Tacet a Mortuis. Elite Kings Club. Tom 3 - Amo Jones - ebook

Tacet a Mortuis. Elite Kings Club. Tom 3 ebook

Amo Jones

4,5

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Zazdrość, tajemnice i obezwładniające pożądanie – trzeci tom mrocznej serii Elite Kings Club

Kolejne tajemnice z przeszłości Madison i te związane z jej własną rodziną zostaną ujawnione, zadając dziewczynie ból, którego nigdy wcześniej nie doświadczyła

Dziewczyna czuje się zdradzona zarówno przez własnych rodziców, jak i Bishopa. Rozumie, że zawsze jest i będzie tylko marionetką w rękach ludzi, którzy ją otaczają.

Tymczasem w życiu Bishopa pojawia się dziewczyna z przeszłości, która ma niego oko.. Madison jest zazdrosna i zraniona, a to prosta droga do popełnienia błędu.

Czy to, co łączyło Madison i Bishopa było prawdziwe? A może to kolejne kłamstwo, w które uwierzyła?

__

O autorce:

Amo Jones to pełnoetatowa, bestsellerowa autorka z Nowej Zelandii, która pisze bezkompromisowe książki z tzw. pazurem i “bez hamulców”. Specjalizuje się w tytułach z półki dark romance. Prywatnie uwielbia długie spacery do winnicy. Mówi, że pisze tak, jak żyje: “Na granicy szaleństwa i z kieliszkiem wina w jednej ręce i swoimi zasadami moralnymi lub ich brakiem w drugiej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 339

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Dla Amy Jesteś kobietą. Jesteś siłą. Zrozumiesz to po przeczytaniu tej książki.

PLAYLISTA

Desperado ▪ Rihanna

Adore ▪ Amy Shark

Hail to the King ▪ Avenged Sevenfold

B.Y.O.B. ▪ System of a Down

Toxicity ▪ System of a Down

Talking Body ▪ Tove Lo

Hey Baby (Drop It To the Floor) ▪ Pitbull, T-Pain

Bad At Love ▪ Halsey

My Life ▪ 50 Cent, Eminem, Adam Levine

Everything, Everyday, Everywhere ▪ Fabolous, Keri Hilson

F**kin’ Problems ▪ A$AP Rocky, Drake, 2 Chainz, Kendrick Lamar

Familiar Taste of Poison ▪ Halestorm

Tourniquet ▪ Evanescence

Touch It ▪ Monifah

#icanteven ▪ The Neighbourhood, French Montana

Nice & Slow ▪ Usher

Last Night ▪ Keyshia Cole, Diddy

Slow Jamz (feat. Kanye West & Jamie Foxx) ▪ Twista, Jamie Foxx, Kanye West

I’m Sprung ▪ Trick Daddy & YoungBloodz Remix – T-Pain

Wonderful ▪ Ja Rule, R. Kelly, Ashanti

My Boo ▪ Usher, Alicia Keys

Everyone Nose (All The Girls Standing In The Line For The Bathroom) ▪ N.E.R.D

Climax ▪ Usher

Crawl ▪ Breaking Benjamin

Hate That I Love You ▪ Rihanna, Ne-Yo

Bonnie and Clyde ▪ DJ Hitman

Right Now (Na Na Na) ▪ Akon

A Place For My Head ▪ Linkin Park

Look In My Eyes ▪ Rains

I Fucking Hate You ▪ Godsmack

Pray For Me ▪ The Weeknd, Kendrick Lamar

Behind Blue Eyes ▪ Limp Bizkit

Kiss Me Thru The Phone ▪ Soulja Boy, Sammie

Light Up Light Up ▪ Baby Bash, Z-Ro, Berner, Baby E

Move to L.A. ▪ Tyga, Ty Dolla $ign

Sex With Me ▪ Rihanna

It’s A Vibe ▪ 2 Chainz, Ty Dolla $ign, Trey Songz, Jhene Aiko

Bad Mother F*cker ▪ Machine Gun Kelly, Kid Rock

Water ▪ Jack Garratt

Get Dough ▪ Dead Obies

Something I Don’t Know ▪ Miras

wRoNg ▪ ZAYN, Kehlani

Bad Intentions ▪ Niykee Heaton, Migos, OG Parker

Lullaby ▪ Niykee Heaton

I’m Ready ▪ Niykee Heaton

Zombie ▪ Bad Wolves

Hero ▪ Skillet

Torn to Pieces ▪ Pop Evil

Your Betrayal ▪ Bullet For My Valentine

Stupid Love ▪ Jason Derulo

Addicted ▪ Saving Abel

I’m Not An Angel ▪ Halestorm

Infinity ▪ Niykee Heaton

Ghetto Flower ▪ J. Williams

I Was Never There ▪ The Weeknd, Gesaffelstein

Hurt You ▪ The Weeknd, Gesaffelstein

The Other ▪ Lauv

Believer (Live/Acoustic) ▪ Imagine Dragons

Believer ▪ Imagine Dragons

Call Out My Name ▪ The Weeknd

Innocence ▪ Halestorm

Whoring Streets ▪ Scars On Broadway

POWTÓRKA

Marionetka

– Nie! – wołam i osuwam się na ziemię. Kręcę głową i szarpię włosy, pragnąc wyrwać razem z nimi wspomnienia.

– Madison! – Kto to? To chyba głos Bishopa. – Brantley…

Patrząc na łóżko, przełknęłam ślinę i powoli weszłam do pokoju. To był wielki pokój. Ogromny. Panował w nim półmrok, niemal ciemność. Podeszłam do dużego łóżka, a serce waliło mi jak młotem. Na statywie stała kamera, na łóżko zaś nakierowany był strumień światła.

Ściągnęłam brwi.

– Połóż się na łóżku, Silver.

Ten głos. Nienawidziłam go. Było mi niedobrze, bolał mnie żołądek. Działo się coś niedobrego, tak jak zawsze w obecności tego mężczyzny. Nienawidziłam go, ale spełniałam jego polecenia, bo tak mnie nauczono. Musiałam słuchać dorosłych, oni zawsze wiedzieli najlepiej. Ale dlaczego przez niego czuję się brudna? Żaden inny dorosły tego nie robił. Przez niego czułam jednocześnie smutek i gniew. Miałam mętlik w głowie.

Zatrzymałam się w nogach łóżka. Na pościeli leżał mały, skulony chłopiec. Ale był bez ubrania. Dlaczego? Na pewno było mu zimno.

– Silver, do łóżka! – Lucan podniósł na mnie głos, a ja się wzdrygnęłam i szybko się wspięłam na miękki materac.

– Cześć – szepnęłam do chłopca, który płakał. – Co się stało? – zapytałam, chcąc się dowiedzieć, dlaczego jest mu smutno. Czuł to samo, co ja? Przez Lucana?

Chłopiec zaszlochał i ukrył twarz w kocu.

– Idź sobie! – zawołał, nie przestając płakać. Był zły i smutny, więc może rzeczywiście czuł to samo.

Lucan poluźnił krawat i skierował na nas kamerę.

– Silver, rozbierz się.

– Nie! – wołam cała spocona. – Zostaw mnie. Nie nazywam się Silver! Jestem Madison! Madison Montgomery! Nie jestem Silver! – Kołyszę się na żwirowej drodze, starając się wyrwać z tego wspomnienia.

– Ja… A co z chłopcem?

Lucan spojrzał na niego i podwinął górną wargę.

– Brantley, zrób miejsce dla Silver.

Otwieram oczy i zrywam się z ziemi, ignorując małe kamyczki, które wbiły mi się w skórę.

– Brantley! – wołam.

Odwraca się w moją stronę. Jego twarz jest pozbawiona wyrazu.

Paraliżują mnie ból, gniew i smutek – wszystko wróciło i nagle znów jestem tamtą przerażoną dziewczynką.

– O czym oni, do cholery, mówią? – grzmi Hector, mniej opanowany niż dotychczas. – Madison, co się tam, do cholery, wydarzyło?

Światła omiatają dom, ale ja je ignoruję. Ignoruję wszystko. I nagle – wściekłość. Czysta wściekłość elektryzuje mnie niczym eksplozja adrenaliny. Prostuję się i w końcu patrzę prosto na Lucana, mężczyznę, który mnie wykorzystał, kiedy byłam mała. Mężczyznę, któremu moi rodzice ufali. Mężczyznę, któremu ja ufałam. Mężczyznę, który zmusił mnie do utrzymywania wszystkiego w tajemnicy, używając karty przetargowej o nazwie „jestem dorosły”.

Mężczyznę, którego pragnę zabić.

– Ty! – syczę.

Jego spojrzenie napotyka moje. Wygląda tak samo, jak dawniej, tyle że jest starszy. Dużo starszy. Teraz ma łysą głowę i twarz pozbawioną zarostu, ale jego oczy… Jego oczy zawsze już będą wytrychem do tego uczucia. Powoli wyślizguje się ze mnie to, co czułam jako mała dziewczynka, ale walczę z tym. Już nią nie jestem. Jestem starsza. Bardziej doświadczona. I choć możliwe, że ten ból będzie mnie dręczył przez wiele miesięcy po spotkaniu z nim, wiem, że to, co zrobię, sprawi, że będzie warto.

W oddali słyszę odgłos zamykanych drzwi, lecz ponownie to ignoruję. Ignoruję wszystko, skupiając się wyłącznie na Lucanie.

Słyszę, że ktoś idzie w naszą stronę, słyszę chrzęst żwiru, ale to ignoruję.

Lucan śmieje się cicho.

– Nikt ci nie uwierzy, Silver.

Kroki się zatrzymują.

Lodowaty wiatr zwiewa mi włosy na twarz i w tym momencie już wiem. Wiem, że te kroki należą do Bishopa i Królów.

Lucas rzuca się w moją stronę, chwyta mnie za włosy i przyciąga do siebie, tak że moje plecy stykają się z jego klatką piersiową. Dzieje się to w mgnieniu oka. Do skroni przystawia mi pistolet. Posyłam Bishopowi błagalne spojrzenie, ale on na mnie nie patrzy. Jego ramiona gniewnie unoszą się i opadają, a jego wzrok skupia się na Lucanie.

– Co tu się dzieje, synu? – pyta spokojnie Hector, niespecjalnie przejęty tym, że ktoś może mi zaraz odstrzelić głowę. Serce wali mi jak szalone, ze strachu całe ciało mam pokryte gęsią skórką. O nie. Nie pozwolę na to. Nie przetrwałam tych wszystkich wspomnień po to, żeby teraz zginąć z jego rąk. Jego ręce już zbyt wiele mi odebrały i nie pozwolę zabrać im także mojego życia.

Bishop robi krok w przód. Oczy ma czarne. Tak bardzo czarne. Jeszcze nie widziałam go w takim stanie. Ponad jego ramieniem dostrzegam Nate’a, w takim samym wydaniu. Zaczyna podskakiwać w miejscu i kręci szyją, jakby był gotowy do walki. I nie wątpię, że tak właśnie jest. Pozostali chłopcy też czekają w gotowości. Bez względu na to, czy znają moją historię, czy nie, ja to widzę. Widzę ich lojalność wobec Bishopa. Nie da się jej zaprzeczyć. To Elite Kings Club w najczystszej postaci.

Lucan jeszcze mocniej przyciska mi lufę do skroni.

– Nie ruszaj się. No dobrze, skoro dzisiejszego wieczoru nie wszyscy ujdą z życiem, chcę wyjaśnić parę spraw, żeby Silver rozjaśniło się w głowie.

– Nie nazywaj mnie tak – syczę.

– Hej, wyświadczam ci przysługę.

– Pierdol się.

Śmieje się, a jego oddech owiewa mi szyję. Nie potrafię ukryć odrazy, targa mną odruch wymiotny.

– Co tu się dzieje? – pyta ponownie Hector.

Gdzie jest Brantley? To była pułapka. Nigdzie nie widzę jego i Khales.

– Pozwól, Silver, że zacznę od pytania: co wiesz o nazwiskach tych oto chłopców?

Co takiego?

– Co to ma wspólnego z tobą i z tym, co mi zrobiłeś przed laty?

– Zaraz do tego dojdę. – Uśmiecha się. W jego głosie słyszę, jak wielką mu to wszystko sprawia przyjemność. A że głos to ostatnie, co się w człowieku zmienia, jego ton jest taki sam, jak wtedy.

– Co ty robisz, Lucan? – W głosie Hectora słychać ostrzegawczą nutę. To powinno wystarczyć, żeby zasiać w Lucanie strach, tak się jednak nie dzieje.

– Hector i Bishop Hayes… – kontynuuje. – „Hayes” znaczy „Szatan”. – Kiedy otwieram usta, żeby coś powiedzieć, on zasłania je dłonią. – Wszyscy morda w kubeł, inaczej ją zastrzelę, przysięgam na Boga. – Odkasłuje, po czym z zadowoleniem wraca do tematu. – Na czym to ja skończyłem? Ach tak, nazwiska. Lucan i Brantley Vitiosus. Przejdę do znaczeń nazwisk i ich angielskich tłumaczeń, kiedy skończę. – Śmieje się. Następnie przystawia mi usta do ucha i szepcze: – A ty wiesz, jak bardzo lubię teatralne gesty, prawda, Silver?

Pierwsze łzy, a za nimi gniew. Wściekłość.

– Max, Saint i Cash Ditio. Phoenix i Chase Divitae. Raguel, Ace i Eli Rebellis. – Śmieje się z ostatnich. Moje spojrzenie biegnie ku Nate’owi, którego przytrzymują w tej chwili Chase i Cash. Wygląda, jakby oszalał z gniewu. Ciemność i łzy utrudniają mi widzenie, ale poczułabym to, nawet gdybym go nie widziała.

Lucan kontynuuje:

– Nate Malum-Riverside. – Ze śmiechem ponownie zbliża usta do mojego ucha.

Zamykam oczy, walcząc z żółcią, która podchodzi mi do gardła przez jego bliskość, jego dotyk.

– Johan, Hunter, Jase i Madison Venari.

Zamieram. Cała krew odpływa mi z twarzy.

– Słyszysz, Silver? Jesteś adoptowana… Ty i ten twój świrnięty brat.

Co takiego? Kolejne łzy płyną z moich oczu. To nie może być prawda. Mój tata to mój tata, a mama była moją mamą.

Podnoszę wzrok na Bishopa, który w końcu patrzy mi w oczy, i to widzę. To spojrzenie. Spojrzenie, którym obdarza mnie tylko wtedy, kiedy jesteśmy sami.

To prawda, a on o wszystkim wiedział.

Moim ciałem wstrząsa szloch i uginają się pode mną kolana, ale Lucan podciąga mnie do góry.

– Ostrożnie, ostrożnie… Może porozmawiasz potem ze swoim facetem o znaczeniu tych nazwisk w odniesieniu do obowiązków każdej rodziny wobec Królów, ale pozwól, że coś ci teraz powiem, Silver – szepcze mi do ucha. – Kiedy dowiesz się o wszystkim, oni cię zabiją.

Mam to gdzieś.

Jestem adoptowana. Moje całe życie to kłamstwo. Myliłam się. Nie mogę nikomu ufać. Tylko Daemonowi. Daemon. Z oczu płynie mi kolejna fala łez.

– Ułatwię ci to więc i zdradzę największą tajemnicę! – woła, śmiejąc się histerycznie. Po chwili jedynym słyszalnym dźwiękiem jest mój ciężki oddech. – Ty…

Rozlega się strzał i z gardła Lucasa wydobywa się krzyk. Puszcza mnie i upada na ziemię.

Stoję w bezruchu, a w uszach szumi mi od wystrzału.

Ból.

Gniew.

Wściekłość.

Wściekłość.

Wściekłość.

Robi mi się gorąco, kiedy myślę o tym wszystkim. O jego dotyku, kiedy byłam mała. O tym, co kazał mi robić Brantleyowi. I o tym, co Brantley musiał robić mnie.

– Stop! – wołam, a moje spojrzenie jest utkwione w samochodzie.

Cisza.

Powoli się odwracam i widzę Bishopa. Kuca obok Lucana, który wykrwawia się na drodze.

Patrzę na niego i przechylam głowę. Szepczę z uśmiechem:

– Twoje cierpienie koi mój gniew.

Patrzy mi prosto w oczy.

– Będę żył w twoich wspomnieniach, Silver. Zawsze.

Zaciskając usta, przykucam i zbliżam rękę do wojskowego buta Bishopa, tam, gdzie trzyma nóż. Czuję, że zamiera, kiedy dociera do niego, co zamierzam zrobić, nim jednak zdąży mnie powstrzymać – zresztą czy by to zrobił? – odpinam kaburę i wyjmuję duży nóż, po czym powoli unoszę rękę. Podąża za nią spojrzenie Lucana.

– Widzisz to? – Przesuwam palcem wskazującym po tępej stronie ostrza. – To nóż survivalowy Fallkniven A1Pro. – Uśmiecham się drwiąco, a stojący za mną chłopcy, z wyjątkiem Bishopa, który kuca przy mnie, patrzą na mnie z podziwem czy strachem, a może jednym i drugim. Zapewniają mi wsparcie, ale nie będę go potrzebowała. Wbijam ostrze w Lucana, w okolice miednicy, aż czuję, jak kruszy się pod nim kość. Z jego gardła wydobywa się mrożący krew w żyłach krzyk, plecy wygina w łuk, a po twarzy płyną mu łzy.

Nachylam się do jego ucha i muskam je ustami, tak jak on zaledwie chwilę temu. Czując spływającą mi po dłoni krew, uśmiecham się i szepczę:

– Wiesz, jako że uwielbiasz teatralność… Ten nóż to nóż survivalowy. – Obracam ostrze, a rękę mam lepką od jego krwi. Ta krew koi mój gniew niczym lód przyłożony do oparzenia. Koi ból.

Wyciągam z niego nóż, cofam się lekko i zaciskam obie dłonie na rękojeści, gotowa, aby wbić ostrze w jego głowę. Potrzebuję tego, żeby w końcu uporać się z tym ogniem w moim wnętrzu. W tym momencie pojawia się Brantley, wyrywa mi nóż z rąk i wbija go Lucanowi między oczy. Tryska na mnie krew, w ustach czuję metaliczny posmak.

Brantley krzyczy, żyły na jego szyi są napięte, oczy niemal wychodzą z orbit. W nim buzuje jeszcze większy gniew… Miałam rację. Lucan był jego ojcem.

Mój oddech się uspokaja, a kiedy głowa Lucana opada na bok, opieram się o Bishopa i kładę głowę na jego ramieniu.

Obejmuje mnie i całuje w głowę, a tymczasem Brantley wyjmuje z ojca nóż i ponownie zatapia w nim ostrze. I jeszcze raz. I jeszcze. Wzdrygam się, ukrywając twarz w ramieniu Bishopa.

– Chodź, mała – mówi Bishop, kiedy widzi, że Brantley szybko nie skończy.

– Wszystko pięknie – odzywa się Hector, a ja podnoszę na niego wzrok – ale czy ktoś z was mi wyjaśni, co tu się, kurwa, dzieje, i czemu mój pomocnik, moja prawa ręka nie żyje? Brantley, słyszysz, on nie żyje, więc możesz już przestać. – Milknie i patrzy na jatkę, jaką urządził Brantley, po czym wzrusza ramionami, jakby takie obrazki były dla niego na porządku dziennym. Pewnie są… Właściwie to żaden z nich nie wydaje się szczególnie poruszony.

Bishop przytula mnie mocno.

– Lucan gwałcił Madison, kiedy była mała.

Hector zaciąga się cygarem, a ja dostrzegam, że ta informacja go rozwścieczyła. W sumie jestem zaskoczona, bo to przecież Hector Hayes. Nie pomyślałabym, że coś takiego może go poruszyć. Najwyraźniej wyczuwa moje zdziwienie, bo śmieje się cicho.

– Nie bierz tego do siebie, kotku. Osobiście z wielu powodów cię nie lubię. – Patrzy na syna, po czym przenosi spojrzenie z powrotem na mnie. – Ale gwałtów nie akceptuję.

– I… – Bishop na chwile milknie, po czym kontynuuje: – …i Brantleya.

Odgłos wbijania noża w ciało zastąpił szloch. Nie cichy, lecz porządny, głośny szloch. Odwracam się i w końcu patrzę na Brantleya.

Kuca obok tego, co zostało z Lucana, obejmuje rękami kolana i się kołysze w przód i w tył. Z jego włosów, twarzy i rąk kapie krew, ale on się jedynie kołysze, głośno zawodząc.

– Nie chciałem tego. Dlaczego? Dlaczego kazałeś mi robić to tyle razy? Tyle razy… – Kręci głową.

Chcę do niego podejść, ale Bishop chwyta mnie za ramię.

– Nie.

– Co to znaczy nie? Nic dziwnego, że on mnie nienawidzi – szepczę, patrząc Bishopowi w oczy. – Musiał zrzucić na kogoś winę, więc to mnie obwiniał o to, do czego zmusił nas tamtego dnia jego ojciec. Obwiniał mnie, bo gdybym nie istniała, nie doszłoby do tego.

Bishop kręci głową.

– Nie, skarbie. – A potem jego spojrzenie wędruje ponad moim ramieniem.

– Trzydzieści siedem – szepcze za mną Brantley, a ja szybko się odwracam w jego stronę. – Trzydzieści siedem małych dziewczynek.

Co takiego? Milczę w nadziei, że powie coś więcej.

Samochodowe reflektory oświetlają jego twarz. Jest cały skąpany we krwi, a w dłoni ściska nóż. Rzuca go do stóp Bishopa.

– Masz jednak rację – zaczyna i odsuwa się od zmasakrowanych zwłok. – Nienawidziłem cię. Nie rozumiałem, po co wróciłaś. Kiedy byliśmy mali, wtedy, na moich urodzinach, nienawidziłem wszystkich dzieci, nie tylko ciebie, ale mój ojciec zdążył już zacząć opowiadać, co ma zamiar z nami zrobić. – Milknie na chwilę. – Kiedy pojawiłaś się w Riverside, początkowo nie wiedziałem, czy mnie pamiętasz. Początkowo sądziłem, że tak i że nie wiem… że chodzi ci o zemstę za to, co zrobił Lucan. – Cholera, to wszystko nabiera sensu. – Ale także… – Wyjmuje z kieszeni paczkę papierosów i wkłada jednego do ust, po czym go zapala. – Byłaś moją pierwszą, więc nienawidziłem cię tym bardziej. Nie skojarzyłem imienia Silver ze Srebrnym Łabędziem. Uznałem, że to po prostu przez twoje oczy. Teraz są zielonkawe, ale kiedy byłaś mała, wydawały się srebrne.

Kiwam głową, bo to prawda. Zawsze mnie to dziwiło.

Podchodzi do mnie, nie wyjmując papierosa z ust.

– Czujesz to? – pyta, przechylając głowę.

Patrzę mu głęboko w oczy i opanowuje mnie uczucie spokoju. Zniknął ogień, który przez tyle lat podsycała we mnie nienawiść do Lucana. Uśmiecham się i kiwam głową.

– Aha.

Wydmuchuje kłąb dymu.

– Chociaż ty jedna. – Mruży oczy.

Marszczę brwi.

– Nadal mnie nienawidzisz?

Unosi ze zdziwieniem brwi.

– No co ty. – Omiata wzrokiem nasze otoczenie. – Ja tylko… nieważne. Ale nie nienawidzę cię. Jeśli chodzi o ciebie, to czuję teraz spokój. – I się uśmiecha.

To pierwszy prawdziwy uśmiech, jaki widzę u Brantleya. Mam ochotę go uściskać, ale to pewnie dla niego za wcześnie. Metoda małych kroków…

Odwracam się, obejmuję Bishopa i ponad jego ramieniem patrzę na Huntera i Jase’a. Moich braci. Biologicznych braci, moich i Daemona.

Hunter robi krok w tył, kręci głową, po czym wsiada do zaparkowanego w pobliżu samochodu i zamyka drzwi. Marszczę brwi. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale takie zachowanie nie jest w jego stylu. Zawsze traktował mnie raczej ciepło.

Jase wpatruje się we mnie ciemnymi oczami. I się uśmiecha. I puszcza do mnie oko. Jest starszym z braci i rzadko go widywałam, ale już wiem, że to się zmieni.

Bishop obejmuje mnie ramieniem, a pozostali chłopcy zaczynają się rozchodzić do samochodów. Patrzy na swojego tatę.

– Mam powiadomić Katsię o całym tym bajzlu czy ty to zrobisz? – pyta, pokazując na drogę.

Hector patrzy na mnie przez chwilę, po czym przenosi spojrzenie na syna.

– Ja do niej zadzwonię. – Następnie znowu mówi do mnie: – Nie przywiozłem cię tutaj bez powodu i wcale nie chodziło o to, choć rzeczywiście planowałem powiedzieć ci, że zostałaś adoptowana.

Wtulam się w Bishopa.

– Widzisz – patrzy na Bishopa – kocham syna, ale zrobił dzisiaj coś złego. Postąpił wbrew naszej jedynej zasadzie. – Hector patrzy mi w oczy, a wzdłuż moich pleców przebiega zimny dreszcz. – Skoro powiedzieliśmy już o adopcji, a mój syn jest dzisiaj taki narwany, powiem ci coś jeszcze.

Podnoszę wzrok na Bishopa. „Narwany”?

Hector robi krok do przodu i wkłada ręce do kieszeni.

– Z pewnością wiesz, jak wygląda proces inicjacji Króla? – pyta, a ja przytakuję. – Świetnie. Więc wiesz… – Wykonuje ruch ręką, a z mroku wyłania się Khales. Bishop zamiera i jego uścisk staje się wręcz stalowy. – …że u Bishopa były to Khales… – Kręci mi się w głowie i ściska mnie w żołądku. Ktoś jeszcze wychodzi z cienia.

– …i twoja przybrana matka.

Tacet a Mortuis

Zagubienie to nie miejsce.

To dusza w stanie paraliżu…

Czekająca, aż coś poczuje.

– Atticus

BISHOP, lat 10

– Chcę, abyście wyobrazili sobie kuloodporną ścianę, której nigdy nic nie przebije – oświadczył Rob, maszerując przed nami siedmioma tam i z powrotem. Od zawsze byliśmy ze sobą blisko, połączeni więzami rodzinnymi lub własnym wyborem. To byli moi bracia. To ja podjąłem decyzję, że mi na nich zależy, i żadne naciski naszych rodzin nie wymusiłyby na nas takiego braterstwa, co czyniło nas najniebezpieczniejszymi z Królów. Mój ojciec mówił, że wcześniejsze pokolenia albo ze sobą walczyły, albo miały problem z osiągnięciem konsensusu. Nie było jeszcze pokolenia, które łączyłaby tak mocna nić porozumienia, więc miano względem nas wielkie plany.

– Ścianę? – Nate prychnął. – Przyprowadziłeś nas tutaj, aby mówić o ścianie?

Rob zbył go machnięciem ręki, nie przestając przed nami maszerować.

– Chcę, abyście zaczęli wznosić taką ścianę w swoim umyśle. Jednak zanim to zrobicie, macie się upewnić, że obok was znajduje się sześć miejsc. Nie osiem, nie dwa ani żadna inna cyfra. Razem ma być ich siedem, wyłącznie siedem. – Urwał i spojrzał na mnie. Byłem wysoki jak na dziesięciolatka, ale w tej akurat chwili czułem się jak karzeł. – Chcę, żebyście zaczęli wznosić tę ścianę już dzisiaj. Pracujcie nad nią, mocno się starajcie, bo do czasu waszej inicjacji ma być naprawdę solidna. – Rob zatoczył łuk ręką. – To są osoby, którym ufacie. Nikt inny.

– A tata? – zapytałem, a chłopcy spiorunowali mnie wzrokiem, jakby chcieli powiedzieć: „Przymknij się”. Rob był przerażający, ale mnie nie tak łatwo było nastraszyć.

– Nawet tata. Przeszedł to samo, kiedy był w twoim wieku, i tak też się stanie z tymi, którzy zjawią się po was.

– To znaczy, że będziemy mieć dzieci? – Hunter się skrzywił.

– Tak. – Zza domu wyszedł tata, ubrany w jeden ze swoich eleganckich garniturów. – Pewnego dnia będziecie mieć dzieci.

– Ja dziękuję. Nie chcę. – Już w tak młodym wieku wizja posiadania dzieci w ogóle mi się nie podobała i wątpiłem, aby w przyszłości to się miało zmienić. Nazwijcie to przekleństwem jedynaka.

– Och, założę się, że zanim skończysz szesnaście lat, ty i Khales będziecie mieli dzieci – parsknął Eli, ale nikt mu nie zawtórował.

– Nie. Nie chcę ich mieć.

Tata kucnął przede mną i spojrzał mi w oczy.

– Będziesz je miał, synu, i szczęściarz z ciebie, bo mam już dla ciebie kogoś na oku.

Ściągnąłem brwi.

– Co? Kogo? – Mimo że nie chciałem dzieci, byłem ciekawy, z kim ojciec zamierzał mnie sparować.

Z kieszeni marynarki wyjął małe zdjęcie i mi je pokazał. Przedstawiało dziewczynkę w moim wieku albo młodszą. Miała brązowe faliste włosy, pucołowate policzki, promienny uśmiech i niebieskie oczy. Jej policzki zdobiło kilka piegów. W ręce trzymała strzelbę.

– To ta dziewczynka.

– Ta dziewczynka? – zapytałem z powątpiewaniem. Nie była wyjątkowa, w szkole widywałem lepsze, ale miała w sobie pewien kontrast, jakiś brak równowagi. Jej oczy pokonywały dzielący nas dystans, nawet gdy wpatrywała się we mnie tylko ze zdjęcia. – Kto to jest?

Tata dostrzegł, że pozostali chłopcy próbują zerknąć na zdjęcie. Złożył je i schował z powrotem do kieszeni, a ich obdarzył ostrzegawczym spojrzeniem.

– Dziewczyna, która pojawi się w twoim życiu dokładnie wtedy, gdy będziesz jej potrzebował.

– Przeznaczenie? – zapytałem. Nie do końca wiedziałem, co oznacza to słowo, ale często je słyszałem z ust dorosłych.

Ojciec się zaśmiał.

– Nie przeznaczenie, tylko karma. Twoje ostrzeżenie.

ROZDZIAŁ 1

Że co?! – Zatoczyłam się do tyłu i wpadłam na twardy tors. Odwróciłam się i spojrzałam na Bishopa. W jego oczach starałam się znaleźć odpowiedź, ale jak zwykle jego emocje przesłaniała ściana wzniesiona zapewne z ciał tych wszystkich osób, które zginęły z jego rąk. Jego oczy zawsze były kuszące i potrafił przywołać mnie do siebie w kilka sekund, ale ukrywał przede mną zbyt wiele i zbyt długo. Biłam się z myślami, czy mu ufam, czy wprost przeciwnie. Przechyliłam głowę, szukając w jego twarzy choćby najmniejszej wskazówki, minimalnego drgnienia – na próżno. Przygarbiłam się, zdjęta dojmującym poczuciem porażki. Nie ufałam mu. Nikomu z nich nie potrafiłam już ufać. Moja matka, która tak naprawdę była moją przybraną matką, żyła. Nie zastrzeliła się. Nieustannie myślałam tylko: Ja pierdolę, przez tyle czasu niepotrzebnie się zadręczałam! Mogło to mieć jednak jakiś związek z tym, że pieprzyła się z Bishopem. W tym momencie przypomniało mi się, kto jeszcze wrócił razem z nią z zaświatów. Khales. Nie potrafiłam odnaleźć w tym wszystkim sensu – jak zawsze. Byłam cała odrętwiała i czułam tylko drżenie palców i pot na dłoniach. Nie okażesz teraz słabości. Przez te wszystkie rewelacje i krwawą jatkę miałam wrażenie, że znowu powoli się oddalam. Że tracę kontakt z tym, co się dzieje. Czy da się psychicznie oderwać od ludzi, którzy doprowadzają cię do cholernego szaleństwa? Jeśli nie, to pewnie będę pierwszą osobą, której się to przytrafi.

Hector zbliżył do ust cygaro, po czym wydmuchnął chmurę dymu.

– Madison, mój syn nie zabił Khales.

Odwróciłam się do Bishopa.

– A mi mówiłeś, że to zrobiłeś – syknęłam. Sporo mnie kosztowało, aby nie dodać: „Tak jak wiele innych cholernych rzeczy”.

– Cóż, wszystko świetnie, ale nie dlatego tu jestem. – Khales zrobiła krok w przód i moje spojrzenie powędrowało ku niej.

– Tylko się, kurwa, nie zbliżaj. – Spojrzałam na mamę. Osobę, którą tak długo opłakiwałam. Dotarło do mnie, że między nią a moim ojcem wydarzyło się mnóstwo rzeczy, o których nie mam pojęcia. I chociaż skręcało mnie w żołądku, gdy na nią patrzyłam, tacie wciąż ufałam. Mimo tego całego chaosu wierzyłam, że ma dobre serce, przynajmniej wobec mnie. Czułam się tak bardzo przytłoczona, że zaczęła drżeć mi ręka i ugięły się pode mną kolana. I nagle wbiły się w nie kamyczki z szutrowej drogi. W kolana i dłonie. Po twarzy zaczęły mi płynąć nieme łzy i kątem oka dostrzegłam, że Bishop kuca i obejmuje mnie ramieniem. Znieruchomiałam, a wszystkie otaczające mnie dźwięki zmieniły się w biały szum. Ten świat i jego rewelacje stopniowo mnie rozrywały od chwili, kiedy po raz pierwszy weszłam do marmurowego holu Riverside. Czułam, jak moje myśli się kłębią, zaczynając przegrywać bitwę. Sądziłam, że mam mamę, sądziłam, że zawsze będę ją mieć, nawet po jej śmierci. Ale okazało się, że nie mam niczego oprócz fałszywych obietnic składanych przez tanią imitację tego, czym powinna być matka.

Dłonie zaciśnięte wokół moich ramion zaczęły mną potrząsać. Natychmiast spojrzałam na Bishopa, ale brakło mi słów. Pustka. Otworzyłam usta i w myślach byłam gotowa powiedzieć mu, żeby mnie stąd zabrał. Żeby zabrał mnie od tych wszystkich oszustów, ale… nie ufałam mu. Jedno było jednak dla mnie jasne.

– Kochałeś ją.

Spojrzał mi ostrożnie w oczy.

– Co?

– Kochałeś ją. – Tym razem nie zabrzmiało to jak pytanie, ale stwierdzenie, gdyż w głębi duszy byłam tego pewna. Musiał coś do niej czuć, skoro przed laty nie pozbawił jej życia.

– Madison. – Głos tak znajomy, że rozżarzył moją pamięć niczym materiały wybuchowe i rozniósł się po chłodnym nocnym powietrzu, smagając dawne rany, które ponownie się otworzyły.

Zamknęłam oczy.

– Nie.

– Madison, musisz…

Otworzyłam oczy i spojrzałam na nią, w końcu zbierając się na odwagę, aby stawić czoło potworowi. Powoli wstałam, otrzepałam spodenki i się wyprostowałam. Usłyszałam, że gdzieś za mną zatrzymuje się samochód, ale to zignorowałam. Byłam skupiona wyłącznie na niej. Zrobiłam krok w przód, a ona rozejrzała się z paniką, nie mając pewności, jak zareaguję. Przez chwilę chciałam się na nią rzucić, jednak doszłam do wniosku, że dzisiejszej nocy przelano już wystarczająco dużo krwi. Oni może byli przyzwyczajeni do takich scen, ale ja nie.

Wyglądała tak samo, cóż, mniej więcej tak samo – co przepełniło mnie jeszcze większym gniewem. Podczas gdy ja opłakiwałam jej sfingowaną śmierć, ona ewidentnie wiodła wystawne życie. Opuściłam wzrok na jej nadgarstek, na którym znajdował się zegarek z białego złota z tarczą wysadzaną diamentami. Taa, zdecydowanie dobrze jej się żyło.

Nim zdążyłam się powstrzymać, z mojego gardła wydobył się głuchy śmiech. Byłam cholernie zła na wszystkich, ale zamierzałam zacząć od niej.

– Wiesz, że przez kilka sekund miałam nadzieję, że powodem, dla którego sfingowałaś własną śmierć, powodem, dla którego przez wiele miesięcy opłakiwałam twoją śmierć, było to, że przetrzymywano cię gdzieś wbrew twojej woli? W końcu jaka matka zrobiłaby coś takiego własnej córce, co nie? Tymczasem… – Ponownie zerknęłam na zegarek, po czym leniwie prześlizgnęłam się wzrokiem po jej ciele, lustrując jedwabny top, perłowy naszyjnik i twarz pomalowaną najlepszymi kosmetykami, pewnie od Chanel. Nie było mowy o rozmazanym eyelinerze. Nie miała podbitych oczu, żadnych sińców ani zadrapań. Po prostu kolejna gospodyni domowa wydająca kasę na prawo i lewo. – Okazuje się, że jesteś oszustką.

– Madison… – Zrobiła krok w moją stronę i wzięła mnie za rękę.

Wyszarpnęłam jej dłoń.

– Nie. Nie chcę cię widzieć ani z tobą rozmawiać.

– Madison. – Z tyłu rozległ się grzmiący głos, na którego dźwięk znieruchomiałam.

W końcu się odwróciłam i zatrzymałam spojrzenie na tacie.

– Wiedziałeś o tym?

Przyglądał mi się uważnie, a dzięki światłom kilku zaparkowanych niedaleko samochodów mogłam co nieco wyczytać z jego twarzy.

Odetchnął.

– Jedźmy do domu. Wszystko ci wytłumaczę.

– Madison. – Bishop postanowił wtrącić swoje trzy grosze i dotknął mojej dłoni.

Wzdrygnęłam się.

– Nie dotykaj mnie, kurwa. Zamknijcie się wszyscy i przestańcie, do cholery, wypowiadać moje imię!

Zacisnął usta i opuścił ręce wzdłuż tułowia. Powoli podeszłam do samochodu taty i wsiadłam.

– Kiciu, chcesz pogadać? – Chwilę później na tylną kanapę wskoczył Nate.

– Nie. – Tylko tyle byłam w stanie powiedzieć. Czasem żałowałam, że nie jestem zwykłą, owładniętą hormonami nastolatką. Walczącą z trądzikiem w wieczór przed balem studniówkowym, a nie przeżywającą to piekło.

Zatrzasnąwszy za sobą drzwi, zignorowałam spojrzenia taty i Nate’a i udałam się w stronę schodów. Przeskakiwałam po dwa stopnie naraz, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym zaciszu swojego pokoju. W mojej bańce. Ona zawsze była moim azylem, nawet mimo tego, że nie darzyłam sympatią niektórych osób mieszkających ze mną pod jednym dachem.

Kręciło mi się w głowie i myślałam tylko o tym, że przed dzisiejszym wieczorem wszystko zaczynało nabierać sensu. Fragmenty układanki zaczęły do siebie pasować. Teraz jednak całe moje życie i to, co sądziłam, że wiem, zostało podarte na strzępy – i na tym etapie poskładanie ich w jedną całość raczej nie było możliwe. Kiedy już mi się wydawało, że trzymam wszystko mocno w garści, zostało mi to wydarte i rozsypane nad cholernym Pacyfikiem. Ktoś robi sobie z mojego życia niezłe jaja.

Kiedy odkręcałam wodę pod prysznicem, przyjrzałam się swoim dłoniom. Pokrywała je zastygła krew. Klatka piersiowa unosiła mi się ciężko, opadała i zaczęła mnie ogarniać panika. Nie myśląc więcej, wzięłam drżący oddech i weszłam pod strumień gorącej wody. W ubraniu. Odsunąwszy włosy z twarzy, patrzyłam, jak gromadząca się u mych stóp woda stopniowo staje się szkarłatna. W kącikach oczu czułam kłujące łzy, które po chwili zaczęły mi płynąć po twarzy. Otarłam je z irytacją i powoli się rozebrałam, rzucając ubrania pod zlew. Pomogłam dzisiaj kogoś zabić. Targana odruchem wymiotnym, zasłoniłam dłonią usta i szybko wypadłam spod prysznica. W porę udało mi się pochylić nad muszlą klozetową i pozbyć zawartości żołądka.

– Kiciu… – Nate wszedł do łazienki w chwili, kiedy ocierałam ręką usta. Zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie. Byliśmy tak oswojeni ze swoją nagością, że nawet nie mrugnęłam okiem. Widział mnie nagą częściej, niż przystoi to bratu. Nieważne, że przyrodniemu.

– Nate, proszę. – Przepłukałam sobie usta płynem odświeżającym i wyplułam go do zlewu. Opuściłam deskę i usiadłam. – Pomogłam dzisiaj kogoś zabić, mój chłopak to kłamca i ma własną cholerną szafę z Narni, tyle że po przejściu przez nią zamiast widzieć lwy i tym podobne, zanurzam się w mroczną przeszłość pełną sekretów, które przede mną ukrywa. No i jest jeszcze moja mama, która tak naprawdę wcale nią nie jest. W dodatku myślałam, że się zastrzeliła. Nie dość, że żyje, to jeszcze spała z moim chłopakiem. O czymś zapomniałam? Ach tak, moje nazwisko to Venari, a nie Montgomery, więc wychodzi na to, że całe moje życie jest cholernym kłamstwem.

Nate podszedł do mnie, objął i nim zdążyłam zaprotestować, drugą rękę wsunął mi pod uda i wziął mnie na ręce.

– Chodź pod prysznic, kiciu.

Nie byłam w stanie dłużej nad sobą panować i moim ciałem wstrząsnął szloch. Po policzkach płynęły mi łzy. Nate przytulił mnie mocno do siebie, po czym wszedł pod strumień wody ze mną w ramionach.

– Czemu taki jesteś? – wyszlochałam. Uniosłam głowę i spojrzałam mu w oczy. Zignorowałam płynącą mi po twarzy wodę, zignorowałam krople wpadające do oczu, ponieważ poczułam się w tej chwili jak w domu. I już wiedziałam, że sobie poradzę. O ile tylko pozostaniemy w dobrych stosunkach. Nie dałabym sobie rady, gdybym straciła Nate’a.

Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.

– Nie jestem taki z… każdym.

– Tylko ze mną? – zapytałam, choć znałam odpowiedź. W sumie to wszyscy ją znali. Nate był… wybredny w kwestii tego, kogo wpuszcza do swojego życia. To stanowiło część jego uroku. Wszyscy Królowie tacy byli i zaczynałam myśleć, że ma to związek z ich dziedzictwem.

– I z… – Wiedziałam, że zamierza powiedzieć „Tillie”, ale uśmiechnęłam się do niego blado, żeby nie musiał wypowiadać głośno jej imienia. Wiedziałam, że mnie kocha. Raz mi wyznał, że jest we mnie zakochany, i nie miałam pewności, czy nadal tak czuje, ale też nie miałam cienia wątpliwości co do tego, jakie uczucia żywi względem Tillie. Łączyło ich coś, co potrafiłam rozpoznać, dlatego że to samo łączyło mnie i Bishopa. Zniknięcie Tillie sprawiło Nate’owi ból. Tak ogromny, że nigdy o tym nie mówił. Można uznać, że to także nas łączyło.

– Wiem – szepnęłam. – Możesz mnie już postawić. – Tak zrobił. Weszłam pod strumień wody i wycisnęłam na rękę trochę żelu. – Zdejmij je. – Pociągnęłam za gumkę jego sportowych szortów, ale dłoń Nate’a mnie powstrzymała. Spojrzałam mu w oczy i wzdłuż mojego kręgosłupa przebiegł dreszcz. Jego oczy pociemniały i dostrzegłam w nich ogień – w tym momencie dotarło do mnie, że musimy postawić granicę. Po raz kolejny. – Przepraszam – mruknęłam. Odwróciłam się do niego plecami i zaczęłam myć włosy.

– Wiesz, jak bardzo cię pragnę, Madison, ale nigdy do tego nie dojdzie. Najlepiej, żebyśmy nie kusili się wzajemnie.

– Wiem – szepnęłam. Ponownie się odwróciłam i zwinęłam włosy w luźny węzeł. Dotknęłam jego policzka i delikatnie przycisnęłam usta do jego warg. To miał być tego rodzaju pocałunek, którym obdarowuje się swoją pierwszą miłość przed pożegnaniem, niewinny, niepewny, ciepły, delikatny, znajomy, gorący, zmysłowy, erotyczny… Och, och…

Odsunęłam się i spojrzałam mu w oczy.

Nate jęknął głośno i zacisnął dłoń na kroczu.

– Idź sobie, kiciu, zanim zerżnę cię tak ostro, że zaczniesz wołać na mnie „Bishop”.

Te słowa podziałały na mnie niczym kubeł zimnej wody. Wyszłam z kabiny, założyłam jedwabną podomkę i zabrałam się za mycie zębów. W chwili gdy złapałam za klamkę, moje spojrzenie padło na zabrudzone krwią ubrania.

– Co się stanie z ciałem?

Woda przestała płynąć i kątem oka dostrzegłam wychodzącego spod prysznica Nate’a, w całej jego nagiej okazałości. On także spojrzał na ubrania, po czym przeniósł spojrzenie na moją twarz.

– Ktoś się nim zajmie, tak samo jak tymi ciuchami. Spakuję je do worka i nigdy więcej nie będziesz musiała oglądać tego gówna. – Ton głosu miał lekki, jakby mówił o futbolu albo o tym, z kim się przespał w zeszły weekend.

– Mówisz tak, jakbyś to robił co wieczór.

– Wystarczająco często – skwitował.

Otworzyłam drzwi do swojego pokoju i udałam się prosto do łóżka. Wślizgnęłam się pod chłodną, czystą kołdrę. Wdychając zapach cytryny i lawendy, wbiłam wzrok w gwiazdy widoczne przez wychodzące na taras drzwi. Zbyt wielu rzeczy byłam dzisiaj świadkiem. Rzeczy, których nie potrafiłam wytłumaczyć, oraz takich, których raczej nie chciałam tłumaczyć. Jednak nie mogłam uciec przed faktem, że wszystko to rzeczywiście się wydarzyło.

Pomogłam kogoś zabić i choć teraz może być już za późno na uratowanie mojej duszy, jutro nastanie nowy dzień i nie uronię więcej ani jednej łzy z powodu tej nocy.

ROZDZIAŁ 2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Playlista
Powtórka
Tacet a Mortuis
Rozdział 1
Rozdział 2
Karta redakcyjna

Tytuł oryginału:

Tacet a Mortuis

(The Elite Kings Club #3)

Redaktor prowadząca: Marta Budnik

Redakcja: Monika Pruska

Korekta: Justyna Yiğitler

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Cover: Jay Aheer from Simply Defined Art

Interior graphics and formatting: Champagne Formats

Copyright © 2018 Amo Jones

Copyright © 2019 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Monika Wiśniewska, 2019

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66134-98-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek