usłyszał szelest w pobliskim gąszczu.

– Panno Jennings, lubi pani Szekspira? Mój najstarszy syn dwa lata temu oszalał na jego punkcie. Jego bracia omal nie poprzysięgli dozgonnego analfabetyzmu.

To bezpieczniejszy grunt. Dużo bezpieczniejszy.

– Lubię czytać, także Szekspira. A pan?

– Gdy mieszka się na prowincji, nabiera się skłonności albo do lektury, albo picia. Mam w bibliotece kompletne wydanie dzieł poety, jeśli pani by za nim zatęskniła.

Pożałuje tej propozycji, choć Theresa z pewnością nie skorzysta z jego księgozbioru.

– Daje mi pan pozwolenie, by przetrząsnąć pańską bibliotekę, a ja w zamian zapraszam pana, by dołączył do mnie, że tak powiem, podczas ataku na spiżarnię. Penny pewnie by nalegała, żebym panu zaofiarowała posiłek za jego fatygę. I Thomas chyba zresztą też.

Pan Belmont wstał, pomógł się podnieść Theresie i oparł sobie jej dłoń na ręce.

– Panno Jennings, na ogół jestem zupełnie nieszkodliwy. Z jednym wyjątkiem. Gdy widzę przed sobą obfity posiłek, horyzont nagle mi się zawęża, jak u Wellingtona zdobywającego Półwysep Pirenejski. Żadna spiżarnia nie jest bezpieczna, gdy ja zjawiam się w pobliżu.

Rzucił jej ten sam uśmiech co w stajni. Czarujący, przyjacielski i tak niewinny jak Priscilla, gdy mówiła, o której się położyła spać poprzedniego wieczoru.

Poszli razem przez ogrody Linden, które zaczynały już zamierać, jak to się zwykle dzieje, gdy lato ustępuje miejsca jesieni. Obficie kwitły jeszcze chryzantemy, z chłodniejszej aury korzystał fiołek trójbarwny, ale powoli zbliżała się zima i kwiaty to czuły.

Pan Belmont gawędził o drobiazgach, ale Theresa nie dała się zwieść.

Mężczyzna, który potrafił odgadnąć coś tak niewiadomego jak upodobania wybrednej klaczy co do temperatury wody do picia, za którym nieme stworzenia wodziły tęsknym spojrzeniem, gdy odchodził, mężczyzna, który nazwał Theresę Jennings miłą i sprawił, że zapragnęła, by to była prawda, nie mógł być nieszkodliwy.

Ku zdumieniu Theresy śniadanie upłynęło bardzo przyjemnie. Sędzia doskonale opanował sztukę konwersacji. Znał wszystkich sąsiadów w promieniu trzydziestu kilometrów, a także ich psy i konie, ich dolegliwości oraz sprawy sądowe.

A jednak, gdy opowiadał anegdoty i prawnicze potyczki, nigdy nie wymieniał nazwisk ani nie komentował dziwactw swoich sąsiadów. Patrzył na życie z perspektywy pełnej tolerancji, z którą Theresa nie miała do czynienia od bardzo dawna.

– Sąsiadowi i sędziemu ludzie opowiedzą o każdym nieszczęściu, scysji czy dziwacznym wypadku – powiedział. – Większość z tego nie ma związku z czymkolwiek, ludzie po prostu potrzebują się wygadać.

Cały czas miło gawędząc, poświęcał wiele uwagi półmiskom na bufecie.

– Jak został pan sędzią? Taki honor przypada zwykle ludziom starszym.

– Mój zmarły sąsiad, pan Pettigrew, był gotów znosić ten wątpliwy zaszczyt przez jeszcze przynajmniej dwadzieścia lat, ale padł ofiarą zatrucia pokarmowego. Ja wydałem się dobrym kandydatem, bo mój ojciec piastował tę funkcję, zanim objął je Pettigrew. To interesujące zajęcie, choć czasem kłopotliwe.

Dla Matthew Belmonta „czasem kłopotliwe” zapewne oznaczało dłuższe przeklinanie pod jego adresem.

– Sądzenie własnych sąsiadów bez popadania w pychę jest niewątpliwie wyzwaniem – odparła Theresa. Dla Thomasa nawet poważnym wyzwaniem. A przynajmniej dla Thomasa, jakiego znała dziesięć lat temu.

– Pychę? – pan Belmont spojrzał na swój talerz, z którego spałaszował górę jajecznicy, tostów, szynki, bekonu i duszonych jabłek. – Posiedzenia sądu często uczą pokory, bo bardzo łatwo można popełnić błąd.

– A kto ma tego świadomość? Ludzie zwykle sami wyciągają wnioski i prawda nie ma z nimi wiele wspólnego. – Z trudem, ale Theresie udało się wymówić te słowa bez goryczy. Sędzia jednak nie dał się zwieść.

Nie podobało się jej, że jest taki spostrzegawczy, ale wzbudził tym jej szacunek.

– Zdaje się, że została pani osądzona, skazana i postawiona pod pręgierzem opinii publicznej. Mało przyjemne doświadczenie. – Pan Belmont wyraził swoje przypuszczenie łagodnym tonem.

Co gorsza, w jego niebieskich oczach czaiło się współczucie.

Theresa przegarniała jajka po talerzu.

– Panu zapewne nigdy nie było dane przeżyć podobnego doświadczenia. Uważam, że nie powinno się nikogo skazywać na potępienie, nieważne czy jawne, czy milczące.

Pan Belmont przysunął bliżej jej dłoni imbryk z herbatą. Porządny serwis dla gości. Służba w kuchni się postarała.

– Tu się pani myli, madame. Zauważyłem też, że nie zaprzeczyła pani mojej konkluzji. Zje pani te jajka?

Zjadł górę jedzenia, bo mimo swej szczupłości był mężczyzną dużym i postawnym.

– Może je pan zjeść, jeśli ma pan ochotę.

Sięgnął po jej talerz.

– Zdaję sobie sprawę, że robię złe wrażenie, ale moja kucharka uciekła do Brighton. Teraz, gdy moi synowie mieszkają w Oxfordshire, ona ciągle dokądś wyjeżdża. Z kolei pani kucharka doskonale przyrządza jajka, a dumą pustego żołądka się nie zapełni.

Zakłopotana i oczarowana Theresa patrzyła, jak jej gość zgarnia na swój talerz jej nietkniętą jajecznicę.

– Nie widziałam, żeby mężczyzna tak pochłaniał jedzenie od czasów, gdy Thomas jeszcze mieszkał w Sutcliffe – powiedziała. – Tak szybko wtedy rósł, był w ciągłym ruchu. Gdy się zjawiał, jedzenie znikało. Po prostu znikało.

Kiedyś Thomas nie miał w sobie ani krzty dumy. Był ciągle głodny – jedzenia, wiedzy, książek, języków i życia.

– Ja też mam tę zdolność – rzucił pan Belmont między jednym kęsem a drugim. – Sprawiam, że jedzenie znika. A tego, co wyprawiają moi synowie, wprost nie da się opisać. Istne czary, to jedyne określenie, jakie przychodzi mi do głowy. Jedzenie znika w mgnieniu oka. Na szczęście pani kucharka zna moje możliwości i przygotowuje obfite porcje, gdy tu jestem.

– Kiedy to znalazł się pan pod pręgierzem lokalnych plotek? – spytała Theresa.

Spojrzał na jajka na widelcu i zmarszczył brwi.

– Każdy człowiek pełniący funkcję sędziego pokoju naraża się na sporą dozę krytyki. Gdy skazuje tych, którym opinia publiczna by wybaczyła, lub nie skazuje kogoś nielubianego. Dowody nie mają znaczenia, gdy kilku gospodarzy siądzie przy piwie, a w niektórych sprawach nie wolno mi ujawnić całej wiedzy, na podstawie której podejmuję decyzje.

Zimną już jajecznicę spotkał ten sam los co resztę. Theresa milczała, mając nadzieję, że pan Belmont będzie kontynuować opowieść.

– To pie… piekielnie niewdzięczne zajęcie – ciągnął. – Nie zapominajmy też o tym, co ma do powiedzenia o mojej pracy ława przysięgłych, albo pastor, który co niedzielę osądza z ambony, choć poucza innych, by tego nie robili. I jeszcze pan Burton Louis. Uważa się za miejscowego doktora Samuela Johnsona, bo wydaje gazetę pełną najczystszych bredni w każdy…

Pan Belmont odłożył widelec.

– Strasznie biadolę. Proszę mi wybaczyć.

Czarujący uśmiech zniknął bez śladu, ale Theresie podobał się sędzia Belmont w tym wydaniu. Nieco rozdrażniony, nie zawsze w dobrych stosunkach z sąsiadami, z pokorą połykający wystygłą jajecznicę.

Jaka szkoda, że nie będą mieli szansy pogłębić tej znajomości. Zignorowała pragnienie serca, by choć jeszcze kilka chwil cieszyć się życzliwym towarzystwem pana Belmonta, i rzuciła między nich prawdę.

– Panie Belmont, może być pan pewny, że matka elokwentnej ośmiolatki znosiła już o wiele dłuższe biadolenie niż pana drobny lapsus.

Pan Belmont znieruchomiał, jakby usłyszał brzęknięcie szpady wyciąganej z pochwy. Zmrużył te swoje niebieskie, odziedziczone po saksońskich przodkach oczy. Theresa w napięciu czekała na to, że jego spojrzenie stanie się lodowate albo co gorsza taksujące.

W kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki. Uśmiechnął się współczująco.

– Zapewniam panią, kiedyś będzie pani brakowało tego biadolenia. Błota na dywanach, trzaskania drzwi do pokoju dziecinnego, ciągłego zapominania, gdzie dziecko chwilę wcześniej podziało rękawiczki, buty, książki i zdrowy rozsądek. Jeszcze trochę herbaty, panno Jennings? – spytał. – Mam ochotę na ten ostatni tost i chcę go dobrze popić.

Natomiast Theresa miała ochotę spytać pana Belmonta, czy ją usłyszał. Panna Theresa Jennings ma ośmioletnią córkę. Mężczyzna, który doskonale wie, skąd się biorą wszystkie stworzenia duże i małe, nie potrzebuje wyraźniejszych dowodów na niechlubną przeszłość gospodyni.

Pan Belmont podniósł imbryk. Na jego twarzy błąkał się melancholijny uśmiech. Wymalowani na imbryku pastuszek i gęsiarka posyłali sobie nieśmiałe spojrzenia wśród splecionych kwiatów i pozłacanej winorośli.

Na palcu wskazującym pan Belmont miał bliznę. Białą linię na ładnej, szczupłej, mocno opalonej dłoni.

Widok tej blizny – niewielkiej, w sumie nieistotnej, choć pewnie budzącej jakieś wspomnienie – zrodził osobliwą nić porozumienia. Theresę i sędziego łączyły radości i smutki wychowywania dzieci.

To, co raz na zawsze zrujnowało dobre imię Theresy, teraz dało jej wspólną płaszczyznę z drugim człowiekiem. To wrażenie, iż nie jest sama, było tak nieoczekiwane i wyjątkowe, że pewnie by się nad nim roztkliwiła, gdyby nie wyrzekła się tej bezsensownej skłonności już wiele lat temu.

– Pan naprawdę poważnie traktuje kwestię odżywiania – powiedziała. A może pan Belmont po prostu wiedział, jak zmienić temat. – Jeśli pan jest nadal głodny, na bufecie stoi jeszcze tarta z jabłkami. Może zjemy ją na tarasie, do świeżo zaparzonej herbaty? Południowa strona domu jest osłonięta od wiatru. Przyjemnie się tam odpoczywa o tej porze dnia.

– Wspaniała sugestia. – Pan Belmont wstał i pomógł się podnieść Theresie. Kolejny osobliwy, niepokojący gest. – Czy poznam kiedyś ten biadolący cud, który nazywa panią matką?

Chyba bardzo tęsknił za swoimi dziećmi. Thomas wspominał coś o odwiedzaniu kuzynów na uniwersytecie.

Przez całą drogę do tarasu Theresa rozważała tematy do rozmowy i w końcu wybrała jedyne rozwiązanie, jakie była skłonna tolerować, gdy chodziło o Priscillę. Szczerość.

– Panie Belmont, odwykłam od spotkań z sąsiadami. Moje życie w Sutcliffe Keep przypomina zakonne odosobnienie i już do niego przywykłam.

Pan Belmont zerwał gałązkę lawendy z rabaty tuż przy brzegu przejścia, choć jej kwiaty zaczęły już przekwitać.

– Sutcliffe Keep leży nad morzem, prawda? – spytał, podsuwając gałązkę pod nos. – Ten rejon wybrzeża zawsze wydawał mi się odcięty od świata.

Matthew Belmont nie był głupcem. Jednak Theresa chciała, by dobrze zrozumiał jej sytuację.

– Panie Belmont, to nie morze odcięło nas od świata.

Te słowa były sugestią, żeby jej gość nagle przypomniał sobie jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę, grzecznie się ukłonił i zabrał stąd swój pełny żołądek, miłe spojrzenie i skromne biadolenie, po prostu oddalając się przez ogród.

– Panno Jennings, chyba nie rozumiem. – Patrzył na nią spokojnie, a w jego twarzy nie było ani strachu przed kolejnym niezręcznym tematem, ani pełnego ekscytacji oczekiwania na pikantne plotki. Bezwiednie kręcił lawendę między palcami i nawet ten drobny gest nie zdradzał śladu napięcia.

Nie był nadzwyczajnie przystojny, ale atrakcyjny. Ta myśl obudziła smutek. Już od wielu lat żaden mężczyzna nie wydał się Theresie atrakcyjny. Tym bardziej wskazany był bezlitosny zdrowy rozsądek.

– Moja córka jest bękartem – rzuciła. – Nie chciałabym ani jej, ani pana wprawiać w zakłopotanie, gdyby w jej obecności ujawniono panu szczegóły dotyczące jej urodzenia.

Pan Belmont stanął u boku Theresy. Para wróbli figlowała wśród pobliskich dębów, a swawolny wietrzyk trącał liście strojne w barwy jesieni. Pan Belmont nie odchrząknął, nie zmrużył oczu, nie uniósł sugestywnie brwi, jak wielu tak zwanych dżentelmenów przed nim.

– Pani córce współczuję – powiedział, wsuwając lawendę do kieszeni surduta. – Niektórzy ludzie potraktują ją pogardliwie z powodu jej pochodzenia. A pani…

– Tak? – ponagliła Theresa, gotowa chwycić brzeg sukni i poszukać bezpiecznego schronienia w domu.

– Pani też współczuję. Ktoś najwyraźniej nadużył pani zaufania. Na szczęście widzę, że córka jest dla pani wszystkim i kocha panią, a to najważniejsze. O ile pamiętam, ktoś coś wspominał o tarcie z jabłkami. Idziemy?

Podsunął jej ramię.

Idziemy?

Jedno drobne, ciepłe słowo oddaliło widmo potępienia i jeszcze gorszego lubieżnego zainteresowania, które często pojawiało się po ujawnieniu nieślubnego pochodzenia Priscilli. Idziemy?

Theresa oparła mu dłoń na ręce. Przykrył ją palcami, lekko poklepał i sprowadził po schodkach na dolny taras.

2

Pan Belmont po drodze opowiadał o nauczycielach, nianiach, dwóch starszych synach, którzy podjęli naukę na uniwersytecie i o tym, że nie może się rozstać z kucykami, z których jego synowie już wyrośli. Może Priscilla chciałaby zobaczyć kucyki?

Jego przyjemny baryton rozbrzmiewał w ciszy poranka i wypełniał pustkę w sercu Theresy. Gdy była bardzo młoda, dane jej było choć w części poznać to, co uosabiał Matthew Belmont. Wytworne towarzystwo. Ucieleśnienie dobroci, uprzejmości, sprawiedliwości i innych cnót w ponętnym kształcie.

Szkoda, że nie spotkała takiego mężczyzny dziesięć lat temu. Choć nawet wtedy byłoby za późno. Dobre maniery pana Belmonta nie wpłynęłyby na decyzje, które wtedy podjęła.

Dla Theresy pan Belmont to byłoby za mało i o wiele za późno. Tak wtedy, jak i dziś.

Zjedli duże porcje tarty z jabłkami, a pan Belmont bez zbędnych ceregieli przyjął również dokładkę.

Przyjemnie byłoby karmić takiego mężczyznę. Planować posiłki, które sprawią mu przyjemność i zaspokoją jego ogromny apetyt. Miło byłoby dzielić z nim te posiłki i po prostu przebywać w jego towarzystwie.

– Wracam teraz dokończyć listy i uzupełnić księgi majątku, które patrzą na mnie z wyrzutem już od tygodnia – powiedział pan Belmont. – Lubię popracować fizycznie przy zbiorach, ale to sprawia, że gromadzi się dużo papierkowej roboty, która, szczerze mówiąc, trochę mnie nuży.

– Ja uwielbiam prowadzić księgi, planować wydatki i sumować rachunki – powiedziała Theresa, ujmując podaną przez niego dłoń ze swobodą, nad którą zastanowi się, gdy już będzie sama. – Nie miałam zaufania do ekonomów i zarządców w Sutcliffe Keep, że będą dbać o interesy Thomasa, więc nadzorowałam każdą transakcję.

– Nie byli uczciwi?

– Bynajmniej. Nawet łasice mają więcej honoru niż ta banda szkodników. Jeszcze przed śmiercią dziadka kogo mogłam, odesłałam na emeryturę. Potem sama prowadziłam księgi.

– A gdzie się podziewał Thomas, gdy pani była zajęta obroną siedziby rodu? – spytał pan Belmont. – Nie wydaje się człowiekiem, który pozwoliłby na wyzyskiwanie swoich poddanych.

Theresa będzie z panem Belmontem szczera również w tej kwestii. Między innymi dlatego, że nikt, a przynajmniej nie w obecności Theresy, nigdy się nie zastanawiał, dlaczego bogaty Thomas Jennings, obecnie baron Sutcliffe, trzymał siostrę w zrujnowanym rodowym majątku na odludziu.

– Thomas i ja poważnie się poróżniliśmy jeszcze przed narodzinami Priscilli. Wbrew wielu ku temu przesłankom nie spodziewał się odziedziczyć tytułu. Zresztą nie chciał go, nie zabiegał o niego i z początku nawet go nie przyjął. Sprawy majątku długo nie miały więc dla niego znaczenia, aż do pewnej chwili mniej więcej dwa lata temu.

Te słowa były prawdą, jeśli wierzchołka góry lodowej nie nazwie się fałszywym obrazem.

– Słyszałem, że odziedziczył tytuł dopiero niedawno. Pani rodzina, tak jak inne, musiała się zmierzyć z wieloma problemami.

Owszem. Theresa miała ich serdecznie dość.

– Dbałam o Sutcliffe, bo bardzo wcześnie zrozumiałam, że któregoś dnia Thomas stanie się jego właścicielem. Panie Belmont, może weźmie pan ze sobą trochę jedzenia? Nie mogę znieść myśli, że pan chodzi głodny, podczas gdy my mamy go tutaj taką obfitość.

– Nie głoduję, ale czasem kusi mnie, by przyjąć zaproszenie którejś z okolicznych matek, swatających swoje córki. Lepiej jednak bytować o chlebie i wodzie niż ulec takiemu szaleństwu.

Dzięki Bogu, że on odjeżdżał. Im dłużej Theresa przebywała w towarzystwie pana Belmonta, tym bardziej zaczynał się jej podobać.

– Pan nie chce się ponownie ożenić?

– Jeśli się ożenię, to nie dziewczątkiem o połowę ode mnie młodszym, które wychodzi za mąż na rozkaz rodziców.

Gdy mówił te słowa, spojrzenie jego niebieskich oczu stało się lodowate, surowa mina sprawiła, że wydawał się intrygujący, dziwnie imponujący. Potrafił zachowywać się jak prokurator i sędzia, gdy wymagała tego sytuacja.

Choć był też osamotnionym ojcem.

– Panie Belmont, to chyba pierwszy raz od naszego poznania, gdy słyszę w pana głosie coś zbliżonego do irytacji. – Albo wręcz gniewu.

Poprowadził Theresę wokół domu i oto teraz stali u stóp frontowych schodów, Theresa nadal z dłonią na jego ręce, przykrytą jego palcami.

– Jeśli chce pani wiedzieć, zasadzki na mnie zaczęły się tuż po śmierci Matildy. Do domu, w którym panuje żałoba, sąsiedzi zwykle przynoszą jedzenie. Przysięgam, że widziałem więcej młodych, niezamężnych kobiet przynoszących mi zapiekanki, niż żyje ich w Sussex. Wtedy byłem zbyt pogrążony w smutku, by zwracać na to uwagę, a mój brat Axel na szczęście chronił mnie przed poważniejszymi atakami. Jednak kampania, która się wtedy zaczęła, nie ustała właściwie do dziś.

Chyba nagle zdał sobie sprawę, że uwięził dłoń Theresy w swojej. Ukłonił się, rozluźnił uścisk i sięgnął do kieszeni surduta po rękawiczki do jazdy konnej.

Ta tyrada, bo w oczach pana Belmonta to chyba była tyrada, zasługiwała na odpowiedź.

– Ciekawe, czy wdowy są narażone na podobne ataki. – Ataki, które znosiła Theresa, były o wiele mniej subtelne.

– Te bogate z pewnością tak. I oczekują ode mnie współczucia, a nawet zapewnienia im…

Theresa domyślała się, czego wdowy z okolicy chciały od postawnego, miłego sędziego. Zapewne regularnie ginęły im świnie. Albo kolczyki. Albo wymyślały Bóg wie co jeszcze, próbując usidlić Matthew Belmonta.

Umilkł, próbując zapiąć guziki drugiej rękawiczki.

Theresa ujęła jego rękę w dłonie i zapięła guziczek z wprawą matki doświadczonej w ubieraniu ruchomych obiektów.

Natomiast pan Belmont absolutnie znieruchomiał.

– Dziękuję – powiedział, gdy Theresa wypuściła jego rękę.

– Dwa razy w ciągu jednego dnia dane mi było wyświadczyć panu drobną grzeczność.

– I nadal wydaje mi się to miłe. Bardzo miłe. Dlaczego jednak pani na mnie tak dziwnie spojrzała?

Chciał, by była z nim szczera. Trochę prawdy chyba jej nie zaszkodzi.

– Nie zdawałam sobie sprawy, że mężczyźni tak samo jak kobiety mogą się czuć udręczeni niestosownymi awansami. Kobieta może odejść urażona, dać wyraz oburzeniu, wymówić się bólem głowy lub wygłosić ostrą reprymendę, a dżentelmen…

– Nie bardzo może tak się zachować – dokończył pan Belmont. – Nie chce zranić uczuć słodkich dziewczątek, a ich matki to jeszcze inna sprawa. Przez pewien czas bałem się wychodzić po mszy na dziedziniec przy kościele i nawet unikałem otwierania listów.

– Chodźmy do kuchni. Nie mogę znieść myśli, do czego może pana doprowadzić kolejna zapiekanka.

Gdy dotarli do kuchni, Matthew wreszcie zrozumiał, co mu nie pasowało w Theresie Jennings. Myśl pojawiła się, gdy kobieta zapinała mu prawą rękawiczkę. Podeszła bliżej, roztaczając zapach werbeny cytrynowej i pewnie ujęła jego dłoń w swoje.

Przez kilka chwil patrzył na jej kark, zarys podbródka, ciemne włosy, które bezskutecznie próbował potargać poranny wietrzyk. Jej rysy z profilu ujawniały klasyczne proporcje, które czynią twarz pogodną i wiecznie młodą.

Była piękną kobietą, zdecydowaną to ukrywać.

Nie robiła nic, dosłownie nic, by zwrócić uwagę na swe kobiece powaby. Jej strój był skromny. Włosy miała upięte do tyłu w ładny, ale nijaki kok. Nie nosiła biżuterii. W nieczęstym uśmiechu i spokojnych gestach nie było nawet cienia flirtu.

Theresa Jennings starała się ukryć na widoku, stać niezauważalna. Przyglądając się nieskazitelnej, aksamitnej skórze na jej karku, zastanawiał się, czy ona próbuje się ukryć również przed sobą. Była starą panną, udającą upadłą kobietę. To połączenie nie dawało mu spokoju.

Zastanawiał się, kiedy ostatnio mężczyzna przycisnął do jej skóry zachwycone, spragnione usta i sprawił, że westchnęła z rozkoszy.

A potem zamyślił się, czy on, poważny, dojrzały wdowiec, którego na ogół zapraszano na przyjęcia, tylko gdy brakowało gościa do pary, przypadkiem nie postradał zmysłów.

– W kuchni jest zawsze pusto o tej porze dnia – powiedziała panna Jennings, sięgając wysoko po wiklinowy kosz na półce.

Matthew był zbyt zajęty ukradkowym zerkaniem na jej kostki, by jej pomóc. Zakrzątnęła się, błyskawicznie przygotowując porcję wiktuałów. Bochenek świeżego chleba, osełka masła, ser, połyskujące rumieńcem jabłka, wołowina na zimno, winogrona i kawałek piernika po kolei zniknęły w koszu.

– Panie Belmont, nie sądzę, by to panu wystarczyło do wieczora.

– Przeżyję. Starsze córki pastora od pewnego czasu dbają, bym miał kolację, a poza tym jakoś dajemy sobie radę. Pani jest bardzo hojna. – I radzi sobie w kuchni lepiej, niż by wypadało siostrze barona.

Przebiegła wzrokiem po półkach, niczym generał na inspekcji wojska.

– Gdy kroiłam tartę, przyglądał się pan temu jak głodny drapieżnik. Co ma pan jutro na kolację?

Zimne przekąski jedzone w bibliotece, nad księgami majątku. Zapiekanka z nudy, samotności i obowiązku.

– Plan, żeby wprosić się na nią do pani?

W uśmiechu panny Jennings pojawiła się figlarna nuta.

– Jeśli zniesie pan towarzystwo Priscilli, serdecznie pana zapraszam, by do nas wpadł. Pora poćwiczyć jej maniery w towarzystwie. Pan sam wychował dzieci, więc czuję pewność, że podoła pan temu wyzwaniu.