Tajemnica Białych Płaszczy - Jean-François Parot - ebook

44 osoby właśnie czytają

Opis

Rok 1761. Młody Nicolas Le Floch opuszcza rodzinną Bretanię i dzięki wstawiennictwu protektora zaciąga się na służbę u pana de Sartine’a – szefa policji odpowiedzialnego za prowadzenie tajnych misji na zlecenie samego króla, Ludwika XV.

Młody śledczy bardzo szybko zdaje sobie sprawę, że paryskim półświatkiem rządzą hazard, rozpusta i kradzież, a on sam będzie musiał stawić czoła najgorszym okrucieństwom i brutalnym spiskom. W niedługim czasie Nicolasowi powierzone zostanie dochodzenie w sprawie tajemniczego morderstwa przy ulicy Białych Płaszczy. By rozwiązać zagadkę, Le Floch będzie musiał ujawnić zepsucie toczące najwyższe kręgi władzy.

Parot wprowadza czytelnika w świat mrocznego, osiemnastowiecznego Paryża u schyłku ancien regime’u, w którym przeplatają się kryminalne śledztwa i polityczne intrygi. Nicolas Le Floch z każdym krokiem udowadnia, że jest godnym następcą – a w zasadzie prekursorem – Sherlocka Holmesa i Julesa Maigreta.

Jean-François Parot – francuski dyplomata, specjalista zajmujący się historią XVIII wieku. Przez lata był szefem konsulatu w Sajgonie, pracował również w Ambasadzie Francji w Tunezji i pełnił funkcję ambasadora w Gwinei Bissau. Mieszka w Bretanii. Pisarską sławę przyniósł mu cykl kryminałów historycznych o przygodach Nicolasa le Flocha, młodego śledczego. Na podstawie powieści nakręcono serial pod tytułem Nicolas Le Floch.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WYSTĘPUJĄ

NICOLAS LE FLOCH – prowadzący śledztwo zlecone przez szefa policji Paryża

KANONIK FRANÇOIS LE FLOCH – opiekun Nicolasa Le Flocha

JOSÉPHINE PELVEN – gosposia kanonika Le Flocha

MARQUIS LOUIS DE RANREUIL – ojciec chrzestny Nicolasa Le Flocha

ISABELLE DE RANREUIL – córka markiza

PAN DE SARTINE – szef policji Paryża

PAN DE LA BORDE – pierwszy kamerdyner króla

GUILLAUME LARDIN – komisarz policji

PIERRE BOURDEAU – inspektor policji

LOUISE LARDIN – druga żona komisarza Lardina

MARIE LARDIN – córka z pierwszego małżeństwa komisarza Lardina

CATHERINE GAUSS – kucharka państwa Lardin, dawniej prowadziła kantynę

HENRI DESCART – lekarz

GUILLAUME SEMACGUS – chirurg wojskowy służący w marynarce wojennej

SAINT-LOUIS – dawny czarny niewolnik, służący Semacgusa

AWA – partnerka Saint-Louisa, kucharka Semacgusa

PIERRE PIGNEAU – kleryk

AIMÉ DE NOBLECOURT – dawny prokurator

OJCIEC GRÉGOIRE – aptekarz klasztoru karmelitów bosych

PAULETA – właścicielka domu uciech

SATINA – prostytutka

BRICART – były żołnierz

RAPACE – były rzeźnik

STARA ÉMILIE – była prostytutka, handlarka zupą

MISTRZ VACHON – krawiec

KOMISARZ CAMUSOT – szef wydziału policji do spraw hazardu

MAUVAL – poplecznik komisarza Camusot

WUJEK MARIE – woźny w Châtelet

TIREPOT – informator

CHARLES HENRI SANSON – kat

RABOUINE – informator policji

PROLOG

Prudens futuri temporis exitum

Caliginosa nocte premit Deus…

„Bóg roztropnie skrywa wszystko,

co ma nadejść w mrokach nocy…”

Horacy1

Wpiątkową noc 2 lutego 1761 roku drogą prowadzącą z la Courtille do la Vilette mozolnie toczył się wóz. Dzień był ponury, a gdy zapadł zmrok, ciężkie chmury nagle się rozerwały, zsyłając deszcz i zamieć. Gdyby komuś przyszła do głowy mało prawdopodobna myśl, żeby nadzorować tę drogę, dostrzegłby ciągnięty przez wychudzonego konia wóz. Na koźle siedziało dwóch wpatrujących się w mrok mężczyzn w pelerynach, których poły do połowy oświetlał blask kiepskiej latarni. Koń ślizgał się po namokniętej powierzchni i co dziesięć sążni stawał. Dwie beczki wstrząsane nierównościami kolein uderzały głucho o siebie.

Ostatnie domy przedmieść zniknęły, a wraz z nimi nieliczne światła. Deszcz ustał, a zza dwóch obłoków wyszedł księżyc, rzucając wątłe promienie na pogrążoną w nieogarnionych masach mgły wieś. Po obu stronach drogi wznosiły się teraz porośnięte jeżynami wzgórza. Koń od jakiegoś już czasu pochylał rytmicznie głowę i nerwowo pociągał za wodze. W zimnym powietrzu nocy unosił się lepki zapach, którego mdła natarczywość wkrótce miała ustąpić miejsca potwornemu fetorowi. Dwa cienie narzuciły sobie płaszcze na twarze. Koń zatrzymał się, wydał z siebie zduszone rżenie i szeroko rozwierał nozdrza, starając się zidentyfikować odrażającą falę. Ponaglany uderzeniami bicza, odmawiał ruszenia z miejsca.

– Mam wrażenie, że ta chabeta nam zdechnie! – krzyknął niejaki Rapace. – Na pewno czuje mięso. Złaź, Bricart, weź ją za uzdę i wyciągnij nas stąd!

– Widziałem już coś takiego pod Bassignano w 1745, gdy służyłem w Royal Dauphin wraz z ojcem Chevertem. Zwierzęta, które ciągnęły działa, nie chciały iść dalej z powodu trupów. To było we wrześniu, było ciepło i muchy…

– Daj spokój, znamy twoje kampanie. Odwróć bydlakowi pysk i pospiesz się. Patrz, jaki krnąbrny! – wykrzyknął mężczyzna, uderzając dwukrotnie w kościsty zad.

Bricart burknął i skoczył na dół. Dotknął ziemi i zapadł się w nią tak, że aż musiał obiema rękami wyciągnąć z błota drewniany kołek, którym kończyła się jego prawa noga. Podszedł do rozszalałego zwierzęcia, które po raz ostatni próbowało okazać sprzeciw. Chwycił za uzdę, ale koń rozpaczliwym gestem machnął głową, uderzając mężczyznę w bark. Ten padł jak długi, znów wypluwając z siebie wiadro potwornych przekleństw.

– Za nic nie chce ruszyć. Trzeba będzie tutaj rozładować. Nie jesteśmy chyba daleko.

– Przez to błoto nie mogę ci pomóc; ta pieprzona noga mi nawala.

– Ściągnę beczki i potoczymy je dalej do rowu – powiedział Rapace. – Raz-dwa i będzie po wszystkim. Trzymaj konia, pójdę rozpoznać teren.

– Nie zostawiaj mnie – jęknął Bricart – nie podoba mi się to miejsce. To prawda, że tutaj wieszano trupy?

Masował chorą nogę.

– Patrzcie go, i to były żołnierz! Będziesz gadał, jak skończymy! Pójdziemy do knajpy u Marty. Stawiam butelkę guinguet, a do tego ulicznicę, jeśli ci w duszy zagra! Twój dziadek jeszcze się nie urodził, kiedy tutaj już nie wieszano. Teraz leży tu padlina z miasta i okolic. Dawniej padłe zwierzęta ćwiartowano w Javel, a teraz w Montfoucon. Nie czujesz smrodu? Latem, gdy idzie na burzę, to w samym Paryżu wierci w nosie aż do Tuileries!

– To prawda, tak śmierdzi, że czuję, jakby coś tu było – wymamrotał Bricart.

– Zamknij się. To szczury, kruki i kocury tłuste aż strach. Cała ta swołocz wyrywa sobie ścierwo. Nawet nędzarze przychodzą tutaj wykroić sobie coś, co mogą włożyć do garnka. Na samą myśl robi mi się sucho w gardle. Gdzie schowałeś dzbanek? Ach, tu jest.

Rapace pociągnął kilka długich łyków, zanim podał dzbanek Bricartowi, który łapczywie wypił do dna. Nagle usłyszeli kilka ostrych pisków.

– O choroba, szczury! Dość gadania, bierz latarnię i zostań przy mnie, poświecisz mi. Ja biorę siekierę i bicz: możemy je spotkać, nie mówiąc o tym, że przewidujemy coś rozbijać…

Mężczyźni poszli ostrożnie w stronę budynków, które właśnie ukazały się w blasku latarni.

– Nie nazywam się Rapace, jeśli to nie jest miejsce ćwiartowania padłych zwierząt i zbiorników na łój. Rowy z wapnem są trochę dalej. Zgniłe mięso wysokie jak wały, ciągnie się na całe sążnie, słowo daję.

Kilka kroków dalej jakiś przycupnięty za zwierzęcym truchłem cień, zaalarmowany światełkiem latarni, w chwili gdy usłyszał rżenie konia i przekleństwa mężczyzn, przerwał pracę, którą był zajęty. Zadrżał, w pierwszym momencie pomyślawszy, że to ludzie ze straży. Na rozkaz króla i szefa policji patrole chodziły coraz częściej, chcąc wyłapać dręczonych głodem nieszczęśników, którzy walczyli ze ścierwojadami o kilka kęsów z uczty.

Przykucnięta zjawa okazała się starą kobietą w łachmanach. Znała lepsze czasy i dawno, dawno temu, w okresie swej świetności, była zapraszana na kolacje do Regenta. Młodość minęła, a piękna Émilie popadła w najpodlejszą z możliwych form prostytucji – w portach, na rogatkach, ale nawet to nie trwało długo.

Chora, zeszpecona, sprzedawała z kociołka na kółkach wstrętną zupę przyrządzaną z czego się da, głównie z kawałków wykradzionych w Montfaucon, ryzykując zepsucie swojego biznesu i zarażenie miasta i przedmieścia. Widziała, jak obaj mężczyźni wyładowali beczki, przetoczyli je, a następnie wylali zawartość na ziemię. Tłumiąc walenie serca, przez które nie mogła usłyszeć, o czym mówiono w centrum krzątaniny, której znaczenia nie śmiała rozumieć, stara Émilie wytrzeszczała oczy, żeby zidentyfikować dwa mroczne kształty – czerwone, jak jej się wydawało – leżące teraz blisko budynku ze zbiornikami na łój. Niestety, światło latarni było słabe, a fale zamieci przygaszały ogień.

Starą, która nie zdawała sobie sprawy z tego, co widziała, nawet nie śmiała sobie niczego wyobrazić, sparaliżowaną nieokreślonym strachem spotęgowanym nierozumieniem haniebnego, jak przeczuwała, spektaklu, dręczyła jednak ciekawość.

Teraz jeden z dwóch mężczyzn rozkładał na ziemi coś, co przypominało ubranie. Krzesano ogień i wytrysnęło światło, krótkie i wyraźne. Potem było słychać suchy trzask. Kobieta wtopiła się jeszcze bardziej w ścierwo, którego gryzących wyziewów nawet nie czuła. Z wstrzymywanym oddechem, dławiona nieznanym przerażeniem, ze zmrożoną w żyłach krwią, nic więcej nie dostrzegała poza coraz większym blaskiem. Wreszcie, tracąc przytomność, osunęła się na ziemię.

Wokół dawnej katowskiej szubienicy znów nastała cisza. Słychać było oddalający się wóz, unoszący ze sobą stłumione echo słów. Zapanowała ciemność i szalejący pośród burzy wicher. To, co pozostało na ziemi, zaczynało powoli żyć własnym życiem. Wydawało się falować, jakby pożerane od wewnątrz. Słychać było krótkie piski. Ruszyły walki. Jeszcze przed świtem, tuż przed nadejściem stada psów, przyfrunęły wielkie, przebudzone kruki…

Wszędzie tam, gdzie nie zaznaczono inaczej, przekład własny z francuskiego. Wszystkie przypisy dolne pochodzą od tłumaczy. [wróć]

I. Dwie podróże

„Paryż jest pełen miłośników przygód i kawalerów,

którzy spędzają swoje życie na bieganiu od domu do domu,

a ludzie wydają się, jak inne gatunki, mnożyć przez przemieszczanie się”.

J.J. Rousseau

Niedziela, 19 stycznia 1761 roku

Po szarej rzece sunęła barka. Obrusy z mgły unosiły się nad wodami i przykrywały brzegi, opierając się blademu blaskowi dnia. Kotwicę podniesioną godzinę przed świtem, jak wymagał tego regulamin, trzeba było rzucić ponownie, tak nieprzenikniona była jeszcze ciemność. Orlean się oddalał, prąd wezbranych wód Loary gwałtownie porwał ciężką łódź. Mimo silnych podmuchów wiatru, który omiatał mostek, na pokładzie unosił się przenikliwy zapach ryby i soli. Poza kilkoma baryłkami wina z Ancenis przewożono bowiem duży ładunek solonego dorsza.

Na dziobie statku rysowały się dwie sylwetki. Pierwszą był członek załogi, który z napiętym wyrazem twarzy obserwował powierzchnię wzburzonych wód. W prawej ręce trzymał trąbkę podobną do tych, jakich używali pocztylioni; w razie zagrożenia wysyłał sygnał alarmu do kapitana, który trzymał z tyłu ster.

Drugą – młody człowiek w czarnym fraku i butach z cholewami, z trójgraniastym kapeluszem w ręku. Mimo młodego wieku było w nim coś z zakonnika i wojskowego zarazem. Głowa uniesiona wysoko, ciemna czupryna odrzucona do tyłu, postawa nieruchoma i napięta, sprawiała, że przypominał niecierpliwą i dostojną rzeźbę dziobową. Jego oczy bez wyrazu wpatrywały się w bryłę kościoła Notre-Dame de Cléry na lewym brzegu, którego szara dziobnica rozłupywała białe obłoki brzegów i wyglądała, jakby chciała połączyć się z Loarą. Ten młody człowiek, którego nieprzypadkowa postawa zaintrygowałaby każdego innego świadka, nie tylko marynarza, nazywał się Nicolas Le Floch.

Nicolas był pogrążony w myślach. Trochę ponad rok temu przebywał tę samą drogę w przeciwnym kierunku, do Paryża. Jak to szybko minęło! Teraz, w drodze do Bretanii, odtwarzał w pamięci wydarzenia dwóch ostatnich dni. Pojechał szybkim dyliżansem do Orleanu, licząc, że wejdzie na pokład jakiejś barki. Do samej Loary podróży nie ubarwił żaden z tych malowniczych szczegółów, które z reguły stanowią rozrywkę dla znudzonego podróżnego. Jego współpasażerowie, ksiądz i dwie starsze pary, nie przestawali przypatrywać mu się w milczeniu. Nicolas, przyzwyczajony do przebywania na świeżym powietrzu, cierpiał z powodu męczącego sąsiedztwa i mieszaniny zapachów w powozie. Gdy spróbował otworzyć okno, spojrzenia pięciu pełnych wyrzutu par oczu szybko go do tego zniechęciły. Ksiądz nawet się przeżegnał; bez wątpienia wziął to pragnienie wolności za możliwy przejaw zła. Młody człowiek musiał się z tym pogodzić, zaszył się więc w kąt, a za sprawą monotonnej drogi coraz bardziej pogrążał się w marzeniach. Teraz to samo marzycielstwo ogarniało go na barce, i znów niczego nie widział ani nie słyszał.

To prawda, że wszystko potoczyło się zbyt szybko. Jako pomocnik notariusza w Rennes, po ukończeniu nauki u jezuitów w Vannes, nagle został wezwany przez swojego opiekuna kanonika Le Flocha do Guérande. Bez żadnych zbędnych wyjaśnień został wyposażony w parę butów z cholewką, kilka ludwików oraz moc rad i błogosławieństw. Pożegnał się ze swoim ojcem chrzestnym, markizem de Ranreuilem, który przekazał mu list polecający do pana de Sartine’a, jednego ze swoich przyjaciół, wysokiego urzędnika w Paryżu. Markiz wydał się Nicolasowi wzruszony, a zarazem zażenowany; młody człowiek nie mógł się spotkać z jego córką Isabelle, przyjaciółką z dzieciństwa, która właśnie wyjechała do Nantes do swojej ciotki Guénouel.

Stare mury miasta przekraczał ze ściśniętym sercem, z uczuciem porzucenia i rozdarcia, spotęgowanym wzruszeniem widocznym na twarzy jego opiekuna, któremu wtórowały przejmujące okrzyki Fine, gosposi kanonika. W takim więc stanie, nie w pełni świadomy, odbywał wodą i lądem długą podróż ku nowemu przeznaczeniu.

Zbliżając się do Paryża, odzyskał przytomność umysłu. Jego pierś jeszcze bardziej ścisnęła się na wspomnienie przerażenia, jakiego doznał, gdy przybył do stolicy królestwa. Do tej pory Paryż stanowił dla niego jedynie punkt na mapie Francji, wiszącej na ścianie sali do nauki w kolegium w Vannes. Oszołomiony hałasem i ruchem, odczuwalnym już na przedmieściach, poczuł się zahukany i w niejasny sposób zaniepokojony, widząc szeroką równinę, na której sterczała niezliczona ilość poruszających ramionami wiatraków. Wydały mu się one stadem opierzonych gigantów, wyjętych wprost z wielokrotnie czytanej powieści Miguela de Cervantesa. Przejmujący był też dla niego widok nieustającej krzątaniny przy rogatkach tłumów ludzi odzianych w łachmany.

Jeszcze dziś na nowo powracał do momentu, kiedy wjeżdżał do wielkiego miasta: wąskie ulice, niesamowicie wysokie domy, brudna, błotnista jezdnia i tak wielu jeźdźców, tyle powozów, te niezliczone krzyki i zapachy…

Już w mieście błądził przez wiele godzin, trafiając ciągle albo na ogrody w głębi ślepych zaułków, albo na rzekę. Ostatecznie pewien młody człowiek o różnobarwnych oczach i miłej powierzchowności zaprowadził go do kościoła Saint-Sulpice, a stamtąd na ulicę Vaugirard, do klasztoru karmelitów bosych. Na miejscu Nicolas spotkał się z gorącym przyjęciem ze strony przyjaciela swego opiekuna, słusznych rozmiarów zakonnika, ojca Grégoire’a, którego domeną była apteka.

Pokrzepiony takim powitaniem zapadł w sen i nic mu się nie śniło. Dopiero rankiem zdał sobie sprawę, że jego cicerone uwolnił go od srebrnego zegarka, prezentu od ojca chrzestnego. Postanowił sobie, że będzie bardziej przezorny w kontaktach z obcymi. Na szczęście sakiewka zawierająca jego skromne zasoby nadal tkwiła w sekretnej kieszeni wewnątrz worka, którą Fine zaszyła w przeddzień wyjazdu z Guérande.

Nicolas odzyskał równowagę dzięki regularnemu rytmowi zajęć w klasztorze. Posiłki jadał z całą wspólnotą w wielkim refektarzu. Zaczął zapuszczać się do miasta, zaopatrzony w bardzo ogólny plan, na który, z wahaniem, nanosił ołówkiem trasy swoich wędrówek, żeby mieć pewność, że wróci po śladach. Chociaż wiele askpektów życia stolicy nadal go raziło, to jednak jej urok już zaczynał działać. Nieustający ruch uliczny zarazem pociągał go i odstraszał. Nieraz o mało co nie został rozjechany przez pędzący pojazd. Stale dziwił się ich szybkości, a także gwałtowności, z jaką się pojawiały. Szybko się nauczył, żeby nie chodzić z głową w chmurach i chronić się przed niebezpieczeństwami: cuchnącym błotem, którego plamy wżerają się w ubranie, wylewającymi się na głowy kaskadami deszczu z rynien i ulicami zamienionymi w rwące potoki przy najdrobniejszych opadach. Jak stary paryżanin skakał, podskakiwał i robił uniki pośród nieczystości i setki innych pułapek. Każde wyjście zmuszało go potem do szczotkowania ubrania i prania pończoch, a miał ich tylko dwie pary, z czego jedną trzymał w rezerwie na spotkanie z panem de Sartine’em.

A od tej strony nic nie szło. Nicolas wielokrotnie udawał się pod wskazany na liście markiza Ranreuil adres. Podejrzliwy lokaj wyprosił go po tym, jak wcześniej dał w łapę równie wzgardliwemu odźwiernemu. Upływały długie tygodnie. Widząc przygnębienie młodego człowieka i chcąc go czymś zająć, ojciec Grégoire zaproponował, żeby pracował wraz z nim. Od 1611 roku, na podstawie tajemnej receptury, której mnisi zazdrośnie strzegli, zakon karmelitów bosych produkował wodę leczniczą sprzedawaną w całym królestwie. Nicolasowi przypadło w udziale rozcieranie ziół leczniczych. Nauczył się rozpoznawać melisę, arcydzięgiel, rukiew wodną, kolendrę, goździki i cynamon, a zarazem odkrywał dziwne i egzotyczne owoce.

Całe dnie spędzane na kręceniu tłuczkiem moździerza i wdychaniu wyziewów z alembików otępiły go do tego stopnia, że jego mentor to dostrzegł i zapytał o przyczynę trosk. Poznawszy ją, natychmiast obiecał, że dowie się o pana de Sartine’a. Od ojca przeora Nicolas dostał list wprowadzający, który miał usunąć wszystkie przeszkody. Pan de Sartine został właśnie mianowany szefem policji w miejsce pana Bertina. Ojciec Grégoire upiększał te dobre nowiny potokiem komentarzy, których szczegółowość była jawnym dowodem, że jest to wiedza świeżej daty.

– Nicolas, mój synu – mówił – oto wkrótce zbliżysz się do człowieka, który może zmienić bieg twojego życia, jeśli tylko potrafisz mu się spodobać. Szef policji jest absolutnym dowódcą całej służby; Jego Wysokość czyni go odpowiedzialnym za bezpieczeństwo publiczne i za porządek nie tylko na ulicach, ale również w życiu każdego ze swych poddanych. Pan de Sartine, już jako szef policji do spraw kryminalnych w Châtelet, miał wielką władzę. I cóż będzie on teraz robił? Uważa się, że nikomu nie pozwoli podejmować arbitralnych decyzji… I powiedzieć, że skończył dopiero trzydzieści lat!

Ojciec Grégoire obniżył o ton głos, który z natury miał wysoki, i upewnił się, że żadne niedyskretne ucho nie słyszy jego słów.

– Ojciec przeor zwierzył mi się, że król powierzył panu de Sartine’owi, w szczególnie poważnych okolicznościach, ostateczne rozstrzyganie spraw poza jego sądem i w najwyższej tajemnicy. Ale, Nicolas, ty nic nie wiesz – dodał, kładąc palec na ustach. – Pamiętaj, że ten wielki urząd utworzył pradziad naszego króla – niech Pan tego wielkiego Burbona ma w swej opiece. Lud wciąż pamięta pana d’Argenson, którego nazywał „potępieńcem”, tyle miał twarzy i postaci.

Gwałtownie wylał garnek wody na rozżarzone węgle, które zgasły, skwiercząc i wydzielając ostry dym.

– Ale dosyć tego, gadam za dużo. Bierz ten list. Jutro rano pójdziesz ulicą Seine i będziesz szedł wzdłuż rzeki aż do Pont-Neuf. Znasz Île de la Cité, nie możesz się zgubić. Kiedy przejdziesz przez most, po prawej stronie będziesz miał wybrzeże Mégisserie, które cię doprowadzi do Châtelet.

Nicolas niewiele spał tej nocy. W głowie rozbrzmiewały mu słowa ojca Grégoire’a i uświadamiał sobie, jak sam niewiele znaczy. Jak, będąc w Paryżu samotny, odcięty od tych, których kochał, podwójny sierota, miałby okazać się dość zuchwały, żeby stawić czoła tak potężnemu człowiekowi, który jest blisko króla i, jak wszystko zdaje się wskazywać, rzeczywiście może mieć decydujący wpływ na jego los?

Na próżno usiłował przegnać rozsadzające głowę rozgorączkowane myśli, starając się skoncentrować na jakimś łagodnym wyobrażeniu, które uspokoiłoby jego umysł. Pojawił się delikatny profil Isabelle, ale przywołał nowe wątpliwości. Dlaczego córka jego chrzestnego, wiedząc, że opuszcza on Guérande na tak długo, wyjechała bez pożegnania?

Przed oczami stanęła mu grobla wśród mokradeł, gdzie oboje przysięgali sobie wiarę i miłość. Jakże mógł jej wierzyć i być na tyle szalony, żeby wyobrażać sobie, iż on, dziecko znalezione na cmentarzu, mógł podnieść oczy na córkę wysoko postawionego i potężnego pana de Ranreuil? A przecież jego ojciec chrzestny zawsze był dla niego taki dobry… Ta myśl słodka i gorzka ostatecznie go porwała, i około piątej Nicolas zasnął.

Ojciec Grégoire obudził go godzinę później. Umył się, ubrał, starannie uczesał i wypchnięty przez zakonnika, rzucił się w chłód ulicy.

Mimo ciemności tym razem nie zgubił się. Obok pałacu Mazarina wschodzący dzień powoli wydobywał z cienia kształty budynków. Życie już buzowało po obu brzegach rzeki, przypominających błotniste plaże. Tu i tam, wokół rozpalonych ognisk, zbierały się grupki ludzi. Zewsząd wybuchały pierwsze okrzyki Paryża, znak, że miasto się budzi.

Nagle został popchnięty przez kelnera, który klnąc pod nosem, omal nie wywrócił się z tacą bawarki. Nicolas znał smak tego napoju, niegdyś bardzo modnego za sprawą księżniczki Palatynatu, matki Regenta. Była to, jak wyjaśnił mu ojciec Grégoire, gorąca herbata słodzona cukrem z paproci. Gdy wszedł na Pont-Neuf, było tam już czarno od ludzi. Spojrzał z podziwem na pomnik Henryka IV i pompę Samaritaine. Przy wybrzeżu Mégisserie zaczynano otwierać warsztaty, czeladnicy zaprzęgali się do całodziennej pracy już od świtu. Nicolas przebiegł po tej cuchnącej skarpie z chusteczką przy nosie.

Surowe i ponure, wielkie Châtelet zamajaczyło przed nim. Bardziej je odgadł, niż rozpoznał. Wszedł, niepewny, pod sklepienie słabo oświetlone latarniami olejowymi. Nagle wyprzedził go jakiś mężczyzna w długiej, czarnej todze. Nicolas odezwał się do niego:

– Szanowny panie, potrzebuję pomocy. Szukam biura szefa policji.

Mężczyzna zmierzył go wzrokiem od stóp do głów i odpowiedział mu z poważną miną:

– Szef policji ma teraz swoją prywatną audiencję. Zazwyczaj ktoś go reprezentuje, ale dzisiaj pan de Sartine obejmuje urząd, dlatego pojawi się osobiście. Bez wątpienia wie pan, że jego urząd znajduje się przy Neuve-Saint-Augustin, niedaleko placu Vendôme, ale zachował swoje biuro w Châtelet. Spotka pan jego pracowników na pierwszym piętrze. Woźny jest przy drzwiach, nie może się pan pomylić. Czy ma pan niezbędne dokumenty wprowadzające?

Z przezorności Nicolas powstrzymał się od odpowiedzi, jedynie grzecznie się pożegnał i odszedł w stronę schodów. Na końcu krużganka, kiedy przeszedł już przez oszklone drzwi, zobaczył olbrzymią salę o gołych ścianach. Przy świerkowym stoliku siedział mężczyzna, który wyglądał, jakby obgryzał sobie dłonie. Zbliżając się, Nicolas zrozumiał, że gryzie suchar, suchy i twardy, taki, jakie jadali marynarze.

– Panie – odezwał się – kłaniam się i byłbym zobowiązany, gdyby mi pan powiedział, czy pan de Sartine może mnie przyjąć.

– Cóż za zuchwałość! Pan de Sartine nie przyjmuje.

– Pan pozwoli, że będę nalegał. – Nicolas czuł, że tak naprawdę wszystko zależy od tego, jak bardzo będzie naciskał, toteż postarał się, żeby jego głos brzmiał zdecydowanie. – Dzisiaj rano mam audiencję.

Z wdziękiem machnął przed oczami woźnego wielkim listem z pieczęcią i herbem markiza de Ranreuil. Gdyby pokazał list opata, natychmiast by go odprowadzono. Jego teatralny gest zamknął usta rozmówcy, który, pomrukując, chwycił list z uszanowaniem i wskazał mu ławkę.

– Jak pan sobie życzy, ale będzie pan musiał zaczekać.

Zapalił fajkę i w tej samej chwili zatopił się w ciszy, którą Nicolas bardzo pragnął przerwać, żeby rozproszyć swój lęk. Został jednak skazany na wpatrywanie się w ścianę. Około jedenastej salę wypełnił tłum. Niewysoki mężczyzna w stroju przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości, niosąc pod pachą safianową teczkę, wszedł spowity szelestem pełnych szacunku słów, po czym zniknął w półotwartych drzwiach, które ukazały olśniewająco oświetlony salon. Kilka chwil później woźny zaskrobał do tych drzwi i też zniknął. Gdy wrócił, dał znak Nicolasowi, żeby ten wszedł.

Toga urzędnika leżała na podłodze, a szef policji, ubrany w czarny frak, stał przed biurkiem z cennego drewna, przyozdobionego delikatnie połyskującymi elementami z brązu i czytał w napięciu list markiza de Ranreuil, na co wskazywała jego ściągnięta twarz. W wystroju biura panowała pewna dysproporcja, ponieważ nagość kamienia i podłogi wyłożonej kaflami mieszała się ze wspaniałością mebli i dywanów. Wiele zapalonych kandelabrów, których blask łączył się z bladymi promieniami zimowego słońca i poświatą ognia z wielkiego gotyckiego kominka, oświetlało bladą twarz pana de Sartine’a. Wydawał się starszy, niż wskazywał na to jego wiek. W oczy rzucało się najpierw jego wysokie, łysiejące czoło. Naturalne włosy, już przyprószone siwizną, były starannie uczesane i upudrowane. Ostry nos podkreślał surowość kanciastej twarzy, w której świeciło się dwoje stalowoszarych, tryskających ironią oczu. Mężczyzna był niedużego wzrostu, ale prosto się trzymał, co podkreślało szczupłość jego postaci, nie umniejszając przy tym autorytetu i godności, które z niej emanowały. Nicolas czuł, że ogarnia go panika, ale przypomniał sobie nauki swoich mistrzów i uspokoił drżenie rąk.

Sartine wachlował się listem, przypatrując się gościowi z zainteresowaniem. Minuty płynęły jedna za drugą.

– Jak się pan nazywa? – zapytał nagle.

– Nicolas le Floch, do usług szanownego pana.

– Do usług, do usług… To się jeszcze zobaczy. Pański ojciec chrzestny dużo dobrego o panu mówi. Jeździ pan konno, zręcznie posługuje się bronią, zdobył pan podstawy prawa… To wiele jak na pomocnika notariusza.

Wstał i oparłszy ręce na biodrach, zaczął krążyć powoli wokół Nicolasa. Ten zaczerwienił się wobec takich oględzin, którym towarzyszyły chichot i krótki urywany śmiech…

– Tak, tak, doprawdy, słowo daję, to bardzo możliwe… – kontynuował szef policji.

Sartine obejrzał list z namysłem, zrobił kilka kroków w stronę kominka i wrzucił go tam. List zapłonął jasnym płomieniem.

– Czy można na panu polegać? – zapytał. – Nie, proszę mi nie odpowiadać, nie wie pan, z czym to się wiąże. Mam plany co do pana, a Ranreuil mi pana daje. Rozumie pan? Nie, nic pan nie rozumie, nic a nic.

Przeszedł za biurko, usiadł i uszczypnął się w nos, po czym znów zaczął się wpatrywać w Nicolasa, który mając za plecami trzeszczący w kominku ogień, roztapiał się w ubraniu.

– Jest pan bardzo młody, a ja zaciągam wielkie zobowiązanie, mówiąc z panem tak otwarcie, jak to czynię. Policja królewska potrzebuje uczciwych ludzi, a ja potrzebuję wiernych sług, którzy będą mi ślepo służyć. Pojmuje pan?

Nicolas powstrzymał się od przyznania mu racji.

– Ach! Widzę, że szybko pojmujemy.

Sartine podszedł do okna; wydawał się pochłonięty tym, na co patrzył.

– Dużo do pozamiatania… – zamruczał. – Używając tego, co jest… Nic więcej, nic mniej. Prawda?

Nicolas zrobił obrót, żeby stać twarzą do szefa.

– Powinien pan pogłębić swoją wiedzę z zakresu prawa – rzekł Sartine. – Każdego dnia poświęci pan temu kilka godzin, potraktuje pan to jako rozrywkę. Ponieważ będzie pan także pracował, rzecz jasna.

Przebiegł przez biuro i chwycił kartkę papieru. Jednym gestem polecił Nicolasowi zająć miejsce w wielkim fotelu pokrytym czerwonym adamaszkiem.

– Proszę pisać, chcę wiedzieć, czy ma pan dobrą rękę.

Nicolas, bardziej martwy niż żywy, chciał wypaść jak najlepiej. Sartine zastanawiał się kilka chwil, a następnie wyjął z kieszeni fraka małą złotą tabakierkę, zaczerpnął z niej szczyptę i delikatnie położył ją na wierzchu dłoni. Pociągnął nosem, raz jedną, raz drugą dziurką, zamknął oczy z wyrazem zadowolenia i kichnął głośno, rozpylając czarne drobinki wokół siebie i na Nicolasa, który dzielnie stawił czoła tej burzy. Szef policji wytarł nos i jeszcze długo potem wzdychał z ulgą.

– No dobrze, niech pan pisze: „Szanowny Panie! Wydaje mi się słusznym, mając na uwadze służbę dla króla i mnie samego, żeby od dnia dzisiejszego przyjął Pan na sekretarza, opłacanego z mojej kiesy, Nicolasa Le Flocha. Będę zobowiązany, jeśli przyjmie go Pan na swój wikt i opierunek oraz będzie mi zdawał dokładnie sprawę z jego służby”. Proszę napisać adres: „Do Pana Lardina, komisarza w Châtelet, w jego domu przy ulicy Blancs-Manteaux1”.

Następnie pospiesznie chwycił list, zbliżył go do oczu i jął przyglądać mu się badawczo.

– Może być, trochę nierasowe, tak, trochę nierasowe – oświadczył, śmiejąc się. – Ale na początek może być. Jest pióro, jest czyn.

Usiadł w fotelu, który opuścił Nicolas, podpisał list, posypał go piaskiem, złożył, zapalił kawałek wosku od węgielka leżącego w naczyniu z brązu, rozgniótł wosk na papierze i odcisnął w nim swoją pieczęć, a wszystko jednym gestem.

– Panie, stanowisko, jakie chcę, żeby pan objął u komisarza Lardina, wymaga takiej cechy jak prawość. Wie pan, co to prawość?

Tym razem Nicolas postanowił skoczyć na głęboką wodę.

– Panie, jest to, skrupulatność w wypełnianiu swoich obowiązków uczciwego człowieka i…

– Ależ on mówi! Dobrze. To zalatuje jeszcze kolegium, ale nie ma w tym błędu. Musi pan być dyskretny i ostrożny, umieć uczyć się i umieć zapominać, być w stanie posiąść sekret zaufania. Będzie musiał pan się nauczyć tworzenia pism, w zależności od powierzonych mu zadań, i nadawać im właściwy ton. Chwytać w locie, co się panu powie, i zgadywać, co nie zostało powiedziane, i wreszcie robić krok w przód na podstawie niewielu słów, które pan uchwyci.

Każde słowo punktował palcem wskazującym.

– I nie tylko to: musi pan być również sprawiedliwym i szczerym świadkiem tego, co pan zobaczy, nie pomniejszając niczego, co mogłoby zmienić sens lub mogłoby pozornie wyglądać, że niczego nie zmienia. Niech pan pomyśli, że od jego akuratności zależeć będą życie i honor ludzi, którzy, choćby wywodzili się z najgorszej hołoty, powinni być traktowani zgodnie z regułami. Doprawdy, jest pan bardzo młody, zastanawiam się więc… Ale w końcu pański ojciec chrzestny też był w tym wieku, gdy w ogniu walki podczas oblężenia Philippsburga przekroczył okopy. Z marszałkiem Berwickiem, który zresztą tam zginął. A ja sam…

Wyglądał na rozmarzonego i, po raz pierwszy, Nicolas zobaczył w jego spojrzeniu coś jakby błysk współczucia.

– Trzeba być czujnym, szybkim, aktywnym i nieprzekupnym. Tak, zwłaszcza nieprzekupnym. – Sartine uderzył dłonią w cenny, intarsjowany mebel. – No już, panie – podsumował, podnosząc się – od tej chwili jest pan w służbie króla. Proszę postępować tak, żeby zawsze można było być z pana zadowolonym.

Nicolas skłonił się i wziął list, który mu podano. Kiedy zbliżał się do drzwi, zatrzymał go wysoki, prześmiewczy głos.

– Doprawdy, panie, świetnie się pan ubrał, wspaniale jak na Bretończyka z Dolnej Bretanii, ale teraz jest pan paryżaninem. Proszę się udać do mistrza Vachona, mojego krawca, na ulicę Vieille-du-Temple. Proszę kazać sobie sprawić wiele strojów, bieliznę i dodatki.

– Ale ja nie…

– Na mój koszt, szanowny panie, na mój koszt. Nikt mi nie powie, że pozwoliłem, żeby chrześniak mojego przyjaciela Ranreuila wyglądał jak oberwaniec. Piękny chrześniak, doprawdy. Proszę znikać i być na każde wezwanie.

* * *

Nicolas z ulgą znów znalazł się nad brzegiem rzeki. Głęboko odetchnął zimnym powietrzem. Miał wrażenie, że zdał ten pierwszy test, nawet jeśli niektóre wypowiedzi Sartine’a nie przestawały go lekko niepokoić. Prawie biegiem wrócił do klasztoru karmelitów bosych, gdzie oczekiwał go ojczulek, wściekle tłukąc niewinne rośliny.

Ojciec Grégoire musiał powściągnąć zapał Nicolasa, i ten w końcu dał się przekonać, żeby nie iść jeszcze tego samego wieczoru do mieszkania komisarza Lardina. Mimo patroli straży miejskiej na ulicach nie było bezpiecznie, i zakonnik obawiał się, że młodzieniec zgubi się w ciemnościach nocy i na dodatek ściągnie na siebie jakąś złą przygodę.

Starał się uspokoić porywczość młodego człowieka, każąc sobie szczegółowo opowiedzieć przebieg audiencji u szefa policji i powtarzać najdrobniejsze detale, zachęcając Nicolasa, by ten nie wahał się wracać do początku swojej opowieści i dodawać dygresje, po których następowały nowe pytania zakonnika. Wszędzie wyczuwał intencje, które prowokowały go do ciągle nowych komentarzy.

Ojciec Grégoire, pomimo początkowych obaw, w głębi duszy był zachwycony, że pan de Sartine potrafił tak szybko zmienić skromnego prowincjusza, ciągle trochę oszołomionego miastem, w narzędzie swojej policji. Przeczuwał, że za tym niemal cudownym zdarzeniem, nad którym tak szybko przeszli do porządku dziennego, kryła się tajemnica, której nie potrafi uchwycić. Dlatego też przyglądał się Nicolasowi ze zdumieniem, jak urządzeniu, które nakręcił i które nagle mu się wymknęło spod kontroli. Zakonnika napełniało to pozbawionym goryczy smutkiem, a swoje uwagi kwitował powtarzanymi w nieskończoność słowami: „Miłosierdzie Pana” i „To mnie przerasta”.

Żaden z nich nie zauważył, że nadeszła pora kolacji, pośpieszyli więc do refektarza. Po posiłku Nicolas zaczął się szykować do snu, jednak ta noc wcale się nie okazała bardziej krzepiąca niż poprzednia. Musiał opanować rozbiegane myśli i rozgorączkowaną wyobraźnię, która szalała i płatała mu figle, albo ukazując mu przyszłość pod najgorszą gwiazdą, albo przeciwnie – odwracając jego uwagę od wszystkiego, co powinno być przedmiotem jego troski. Ponownie postanowił sobie, że się poprawi, i chcąc się pocieszyć, upewniał samego siebie, że potrafi wyciągnąć korzyści z doświadczenia. Tymczasem szybko owładnęły nim znane lęki na myśl, że nazajutrz zacznie nowe życie, którego nie powinien sobie wyobrażać. Ta myśl wielokrotnie powracała, gdy tylko zapadał w drzemkę, i było już bardzo późno, kiedy wreszcie zasnął.

* * *

Rankiem, po wysłuchaniu ostatnich zaleceń ojca Grégoire, Nicolas pożegnał się z nim, czemu towarzyszyły obustronne obietnice, że będą się widywać. W rzeczy samej zakonnik bardzo przywiązał się do młodego człowieka i chętnie nadal wprowadzałby go w tajniki wiedzy o leczniczych ziołach. W ciągu tych kilku tygodni odkrył u swojego ucznia wielki dar obserwacji i refleksji. Kazał mu napisać dwa krótkie listy – jeden do opiekuna, drugi do markiza, które zobowiązał się im przekazać. Nicolas nie ośmielił się dodać żadnej wiadomości dla Isabelle, jednak obiecał sobie, że skorzysta ze świeżo zdobytej wolności, żeby zrobić to trochę później.

Ledwo Nicolas przekroczył bramy klasztoru, ojciec Grégoire pobiegł do ołtarza Maryi Dziewicy i zaczął się o niego modlić.

Nicolas poszedł tą samą drogą, co wczoraj, lecz tym razem jego krok był żwawszy. Przechodząc obok Châtelet, przypomniał sobie spotkanie z panem de Sartine’em i rozmowę, w której sam właściwie wcale nie brał udziału. A więc miał właśnie wstąpić „w służbę króla”… Do tej pory nie umiał dokładnie określić, co miały znaczyć te słowa. Gdy się głębiej nad tym zastanowił, nie miały one dla niego sensu.

O królu mówili mu jego nauczyciele, a także markiz, ale wszystko to wydawało się należeć do innego świata. Znał go z rycin i z profilu na monetach, ponadto potrafił wydukać niekończącą się listę władców, byli oni jednak dla niego tak samo rzeczywiści jak poczet królów i proroków Starego Testamentu. W kolegiacie w Guérande 25 sierpnia, w dniu Świętego Ludwika, śpiewał Salve fac regum. Wprawdzie rozumiał słowa, lecz nie widział związku pomiędzy królem, postacią z witraży, symbolem wiary i wierności, a człowiekiem z krwi i kości, który sprawował władzę w państwie.

Te myśli zaprzątały jego uwagę aż do ulicy Gesvres. Tam znów zainteresował się tym, co go otacza, ze zdziwieniem odkrył ulicę, która przecinała Sekwanę. Gdy wyszedł na nabrzeże Pelletier, zdał sobie sprawę, że jest to most, po którego bokach stoją domy. Mały Sabaudczyk czekający na klienta ze świstakiem na ramieniu powiedział mu, że to most Marie.

Wielokrotnie się obracając, żeby obejrzeć ten cud, dotarł do placu Grève. Rozpoznał go, ponieważ pewnego dnia ujrzał go na przyniesionej przez kolportera rycinie. Przedstawiała bandytę Cartouche’a torturowanego w listopadzie 1721 roku przed ogromnym ludzkim zbiegowiskiem. Nicolas, gdy patrzył na nią jako dziecko, wyobrażał sobie, że wkracza na scenę i gubi się w tłumie, rzucony w wir niekończących się przygód. Uderzyło go, że jego marzenie stało się rzeczywistością: stąpał po scenie, na której odbywały się wielkie egzekucje przestępców.

Zostawiając port zbożowy po prawej, przez arkadę Saint-Jean w Ratuszu wszedł w sam środek starego Paryża. Kiedy ojciec Grégoire pokazywał mu drogę, bardzo go przestrzegał przed tym miejscem. „Oto miejsce – powiedział, splatając ręce – równie trudne, co niebezpieczne, przez które defiluje wszystko, co przychodzi od ulicy Saint-Antoine i od przedmieść”. Arkada była ulubionym miejscem złodziei i fałszywych żebraków, którzy tylko czyhali, aż przechodzień zostanie sam pod jej sklepieniem. Ostrożnie zbliżył się tam, ale minął tylko nosiciela wody i kilku gońców, którzy szli do Grève, żeby tam szukać pracy.

Ulicą Tissanderie i przez plac Baudoyer dotarł do targu Saint-Jean. Był to, według słów jego mentora, największy zaraz po Halles targ Paryża, a miał go rozpoznać po fontannie znajdującej się w centrum, blisko kordegardy, jak również po tłumie ludzi zaopatrujących się tam w wodę z Sekwany.

Nicolas, przyzwyczajony do poczciwego porządku panującego na prowincjonalnych targowiskach, musiał sobie torować drogę w środku prawdziwego chaosu. Wiktuały piętrzyły się bezładnie na stosach ustawionych wprost na ziemi, tylko mięso miało przywilej korzystania z własnych straganów. Z powodu ciepła jesieni zapachy były przykre, a od strony przypływu ciągnęło nawet smrodem. Nie mógł uwierzyć, że istnieją jeszcze większe i pełniejsze życia targowiska aniżeli to. Stoiska rozlokowane były ciasno, ruch był prawie niemożliwy, a mimo to powozy wciąż wjeżdżały, grożąc zmiażdżeniem wszystkiego, co znalazło się na ich drodze. Targowanie się i kłótnie trwały w najlepsze, a zaskoczony wielością gwar i strojów Nicolas zauważył, że wielu chłopów z okolic miasta przychodziło tu sprzedawać swoje towary.

Niesiony z prądem i pod prąd Nicolas okrążył targowisko trzy lub cztery razy, zanim znalazł ulicę Sainte-Croix-de-la-Bretonnerie. Zaprowadziła go bez przeszkód do ulicy Blancs-Manteaux, gdzie między ulicą Puits a Singe odkrył miejsce zamieszkania komisarza Lardina.

Niezdecydowany przyglądał się niewielkiemu trzypiętrowemu domowi otoczonemu z każdej strony ogrodem, który był osłonięty przez wysoki mur. Młodzieniec podniósł kołatkę i ją opuścił, wywołując tym wewnątrz głuche echo. Drzwi się uchyliły i pojawiła się twarz kobiety w białym czepcu, ale tak szeroka i tak pucołowata, że wyglądała jak przedłużenie olbrzymiego ciała skrępowanego od góry czerwonym karako i otoczonego proporcjonalnymi do całości rękami, które ociekały wodą z prania.

– Czego ban sobie szyczy? – zapytała z dziwnym akcentem, którego Nicolas nigdy nie słyszał.

– Przyszedłem z listem od pana de Sartine’a do komisarza Lardina – powiedział Nicolas i natychmiast ugryzł się w język, pozbawił się bowiem swego jedynego atutu.

– Ban mi da.

– Muszę oddać do rąk własnych.

– Nikogo nie ma w domu. Musi ban czekać.

Zamknęła gwałtownie drzwi. Nicolasowi nie pozostało nic innego, jak dać dowód cierpliwości, nabierał bowiem pewności, że w Paryżu była ona najbardziej pożądaną cnotą. Bojąc się oddalić od domu komisarza, spacerował w pobliżu i przyglądał się okolicy. Po przeciwnej stronie ulicy, gdzie z rzadka ktoś przechodził, zobaczył budynki klasztorne lub kościelne, zatopione pośród wielkich gołych drzew.

Zmęczony poranną wędrówką, z ręką odrętwiałą od ciężaru swojego worka, usiadł na ganku domu. Był głodny, ponieważ rano w refektarzu u karmelitów zjadł tylko trochę chleba umoczonego w zupie. Niedaleki dzwon wybił godzinę trzecią, gdy mocno zbudowany mężczyzna w szarej peruce, wsparty na lasce, która bardzo przypominała pałkę, suchym tonem poprosił o przejście. Domyślając się, z kim ma do czynienia, Nicolas odsunął się, skłonił i odezwał:

– Bardzo pana przepraszam, ale czekam na komisarza Lardina.

Dwoje niebieskich oczu wpatrywało się w niego intensywnie.

– Czeka pan na komisarza Lardina? A ja od wczoraj czekam na niejakiego Nicolasa Le Flocha. Nie zna go pan czasem?

– To ja, proszę pana, widzi pan…

– Dość wyjaśnień.

– Ale… – wybąkał Nicolas, wyciągając list Sartine’a.

– Wiem lepiej od pana, co rozkazał panu szef policji. Nie mam co zrobić z tym listem, więc może pan go sobie zachować jako relikwię. Nie dowiem się z niego niczego, czego bym nie wiedział, może on tylko potwierdzić, że nie zastosował się pan do wydanych mu poleceń.

Lardin uderzył w drzwi i ponownie pojawiła się w nich kobieta.

– Proszę pana, nie chciałam…

– Wiem wszystko, Catherine.

Wykonał stanowczy gest, którym zarazem przerywał służącej, jak i zapraszał Nicolasa do środka. Następnie pozbył się płaszcza, odkrywając kaftan z grubej skóry bez rękawów, a po zdjęciu peruki ukazał całkowicie wygoloną głowę. Obaj mężczyźni weszli do biblioteki, której piękno i spokój zdziwiły Nicolasa. W kominku z rzeźbionego marmuru właśnie dopalał się ogień; czarno-złote biurko, krzesła obite czerwonym aksamitem z Utrechtu, jasna boazeria na ścianach, grafiki w ramkach i książki w bogatych oprawach ułożone na półkach – wszystko to tworzyło atmosferę, którą ktoś bardziej wyrobiony niż Nicolas odebrałby jako zmysłową. Był zmieszany, gdyż to wyrafinowane otoczenie niezbyt odpowiadało szorstkiej powierzchowności gospodarza. Jak dotąd jedynym punktem odniesienia w tej dziedzinie był dla niego wielki, jeszcze na wpół średniowieczny salon zamku Ranreuil.

Lardin pozostał na stojąco.

– Szanowny panie, w dziwny sposób rozpoczyna pan swoją karierę, w której najważniejsza jest skrupulatność. Pan de Sartine powierzył mi pana usługi i nie mam pojęcia, czemu zawdzięczam ten zaszczyt.

Uśmiechając się ironicznie, Lardin zaczął strzelać palcami.

– Ale okażę mu posłuszeństwo i pan również musi to uczynić – kontynuował. – Catherine zaprowadzi pana na trzecie piętro. Mogę panu ofiarować tylko kiepską mansardę. Będzie pan jadał w kredensie albo na zewnątrz, wedle uznania. Co rano o siódmej stawi się pan u mnie. Musi pan, jak mi powiedziano, nauczyć się prawa. W tym celu każdego dnia spędzi pan dwie godziny u pana de Noblecourt, dawnego prokuratora, który oceni pańskie talenty. Oczekuję od pana absolutnej pilności i bezwzględnego posłuszeństwa. Dziś wieczorem, dla uczczenia pańskiego przybycia, zje pan kolację z moją rodziną. Jest pan wolny.

Nicolas skłonił się i wyszedł. Poszedł za Catherine, która go umieściła na mansardzie. Żeby się tam dostać, trzeba było przejść przez zagracony strych. Pokoik mile zaskoczył go swoją wielkością i oknem z widokiem na ogród. Był umeblowany skromnie – stały tam łóżko, stół, krzesło i komoda pełniąca zarazem funkcję toalety, nad którą znajdowały się lustro, miska i dzban. Drewnianą podłogę pokrywał wytarty dywan. Poukładał swoje nieliczne rzeczy w szufladach, zdjął buty, położył się na łóżku i zasnął.

* * *

Gdy się obudził, było już ciemno. Przez zejściem odświeżył twarz i uczesał się. Drzwi biblioteki, gdzie go wcześniej przyjęto, były teraz zamknięte, ale drzwi do innych pomieszczeń stały otworem. Mógł więc zaspokoić swoją ciekawość. Najpierw zobaczył salon w pastelowej tonacji, przy którym biblioteka wydała mu się bardzo surowa. W innym pomieszczeniu ujrzał nakrycie dla trzech osób. Kolejne drzwi w głębi korytarza, jak można było się domyślić po rozchodzących się zapachach, prowadziły do kuchni. Podszedł tam. W pomieszczeniu było bardzo ciepło, toteż Catherine co chwila wycierała sobie czoło ściereczką. Gdy Nicolas wszedł do środka, akurat otwierała ostrygi i ku zdziwieniu młodego Bretończyka, który zawsze jadał je żywe, wyjmowała zawartość muszli i kładła ją na fajansowym talerzu.

– Czy mogę spytać, co pani przygotowuje?

Zaskoczona kobieta odwróciła się.

– Broszę mnie nie nazywać banią, tylko Catherine.

– Dobrze – ja jestem Nicolas.

Spojrzała na niego, a jej nieładna twarz rozświetliła się radością, która dodała jej urody. Pokazała mu dwa zluzowane kapłony.

– Robię zupę z kabłonów z ostrygami.

Nicolas jako dziecko bardzo lubił patrzeć, jak Fine szykuje wyrafinowane potrawy, mały grzeszek kanonika. Nawet nauczył się z czasem przyrządzać niektóre dania, jak choćby far2, kuign amann3 czy homara w cydrze. Również jego ojciec chrzestny, markiz, nie żałował czasu poświęconego temu szacownemu zajęciu, o którym mawiał, że należy do „grzechów kapitualnych” – ku wielkiemu oburzeniu kanonika.

– Gotowane ostrygi! – wykrzyknął Nicolas. – W naszych stronach jemy je na surowo.

– Phi, szyfe swieszęta!

– A jak pani przygotowuje tę zupę?

Nicolas spodziewał się, że kucharka go pogoni, miał bowiem doświadczenie z Fine, którą długo musiał podglądać, żeby odkryć jej sekrety.

– Ban tak miły, że bowiem. Bierze ban dwa kabłony i luzuje je. Faszeruje się jednego mięsem drugiego, do czego dodaje się boczek, szółtka jaj, sól, biebrz, gałkę muszkatołową, paquet4 oraz przybrawy. Związuję wszystko nicią i gotuję w rosole na małym ogniu. Brzez ten czas obtaczam ostrygi w mące i przesmażam na maśle z grzybami. Kroję kabłona i rozkładam ostrygi, podlewam wywarem i serwuję z odrobiną soku z cytryny i odrobiną cebulki, bardzo gorące, to najwaszniejsze.

Entuzjazm Nicolasa nie miał granic i to dało się zauważyć. Gdy słuchał Catherine, ślinka ciekła mu do ust, a głód jeszcze potężniał. W ten sposób podbił serce pochodzącej z Colmar niegdysiejszej kantyniarki z czasów bitwy pod Fontenoy, wdowy po francuskim strażniku i kucharki komisarza Lardina. Groźna kucharka ostatecznie adoptowała Nicolasa. W ten sposób zyskał pierwszego sprzymierzeńca w nowym miejscu, a własna umiejętność uwodzenia dodała mu otuchy.

* * *

Kolacja wywołała w Nicolasie mieszane uczucia. Wspaniałość stołu z kryształami, ze srebrami i olśniewający obrus z adamaszku zrobiły na nim wrażenie dobrobytu. Ciepło pomieszczenia wyłożonego szarą boazerią, podkreśloną złoconym wzorem, a także cienie poruszane blaskiem świec tworzyły atmosferę łagodności, która nakładając się na jego zmęczenie, tak rozmiękczyła Nicolasa, że już pierwszy kieliszek wina uderzył do głowy. Komisarza nie było, młodzieńcowi towarzyszyły tylko żona i córka Lardina, które wyglądały, jakby były prawie w tym samym wieku. Le Floch dość szybko zrozumiał, że Louise Lardin nie jest matką Marie, lecz jej macochą, i że kobiety raczej nie pałają do siebie ciepłymi uczuciami. O ile pierwsza starała się z lekką kokieterią okazywać swą władzę, o tyle druga zachowywała rezerwę, obserwując gościa spod opuszczonych rzęs. Jedna była wysoką blondynką, druga drobną brunetką.

Nicolas był zaskoczony delikatnym smakiem serwowanych potraw. Po zupie z kapłonów z ostrygami na stół wjechały przystawki z marmurkowych jaj, potrawka z przepiórek, blamanż i pączki z konfiturą. Le Floch, który w tej dziedzinie odebrał stranną edukację, rozpoznał po kolorze czarnej porzeczki, że serwowano mu wino z doliny Loary, bez wątpienia bourgueil.

Pani Lardin wypytywała go dyskretnie o jego przeszłość. Miał wrażenie, że chce się dowiedzieć więcej o tym, co go łączy z panem de Sartine’em. Czyżby żona komisarza dostała od swego męża zadanie, żeby zmusić go do mówienia? Dolewała mu wina tak szczodrze, że taka myśl przemknęła mu przez głowę, jednak później już się nad tym nie zastanawiał. Wiele opowiadał o swojej Bretanii, przytaczając setki szczegółów, które wywoływały uśmiech. Czyżby brano go za jakieś kuriozum, za jakiegoś mieszkańca Persji?

Dopiero później, gdy był już w swojej mansardzie, opadły go wątpliwości; zaczął się zastanawiać, czy nie powiedział za dużo. W rzeczywistości sam tak niewiele wiedział o powodach, dla których pan de Sartine się nim zainteresował, że łatwo się przekonał, iż nic kompromitującego nie mogło mu się wymknąć; inwestycja pani Lardin nie zwróciła się. Przywołał również obraz Catherine, kiedy ta, zirytowana, usługiwała lub słuchała Louise Lardin, traktującej służącą z dystansem. Wtedy wkurzona kucharka mamrotała coś pod nosem. Natomiast gdy usługiwała Marii, jej twarz łagodniała, a chwilami wydawała się nawet wyrażać uwielbienie. Takimi spostrzeżeniami zakończył się pierwszy dzień, jaki spędził przy ulicy Blancs-Manteaux.

* * *

Nicolas zaczął nowe życie podporządkowywane kolejnym zadaniom, jakie miał do wykonania. Wstawał wcześnie i poddawał się ablucjom z użyciem mnóstwa wody w szopie w ogrodzie, którą sobie zawłaszczył dzięki zmowie z Catherine.

Uzupełnił swoją skromną garderobę u Vachona, gdzie nazwisko Sartine’a otwierało mu drzwi oraz kredyt krawca, który nawet trochę naciągał go na większe zamówienie, ku wielkiemu zmieszaniu Nicolasa. Odtąd w lustrze odbijała się postać młodego kawalera, ubranego skromnie, acz elegancko, a uporczywe spojrzenia Marie potwierdzały zmianę, jaka zaszła.

O siódmej stawiał się w biurze komisarza Lardina, który podawał mu rozkład dnia. Lekcje u pana de Noblecourt, uroczego staruszka, wysokiego urzędnika, amatora szachów i fletu poprzecznego, były cennymi chwilami odprężenia. Posłuszny mądrym radom swojego nauczyciela sumiennie uczęszczał na koncerty.

Nicolas kontynuował odkrywanie Paryża i przedmieść. Nigdy tyle nie chodził, nawet w Guérande.

W niedziele bywał na koncertach duchowych, wówczas dawanych w wielkiej sali Luwru. Pewnego dnia usiadł obok młodego seminarzysty, Pierre’a Pignona, urodzonego w Origny, w diecezji Laon, który gorąco pragnął wstąpić do misji zagranicznej. Zachwycony opowiedział Nicolasowi o swoim pragnieniu rozproszenia mroków bałwochwalstwa poprzez światło Ewangelii. Chciał dotrzeć do misji w Kochinchinie, która od kilku lat przeżywała potworne prześladowania. Pierre, wielki, młody mężczyzna o rumianej twarzy, któremu nie brakowało wesołości, zgodził się z Nicolasem co do nieszczególnego wykonania Exaudi Deus przez słynną panią Philidor. Entuzjazm publiczności zniesmaczył ich tak, że obaj postanowili wyjść. Nicolas odprowadził swojego nowego przyjaciela do Seminarium Trzydziestu Trzech, a kiedy się żegnali, obiecali sobie, że się zobaczą w następnym tygodniu.

Ci dwaj młodzi ludzie nabrali wkrótce zwyczaju, żeby kończyć swoje spotkania u Stohrera, królewskiego cukiernika. Jego sklepik przy ulicy Montorgueil stał się miejscem modnym, odkąd rzemieślnik jął zaopatrywać dwór w ciastka własnego pomysłu, które nadzwyczaj smakowały zwłaszcza Marii Leszczyńskiej. Nicolas bardzo polubił towarzystwo młodego księdza.

* * *

Na początku Lardin, którego obowiązki nie były związane z jakąś szczególną dzielnicą, kazał mu towarzyszyć sobie we wszystkich misjach. Nicolas od wczesnego rana poznawał opieczętowywanie, konfiskaty, protokoły albo po prostu asystował w rozstrzyganiu sąsiedzkich sporów, tak częstych w domach na granicy przedmieścia, gdzie w ciasnocie żyli najbiedniejsi. Poznawali go inspektorzy, ludzie z warty, strażnicy murów, strażnicy więzienni, a nawet kaci. Musiał się uodpornić na trudne do wytrzymania sceny i oswoić z główną kostnicą. Niczego przed nim nie ukrywano, więc szybko zrozumiał, że policja musi się opierać na rzeszy informatorów, drobnych kapusiów i prostytutek, ludzi od brudnych interesów, dzięki którym szef policji mógł być najlepiej zorientowanym w sekretach stolicy człowiekiem. Nicolas docenił również wartość sieci, jaką dysponował pan de Sartine, łącznie z kontrolą poczty i prywatnej korespondencji, pozwalającej penetrować umysły obywateli. Sam wyciągnął z tego mądry wniosek, żeby w listach, które słał regularnie do Bretanii, zachowywać rozwagę.

Jego stosunki z komisarzem nie zmieniały się, ani na lepsze ani na gorsze. Odpowiedzią na władczy chłód jednego było ciche posłuszeństwo drugiego. Bywało, że przez dłuższy czas Nicolasowi wydawało się, że policjant o nim nie pamięta. Pan de Sartine – wprost przeciwnie, często sobie o nim przypominał. Czasami mały Sabaudczyk przynosił mu list wzywający go do siedziby policji w Grand Châtelet lub na ulicę Neuve-Saint-Augustin. Spotkania te były krótkie. Szef przepytywał Nicolasa, któremu wydawało się, że niektóre pytania dziwnie krążą wokół Lardina. Sartine kazał sobie opisywać z detalami dom komisarza i zwyczaje jego rodziny, posuwając się nawet do pytań o wystrój stołu. Nicolas był czasami nieco zażenowany i zakłopotany tym, jaki sens miało to odpytywanie.

Szef policji kazał mu uczestniczyć w rozprawach dotyczących spraw kryminalnych i sporządzać na piśmie protokoły z posiedzeń. Pewnego dnia zobowiązał Le Flocha, by złożył sprawozdanie z ujęcia pewnego człowieka za to, że puścił w obieg weksle, na których zakwestionowano podpisy. Nicolas obserwował, jak na środku ulicy oficerowie policji aresztują osobnika o żywych oczach, zadziwiającej figurze, mówiącego po francusku z silnym włoskim akcentem. Mężczyzna ten wziął go na świadka:

– Szanowny panie, wygląda pan na uczciwego człowieka. Proszę zobaczyć, jak się traktuje obywatela Wenecji. Aresztuje się szlachetnego Casanovę. Proszę zaświadczyć o niesprawiedliwości, jaka mnie spotkała. To zbrodnia wobec kogoś, kto żyje i pisze jak filozof.

Nicolas poszedł za nim do więzienia w Fort-l’Évêque. Gdy przedstawił swój raport panu de Sartine’owi, ten zaczął przeklinać po cichu i krzyknął:

– Jutro będzie wolny. Pan de Choiseul chroni tego oszusta, a ponadto to zabawny człowiek.

Praktykant w zawodzie policjanta wyciągnął z tego epizodu wiele wniosków.

Innym razem miał zaproponować zakup biżuterii pośrednikowi zegarmistrzowskiemu, którego bankructwa się spodziewano, a który kazał sobie dostarczyć cenne przedmioty w celu ich odsprzedaży. Nicolas musiał się przedstawić jako wysłannik pana Dudoit, komisarza policji z przedmieścia Sainte-Marguerite, którego Sartine podejrzewał o związki z pośrednikiem. Szef paryskiej policji krótko trzymał swoich ludzi, nie chcąc, żeby znów wybuchły zamieszki wśród ludu przeciwko nieuczciwości niektórych komisarzy, jak w roku 1750. Nicolas wniknął nawet w świat hazardu i szybko poznał różnicę między werbownikami, wynajmującymi, właścicielami, naganiaczami, przyjmującymi loterię a całym światkiem cocagne1 i gry w trzy karty.

W paryskim świecie zbrodni wszystko kręciło się wokół gry, rozpusty i kradzieży. Te trzy światy komunikowały się między sobą poprzez niezliczone kanały.

* * *

W ciągu piętnastu miesięcy Nicolas nauczył się swojego zawodu. Poznał cenę milczenia i tajemnicy. Dojrzał, nauczył się lepiej panować nad swymi uczuciami, powściągając zawsze zbyt swawolną wyobraźnię. Nie był już młodzieńcem, którego ojciec Grégoire przyjął po przyjeździe do Paryża. List z Guérande, który mówił o beznadziejnym stanie jego opiekuna, zastał innego Nicolasa. Ciemna i surowa sylwetka, która tego chłodnego styczniowego poranka 1761 roku stała na dziobie barki, zwrócona twarzą do dzikiej Loary, była już sylwetką mężczyzny.

Tytułowa ulica Białych Płaszczy. [wróć]

Łatwy do przygotowania bretoński deser ze śliwkami, z jabłkami lub rodzynkami. [wróć]

Ciasto, specjalność kuchni bretońskiej. [wróć]

Paquet d’épices lub bouquet garni – nazwa zestawu przypraw stosowanych przez francuskich kucharzy, w którego skład najczęściej wchodziły trzy zioła: osiem części natki pietruszki, jedna część liścia laurowego i jedna część tymianku. [wróć]

II. Guérande

Passion da Vener

Mari dar Zardon

Interramant d’ar Zul

Dar baradoz hec’h ei zur.

W piątek konanie

W sobotę śmierć

W niedzielę pogrzeb

Do raju pójdzie na pewno

Porzekadło z Dolnej Bretanii

Środa, 22 stycznia 1761 roku

L oara okazała się łagodna aż do Angers. Deszcz zmieszany ze śniegiem nie ustawał, i przez noc, którą spędził w Tours, poziom rzeki stale się podnosił. Czasami w prześwicie mgły wyłaniało się szare i martwe miasto widmo. Niewidzialne brzegi znikały. Kiedy barka dobijała do Angers, porwały ją przeciwne wiry. Uderzyła w filar mostu, zakręciła się kilka razy wokół własnej osi i nieprzydatna, rozbita, osiadła na mieliźnie. Załoga i pasażerowie musieli się przedostać na brzeg w płaskodennej łodzi.

Gdy Nicolas pokrzepił się już gorącym winem w oberży dla marynarzy, zaczął wypytywać o możliwości dotarcia do Nantes. Od wejścia na pokład minęło wiele dni. Czy zdąży do Guérande na czas, żeby zobaczyć swojego opiekuna? Z przerażeniem szacował nowe opóźnienie, zwłaszcza że istniało ryzyko, iż może się ono jeszcze zwiększyć. Rzeka stawała się coraz mniej żeglowna nawet dla towarowych berlinek, toteż jak na razie żaden statek nie odważył się zapuścić w dół rzeki. Zrezygnował też z oczekiwania na dyliżans pocztowy.

Nicolas ufał swoim umiejętnościom jeździeckim, więc zdecydował się zdobyć wierzchowca i wyruszyć w podróż co koń wyskoczy, zwłaszcza że udało mu się nieco zaoszczędzić dzięki gaży wypłacanej przez Lardina. Od celu podróży dzieliło Nicolasa czterdzieści mil – zamierzał jechać najprostszą drogą z Angers do Guérande. Czuł się na siłach stawić czoła bandytom, musiał się również liczyć z atakami watah wygłodniałych wilków, które o tej porze roku błąkały się w poszukiwaniu łupu. Nic jednak nie było w stanie powstrzymać jego pragnienia, żeby dotrzeć jak najszybciej na miejsce. Wybrał więc konia, za którego zapłacił horrendalną cenę – poczmajster się wahał, nie chciał przy tej pogodzie narażać swoich podopiecznych – i ruszył z kopyta, gdy tylko przekroczył mury miasta.

Tego samego wieczoru spał w Ancenis, a następnego dnia zapuścił się w głąb kraju. Dotarł bez trudu do opactwa Saint-Gildas-des-Marais, gdzie mnisi przyjęli go z ciekawością, szczęśliwi, że czeka ich niespodziewana rozrywka. Tuż obok budynków wilki rozszarpywały zaciekle jakieś ścierwo, w ogóle nie zwracając na niego uwagi.

O świcie dotarł do lasu Bretesche. Jego ojciec chrzestny, przyjaciel państwa Boisgelin, każdej jesieni polował w nim na dziki. Z daleka widoczne były tylko podstawy wież zamku. Zbliżał się do znanych krajobrazów.

Przez noc wiatr się wzmógł, zamieniając się w burzę, jak często zdarzało się w tej okolicy. Wichura wyła tak, że Nicolas niemal ogłuchł. Jego wierzchowiec był utrudzony. Nasycona wodą droga wzdłuż torfowisk była usłana zerwanymi gałęziami. Chmury sunęły tak nisko, że zdawało się, że szczyty wielkich sosen je rozrywają.

Czasami furia żywiołów nagle ustępowała. Wszystko wówczas nieruchomiało i powracała cisza, aż było słychać ostry krzyk wielkich morskich ptaków, które, wygnane z wybrzeża, szybowały nad ziemią.

Nawałnica nie zwlekała jednak z ponownym atakiem. Po ziemi sunęły strzępy białej piany, ścigały się ze sobą, zatrzymywały, a następnie zaczynały się wyprzedzać. Niektóre skupiały się w gęstwinie lub w zagłębieniach pni, niczym morski śnieg. Inne ślizgały się po powierzchni jeszcze zamarzniętych bagien. Fale, teraz oddalone o kilka mil, zostawiły na kamienistym brzegu białą, żółto połyskującą pianę, którą nawałnica rozrywała, rozczłonkowywała, zmniejszając wagę resztek i unosiła je z ziemi. Nicolas poczuł na wargach ślad słonej wody oceanu.

Naraz zza kępy drzew ukazało się stare, średniowieczne miasto. Unosiło się pośrodku bagien niczym wyspa oderwana od otaczających je białych i czarnych ziem. Nicolas popędził konia i galopem przekroczył pas murów.

Wjechał do Guérande przez bramę Sainte-Anne. Miasto wyglądało, jakby opuścili je wszyscy mieszkańcy; stukot kopyt o stare kamienie odbijał się echem po ulicach.

Zatrzymał się na placu Vieux-Marché przy granitowym domu, przywiązał wierzchowca do pierścienia przy murze i na trzęsących się nogach wszedł do środka. Zderzył się z Fine, która usłyszawszy hałas, pospieszyła, żeby go przywitać.

– Ach, to pan, Nicolasie! Dzięki, mój Boże!

Uścisnęła go, płacząc. Stara pomarszczona twarz pod białym czepcem, w którą zawsze się wtulał, powierzając jej swoje dziecięce smutki, była napięta, kości policzkowe miały barwę fioletowawą.

– Jezusie, Maryjo i święty Józefie, wielkie nieszczęście! Nasz dobry pan źle się poczuł w wieczór bożonarodzeniowy podczas mszy. Dwa dni potem zaziębił się, idąc zapalić wieczną lampkę. Od tamtej pory jest gorzej i gorzej, do tego doszła podagra, która, jak powiedział doktor, się nasiliła. No i już po nim. Stracił rozum. Wczoraj przyjął sakramenty.

Spojrzenie Nicolasa padło na kufer. Leżały tam płaszcz, kapelusz i laska jego opiekuna. Na widok dobrze znanych przedmiotów poczuł, jak gardło ściska mu żal.

– Fine, chodźmy go zobaczyć – rzekł zduszonym głosem.

Gdy wysoki kawaler wchodził po schodach, mała i drobna Fine obejmowała go w pasie. Pokój kanonika pozostawał w mroku, oświetlony tylko płomieniem kominka. Leżał nieruchomo, miał rwący i świszczący oddech, obie dłonie zaciśnięte u góry pościeli. Nicolas rzucił się na kolana i wyszeptał:

– Mój ojcze, jestem tu. Słyszycie mnie? Jestem tu.

Zawsze używał tego sformułowania, gdy zwracał się do swojego opiekuna. Bo w istocie ten umierający człowiek był jego ojcem. To on go przyjął, zajął się nim i we wszystkich okolicznościach niezmiennie objawiał mu swe wielkie uczucie.

Zrozpaczony Nicolas zdał sobie właśnie sprawę z miłości, jaką zawsze darzył kanonika, a także z tego, że nigdy o tym nie mówił i może już nigdy nie mieć okazji, żeby mu o tym powiedzieć. Słyszał jeszcze jego cichy głos, zwracający się do niego: „Pan, moje oczko w głowie”.

Nicolas ujął dłoń starca i pocałował ją. Zostali tak na dłuższą chwilę.

Gdy wybiła czwarta, kanonik otworzył oczy. W kąciku oka pojawiła się łza i popłynęła przez wychudzony policzek. Jego usta poruszyły się, usiłował coś powiedzieć, lecz zamiast tego wydał długie westchnienie i umarł. Ręka Nicolasa prowadzona ręką Fine zamknęła mu oczy. Twarz miał spokojną.

Wierna gosposia wzięła sprawy w swoje ręce, wykazując przy tym pewnego rodzaju zawzięty upór. Zgodnie ze zwyczajem jej rodzinnej Cornouaille, z której pochodził również kanonik, wykonała znak krzyża nad głową zmarłego, następnie otworzyła szeroko wielkie okno, żeby pomóc duszy wyzwolić się z ciała. Po czym zapaliła gromnicę u wezgłowia łóżka i wysłała służącą, żeby zawiadomiła kapitułę i żonę chorążego, ekspertkę od tych ceremonii. Gdy przybyła, zadzwonił dzwon kolegiaty. Obydwie kobiety zajęły się toaletą zmarłego, ułożyły dłonie wnętrzem do siebie i związały je szkaplerzem. W nogach łóżka ustawiono krzesło, na którym położono talerz ze święconą wodą i gałązkę bukszpanu.

* * *

Dla Nicolasa kolejne godziny zdawały się nie mieć końca. Zlodowaciały, nie miał pojęcia, co dzieje się wokół niego. Musiał odpowiadać na pozdrowienia wszystkich, którzy wchodzili do izby żałobnej. U wezgłowia zmarłego wymieniali się księża i zakonnice odmawiający litanię za zmarłych. Wedle zwyczaju Fine serwowała naleśniki i cydr odwiedzającym, którzy stali w wielkiej izbie i rozmawiali ściszonymi głosami.

Markiz przybył jako jeden z pierwszych, bez Isabelle. Jej nieobecność wzburzyła uczucia Nicolasa, kiedy zobaczył swojego ojca chrzestnego. Wyniosły ton markiza z trudem skrywał żal po stracie starego przyjaciela a wraz z nim ich trzydziestoletniej zażyłości. W pośpiechu ledwie znalazł czas, żeby powiedzieć Nicolasowi, że pan de Sartine pisał mu, iż jest z niego zadowolony. Umówili się, że po pogrzebie, który miał się odbyć w niedzielę, młody człowiek uda się do Ranreuil.

W miarę jak godziny mijały jedna po drugiej, Nicolas obserwował zmiany na twarzy zmarłego. Woskowa cera pierwszych godzin coraz bardziej wpadała w kolor miedzi, a potem w czerń, obwisłe ciało leżącego rzeźbił teraz ołowiany profil. W takiej chwili, w konfrontacji z rozpadającym się ciałem, cała czułość umykała, to bowiem, co leżało przed Nicolasem, nie mogło być już jego opiekunem. Musiał zapanować nad sobą, żeby oddalić to wrażenie, które jednak ogarniało go wielokrotnie, aż do momentu złożenia kanonika do trumny w sobotę rano.

* * *

W niedzielę było ładnie i chłodno. Po południu trumna została odprowadzona na noszach do niedalekiej kolegiaty. Nicolas na próżno wypatrywał Isabelle w tłumie, który się tam zgromadził.

Zamknięty w sobie, machinalnie wtórował śpiewom i modlitwom. Wpatrywał się w witraż nad głównym ołtarzem, przedstawiający cuda dokonane przez świętego Aubina, patrona sanktuarium. Wielki ostrołuk ze szkła i z kamienia, w którym dominowały błękity, stopniowo tracił swój blask, w miarę jak podnosił się zimowy cień. Słońce znikło. Rankiem jaśniało w przemianie wschodu, w środku dnia rozbłysło w chwale, a teraz chyliło się ku zachodowi.

Nicolas pomyślał, że każdy człowiek powinien w ten sposób przejść przez cykle swojego życia. Jego wzrok spoczął na trumnie przykrytej czarnym suknem ozdobionym srebrnymi płomykami, które delikatnie migotały w chybotliwym blasku gromnic stojących na katafalku. Znów poczuł, jak przytłaczają go żal i samotność.

Teraz cały kościół tonął w mroku. Granit, jak to się zdarza zimą, pocił się od wewnątrz. Para wodna wydzielana przez ciemne mury mieszała się z dymem kadzidła i gromnic. Dies irae wybuchło jak pozbawiony nadziei koniec. Na chwilę, w oczekiwaniu na ostateczne złożenie do grobu, biedne szczątki położono w krypcie, niedaleko bliźniaczej rzeźby nagrobnej Tristana de Carné i jego żony.

Nicolas pomyślał, że dokładnie w tym miejscu został podrzucony i wkrótce miną dwadzieścia dwa lata, odkąd kanonik Le Floch znalazł go i przygarnął. Myśl, że jego opiekun wrócił do ziemi właśnie w tym miejscu, była dla niego tajemniczą pociechą.

* * *

Poniedziałek był ponury, i Nicolas poczuł skutki zmęczenia i żałoby. Nie zdecydował się na złożenie wizyty markizowi, który pod koniec pogrzebu ponownie wyraził pragnienie, żeby go ujrzeć.

Fine, zapomniawszy o swoim własnym cierpieniu, nie wiedziała, czym zająć myśli młodego człowieka. Na próżno przyrządzała mu dania, które tak lubił w dzieciństwie, nie chciał ich tknąć, zadowalając się kawałkiem chleba. Część dnia spędził, włócząc się po bagnach z oczami utkwionymi w linię morza, które bielało na horyzoncie. Pragnienie wyjazdu i zapomnienia całkowicie nim zawładnęło. Zapędził się aż do miasta Batz, wspinając się, jak robił to zawsze z Isabelle, na szczyt dzwonnicy kościoła. Odcięty od świata, stojąc ponad mokradłami i oceanem, poczuł się lepiej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki