Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 475 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ta książka uratuje Ci życie - A.M. Homes

Humor, kapitalne dialogi i satyra na współczesność we wzruszającej powieści o potrzebie bliskości, przyjaźni i miłości.

Richard, biznesmen w średnim wieku, mieszka samotnie w luksusowym domu twierdzy w Los Angeles. Za nic nie naruszyłby perfekcyjnie ustalonego porządku dnia, na który składają się: trening, pilnowanie diety i operacje biznesowe. Gdy powalony nagłym bólem trafia do szpitala, uświadamia sobie, że nie ma komu zwierzyć się ze swych obaw. Oddalił się od rodziny i znajomych, nie kontaktuje się z byłą żoną ani z dorastającym synem. Wyniki badań są dobre, ale życiowy bilans – fatalny. Wracając do domu, Richard zatrzymuje się w barze, by zjeść słodki, tłusty pączek. Łamiąc jedną ze swych podstawowych zasad, wywołuje lawinę niezwykłych zdarzeń, które zmienią nie tylko jego życie...

A.M. Homes – autorka pięciu powieści, autobiograficznej książki Córka kochanki i dwóch zbiorów opowiadań. Na podstawie jednego z nich – The Safety of Objects – powstał film z Glenn Close w roli głównej. Homes jest redaktorką „Vanity Fair" i wykładowczynią na Princeton University. Opowiadania i eseje publikuje m.in. w „New Yorkerze" i „New York Timesie" . Jej książki przełożono na dwadzieścia dwa języki. Za swoją najnowszą powieść Niech będzie nam wybaczone, która wkrótce ukaże się nakładem Wydawnictwa Świat Książki, otrzymała w 2013 r. Women's Prize for Fiction, pokonując m.in. Hilary Mantel, Barbarę Kingsolver, Kate Atkinson i Zadie Smith.

Opinie o ebooku Ta książka uratuje Ci życie - A.M. Homes

Cytaty z ebooka Ta książka uratuje Ci życie - A.M. Homes

Nie odchodź, tak po prostu – rzuca znienacka Richard. – Może cię nie doceniają, ale musisz jeszcze spróbować. Ustal zasady. Kolacja o wpół do siódmej. Ty gotujesz, oni sprzątają. Bądź twarda. Mówiąc jej, co ma zrobić, mówi, co ma zrobić,
tego doświadczenia. Życie nie polega na rozpamiętywaniu, na przeżuwaniu przeszłości. Żyj tym, co teraz, dostrzegaj swoje uczucia, ich przemijające fazy i nie zatrzymuj ich. Akceptuj zmiany i wszystko, co się zdarza.
Schenectady, Kalifornia wydawała się równie odległa, jak księżyc, a gdy tu dojechałem, nie mogłem już wrócić, dopóki sobie tego wszystkiego nie poukładam. Kiedy już się to stało, nadszedł inny czas. Już nie byłem tą samą osobą, stałem się weteranem własnego życia. Siedzą w milczeniu. Cóż tu mówić? Nic podchodzi do okna. – Ocean wygląda jak atrament, jak mnóstwo rozlanego czarnego atramentu. Siedzą jeszcze jakiś czas, po czym
choć tę trójkę dzieli wielka przepaść – prawdopodobnie nie do pokonania – mają także poczucie bycia razem, poczucie, że mogą na siebie liczyć, jeśli zdołają znieść się nawzajem. I mimo że nie jest to być może pełnia szczęścia i że może im to nie wystarcza, to jednak to już coś, więcej niż nic. 5594e864fa79ce5d2400002b

Fragment ebooka Ta książka uratuje Ci życie - A.M. Homes

Tytuł oryginału THIS BOOK WILL SAVE YOUR LIFE

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyKatarzyna Krawczyk

RedakcjaEwa Adamczyk

KorektaAnna Sidorek Krystyna Śliwa

Copyright © A.M. Homes, 2006 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Bohdan Maliborski 2009, 2015

Świat Książki Warszawa 2015

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Łamanie WERS

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 733 50 10 www.olesiejuk.pl

*

Stoi przy szybie i patrzy na zewnątrz. Przed nim rozpościera się wtulone w mglisty sen miasto. Niskie ciśnienie. Chmury przetaczają się przez wzgórza, sącząc się przez szczeliny i pęknięcia, jakby to sama natura wysyłała sygnały dymne.

Dużo niżej, u stóp wzgórza, pływa kobieta. Jej długie, ciemne włosy unoszą się na wodzie. Kostium wygląda jak piękna, jasnoczerwona plamka, jak rzadki egzotyczny ptak na tle nienaturalnego błękitu basenu. Pływa każdego ranka, kraulem, jak olimpijka. Jej pływanie przynosi mu wytchnienie – jej determinacja, rytm, rutyna, fakt, że też nie śpi. W ruchach kobiety wyczuwa jakiś naglący przymus. Ona nie może nie pływać. Jest jego powierniczką, muzą, syreną.

Stoi przy szybie. Zwykle go tu nie ma, nie o tej porze. Zwykle wstaje i zaczyna od mechanicznej bieżni – biega, gdy ona pływa. Biegnie i spogląda na wylewający się elektroniczny wydruk wpisów, których dokonuje na klawiaturze przymocowanej do maszyny. Truchtając, obstawia swoje wyniki na długich i na krótkich dystansach, żeby zobaczyć, jak wysoko może wbiec lub jak nisko zbiec, unosząc się na niewidzialnej, elektronicznej fali.

On zwykle, zwykle on. Ale dzisiaj wszystko jest inne, a jednak dokładnie takie samo, choć już nie może być takie samo.

Stoi przy szybie. Nagle dochodzą go mechaniczne odgłosy dobiegające z domu. Kostki lodu sypią się do pojemnika w zamrażarce, ekspres do kawy zaczyna napełniać się wodą, z przewodu wentylacyjnego wypada strumień powietrza i nadyma mu nogawkę. Przechodzi go dreszcz.

– Halo? – woła. – Jest tam kto?

Zwykle tego nie słyszy. Niczego nie słyszy, niczego nie czuje – dba o to. Budzi się, wkłada na uszy tłumiące hałas słuchawki, podchodzi do szyby, patrzy na pływającą kobietę i wchodzi na bieżnię.

Przebywa w próżni ciszy – życie odwołane.

Nawet nie wiedział, że ekspres do kawy jest automatyczny – nie pija kawy. Parzy się dla Cecelii, gosposi, która przychodzi między wpół do ósmej a ósmą. Oddycha głęboko – przyjemny ten zapach kawy.

Po latach dbania o to, by zostawili go w spokoju, nagle boi się być sam, boi się, że nie usłyszy, że nie poczuje, że nie zauważy. Przyciska ucho do szyby. Muzyka. Wyżej na wzgórzu jacyś mężczyźni zakładają trawnik w miejscu, gdzie w przeciwnym razie nie byłoby nic – tylko krzaki. Usypali cypel, na którym będzie rosła trawa, i właśnie rozwijają rolę murawy. Robią małe pole golfowe – jednodołkowe.

Powyżej i poniżej, łańcuch domów pnie się po ścianach kanionu: łańcuch społeczny, łańcuch ekonomiczny, łańcuch pokarmowy. Celem jest być na szczycie, być królem wzgórza, wygrać. Każdy patrzy w dół na sąsiada, myśląc, że w jakiś sposób ma lepiej, ale zawsze jest ktoś, kto napiera z dołu lub spogląda na ciebie z góry. Nie ma sposobu, by wygrać.

Stoi w punkcie domu, gdzie zbiegają się dwie grube tafle szkła, w ostrym rogu sterczącym nad wzgórzem jak dziób statku. Stoi – kapitan, władca, pan, więzień własnego chowu.

Na wprost, w oddali, majaczy coś pomarańczowego i zadymionego. Potrzebuje chwili, by rozstrzygnąć, czy to pożar buszu, czy po prostu świt nad Los Angeles.

Wczoraj wydaje się bardziej realne niż dzisiaj, niż sen, niż wypadek, jakby ktoś wstrzymał akcję lub ją zawiesił. Czy to rzeczywiście się zdarzyło?

W ziemi jest wgłębienie, duże miękkie okrągłe wgniecenie, którego, z tego co pamięta, nie było dzień wcześniej. Patrzy na nie, wymierza w myślach – jakieś dwa i pół metra średnicy, około piętnastu metrów od domu. Skąd się tam wzięło? Od kiedy tam jest? Jak by je opisał? Jak ślad pozostawiony przez ogromną chochlę wciśniętą w ziemię. Czy takie rzeczy dzieją się z dnia na dzień?

Na podłodze w salonie i na niskim stoliku ze szklanym blatem, obok kanapy, w pod innymi względami uporządkowanym świecie, leżą jakieś resztki, okruchy, skrawki plastiku, kawałek rurki, porwany papier i pojedynczy fragment pokrwawionej gazy – dowody.

Myśli o bólu. Zaczął się od dotkliwego skurczu w plecach, od dziwnego napięcia biegnącego od żołądka do piersi. Zupa z soczewicy, którą zjadł na lunch? Czekał. Wziął tabletkę na nadkwasotę. Było coraz gorzej. Rozdzierający ból rozlewał się, rozpruwał mu jak nóż nogę, wdarł się do szczęki. Jakby długi i ostry drut do dziergania kłuł mu rękę, a ból przenikał do palców – czyżby mu zdrętwiały? Przeszył całe ciało jak siekiera rozłupująca świeże drewno. Spazm bólu wygiął mu w łuk łopatki, po czym zgiął go, zwijając w napięte, miażdżące „c”, ostry, gwałtowny spazm, który łamie człowieka wpół. Nie pomyślał, żeby do kogoś zadzwonić, nie wiedział, do kogo mógłby zadzwonić i co mógłby mu powiedzieć – bo właściwie gdzie był ten ból? Był wszędzie, powalający, wywołujący poty i zawroty głowy.

Na początku, póki jeszcze mógł, poszedł do łazienki, włożył ładne spodnie, pasek, sportową bluzę, buty i skarpetki. Ubrał się, jakby umówił się ze znajomymi na kolację albo na jakąś skromną imprezę. Przytłumione kolory, miękkie tkaniny. Ubierając się, pomyślał, że może będzie musiał zjechać ze wzgórza do lekarza. Nie uświadamiał sobie, że już za późno, że już minęła godzina, o której mógłby tam kogoś zastać.

Położył się na kanapie, czego nigdy wcześniej nie robił. To było wbrew zasadom – prywatnym, osobistym zasadom, które wszyscy mamy. Żadnego leżenia, chyba że w łóżku, i nigdy za dnia.

Leżał na kanapie, próbując wygodnie się ułożyć. Czyżby zrobił coś nie tak ze swoją trenerką, źle się obrócił albo przekręcił? A może złapał jakiegoś wirusa, przeziębienie albo grypę? Ból nie ustawał. W jaki sposób go ogarnął? Zaczął się nagle zastanawiać, czy zawsze w nim drzemał, a on po prostu go nie zauważał?

Wstał, wziął ibuprofen i stanął przy szybie, przypatrując się miastu, samochodom na biegnącym dołem bulwarze, który zakręcał i piął się wśród wzgórz. Niebo zaczęło blednąć, auta miały włączone światła, domy jaśniały życiem. Wyły kojoty. Leżące w oddali miasto było jednocześnie wielkie i małe.

Stał przy szybie, zmożony bólem. Każda krwinka, każdy nerw, każde włókno jego ciała zwijało się w sobie, jak zagłodzone, wypalone. Stał przy szybie, cierpiąc, a najdziwniejsze było to, że nie wiedział, gdzie go boli, że nic nie czuł.

Zaczął płakać. Płakał bezgłośnie, a gdy uświadomił sobie, że płacze, sam fakt, że płacze, czy też lęk przed płaczem, podpowiedziały mu, że dzieje się coś bardzo złego. I rozpłakał się jeszcze bardziej.

Czy to już koniec? Czy właśnie tak wygląda koniec? Czy było coś przedtem, coś, co powinien dostrzec, jakieś ostrzeżenie? A może to było ostrzeżenie? Albo było to ostrzeżenie, albo to był koniec.

Wybrał numer 911.

– Policja, straż pożarna, pogotowie.

– Lekarza – rzucił.

– Policja, straż pożarna, pogotowie.

– Ratunku – powtórzył.

– Policja, straż pożarna, pogotowie. – Głos był z taśmy.

– Karetkę – ciągnął.

– Proszę czekać.

W ciszy, jaka nastała, gdy czekał na połączenie, ból ustąpił. Gdy minął, nagle wydało mu się, że to tylko zły sen na jawie, efekt niestrawnego lunchu.

Już chciał odłożyć słuchawkę, gdy usłyszał kobiecy głos.

– Co się stało? – spytała, przypominając mu o bólu, który powrócił.

– Boli – odparł. – Niesamowicie boli.

– Gdzie boli?

– Myślę, że to jest koniec – odpowiedział.

– Gdzie odczuwa pan ból?

– Wszędzie.

– Czy chodzi o jakiś uraz – ranę postrzałową, upadek, ukąszenie węża, postrzał z łuku?

– Nie – zaprzeczył. – Nie. Jestem w domu, przez cały dzień. Przeszywa mnie, czuję się jak zanurzony w bólu.

– Od dawna pana boli?

– Nie wiem.

– Kilka minut, godzin, dni?

– Co najmniej kilka godzin. – A może kilka dni albo lat, nie miał pojęcia.

– Na ile by pan ocenił swój ból w skali od jednego do dziesięciu?

– Na dziesięć.

– Jak by go pan opisał – jest ostry, pulsujący, kłujący, tępy?

– Tak.

– Które z tych określeń najlepiej oddaje to, co pan teraz czuje?

– Wszystkie.

– Przeszedł pan zawał serca, udar, atak?

– Nie.

– Ile pan ma lat?

– Pięćdziesiąt pięć.

– Czy jest pan w domu sam?

W niewytłumaczalny sposób pytanie to go przeraziło.

– Jestem rozwiedziony.

– Czy jest tam ktoś z panem?

– Nie.

– Czy miewał już pan takie bóle?

– Nie zauważyłem, do dzisiaj.

Był coraz bardziej spięty. Czuł się jak na egzaminie – za dużo pytań. Przyśle do niego pomoc, czy będą tak rozmawiać przez całą noc?

– Traci pan dech?

Myśl o zawale albo udarze właściwie nie przyszła mu do głowy. Przyszło mu do głowy, że to koniec, ale nie to, że ma zawał.

– Może pan kaszlnąć? Proszę wciągnąć głęboko powietrze i kaszlnąć głośno dwa razy.

Starał się, jak mógł.

– Może pan podać swoje imię i adres?

– Proszę mówić do mnie Rick – zaproponował.

– To pańskie prawdziwe imię?

– Co pani sugeruje?

– Czy jest pan właścicielem tego domu?

– Tak.

– Czy ma pan telefon albo nieruchomość zarejestrowane na inne nazwisko?

– Richard – dorzucił.

– Dziękuję, panie Novak – zakończyła pani z centrali.

– Skąd pani wie, kim jestem?

– Dysponujemy rozszerzoną bazą danych. Karetka jest w drodze. W ramach pilotażowego systemu szkolenia psychologów mogę połączyć pana ze specjalistą, który pozostanie z panem na linii do czasu przyjazdu karetki.

– Próbuje mi pani coś wcisnąć?

– Nie. Nie ma dodatkowej opłaty. To usługa, do której się pan kwalifikuje z uwagi na swoją charakterystykę.

– Charakterystykę?

– Ma pan właściwy kod pocztowy, a istnieje potencjalne zagrożenie życia. Jeśli się pan zgodzi, połączę pana ze specjalistką. Ma na imię Patty.

– Jest prawdziwa czy automatyczna?

– Siedzi tu obok. Jedną chwileczkę.

– Cześć, Richard, mam na imię Patty.

– Cześć, Patty.

– Co robisz, Richard?

Nie wiedział, jak na to odpowiedzieć.

– Umieram.

– Na co umierasz?

– Z bólu.

Z pęknięcia, z eksplozji, powolną, katorżniczą śmiercią.

– Gdzie umiejscowiony jest ten ból? Możesz zamknąć oczy i go przeniknąć?

Są ludzie, którym zdarza się zasłabnąć podczas lunchu, lunchu w najcudowniejszej, najwspanialszej, najdroższej restauracji w mieście. Nagle „bum!” – spadają z krzesła i umierają. Łup! Mógł być jednym z nich. Mógł odejść właśnie tak – „zgasnąć jak żarówka”, jak mawiała jego ciotka. Mógł wyjść przed dom, paść trupem na podjeździe, zostać rozszarpany przez wilki, rozwleczony przez sępy. Nie było różnicy między jego ciałem a bólem – jego ciało było bólem.

– Richard, jaki film ostatnio oglądałeś?

Było to jedno z tych typowych pytań w Los Angeles. Nawet gdy umierałeś, ludzie gadali o filmach.

– Nie mam pojęcia – odparł, próbując sobie przypomnieć. Pamiętał, że milion lat temu obejrzał Bonnie i Clyde w kinie dla zmotoryzowanych w Wellfleet w Massachusetts.

– Masz jakieś hobby? Grywasz w golfa?

– Lubię pływać – odrzekł, ku własnemu zdumieniu.

– Gdzie pływasz? Masz basen?

– Nie.

– Kiedy ostatnio pływałeś?

– Jakieś pięć lat temu w hotelu w Miami. Pojechałem tam z pewną kobietą na długi weekend. Źle się to skończyło – przerwał. – Chyba wolałbym teraz nie rozmawiać. Wysiłek, by podtrzymać rozmowę, bardzo mnie rozprasza.

– A co wolałbyś robić?

Wyobraził sobie staruszków z nadajnikami „upadłem i nie mogę wstać” na szyi. Wyobraził sobie, jak leżą na podłodze i rozmawiają przez nadajniki, gdy karetka jest już w drodze, wdzięczni, że ktoś do nich przyjedzie i pomoże wstać.

– Patty – zagadnął – skąd jesteś?

– Z Minnesoty – odpowiedziała.

– Tak myślałem – skomentował. – Brzmisz jak ktoś z Minnesoty albo z Modesto.

Siedział na sofie, wpatrując się w szybę.

– Nie musisz do mnie mówić. Chyba wolałbym ciszę, żeby móc się skupić.

– Możesz siedzieć, stać albo chodzić?

– Boli mnie – powtórzył, jakby to cokolwiek znaczyło.

– Niedługo przyjadą – uspokoiła go.

Zastanawiał się, czy ma dość gotówki, żeby im zapłacić – zastanawiał się, skąd pojawiła się ta myśl – przecież nie musi im płacić, już zapłacił, właśnie od tego są podatki. Kiedy był żonaty i mieszkał w Nowym Jorku, zamówił kiedyś do domu chińszczyznę i nie zdążył jeszcze odłożyć słuchawki, gdy zamówienie zostało zrealizowane. Żartowali z żoną, że ta restauracja ma satelitarną kuchnię działającą w piwnicy ich apartamentowca. Zawsze trzymali w domu gotówkę, żeby komuś zapłacić – wciąż komuś płacili: dostawcom, portierom, fachowcom od napraw.

– Jesteś tam? – spytała.

Usłyszał w oddali odgłos syren, szum silników sunących pod górę aut i wreszcie syrenę, która ucichła przed jego domem. Widział w szybie odbłyski migających czerwonych kogutów. Wiedział, że już tam są.

Ktoś zapukał do drzwi.

Leżał na sofie i pomyślał, że powinien wstać.

– Richard – rzuciła Patty – strażacy stoją przy drzwiach. Możesz ich wpuścić?

– Nie wiem – odpowiedział wystraszony, jakby to w ogóle był kiepski pomysł, jakby w ogóle nie powinien był do nich dzwonić.

Patrzył. Widział, jak obchodzą dom i schodzą w dół z dyndającymi latarkami, w ciężkich płaszczach jak z napiętnowanej skóry słonia, z odblaskowymi numerami. Usłyszał skrzek krótkofalówek.

Wymówili przez megafon jego nazwisko w taki sposób, że musiał się poddać.

– Richardzie Novak, słyszy mnie pan? Może pan otworzyć drzwi?

– Jest tam gdzieś schowany klucz? – dopytywała się Patty.

– Garaż jest otwarty.

– Powodzenia, Richardzie – rzuciła, odkładając słuchawkę.

Weszli z torbami. Ich płaszcze pachniały ogniem.

– Jestem na sofie – oznajmił. – Płaczę.

Nic się nie paliło.

Otaczali go, przyklękali przed nim, mówili do niego.

– Zmierzymy panu ciśnienie i podamy trochę tlenu.

Skinął głową.

– Boli pana teraz?

– Nie wiem – wyznał przez plastikową maskę. Głos miał stłumiony, odległy. – Nic nie pamiętam.

Pojawił się policjant. Aresztują go za robienie sobie żartów przez telefon, podnoszenie fałszywego alarmu, naciąganie służb publicznych?

– Czy jest pan w domu sam? – spytał gliniarz.

Ponownie skinął głową – dlaczego tak obsesyjnie wypytują go, kto jest w domu?

Zaroiło się w nim od ludzi mówiących do niego po imieniu i bardzo głośno. Przybyli sanitariusze i otworzyli pudła – solidne, jak na sprzęt wędkarski. Włączyli urządzenie, które widział w telewizji – defibrylator. Modlił się, żeby go nie użyli. Przecież był przytomny. W telewizji lekarze wołają „Odsunąć się!” i aplikują pacjentowi wstrząsy jak cholera. Urządzenie stało obok, gotowe – zielone światło, zaczynamy.

– Ładny de Kooning – zauważył jeden z sanitariuszy.

Zdjęli mu koszulę, przyczepili druciki do piersi, zamienili maskę tlenową na małe rurki, które wpycha się do nosa.

– To uciśnięty nerw – zasugerował, szukając ucieczki.

– Rothko też bardzo mi się podoba. Widziałem go kiedyś na wystawie w MOCA[1].

– Użyczyłem go – odpowiedział Richard.

– Faktycznie – dorzucił jeden ze strażaków. – Też go kojarzę. Namalował go ten gość, o którym nakręcili film z Edem Harrisem.

Sanitariusz pokręcił głową.

– Ed Harris grał Jacksona Pollocka, tego od chlapania. A to Mark Rothko, mroczniejszy, poważniejszy.

– Jesteście sanitariuszami czy koneserami sztuki?

– Studiowałem pielęgniarstwo i historię sztuki na Harvardzie. Bierze pan jakieś leki?

– Witaminy i spray do nosa na zatoki.

– Proszę pana – rzucił sanitariusz – prześlemy pańskie EKG do szpitala, a oni określą zalecenia co do dalszego leczenia. Tymczasem podłączę panu kroplówkę.

Powaga, z jaką go traktowali, wprawiła go w nerwowość. To nie były żarty. Zachowywali się, jakby ratowali mu życie.

– Jest pan uczulony na aspirynę?

– Nie.

Sanitariusz wysypał mu na dłoń dwie minitabletki aspiryny.

Przegryzł je. Rozpuściły się w papkę, suchą, różową, sproszkowaną papkę o smaku dzieciństwa.

– Miło, że przyjechaliście – powiedział, do nikogo w szczególności.

– Centrala do czwórki, droga przejezdna, możecie go transportować.

Przenieśli go na wózek, a kiedy przenosili, krzyknął. Nie wiedział dlaczego. Wokół byli strażacy, sanitariusze i policjanci, nieśli go – od lat nikt go nie nosił. Starał się im pomóc, być lżejszym.

Jakiś gliniarz spytał, gdzie są klucze do domu – w srebrnej misie na blacie w kuchni. Zamknęli drzwi i mu je oddali.

Kiedy wywozili go na dwór, kołysania i podskoki wózka sprawiły, że zrobił się senny.

– Czy wszystkim chce się spać? – spytał.

Nikt nie odpowiedział.

Wywieźli go na wózku w mrok. Czerwone światła kogutów odbijały się rykoszetem od ścian domu. Wziął głęboki oddech – tlen.

Powieźli go w dół wijącym się bez końca kanionem. Długa jazda, pod prąd, przytłumione wycie syreny, chybotliwe zatrzymania i ruszania karetki – wszystko to sprzysięgło się, by zrobiło mu się niedobrze, by poczuł się zdezorientowany i zagubiony. Niemal to przewidział. Gdy podjeżdżali tyłem pod izbę przyjęć, zamknął oczy, opuścił szczękę i rzygnął. Panoramicznie. Zarzygał wszystko, obryzgując cały tył karetki czarnymi ziarenkami soczewicy, obryzgując twarze mężczyzn, którzy pośpieszyli, by go z niej wynieść. Rzucili mu na twarz prześcieradło, żeby się osłonić. Gdy wyciągali wózek, gdy kółka opadły na asfalt, zemdlał.

Tak jak szybko stracił świadomość, tak szybko ją odzyskał. Był pobudzony, jakby wystrzelili go z działa. Podali mu coś, coś na poprawienie samopoczucia, zastrzyk z jakiejś tajemnej mieszanki?

– Panie Novak, słyszy mnie pan?

Bał się odezwać, otworzyć usta, ale skinął głową.

– Wie pan, gdzie jesteśmy?

Znów przytaknął.

Unieśli go z wózka, ułożyli na łóżku i wytarli twarz.

– Przepraszam – powiedział, kiedy poczuł, że już może się odezwać.

– Nie ma za co – usłyszał w odpowiedzi, co natychmiast skłoniło go do kolejnych przeprosin.

Miał mętlik w głowie. Nie był już śpiący. Był rozbudzony, całkiem rozbudzony. Jedna myśl goniła drugą: czy dokumenty ma w porządku? Komu wypożyczył Rothko – MOCA czy MoMA[1]? Czy powinien rozegrać wszystko inaczej? Czy, gdyby umarł, dowiedziałby się o tym choćby jego adwokat? Dla pocieszenia zaczął podliczać pieniądze – ile ma na każdym rachunku? Ile to jest wystarczająco dużo?

Czy coś mu podali, jakiś lek, który go nabuzował? Czy powinien coś powiedzieć, czy powinien im powiedzieć, że wszystko dzieje się zbyt szybko? Obserwował dłuższą wskazówkę zegara – wolno, tak wolno.

– Proszę wciągnąć powietrze. Proszę głęboko oddychać. Musi się pan odprężyć. Jest pan w dobrych rękach, panie Novak, w bardzo dobrych rękach.

Opukiwały go, pobierały krew, wciąż sprawdzały ciśnienie i źrenice, obserwowały niekończące się wydruki EKG. Tanimi plastikowymi długopisami zapisywały dane na czystej, białej karcie pacjenta.

Do łóżka podeszła niemożliwie chuda kobieta, szczapa, wyschnięte drzewo.

– Ma pan kartę ubezpieczenia? Kogo mamy powiadomić, w razie gdyby…

Wystawały jej kości. Łokcie, nadgarstki, obojczyk, każda kość była praktycznie obnażona, obrana do żywego.

– Proszę podać nazwisko i numer telefonu.

Była jak ktoś ze świata zmarłych, sprzedający bilety na podróż na drugą stronę. Spodziewał się, że zaraz spyta go: „Czy ma pan jakichś nieżyjących krewnych, z którymi chciałby pan zjeść kolację? Mogę zarezerwować stolik”.

Podał jej nazwisko swojego adwokata.

– Telefonu nie pamiętam.

Czysty surrealizm. Jarzeniówki świeciły tak ostro, że wciąż myślał o tym, iż w każdej chwili to światło go zaleje i wszystko zniknie, że w każdej chwili może ruszyć w stronę, jak to się eufemistycznie nazywa, światłości.

– Od czego się to zaczęło?

Na wysokości jego kolan stanął stażysta z kartą choroby w ręku.

Nie pamiętał, nie pamiętał, kiedy pamiętał, nie miał poczucia, że nagle zapomniał, że jakaś rzecz mu umknęła. Prędzej poczucie, że nie ma czego pamiętać. Szukał i nie znajdywał niczego – żadnych obrazów, wspomnień, skojarzeń z miejscami, w których był.

– Panie Novak, czy rozumie pan, o co pytam? Kiedy zaczęło boleć?

– Nie wiem – odparł. – Nie wiem, czy zaczęło, czy tylko to zauważyłem. Im więcej poświęcałem temu uwagi, tym było gorzej. Jest tu Patty?

– Kto to jest Patty?

– Rozmawiałem z nią wcześniej, przez telefon.

– Nie znam nikogo o imieniu Patty – odpowiedział zniecierpliwiony stażysta.

– Moja siostra ma na imię Patty – rzuciła pielęgniarka.

– Taka bardzo miła, Patty z Minnesoty albo z Mendocino – wyjaśnił.

Stażysta wyszedł.

– Może pan skorzysta? – zaproponowała jakaś kobieta, podając mu bezprzewodowy telefon. – Chciałby pan do kogoś zadzwonić?

Pokręcił głową.

– Niektórym pomaga, jak z kimś porozmawiają.

– Pani z administracji czy pielęgniarka?

– Pielęgniarka. Dwadzieścia lat temu przeszłam na emeryturę, ale wróciłam.

– Dlaczego pani wróciła?

– Umarł mi mąż i, prawdę mówiąc, nie mogłam znieść samotnych nocy. Nie sypiałam, więc pomyślałam, czemu by nie popracować na nocki. Przynajmniej nie włóczę się po ulicach i czuję się potrzebna. Nie chce pan do nikogo zadzwonić? – ponowiła pytanie.

Do kogo miałby zadzwonić?

Do rodziców? Ale oni przenosili się na zimę gdzieś na Florydę. Do brata w Massachusetts? Do dietetyczki, która zasugeruje, że winowajcą mogła być zupa z soczewicy? Do gosposi, jedynej osoby, która w ogóle zauważy, że nie ma go w domu, kiedy zjawi się tam z rana? Osobista trenerka też przychodzi rano, masażysta ma się pojawić po południu. Dekoratorka wnętrz zajrzy w ciągu dnia, żeby powiedzieć, na jaki kolor należy pomalować pokój gościnny. Gdyby miał numery telefonów, zadzwoniłby do nich wszystkich i powiedział, żeby dali sobie spokój, że wszystko odwołane.

Leżąc, uświadomił sobie, jak bardzo oddalił się od świata i wszelkich obowiązków, jak głupio się uniezależnił. Nikogo nie potrzebował, nikogo nie znał, nie uczestniczył w niczyim życiu. Tak bardzo oddalił się od świata zależności i zobowiązań, że nie miał pewności, czy jeszcze żyje.

– Kogoś musi pan mieć – upierała się.

– Pani jest miła – zagaił.

– Jestem stara – odparła.

– Może moglibyśmy…

Ktoś zaciągnął kotarę wokół jego łóżka.

Do kogo mógł zadzwonić, skoro później nie zamierzał zadzwonić po raz drugi? Z kim chciałby porozmawiać choćby jeszcze raz? Ze swoim synem, Benem? Nie zrobi tego dziecku, nie łączą ich tego typu relacje. Cześć, Ben, tu tata, dzwonię z izby przyjęć. Tak się odzywam, żeby się dowiedzieć, jak leci, żeby życzyć ci wszystkiego najlepszego. Oby wiodło ci się lepiej niż mnie, mały, obyś osiągnął to, co zamierzasz, na co zasługujesz i jeszcze trochę więcej. Pamiętaj, synku, to jest koniec.

Jego była żona. Zostawiła mu wiadomość na sekretarce – wczoraj, a może parę tygodni temu. Nie oddzwonił – nie wiedział dlaczego.

– Niech się pan zastanowi – rzuciła pielęgniarka.

Jego była żona prowadzi wydawnictwo publikujące książki poświęcone jakości życia i samodoskonaleniu, książki, które podpowiadają, jak żyć – jak postępować w zależności od znaku zodiaku, grupy krwi albo koloru skóry, książki na temat życia wedle prostych zasad, tego, jak znaleźć czas, kiedy się nie ma czasu, i co robić, gdy żadne z powyższych kwestii cię nie dotyczą.

Usłyszał, jak sanitariusze łączą się przez krótkofalówkę ze szpitalem, zgłaszając „kod pomarańczowy”.

– Co to takiego?

– Gwiazda – wyjaśniła pielęgniarka. – Uprzedzają nas, żebyśmy uważali na fotoreporterów. Czasami zjawiają się tu jeszcze przed pacjentem. Najlepsza jest martwa gwiazda, bo za takie zdjęcia dużo płacą. Każde ujęcie gwiazdy zbroczonej krwią jest warte tysiące dolarów.

– Karetka do centrali, kod pomarańczowy, kobieta, pod osiemdziesiątkę, wypadek samochodowy, możliwy uraz głowy, stan stabilny. Włożyliśmy jej gorset i unieruchomiliśmy pasami – zaraz podjeżdżamy.

– Kiedy się dowiadujecie, kto to jest?

– Czasami zgadujemy. Znamy przybliżony wiek pacjenta i miejsce, w którym doszło do wypadku. Wtedy zaczynamy obstawiać – czy w klubie Viper Room, na wzgórzach, w butiku przy Rodeo Drive, u fryzjera? Można dostać wylewu, odchylając głowę do mycia, i nawet nikt nie zauważy, dopóki klientka nie spróbuje usiąść prosto. Mieliśmy parę takich przypadków – gwiazdy często chodzą do fryzjera.

Stażysta gwałtownie rozsunął kotarę.

– Przyjdą po pana. Zleciłem tomografię mózgu, chcę się upewnić, że nie ma pan tętniaka, że nie zacznie pan przeciekać, że bombka nie pęknie.

Przyszły pan doktor roześmiał się z własnego dowcipu.

– Nie mam pojęcia, skąd ich teraz biorą – skomentowała pielęgniarka i odeszła, gdyż dwaj policjanci wwieźli na wózku chłopaka przywiązanego do biurowego krzesła żółtym, nylonowym sznurem, jakby złapali go na lasso.

– Jestem Bogiem – obwieścił hałaśliwie.

– Cześć, Boże. Jestem pielęgniarką z izby przyjęć. Powiesz mi, co łyknąłeś?

– Nie wkurwiaj mnie – odparował. – Nie wkurwiaj Boga. Bo ja wiem, Bóg wie. A ja jestem Bogiem. Potrafię latać, jestem wolny. Jestem Bogiem! – wrzeszczał. – Jestem Bogiem, jestem Bogiem, jestem Bogiem! – Wrzaski stawały się coraz głośniejsze.

Lekarz poświecił mu latarką w oczy.

– Opowiedz mi o sobie. Jak się nazywałeś, zanim zostałeś Bogiem?

– Jestem Bogiem, jestem Jezusem. Jestem przybity do krzyża, dlatego nie mogę poruszać rękami. Jestem Bogiem, Bóg jest psem – zaszczekał.

– Dobra, Boże, damy ci zastrzyk, który sprawi, że zstąpisz na ziemię.

– Ja lecę! – krzyknął. – I jestem wolny!

Zaczął się wiercić, próbując zerwać sznur.

– Uwolnij mnie! Rozkazuję ci, uwolnij mnie!

Tymczasem przyjechała karetka, na łóżku obok Richarda ułożono aktorkę – ofiarę wypadku – i zaciągnięto wokół niej kotarę.

Starsza kobieta pojękiwała. Z tego, co usłyszał, wiedział, że ma jakiś uraz czaszki.

Przejrzał w myślach listę nazwisk starych aktorek – kto to może być? Większość z tych, które przyszły mu do głowy, już nie żyła – Lucille Ball, Bette Davis, Garbo.

– Tniemy. Muszę zobaczyć, jak to wygląda – rzucił ktoś. – Poproszę nożyczki.

– Nie rozcinajcie – zaoponowała aktorka.

I nagle – brzdęk! – przez szparę w kotarze zobaczył, jak na metalowym stoliku ląduje coś zakrwawionego.

– Gaza! – zawołał ktoś. – Uciskamy. Głęboka ta rana? Jakieś ciała obce?

Przeraził się, że odpadły jej włosy. Nie mógł się powstrzymać przed wpatrywaniem w metalowy stolik. Co tam widział – włosy, skórę, krew, zakrwawiony skalp?

Zza kotary wyjrzała pielęgniarka z ponurą miną.

– Straciła włosy? – spytał.

– Nie udzielamy informacji o pacjentach.

To, co tam ujrzał, było na tyle przerażające, że zdecydował się zadzwonić. Wybrał numer byłej żony, jedyny, jaki pamiętał – dawny numer do siebie.

Zanim zdążył się odezwać, powiedziała:

– Właśnie wróciłam do domu, jestem wykończona. Od rana same spotkania. Zwariuję. Możemy porozmawiać jutro?

– Jestem w szpitalu. Radzili, żebym do kogoś zadzwonił.

– A co ja ci tu poradzę? Już po północy.

– Bolało mnie, coraz bardziej. Zadzwoniłem pod 911. Jestem w szpitalu Cedars-Sinai. Mam elektrody na piersi i kroplówkę w żyle. Dopytują się, czy chorowałem na serce.

– Dlaczego nie zadzwonisz do syna?

– To chyba nie najlepsza pora na telefon do Bena.

– Jestem wykończona, Richard. Będziesz jutro w domu? Zadzwonię.

Rozłączyła się, zanim zdołał cokolwiek powiedzieć.

Nie wpadł na to, by rzucić jej: „Rozmawiamy, być może, ostatni raz, to może być koniec – nie rozumiesz?”. Nie mógł uwierzyć, że do niej zadzwonił – zawsze była taka wredna? Nie powinien był do niej dzwonić. Widocznie oszalał, skoro wpadł na taki pomysł, nie powinien dzwonić do nikogo – powinien zachować to dla siebie.

Gdy o tym pomyślał, przeszył go ból jak błyskawica. Dlaczego po prostu nie umrzeć? Nie chciał umierać. Nie mógł. Nawet jeszcze nie pożył.

– Boję się – rzucił w powietrze. – A kobieta, która leży obok, straciła włosy.

Pielęgniarka mówiła do pacjenta z naprzeciwka, głośno, jakby wygłaszała odezwę.

– Panie Rosenberg, ma pan złamane biodro. Pańska córka zaraz przyjedzie. Wie pan, gdzie jesteśmy?

– Jasne, że wiem. W kinie. To wszystko film – odparł. – Niestety, to nieprawda. Jestem w domu opieki, w którym mieszkam, a raczej gdzie mnie umieścili, i czekam na śmierć. W przechowalni, oto gdzie jestem. Może jestem stary, ale nie zdziecinniały.

– Jest pan w szpitalu, panie Rosenberg. Upadł pan, więc tu pana przywieźli. Wie pan, kto jest naszym prezydentem, panie Rosenberg?

– Czy to ważne? To sami złodzieje.

– Pan Novak?

Przy nogach łóżka stanął sanitariusz w żółtym kitlu.

– Mam pana zawieźć.

Przewiózł go na wózku z dyndającą kroplówką aseptycznymi korytarzami w głąb szpitala.

UWAGA! PROMIENIOWANIE. Pojawił się technik z wielką strzykawką.

– Jest pan uczulony na owoce morza, skorupiaki, jodynę?

– Nic o tym nie wiem.

– Ma pan klaustrofobię?

– Nie sądzę.

Wielka strzykawka, a później mniejsza, kontrast i jeszcze coś dla przytępienia zmysłów, żeby leżał spokojnie.

– Tomografia potrwa około czterdziestu pięciu minut. Ważne, żeby się pan nie ruszał. Nie ma czasu na powtórkę, i tak pana upchnęliśmy.

Odczuł to upychanie. Poczuł w gardle nieprzetrawioną soczewicę.

Kontrast przepłynął przez niego jak zimna, radioaktywna galaretka. Myśli miał dziwne. Przypomniał sobie, jak otwierają się drzwi karetki, i uczucie ulgi, gdy dotarł do szpitala. A potem niemal jednoczesne parcie z trzewi, wrażenie, że wychodzi z niego wszystko, że wymiotuje siebie, aż w końcu jest cały obtarty, wywleczony na lewą stronę, obnażony. Pielęgniarka starła mu wymiociny z ust papierowym ręcznikiem. To było miłe. Gdyby wymówiła jego imię, gdyby się do niego uśmiechnęła, gdyby miała wilgotną ściereczkę, gdyby była odrobinę delikatniejsza, poczułby się doskonale. Zachowała się troszkę zbyt oficjalnie, ale cieszył się, że wokół są ludzie gotowi mu pomóc.

Badanie przypominało testowanie trumny, zupełnie jakby skanowali go, by stworzyć trójwymiarowy model wirtualnej śmierci. Wyobraził sobie, jak go prześwietlają, zabierają z powrotem na górę i urządzają prezentację ze slajdami, przedstawiającą go w najróżniejszych trumnach: wyściełanych różnymi tkaninami, z poduszkami pod głowę, z wyszytymi sentencjami, z monogramem na wieku.

Leżał na wąskiej leżance tomografu z otwartymi oczami. Pokrywa urządzenia znajdowała się pięć centymetrów od jego nosa, a on mógł myśleć wyłącznie o swojej byłej żonie.

O samych początkach, czyli o chwilach, kiedy w istocie od niej odszedł. Miała zostać dziennikarką, a on – ekonomistą, intelektualistą, politykiem. Poznali się na studiach – w Barnard College i Columbia University – tam stracili ze sobą dziewictwo, a przynajmniej on. Pobrali się i kupili mieszkanie, najpierw w Upper East Side, w nowym, lecz nijakim, budynku przy Lexington Avenue. Od razu dała mu do zrozumienia, że to za mało – chciała mieszkać przy Piątej Alei z widokiem na park.

Wszystko zaczęło się od poczucia porażki. To, co powinno być świętem dwojga młodych ludzi rozpoczynających wspólne życie, przerodziło się w motyw niespełnienia. Ona rzuciła się w wir pracy, zdeterminowana, by – tak czy siak – osiągnąć dokładnie to, czego chce, a on szybko poczuł się pomijany. Próbując się wykazać, zdobyć jej zainteresowanie, też pogrążył się w pracy. Najważniejsze stały się pieniądze – zarobić jak najwięcej, żeby jej zaimponować, później, żeby mieć dość, by się obronić, a jeszcze później – zgarniać, ile się da, bo pieniądz robi pieniądz. Na świecie było tyle forsy. Mogła być jego tylko za to, że miał swoje zdanie, punkt widzenia, trafną prognozę. Pieniądze to gra, zabawa. Wciągały, a on wciąż je zdobywał.

Sobie powtarzał, że zgarnął dwa miliony dolarów, wielką premię, podziw tych, którzy traktowali to serio, których też to wciągało. Innym mówił – to zabawa. Wcale nie znaczy, że nie chcesz wygrać, ale musisz być też przygotowany na porażkę, nie możesz zbytnio się przejmować. To tylko papier.

– Stać cię, żeby tak mówić – odpowiadali.

Po jakimś czasie rzeczywiście tak było. Wstawał każdego ranka i wracał wieczorem do domu, nie martwiąc się. Naprawdę? Czy to możliwe? A może tylko to sobie wmówił?

– Prawie skończyliśmy – przemówił mechaniczny głos przez głośnik w jego trumnie, przerywając ten ciąg myśli.

Leżał na płaskiej leżance tomografu, rozmyślając o byłej żonie. Dlaczego do niej zadzwonił? Bo w Nowym Jorku było już późno i wiedział, że ją zastanie? Bo była matką jego dziecka? Bo, mimo jej zadziwiającego egotyzmu, wciąż ją kochał? Dlaczego?

Pomruk urządzenia zmienił ton, a on zmienił temat. Kiedy był ostatnio w szpitalu? Spojrzał w maleńkie lusterko nad głową. Kiedy był ostatnio w szpitalu? Ze skręconą kostką, z jakąś tenisową kontuzją, z ciężką grypą?

Ben. Przy narodzinach Bena. Jak to możliwe, że mieli dziecko? Co sobie wyobrażali? Czy w ogóle chcieli mieć dzieci, czy tylko zrobili to co inne pary? A może zachowali się jak ci, którzy kupują szczeniaka na Gwiazdkę – bo jest taki śliczny z kokardką na szyi, ale kto będzie go wyprowadzał w środku nocy?

Pamięta narodziny Bena. Kiedy zaczyna o tym myśleć, przypomina sobie wszystko: salę szpitalną, automaty z napojami i słodyczami w piwnicy, przypaloną, nieświeżą kawę. Jedno wspomnienie prowadzi do drugiego. Może cofnąć się w czasie do tej wielkiej chwili, do przeklinającej go żony, do pielęgniarek, które tłumaczą, żeby nie brał tego do siebie, bo to „faza przejściowa”.

Ben z zamkniętymi oczami, cieniutka skóra, przezroczysta, jeszcze nieprzygotowana na to, co go czeka. Śpi, odpoczywa po długiej podróży, chroni siebie. Ben, który zawsze uwielbiał spać – Ben, który przesypiał noce, odkąd skończył osiem tygodni. Richard wracał z pracy i zaglądał do niego. Stawał w mroku nad kołyską, nasłuchiwał oddechu syna, dotykał go. Czasami maleńka rączka chwytała go za palec, przytrzymywała.

– Trwało to dłużej, niż myślałem – rzucił technik.

Leżąc na noszach i spoglądając w górę, Richard stracił poczucie czasu.

Wizbie przyjęć jakiś bardzo młody lekarz rozsunął kotarę i przysiadł na niewielkim krzesełku przy łóżku. Pierwszy raz w życiu Richard nie czuł się jak mężczyzna w średnim wieku – czuł się STARY.

– Po osiągnięciu pewnego wieku wszystko traktujemy bardziej serio – rzucił lekarz. – Osobiście nie sądzę, żeby przeszedł pan zawał. EKG wypadło dobrze, enzymy też. Jak się pan czuje?

– Któż to wie – odpowiedział.

– Wciąż pana boli?

– Nie wiem.

– To dość osobliwe, taka niewiedza. Na to się pan uskarżał, tak? Na ból?

– Niewiarygodny ból.

– A teraz?

– Jest taki moment, kiedy trudno powiedzieć, czy jest lepiej, czy gorzej, czy boli, czy nie boli, kiedy nie czujesz nic.

Nie wiedząc, co odpowiedzieć, gdyż nigdy nie słyszał o czymś takim, lekarz zajrzał w kartę pacjenta.

– Jak już wspomniałem, tomografia wypadła dobrze. EKG też. Nie było jakiegoś upadku, uderzenia w głowę?

– Nie. Niczego takiego.

– Jakieś podróże do nietypowych miejsc?

– Nigdy nigdzie nie wyjeżdżam.

– Pija pan dostateczne ilości wody? Odwodnienie bywa groźniejsze, niż się wszystkim wydaje.

– Pijam wodę.

– Mamy dwa wyjścia. Możemy wysłać pana na oddział na całodobową obserwację albo wypisać.

– Na jaki oddział? – spytał.

– Na badania wydolnościowe. Podłączylibyśmy pana do monitora – przerwał. – Moim zdaniem, to nic poważnego – ale cóż ja tam wiem? Różne rzeczy się zdarzają, takie, których nie potrafimy wyjaśnić. Nie twierdzę, że nic się nie stało, ale może był to odosobniony incydent, coś, co samo przeszło.

– Czy, w sposób oględny, sugeruje pan, że zwariowałem?

Leżał pod cienkim prześcieradłem, w gównianej koszuli nocnej.

– Trudno się ustosunkować do takich – jak to je nazywamy – przypadków. Lepiej nie przekombinować, tylko je zaakceptować. Coś się wydarzyło, a my zwyczajnie nie wiemy co. – Przerwał i uśmiechnął się z przymusem. – Chwilowo jeszcze pan nie umiera. To dobrze, to najważniejsze. Ma pan czas, ale nigdy nie wiemy, kiedy na nas zagwiżdżą i zdejmą z boiska. Do tego czasu proszę traktować takie sygnały jako cenne informacje.

– Więc powinienem się cieszyć, że żyję?

– Wszyscy powinniśmy się cieszyć.

– Ten ból był porażający.

– Moim zdaniem, może pan już iść, ale to pan jest klientem, więc jeśli życzy pan sobie, żebym odesłał pana na górę, to mogę sprawdzić, czy mamy wolne miejsca w naszym zajeździe. Możemy przeprowadzić więcej badań. To zawsze możemy zrobić.

Nie chciał podejmować decyzji. Chciał, żeby lekarz powiedział, co ma zrobić. Był rozkojarzony, wstrząśnięty, otumaniony lekami, zapuchnięty po nieprzespanej nocy.

– Macie tu muzykę w tle? Słyszę piosenkę Petera, Paula i Mary. „Nastał świt, jest wczesny ranek…” – zaintonował.

– Zostaje pan, czy wychodzi? – spytał zniecierpliwiony lekarz.

– Żadnych heroicznych wyczynów – rzucił, traktując to jako żart, ale lekarz się nie roześmiał. – Wracam do domu – zadecydował, jakby ktoś kazał mu wybrać drzwi opatrzone numerami jeden, dwa lub trzy.

– Coś się jednak wydarzyło, proszę tego nie lekceważyć. To, że nie potrafię tego wyjaśnić, nie znaczy, że nic się nie stało. Proszę pójść do swojego internisty – może on powie panu coś ciekawego. I proszę brać dwie minitabletki aspiryny dziennie. Niech to będzie taki nowy nawyk. Zresztą nieźle smakują, jak flintstony.

– Jak co?

– Witaminy, które brałem w dzieciństwie i nadal biorę.

Wyciągnął z kieszeni fiolkę flintstonów.

– Wsuwam je jak cukierki. Najbardziej lubię wilmy, pomarańczowe wilmy. Na drugim miejscu niebieskie barneye i czerwone dina. Uwielbiam dina. Poczęstowałbym pana, ale nie mogę – to wbrew przepisom.

Trochę trudno było traktować doktora od flintstonów serio. Przypominał Richardowi pewnego znajomego z przeszłości, który reklamował wyroby firmy Planters w przebraniu Pana Orzeszka.

– Jestem Bogiem – mamrotał chłopak za parawanem. – Jestem Bogiem.

– Muszę cię o coś spytać – szepnął Richard, pochylając się ku lekarzowi. – Może to bez związku, ale czy ta kobieta z sąsiedniego łóżka straciła włosy? Coś tam widziałem.

Lekarz nie miał pojęcia, o co mu chodzi.

– Jestem tylko kardiologiem. Niech się pan trzyma. Obyśmy nie spotkali się zbyt szybko.

Gdy zniknął, ktoś rozsunął kotarę pomiędzy łóżkami. Leżała tam. Kojarzył ją, mniej więcej. Była kimś w rodzaju zabawnej, bliskiej, dawno utraconej ciotki, kimś, kto mieszka w sąsiedztwie, członkiem rodziny.

– Ja też ją słyszałam – powiedziała. – Tę piosenkę.

– Widocznie ktoś ma tu radio.

Jej głowę oplatał bandaż przypominający turban. Wyraźnie odcinał się od niego makijaż.

– Byłem tu, kiedy panią przywieźli – rzucił Richard. – Zobaczyłem tam coś takiego…

– Moje włosy – sięgnęła do kosza na śmieci. – To pan zobaczył – moją perukę. Blond, pokrwawioną, w całości naturalną. Pewnie jej nie doczyszczą. W domu mam drugą, ale ktoś musi mi ją przywieźć, stąd to opóźnienie. Czekam na nowe włosy.

Przerwała im pielęgniarka.

– Muszę pana wypisać – oznajmiła. – Mam nadzieję, że lot upłynął panu przyjemnie.

Uśmiechnęła się.

– Czas lokalny: 3.20. Temperatura na zewnątrz: trzynaście stopni Celsjusza. Zapowiada się kolejny piękny dzień w Los Angeles.

Wyciągnęła mu kroplówkę.

– Polowanie na skarb rozpoczęte.

Zanim wyłączyła elektrokardiograf, odjęła mu z piersi elektrody. Linia na monitorze była przez chwilę płaska.

– Przestraszył się pan, co?

Przytaknął.

– Nie powinnam tego robić, ale robię. Wszyscy mają się wtedy na baczności. No bo co mi zrobią – zwolnią? A tak poważnie, to plan jest taki: ma pan zażywać minitabletki aspiryny i odwiedzać swojego lekarza, a jeśli nastąpi nawrót objawów, to jesteśmy tu przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, w nocy też.

Uniósł się, zamierzając przerzucić nogi przez krawędź łóżka.

– Chyba się przespaceruję, zanim ruszę do domu.

– O, nie – zaoponowała. – Nie może pan tak po prostu stąd wyjść. Albo ktoś po pana przyjedzie, albo poczeka pan do ósmej i wtedy odwieziemy pana samochodem dla VIP-ów. Oferujemy darmowy transport, ale nie przed ósmą. Ma pan jakiegoś przyjaciela?

Wyglądał na zdumionego.

– Wezwiemy panu taksówkę.

Zaciągnął kotarę, odnalazł ubranie w plastikowej torbie leżącej przy nogach łóżka, wciągnął upstrzony wymiocinami sweter i przyczesał palcami włosy, po czym wystawił głowę na salę.

– Macie szczoteczkę albo jakiś płyn do płukania zębów? Czuję niesmak…

Pielęgniarka podała mu gumę do żucia.

– Smacznego.

Siedział na wózku, żuł gumę i czekał na taksówkę.

– Czy pani w ogóle coś jada? – spytał wychudzoną pielęgniarkę z nocnej zmiany.

– Baterie – odparowała. – Działam na baterie, paluszki.

Uwierzył jej.

Powierzony opiece Korporacji Taksówkowej z Beverly Hills, Richard ruszył w miejską noc. Niebo rozświetlała rozproszona łuna. Do atmosfery przenikało już naturalne światło będące zapowiedzią nadchodzącego dnia. Siedział z tyłu. Okna były otwarte. Wystawiał głowę na powiewy wiatru jak pies. Taksówkarz plótł niczym kiepski barman – o wszystkim i o niczym.

– Co się stało? Za dużo pan wypił, potrącił pana samochód, stąpnął pan na gwóźdź, kamienie nerkowe, pobicie?

Nie odpowiedział. Ostatnią rzeczą, o jakiej marzył, było zwierzanie się taksówkarzowi.

– Dobra, niech pan nie mówi, co mi tam. Wszystkim się wydaje, że mają prawo do tajemnic, ale co oni tam wiedzą? To prosta droga do choroby, poważnej choroby – do wrzodów, zapalenia okrężnicy, raka. Ja mówię ludziom wszystko. Na co mi tajemnice? Niech mnie pan spyta o cokolwiek.

Richard milczał. Nie spytał.

– W porządku, to powiem panu kilka rzeczy o tej naszej przejażdżce. Ludzie z problemami – o tej porze tylko tacy wyjeżdżają na drogi. Ciężko pracujący faceci, jak ja, którzy próbują zarobić na chleb, i szaleńcy, którzy nie śpią całą noc, robiąc Bóg wie co.

Posłyszał w głowie echo głosu chłopaka z izby przyjęć: „Jestem Bogiem”.

– O tej porze ruch jest w dwie strony, i nie mówię tu o dwóch kierunkach. Są ranne ptaszki i nocne marki. Nie ma dwóch tak różnych od siebie gatunków, których ścieżki by się przecinały – dziewczyn jadących na siłownię i świrów wracających do domu.

Przed nimi, jak na stop-klatce, przez skrzyżowanie przemknął samochód, ledwo unikając zderzenia z innym, po czym zatoczył półkole i popędził dalej. Na ułamek sekundy Richard nawiązał kontakt wzrokowy z taksówkarzem, który o mało nie zemdlał. Spoglądał na Richarda oniemiały, potrząsając bezustannie głową, jakby go poraziło.

– Muzyk, na sto procent. Oni tacy są, nie umieją jeździć. Muzycy i Meksykanie nie powinni siadać za kółkiem. I jeszcze staruszkowie – tym powinni odebrać prawa jazdy. I jeszcze kobietom, kobiety to najgorsi kierowcy…

Przyglądał się mijanym budynkom, niskim, płaskim budynkom, beżowym, brązowym, zielonym, w kolorze czerwonej ziemi, w kolorach maskujących, w kolorach poszycia. Jeden za drugim, mila za milą nieprzerwanie ciągnęły się warsztaty samochodowe, studia jogi, sklepy z telefonami komórkowymi, sklepy z  perukami, myjnie samochodowe, salony fryzjerskie, sklepy meblowe.

Minęli jakiś lokal z pomarańczowym neonem „Pączki”. Z jego okien biła maślana, ciepła poświata. Minęli go, a kiedy zniknął im z oczu, Richard zaczął żałować, że się nie zatrzymali. Nie mógł wrócić do domu, jeszcze nie teraz, nie tak szybko. Potrzebował czasu, by oczyścić myśli, by uporządkować ostatnie wydarzenia.

– Tak naprawdę – ciągnął taksówkarz – to większość ludzi nie powinna nigdy siadać za kierownicą. Prowadzenie samochodu należy zostawić zawodowcom.

Richard pochylił się.

– Musimy zawrócić.

Taksówkarz zignorował tę uwagę.

– Właśnie sobie uświadomiłem, że o czymś zapomniałem.

Wciąż brak reakcji.

– Przepraszam? Chcę zawrócić.

– Do szpitala?

– Nie, do sklepu z pączkami. Był jakieś dziesięć przecznic wcześniej.

Taksówkarz się nie zatrzymał.

– Mam zawrócić?

– Tak.

– Nie jechać dalej Sunset?

– Nie, chcę zawrócić do sklepu z pączkami.

– Tylko na chwilę, czy to już koniec kursu?

– Nie wiem – a co?

– Zastanawiam się, czy to koniec, czy mam czekać. Miałem odwieźć pana do domu. Po to do nas dzwonią, żebyśmy odwozili ludzi do domów.

– Jestem głodny, a nikogo u mnie nie ma, więc jeśli nie jestem aresztowany, to chyba mogę zajrzeć do sklepu z pączkami?

Taksówkarz zawrócił.

– Ale chyba nie jest pan cukrzykiem samobójcą?

Richard nie odpowiedział.

– Dobra, da mi pan znać, czy mam zaczekać.

– Kupić coś panu? Jeśli pojedziemy dalej, miałby pan na coś ochotę?

– Nie, raczej nie – odpowiedział taksówkarz. – Może najwyżej na kawę. Chyba że mają coś niezbyt słodkiego, zwykłe pączki, dwa to wszystko. Albo jeśli mają z lukrem, takie wyrośnięte, puchate, z czekoladą – to dwa takie.

Gdy zajechali przed sklep, Richard rzucił:

– Myślę, że tu wysiądę. Gdyby mnie pan tu wysadził, byłoby świetnie.

– To znaczy, że nie kupi mi pan kawy?

– Kupię. Wejdę tam, kupię kawę i zaraz przyniosę.

Wysiadł z taksówki.

– Nie powinien pan wyłączyć licznika?

– Pogadamy, jak pan wróci.

– Więc płacę panu za zaszczyt kupienia panu kawy?

– Posłuchaj pan – obruszył się taksówkarz. – Nie zaczynajmy dnia od kłótni.

W sklepie z pączkami nie było klientów. Mężczyzna za ladą uśmiechnął się.

– Chcę coś kupić dla tego faceta za oknem – kawę i dwa puchate pączki z lukrem i czekoladą.

– Anhil – przedstawił się sprzedawca, wyciągając rękę.

– Richard – odpowiedział, ściskając mu dłoń, zaskoczony fizycznością tego powitania.

– Z mlekiem i cukrem?

– Czemu nie.

Wyciągnął portfel.

Anhil pokręcił głową.

– Później.

Richard zaniósł pączki taksówkarzowi. Licznik był wciąż włączony.

– Ile jestem panu winien?

Facet zaczął popijać kawę. Licznik nadal bił. Wyświetlał sumę dziewięciu dolarów i dwudziestu centów.

– Powiedzmy, dychę – odparł taksówkarz.

– Mam panu potrącić za kawę i ciastka?

– Niech to będzie napiwek.

Niebo miało kolor bielonego, szarego węgla.

Co podać? – spytał Anhil, kiedy Richard wrócił do ciastkarni.

Richard stanął przy oknie i wpatrywał się w zaparkowaną przy krawężniku taksówkę. Kierowca jadł jego pączki i – co? – czekał na niego? Czekał, żeby go zirytować, czy był tak głupi, że czekał bez żadnego powodu?

– Myślami jesteś gdzie indziej. Śmiało, siadaj, wypij kawę – zachęcał Anhil.

– Nie rozumiem. Na co tu czeka? Nie chciał się zatrzymać, a teraz czeka i wcina pączki.

Nagle chciał go zabić, chciał wybiec i walnąć w jego taksówkę. „Nie rozumiesz, że tylko pogarszasz sprawę, że przez ciebie wszystko jest takie zwykłe i nudne?! Na co tu czekasz?!”.

– Tak działają pączki. Co podać?

Richard usiadł na stołku i spojrzał na Anhila.

– Kawę.

– Pączka nie? – dopytał Anhil.

– Dobrze, i pączka.

– Jakiego?

– Najlepszego.

Anhil nalał kawę i bez zbędnej ceremonii położył przed Richardem pączka.

– Jeszcze ciepły – oświadczył z dumą.

Było w Anhilu coś, co wygasiło rozdrażnienie Richarda. Jego ciastkarnia miała w sobie jakąś czystość. Wyłożone boazerią wnętrze było autentycznie stare, oświetlenie – żółte i przydymione, lady – z grubego szkła. Wszystko wyglądało jak w latach czterdziestych.

Kawa u Anhila była gorąca, czarna, o głębokim smaku, idealna popitka dla równie udanego pączka – złocistobrązowego, puszystego, ale nie ciężkiego, nie za słodkiego.

Richard zamknął oczy i głęboko odetchnął.

– I jak?

– Bosko – odpowiedział, otwierając oczy. – Nie jadłem wczoraj kolacji.

– Może usmażyć ci jajka?

– Przecież nie masz ich w karcie.

– To nie znaczy, że nie mogę usmażyć. Dlaczego nie jadłeś kolacji?

Wbrew sobie ulał z siebie opowieść o ostatniej nocy: „Straszliwie mnie bolało. Pojechałem do szpitala. Podejrzewali, że to zawał”. Opowiadał zbyt głośno, jak komuś, dla kogo angielski nie jest językiem ojczystym. Poklepał się po piersi, jakby Anhil nie wiedział, gdzie jest serce.

– Myślałem, że umrę – wyznał. – Zadzwoniłem do byłej żony. Mieszka w Nowym Jorku.

Anhil się roześmiał.

– Co cię tak śmieszy?

– Wszystko. Żyłeś zdrowo, a teraz jesz pączka.

– Nigdy nie jadam pączków, dlatego teraz mi się zachciało. Żyję zdrowo. Jadam płatki przygotowywane przez dietetyczkę. Smakują jak wióry. Pijam mleko bez laktozy. Nigdy nie łamię zasad.

– Przygotuję ci śniadanie – rzucił Anhil, kierując się do kuchni. Kontynuowali rozmowę przez okienko w ścianie. – Kiedyś była tu koszerna piekarnia. W okolicy mieszkało dużo Żydów, a teraz imigranci, tacy jak ja, i staruszkowie z kręconymi włosami. To kraj pieniądza, każdy może mieć własny interes, spójrz, ile ich wokół. – Rozbił jajka. – Kiedy tu przyjechałem, pracowałem w warsztacie, naprawiałem samochody. W moim kraju je sprzedawałem. Czym jeździsz?

– Mam mercedesa, ale rzadko do niego wsiadam.

Richard poczuł zapach smażonych jajek.

– Gdzie tam rzadko, przecież mieszkasz w Los Angeles. Przejeżdżasz kawał drogi, choćby jadąc rano do pracy.

Nalał mu szklankę soku pomarańczowego. Richard nie zdobył się na to, by powiedzieć, że nie jeździ do pracy, nie jeździ do pracy od lat, że nie ma już pojęcia, co to takiego praca.

– Jakie samochody sprzedawałeś?

– Cudze. Różne: fordy, chevrolety, wielkie auta z lat siedemdziesiątych. Mówią tu o nich „z drugiej ręki”. Ale wolę piec pączki. Moja żona może tu pracować, i brat. Wszystkich zatrudniam. I co ci powiedzieli – co masz nie tak z sercem?

– Nie wiedzą.

– Jak na mądrych ludzi, Amerykanie są bardzo głupi.

Richard przytaknął.

– W Ameryce wszyscy są kimś. Mają tak dużo, a chcą jeszcze więcej. W moim kraju wszyscy są nikim. Tak jest łatwiej. Tutaj każdy chce być kimś innym. Idą do lekarza i robią sobie nowy nos albo większe piersi. Dlaczego nie wystarczy im, że ich nosy działają i że zawsze mają ładną pogodę?

Mówił, jakby to wszystko było całkiem oczywiste i śmieszne.

– Pogoda najważniejsza, prawda? – rzucił Richard niezobowiązująco. – Zawsze zostajemy dla pogody.

– Skąd jesteś? – spytał Anhil.

– Z Nowego Jorku.

– Ja też – ożywił się. – Urodziłem się w szpitalu Lenox Hill. Matka była tu z wizytą. Jestem wcześniakiem. W moim kraju mógłbym nie przeżyć. Miesiąc leżałem w szpitalu, zanim rodzice zabrali mnie do domu. Mam czterdzieści jeden lat. Wróciłem do Ameryki cztery lata temu, żeby zostać kimś. – Pochylił się. – Wytłumacz mi, dlaczego w Ameryce wszyscy udają, że są ślepi? Ćwiczą niedostrzeganie. Wsiadają do samochodu i od razu dzwonią do kogoś z komórki. Boją się samotności, ale nie dostrzegają ludzi wokół. Widzisz swój talerz?

Richard spojrzał w dół. Jego jajecznica leżała na ładnym, starym talerzu.

– Nie dostrzegałeś go, dopóki nie powiedziałem, żebyś na niego spojrzał – roześmiał się Anhil. – Kupuję je na pchlim targu w Pasadenie. Lubię, jak ludzie tu siadają i zostają. Wszyscy chcą wszystko na wynos. Wynoszą, wynoszą, wynoszą. Jeśli ktoś usiądzie, daję mu dobre jedzenie i dobrą kawę. Jeśli zostanie, dostaje darmowe dolewki. Kiedy wychodzi, podobają mu się papierowe kubki z napisem „Zawsze miło mi cię obsłużyć”. Tuż po otwarciu miałem papierowe kubki z Kevinem Costnerem. Kupiłem je na wyprzedaży. Klienci przychodzili i prosili o kubek z Costnerem na wynos. Jeśli to była kobieta i jeśli zamówiła herbatę, miałem kubek w sam raz dla niej. Kobiety nie jadają pączków – pożalił się. – Ale to lepiej dla mnie, bo lubię kobiety. Żona byłaby bardzo zła, gdyby się tu od nich roiło.

Powiedział to w taki sposób, że Richard od razu wyobraził sobie tłoczące się w ciastkarni kobiety, na przykład cheerliderki drużyny Dallas Cowboys.

Anhil rozstawił na ladzie swoją kolekcję talerzy.

– Ludzie powinni wykazywać więcej zainteresowania. Każdy się go domaga, ale nikt nie chce go okazać.

Skończył ustawiać talerze.

– I jak?

– Ładne – skomentował Richard, wyobrażając sobie, jak ten imigrant i spec od pączków przechadza się między straganami na pchlim targu i negocjuje ze sprzedawcami ceny talerzy.

– Spróbuj – powiedział Anhil, stawiając przed Richardem talerzyk z posypanym wiórkami kokosowymi pączkiem z czekoladą. Wpatrywał się w niego i w pączka w napięciu, jakby to ciastko miało postawić Richarda na nogi, jakby pewne rodzaje pączków leczyły różne dolegliwości, jakby pączek miał właściwości uzdrowicielskie.

Richard wgryzł się w ciastko. Słodki, gęsty krem wytrysnął bokiem. Richard oblizał palce.

– Przepyszny. Z czym to?

– Z migdałowym nadzieniem, z polewą czekoladową i z kokosową posypką – sam je wymyśliłem. Nazywam je „Kremowe pisie”.

– Pisie… Lepiej zmień tę nazwę.

Anhil spojrzał na niego zdziwiony.

Richard wskazał na swoje krocze.

– To jest pisia u kobiety.

– Wiórki kokosowe zostają między zębami jak włoski łonowe – odparł ze śmiechem Anhil. – Wszyscy lubią „pisie”, zwłaszcza policjanci.

Ubawił się jeszcze bardziej i w tym momencie nawet Richard musiał się roześmiać.

– To moja klientela – policja, architekt zieleni, taksiarz. Przyjechałem do Kaliforni, żeby zostać kimś. W pierwszym tygodniu po otwarciu ciastkarni okradł mnie ktoś z telewizji. Spojrzałem na niego i powiedziałem: „Znam cię. Jesteś z telewizji. Idź sobie, wróć kiedy indziej, kup pączki”.

– I wyszedł?

– Walnął mnie kolbą i zabrał jednodolarowy banknot ze ściany.

– Ukradł twojego pierwszego zarobionego dolara?!

Anhil przytaknął.

– To przykre.

Richard dokończył śniadanie.

– Dobrze gotujesz. Powinieneś mieć restaurację, a nie bar z pączkami.

– Pączki też dobrze piekę – odparł Anhil. – W Mr. Dunkin’ nawet o mnie nie słyszeli, ale ja wiem, że moje pączki są lepsze. Bo prawdziwe, ludzkie. Nie wzbogacę się na nich –pączki to nie złote płyty, pączki to nie kasowe filmy – ale każdego ranka, gdy piekę pączka, jestem szczęśliwy. – Znowu się roześmiał. – Kiedy liczę moje pączki, czuję się bardzo szczęśliwy.

– Ciężko pracujesz.

– Czasami nie wracam do domu na noc. Dzwonię wtedy do żony, mówię jej dobranoc i uprzedzam, że będę spał tutaj. Kiedy przyszedłeś, było jeszcze zamknięte, ale jak cię zobaczyłem, nie mogłem cię spławić.

– Nie boisz się w nocy?

– Sypiam przy włączonym świetle.

Na kilka minut zamilkli. Niebo na zewnątrz przybrało lżejszą barwę. Zaczynał się poranny ruch. Wszedł klient. Zamówił kawę i kilka pączków na wynos.

– Powinienem wezwać taksówkę – rzucił Richard.

– Nie musisz, zaraz przyjadą. Ci z dziennej zmiany spotykają się na parkingu.

I rzeczywiście, po jakichś dziesięciu minutach w barze zaroiło się od pijących kawę taksówkarzy.

Zanim Richard stamtąd wyszedł, Anhil wypełnił duże pudełko pączkami. Richard wyjął portfel, ale Anhil nie chciał przyjąć zapłaty.

– Kiepski z ciebie biznesmen, jeśli nie chcesz, żebym ci zapłacił.

– Tu nie chodzi o pieniądze.

– Teraz już to wiem, ale proszę cię, weź. Nie mogę wrócić do domu, jeśli nie weźmiesz. Taka jest zasada w Ameryce – musisz przyjąć ode mnie pieniądze.

– Obrażasz mnie – odparł Anhil. – Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi.

– Ludzki ten twój pączek – rzucił Richard, kładąc pieniądze na ladzie.

– Pewnie myślisz, że jesteś bogaty, bo masz dużo forsy, ale zawsze znajdzie się ktoś, kto ma więcej. Ja jestem bogaty, bo prowadzę ten bar z sercem.

Odsunął od siebie pieniądze.

Richard widział, że czuje się urażony. Schował je.

– Dobrze, w takim razie pozwól, że coś dla ciebie zrobię.

– Chcę poprowadzić twój samochód – powiedział Anhil. – Nigdy nie prowadziłem mercedesa.

Richard skinął głową.

– Do jutra – rzucił Anhil.

Richard nie wiedział, czy żartuje, czy nie.

– Trzymaj się – odpowiedział, wychodząc z baru bogatszy o nowe perspektywy, o śniadanie i o kolekcję pączków w pudełku, które postawił na siedzeniu obok. Było mu dobrze, lekko.

Czyżby mu się poszczęściło? Czyżby coś przeżył? Czuł, że przemierzył daleką drogę, że czas uległ zawieszeniu. Może to było TO, może to było szczęście, może właśnie tak się miało to rozegrać. Może właśnie to miał pomyśleć – jak jest szczęśliwy, że ma nos, który działa, i że jest ładna pogoda – czego tu więcej chcieć? Może wszyscy są szczęśliwi, tylko tego nie widzą? Czy głupotą była myśl, że nawet gdy wszystko się wali, to też jest szczęście?

Beknął, znów czując smak kawy, jajek i pączków, i pomyślał o Anhilu. Uśmiechnął się.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1  Muzeum Sztuki Współczesnej w Los Angeles (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2  Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku.

Podziękowania

Autorka pragnie podziękować następującym osobom i instytucjom za ich inspiracje, opiekę i mądrą radę: Tracy Glaser, Amy Hempel, Markowi H. Glinkowi, Sarze Holloway, Patricii McCormick, Danowi Menakerowi, Anne Philbin, Marie Sanford, Paulowi Slovakowi, Cynthii Wornham, Andrew Wyliemu, Sarze Chalfant, Jin Auh, The Writers Room NYC, Andre Balazsowi, Philipowi Pavelowi oraz personelowi Chateau Marymont, Fundacji na rzecz Naukowców i Pisarzy Dorothy i Lewisa B. Cullmanów przy Nowojorskiej Bibliotece Publicznej, Elaine Richardson oraz Corporation of Yaddo.