Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2014

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tabu - Ferdinand von Schirach

Najnowsza powieść Ferdynanda von Schiracha! Ojciec Sebastiana von Eschburg popełnia samobójstwo, kiedy ten jest jeszcze małym chłopcem. Ojciec dawał mu poczucie bezpieczeństwa i oparcie, teraz gdy Sebastian został sam, szuka ocalenia w sztuce, zajmuje się fotografią. Pewnego dnia zostaje oskarżony o zabójstwo młodej kobiety. Jego obrony podejmuje się prawnik Konrad Biegler.

Ferdinand von Schirach (ur. 1964) - prawnik i pisarz, mieszka i pracuje w Berlinie; debiutował w 2009 roku. Wydał dwa bestsellerowe zbiory opowiadań Przestępstwo i Wina, a powieść Sprawa Colliniego była dużym wydarzeniem literackim w Niemczech, tytułem tak głośnym jak Lektor Bernharda Schlinka. Prawa do książek von Schiracha kupili wydawcy z kilkudziesięciu krajów.

Opinie o ebooku Tabu - Ferdinand von Schirach

Fragment ebooka Tabu - Ferdinand von Schirach

Fer­di­nand von Schi­rach

TABU

przełożyła Anna Kie­re­jew­ska

Tytuł ory­gi­nału: Tabu

Co­py­ri­ght © 2013 by Pi­per Ver­lag, GmbH, München

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Anna Kie­re­jew­ska, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Jeśli wid­ma ko­lorów,

zie­le­ni, czer­wie­ni i nie­bie­skie­go,

połączą się w jed­na­ko­wej pro­por­cji,

wy­dadzą się nam bielą.

(teo­ria ko­lo­ru według Helm­holt­za)

Pew­ne­go po­god­ne­go dnia wiosną roku tysiąc osiem­set trzy­dzie­ste­go ósme­go w Paryżu, przy Bo­ule­vard du Tem­ple, po­wstała nowa rze­czy­wi­stość. Od­mie­niła ona ludz­kie po­strze­ga­nie, wiedzę i pamięć. Osta­tecz­nie od­mie­niła też prawdę.

Da­gu­er­re był fran­cu­skim sce­no­gra­fem te­atral­nym. Chciał two­rzyć de­ko­ra­cje, które wyglądałyby jak praw­dzi­we. Przez otwór w drew­nia­nej skrzyn­ce wy­sta­wił na działanie światła płytki po­kry­te jod­kiem sre­bra. Po­tem z oparów rtęci wyłaniało się to, co znaj­do­wało się przed skrzynką. Trwało jed­nak długo, za­nim sole sre­bra zaczęły wcho­dzić w re­akcję. Ko­nie i spa­ce­ro­wi­cze po­ru­sza­li się za szyb­ko, ruch był jesz­cze nie do uchwy­ce­nia, światło po­zo­sta­wiało na płyt­kach je­dy­nie domy, drze­wa i uli­ce. Da­gu­er­re wy­na­lazł fo­to­gra­fię.

Na zro­bio­nym przez nie­go zdjęciu z tysiąc osiem­set trzy­dzie­ste­go ósme­go roku wśród nie­ostrych za­rysów dorożek i lu­dzi za­ska­kująco wyraźnie widać mężczyznę. Pod­czas gdy wokół nie­go wszyst­ko pędzi, on stoi nie­ru­cho­mo, ręce skrzyżowa­ne ma na ple­cach. Je­dy­nie jego głowa jest nie­wy­raźna. Mężczy­zna nic nie wie­dział o Da­gu­erze ani o jego wy­na­laz­ku, był prze­chod­niem, któremu czysz­czo­no buty. Apa­rat za­re­je­stro­wał zarówno jego, jak i pu­cy­bu­ta – to byli pierw­si lu­dzie, jacy po­ja­wi­li się na fo­to­gra­fii.

Se­ba­stian von Esch­burg często myślał o tkwiącym w bez­ru­chu mężczyźnie i jego roz­ma­za­nej głowie. Jed­nak do­pie­ro te­raz, kie­dy te wy­da­rze­nia miały już miej­sce i nikt już nie mógł cofnąć bie­gu rze­czy, zro­zu­miał – to on był tym mężczyzną.

Zie­lo­ny

1

W połowie dro­gi między Mo­na­chium a Sal­zbur­giem, nie­co w bok od głównych dróg, leży wieś Esch­burg. Z zam­ku, od którego wio­ska wzięła swoją nazwę, zo­stało na wzgórzu tyl­ko trochę ka­mie­ni. Je­den z Esch­burgów był w osiem­na­stym wie­ku ba­war­skim kon­su­lem w Ber­li­nie, a kie­dy wrócił, wy­bu­do­wał nad je­zio­rem nowy dom.

Na początku dwu­dzie­ste­go wie­ku Esch­bur­go­wie mie­li jesz­cze pie­niądze. Po­sia­da­li wówczas pa­pier­nię i przędzal­nię. W tysiąc dzie­więćset dwu­na­stym roku w ka­ta­stro­fie „Ti­ta­ni­ca” zginął ich pier­wo­rod­ny syn i spad­ko­bier­ca, z cze­go ro­dzi­na była później trochę dum­na. Za­re­zer­wo­wał ka­jutę w pierw­szej kla­sie i podróżował w to­wa­rzy­stwie psa. Zre­zy­gno­wał z wsia­da­nia do łodzi ra­tun­ko­wej naj­praw­do­po­dob­niej dla­te­go, że był pi­ja­ny.

Jego młod­szy brat sprze­dał przed­siębior­stwa należące do ro­dzi­ny, ob­ra­cał pie­niędzmi, a pod­czas in­fla­cji w la­tach dwu­dzie­stych stra­cił znaczną część majątku. Po tym wszyst­kim za­wsze bra­ko­wało fun­du­szy, żeby grun­tow­nie wy­re­mon­to­wać dom. Z murów tynk od­pa­dał płata­mi, zimą nie ogrze­wa­no obu bocz­nych skrzy­deł, a da­chy po­ra­stał mech. Wiosną i je­sie­nią na stry­chu stały bla­sza­ne wia­dra, w których zbie­rała się deszczówka.

Pra­wie wszy­scy Esch­bur­go­wie byli myśli­wy­mi oraz podróżni­ka­mi i przez dwieście pięćdzie­siąt lat wypełnia­li po­miesz­cze­nia domu przed­mio­ta­mi, które im się po­do­bały. W holu wejścio­wym znaj­do­wały się trzy sto­ja­ki na pa­ra­so­le wy­ko­na­ne z nóg słoni, obok na ścia­nie wi­siały śre­dnio­wiecz­ne piki – długie włócznie, używa­ne pod­czas po­lo­wa­nia na dzi­ka. W ko­ry­ta­rzu na górze leżały dwa wy­pcha­ne kro­ko­dy­le wbi­te w sie­bie zębami, jed­ne­mu z nich wy­padło szkla­ne oko, dru­gie­mu bra­ko­wało kawałka ogo­na. W po­miesz­cze­niu go­spo­dar­czym stał ogrom­ny­niedźwiedź bru­nat­ny, na brzu­chu pra­wie całkiem wy­li­niał. Bi­blio­tekę zdo­biły czasz­ki kudu i an­ty­lop oryks, na jed­nym z regałów między dziełami Go­ethe­go i Her­de­ra tkwiła głowa ze­zo­wa­te­go gi­bo­na. Przy ko­min­ku stały bębny, rogi myśliw­skie oraz kciu­ko­we pia­ni­na z Kon­ga. Dwa afry­kańskie bożki płodności z he­ba­nu, czar­ne i poważne, sie­działy przy wejściu do po­ko­ju z bi­lar­dem.

W ko­ry­ta­rzach obok powiększo­nych re­pro­duk­cji znaczków z In­dii i ry­sunków tu­szem z Ja­po­nii wi­siały ob­ra­zy świętych z Pol­ski i Ro­sji. Były też chińskie ko­ni­ki z drew­na, gro­ty oszczepów z Ame­ry­ki Południo­wej, żółte kły niedźwie­dzia po­lar­ne­go, głowa miecz­ni­ka, stołek na czte­rech ko­py­tach oryk­sa sza­blo­ro­gie­go, stru­sie jaja oraz drew­nia­ne skrzy­nie z In­do­ne­zji, do których klu­cze daw­no prze­padły. W jed­nym z po­koi gościn­nych znaj­do­wały się sty­li­zo­wa­ne na ba­ro­ko­we me­ble z Flo­ren­cji, w ko­lej­nym sto­lik z wi­tryną, a w środ­ku niej bro­sze, pa­pie­rośnice i Bi­blia ze srebr­nym za­mknięciem, prze­cho­wy­wa­na od po­ko­leń.

Na skra­ju par­ku była staj­nia z pięcio­ma bok­sa­mi dla koni. Po ścia­nach wił się bluszcz, a spo­między ko­stek bru­ko­wych na podwórzu wy­ra­stała tra­wa. Z okien­nic scho­dziła far­ba, woda w kra­nach była brązowa od rdzy. W dwóch bok­sach su­szyło się drew­no ko­min­ko­we, w ko­lej­nym zimą prze­cho­wy­wa­no wiel­kie do­ni­ce ogro­do­we, sól do sy­pa­nia i paszę dla dzi­kich zwierząt.

W tym domu Se­ba­stian przy­szedł na świat. Jego mat­ka chciała ro­dzić w szpi­ta­lu w Mo­na­chium, ale sa­mochód długo stał na mro­zie i nie chciał za­pa­lić. Pod­czas gdy oj­ciec wciąż próbował uru­cho­mić auto, u ko­bie­ty zaczęły się skur­cze. Ze wsi przy­je­chał ap­te­karz z żoną, oj­ciec Se­ba­stiana cze­kał na ko­ry­ta­rzu pod drzwia­mi po­ko­ju. Kie­dy dwie go­dzi­ny później ap­te­karz za­py­tał mężczyznę, czy chce prze­ciąć pępo­winę, ten ryknął na nie­go, że roz­rusz­nik jest prze­cież ze­psu­ty. Po wszyst­kim prze­pro­sił go, ale we wsi długo jesz­cze dys­ku­to­wa­no, co miał na myśli.

W ro­dzi­nie Se­ba­stia­na dzie­ci nig­dy nie znaj­do­wały się w cen­trum uwa­gi. Uczo­no je, jak trzy­mać sztućce pod­czas posiłku, jak całować w rękę oraz że dziec­ko po­win­no możli­wie jak naj­rza­dziej się od­zy­wać. Jed­nak na ogół nie zaj­mo­wa­no się nimi. Kie­dy Se­ba­stian miał osiem lat, po raz pierw­szy wol­no mu było usiąść z ro­dzi­ca­mi do stołu.

Chłopiec nie wy­obrażał so­bie, by mógł miesz­kać gdzie in­dziej. W ho­te­lach, pod­czas ro­dzin­nych wy­jazdów na wa­ka­cje, czuł się obco. Cie­szył się, gdy wra­cał i za­sta­wał wszyst­ko na swo­im miej­scu: ciem­ne de­ski podłogo­we w ko­ry­ta­rzach, sta­re ka­mien­ne scho­dy i miękkie popołudnio­we światło w za­pa­dającej się ka­pli­cy.

W życiu Se­ba­stia­na od za­wsze współist­niały dwa świa­ty. Siatkówka jego oka re­je­stro­wała fale elek­tro­ma­gne­tycz­ne z za­kre­su między trzy­sta osiem­dzie­siąt i sie­dem­set osiem­dzie­siąt na­no­metrów, mózg odróżniał je w dwu­stu bar­wach, pięciu­set stop­niach ja­sności i dwu­dzie­stu różnych ro­dza­jach na­sy­ce­nia bie­li. Se­ba­stian wi­dział to, co po­zo­sta­li lu­dzie. Jed­nak ko­lo­ry, które on do­strze­gał, były inne. Nie po­sia­dały nazw, bo nie wy­star­czało dla nich słów. Ręce nia­ni miały ko­lor cy­ja­nu i bursz­ty­nu, zda­wało mu się, że jej włosy mie­niły się na fio­le­to­wo z do­mieszką ochry, skóra ojca była bladą, zie­lo­no­nie­bieską powłoką. Je­dy­nie jego mat­ka nie miała żad­ne­go ko­loru. Przez długi czas Se­ba­stianowi wy­da­wało się, że składa się z wody i do­pie­ro kie­dy on wcho­dzi do jej po­ko­ju, przy­bie­ra zna­jomą wszyst­kim po­stać. Za każdym ra­zem po­dzi­wiał szyb­kość, z jaką uda­wała jej się ta prze­mia­na.

Kie­dy na­uczył się czy­tać, również i li­te­ry zy­skały ko­lo­ry. „A” było czer­wo­ne jak swe­ter na­uczycielki z wiej­skiej szkoły lub fla­ga Szwaj­ca­rii, którą wi­dział po­przed­niej zimy na górskiej cha­cie, na­sy­co­na, in­ten­syw­na, wyraźna czer­wień. „B” było dużo de­li­kat­niej­sze, żółte, i pach­niało jak pola rze­pa­ku przy dro­dze do szkoły. Uno­siło się w po­miesz­cze­niu nad ja­sno­zie­lo­nym „C”, wyżej, po­god­niej niż ciem­no­zie­lo­ne „K”.

Po­nie­waż wszyst­kie rze­czy oprócz do­strze­gal­ne­go ko­lo­ru po­sia­dały jesz­cze inny, nie­do­strze­gal­ny, mózg Se­ba­stia­na zaczął porządko­wać ten świat. Z cza­sem po­wstała mapa ko­lorów, znaj­do­wały się na niej tysiące ulic, uli­czek oraz placów i co roku do­cho­dziła ko­lej­na war­stwa. Po­tra­fił po­ru­szać się po tej ma­pie, dzięki ko­lorom od­naj­dy­wał swo­je wspo­mnie­nia. Stała się ona ob­ra­zem jego dzie­ciństwa. Kurz w domu miał na tej ma­pie ko­lor cza­su, ciem­nej, łagod­nej zie­le­ni.

Nie mówił o tym, wciąż sądził, że każdy człowiek wi­dzi to samo. Nie zno­sił, kie­dy mat­ka ubie­rała go w ko­lo­ro­we swe­try, wście­kał się, darł je albo za­ko­py­wał w ogro­dzie. W końcu udało mu się po­sta­wić na swo­im i prze­ko­nać, by mógł cho­dzić tyl­ko w ty­po­wych w tam­tej oko­li­cy gra­na­to­wych tu­ni­kach; do dzie­siątego roku życia były one jego co­dzien­nym stro­jem. Zda­rzało się, że la­tem zakładał czapkę tyl­ko dla­te­go, że miała właściwy ko­lor. Nia­nia prze­czu­wała, że Se­ba­stian jest inny. Za­uważał, kie­dy użyła in­nych per­fum czy po­ma­lo­wała usta inną szminką. Co jakiś czas dzwo­niła do swo­je­go chłopa­ka z Lyonu, roz­ma­wiała po fran­cu­sku, ale zda­wało jej się, że Se­ba­stian ro­zu­mie obcy język, jak­by wy­star­czała mu sama bar­wa jej głosu.

W wie­ku dzie­sięciu lat Se­ba­stian zo­stał za­pi­sa­ny do szkoły z in­ter­na­tem. Tak samo było w wy­pad­ku jego ojca, dziad­ka i pradziad­ka, a że ro­dzi­na nie miała już pie­niędzy, otrzy­mał sty­pen­dium. Kie­row­nic­two in­ter­na­tu wysłało do domu chłopca list. Ja­sno określono, ja­kie ubra­nie należy przy­wieźć, ile par spodni, ile swetrów i piżam. Ku­char­ka mu­siała na każdą rzecz na­szyć nu­me­rek, żeby w in­ter­na­to­wej pral­ni odzież się nie po­mie­szała. Ko­bie­ta płakała, znosząc ze stry­chu wa­lizkę, a oj­ciec Se­ba­stiana po­wie­dział roz­drażnio­ny, że ma prze­stać la­men­to­wać, chłopak nie idzie prze­cież do więzie­nia. Ale i tak roz­pa­czała i cho­ciaż w liście wyraźnie tego za­bro­nio­no, pomiędzy czy­ste ko­szu­le włożyła słoik mar­mo­la­dy i trochę pie­niędzy.

Właści­wie nie była ku­charką, w ich domu nie za­trud­nia­no służby od daw­na. Należała do ro­dzi­ny jako da­le­ka ciot­ka, za lep­szych czasów była go­spo­dy­nią i ko­chanką nie­miec­kie­go kon­su­la w Tu­ne­zji. Mężczy­zna nic jej nie zo­sta­wił. Cie­szyła się, że mogła za­miesz­kać u Esch­burgów. Cza­sa­mi wypłaca­no jej pensję, ale na ogół za­pew­nia­no jej tyl­ko wikt i opie­ru­nek.

Do in­ter­na­tu, do którego oj­ciec miał go za­wieźć, chłopiec chętnie za­brałby białe ja­skry, siwe plisz­ki, la­tające nad je­zio­rem, i rosnące przed do­mem pla­ta­ny. Jego pies leżał w słońcu, miał ciepłą sierść, Se­ba­stian nie wie­dział, co ma mu po­wie­dzieć. Zwierzę zdechło pół roku później.

2

Pod­czas podróży do in­ter­na­tu Se­ba­stian mógł zająć miej­sce z przo­du. Kie­dy na dłuższych tra­sach sie­dział na tyl­nym sie­dze­niu sta­re­go auta, robiło mu się nie­do­brze. Spoglądał przez okno, wy­obrażał so­bie, że świat do­pie­ro po­wsta­je i może się oka­zać, że nie zo­stał na czas ukończo­ny, jeśli oj­ciec będzie je­chał zbyt szyb­ko.

Kie­dy minęli sady rosnące nad wiel­kim je­zio­rem, na­zwa­nym przez ojca Szwab­skim Mo­rzem, do­je­cha­li do gra­ni­cy szwaj­car­skiej. Oj­ciec po­wie­dział, że pomiędzy Niem­ca­mi i Szwaj­ca­rią znaj­du­je się zie­mia ni­czy­ja. Se­ba­stian długo po­tem za­sta­na­wiał się, jak wyglądają lu­dzie miesz­kający na zie­mi ni­czy­jej, w ja­kim mówią języku i czy w ogóle jakiś mają.

Funk­cjo­na­riusz straży gra­nicz­nej wyglądał do­stoj­nie w swo­im mun­du­rze. Skon­tro­lo­wał nowy pasz­port Se­ba­stia­na, za­py­tał na­wet, czy oj­ciec ma coś do ocle­nia. Se­ba­stian wpa­try­wał się w pi­sto­let funk­cjo­na­riu­sza, znaj­dujący się w wysłużonej ka­bu­rze. Chłopiec żałował, że mężczy­zna nie musi go wyciągnąć.

Po dru­giej stro­nie gra­ni­cy oj­ciec wy­mie­nił pie­niądze i kupił w skle­pi­ku cze­ko­ladę. Po­wie­dział, że za­wsze trze­ba tak robić, kie­dy je­dzie się do Szwaj­ca­rii. Każdy ba­to­nik był od­dziel­nie za­pa­ko­wa­ny, na sre­ber­kach znaj­do­wały się ob­raz­ki: wo­do­spad na Re­nie nie­da­le­ko Schaf­fhau­sen, Mat­ter­horn, kro­wy i bańki na mle­ko przed oborą, Je­zio­ro Zu­rych­skie.

Je­cha­li wyżej, w góry, zro­biło się chłod­niej, za­mknęli okna w au­cie. Szwaj­ca­ria to je­den z naj­większych krajów na świe­cie, opo­wia­dał oj­ciec, gdy­by roz­ciągnąć po­wierzch­nię gór, wte­dy byłaby tak duża jak Ar­gen­ty­na. Dro­gi sta­wały się węższe, wi­dzie­li go­spo­dar­stwa, ka­mien­ne wieże kościel­ne, rze­ki, górskie je­zio­ro.

Kie­dy prze­jeżdżali przez wyglądającą na szczególnie za­dbaną wieś, oj­ciec oznaj­mił, że miesz­kał tam Nie­tz­sche. Wska­zał na dwu­piętro­wy dom, na pa­ra­pe­tach stały pe­lar­go­nie. Se­ba­stian nie wie­dział, kim był ten Nie­tz­sche, ale oj­ciec powie­dział to z ta­kim smut­kiem, że za­pa­miętał to na­zwi­sko.

Je­cha­li wśród skał jesz­cze ja­kieś trzy­dzieści ki­lo­metrów i w końcu za­trzy­ma­li się w mia­stecz­ku, przy ryn­ku. Przy­by­li trochę za wcześnie, więc po­spa­ce­ro­wa­li wąski­mi ulicz­ka­mi. Stały przy nich dwu- i trzy­piętro­we ka­mie­ni­ce z małymi okna­mi, wygiętymi w łuk bra­ma­mi i gru­by­mi mu­ra­mi, chro­niącymi przed sro­gim zim­nem. Do­strze­gli stamtąd bu­dy­nek in­ter­na­tu, ba­ro­ko­wy zespół klasz­tor­ny. Fon­tannę z posągiem Ma­ryi ota­czały ar­ka­dy, da­lej stały dwie wieże im­po­nującej ko­le­gia­ty.

Po­wi­tał ich dy­rek­tor in­ter­na­tu, miał na so­bie brązowy ha­bit, be­ne­dyk­tyński. Se­ba­stian usiadł na so­fie obok ojca. Za szybą, we wnęce, stała Ma­don­na. Jej usta były maleńkie, miała ma­to­we spoj­rze­nie, dziec­ko na jej ra­mio­nach wyglądało na cho­re. Se­ba­stian był nie­spo­koj­ny. W kie­sze­ni spodni miał gwiz­dek imi­tujący odgłosy ptaków, bar­dzo gładki ka­mień, który zna­lazł rok wcześniej na plaży, i skórkę po­ma­rańczy. Pod­czas kie­dy mężczyźni oma­wia­li spra­wy, których Se­ba­stian nie ro­zu­miał, kciu­kiem i pal­cem wska­zującym roz­ry­wał skórkę po­ma­rańczy na co­raz mniej­sze kawałki. Kie­dy dorośli skończy­li roz­mowę, a Se­ba­stian mógł w końcu wstać, oj­ciec pożegnał się z za­kon­ni­kiem. Se­ba­stian również chciał podać rękę nie­zna­jo­me­mu mężczyźnie, ale ten po­wie­dział: „Nie, nie, ty tu zo­sta­jesz”.

Drob­ne cząstki skórki po­ma­rańczy wy­padły z kie­sze­ni Se­ba­stia­na, roz­sy­pały się na so­fie i po­zo­sta­wiły na obi­ciu ciem­ne pla­my. Oj­ciec prze­pro­sił, ale du­chow­ny tyl­ko się roześmiał. „Nic się nie stało”, po­wie­dział. Se­ba­stian wie­dział, że ten obcy mężczy­zna kłamał.

3

Życie w klasz­to­rze od stu­le­ci kon­cen­tro­wało się na czy­ta­niu i pi­sa­niu. Bi­blio­te­ka ka­pi­tul­na mieściła się w wy­so­kiej sali z jasną dębową podłogą, znaj­do­wało się tam po­nad tysiąc czte­ry­sta ręko­pisów i po­nad dwieście tysięcy książek dru­ko­wa­nych, większość z nich opra­wio­na w skórę. W je­de­na­stym wie­ku mni­si założyli szkołę, w której wykłada­no pod­sta­wo­we przed­mio­ty, w sie­dem­na­stym zbu­do­wa­no tam jesz­cze dru­kar­nię. Ucznio­wie mie­li do dys­po­zy­cji drugą bi­blio­tekę, po­miesz­cze­nie z ciem­ny­mi drew­nia­ny­mi stołami i mosiężnymi lamp­ka­mi. Wśród dzie­ci krążyły opo­wieści o ta­jem­nych piw­ni­cach klasz­tor­nych, w których prze­cho­wy­wa­no za­ka­za­ne książki: ręko­pisy poświęcone tor­tu­rom, pro­ce­som cza­row­nic i ma­gii. Za­kon­ni­cy nie zachęcali do czy­ta­nia, wie­dzie­li, że niektóre dzie­ci same na­biorą ocho­ty, a inne nie będą in­te­re­so­wać się książkami.

Se­ba­stian zaczął czy­tać w za­ci­szach klasz­to­ru. Po pew­nym cza­sie prze­stały prze­szka­dzać mu obo­wiązujące w in­ter­na­cie za­sa­dy, przy­wykł do po­ran­nych i wie­czor­nych mszy, do lek­cji, zajęć spor­to­wych, cza­su prze­zna­czo­ne­go na naukę. Rytm dni w klasz­to­rze był wciąż ten sam i po­zwa­lał na spo­koj­ne życie pośród książek.

W ciągu pierw­szych ty­go­dni tęsknił do domu nad je­zio­rem. Z wyjątkiem wa­ka­cji dzie­ciom nie wol­no było wyjeżdżać, roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne mu­siały być skru­pu­lat­nie od­no­to­wa­ne. W co drugą nie­dzielę Se­ba­stian dzwo­nił do domu. Stał wte­dy w jed­nej z małych drew­nia­nych ka­bin w holu wejścio­wym klasz­to­ru, a fur­tian łączył roz­mowę.

Pew­nej nie­dzie­li po dru­giej stro­nie li­nii była jego mat­ka. Se­ba­stian od razu wie­dział, że coś jest nie tak. Powie­działa, że oj­ciec jest cho­ry, ale to nic groźnego. Kie­dy chłopak odłożył słuchawkę, jego ko­la­na drżały. Na­gle wydało mu się, że tyl­ko on może ura­to­wać ojca. Żeby to zro­bić, musi sa­mot­nie po­ko­nać wąwóz Via Mala. Se­ba­stian bał się wąwozu, pa­nujących w nim ciem­ności oraz wąskich ścieżek. Nie wy­brał się tam na kla­sową wy­cieczkę. Via Mala – „zła dro­ga”; ścia­ny skal­ne wy­so­kie na trzy­sta metrów, nie­ska­zi­tel­nie gład­kie i zim­ne, ka­mien­ne stop­nie i kładki.

Se­ba­stian od razu ru­szył w drogę, nie od­mel­do­wał się. Po­je­chał au­to­bu­sem spod in­ter­na­tu. Do­pie­ro w dro­dze za­uważył, że nie za­brał kurt­ki, a na no­gach ma tyl­ko cien­kie półbuty. Miał dwa­naście lat, cier­piał na lęk wy­so­kości, ale mu­siał dać so­bie radę. Szedł bar­dzo po­wo­li. Kie­dy prze­cho­dził przez kładki, trzy­mał się środ­ka, nie spoglądał w prze­paść. Słyszał płynącą w dole rzekę. Był tak bla­dy, że turyści wie­lo­krot­nie py­ta­li go, czy nie po­trze­bu­je po­mo­cy. Udało mu się po trzech go­dzi­nach. Po­je­chał z po­wro­tem do klasz­to­ru. Szu­ka­li go, a pre­fekt oczy­wiście nie zro­zu­miał całej spra­wy z oj­cem. Se­ba­stianowi zo­stał wy­mie­rzo­ny po­li­czek. Nie przejął się tym, prze­cież ura­to­wał ojca.

Szkoła położona była na wy­so­kości pra­wie dwóch tysięcy metrów, zimy wcześnie się tu za­czy­nały i trwały długo. W in­ter­na­cie ogrze­wa­nie włącza­no późno, wy­so­kie po­miesz­cze­nia nig­dy się porządnie nie na­grze­wały, a w długich ko­ry­ta­rzach ciągnęło chłodem. Se­ba­stia­na za­wsze cie­szyły dni, kie­dy spadł pierw­szy śnieg. Z piw­nic wyciągano san­ki, a w week­end dzie­ci jeździły na nar­tach. Rano kołdry po­kry­wała cien­ka war­stwa szro­nu, z kranów w umy­wal­ni zwi­sały so­pel­ki lodu.

Co roku z początkiem zimy Se­ba­stian cho­ro­wał, do­sta­wał za­pa­le­nia ucha środ­ko­we­go i gorączko­wał. W ga­bi­ne­cie le­ka­rza we wsi wi­siał duży ob­ra­zek ze sche­ma­tem ucha. Le­karz po­ka­zał Se­ba­stianowi skórę, chrząstki, kości i ner­wy. Po­wie­dział, że być może jego skóra jest zbyt cien­ka. Na jego biur­ku leżały chro­mo­wa­ne, połyskujące narzędzia, były zim­ne i za­da­wały ból cho­re­mu uchu. Chłopiec myślał o ku­char­ce, która robiła mu prze­ciwbólowe okłady z cien­ko po­kro­jo­nej ce­bu­li. Ko­bie­ta mówiła, że od ce­bu­li się płacze, ale że po­tra­fi uzdra­wiać. Ko­bie­ta sie­działa przy jego łóżku, opo­wia­dała o Tu­ne­zji, o przy­pra­wach na tar­gach w me­dy­nie, ry­siu ste­po­wym, którego uszy przy­po­mi­nają pędzel­ki, o gorącym sa­ha­ryj­skim wie­trze, który na­zy­wała che­hi­li.

W trak­cie po­nu­rych mie­sięcy w in­ter­na­cie, kie­dy książki już nie wy­star­czały, gdy szklar­nia, bo­iska i ławki przy­kry­te były śnie­giem, Se­ba­stia­na ra­to­wały bar­wy w jego głowie.

4

To był pierw­szy dzień let­nich wa­ka­cji. Se­ba­stian pra­wie nie spał. O czwar­tej nad ra­nem po­je­cha­li na re­wir łowiec­ki. W nocy padało, łąki były wil­got­ne, zie­mia przy­kle­jała się do ka­lo­szy i spra­wiała, że buty sta­wały się ciężkie. Oj­ciec niósł prze­wie­szoną przez ramię du­beltówkę. Jej osa­da ocie­rała się o fil­co­wy płaszcz, z bie­giem lat ma­te­riał wy­tarł się w tym miej­scu. Róże i złote li­nie an­giel­skie­go gra­we­run­ku stały się pra­wie nie­wi­docz­ne, osa­da była nie­mal czar­na. Fil­co­wy płaszcz pach­niał króli­kiem i ta­baką. Se­ba­stian myślał o bro­ni, którą oj­ciec obie­cał mu z oka­zji eg­za­mi­nu łowiec­kiego. Mógłby go zdać po ukończe­niu sie­dem­na­stu lat, ale do tej pory mi­nie jesz­cze dużo cza­su.

Chętnie to­wa­rzy­szył ojcu. Po­lo­wa­nie to poważna spra­wa, po­wta­rzał często oj­ciec, i Se­ba­stian ro­zu­miał, co wówczas miał na myśli. Je­dy­nie na po­lo­wa­niach z na­gonką było in­a­czej. Na podwórzu dom­ku myśliw­skie­go po­da­wa­no wte­dy kar­to­flankę, było gwar­no. Często przy­cho­dzi­li nowi lu­dzie, świeżaki, jak między sobą mówili na­ga­nia­cze. Mie­li nowe płasz­cze i nową broń. Pro­wa­dzo­no ich na ta­kie po­zy­cje, z których i tak nie mo­gli zro­bić ze swo­ich strzelb żad­ne­go użytku. Mówili bez ustan­ku, na­wet kie­dy cze­ka­li na zwie­rzynę. Roz­ma­wia­li o swo­jej pra­cy w mieście, o po­li­ty­ce lub czym­kol­wiek, Se­ba­stian wie­dział, że nie ro­zu­mieją sen­su po­lo­wa­nia. Przed dom­kiem myśliw­skim układa­no po­kot, zwierzęta były mar­twe i brud­ne. Se­ba­stian nie cho­dził już na po­lo­wa­nia z na­gonką. Kie­dy wy­bie­ra­li się sami, oj­ciec pra­wie się nie od­zy­wał, las i zwie­rzyna należały do nich i nic nie było brud­ne ani fałszy­we.

Wdra­pa­li się na am­bonę i cze­ka­li, aż opad­nie po­ran­na mgła. Kie­dy na pole wy­szedł ko­zioł, oj­ciec podał Se­ba­stia­no­wi lor­netkę. Był to wspa­niały szóstak, wiel­ki, dum­ny i piękny. Nie spiesz­my się, wy­szep­tał oj­ciec. Se­ba­stian przy­taknął. Był początek sierp­nia, okres ochron­ny za­czy­nał się do­pie­ro w połowie paździer­ni­ka. Za­sta­na­wiał się, po co oj­ciec w ogóle miał przy so­bie broń, sko­ro nie chciał jej użyć. Po­tem uznał, że on również będzie miał broń za­wsze przy so­bie.

Oj­ciec wyciągnął pa­pie­ro­sa, skóra pa­pie­rośnicy była po­pla­mio­na i sta­ra, tak jak sta­re było wszyst­ko, co do nie­go należało. Z am­bo­ny spoglądać można było w głąb do­li­ny, z wieżą wiej­skie­go kościoła w od­da­li, a w po­god­ne dni jesz­cze z Al­pa­mi na ho­ry­zon­cie. Se­ba­stian pamiętał później każdy szczegół, dym pa­pie­ro­sa, za­pach żywi­cy i mo­krej wełny oraz wiatr kołyszący drze­wa­mi.

Na prze­mian spoglądali przez lor­netkę, była tak ciężka, że Se­ba­stian mu­siał łokcia­mi pod­pie­rać się o po­przeczną belkę. Długo ob­ser­wo­wa­li sar­ny.

Po­tem oj­ciec szyb­ko wy­ce­lo­wał z bro­ni i strze­lił. Ze­szli z am­bo­ny, Se­ba­stian po­biegł przez pole. Przed­nie nogi kozła wyglądały tak, jak­by jesz­cze się ru­szał, były złama­ne i krótkie, oczy otwar­te, wybałuszo­ne i mętne, czer­wo­ny język dzi­wacz­nie wykręcony. Se­ba­stian znał starą myśliwską gwarę, mówiło się o śle­piach za­miast o oczach i py­sku za­miast o łbie. Oj­ciec po­wie­dział, że myśliwi są przesądni i w le­sie nie wol­no używać nor­mal­nych słów, płoszy się wte­dy zwie­rzynę. Jed­nak ko­zioł już nie żył i słowa nie miały zna­cze­nia.

Oj­ciec na­chy­lił się nad zwierzęciem, roz­sta­wił jego tyl­ne nogi i przyklęknął na nich. Roz­ciął brzuch od od­by­tu aż do gardła. Ze środ­ka wypłynęły krew i trze­wia. Oj­ciec wyciągnął żołądek, ser­ce, śle­dzionę oraz płuca i położył je na tra­wie.

Se­ba­stian po­czuł się tak jak wte­dy, kie­dy pod­czas pew­nej wy­pra­wy spoj­rzał na dno wąwozu i nie mógł po­wstrzy­mać się od pa­trze­nia w dół. Wbi­jał wzrok w prze­paść, co­raz głębiej, bez­wol­nie i nie wzbra­niając się, aż w końcu oj­ciec wy­rwał go z tego sta­nu. Wte­dy nastąpiło to cięcie, cięcie nożem ojca. Równo­cześnie przy­ciągało chłopca i od­py­chało. Nie mógł się ru­szyć, wi­dział biel w cie­le sar­ny, włókna mięśnio­we i kości. Oj­ciec wresz­cie skończył i za­rzu­cił so­bie zwierzę na ra­mio­na. Se­ba­stian niósł ple­cak, szedł za oj­cem do sa­mo­cho­du. Za­po­wia­dał się upal­ny dzień, na łąkach zro­biło się par­no, światło sta­wało się ostre i le­piej było po­zo­stać w cie­niu drzew.

Mat­ka Se­ba­stia­na sie­działa przed do­mem pod kasz­ta­now­ca­mi przy żela­znym sto­le i jadła śnia­da­nie, dwa psy drze­mały na traw­ni­ku. Był czwar­tek, miała się wy­brać na za­wo­dy jeździec­kie, Se­ba­stian wi­dział trans­por­ter do prze­wo­zu koni. Przed kil­ko­ma laty mat­ka kazała wy­re­mon­to­wać staj­nię, stały tam jej dwa ko­nie do ujeżdżania. Se­ba­stian pocałował matkę w oba po­licz­ki, po­tem po­biegł na górę do swo­je­go po­ko­ju i wyjął z wa­liz­ki pre­zent dla niej. W warsz­ta­cie mieszczącym się w in­ter­na­cie wy­ko­nał fi­gurkę dziad­ka do orzechów; miał białe zęby, czer­woną brodę i czar­ny ka­pe­lusz z drew­nia­nym piórkiem bażanta. Chłopiec długo nad nim pra­co­wał, piórko po­ma­lo­wał na brązowo-zie­lo­no. Jed­nak w tam­tym mo­men­cie pre­zent wydał mu się głupi. Pa­trzył w zie­mię, kie­dy go dawał. Na rękach miał jesz­cze żywicę z am­bo­ny, przez jego nie­uwagę przy­kleiła się do dziad­ka do orzechów. Mat­ka po­dziękowała. Dwa razy roz­chy­liła usta fi­gurki. Po­tem wróciła do czy­ta­nia in­for­ma­cji o kon­kur­sach w „Przeglądzie Jeździec­kim”. Na sto­le leżały for­mu­la­rze zgłosze­nio­we na za­wo­dy. Se­ba­stian opo­wie­dział, co no­we­go słychać w in­ter­na­cie. Cza­sa­mi, nie pod­nosząc wzro­ku znad pa­pierów, mat­ka za­da­wała py­ta­nie. Nie­ba­wem po­wie­działa, że na nią już pora. Złożyła ser­wetkę, sta­ran­nie, tak by rogi przy­le­gały je­den do dru­gie­go. Pocałowała chłopca w czoło. Psy pod­niosły się i po­wlokły za nią alejką w stronę staj­ni.

Se­ba­stian wciąż sie­dział w cie­niu sta­rych kasz­ta­nowców. Wa­ka­cje jesz­cze się nie zaczęły. Może na­pra­wi stojącą w han­ga­rze drew­nianą łódkę, trze­ba ją od­ma­lo­wać, pomyślał. Chłopiec przy­po­mniał so­bie, jak we trójkę pływa­li łódką po je­zio­rze, oj­ciec wiosłował, pod­czas kie­dy on, brodą wspar­ty o burtę, leżał na brzu­chu. Był jesz­cze bar­dzo mały, miał może pięć, sześć lat. Mat­ka miała na so­bie jasną lnianą su­kienkę i sztyw­no sie­działa na ławecz­ce pośrod­ku. Wte­dy jesz­cze często się śmiała, krzy­czała, kie­dy łódka się chwiała, a oj­ciec, wiosłując, chla­pał na nią. Se­ba­stian za­nu­rzał dłonie w zim­nym je­zio­rze, wi­dział pstrągi, oko­nie i sie­je, a cza­sa­mi czuł ciepły za­pach per­fum mat­ki – róże, jaśmin i po­ma­rańcze na wo­dzie.

Wszyst­ko to wy­da­wało mu się od­ległe. Wie­dział wte­dy, że jego ro­dzi­ce już się nie lubią. Często przeglądał al­bu­my ślub­ne w ga­bi­ne­cie ojca. Ro­dzi­ce wyglądali młodo i zda­wa­li się obcy, mat­ka była nieśmiała i de­li­kat­na, nie­mal dziew­czyn­ka, z po­godną buzią i o ja­snych oczach.

Kie­dy ro­dzi­ce Se­ba­stia­na jesz­cze ze sobą roz­ma­wia­li, często słyszał, jak mat­ka mówi ojcu, że brak mu am­bi­cji, dys­cy­pli­ny, nie ma na­wet porządne­go za­wo­du. W życiu po­trzeb­ne są cele, mówiła, to one są naj­ważniej­sze.

Se­ba­stian wyjął ro­wer z garażu, na­pom­po­wał koła i wy­ru­szył z par­ku. W ostat­nim domu na skra­ju pól miesz­kał jego przy­ja­ciel. Bab­ka chłopca krzyknęła z okna, że jest on z po­zo­stałymi dziećmi nie­da­le­ko śluzy. Se­ba­stian zawrócił, do­je­chał z po­wro­tem do ryn­ku i za ap­teką skręcił w polną drogę.

Nad wodą jego przy­ja­ciel stał z in­ny­mi chłopca­mi ze wsi. Po­mi­mo że nie wi­dzie­li się trzy mie­siące, przy­wi­ta­li Se­ba­stia­na tak, jak­by ten nig­dy nie wyjeżdżał. Dzień spędzi­li na na­pra­wia­niu tra­twy. Całą zimę prze­leżała w ba­gnie, bel­ki nasiąkły wodą, były ciężkie i śli­skie.

Opie­ka­li na­bi­te na pa­ty­ki nie­doj­rzałe kol­by ku­ku­ry­dzy, ziar­na wcho­dziły między zęby, były bez sma­ku, ale dym od­stra­szał osy i do­brze było po­sie­dzieć przy ogniu. Łama­li trzci­ny, cięli na kawałki i pa­li­li ni­czym wiel­kie cy­ga­ra.

W cie­niu olch je­zio­ro było chłodne i ciem­ne. Se­ba­stian wypłynął da­le­ko, przekręcił się na ple­cy. Kie­dy pod­niósł głowę, do­strzegł dom stojący po dru­giej stro­nie je­zio­ra, bu­dy­nek mie­nił się w słońcu. Wi­dział po­most, po­ma­lo­wa­ny na nie­bie­sko han­gar na łodzie, słyszał wy­so­kie głosy swo­ich przy­ja­ciół stojących przy brze­gu, a kie­dy za­mknął oczy, wszyst­ko w nim stało się jed­nym, nie­opi­sa­nym ko­lo­rem.

Wcze­snym wie­czo­rem Se­ba­stian wrócił do domu, umył twarz i włożył czy­ste ubra­nie. Było za chłodno, żeby jeść na zewnątrz, ku­char­ka na­kryła do stołu w sali z pięknym wi­do­kiem na park. Od ojca czuć było al­ko­ho­lem, wyglądał na zmęczo­ne­go.

– Nie je­stem głodny, Se­ba­stia­nie, tyl­ko się cze­goś na­piję.

Schudł, pomyślał Se­ba­stian. Wie­dział, że oj­ciec rzad­ko bywał w domu, większość cza­su spędzał na