Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 145 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Taja z Jaśminowej - Adriana Szymańska

 

Mieszkanie to takie okropne słowo! Zwłaszcza, kiedy okazuje się, że z końcem lata trzeba będzie się tam przenieść i zostawić stary dom przy ulicy Jaśminowej 4. Taja nie wyobraża sobie życia w jakimś bloku. Jak będzie mogła zabrać ze sobą mieszkańców domu i ogrodu - kochające słoneczne poranki Zjawinki, śpiewające Tęczynki, kudłatego Słończyk rezydującego pod łóżkiem, stado Galopków, które w deszczowe dni biegają po dachu... Do tego jeszcze ten młodszy braciszek Daszo, pyzaty i nieznośny! Taja ma prawie siedem lat i bardzo poważne zmartwienie. W dodatku ciągle jeszcze nie spotkała swojego Rdenia, istoty, która - jak twierdzi Dziadek Filip - przybiera postać największego marzenia. A właśnie zbliża się Noc św. Jana, magiczny czas, kiedy w lesie kwitną paprocie i ludziom ukazują się właśnie Rdenie... Taja z Jaśminowej to magiczna, poetycka opowieść o potędze wyobraźni, pięknie przyrody i urokach dzieciństwa.

Opinie o ebooku Taja z Jaśminowej - Adriana Szymańska

Fragment ebooka Taja z Jaśminowej - Adriana Szymańska

Adriana Szymańska– poetka, eseistka, krytyk literacki; urodziła się w 1943 roku w Toruniu, ukończyła polonistykę na UMK. Debiutowała zbiorem wierszyNieba codzienności(1968), opublikowała kilkanaście książek poetyckich, powieść opartą na motywach autobiograficznychŚwięty grzechoraz zbiór szkicówDziedzice i barbarzyńcy.Dla dzieci opróczTai z Jaśminowejnapisała książkęNajpiękniejszy psi uśmiech i inne zwierzenia.Jest laureatką prestiżowych nagród literackich, jej książki przetłumaczono na kilka języków.

Wydawnictwo W.A.B. wznawiaTaję– pierwotnie wydaną w 1988 roku – nie tylko dla dzieci, lecz również dla ich rodziców, by przypomnieć im magiczny czas dzieciństwa.

Copyright © by Adriana Szymańska, 2010 

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010 

Wydanie II 

Warszawa 2010

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ PIERWSZY O porannych planach nie w porę obudzonym Daszu i śpiewających Zjawinkach

Taja budzi się. Nadsłuchuje tak uważnie, aż rudy kosmyk nad jej uchem staje na baczność.

Ani jedna kropla deszczu nie stuka w blaszany parapet. Czyżby przestało padać?

Wolno i ostrożnie otwiera Taja oczy.

– Są! – oddycha z ulgą.

Złociste pyłki tańczą w słonecznej smudze, która przecina pokój od okna po dywanik przed łóżkiem Tai.

– Cześć! – mówi dziewczynka, siadając w pościeli.

Wyciąga ręce do tańczących Świetlików. Opuszcza nogi na dywanik w sam środek ciepłej plamy. Rudobrązowy włochacz wygląda w tym miejscu jak grzbiet drzemiącego psa.

– Dobry Słończyk, dobry – mruczy Taja. Pochyla się i przebiera palcami wśród wełnistych kudełków. Spod jej ręki wzbijają się ku górze tysiące świetlistych drobinek. Umykają w stronę okna i próbują wcisnąć się w szparę między żółtymi zasłonkami.

Taja cicho chichocze.

– Nie było ciebie przez całe trzy dni – szepcze w miękki kark Słończyka. – Ale dziś zostaniesz ze mną, prawda?

Dziewczynka przeciąga się, wstaje i na palcach podbiega do okna. Bierze z półki pod ścianą małą kryształową miseczkę. Unosi ją do oczu i patrzy pod światło. We wnętrzu szkła wirują tęczowe iskry.

– Dzień dobry, Tęczynki – mówi Taja do migoczących w kryształowej czarce kolorów.

Odstawia ją na półkę i rozsuwa zasłonki.

Za oknem widać ogród. Słońce wędruje po gałęziach śliwy. Małe zielone owocki wyglądają jak choinkowe lampki. Na ścieżce przed domem błyszczą dwie kałuże – pozostałość po wczorajszym deszczu.

Taja przyciska nos do szyby, żeby dojrzeć jabłonkę z małymi kulkami owoców. Jest! Nie odleciała z wiatrem. Taja bała się o jabłonkę. Widziała wczoraj wieczorem, jak jej gałęzie unosiły się w górę i gwałtownie trzepotały. A nocą wiatr jeszcze się wzmógł. To był już wicher. Tłukł się o szyby i jęczał w kominie, jakby chciał porwać ze sobą cały dom. Przez dach przebiegały tabuny Deszczowych Galopków.

Galopki uwielbiają wiatr. Są właściwie niewidzialne. To nie Widziadła, tylko Słyszadła. Chociaż Dziadek Filip twierdzi, że podobne są do małych siwych koników. Mają długie grzywy i ogony mieniące się jak deszczowe smugi. Podczas wielkiej ulewy można je czasem dojrzeć, gdy zbiegają z chmur po strużkach deszczu.

Taja wciąż patrzy na jabłonkę. Za jej plecami zegarowa kukułka siedem razy wystukuje poranną godzinę.

– Dopiero siódma – cieszy się Taja. Zerka na łóżeczko brata w zacienionym kącie. Daszo nie rusza się. Niech śpi.

Taja wybiega na środek pokoju, roztrąca mgiełkę Świetlików i wskakuje na grzbiet Słończyka.

– Rusz się, leniu! Idziemy do ogrodu. Patrz, jaka pogoda. Wymarzona na Świętojański Dzień.

Puszysty zwierzak nie chce jednak opuszczać wygodnego miejsca. Wsuwa się głębiej pod łóżko Tai i zastyga w słonecznym śnie. Taja wbija mu w plecy różowe pięty. Udaje, że się złości.

– Ty, ty, ty, ciągle tylko śpisz! – podśpiewuje w rytm skakania.

Chmura lśniących pyłków wzbija się pod sufit. Taja przymyka oczy i śledzi spod rzęs kolorowe zamieszanie wokół siebie. Wreszcie nurkuje pod łóżko po drewniane chodaki.

– Skąd tu tyle kurzu? – słyszy nagle zagniewany głos mamy. – Pewnie znowu skakałaś po dywanie. Muszę go stąd zabrać. W nowym mieszkaniu wszędzie położy się gładką wykładzinę.

Taja smutnieje. W jednej chwili wszystko sobie przypomina. W końcu sierpnia przenoszą się do nowego mieszkania. Mieszkanie! Jakie to okropne słowo. Taja nienawidzi go od chwili, kiedy zrozumiała, że naprawdę trzeba będzie opuścić dom na Jaśminowej. Taja nie wierzy, że w tym jakimś mieszkaniu w ogóle będzie można żyć. Cóż to za życie bez okna z trzema małymi szybami i żółtymi zasłonkami. Bez Słonecznych Zjawinek w pokoju i Zielonego Królestwa Ogrodu. Bez Galopków biegających po dachu i bez Dziwanów w łopianach. Bez jabłonki!

Nie! Taja się stąd nie wyprowadzi. Zostanie tutaj. Sama. Niech tam sobie idą wszyscy – mama, Duży, Daszo i babcia. Ona, Taja, nie ma ochoty.

Przytulona teraz do rozgrzanej sierści Słończyka słyszy, że mama podchodzi do łóżeczka śpiącego Dasza. Dwie łzy spływają po policzkach Tai i skapują na kudełki Słończyka. Słończyk zmalał bardzo i wlazł jeszcze głębiej pod łóżko.

– Nie odchodź jeszcze – prosi go Taja, chowając mokry nos w kolorowe futerko.

– Ubierz się, Taju – głos mamy jest już pogodniejszy. – Możesz pójść do ogrodu, jeśli Daszo się nie obudzi. Idę przygotować śniadanie.

Mama wychodzi, a Taja trze mokrym nosem o grzbiet Słończyka wąziutkiego z przejęcia jak lalczyna sukienka.

Nagle dziewczynka czuje jakiś ruch obok własnej lewej pięty. Ogonek? Tak! Skręcony jak ucho filiżanki ogonek Słończyka. Rusza się coraz prędzej i naraz coś maleńkiego wyskakuje stamtąd wprost na wilgotny nos Tai. Taja musi zezować, żeby dostrzec to maleństwo. To Świetlik, mała słoneczna pchełka ze Słończykowego ogona. Podskakuje na piegowatym nosie Tai i śpiewa cienkim głosikiem:

Fi, fi, fi. Płyną sobie łzy. A ja, Świetlik, na nos siadam. Ze mną płakać nie wypada! Raz fikołek, dwa i trzy Na twym nosku. Fi, fi, fi.

– Apsik! – kicha rozbawiona Taja. Świetlik ześlizguje się z jej nosa, odbija od drewnianej poręczy łóżka i wskakuje na parapet.

– Do zobaczenia w ogrodzie! – brzęczy cieniutko i wzbija się do otwartego lufcika.

Tańczy jeszcze przez chwilę na tle żółtej zasłonki, jak mały złoty klown, i znika w jasnym powietrzu za oknem.

Taja podchodzi na palcach do drzwi, wysuwa się do przedpokoju i na chwilę znika w łazience. Chwila ta jest bardzo krótka. Gdyby ktokolwiek z dorosłych obserwował teraz Taję, byłby pewien, że umyła nie więcej niż koniuszek zadartego nosa. Ale w przedpokoju nie ma nikogo.

Taja wraca do pokoju i wkłada przygotowaną wczoraj wieczorem sukienkę. Białą w różowe paski.

Nogi wsuwa w czerwone drewniaczki i biegnie do drzwi. Dotyka klamki, gdy nagle:

– Pip-pip, tut-tut – rozlega się z dwóch kątów pokoju naraz. Taja nieruchomieje. To Pipitutki rozpoczęły swój poranny koncert.

Pipitutki to domowe Słyszadła. Mieszkają w zacienionych kątach domu, często za szafą lub pod podłogą. Rzadko wychodzą ze swych kryjówek i, niestety, bywają złośliwe. Może dlatego, że ciągle przebywają w cieniu i nie potrafią cieszyć się powietrzem i światłem. Wyglądają z pewnością jak suche sosnowe drzazgi używane zimą na podpałkę. Wieczorami Taja lubi nawet słuchać ich skrzypliwych kołysanek. Ale żeby skrzypieć teraz, kiedy ona zamierza właśnie wyjść! Bezczelność. Przecież Daszo…

– Taja! Taja! – wybucha z kąta głośny wrzask braciszka.

No właśnie. Już się obudził. Wstrętne Pipitutki! Znowu przez tego krzykacza Taja nie może zająć się swoimi sprawami. Przy furtce powinien już czekać Michał. Mają iść do lasu. Dziś w szkole lekcje odwołane, bo nauczyciele są zajęci wystawianiem ocen. A Dziadek Filip pewnie od dawna siedzi pod czarnym bzem. I Dziwany szepczą w łopianach i wśród liści rabarbaru. Dziadek Filip miał dziś opowiadać Tai o Rdeniu. Och, jak jej pilno go zobaczyć.

– Daszo, posłuchaj. Zaraz przyjdzie mama. Ja muszę teraz wyjść.

– Taja, tu! Taja, tuuu! – woła Daszo i kąciki ust opadają mu niebezpiecznie. Zaraz się rozbeczy.

Taja z rezygnacją podchodzi do łóżeczka brata i opiera się o sznurkową siatkę.

– No, dobrze, dobrze. Zostaję – mówi. I dodaje tonem wymówki: – Oj, Daszo! Kiedy ty dorośniesz?

Daszo przepycha tłuste nóżki przez oczka siatki i próbuje stopkami dotknąć podłogi.

Taja zamyśla się.

Daszo ma dopiero półtora roku. Urodził się poprzedniej zimy w tym czasie, kiedy Taja wyjechała z babcią w góry. Po powrocie zastała w domu małą wrzeszczącą osóbkę. Do dziś Taja nie może przyzwyczaić się do Dasza. Ona skończy niedługo siedem lat i po wakacjach pójdzie do pierwszej klasy w nowej szkole.

Nowej szkoły nie lubi Taja tak samo jak nowego mieszkania. Taja w ogóle nie przepada za szkołą. Zerówka to właściwie zabawa w szkołę, ale Taja woli inne zabawy. W klasie koleżanki nie wierzą jej, gdy opowiada o swoich porannych harcach ze Słończykiem, śmieją się z Dziwanów, Pipitutek i Galopków. Chłopcy są jeszcze gorsi. Potrącają Taję, ciągną za kucyki, a nawet prztykają w nos, kiedy dziewczynka się zamyśli. A na podwórku strzelają z procy do ptaków, depczą kwiaty na podokiennych rabatkach.

Szkoła w tym tylko jest lepsza od domu, że nie ma w niej Dasza.

Daszo ma na imię właściwie Adam, tak jak tata. Na tatę mówi się jednak Duży, dlatego że mama chce mieć na zawsze spokój z tym wołaniem. To znaczy, żeby nie zjawiali się obydwaj – tata i Daszo, kiedy mama potrzebuje tylko jednego. Daszo mówi o sobie – Dasio. To Taja zrobiła z niego Dasza, żeby było chociaż troszeczkę poważniej.

Taja tak naprawdę ma na imię Natalia. Każdy się chyba domyśla, że to ten głuptasek, Daszo, zmienił jej imię. Kiedy tylko nauczył się przywoływać mamę i tatę, zaczął dręczyć siostrę. Próbował tak i owak, aż przerobił Natalię na Taję. I tak to trwa już całe pół roku.

Taja początkowo złościła się, kiedy mama, Duży, a nawet babcia postanowili też tak ją nazywać. Ale teraz już się przyzwyczaiła. Uważa, że to nawet ładnie brzmi – Taja z Czarodziejskiej Jabłonki. Tak myśli o sobie, kiedy w ogrodzie siedzi wysoko na gałęzi ulubionego drzewa.

Niedawno to zdrobnienie dotarło do szkoły. W klasie mówi się teraz o niej – Taja z Jaśminowej. Z pewnością dlatego, że Taja prawie każdą swoją wypowiedź zaczyna od słów: „U nas na Jaśminowej…”.

Pozostali domownicy z Jaśminowej 3 to mama i babcia. Mama jest mamą dla Tai i Dasza. Dla babci jest Sylwią. Dla Dużego – Lilką. Babcia uważa, że tylko ona jedna ma normalne imię w tej zwariowanej rodzinie. Babci na imię Helena. Ale i tak jest po prostu babcią. A Daszo, który nigdy jeszcze niczego nie powiedział po ludzku, woła na nią – bala.

Taja postanawia teraz przechytrzyć braciszka. Oddala się na palcach od łóżka Dasza i próbuje niepostrzeżenie wymknąć się z pokoju. Przez chwilę wydaje się jej, że brat nie zwraca na nią uwagi. Jest zajęty zabawą własnymi nogami. Jednak, gdy tylko Taja uchyla drzwi do przedpokoju, rozlega się znajomy okrzyk:

– Taja, tu! Dasio, tuu!

– Czego się tak drzesz? – burczy Taja niezbyt grzecznie i wraca do Dasza drepczącego teraz tuż przy siatce łóżeczka. A on – już rozpogodzony – szczerzy do Tai drobniutkie zęby w szerokim uśmiechu.

Jest bardzo zabawny. Pyzaty i różowy, w opadających na stopy śpioszkach. Taja uśmiecha się do niego, nawet o tym nie wiedząc. Wydostaje go z łóżka i sadza na plastykowym nocniku.

– Masz – podaje mu drewnianą łyżkę i blaszaną pokrywkę od garnka. – Wołaj te swoje wilki.

– Wiki! Wiki! – powtarza Daszo i wali łyżką w pokrywkę. Taja chwyta się za głowę i ucieka do okna. Tak lubi opowieść Dużego o wilkach, ale Daszo potrafi wszystko jej obrzydzić. A w tej chwili Taja ma szczególne powody, żeby mieć braciszkowi za złe jego wrzaski. Jest zrozpaczona. Nie zdąży już wyjść przed śniadaniem do ogrodu. I co będzie ze Świetlikiem? Czy go potem odnajdzie? Jak go w ogóle szukać w gęstwinie liści, gałęzi i kwiatów?

Taja nakręca na palec rudy kosmyk włosów nad uchem. Znaczy to, że jest bardzo przejęta. Spogląda na kryształową miseczkę – prezent od babci na jej, Tai, szóste urodziny. Miseczka jest bardzo cenna. Ma tyle lat co babcia. A może i więcej… Już po raz drugi dzisiaj bierze ją Taja do ręki i podnosi do oczu. Słoneczny promień oświetla z boku rzeźbione szkło. Cała tęcza zapala się w zaokrągleniu naczynia. Kolorowe Tęczynki przeskakują przez szklane brzegi. Nagle jedna z nich przystaje na krawędzi miseczki i kłania się Tai. Taka malutka dziewczynka w tęczowej pasiastej sukience, z różową gwiazdką w liliowych włosach. Kołysze się miarowo i śpiewa głosem jeszcze delikatniejszym niż pisk słonecznego Świetlika:

Taju, Taju, słuchaj mnie. 

Ja, Tęczynka, wzywam cię. 

Biegnij za mną prosto w słońce 

Rozzłocone, panujące 

Nad ogrodem i nad dniem. 

Taju, Taju, wzywam cię.

Taja stoi bez ruchu, prawie nie oddycha. Widzi, że kolorowa dziewczynka wzbija się w górę i wyskakuje lufcikiem w światło za oknem. To samo zrobił przed chwilą jej słoneczny brat.

Taja wolniutko odkłada na półkę kryształową miseczkę. Już w niej wygasły tęczowe migotki.

– Mama, o! Wiki! Wiki! – woła radośnie Daszo. Taja podbiega do wchodzącej mamy i uczepia się jej sukienki.

– Pozwól mi. Ja muszę wyjść. Zaraz. Chociaż na chwilę.

Mama zgadza się. Cudownie, że nie trzeba jej wszystkiego wyjaśniać.

– Zjedz śniadanie. I pamiętaj o dziesiątej…

Taja już nie słucha. Pamięta. Mama idzie dziś z babcią do lekarza. Do dziesiątej jeszcze tyle czasu.

Taja pędzi do kuchni, gdzie czeka na nią gorące mleko i chrupiąca bułka z serem. To znaczy, że Duży przed wyjściem do pracy zdążył zrobić zakupy. Szybko, szybko. Mleko parzy wargi. Jak dobrze, że babcia jeszcze nie wstała. Nikt Tai nie pilnuje, może więc odejść od stołu z niedojedzoną bułką w ręce.

Nareszcie! Do ogrodu.

ROZDZIAŁ DRUGI O nowinach zza płotu, gorączkowych poszukiwaniach i niezwykłym odkryciu pod jabłonką

Dziadek Filip siedzi przed swoją furtką i pali fajkę. Siedzi jak zwykle na drewnianym krześle z owalnym rzeźbionym oparciem. Patrzy prosto w słońce, a jego niebieskie oczy są tak jasne, jak kwitnące na grządce Tai niezapominajki. Nad głową Dziadka rozpościerają się kwietne baldachimy dzikiego bzu. Ich słodko-gorzki zapach dolatuje aż do nosa Tai, mieszając się z zapachem jaśminu.

Dziadek Filip jest bardzo stary. Ma zupełnie białe włosy, białe brwi i długą białą brodę. Taj a uważa Dziadka Filipa za swego najlepszego przyjaciela. Michał, który mieszka w trochę dalszym sąsiedztwie, w przyjaźni z Tają zajmuje, według jej oceny, drugie miejsce. Michał, który ma już skończone dziewięć lat, często odwiedza Taję. A także Taja biega do niego, gdy tylko ma wolną chwilę.