Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 285 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ta chwila - Guillaume Musso

Nie zapomnij, że mamy dwa życia.

Drugie zaczyna się, gdy uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz.

Lisa marzy, aby zostać aktorką. Ale smutna codzienność zmusza ją do pracy w barze na Manhattanie. Pewnego  wieczoru poznaje młodego lekarza, Arthura Costello. Raz po raz los styka ich ze sobą, aż wreszcie zaczyna rodzić się między nimi uczucie. Ale Arthur nie jest taki jak wszyscy. W odziedziczonej latarni morskiej odkrył straszliwy sekret zamknięty za stalowymi drzwiami. Łamiąc złożoną obietnicę, zdecydował się otworzyć te drzwi. To, co za nimi odkrył, nie pozwala mu wieść normalnego życia. Dla Lisy Arthur zrobi jednak wszystko, aby przechytrzyć swoje przeznaczenie. Razem z ukochaną podejmą szaleńczy wyścig z bezlitosnym przeciwnikiem, którym jest… czas.

Musso dokładnie taki, jakiego uwielbiam! Jest tajemnica kryjąca się za surowym zakazem, budząca grozę zagadka z przeszłości, przeznaczenie, które nieubłaganie i w magiczny sposób kieruje losami bohaterów i ich uczuciami, a do tego… podróże w czasie. Mieszanka idealna. Polecam.

Magdalena Witkiewicz, autorka powieści „Szkoła żon” i „Pierwsza na liście”

Opinie o ebooku Ta chwila - Guillaume Musso

Fragment ebooka Ta chwila - Guillaume Musso

O książce

Nie zapomnij, że mamy dwa życia.Drugie zaczyna się, gdy uświadomisz sobie, że żyje się tylko raz.

Lisa marzy, aby zostać aktorką. Ale smutna codzienność zmusza ją do pracy w barze na Manhattanie. Pewnego wieczoru poznaje młodego lekarza, Arthura Costello. Raz po raz los styka ich ze sobą, aż wreszcie zaczyna rodzić się między nimi uczucie. Ale Arthur nie jest taki jak wszyscy.

Za zamkniętymi drzwiami odziedziczonej przez niego latarni morskiej skrywa się straszliwy sekret. Łamiąc złożoną obietnicę, Arthur zdecydował się je otworzyć.. To, co za nimi, nie pozwala mu wieść normalnego życia.

Dla Lisy zrobi jednak wszystko. Aby przechytrzyć swoje przeznaczenie razem z ukochaną podejmie szaleńczy wyścig z bezlitosnym przeciwnikiem, którym jest… czas.

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści – Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro i Central Park – przełożonych na 36 jezyków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILA

Tytuł oryginału: L’INSTANT PRESENT

Copyright © XO Éditions, Paris, 2015All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2016

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2016

Redakcja: Ewa Pawłowska

Zdjęcia na okładce:StockSnap/Pixabay (dziewczyna), Jordan McQueen/Unsplash (latarnia morska)

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-348-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Mojemu synowi.Mojemu ojcu.

Miłość ma ostre zęby,a jej ukąszenia nie goją się nigdy.

Stephen King

Historia naszych lęków

Historia naszego życia to historia naszych lęków.

Pablo de Santis

1971

– Nie bój się, Arthurze, skacz! Tata cię złapie!

– Złapiesz mnie? Na pewno?!

Mam pięć lat. Siedzę na piętrowym łóżku, które dzielę z bratem. Nogi wiszą mi w powietrzu. Ojciec z rozłożonymi ramionami patrzy na mnie zachęcająco.

– Skacz, synku!

– Boję się!

– Mówiłem, że cię złapię! Chyba mi ufasz, synku?

– No tak!

– Więc skacz, mistrzu!

Jeszcze przez kilka sekund kręcę niepewnie głową, po czym z szerokim uśmiechem rzucam się przed siebie, gotów zawisnąć na szyi człowieka, którego kocham. Jednak w ostatniej chwili ojciec – Frank Costello – celowo cofa się o krok, a ja rozpłaszczam się na podłodze. Boleśnie uderzam w parkiet twarzą, nie czuję szczęki. Ogłuszyło mnie. Potrzebuję dłuższej chwili, żeby wstać. W głowie mi się kręci i mam wgniecioną kość policzkową. Zanim się rozpłaczę, słyszę lekcję, której udziela mi ojciec. Nigdy jej nie zapomnę.

– W życiu nie wolno nikomu ufać, słyszysz, Arthurze?!

Patrzę na niego przerażony.

– Nikomu! – powtarza ojciec z mieszaniną smutku i wściekłości skierowanymi do siebie samego. – Nawet własnemu ojcu!

Część pierwszaLatarnia Dwudziestu Czterech Wiatrów

Latarnia

Zastanawiam się, co też szykuje nam przeszłość…

Françoise Sagan

1

BostonWiosna 1991

W pierwszą sobotę czerwca ojciec zjawił się u mnie niespodziewanie o dziesiątej rano. Przyniósł biszkoptowe ciasto migdałowe i cannoli z kremem cytrynowym, które jego żona przygotowała specjalnie dla mnie.

– Słuchaj, Arthurze… Może spędzimy razem ten dzień? – zaproponował, włączając ekspres do kawy, jakby był u siebie w domu.

Nie widziałem się z nim od ostatniego Bożego Narodzenia. Oparty łokciami o stół kuchenny przyglądałem się swemu odbiciu w chromowanym tosterze. Nieogolona twarz, włosy potargane, sińce pod oczami (nadużyłem appletini i byłem niewyspany), miałem na sobie stary T-shirt z logo Blue Öyster Cult, który kupiłem jeszcze w liceum, i sprane bokserki z Bartem Simpsonem. Poprzedniego wieczoru, po czterdziestoośmiogodzinnym dyżurze, wypiłem kilka kieliszków za dużo w Zanzi Barze w towarzystwie Veroniki Jelenski, najseksowniejszej i najbardziej przystępnej pielęgniarki w Massachusetts General Hospital.

Piękna Polka spędziła ze mną część nocy, ale wpadła na świetny pomysł, żeby zniknąć dwie godziny wcześniej, zabierając z sobą działkę trawki i paczkę bibułek do skrętów, dzięki czemu uniknęła przykrego zderzenia z moim ojcem, szychą oddziału chirurgii w szpitalu, w którym oboje pracowaliśmy.

– Podwójne espresso to najlepsza metoda, żeby z impetem zacząć dzień! – stwierdził Frank Costello, stawiając przede mną filiżankę mocnej kawy.

Otworzył okna, żeby przewietrzyć pokój, w którym zionęło marychą, ale jakoś się powstrzymał od komentarza. Ugryzłem kawałek ciasta, obserwując go kątem oka. Dwa miesiące wcześniej obchodził pięćdziesiąte urodziny, ale ponieważ osiwiał i miał już zmarszczki, łatwo można byłoby mu dać dziesięć czy piętnaście lat więcej. Mimo wszystko prezentował się elegancko, był przystojny, a ze spojrzenia jasnoniebieskich oczu przypominał Paula Newmana. Tego ranka pogardził markowym garniturem i butami szytymi na miarę. Miał na sobie stare spodnie khaki, wytarty rozciągnięty sweter i ciężkie buciory z grubej skóry.

– Wędki i przynęty są w pick-upie! – rzucił, wypijając jednym haustem kawę. – Jeśli wyruszymy od razu, będziemy pod latarnią jeszcze przed południem! Przegryziemy coś na szybko i resztę dnia będziemy mogli poświęcić rybkom! Jeśli połów się uda, wracając, wpadniemy do mnie. Upieczemy rybę w papilotach, z pomidorami, czosnkiem i oliwą.

Ojciec zachowywał się tak, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Mimo że brzmiało to ciut nieszczerze, nie było nieprzyjemne. Piłem kawę małymi łyczkami i zastanawiałem się, skąd u niego ta nagła ochota na spędzenie czasu w moim towarzystwie.

Przez ostatnie lata nasze wzajemne stosunki prawie nie istniały. Niedługo miałem skończyć dwadzieścia pięć lat. Byłem najmłodszy z trójki dzieci, dwóch chłopców i dziewczyny. Z poparciem mego ojca brat i siostra przejęli rodzinną firmę, założoną przez dziadków skromną agencję reklamową na Manhattanie, i rozwinęli ją na tyle, żeby móc spodziewać się w najbliższych tygodniach jej korzystnej sprzedaży wielkiej grupie marketingowej.

Ja trzymałem się zawsze na dystans od ich spraw. Byłem członkiem rodziny, ale z daleka, trochę tak jak wuj obieżyświat, który wyniósł się za granicę i którego spotyka się teraz z przyjemnością na Święto Dziękczynienia. Prawda jest taka, że jak tylko nadarzyła się okazja, wyjechałem na studia jak najdalej od Bostonu. Medyczną szkołę przygotowawczą skończyłem na Uniwersytecie Duke’a w Karolinie Północnej, cztery kolejne lata studiów w Berkeley i rok interny w Chicago. Do Bostonu wróciłem dopiero kilka miesięcy temu, na drugi rok rezydentury na oddziale ratunkowym. Pracowałem niemal osiemdziesiąt godzin tygodniowo, ale uwielbiałem tę robotę i adrenalinę, jaką wywoływała w moim organizmie. Lubiłem zatrudnionych tam ludzi, dyżury na pogotowiu, stykanie się na co dzień z brutalną rzeczywistością. W rzadkich momentach wolnych od pracy obnosiłem swój spleen po barach North Endu, paliłem trawkę, jak również sypiałem z lekko stukniętymi i mało sentymentalnymi dziewczynami pokroju Veroniki Jelenski.

Przez długi czas ojciec potępiał mój sposób życia, ale nie zostawiłem mu żadnej możliwości ataku: nie wziąłem od niego ani grosza i sam zapłaciłem za studia. Kiedy skończyłem osiemnaście lat i umarła moja matka, znalazłem w sobie siłę, żeby opuścić dom i nie liczyć na nic ze strony ojca. To rozstanie nie bardzo mu ciążyło – wkrótce ożenił się z jedną ze swoich kochanek, kobietą uroczą i inteligentną, której główną zasługą było posiadanie umiejętności znoszenia go. Odwiedzałem ich dwa – trzy razy w roku i ten rytm satysfakcjonował wszystkich członków rodziny.

Tego ranka tym bardziej więc byłem zdziwiony. Ojciec niby diabełek wyskakujący na sprężynie z pudełka znów pojawił się w moim życiu, chwycił za rękaw i poprowadził na ścieżkę zgody, czego już nie oczekiwałem.

– No co, chcesz pojechać na te ryby, czy nie?! – spytał Frank Costello niecierpliwie, nie umiejąc dłużej maskować poirytowania wywołanego moim brakiem reakcji.

– Dobra, dobra, tato, pozwól mi tylko wziąć prysznic i się przebrać!

Zadowolony ojciec wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i przypalił jednego srebrną sztormową zapalniczką, którą zawsze z sobą nosił.

– Myślałem, że rzuciłeś palenie po tej historii z rakiem krtani? – spytałem zdziwiony.

Ojciec spojrzał na mnie stalowym wzrokiem.

– Czekam na ciebie w pick-upie – odrzekł, wstając z krzesła i wydmuchując wielką chmurę błękitnego dymu.

2

Przejazd z Bostonu na wschodnią część Cape Cod zajął nam niecałe półtorej godziny. Kończyła się wiosna, był piękny ranek, niebo czyste i jasne, przez przednią szybę wpadały promienie słońca, oświetlając unoszący się w powietrzu nad tablicą rozdzielczą złoty pył. Jak zwykle ojciec nie wysilał się zbytnio, by podtrzymywać rozmowę, ale panująca cisza nie była męcząca. W weekendy lubił wsiadać do swojego chevroleta i w kółko puszczać te same kasety: The Best of Sinatra, płytę z koncertu Deana Martina i jakiś nieznany album country nagrany pod koniec kariery Everly Brothers. Na tylnej szybie samochodu naklejona była nalepka popierająca kandydaturę Teda Kennedy’ego podczas wyborów do Senatu w 1970 roku. Od czasu do czasu ojciec lubił odgrywać zacofanego wieśniaka, ale w rzeczywistości był jednym z bardziej znanych bostońskich chirurgów, a przede wszystkim miał udziały w firmie wartej kilkadziesiąt milionów dolarów. Jeśli chodzi o interesy, to wszyscy ci, którzy nabrali się na ten jego pokręcony styl, zapłacili frycowe.

Po przejechaniu przez Segamore Bridge pokonaliśmy jeszcze mniej więcej czterdzieści kilometrów i zatrzymaliśmy się w Sam’s Seafood, żeby kupić kanapki z homarem, frytki i karton jasnego piwa.

Kilka minut po dwunastej pick-up wjechał na żwirowaną alejkę, która prowadziła na północny kraniec Winchester Bay.

Był to skrawek ziemi dziki i skalisty, wystawiony na wiatr i otoczony oceanem. Tu, w tym samotnym miejscu, z dala od wszystkiego, stała Latarnia Dwudziestu Czterech Wiatrów. Była to drewniana budowla o wysokości około dwunastu metrów, zbudowana na planie ośmiokąta. Obok niej wystawiono domek z białych desek ze stromym dachem pokrytym łupkiem. W słoneczne dni było to bardzo przyjemne wakacyjne miejsce, ale wystarczyło, że niebo zaciągnęło się chmurami lub zapadł wieczór, a sielski widoczek z kartki pocztowej zmieniał się w obraz jak z koszmaru godny Alberta Pinkhama Rydera. Budowla należała do naszej rodziny od trzech pokoleń. Mój dziadek, Sullivan Costello, kupił ją w roku 1954 od wdowy po pewnym inżynierze lotnictwa, który położył na niej łapę, jeśli można się tak wyrazić, podczas licytacji zorganizowanej przez rząd siedem lat wcześniej, kiedy to, cierpiąc na brak funduszy, państwo pozbywało się setek miejsc tracących znaczenie strategiczne. Latarnia Dwudziestu Czterech Wiatrów stała się zabytkiem, gdyż na wzgórzu Langford, piętnaście kilometrów dalej na południe, wzniesiono latarnię dużo nowocześniejszą.

Dziadek, bardzo dumny ze swego nabytku, zabrał się do odrestaurowywania latarni i przyległego do niej domku, zamierzając urządzić tam wygodną siedzibę wakacyjną. I właśnie kiedy remontował tę posiadłość, w sposób tajemniczy zniknął. Stało się to w pierwszych dniach jesieni 1954 roku. Jego samochód, kabriolet Chevrolet Bel Air, stał zaparkowany przed domem ze ściągniętym dachem i kluczykami leżącymi na tablicy rozdzielczej. Podczas południowej przerwy dziadek miał zwyczaj siadywania na pobliskich skałach i zjadania tam kanapki. Szybko wyciągnięto wniosek, że musiał wpaść do wody i utonąć. Przypływy nigdy nie wyrzuciły jego ciała na brzeg, mimo to jednak dziadek został uznany za zmarłego wskutek utonięcia na wybrzeżu Maine.

Nawet jeśli nie poznałem go osobiście, słyszałem, jak ci, którzy często przebywali w jego towarzystwie, opisywali go jako ekscentryka. Odziedziczyłem po nim drugie imię oraz, na skutek rezygnacji starszego brata, również zegarek Louisa Cartiera, model Tank z 1950 roku, w prostokątnej obudowie, ze wskazówkami z oksydowanej stali.