T2 Trainspotting - Irvine Welsh - ebook
Opis

Premiera książki związana z premierą filmu T2 Trainspotting w reż. Danny’ego Boyle’a (3 lutego)

Mocna odpowiedź na kultowy TRAINSPOTTING – powieść, na której podstawie powstał jeden z najgłośniejszych filmów lat 90.

NA MOTYWACH TEJ POWIEŚCI DANNY BOYLE NAKRĘCIŁ KONTYNUACJĘ KULTOWEGO Trainspotting! 

Simon „Sick Boy” wraca na stare śmiecie do Edynburga. Nie sprawdził się w Londynie jako kombinator, alfons, mąż, ojciec i biznesmen.  Teraz ma nowy szalony projekt: chce wyreżyserować film pornograficzny.

Do tego projektu zbiera starych znajomych ćpunów, którzy przez lata spróbowali stanąć na nogi. Simon sprzymierzy się nawet z Markiem, mimo że ten niegdyś zwinął grubą kasę i zwiał. Do ich grupy dołączy też Nikki, dziewczyna uzależniona od seksu. Gdy takie towarzystwo chce zdobyć pieniądze, to oznacza naprawdę gruby przekręt.

Plan jest dobry, ale sprawy się komplikują, gdy na drodze filmowców pojawią się opętany zemstą i używający przemocy Begbie oraz uwikłany w narkotyki Kartofel.

Irvine Welsh uraczył nas historią uzależniającą jak działka czystej heroiny! To książka bezpardonowa, obsceniczna i wulgarna, a przy tym pełna humoru opowieść o  życiu, ludziach i przyjaźni. Poznacie świat, w jakim nie chcielibyście żyć, a który żal opuścić!

Zapomnijcie o tabu, odrzućcie uprzedzenia i przygotujcie się na literacki odlot.

„Zabawny i elokwentnie obsceniczny”.

Daily Telegraph

„Wspaniałe satyryczne studium dynamiki brzydoty, które analizuje postawy drapieżników i ich ofiary”.

Sunday Telegraph

„Nowatorska, zabawna, odrażająca, przerażająca książka”.

Mail On Sunday

„Nie dla osób o słabym sercu… Niezwykle zabawna”.

Sunday Times

„Wzruszająca pieśń miłosna dla szans i granic przyjaźni. Urocza, zabawna i sprośna, naśmiewa się z wszelkiej pretensjonalności i moralnej stabilizacji”.

Evening Standard

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 766

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Porno

Copyright © by Irvine Welsh, 2002

First published by Jonathan Cape, an imprint of Vintage Publishing. Vintage Publishing is a part of the Penguin Random House group of companies.

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2017

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jarosław Rybski

Korekta: Melanż/Dorota Ring, Magdalena Kędzierska-Zaporowska, Joanna Morawska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Okładka: Motion Picture Artwork © 2017 CTMG. All Rights Reserved

Opracowanie graficzne okładki: Krzysztof Rychter

ISBN: 978-83-8053-194-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Dla:

Johny’ego Browna

Janet Ilay

Stana Keiltyki

Johna McCartneya

Helen McCartney

Paula Reekiego

Rosie Savin

Francka Sauzée

I ku pamięci Johna Boyle’a

Bez okrucieństwa nie ma biesiady.

Friedrich Nietzsche

CZĘŚĆ PIERWSZAJUNAK

1. Sztos nr 18732

Croxy, po raz pierwszy zlany potem z wyczerpania, a nie z przećpania, jeszcze pnie się mozolnie po schodach z ostatnim pudłem płyt, kiedy ja padam bez czucia na łóżko, by w odrętwiałej depresji bezmyślnie gapić się na kremowe ściany pokryte fragmentami boazerii. Patrzę na mój nowy dom. Jedna ciasna klitka cztery na pięć metrów z przedpokojem, kuchnią i łazienką. W pokoju wbudowano wnękę na ubrania, chociaż bez drzwi, jest tam łóżko i nieco miejsca, żeby wstawić stół i dwa krzesła. Nie jestem w stanie tu usiąść; w więzieniu byłoby przytulniej. Mógłbym równie dobrze wrócić, kurwa, do Edynburga i zamienić tę zimną norę na celę z Frankiem Begbiem.

W tak klaustrofobicznej przestrzeni smród petów Croxy’ego wprost zatyka. Ja ciągnę już trzeci tydzień bez fajek, ale biernie wypalam jakieś trzydzieści dziennie tylko dlatego, że on jest w pobliżu.

– Suszy, co Simon? Idziemy do Pepys na jednego? – pyta z entuzjazmem, który brzmi jak wystudiowany szyderczy zachwyt nad podciętymi skrzydłami niejakiego Simona Davida Williamsona.

Z jednej strony to czystej wody szaleństwo tak sobie pójść na Mare Street do Pepys, żeby wszyscy tam mogli docinać: „I znów na starych śmieciach w Hackney, co, Simon?”, ale, taa, potrzebuję towarzystwa. Posłuchać, co w trawie piszczy. Wypuścić trochę pary. Poza tym trzeba przewietrzyć Croxy’ego. Próby rzucenia fajek w jego towarzystwie to jak odstawienie dragów na squacie pełnym ćpunów.

– Masz farta, żeś się załapał na tę chatę – mówi mi Croxy, pomagając rozpakować pudła. A niech mnie chudy byk wydyma z takim szczęściem! Leżę na łóżku, a cały dom się telepie, kiedy ekspres jadący na stację przy Liverpool Street mija Hackney Downs o jakieś pół metra od mojego okna.

Pozostanie tu w moim stanie ducha jest żadnym wyjściem, więc ostrożnie schodzimy po rozchwierutanych schodach, które pokrywa tak wytarty i śliski dywan, że bezpieczniej byłoby złazić w klapkach z lodowca. Na dworze pada deszcz ze śniegiem i wokół panuje aura świątecznego kaca. Kiedy tak idziemy w kierunku Mare Street i ratusza, Croxy oznajmia bez najmniejszego cienia ironii, że Hackney jest lepsze pod każdym względem od Islington. Islington od lat jest przereklamowane.

Okazuje się, że nie można być za długo świeżakiem. Powinien projektować strony internetowe gdzieś w Clarkenwell czy Soho, a nie przesiadywać na squatach i kręcić imprezy w Hackney. Wprowadzam od jakiegoś czasu tego fiutka do wielkiego świata nie dlatego, żeby mu zrobić dobrze, ale po prostu, by zapobiec przesiąkaniu głupstw do nietkniętej do niedawna kultury.

– To nie jest krok w tył – wyjaśniam, chuchając na różowe palce przypominające surowe parówki.

– Dla dwudziestopięcioletniego świeżaka Hackney jest niezłe. Dla niesłychanie mobilnego trzydziestosześcioletniego  i n s t r u k t o r a  – wskazuję na siebie – to bułka z masłem. Niby jak możesz zarwać szykowną laskę z baru w Soho, kiedy mieszkasz na zadupiu? Co jej powiesz, kiedy spyta: „A jaki to przystanek metra?”.

– Podmiejski jest git – on na to, wskazując na most kolejowy na tle zachmurzonego nieba. Mija nas krztuszący się autobus numer trzydzieści osiem, rozsiewając chmurę spalin. Jebane chuje z London Transport wydają tylko ulotki na kredowym papierze, gdzie piszą, jak to samochody zanieczyszczają środowisko, a nikt nie zwraca uwagi, jak jednocześnie sami zapychają płuca pasażerów.

– Nie, kurwa, wystarczy – rzucam. – Wiocha i tyle. To będzie ostatnie miejsce w północnym Londynie, do którego doprowadzą metro. Do kurwy nędzy, nawet pierdolone Bermondsey już ma stację metra. Zbudowali metro, żeby można było się dostać do tego pojebanego namiotu cyrkowego, do którego nikt, ni chuja, nie chce przychodzić, a nie mogą zbudować tutaj, to zdrowo pojechane.

Szczupła twarz Croxy’ego krzywi się w coś na kształt uśmiechu i teraz on patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi, pustymi gałami.

– Mamy dzisiaj niezgorszy humorek, no nie? – mówi.

I to najświętsza prawda. Robię więc to, co zwykle: topię smutki w piwsku i mówię wszystkim w pubie – Berniemu, Monie, Billy’emu, Candy, Steviemu i Dee – że Hackney to tylko adres przejściowy i żeby nie oczekiwali, że zapuszczę tu korzenie. Niente signora. Mam lepsze plany, stary. I taaak, chodzę często do kibla, lecz niezmiennie, by łykać, a nie wydalać.

I nawet kiedy walę w kinol łopatami, uświadamiam sobie smutną prawdę. Koka mnie nudzi, nudzi nas wszystkich. Jesteśmy tylko zaćpanymi kutasami w otoczeniu, którego nienawidzimy, w mieście, którym rzygamy, udając, że znajdujemy się w centrum wszechświata, wyniszczając się gównianymi prochami, by zagłuszyć poczucie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej, świadomi, że choć napędzamy naszą paranoję i rozczarowanie, to jesteśmy zbyt apatyczni, by przestać. Bo, co smutne, nie ma żadnego ciekawego powodu, by przestać. Z drugiej strony stugębna plotka niesie, że Breeny dostał furę stafu i część z tego już krąży po okolicy.

Nagle staje się jutro, a my w jakimś mieszkaniu dajemy w kanał, Steve zajęty przygotowaniami rzuca zgryźliwe uwagi i ciągle nadaje o tym, ile kosztował ten towar, kiedy smród amoniaku wypełnia powietrze. Za każdym razem, kiedy po potwornym strzale błyszczą mi się usta, czuję się chory i pokonany, aż kolejna dawka rzuca mnie w drugi kąt pokoju – opanowanego, bezwzględnego, pełnego, przepełnionego, gadającego bzdury, snującego plany, jak rządzić światem.

I znów jestem na ulicy. Nie wiedziałem, że znalazłem się w Islington. Wałęsam się bez celu i widzę dziewczynę w mitenkach bezskutecznie starającą się otworzyć mapę, i już odzywam się do niej obleśnym:

– Zgubiło się dziecko? – Lecz płaczliwy ton mego głosu nabrzmiały emocjami, oczekiwaniami, a nawet stratą, zacina mnie. Dźwięk mego głosu jednak rzuca mną do tyłu, tak samo jak łyk z trzymanej przeze mnie butelki jagodzianki na kościach. Co to, kurwa, jest? Kto mi to włożył do łapy? Jak się tu, kurwa, znalazłem? Gdzie są wszyscy? Pamiętam kilka zawiedzionych głosów i pożegnań, zanim wyszedłem w chłodny deszcz, a teraz jeszcze…

Dziewczyna zesztywniała jak skała w Blackpool, którą miałem w spodniach, i rzuciła:

– Spierdalaj, nie jestem żadne twoje dziecko…

– Sorka, laska – przepraszam niemrawo.

– Laska też nie jestem – informuje.

– To zależy od nastawienia, kochanie. Spójrz na to z mojej perspektywy – mówię jak zupełnie obca istota i patrzę na siebie jej oczami: na cuchnącego, brudnego denaturowca z fioletową dyktą. Ale mam co robić w życiu, muszę połypać na laseczki, mam nawet trochę szmalu w banku, mam lepsze ciuchy niż te cuchnące, zawszone łachy, ten stary wełniany kapelusz i rękawiczki, więc co się dzieje, do kurwy nędzy, Simon?

– Odjebaj się, świrze – mówi, odwracając się.

– Zdaje się, że nieco źle zaczęliśmy. Nieważne, możemy zacząć jeszcze raz, co?

– Spierdalaj! – krzyczy przez ramię.

Laski potrafią być nieco nieprzystępne. Przeklinam się w myślach za brak wiedzy o kobietach. Znałem kilka, ale zawsze na drodze pomiędzy mną, nimi i czymś poważniejszym stawał mój korzeń.

Staram się sięgnąć pamięcią wstecz w nadziei na opanowanie mego zakręconego i przegrzanego umysłu, wysilając go, sprowadzając do parteru i wtłaczając w inną perspektywę. Kiedy mi się w końcu udaje, widzę, że jestem już w domu, i po wciągnięciu ostatniej koki wraz z pojawieniem się pierwszych potów kontynuuję rozpoczęty poranny romans, waląc konia nad zdjęciem Hillary Clinton w eleganckim żakiecie startującej na fotel senatora Nowego Jorku. Wygłosiłem starą kwestię, żeby nie przejmowała się tymi Żydami, bo przecież wciąż jest piękną kobietą, a Monika nie dorasta jej do pięt. Czemu? Bill lubi, żeby o niego zadbać. Następnie się kochamy. Po, kiedy zadowolona Hillary zasnęła, poszedłem obok, gdzie czekała Monika. Leith w starciu z Beverly Hills – to gustowne pierdolenie postalienacyjne. Następnie napuściłem Hillary na Monikę, a ja sam patrzyłem. Na początku oponowały, ale, oczywiście, zbajerowałem je. Siedząc na skrzypiącym krześle od Croxy’ego, rozkoszowałem się widowiskiem, paląc kubańskie cygaro, no powiedzmy śmierdzącą cygaretkę.

Do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk syreny policyjnej na Upper Street, kiedy to radiowóz starał się rozjechać na placek zbyt powolnego obywatela.

Kojąca i jednocześnie plugawa natura tego spektaklu wytrąciła mnie nieco z równowagi, ale wyłącznie dlatego, jak sobie tłumaczyłem, że wypadki wywołujące te ohydne myśli – które powinny od razu się rozwiewać – wciąż się gdzieś kołaczą w głowie, uniemożliwiając pracę, zmuszając do myślenia o nich przez cały czas. Odciągają mnie od kokainy – niezależnie od tego, że i tak przez jakiś czas nie będzie mnie na nią stać. Co jest zupełnie bez znaczenia, kiedy się jest pod jej wpływem.

Na autopilocie, lecz powoli dochodząc do siebie, idę od Angel w kierunku King’s Cross, co niechybnie może być oznaką desperacji. Wpadam do bukmacherów na Pentonville Road, żeby zobaczyć jakieś znajome twarze, ale nie widzę nikogo, kogo znam. Obecnie panuje wielki przepływ szumowin przez miasto przy obecności całego mnóstwa czujnej policji kręcącej się wokół Cross. Patrolują teren jak łodzie na bagnach ze ścieków, pojawiając się to tu, to tam, po czym znikają, nie mając zamiaru zgarniać toksycznych odpadów widocznych jak na dłoni.

Następnie obserwuję, jak do środka wchodzi Tania, która wygląda na nieźle przepaloną. Na białej jak popiół twarzy oczy zabłysły na mój widok.

– Skarbie… – Obejmuje mnie za szyję. Obok niej stoi chudy niewielki facecik, który, jak spostrzegam, jest jednak panienką. – To Val – mówi w archetypicznym nosowym zaśpiewie londyńskiego jaracza. – Sto lat cię tu nie widziałam.

Ciekawe czemu.

– A tak, wróciłem do Hackney. Mam nadzieję, że czasowo. Naćpałem się jak bąk w weekend – wyjaśniam, kiedy w drzwiach pojawia się banda czarnych ćpunów: nerwowych, napiętych i wrogich.

Ciekawe, czy któryś z tych kutasów robi tu zakłady. Atmosfera gęstnieje i już wychodzimy, ale ta dziwaczna anemiczna krowa Val i jeden z czarnych kutasów szepczą coś do siebie, po czym dopiero idziemy w kierunku stacji King’s Cross. Tania marudzi coś o fajkach, no i jasne, staram się rzucić, ale nie, kurwa, muszę, szukam w kieszeniach hajcu. Kupuję fajki i zapalam jedną przy wejściu do metra. A tutaj taki tłusty, nalany biały chuj służbista w nowym niebieskoszarym mundurze najemników London Transport każe mi ją zakiepować. Wskazuje na tabliczkę na ścianie upamiętniającą mnóstwo ludzi, którzy zginęli w pożarze wywołanym przez jakiegoś bezrozumnego wała, który wyrzucił kiepa gdzie bądź.

– Odbiło ci? Nic cię to nie obchodzi?

Do kogo niby ten głup gada?

– Nie, gówno mnie to obchodzi, zasłużyli sobie, chuje. Jak się jedzie, to się ryzykuje – rzucam mu w twarz.

– Przyjaciela straciłem w tym pożarze, ty gnojku! – wrzeszczy ten irytujący palant.

– Musiał być z niego niezły ćwok, jak miał za kumpla takiego wała jak ty! – drę się, ale gaszę papierosa, kiedy zjeżdżamy ruchomymi schodami na peron. Tania chichocze, a ta Val zaśmiewa się do rozpuku, jakby jej zupełnie odwaliło.

Metrem jedziemy do Camden i chaty Berniego.

– Nie powinnyście się, dziewczyny, włóczyć po King’s Cross. – Uśmiecham się, dokładnie wiedząc, dlaczego to robią. – A już szczególnie nie z pierdolonymi asfaltami – mówię dalej. – Oni chcom tylko położyć łapy na miłej, białej lasce i wypuścić jom na ulicę.

Dziewuszka Val uśmiecha się na te słowa, ale Tania wybucha.

– Jak możesz tak mówić?! Jedziemy do Berniego. Jest jednym z twoich najlepszych kumpli i jest czarny.

– Jasne, że jest. Ja nie mówię o  s o b i e.  To moi bracia, mój lud. Właściwie wszyscy moi kumple stąd są czarni. Mówię o  w a s.  Oni nie chcą mnie rzucić na ulicę. Jasne, jebany Bernie zrobiłby to, gdyby mu uszło na sucho.

Mały uniseks Val znów dziwnie ponętnie chichocze, a Tania lekceważąco wydyma wargi.

Docieramy do mieszkania Berniego, choć przez chwilę zapomniałem, w której z tych żałosnych posesji mieszka, bo zwykle nie przychodzę tu za dnia. Budzimy samotnego menela leżącego na schodach we własnych szczynach.

– Dzieńdoberek! – krzyczę serdecznie, na co menel odpowiada czymś pomiędzy odgłosem ryku i warkotu. – Łatwo ci mówić – żartuję, wywołując uśmiech na twarzach dziewczyn.

Bernie jeszcze jest na nogach po powrocie od Steviego. Jest obwieszony złotem, że chuj – lśnią na nim łańcuchy, kety i złote zęby. Czuję smród amoniaku, co oznacza, że ma w kuchni przygotowaną lufę. Daje mi się sztachnąć. Biorę długiego, mocnego macha, patrząc na pospieszną zachętę w jego wielkich oczach, kiedy zapalniczką podpala kryształki. Zatrzymuję dym w płucach, po czym wolno wypuszczam, czuję brudne, smolne gorąco w płucach i słabość w kolanach, ale trzymając się kurczowo fifki, z lubością rozkoszuję się chłodnym, potężniejącym odlotem. Widzę pojedyncze okruszki chleba, każdą kroplę wody w aluminiowym zlewie z nachalną szczegółowością, która normalnie wywołałaby mdłości, tak się jednak nie dzieje i podmuch zimna wali we mnie, zamykając moją psyche w chłodnym kącie pomieszczenia. Bernie nie marnuje czasu i wsypuje drugi zestaw na starą brudną łyżkę i kładzie warstwę popiołu na folii, wsypując kryształki tak delikatnie i troskliwie, jak rodzic wkłada dziecko do kojca. Podkładam zapalniczkę zauroczony kontrolowaną mocą jego zaciągania. Bernie opowiadał mi kiedyś, jak ćwiczył wstrzymywanie oddechu w wannie, by zwiększyć objętość płuc. Patrzę na łyżkę i na resztę sprzętu bez większego zainteresowania, zastanawiając się, czy nie przypomina to moich dni z herą. Ale pierdolić to! Jestem starszy, mądrzejszy i hera to hera, a crack to crack.

Gadamy o pierdołach, niemal ocierając się o siebie twarzami, przykuci do fifek jak główni bohaterowie Star Treka na mostku, kiedy wraże promienie kołysały statkiem.

Bernie nawija o kobitach, kurwach, co go wyruchały na cacy, rujnując biednemu ciulowi życie, i ja odwzajemniam mu się podobnymi opowieściami. Następnie przechodzimy do pizd (męskich), które nas wydymały i jak dostaną za swoje. Wspólnie z Berniem nie lubimy faceta zwanego Clayton, który niegdyś był nawet kumplem, ale teraz ma straszny wpierdol. Jak się pojawia lufa, to Clayton jest zawsze doskonałym tematem do rozmów. Gdybyśmy nie mieli takich wrogów, to trzeba by ich było wymyślić, by nadać życiu dramatyzm, treść i znaczenie.

– Z dnia na dzień jest z nim coraz gorzej – mówi Bernie, a w jego głosie słychać pseudoszczerą troskę. – Coraz gorzej – powtarza, klepiąc się w głowę.

– Jasne… A co u tej Carmel, wciąż ją dyma? – pytam. Zawsze chciałem wyciąć z nią numerek.

– Nie, stary, wypierdoliła do domu, do Nottingham czy jakiejś tam innej dziury… – mówi z nalotem nabytym od Jamajki do północnego Londynu z małym przystankiem w Brooklynie. Następnie szczerzy kły i powiada: – Cały ty, Szkocie. Widzisz nową panienkę i od razu chcesz wiedzieć, o co jej biega i z kim chodzi. Robiłbyś to, nawet gdybyś miał miłą żonkę, dzieci i szmal. To jest silniejsze od ciebie.

– To wyłącznie zainteresowanie życiem publicznym. Staram się interesować sprawami mojej społeczności, tylko tyle. – Uśmiecham się, patrząc na siedzące na kanapie laski.

– Społeczność… – Bernie śmieje się i powtarza: – Interesować sprawami społeczności…

I znów wraca do produkcji chemii.

– Dajemy czadu w wolnym świecie. – Rechocząc, wychodzę do pokoju.

Kiedy pojawiam się w drzwiach, zauważam, jak Tania drapie się przez tkaninę po ramionach, co jest widocznym objawem braku działki, i w jakby jakimś upiornym przekazie zaczyna mi drgać powieka. Chciałbym się popieprzyć, by wypocić toksyny, ale nie gustuję w cholernych ćpunkach, bo leżą jak kłoda. Chuj wie, na czym jest ta chłopczyca Val, ale i tak łapię ją za ramię i ciągnę do klopa.

– Co robisz? – pyta ni to pogodzona, ni protestująca.

– Zrobisz mi laskę – mówię do niej, mrugając porozumiewawczo, a ona patrzy na mnie bez lęku jedynie z lekkim uśmiechem. Widzę, że bardzo chce mi zrobić dobrze, bo dobra z niej dziewczyna. Należy do wybrakowanej kategorii takich, co zawsze chcą dobrze, a wychodzi jak zwykle. Jej rola na scenie życia polega na jednym: byciu workiem treningowym dla jakiegoś pojebanego ćwoka.

No to wchodzimy do środka, wyjmuję poganiacza, który pręży się jak koci ogon. Ona już na kolanach, a ja kieruję jej przetłuszczoną głowę w okolice krocza, gdzie zabiera się do dzieła i jest… jakoś nijako. Nie, no fajnie jest, ale nie mogę znieść, jak jej małe ślepka co chwila spozierają na mnie, jakby chciała się upewnić, czy mi się podoba, czy nie, co jest, kurwa, zupełnie popierdolonym pomysłem. Co chwila pojawia się myśl, że powinienem był zabrać ze sobą piwo.

Patrzę na szarawy łeb, przewiercające mnie na wskroś oczy, ale głównie na wielkie zęby osadzone w chorobliwie odsłoniętych dziąsłach, dotkniętych nadużywaniem prochów, złym żywieniem i brakiem kontaktu z dentystą. Czuję się jak Bruce Campbell w wyciętej scenie z Martwego zła 3: Armii ciemności. Jakiś truposzczak ciągnie mu druta, a Bruce miażdży jego czaszkę na proch, i ja muszę szybko stąd wyjść, zanim zrobię to samo i zanim mój mięknący dytek zostanie rozszarpany na kawałki klawiaturą popsutych zębów.

Słyszę odgłosy przy drzwiach i ku memu rosnącemu przerażeniu rozpoznaję Croxy’ego, który wrócił po kolejną działkę. Prawdopodobnie z Breenym. Myślę wciąż o swoim piwie i wprost nie mogę znieść myśli, że jakiś kutas mógłby mi je tak po prostu wypić. Prawdopodobnie dla nich jest to małe piwko, a dla mnie w tej chwili to wielka rzecz. Jeśli tam jest ten, kto myślę, że tam jest, moje piwo przepadnie jak sen złoty, jeśli czegoś nie zrobię. Odpycham Val, w biegu wpycham go w spodnie, zapinam i wypadam z kibla.

Wciąż tam jest. Już mi odpuściło i znów czuję głód cracku. Zapadam się w kanapę. To Croxy, który wygląda na zjechanego, i Breeny, który wygląda świeżo, i zastanawiam się, jak on przeżył tę imprezę. Przynieśli ze sobą piwo. Zabawne, ale ten fakt zupełnie mnie nie koi. Ukojenie pojawia się dlatego, że  m o j e  u l u b i o n e  piwo jest nietknięte, nieruszone i niewypite.

Ale mamy tego więcej!

Pijemy sobie piwo, kombinujemy jak konie pod górę i pojawia się więcej kryształków, by docenić starania Berniego. Croxy robi fifę ze starej plastikowej butelki po lemoniadzie i wkrótce wszyscy znów bujamy w obłokach. Ta dziewczyna, Val, pojawia się znowu i wygląda jak uchodźca, który właśnie wyszedł z jebanego obozu przejściowego. I, jak podejrzewam, tak właśnie jest. Daje znak Tani, która wstaje, i obie wychodzą bez słowa.

Mam świadomość, że spór Berniego z Breenym przybiera na sile. Brakuje nam amoniaku, a musimy wytrącić wodorowęglan, co wymaga większej wprawy, i Breeny cały czas pierdoli Berniemu, że ten marnuje towar.

– Dajesz dupy, ty gupi ciulu – mówi, pokazując wyszczerbiony garnitur połamanych czarno-żółtych zębów.

Bernie mu coś odpowiada, a ja dochodzę do wniosku, że przed tyrą muszę przyciąć komara. Kiedy schodzę klatką schodową i otwieram drzwi wejściowe, słyszę krzyki i niedający się z niczym pomylić odgłos tłuczonego szkła. Przez sekundę rozważam powrót, ale dochodzę do wniosku, że moja obecność jedynie skomplikowałaby i tak zagmatwaną sytuację. Wymykam się cichcem przez bramę i zamykam ją za sobą, odgradzając się od wrzasków i gróźb. Jestem na zewnątrz i idę w swoją stronę.

Po powrocie do mojego sracza w Hackney, który muszę obecnie nazywać domem, pocę się, trzęsę i przeklinam własną głupotę i słabość, kiedy Great Eastern do Norwich ze stacją na Liverpool Street trzęsie całym budynkiem.

2. „…więzi…”

Colin wstaje z łóżka. Wykuszowe okno uchwyciło na moment zarys jego sylwetki. Mój wzrok wędruje ku dyndającemu penisowi. W trójkątnym promieniu poświaty księżycowej, która wśliznęła się do pokoju, kiedy Colin odsunął okiennice, zwisając tak, wygląda na winowajcę – zupełnie tego nie rozumiem. Odwraca się z wisielczym uśmieszkiem, a światło księżycowe obmywa srebrem jego grube ciemne loki. Ujawnia również wory pod oczyma i niewidoczną w świetle dziennym fałdkę pod brodą.

Colin to pierdziel w średnim wieku, któremu oprócz spadku intelektualnych i społecznych zainteresowań należy jeszcze przypisać słabnące libido. Już czas. Boże, już czas.

Wyciągam się w łóżku, czując chłód owiewający nogi, i przekręcam się, chcąc wytrzeć ostatki frustracji. Odsuwając się od niego, podciągam kolana pod brodę.

– Wiem, że to zabrzmi banalnie, ale naprawdę nigdy mi się to nie zdarzyło. To jest jak… w tym roku gnoje dali mi dodatkowe cztery godziny grup seminaryjnych i dwie godziny wykładu. Wczoraj przez całą noc sprawdzałem prace. Miranda daje mi w kość, a bachory są tak kurewsko nastawione na „daj”… Nie ma czasu na  m n i e. – Nie ma czasu dla Colina Addisona. A kogo to obchodzi? Kogo, kurwa, obchodzi jakiś Colin Addison?

Puszczam mimo uszu to biadolenie i obwinianie wszystkich i wszystkiego o brak erekcji, schodząc z drabiny świadomości w nadchodzący sen.

– Nikki? Czy ty mnie słuchasz?

– Mmmm…

– Chodzi o to, że powinniśmy ustabilizować nasz związek. I to nie jest myśl, która pojawiła się nagle. Miranda i ja: to już się wypaliło. Och, wiem, co powiesz, i tak, były inne dziewczyny, inne studentki… – kiedy to mówi, nieomal słyszę nutę chełpliwości w jego głosie. Męskie ego może i jest kruche, jednak bardzo szybko się regeneruje… – ale to były tylko nastolatki, źródło niskich przyjemności. Chodzi o to, że ty jesteś dojrzalsza, masz dwadzieścia pięć lat, między nami nie ma  a ż  t a k i e j  różnicy wieku i z tobą jest inaczej. To nie jest tylko… Znaczy to jest prawdziwy związek, Nikki, i chciałbym, żeby stał się, no,  p r a w d z i w y.  Wiesz, o czym mówię? Nikki? Nikki!

Dołączywszy do kolekcji akademickich dupeczek Colina Addisona, zdaje się, że powinnam być teraz zadowolona z awansu na pierwszą kochankę. Ale jakoś nie jestem.

– Nikki!

– Co? – rzucam, przekręcając się na łóżku, siadając i odgarniając włosy z twarzy. – Co cię napadło?! Jak nie możesz mnie bzyknąć, to przynajmniej daj mi się wyspać. Mam rano zajęcia, a wieczorem muszę znów iść do roboty w tej cholernej saunie.

Colin siedzi na skraju łóżka i wolno oddycha. Kiedy obserwuję jego unoszące się i opadające ramiona, przypomina mi jakieś dziwaczne ranne zwierzę ukrywające się w mroku, które zastanawia się, czy rzucić się do kontrataku, czy też podać tyły.

– Nie lubię tej twojej pracy – wyrzuca z siebie zaborczym głosem, który nagle stał się  b a r d z o  j e g o. 

I teraz, myślę, teraz nadeszła właściwa chwila, właśnie teraz. Tygodnie uległości w końcu nabrzmiały niedającą się zredukować masą krytyczną, która bez cienia wątpliwości daje wystarczającą siłę, by powiedzieć: odpierdolcie się.

– Dzięki pracy w tej saunie mam obecnie znacznie zwiększoną szansę na porządne rżnięcie – wyjaśniam chłodno.

Martwa cisza, jaka po tym zapadła, i znieruchomiała sylwetka Colina w ciemnościach oznaczają, że uderzyłam celnie i trafiłam, aż zabolało. Nagle wstał, spięty i gotowy podszedł do fotela, na którym leży jego ubranie. Zaczyna je na siebie wciągać. W ciemności rozlega się głuchy stukot, chyba stopy o podłogę, a może o nogę fotela, po którym rozlega się zduszone „kurwa”. Spieszy się bardzo, chociaż zwykle najpierw bierze prysznic, żeby ukryć prawdę przed Mirandą, ale tym razem nie było wymiany płynów ustrojowych, więc może mu się udać bez. Przynajmniej ma na tyle przyzwoitości, żeby nie zapalać światła, za co jestem mu wdzięczna. Kiedy udaje mu się wbić w dżinsy, podziwiam jego tyłek, prawdopodobnie po raz ostatni. Impotencja jest zła, czepianie się drugiej osoby za wszelką cenę jest okropne, ale te dwie przypadłości razem po prostu wyczerpują wszelką tolerancję. Pomysł zostania siostrą miłosierdzia tego starego głupka jest po prostu obrzydliwy. Szkoda tylko tego tyłka, będę za nim tęsknić. Uwielbiam mocny, piękny tyłek u facetów.

– Nie mogę z tobą poważnie rozmawiać, kiedy tak się zachowujesz. Odezwę się później – rzuca, nakładając sweter.

– Nie wysilaj się – mówię lodowatym głosem, naciągając kołdrę na cycki. Nie wiem, czemu to robię, skoro ssał je, wkładał między nie kutasa, pieścił, szczypał, obmacywał i pożerał z moim błogosławieństwem, a w niektórych przypadkach za moją namową. Dlaczego więc patrzenie na nie w półmroku jest tak krępujące? Jak podpowiada mi moje wewnętrzne ja, dlatego że nasz romans właśnie odszedł w niebyt. Nie istnieje już Colin i ja. Tak, to właściwy moment.

– Co takiego?

– Mówiłam, żebyś się nie wysilał. Z tym odzywaniem się później. Się, kurwa, nie wysilaj – mówię mu, w myślach łaknąc papierosa. Już prawie chcę go poprosić o jednego, ale byłoby to nie na miejscu.

Odwraca się w moją stronę i srebrzyste światło księżyca oświetla ten jego idiotyczny wąs, o którego zgolenie bezskutecznie go błagałam, i usta, pozostawiając resztę twarzy w ciemności. Usta mówią do mnie:

– Dobra, w takim razie pierdol się! Jesteś małym głupim bachorem, Nikki, arogancką krową. Myślisz, że jesteś górą, ale będziesz miała w życiu kurewskie problemy, jeśli nie dorośniesz i nie dołączysz do reszty normalnych ludzi.

W myślach toczę bitwę pomiędzy wybuchem wściekłości i wesołości, których to uczuć mam teraz po równo. W tej rozterce jestem w stanie tylko wyrzucić z siebie:

– Takich jak ty? Nie rozśmieszaj mnie…

Ale Colin już wypadł z sypialni, trzaskając drzwiami i później szarpiąc się z drzwiami wyjściowymi. Ogarnia mnie uczucie ulgi, kiedy nagle przypominam sobie podwójny zamek w drzwiach. Lauren jest przesadnie ostrożna, jeśli chodzi o bezpieczeństwo w domu, poza tym wcale nie będzie rozbawiona, bo nasza kłótnia na pewno wytrąciła ją ze snu. Pokryte lakierem deski podłogi w korytarzu są zimne dla bosych stóp, dlatego z lubością po przekręceniu zasuwy wracam do sypialni. Rozważam podejście do okna, by zobaczyć, jak Colin wychodzi na pustą ulicę, ale nie ma tu już niedomówień i więzi między nami zostały przecięte. Świat wydaje się szczególnie atrakcyjny. Rozmyślam, co by było, oczywiście w żartach, gdybym posłała Mirandzie jego penisa w tym stanie. A ona by go nie poznała. W gruncie rzeczy wszystkie są takie same, no chyba że patrzy się na nie z perspektywy wielkiej, ociężałej, niechlujnej, starej krowy. Jak starczy sił, można pieprzyć się z każdym, no prawie każdym. To nie penis stanowi problem, tylko jego dodatek; występuje w wielu różnych rozmiarach i towarzyszących im stopniach wkurzenia.

Nadchodzi Lauren w błękitnym szlafroku. Mruży oczy, wybudzając się ze snu, ma zmierzwione włosy, przeciera okulary i wkłada je na nos.

– Wszystko w porządku? Słyszałam krzyki…

– To tylko dźwięki wydawane przez jednego impotenta w męskiej menopauzie, kiedy wył w bezsilnej złości do księżyca. Pomyślałam, że to słodka muzyka na twe feministyczne uszy. – Uśmiecham się pogodnie.

Wolno pochodzi do mnie, wyciąga ramiona i mnie obejmuje. Jakaż z niej niesłychanie urocza kobieta – zawsze gotowa odbierać mnie z większym współczuciem, niż zasługuję. Wydaje jej się, że skrywam ból pod płaszczykiem wesołkowatości, bezradność ukrywam pod pancerzem sarkazmu i zawsze wyczekująco i szczerze wpatruje się we mnie, by dostrzec prawdziwą Nikki pod tą fasadą. Lauren myśli, że jestem taka jak ona, ale przy jej wszystkich afektacjach jestem o wiele bezwzględniejsza od niej. Pomimo nieprzejednanych poglądów politycznych jest słodka, cudownie świeża i pachnąca lawendowym mydłem. 

– Tak mi przykro… Wiem, że powiedziałam ci, że musisz być kopnięta, żeby romansować z wykładowcą, ale powiedziałam tak wyłącznie dlatego, że wiedziałam, że będziesz cierpieć…

Trzęsę się, dosłownie trzęsę się w jej objęciach, a ona swoje:

– No już, już… już dobrze… wszystko będzie dobrze… – Ale nie wie, że trzęsę się ze śmiechu wywołanego jej przeświadczeniem, iż mnie to cokolwiek obchodzi. Uniosłam lekko głowę i roześmiałam się, czego od razu pożałowałam, ponieważ ona  n a p r a w d ę  jest kochana, a ja ją nieco upokorzyłam wybuchem wesołości. Czasami okrucieństwo pojawia się instynktownie. Nie jest to powód do dumy, ale też niektórzy powinni być bardziej czujni.

Głaszczę pojednawczo jej smukłą szyję, ale wciąż nie jestem w stanie powstrzymać się od śmiechu.

– Ha, ha, ha, ha, ha… źle mnie zrozumiałaś, złotko. To on dostał kopa, to jego zabolało. „Romansować z wykładowcą…”, ha, ha, ha… Mówisz całkiem jak on.

– No a niby jak miałam to powiedzieć? On jest żonaty. Macie romans…

Wolno kręcę przecząco głową.

– Ja nie mam romansu. Ja się z nim bzykam. Czy też raczej bzykałam. Ale już dość. Wybuch, który słyszałaś, był odgłosem braku bzykania.

Lauren posyła mi uśmiech pełen zadowolenia, lecz i winy. Ta dziewczyna jest zbyt przyzwoita, zbyt dobrze wychowana, by delektować się nieszczęściem innych, nawet tych, których nie lubi. To, że Colin jej nie lubił, było jedną z jego najbardziej denerwujących cech. Widział tylko jej sztuczny obraz, który chciała, żeby widział. Ale to cały on, bystry to on nie jest.

Odsłaniam przykrycie.

– No to chodź tutaj i przytul mnie – mówię.

Lauren patrzy na mnie, unikając wzrokiem nagiego ciała.

– Daj spokój, Nikki – mówi z zażenowaniem.

– Chcę się tylko poprzytulać – zachęcam i posuwam się w jej kierunku. Zauważa, że jednak mimo wszystko nasze nagie ciała rozdziela jej sztywny szlafrok i że nie zostanie zgwałcona. Obejmuje mnie sztywno i z rezerwą, jednak nie puszczam jej i przykrywam nas narzutą.

– Och, Nikki – protestuje, ale wkrótce czuję, że się ułożyła, i sama zapadam w piękny sen z wypełniającym moje nozdrza zapachem lawendy.

Rankiem budzę się w pustym łóżku i słyszę odgłosy kuchennej krzątaniny Lauren. Każda kobieta powinna mieć słodką młodą żonkę. Podnoszę się, owijając szlafrokiem, i kieruję się do kuchni. Kawa syczy i pryska z filtra do czajnika. Teraz słyszę, jak bierze prysznic. W dużym pokoju dostrzegam migające światełko automatycznej sekretarki i idę sprawdzić pozostawione wiadomości.

Albo przeceniłam, albo nie doceniłam Colina. Zostawił sporo wiadomości na sekretarce.

Piii.

– Nikki, zadzwoń. To głupie.

– No cześć, głupku – rzucam w kierunku telefonu – tu Nikki.

Colin potrafi wykonać dobry telefon, ale wyłącznie w kiepskich komediach.

Piii.

– Nikki, przepraszam. Straciłem głowę. Naprawdę mi na tobie zależy, uwierz mi. To właśnie to chciałem ci powiedzieć. Przyjdź do mnie do biura. No, Nik!

Piiii.

– Nikki, nie kończmy tego w ten sposób. Zapraszam cię na lunch do klubu dla wykładowców. Lubiłaś tam chodzić. No nie daj się prosić. Zadzwoń do mnie do biura.

Wiek zmienia większość dziewczynek w kobiety, ale mężczyźni tak naprawdę nigdy nie przestają być chłopcami. I tego im właśnie zazdroszczę, ich zdolności nurzania się w głupstwach i niedojrzałości, co jest cechą, którą usilnie staram się posiąść. Można się jednak zmęczyć, kiedy stale się to na tobie odbija.

3. Sztos nr 18733

To ostatnie zadupie Soho; wąskie, zakazane zaułki cuchnące tanimi perfumami, zapiekanym żarciem, alkoholem i wypełnione walającymi się po chodniku śmieciami wysypującymi się z czarnych koszy na odpadki. Skrzypiące pręty neonów wolno, nieomal świadomie, wybudzały się ze snu do swego apatycznego życia, rozświetlając poświatą lekką mżawkę w służbie starożytnych i jałowych przybytków.

Można tu było jedynie sporadycznie uchwycić spojrzeniem przedstawicieli tych wysublimowanych przybytków rozkoszy: o kwadratowych szczękach, wygolonych głowach, w garniturach i płaszczach sterczących w drzwiach. Albo też wałęsające się na schodach zaćpane crackiem kurwy, których poszarzałe twarze oświetlone gołą żarówką migają przed oczami zmęczonych robotników, nerwowych turystów i pijanych, bezczelnych młodzieńców.

Dla mnie jednak atmosfera tego miejsca miała smak i zapach domu. Buńczuczne przekomarzanie się ze znajomym bykiem w drzwiach knajpy, patrzenie, jak poły jego drogiego płaszcza łopocą na wietrze, były dla mnie nieomylnym znakiem, że oto przebyłem długą drogę od czasów, kiedy pracowałem w podłej saunie w Leith, stręcząc naćpane laski, które pieprzyły się za działki.

A Henio Autobus potakiwał: „Dobra, chłopie”, a ja się uśmiecham i staram się, by nozdrza nie zaczęły się poruszać w zwykły odruchowy sposób, kiedy rozmawiam z bezmózgim kafarem za dychę – bo są potrzebni, a zawsze wiedzą, kiedy się ich traktuje protekcjonalnie. Więc moja maska krzywi się szczerym uśmiechem.

– W porzo, Henio? Jestem nieco skołowany, stary. Wtykaniem fujary gdzie popadnie.

Henry potakuje ponuro i gadamy sobie chwilę, a ja obserwuję, jak jego zimne oczy osadzone we łbie troglodyty od czasu do czasu zerkają mi przez ramię w nadziei, że coś się przydarzy za moimi plecami. Rzucają drapieżne błyski zdolne zdławić w zarodku zarzewie czegoś większego, zanim się w ogóle zacznie.

– Jest tu dziś Colville?

– Nie. I, kurwa, dobrze – mówi Henio. Dobry temat: obydwaj nienawidzimy do bólu naszego szefa. Rozmyślam o żonie Matta Colville’a, kiedy wchodzę i mówię „nara” Heniowi. Kiedy kota nie ma… Powinienem był tu ściągnąć Tanię. Dzwonię do niej na komórę, ale… A to ci niespodzianka, ma wyłączoną, jak mówi mi komunikat. Trudno jest kupować herę i kokę i pamiętać o opłacaniu rachunku za telefon. I tak pada jedyna szansa, co mrozi mnie nieco – jak zawsze się dzieje, kiedy nieświadome i beztroskie działania osób trzecich burzą mi misterny plan.

Ale przy braku Colville’a i Dewry’ego w biurze jestem górą. Są tu też Marco i Lenny, obaj dobrzy, prędcy w robocie, co oznacza, że moja rola dzisiaj jest wyłącznie towarzyska. Głównie siedzę za barem i pełnię honory gospodarza domu, wstając jedynie, by oddać cześć jakiejś znanej twarzy, kibicowi piłkarskiemu, łobuzowi czy bardzo seksownej pani, wszystkim wchodzącym do naszego przybytku. Pod koniec mojej zmiany zatrzymuję się w sklepie Randolpha, by zabrać tony gejowskiej pornografii, która będzie stanowić anonimowy prezent dla mojego starego przyjaciela. Następnie wpadam na browara do jakiejś tam kafejki. Zawsze z dziką rozkoszą spierdalam, jak najdalej mogę z mojego klubu, kiedy po pracy zażywam zagwarantowanej pakietem socjalnym kąpieli. W tym barze rachunek jest taki jak wystrój, pomnik złożony z Ikei dla braku naszej wyobraźni. To jest Soho, ale mógłby być wszędzie, gdzie nie szanuje się indywidualnego charakteru.

Jestem nieco złachany i tym samym zaskoczony, że poszło całkiem nieźle. Myślałem, że jest już po czasie. Nawet zacząłem się znowu czuć głupio i słabo. Słabo z powodu wylądowania w bagnie z Croxym, jak gdyby fakt, że ten głupi kutas pomógł mi przewozić swoim furgonem i pownosił moje rzeczy podczas przeprowadzki, upoważnił go do trucia mnie chemią. Jest do niczego, wszyscy są, kurwa, do bani. Ta pierdolona puszczalska kurwa Tania włócząca się po King’s Cross, kiedy ja załatwiłem jej ustawienie się w klubie, gdzie właściwi goście płacą dobrą gotówkę. Słaba. A im się jest starszym, tym bardziej tego rodzaju słabość staje się drogim luksusem.

Ale dość tego użalania się nad sobą, bo zmiana minęła mi jak z bicza strzelił i oto jestem w barze na Soho z otwartą i piękną lasią o imieniu Rachel. Pracuje w ogłoszeniach, właśnie przeprowadziła bardzo ważną prezentację i jest lekko zalana, bo dobrze poszło, i dlatego ciągle mówi „o jejku”. Wpadła mi w oko w barze, nastąpiła wymiana uśmiechów i uprzejmości i tak wyłuskałem ją z jej pijackiego stada. Oczywiście mam remont w mojej chacie w Islington i jestem zmuszony gnieździć się na składanym łóżku u kumpla. Dzięki ci, Panie, za garnitur od Armaniego, wart każdego wydanego na niego funta. A kiedy proponuję przeniesienie się do niej w Camden, mówi:

– O jejku, moja współlokatorka zaprosiła jakichś gości.

Więc muszę przełknąć gorzką pigułkę i wydusić z siebie adres z kodem E osiem kierowcy zwykłej taksówki. Przynajmniej był na tyle, kurwa, przyzwoity, że nas tam zabrał. Głupie ciule z czarnych londyńskich taksówek nie wzięliby kursu, a już na pewno patrzyliby na nas jak na jakichś jebanych pracowników socjalnych – a wszystko za przywilej wyjęcia dwudziestu funciaków z mojego portfela za gówniane pięć czy sześć mil trasy. Nawet ta arabska czy turecka złotówa wyrwie piętnastaka.

Spojrzenia z ukosa rzucane tej Rachel dyskretnie wykradzione w przerwach miłosnego gruchania wskazywały, że jej oczekiwania malały z każdym kolejnym mijanym skrzyżowaniem. Jest jednak gadatliwa jak sroka, a ja ogarnięty kacową weekendową gorączką z coraz większym trudem jestem w stanie utrzymać konwersację na jakim takim poziomie. Również dlatego że kiedy już klamka zapadła i wiesz, że zaliczysz, występuje uczucie antyorgazmu. Masz ją w garści, więc jedziesz dalej, już nie ma gadania o pierdołach, ale nagle cały ten rytuał godowy staje się niesłychanie przygnębiający. Starasz się coś tam mówić, a kończy się na sytuacjach rodem z Benny’ego Hilla. Obecnie najtrudniej jest słuchać, ale wciąż jest to najważniejsza rzecz pod słońcem. Jest to tak ważne, ponieważ widzę jak na dłoni, że ona o wiele bardziej niż ja stara się udawać, że to wszystko jest po prostu kolejnym zawiązywaniem relacji międzyludzkich i że (przynajmniej potencjalnie) czymś więcej niż tylko dymankiem, czymś więcej niż wybuchem zwierzęcej żądzy. Z mojej strony chcę wyrzucić z siebie: a zamknijżeż się wreszcie, wyskakuj z tych gatek, nigdy więcej się nie zobaczymy, a jeśli nasze ścieżki się kiedyś znów skrzyżują, to pokryjemy nasz wstyd stoicką postawą i zimną obojętnością, podczas gdy ja będę myślał mściwie o stękaniach, jakie wydajesz, kiedy się rżniesz, i o żalu na twej twarzy następnego dnia rano. Jak to się dzieje, że w pamięć zapadają jedynie tylko złe wspomnienia?

Ale na nic moje rozważania, ponieważ już weszliśmy po schodach, gdzie kajam się za „bałagan” i przepraszam, że mam jedynie brandy, a ona tokuje dalej, na co muszę odpowiadać, nalewając drinki.

– Tak, Rachel, pochodzę z Edynburga. – To wspaniale, że udało mi się znaleźć właściwe, rozpakowane kieliszki do brandy.

– Och, tam jest wspaniale. Byłam kiedyś na festiwalu, kilka lat temu. Wspaniale się bawiliśmy – informuje, przeglądając pudła z płytami.

To zdanie powinno zabrzmieć jak zgrzyt rysowanego szkła dla moich znękanych uszu, ale brzmi całkiem znośnie, kiedy przekornie wychylam cały kieliszek brandy. Podziwiam jej grację, nieskazitelną skórę i ten pełny uśmiech białych zębów, kiedy mówi:

– Barry White… Prince… Masz dobry gust muzyczny… Mnóstwo soulowych i garażowych płyt…

I podziw nie wynika tylko z wypitej brandy, bo kiedy podnosi swój kieliszek z poplamionej ławy, czuję, jakby coś we mnie chrupnęło i myślę sobie: TERAZ. Nadszedł czas, by się zakochać. Po prostu rozsuń ten cholerny zamek i pozwól, by macki miłości oplotły was we wściekłym spazmie, kiedy szarżujący byk i wściekła krowa wlezą na cholerną gondolę miłości. Będą głupkowato gapić się sobie w oczy, gadać o pierdołach i tyć. Ale nie. Robię to, co zawsze, wykorzystując seks do deprecjonowania miłości, chwytam się za nią, raduję się jej teatralnym szokiem osoby zachowującej pozory, dopadamy do siebie, zdzieramy ubrania, figlujemy, baraszkujemy i się pieprzymy.

Chociaż zanim to nastąpiło, oceniłem, że jej pozycja w firmie i pochodzenie nie są tak imponujące, jak to sobie wyobrażałem na początku. Jest niezłą dupą, tylko tyle. Czasami trzeba walczyć jak lew, byle tylko lepiej kogoś nie poznać.

Po lekkiej kimce zrobiliśmy poranną powtórkę. Kiedy tylko twardnieję, dopadam jej od tyłu i razem gimnastykujemy się, ile sił wlezie, kiedy ekspres siódma dwadzieścia jeden do Norwich wali przez stację Hackney Downs, jakby z zamiarem zmiecenia nas w kierunku wschodniej Anglii, a ona tylko:

– O, mój Boże… Simon… Sa-aj-mooon…

Rachel zasypia, a ja wstaję, zostawiając kartkę, na której piszę, że wcześniej idę do pracy i że zadzwonię. Idę do kafejki po drugiej stronie ulicy na łyk herbaty, modląc się w myślach, by już zeszła. Oko mi lekko zaparowało, kiedy przypomniałem sobie jej piękną twarz. W myślach wracam na górę, może z jakimiś kwiatami, otwieram przed nią serce, przysięgając dozgonną miłość, zmieniam jej życie w raj, stając się księciem z białą ładowarką, do której podłączam się na noc. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mają takie fantazje. Ale to tylko fantazje. Ogarnia mnie narastające poczucie straty. Łatwo się jest zakochać albo też znienawidzić kogoś; kogoś, kogo nie ma obok; kogoś, kogo nie znam naprawdę, a jestem w tym mistrzem. Największy problem to ta druga strona.

Następnie jak blacharz na czatach widzę, że wychodzi z mojej klatki schodowej. Ma gwałtowne, nerwowe ruchy, kiedy stara się zorientować, gdzie jest, wygląda jak pisklę, które wypadło z gniazda: paskudne, zmotłoszone i nieporadne. Zupełnie inna osoba niż ta wspaniała, napojona alkoholem dupcia, z którą dzieliłem łoże i na krótko żywot jednej nocy. Wracam do stron sportowych „The Sun”.

– Reprezentacja Anglii powinna mieć menedżera Szkota! – krzyczę do Ivana, tureckiego właściciela. – Ronniego, kurna, Corbetta albo kogoś takiego.

– Ronniego Corbetta – powtarza z Ivan z uśmiechem.

– Albo inną śniadą cipę – mówię mu, unosząc gorącą, słodką herbatę do ust.

Po powrocie na górę zastaję odrobinę zapachu Rachel w mojej klitce, co jest przyjemne, oraz kartkę, co już jest mniej.

Simon,

przepraszam, że tak uciekłam. Chciałabym się z Tobą znów zobaczyć.

Zadzwoń.

Rachel. X

Auć. To milutko zostawić kogoś, kiedy mówi ci, że chce cię znowu zobaczyć, ponieważ niechybnie nadszedłby taki moment, kiedy się taką osobę zostawia, bo nie chce cię już widzieć. To daje wiele przyjemności. Zmiąłem kartkę i wrzuciłem do kosza na śmieci.

Nie byłbym w stanie umieścić Rachel w moim matriksie. Kiedy zaczynałem londyńską karierę na squacie w Forest Gate, byłem zdecydowany przeć na zachód: od dziewczyn z Essex do Żydóweczek z północnego Londynu, kończąc na „jak damy, to się bawimy”. Ale one wszystkie wiedzą, czego chcą. Pierwsze w zamian za seks chcą błyskotek, kolejne będą się z wami wymieniać swoją neurozą, a te ostatnie będą się z wami ryćkać, aż krowy zejdą z pastwiska, ale pierścionek na paluszku zachowują nie dla was, ale dla jakiegoś Dioklecjana Nadętego. Te jebane dziane wiejskie cipy o feudalnych korzeniach zawsze mają ustawione małżeństwa. Dałem więc spokój z zaczytywaniem się w herbarzu i skupiłem się ponownie na Hampstead.

A taka Tania, która nie przeszła nawet rozmowy kwalifikacyjnej, dzwoni do mnie, jakby się paliło, i mówi, że do mnie jedzie. I patrzę na tę twarz kościotrupa, która widziała w ciągu kilku lat tyle słońca, co sam Nosferatu, duże, wysuszone wargi jak ponury żart chirurga plastycznego, nerwowe ruchy i ślepia jak u robala. Kurwy narkomanki – gdzie je, do cholery, przypasować?

Układam przed sobą na stole egzemplarz rozkładu jazdy Great Eastern Railway i kiedy dociera na miejsce, wszystko jest, jak trzeba. Wyznaje mi, że ten cienki gównojad Matt Colville wywalił ją zeszłej nocy z baru. Wielkie oczy łakną cracku, a nie korzenia. Mówię jej, że jest niewdzięczną suką, bo ustawiłem wszystko dla niej, a ona wolała, żeby jakieś łachy obrabiały jej dupę za działkę marychy czy kilka kryształków w jakiejś gównianej melinie na King’s Cross, zamiast oferować swoje usługi w miłym centrum rozrywkowym w Soho.

– Tak się dla ciebie starałem, ale nie! – wyrzucam z siebie, zastanawiając się, ile razy słyszała to zdanie najpierw od rodziców, pracowników socjalnych, funkcjonariuszy z poprawczaka. Przyjmuje moją burę, kurcząc się na sofie, obejmując się ramionami i patrząc na mnie z tak szeroko otwartą japą, że wydawało się, że już tylko wisi na skórze.

– Ale on mnie wywalił – jęczy. – Colville. No kurde, po prostu wywalił mnie.

– Nic dziwnego. Spójrz na siebie. Wyglądasz jak pieprzona wsiura z Glasgow. To jest Londyn. Trzeba trzymać, kurwa, jakiś standard. Czy tylko ja muszę trzymać się tego…?

– Przepraszam, Simon…

– Dobra, mała – mówię, podnosząc ją i biorąc w ramiona zdziwiony jej piórkową wagą. – Jestem dziś nieco wnerwiony za cały ostatni tydzień. Chodź tu, połóż się koło mnie… – Popycham ją na łóżko, patrząc na zegar na szafce. Dwunasta piętnaście. Dotykam jej, obserwując, jak usta zaciskają się spazmatycznie, pozbywamy się ubrania i jestem na niej, w niej. Krzywi twarz, a ja zastanawiam się, gdzie jest ten cholerny pociąg?

Dwunasta dwadzieścia jeden.

Pierdolony pociąg, jebane Anglian Railways czy jak tam nazywa się to sprywatyzowane gówno… Dwunasta dwadzieścia dwie, pierdolone chuje… Już tu powinien być…

– Jesteś fantastyczna, skarbie, no kurwa, dynamit – kłamię jak najęty.

– Uchhhh… – jęczy.

Niech mnie chudy byk wydyma, jak tak się przykłada do pracy, to powinna napełniać hamburgery, bo w tej branży nie ma szans.

Zaciskam zęby i wytrzymuję pięć kolejnych żałosnych minut aż o dwunastej dwadzieścia siedem złamany chuj w końcu przelatuje przez stację, wprawiając moją chatę w wibracje, kiedy ona zaczyna krzyczeć miłosnym skowytem.

– Mocna końcówka – wyjaśniam. Przybieram ton z telewizji edukacyjnej; trzymajmy się faktów; przypominajmy im, w czym są naprawdę dobre. Zachęta, marchewka zamiast kija, bez krzyków i wrzasków. – Ale powinniśmy się bardziej związać. Mówię dla twego własnego dobra.

– Dzięki, Simon. – Uśmiecha się, pokazując ułamany ząb.

– A teraz muszę cię pogonić, bo mam sprawy.

Mina jej nieco zrzedła, ale twardo zebrała ciuchy jednym ruchem. Dałem jej dychacza na bilet i fajki, po czym pożegnała się i znikła za drzwiami.

Po jej wyjściu zebrałem gejowskie pisemka porno, które wczoraj odebrałem na Soho. Wetknąłem je do dużej koperty z bąbelkami i zaadresowałem:

FRANCIS BEGBIE

WIĘZIEŃ NUMER: 6892BK

HMP SAUGHTON

SAUGHTON MAINS

EDINBURGH

SCOTLAND

Zawsze zbieram nieco tego dla mojego starego kumpla Begbiego. I wysyłam pocztą za każdym razem, kiedy jadę do Szkocji, tak aby widział szkocki znaczek na kopercie, gdy dostanie przesyłkę. Zastanawiam się, kogo wini za te przesyłki, prawdopodobnie kogoś z regionu Lothian. Jest to część moich działań wojennych przeciwko własnemu miastu.

Hojnie nałożywszy pastę, pozbywam się resztek Tani z ust i wskakuję pod prysznic, szorując genitalia, by wyczyścić pozostałości kotła, w którym namieszałem. Jak na zawołanie odzywa się telefon, a że jestem miętki, to nie mogę pozwolić, żeby tak dzwonił przy wyłączonej sekretarce. Owijam się w ręcznik i podnoszę słuchawkę.

– Dzień dobry, Simon, chłopcze…

Sekundę bądź dwie zajęło mi rozpoznanie głosu w słuchawce. To moja ciotka Paula z Edynburga.

4. „…kiepsko zwalone konie…”

Za każdym razem, kiedy zmieniam kierunek studiów, czuję coś więcej niż porażkę. Ale dla mnie zajęcia akademickie są jak faceci: tylko najbardziej fascynujące na długo przykuwają uwagę. Święta Bożego Narodzenia minęły i znów jestem sama. Zmiana kierunku studiów nie jest jeszcze taka zła w porównaniu ze zmianą uczelni czy też miasta. I pocieszam się myślą, że jestem już na uniwersytecie w Edynburgu pełny rok, no prawie pełny. To Lauren namówiła mnie na zmianę literatury na studia filmowe i medialne. Nowa literatura to film, przekonywała, cytując jakieś głupkowate pismo. Oczywiście, odpowiadałam, że obecnie nie analizuje się narracji książek ani nawet filmów, ale gier wideo. Multinarratywnych. Gdybym rzeczywiście zdecydowała się na bycie spoko, w porzo i zaje, siedziałabym teraz na South Side w Johnny’s Amusements, walcząc z chuderlawymi wagarowiczami o miejsce przy maszynach do gry.

Musiałam jednak utrzymać jedne zajęcia z literatury, więc wybrałam literaturę szkocką, ponieważ jestem Angielką, a oczywiste sprzeczności są zawsze wystarczająco dobrym powodem.

McClymont wykłada dla niedouczonych patriotów i tych, co chcą być Szkotami (Boże, rok temu też taka byłam ze względu na jakąś moją praprababkę, o której nic nie wiedziałam, dopóki nie pojechałam na Kilmamock czy Dumbarton na wakacje… Na szczęście człowiek mądrzeje z wiekiem…). Nieomal słychać w tle dudy, kiedy sieje swą nacjonalistyczną propagandę. Czemu zostałam na tym kursie? To kolejny pomysł Lauren, jej zdaniem łatwo tu zaliczyć.

Guma przybiera metaliczny posmak i od żucia z wysiłku boli mnie szczęka. Wyjmuję ją z ust i przyklejam pod stołem. Jestem  b a r d z o  głodna. Wczoraj zarobiłam dwieście funciaków, kiepsko wykonując walenie konia. Masturbację mężczyzn pod ręcznikiem. Te tłuste, czerwone pyski gapią się na mnie w oczekiwaniu ujrzenia, w zależności od potrzeb, zimnej, okrutnej suki albo dziewczątka z otwartą buzią i ufnymi oczkami. Jest to tak odległe i nieistotne przeżycie, że przypomina mi czasy, kiedy z bratem robiliśmy to naszemu psu, Monty’emu i czekaliśmy, kiedy sam dojdzie, ocierając się o kanapę.

Zastanawiam się, jak nienaturalne byłoby być dobrym w tych robótkach ręcznych, myślę o męskich kutasach, i wkrótce McClymont kończy. Lauren ma całe strony notatek poświęconych szkockiej diasporze. Ross, „Amełykansky Szkot” siedzący przed nami, jest prawdopodobnie twardy jak skała pod swymi levisami, kiedy tak bazgroli w zeszycie, wypełniając całe strony opowieściami o angielskim okrucieństwie i nieprawości. Z łoskotem zamykamy nasze notatniki i wstajemy do wyjścia. Kiedy wychodzę, McClymont ściąga mój wzrok. Ta sowia twarz. Głupek. Nie wiem, co na to ornitolodzy, ale prawdziwi eksperci od niegrzecznych ptaszyn – sokolnicy, hodowcy jastrzębi – wszyscy powiedzą, że sowa nie jest mądra, że jest najbardziej tępym ptaszyskiem ze wszystkich drapieżców.

– Panno Fuller-Smith, mogę zamienić z panią słowo? – mówi oschle.

Odwracam się w jego kierunku i odgarniam włosy z twarzy, zakładając je za ucho. Wielu mężczyzn nie jest w stanie zapanować nad mocą tego gestu: dziewiczego oddania. Jest to gest odsłony welonu panny młodej, otwarcia. McClymont jest cynicznym zasuszonym alkoholikiem, a jednak idzie jak po sznurku. Staję nieco za blisko. To jest wyśmienity sposób na całkowite onieśmielenie nawet męskich drapieżców. Zadziałało jako groźba na Colina. Zadziałało aż nazbyt dobrze.

Wiecznie roziskrzone za szkłami ciemne oczy zapalają się jeszcze bardziej. Przerzedzające się, wiecznie stojące na baczność włosy podnoszą się jeszcze, jakby piorun w miotłę strzelił. Żałosna marynarka z wypchanymi ramionami unosi się, kiedy on bezwiednie puszy się jak indor.

– Zdaje się, że wciąż nie otrzymałem od pani eseju na zaliczenie drugiego semestru – mówi z lekkim szyderstwem w głosie.

– To dlatego że jeszcze go nie napisałam. Pracuję po nocach. – Uśmiecham się.

McClymont, który jest albo zbyt doświadczony (jakby chciał, żeby wszyscy sądzili), albo też jego hormony są na ostatnich nogach i dlatego nie jest w stanie na długo zachować twarzy jak blacha, przytakuje pojednawczo.

– Na przyszły poniedziałek, panno Fuller-Smith.

– Proszę mi mówić Nikki. – Szczerzę się do niego, kiwając głową na prawo i lewo.

– Na poniedziałek. – McClymont się wzdryga i zaczyna porządkować biurko: jego kostropate dłonie Bravehearta mocnymi ruchami zgarniają papiery ze stołu i wpychają je do aktówki.

By wygrać, należy być wytrwałym. Nacieram.

– Naprawdę, naprawdę bardzo podobał mi się wykład. – Promienieję cała.

Unosi głowę i posyła mi nikły uśmiech.

– Dobrze – mówi lakonicznie.

Raduję się swoim małym zwycięstwem, kiedy wraz z Lauren idziemy do stołówki.

– Jaka jest ta filmowa grupa seminaryjna? Są jacyś agenci?

Lauren marszczy brwi w oczekiwaniu nadchodzących kłopotów oraz potencjalnych gości w naszym mieszkaniu: flejtuchów, alfonsów, rozrabiaków.

– Jest kilku fajnych. Zwykle siadam koło tego Raba. Jest nieco starszy, może koło trzydziestki, ale w porządku.

– Tartaczny? – pytam.

– Nikki, jesteś okropna – mówi, potrząsając głową.

– Jestem wolnym strzelcem! – protestuję po wypiciu kawy, kiedy idziemy na zajęcia.

Wykładowca jest fascynującym mężczyzną o długich dłoniach. Jego strzelista postura i zaokrąglone ramiona czynią całą postać tak doskonałą, że można się wciąż gapić na pępek. Kiedy się odzywa, mówi miękkim, południowym irlandzkim akcentem. Podczas zajęć oglądamy na wideo krótki rosyjski film o tytule nie do wymówienia. Bezsensowny. W połowie do sali wchodzi jakiś facet w niebieskiej kurtce włoskiej firmy i w geście przeprosin skłania lekko głowę w kierunku prowadzącego. Uśmiecha się do Lauren i unosi brwi, następnie wślizguje się na siedzenie obok niej.

Rzucam mu spojrzenie, które na sekundę odwzajemnia.

Po zajęciach Lauren przedstawia mi Raba. Jest przyjacielski, ale nie namolny, co mi się nawet podoba. Metr osiemdziesiąt, bez nadwagi, o jasnobrązowych włosach i piwnych oczach. Idziemy do kafejki na drinka i rozmawiamy o zajęciach. Rab nie jest typem osoby wyróżniającej się w tłumie, co dziwne, bo jest całkiem przystojny. Jednak przystojny bardzo konwencjonalną urodą faceta, z którym się idzie do łóżka pomiędzy facetami na poważnie. Po wypiciu piwa idzie do toalety.

– Ma ładny tyłek – mówię do Lauren. – Lecisz na niego?

Lauren potrząsa przecząco głową, odżegnując się od takiego pomysłu.

– Ma dziewczynę, która spodziewa się dziecka.

– Nie chciałam, żebyś cytowała jego życiorys – mówię do niej. – Po prostu zapytałam, czy na niego lecisz.

Lauren trąca mnie boleśnie łokciem i wyzywa od kretynek. W wielu aspektach jest purytańską dziewczyną i wydaje się nieco staromodna. Uwielbiam jej niemal przezroczystą karnację i zaczesane do tyłu włosy, a jej okulary są naprawdę sexy, podobnie jak urocze gesty dłoni. Jest wysmukłą, pełną gracji i rezerwy dziewiętnastolatką i czasami zastanawiam się, czy kiedykolwiek chodziła z kimś na poważnie. Przez co chyba mam na myśli to, czy kiedykolwiek ktokolwiek ją przeleciał. Oczywiście zbyt ją lubię, żeby jej powiedzieć, że zaangażowała się w tę całą ideologię feministyczną, bo ogólnie rzecz ujmując, jest cnotką z małego miasteczka, która potrzebuje porządnego rżnięcia.

Z przyzwyczajenia chodzi z tym Rabem na drinka, by pogadać o filmach i ponarzekać na studia. No a tu się zrobił trójkącik. Rab ma w sobie nutę znużonego światem besserwissera. Zdaje się, że odpowiada mu dojrzałość i inteligencja Lauren. Ciekawe, czy leci na nią, bo to, że ona go lubi, poznać na milę. Jeśli oczekuje dojrzałości, to ja na przykład mam lat dwadzieścia pięć.

Rab wraca i zamawia kolejkę. Opowiada mi, że pracuje w pubie brata, by zdobyć dodatkową gotówkę. Ja opowiadam mu o swojej pracy w saunie w niektóre popołudnia i wieczory. Jak większość ludzi intryguje go moja praca. Przekrzywiając głowę na bok, posyła mi badawcze spojrzenie, które całkowicie odmienia mu twarz.

– Ale ty nie… no, ee, no wiesz…

Lauren w odruchu niesmaku wydyma swe wąskie usteczka.

– Nie śpię z gośćmi? Nie, tylko ich trzepię – wyjaśniam, imitując posuwisty ruch dłonią. – Oczywiście niektórzy robią propozycje, ale to sprzeczne z warunkami i przepisami tej firmy – kłamię dla podtrzymania nastroju. – Kiedyś… – Milknę na chwilę. Obydwoje czekają niecierpliwie na ciąg dalszy. Czuję się jak babcia czytająca dwójce niewiniątek bajki braci Grimm na dobranoc i właśnie jestem w miejscu, w którym pojawia się okropnie zły wilk.

– …kiedyś zwaliłam konia uroczemu staruszkowi po tym, jak zaczął opowiadać o swojej zmarłej żonie. Nie chciałam z początku przyjąć oferowanych mi dwustu funtów, ale on nalegał. Następnie powiedział, że miła ze mnie dziewczyna i że żałuje, że mnie tak upodlił. Słodki był.

– Jak mogłaś, Nikki? – Lauren załamuje ręce.

– Dobrze ci mówić, kochana, jesteś Szkotką i masz stypendium – mówię. Lauren wie, że nic na to nie może odpowiedzieć, co mi pasuje. Brutalna prawda jest taka, że robiłam to setki razy wyłącznie dla pieniędzy.

5. Sztos nr 18734

Byłem zwarty i gotowy na starcie z Colville’em dzięki wiadomości od Tani odnośnie do zachowania tego grzmota. Od dawna już chciał się mnie pozbyć i teraz szansa sama wpadała temu kutasowi w ręce. Nie zamierzałem polec bez walki, a przez ostatni rok nieźle poznałem sprawki Cheza Colville’a w Holloway.

Oczywiście czekał do końca mojej zmiany. Noc była spokojna. Na koniec Henio i Dżingis wpadli z kilkoma nowymi chłopakami na niezłej bani. Mieli trachanko z innymi szpyniami z miasta i teraz rozpierała ich duma zwycięzców, o czym w kółko nawijali. Gadali o tym, że Aberdeen i Tottenham zawarli rozejm.

– No to kto w takim mieszanym towarzystwie zabecaluje za bro? Chyba, kurna, barman. – Śmieję się, a kilku chłopaków mi wtóruje. Rządzę, wydając kilka darmowych drinków, bo czuję, że moja władza tutaj dobiega końca.

To nieco smutne, bo był tu mój drugi dom, okno na świat, miejsce, gdzie poznałem masę ludzi, których zwykle poznaję, choć w ograniczonych ilościach. Czas się ruszyć. Pracując w miejscach takich jak to, jest się zawsze na przegranej pozycji, trzeba być właścicielem, żeby coś ugrać. Kątem oka widzę, jak Lynsey mruga do mnie i przygotowuje się do wejścia na scenę.

Jasne, wszystko tu jest z plastiku, powlekane chromem i zapakowane w skrzypiącą skórę, ale wciąż cuchnie tu wczorajszymi kiepami i wyschniętą spermą na kotarach przepierzeń, tanimi damskimi perfumami, rozwodnionym piwskiem i chorobliwą desperacją bywalców.

Lynsey jednak przyjęła właściwą postawę i jest ponad to. Nie ma szans, by stać się typową ofiarą spelunki i przesiadywać tu po godzinach obłapki. Uważa, by nie okazać robolom pogardy, jaką młoda, wykształcona kobieta musi żywić dla bywalców i – jak sądzę – również dla mnie, chociaż obydwoje uwielbiamy cieszyć się naszym odmiennym statusem, faktem, że mamy własne wyjątkowe podejście do tego bajzlu, szczególny rodzaj ironii rekompensującej rzeczywistość. Jednak ona rzeczywiście jest inna i ma własny pomysł na życie.

Nakręciła kilka filmów dla dorosłych, ma własną stronę internetową, by utrzymać grono fanów, a tutaj zbiera ich na pęczki, urządzając spektakl z siadaniem na kolanach. Nie ma koło niej żadnego chłopaka – alfonsa, a jej szczery uśmiech zmienia się w arktyczny podmuch, kiedy tylko przekroczy się pewną granicę. Nie gra w niczyje klocki, tylko wyłącznie w swoje i dlatego nic mi po niej.

Szkoda. Obserwując jej dynamiczny taniec z zarzucaniem biodrami, który to ruch wysłałby taką dziwkę ćpunkę jak Tania na ostry dyżur, wodzę oczami po jej opalonych udach aż do srebrnej miniówy równie uważnie jak każdy klient i dochodzę do wniosku, że kilka z filmów Lynsey powinno być w menu.

I jak było do przewidzenia, pod koniec zmiany podchodzi do mnie Dewry z miną klasowego przygłupa.

– Colville czeka na ciebie w biurze – odrażający kutas prawie wyśpiewuje te słowa.

Wiem, o co chodzi i wchodząc do biura, od razu siadam na wprost Colville’a bez pytania. Jego rozbiegane oczy jak szparki tkwią w bladej, fałszywej twarzy i patrzą na mnie, jakbym był ostatnim wyrzutkiem społeczeństwa. Przesuwa przez stół w moją stronę zamkniętą kopertę. Dostrzegam plamę na klapie jego fajansiarskiej, szarej marynarki. Nic dziwnego, że ona…

– To twoja prowizja i zaległe pobory – wyjaśnia swym służalczo-strachliwym głosem. – Wciąż brakuje ci dwóch tygodni z zakontraktowanych stu czterech, więc nie będziemy wypłacali żadnej odprawy. Masz to napisane w kontrakcie. Prawo jest prawem. – Szczerzy kły.

Patrzę na niego szczerym spojrzeniem.

– Ale dlaczego, Matt? – pytam, udając ból. – Tyle razem przeszliśmy!

Nic z tego, cielęce oczy nie działają: pyszczek Mattusia jest niezmienny, kiedy tak zapada głębiej w fotel i kiwa wolno głową.

– Ostrzegałem cię przed spóźnieniami. Potrzebuję szefa barmanów, który jest na miejscu, a nie gdzieś lata. Co więcej, również przestrzegałem cię przed zadawaniem się z tą kurewką, która przylazła tu i nagabywała mi gości. Próbowała nawet tego z jednym od Old Billa w zeszłym tygodniu. – Potakuje do swoich słów z obrzydzeniem, a ja nieomal słyszę chichot Dewry’ego, który cieszy się nie mniej niż Colville.

– Oni też mają kutasy, tak mi przynajmniej mówiono. – Uśmiecham się do niego. I znów za plecami słyszę zduszony rechot.

Colville przesuwa się do przodu i przybiera pozę karawaniarskiej powagi. To jego ceremonia i nie może pozwolić, żeby ktoś przejął w niej pierwsze skrzypce. 

– Ty mi się tu, kurwa, nie wymądrzaj, Williamson. Wiem, że masz się za nie wiadomo kogo, ale prawda jest taka, że jesteś kolejną szkocką szumowiną za dychę z Hackney, o ile mi wiadomo.

– Z Islington – wtrącam szybko. To ostatnie zabolało.

– A chuj z tym. Oczekuję od szefa barmanów, by pilnował, żeby się tu wszystko kręciło jak trza, a nie, żeby jakieś swoje lody kręcił pod moim bokiem. Teraz schodzi się tu całe tałatajstwo: kurwy, drobne łobuzy, piłkarskie cepy, handlarze świerszczyków, dilerzy i wiesz co? Tak się zaczęło dziać dwa lata temu, od kiedy ty się tu pojawiłeś.

– Do kurwy nędzy, to jest klub ze striptizem i jebanym tańcem na kolanach klientów. Oczywiście, że będzie się tu schodziło szemrane towarzycho. Jesteśmy częścią pornobiznesu! – protestuję gniewnie. – Ściągnąłem tu dobrze płacących klientów! Ludzi z gestem!

– Po prostu już spierdalaj. – Wskazuje na drzwi.

– A więc to tak? Dostałem kopa?!

Uśmiech Matta Colville’a jest szeroki jak nigdy.

– Jasne, i chociaż to nieprofesjonalne, muszę przyznać, że bardzo się z tego cieszę.

Słyszę kolejny chichot Dewry’ego zza pleców. Już czas. Podnoszę wzrok i patrzę mu głęboko w oczy.

– No to chyba nadszedł czas, aby sobie wszystko wyjaśnić. Regularnie ryćkam twoją starą od jakichś ośmiu miesięcy.

– Ccooo… – Colville patrzy na mnie, a ja czuję, że Dewry zamiera za moimi plecami, po czym salwuje się szybką ucieczką, wykrztuszając coś przepraszająco. Colville nieruchomieje bez słowa na sekundę lub dwie, ale po chwili odrętwienia usta wykrzywia mu niepewny uśmiech. Następnie potrząsa głową z niedowierzaniem, dając upust swej pełnej odrazy pogardzie. – Jesteś nieuleczalnym przypadkiem, Williamson.

– Ja też sobie przy niej nie krzywdowałem – mówię, ignorując go. – Sprawdź wyciągi z jej karty Visa. Hotele, markowe ciuchy, całe to badziewie. – Pokazuję na koszulę od Versace. – Nie stać by mnie było z mojej pensji, stary.

W oczach pojawił mu się strach momentalnie zastąpiony przez srogi gniew.

– Ty głupi gnoju. Naprawdę myślisz, że uwierzę w te brednie? To żało…

Wstaję i od razu rzucam mu na biurko polaroidy wyjęte z kieszeni marynarki.

– Może to cię ruszy. Trzymałem je na czarną godzinę. To już coś znaczy, nie? – Mrugam do niego, z dostojnym pośpiechem opuszczam biuro i przechodzę przez bar. Przypływ niepokoju zmusza mnie do lekkiego kłusa, kiedy wychodzę na ulice, ale nikt za mną nie idzie, po czym głośno, naprawdę głośno wybucham śmiechem w zaułku Soho.

Kiedy idę przez King’s Cross, trochę mi mija i nachodzi refleksja, że oto straciłem regularne źródło dochodów. Staram się to zdyskontować utratą problemów związanych z tą robotą, układając listę wszystkich „za” i „przeciw” i rozmyślając o możliwościach i zagrożeniach, jakie niosła ze sobą nowa sytuacja. Cofam się do Liverpool Street, gdzie wsiadam w metro Central Line, z której przesiadam się do kolejki do Hackney Downs. Zatrzymujemy się w Downs, gdzie wysiadam, po czym spoglądam z drugiej strony na okno, przy którym siedziałem. Mogę prawie dotknąć zapaćkanej szyby. Jest na niej tyle sadzy, tłuszczu i brudu, że nie można zobaczyć niczego w środku. Te chuje z Great Eastern Rail powinni, kurwa, opłacić czyścicieli szyb, które zasyfiły ich gówniane ropniaki. Przy wyjściu ze stacji biorę nowy rozkład linii GER.

Kiedy trafiam do nory, wyglądam przez okno od frontu mojej wnęki sypialnej, którą agenci od nieruchomości z lubością nazywają mieszkaniem z pracownią. To język angielski dla zaawansowanych: żałośnie nadęty do granic możliwości. Któż inny byłby równie nadęty, by w ogóle nazwać to coś „nieruchomością”? To ja, myśliwy, hodowca chartów, gracz w polo i chuj wie co jeszcze – Simon David Williamson z posiadłości Dupen Sznyten Talon Na Balon z Leith. Wyglądam na dół i śledzę młodą mamuśkę z wózkiem przed apteką. Worki pod jej oczami świadczą niechybnie, że zawodowo testuje dla farmaceutów alka-prim. Uświadamiam sobie, że pojechałem pięćset mil na południe, by mieszkać na ulicy Gdzie Psy Dupami Szczekają. Nagle budynek wybucha falą sejsmicznych wstrząsów wywołanych przez przejeżdżający ekspres w kierunku Norwich. Sprawdzam czas: szósta czterdzieści albo, jak podają te chujki z kolei, osiemnasta czterdzieści. Na czas.