Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka T - Wiktor Pielewin

Mistrz sztuk walki Hrabia T. wędruje przez dziewiętnastowieczną Rosję do Pustelni Optyńskiej - popularnego celu pielgrzymek, opisanego przez Dostojewskiego w Braciach Karamazow. Po drodze spotyka kabalistycznego demona Ariela, który twierdzi, że stworzył świat i samego hrabię. I rzeczywiście na to wygląda. T. nie jest zwykłym pielgrzymem, lecz wymyślonym przez Ariela alter ego Lwa Tołstoja, a jego historia - powieścią tworzoną przez grupę ghostwriterów na kształt gry komputerowej, w której zasady zmieniają się w zależności od koniunktury. W rezultacie nie wiadomo już, czy to ghostwriterzy piszą o hrabim T., czy hrabia T. o Arielu Edmundowiczu Brachmanie, czy też Pielewin o Tołstoju, Dostojewskim i Sołowjowie - w rzeczywistości nic nie istnieje. I nie ma nic świętego - autor kpi z idei Tołstoja i Dostojewskiego, nie zostawia suchej nitki na współczesnych wydawcach, których interesuje tylko zysk, ośmiesza patos i wzniosłe tony.


Z recenzji poprzednich książek:

Pisarz świetny i niezwykły: autentyczna literacka bestia w najlepszym wcieleniu.
Wyobraźnią i pomysłowością mógłby obdzielić kilkudziesięciu innych autorów, poczuciem humoru dorównuje najlepszym mistrzom groteski.
Jacek Wojciechowski, „Nowe Książki"

Bułhakow czyta to w grobie i śmieje się z uznaniem.
Zygmunt Miłoszewski o Empire V, „Newsweek Polska"

Niektóre pomysły Pielewina są doprawdy znakomite, a próba nadążenia za nimi przypomina chęć wyobrażenia sobie rzeczywistości składającej się nie z trzech, lecz z kilkunastu wymiarów.
Aleksander Kaczorowski, gazeta.pl

Opinie o ebooku T - Wiktor Pielewin

Fragment ebooka T - Wiktor Pielewin

Wik­tor Pie­le­win

T

Prze­ło­ży­ła Ewa Ro­jew­ska-Ole­jar­czuk

Ty­tuł ory­gi­na­łu: T

Co­py­ri­ght © Пелевин В., текст, 2009

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

…je­stem żoł­nie­rzem za­po­mnia­ne­go przez Boga kra­ju,

Bo­ha­te­rem – po­wiedz­cie mi, ja­kiej po­wie­ści?

I’m a soul, Dża…

5’NIZ­ZA1

Część pierwsza:Żelazna Broda

I

Kie­dy tory za­czę­ły się piąć w górę, sta­reń­ki pa­ro­wóz zwol­nił bieg. Chwi­la była ze wszech miar sto­sow­na – za oknem roz­po­star­ła się pa­no­ra­ma nie­zwy­kłej uro­dy i obaj sie­dzą­cy w prze­dzia­le pa­sa­że­ro­wie, któ­rzy wła­śnie skoń­czy­li pić her­ba­tę, na dłu­go po­grą­ży­li się w kon­tem­pla­cji.

Na wy­so­kim wzgó­rzu bie­lał pań­ski dwór, wznie­sio­ny naj­wy­raź­niej przez ja­kie­goś roz­rzut­ne­go po­strze­leń­ca.

Bu­dow­la była pięk­na i dziw­na: przy­po­mi­na­ła ni to sie­dzi­bę el­fów, ni to za­mek za­ko­nu ry­cer­skie­go. Bia­łe igli­ce, strze­li­ste okna, lek­kie mar­mu­ro­we al­ta­ny, wy­chy­la­ją­ce się spo­śród wy­myśl­nie strzy­żo­nych krze­wów par­ku – wszyst­ko to wy­da­wa­ło się nie­re­al­ne w mo­no­ton­nym ro­syj­skim kra­jo­bra­zie, wśród sza­rych chat, ko­śla­wych pło­tów i ster­czą­cych po ogro­dach stra­chów na wró­ble, przy­po­mi­na­ją­cych krzy­że ze szcząt­ka­mi nie­wol­ni­ków, ukrzy­żo­wa­nych jesz­cze w rzym­skich cza­sach.

Ale dziw­niej niż bia­ły za­mek wy­glą­dał oracz, idą­cy za płu­giem po zbo­czu wzgó­rza. Był to wy­so­ki, czar­no­bro­dy męż­czy­zna po­tęż­nej bu­do­wy, ubra­ny w dłu­gą ru­ba­chę. Nogi miał bose, a jego dło­nie spo­czy­wa­ły na rącz­kach drew­nia­ne­go płu­ga, do któ­re­go za­przę­żo­ny był koń po­cią­go­wy.

– Nie znaj­du­je pan, wie­leb­ny oj­cze, że ten ob­ra­zek ma w so­bie coś bi­blij­ne­go?

Py­ta­nie za­dał pa­sa­żer z buj­ny­mi ru­da­wy­mi wą­sa­mi, odzia­ny w brą­zo­wy kra­cia­sty gar­ni­tur i ta­kąż czap­kę. A skie­ro­wał je do sie­dzą­ce­go na­prze­ciw mło­de­go du­chow­ne­go w czar­nym kło­bu­ku i ciem­no­fio­le­to­wej ria­sie.

Du­chow­ny, z syl­wet­ki i bro­dy bar­dzo po­dob­ny do od­da­la­ją­ce­go się za oknem ora­cza, od­wró­cił wzrok od szy­by i za­py­tał z uprzej­mym uśmie­chem:

– Cóż pan tu wi­dzi bi­blij­ne­go, ła­skaw­co?

Pan w kra­cia­stym gar­ni­tu­rze lek­ko się zmie­szał.

– Może na­le­ża­ło ra­czej po­wie­dzieć: coś pier­wot­ne­go i ma­je­sta­tycz­ne­go – od­parł. – Bi­blia, jak wie­my, też trak­tu­je o rze­czach pier­wot­nych i wiel­kich. W sen­sie, że tak po­wiem, po­rów­naw­czym. Prze­pra­szam, je­śli się nie­zręcz­nie wy­ra­zi­łem.

– Dro­gi pa­nie – od­rzekł du­chow­ny. – Nie trze­ba być aż tak apo­lo­ge­tycz­nym.

– Prze­pra­szam, ja­kim?

– Apo­lo­ge­tycz­nym, skłon­nym do prze­sad­nych uspra­wie­dli­wień. Lu­dzie świec­cy w roz­mo­wie z przed­sta­wi­cie­la­mi kle­ru za­wsze sta­ra­ją się na­po­my­kać o kwe­stiach du­cho­wych. Nie ma w tym nic złe­go, prze­ciw­nie, to dla nas ra­dość, że samą swo­ją obec­no­ścią zwra­ca­my my­śli lu­dzi ku spra­wom wyż­szym…

– Knopf – skło­nił się kra­cia­sty je­go­mość. – Ar­da­lion Knopf, han­del to­wa­ra­mi że­la­zny­mi. Chy­ba się jesz­cze nie przed­sta­wi­łem. A wa­sza wie­leb­ność to oj­ciec Pa­isij, pa­mię­tam.

Du­chow­ny po­chy­lił czar­ny kło­buk.

Knopf znów od­wró­cił się do okna. Wciąż jesz­cze było wi­dać dwór i ora­cza.

– A wie oj­ciec, co to za ta­jem­ni­czy za­mek na wzgó­rzu, oj­cze Pa­isi­ju? To Ja­sna Po­la­na, po­sia­dłość hra­bie­go T.

Tak wła­śnie to wy­mó­wił: „hra­bie­go Te”.

– Do­praw­dy? – uprzej­mie, ale bez za­in­te­re­so­wa­nia od­parł du­chow­ny. – Ja­kie dziw­ne na­zwi­sko.

– Hra­bie­go za­czę­to tak na­zy­wać z winy pi­sma­ków – wy­ja­śnił Knopf. – Re­la­cjo­nu­jąc jego wy­czy­ny, ga­ze­ty nig­dy nie wy­mie­nia­ją jego praw­dzi­we­go na­zwi­ska, żeby się nie na­ra­zić na za­rzut dy­fa­ma­cji. Ten pseu­do­nim musi mu te­raz wy­star­czyć.

– Ro­man­tycz­nie – uśmiech­nął się du­chow­ny.

– Tak. A tam po zbo­czu idzie za­pew­ne sam hra­bia T. To za­miast po­ran­nej gim­na­sty­ki. Wiel­ki czło­wiek.

Oj­ciec Pa­isij zro­bił uprzej­my ruch ra­mio­na­mi, jak­by wzru­szał nimi z nie­do­wie­rza­niem, a za­ra­zem przy­ta­ki­wał roz­mów­cy.

– Cóż – po­wie­dział – kil­ka go­dzin wło­ściań­skiej pra­cy nie za­szko­dzi na­wet hra­bie­mu.

– Po­zwo­li oj­ciec, że za­py­tam – ode­zwał się szyb­ko Knopf, jak­by wy­cze­ki­wał wła­śnie na ten mo­ment. – Co wa­sza wie­leb­ność są­dzi o wy­klu­cze­niu hra­bie­go T. z Cer­kwi?

Du­chow­ny spo­waż­niał.

– To bar­dzo tra­gicz­ny fakt – po­wie­dział ci­cho. – Czyż bo­wiem może być coś smut­niej­sze­go niż wy­gna­nie dzie­cię­cia Cer­kwi z jej łona? Przy­czy­ną, jak się zda­je, są grzesz­ne i gor­szą­ce po­stęp­ki hra­bie­go. Któ­re zresz­tą nie są mi do­kład­nie zna­ne.

– Gor­szą­ce po­stęp­ki? Ośmie­lę się za­ne­go­wać, wa­sza wie­leb­ność. Hra­bia T. to je­den z naj­wyż­szych au­to­ry­te­tów mo­ral­nych na­szych cza­sów. I odej­ście od Cer­kwi wca­le jego wiel­ko­ści nie umniej­szy­ło. Na­to­miast au­to­ry­tet Cer­kwi…

– Na ja­kiej pod­sta­wie uwa­ża pan hra­bie­go T. za au­to­ry­tet mo­ral­ny? – za­in­te­re­so­wał się du­chow­ny.

– No jak to? Obroń­ca uci­śnio­nych, szla­chet­ny ary­sto­kra­ta, nie­bo­ją­cy się rzu­cić wy­zwa­nia złu tam, gdzie po­li­cja i rząd są bez­sil­ni… Bo­żysz­cze pro­stych lu­dzi. Wresz­cie, ulu­bie­niec ko­biet. Praw­dzi­wy lu­do­wy he­ros, cho­ciaż hra­bia! Nic dziw­ne­go, że za­czy­na się go oba­wiać na­wet dom pa­nu­ją­cy.

Sło­wa „dom pa­nu­ją­cy” Knopf wy­mó­wił szep­tem, zna­czą­co wy­ba­łu­sza­jąc oczy i wska­zu­jąc pal­cem w górę.

– Mar­ność nad mar­no­ścia­mi i wszyst­ko mar­ność – rzekł oj­ciec Pa­isij z uśmie­chem. – Au­to­ry­tet mo­ral­ny zdo­by­wa się za cenę prze­śla­do­wań i cier­pień, nie ma on nic wspól­ne­go z po­dzi­wem ga­wie­dzi. In­a­czej bo­wiem moż­na by go przy­znać na­wet tan­cer­ce, któ­ra wie­czo­ra­mi za­dzie­ra gołe nóż­ki przed lor­ne­tu­ją­cą wi­dow­nią.

I oj­ciec Pa­isij po­ka­zał dwo­ma pal­ca­mi, jak tan­cer­ka za­dzie­ra te nóż­ki.

– Ale hra­bia T. nie jest tan­cer­ką – za­opo­no­wał Knopf. – I by­najm­niej nie unik­nął prze­śla­do­wań. Czy oj­ciec wie, że usta­no­wio­no nad nim taj­ny nad­zór po­li­cji i nie wol­no mu opusz­czać ma­jąt­ku? Wła­dze rze­ko­mo oba­wia­ją się o jego zdro­we zmy­sły. We­dle po­gło­sek z krę­gów zbli­żo­nych do ro­dzi­ny hra­bia po­sta­no­wił się udać do Pu­stel­ni Optyń­skiej.

– Pu­stel­ni Optyń­skiej? – Oj­ciec Pa­isij zmarsz­czył brwi. – A w ja­kim celu? I co to jest?

– W ja­kim celu, nie wiem. A zna­cze­nie tych słów wy­ja­śnia się róż­nie. Jed­ni przy­pusz­cza­ją, że jest to ja­kiś taj­ny mo­na­ster, w któ­rym hra­bia chce otrzy­mać wska­zów­ki du­cho­we od świę­tych star­ców po­kut­ni­ków. Inni twier­dzą, że „Pu­stel­nia Optyń­ska” to przy­ję­te w sek­cie he­zy­cha­stów okre­śle­nie osta­tecz­nej gra­ni­cy mi­stycz­nej, du­cho­we­go wznie­sie­nia się na szczyt, i nie na­le­ży tego ro­zu­mieć w sen­sie geo­gra­ficz­nym. Jesz­cze inni, z krę­gów rzą­do­wych… Nie mogę so­bie na­wet wy­obra­zić, ja­kim to­rem bie­gną ich my­śli, ale z ja­kie­goś po­wo­du za­miar hra­bie­go uda­nia się do Pu­stel­ni Optyń­skiej uwa­ża­ją za nie­bez­piecz­ny. I aby to Że­la­znej Bro­dzie uda­rem­nić, wy­sła­no naj­lep­szych agen­tów Ochra­ny.

– Że­la­znej Bro­dzie? – po­wtó­rzył du­chow­ny.

– Tak, tak na­zy­wa­ją hra­bie­go w Trze­cim Od­dzia­le.

– Skąd pan ma te in­for­ma­cje?

Knopf z go­to­wo­ścią wy­jął z kie­sze­ni zło­żo­ną ga­ze­tę.

– O pro­szę, pi­szą o tym w „Pe­ters­bur­skich Drza­zgach”.

Du­chow­ny się ro­ze­śmiał.

– Na pań­skim miej­scu nie trak­to­wał­bym se­rio po­gło­sek, któ­re roz­po­wszech­nia­ją tego typu wy­daw­nic­twa. Pro­szę mi wie­rzyć, to tyl­ko głu­pie plot­ki.

Knopf spoj­rzał na ze­ga­rek, po czym po­pa­trzył uważ­nie na roz­mów­cę.

– Ale in­for­ma­cje o aresz­cie do­mo­wym hra­bie­go są jak naj­bar­dziej praw­dzi­we – po­wie­dział. – Tak się skła­da, że mam zna­jo­mo­ści w po­li­cji. Opo­wie­dzia­no mi to w se­kre­cie. I wie­le in­nych cie­ka­wych rze­czy.

– Mia­no­wi­cie ja­kich, je­śli wol­no spy­tać?

– Po­wia­da­ją – rzekł Knopf, wpa­tru­jąc się bacz­nie w ojca Pa­isi­ja – że hra­bia T. spra­wił so­bie so­bo­wtó­ra, wy­so­kie­go dra­ba wie­śnia­ka. Zro­bił mu bro­dę ze sta­rej pe­ru­ki. I w po­rze prze­jaz­du po­cią­gu ku­rier­skie­go każe mu orać, kie­dy sam chce nie­po­strze­że­nie znik­nąć z ma­jąt­ku. I po­ru­sza się w prze­bra­niu. Wsia­da do po­cią­gu aku­rat tam, gdzie i pan wsiadł, oj­czul­ku, i je­dzie so­bie w ja­kichś swo­ich spra­wach…

– Ach tak – rzekł oj­ciec Pa­isij. – In­te­re­su­ją­ce. Wsze­la­ko jak na kup­ca han­dlu­ją­ce­go ar­ty­ku­ła­mi że­la­zny­mi jest pan, pa­nie Knopf, nie­zwy­kle do­brze po­in­for­mo­wa­ny o po­czy­na­niach po­li­cji.

– A pan, oj­czul­ku, jak na du­chow­ne­go jest prze­sad­nie wy­ekwi­po­wa­ny. Pro­szę, jaki wiel­ki re­wol­wer pod ria­są, kol­ba się od­zna­cza. Po co to panu?

Du­chow­ny się­gnął pod ria­sę i wy­cią­gnął dłu­gi błysz­czą­cy re­wol­wer.

– Ten? – za­py­tał, oglą­da­jąc broń jak­by z pew­nym zdzi­wie­niem. – A to na wil­ki. Na­sza pa­ra­fia leży w la­sach, dro­ga od sta­cji da­le­ka. Dro­ga da­le­ka, a noc­ka ciem­na…

– Sa­va­ge, fran­cu­ski? – za­mru­czał Knopf. – Nie­zły. A te­raz po­ka­żę panu swój…

I wy­cią­gnął z za­na­drza gar­ba­te­go po­li­cyj­ne­go smith & we­sso­na.

W prze­dzia­le wy­two­rzy­ła się dziw­na sy­tu­acja.

Fio­le­to­wy du­chow­ny i kra­cia­sty je­go­mość sie­dzie­li na swo­ich skó­rza­nych ka­na­pach z re­wol­we­ra­mi w rę­kach – nie żeby bez­po­śred­nio so­bie na­wza­jem gro­żąc (ich roz­mo­wa była ra­czej żar­to­bli­wa i we­so­ła), ale jed­nak otwar­cie i nie­dwu­znacz­nie kie­ru­jąc prze­ciw­ko so­bie gwin­to­wa­ne lufy.

– A sko­ro już mó­wi­my o hra­bim T. – po­wie­dział Knopf. – Czy wie pan, co to jest nie­sprze­ci­wia­nie się złu prze­mo­cą?

– Oczy­wi­ście – od­parł du­chow­ny, ba­wiąc się re­wol­we­rem. – Jest to na­uka mo­ral­no-etycz­na o nie­do­pusz­czal­no­ści od­pła­ca­nia złem za zło. Opie­ra się na cy­ta­tach z Ewan­ge­lii, co praw­da, ten­den­cyj­nie do­bra­nych. Pan nasz istot­nie po­wie­dział: „je­śli cię ktoś ude­rzy w pra­wy po­li­czek, nad­staw mu lewy”. Ale po­wie­dział też co in­ne­go: „nie po­kój przy­nio­słem, ale miecz…”.

– Na­uka mo­ral­na, mówi pan? – za­py­tał Knopf, gła­dząc pal­cem bę­be­nek. – A ja mam inne in­for­ma­cje.

– Ja­kież to?

– Hra­bia T. przez całe ży­cie uczył się wschod­nich sztuk wal­ki. I na ich pod­sta­wie stwo­rzył wła­sną szko­łę: coś w ro­dza­ju wal­ki fran­cu­skiej, tyl­ko o wie­le bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­nej. Za­sa­dza się ona na zwró­ce­niu siły i cię­ża­ru ata­ku­ją­ce­go prze­ciw nie­mu sa­me­mu mi­ni­mal­nym wy­sił­kiem… wła­snym. Że­la­zna Bro­da osią­gnął w tej sztu­ce naj­wyż­sze mi­strzo­stwo. Ta wal­ka na­zy­wa się wła­śnie „nie­sprze­ci­wia­nie się złu prze­mo­cą”, w skró­cie NZP, a jej chwy­ty są tak śmier­cio­no­śne, że je­dy­nym spo­so­bem po­ra­dze­nia so­bie z hra­bią jest za­strze­le­nie go.

Oj­ciec Pa­isij był wy­raź­nie pod wra­że­niem opo­wie­ści Knop­fa – w prze­stra­chu chwy­cił się ręką za bro­dę, jak­by chcąc ją uchro­nić przed ja­ki­miś skut­ka­mi owej opo­wie­ści. Lufa jego re­wol­we­ru jed­nak­że nadal spo­glą­da­ła w stro­nę Knop­fa.

– Że­la­zna Bro­da – po­wie­dział, wy­trzesz­cza­jąc oczy. – Coś ta­kie­go… A cze­mu taki dziw­ny pseu­do­nim?

Knopf wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Azja, wie­leb­ny… A wspo­mnia­ny przez pana aspekt nie­sprze­ci­wia­nia się złu to po pro­stu de­ko­ra­tyw­na fi­lo­zo­fia, któ­rą Azja­ci tak lu­bią ubar­wiać swo­je krwio­żer­cze sztu­ki wal­ki. Dla­te­go lu­dzie wy­sła­ni w po­goń za hra­bią T. mają roz­kaz otwie­rać ogień, je­śli tyl­ko spró­bu­je sta­wiać opór.

– Opo­wia­da pan strasz­ne rze­czy! – wy­krzyk­nął oj­ciec Pa­isij. – Na­praw­dę za­czną strze­lać do tego nie­szczę­śni­ka? Prze­cież śmierć poza ło­nem Cer­kwi, kie­dy na czło­wie­ku cią­ży ana­te­ma, to pew­na dro­ga do pie­kieł!

– Ach, oj­czul­ku, a co mają ro­bić stró­że pra­wa? In­a­czej prze­cież hra­bie­go nie da się ująć. To strasz­li­wy prze­ciw­nik – cho­ciaż trze­ba przy­znać, że sta­ra się nie bru­dzić rąk krwią. Jego azja­tyc­ka fi­lo­zo­fia po­le­ga wła­śnie na tym, żeby nie od­po­wia­dać cio­sem na cios, tyl­ko wznieść mię­dzy sobą a prze­ciw­ni­kiem śmier­tel­ną prze­gro­dę, o któ­rą roz­bi­je się atak, a wraz z nim ata­ku­ją­cy. Ba­rie­ry te mogą być róż­ne, a w stwa­rza­niu ich hra­bia T. nie ma so­bie rów­nych.

– To zna­czy, że do hra­bie­go będą strze­lać? – upew­nił się oj­ciec Pa­isij. Zda­wa­ło się, że zu­peł­nie nie po­tra­fi przy­jąć do wia­do­mo­ści tej po­twor­nej my­śli.

– Oba­wiam się, że tak – z ubo­le­wa­niem po­twier­dził Knopf.

W po­wie­trzu za­wi­sło peł­ne na­pię­cia mil­cze­nie. A po­tem świa­tło dzien­ne na­gle zga­sło i za­pa­dła ciem­ność – po­ciąg wje­chał do tu­ne­lu i stu­kot kół, od­bi­ty od ka­mien­nych ścian, na­tych­miast za­głu­szył wszyst­kie inne dźwię­ki.

Nie wia­do­mo, co się dzia­ło w ło­sko­czą­cej ciem­no­ści przez na­stęp­ne parę mi­nut. Kie­dy jed­nak znów zro­bi­ło się ja­sno, prze­dział wy­glą­dał co naj­mniej dziw­nie.

W po­wie­trzu uno­si­ły się kłę­by nie­bie­ska­we­go pro­cho­we­go dymu. W szy­bie okien­nej zia­ły trzy otwo­ry po ku­lach. Prze­strze­lo­ny kło­buk ojca Pa­isi­ja po­nie­wie­rał się na pod­ło­dze. Nie­przy­tom­ny Knopf z pur­pu­ro­wym siń­cem na czo­le le­żał na skó­rza­nej ka­na­pie, z otwar­ty­mi usta­mi i rę­ka­mi zwią­za­ny­mi z przo­du wła­snym kra­wa­tem. A oj­ciec Pa­isij si­ło­wał się z klam­ką okna.

Do drzwi prze­dzia­łu gło­śno za­stu­ka­no. Oj­ciec Pa­isij w ogó­le na to nie za­re­ago­wał, tyl­ko zdwo­ił wy­sił­ki. Okno jed­nak się nie pod­da­wa­ło: wi­docz­nie drew­nia­na rama na­pęcz­nia­ła z wil­go­ci i za­kli­no­wa­ła się na amen.

Znów za­stu­ka­no do drzwi.

– Otwie­rać!

– Jed­ną chwi­lecz­kę, pa­no­wie! – za­wo­łał oj­ciec Pa­isij. – Tyl­ko się ubio­rę.

To mó­wiąc, wziął roz­mach i huk­nął nogą w okno. Prze­strze­lo­na szy­ba pę­kła i roz­pa­dła się pod ude­rze­niem wia­tru. Oj­ciec Pa­isij szyb­ko po­wy­ry­wał z ramy naj­więk­sze odłam­ki i wy­rzu­cił je za okno.

– Dość tego uda­wa­nia, na­tych­miast pro­szę otwo­rzyć! – do­bie­gło z ko­ry­ta­rza. – Bo wy­wa­ży­my drzwi!

– Za­raz, za­raz…

Oj­ciec Pa­isij wyj­rzał przez okno. Po­ciąg zbli­żał się do sze­ro­kiej rze­ki – już do­jeż­dżał do mo­stu.

– Do­sko­na­le – za­mru­czał.

W drzwi ude­rzo­no i oj­ciec Pa­isij za­czął się śpie­szyć. Pod­wi­nąw­szy dol­ny brzeg ria­sy, wy­cią­gnął dwie przy­szy­te do li­stwy pę­tle i wło­żył w nie nogi jak w strze­mio­na. Ta­kie same pę­tle były w rę­ka­wach; oj­ciec Pa­isij wsu­nął w nie dło­nie. Na­stęp­nie wlazł na sto­lik i przy­siadł w kuc­ki przed wy­bi­tym oknem, po­dob­nym do kwa­dra­to­wej pasz­czy z rzad­ki­mi prze­zro­czy­sty­mi zę­ba­mi.

Roz­le­gło się sil­niej­sze ude­rze­nie i drzwi wy­sko­czy­ły z za­wia­sów. Do prze­dzia­łu wpa­dli lu­dzie z re­wol­we­ra­mi w rę­kach – było ich dużo i prze­szka­dza­li so­bie na­wza­jem. Za­nim do­tar­li do sto­li­ka, oj­ciec Pa­isij sil­nie ode­pchnął się od nie­go no­ga­mi i wy­sko­czył z po­cią­gu.

Ści­ga­ją­cy rzu­ci­li się do okna. Pierw­szy wlazł na sto­lik, od­waż­nie sko­czył jego śla­dem – i z okrop­nym stu­kiem rąb­nął gło­wą w kra­tow­ni­cę mo­stu, któ­ra na­gle wy­ło­ni­ła się z pust­ki. Jego cia­ło od­bi­ło się od że­la­znej kon­struk­cji, ude­rzy­ło o wa­gon i bez­wład­nie ru­nę­ło na zie­mię. W prze­dzia­le roz­le­gły się krzy­ki za­wo­du i gnie­wu. Po­tem z okna wy­chy­lił się dru­gi ści­ga­ją­cy z dwo­ma re­wol­we­ra­mi w rę­kach.

Za kra­tow­ni­ca­mi wid­nia­ła spo­koj­na, jak­by za­sty­gła na da­ge­ro­ty­pie rze­ka pod osło­ną bia­łych pie­rza­stych chmur. Nad wodą, ni­czym pe­łen po­wie­trza pa­ra­sol, szy­bo­wa­ła fio­le­to­wa ria­sa ojca Pa­isi­ja. Su­nąc w po­wie­trzu jak ogrom­na wie­wiór­ka po­la­tu­cha, zbli­żał się do ta­fli wody.

Huk­nę­ły strza­ły. Jed­na kula zry­ko­sze­to­wa­ła od kra­tow­ni­cy, po­zo­sta­łe wzbi­ły fon­tan­ny nad wodą. A po­tem tło­czą­cy się w prze­dzia­le lu­dzie stra­ci­li ojca Pa­isi­ja z oczu.

II

Zrzu­co­na ria­sa wol­no od­pły­nę­ła w od­mę­ty i na po­wierzch­nię rze­ki wy­chy­nął już nie oj­ciec Pa­isij, ale hra­bia T. – mło­dy czar­no­bro­dy męż­czy­zna w dłu­giej bia­łej ko­szu­li bez koł­nie­rzy­ka. Ode­tchnął głę­bo­ko, otwo­rzył oczy i spoj­rzał w nie­bo.

Rów­na war­stwa pie­rza­stych chmur była ni­czym dach, któ­ry za­mie­nił prze­strzeń mię­dzy zie­mią i nie­bem w ogrom­ny otwar­ty pa­wi­lon – prze­wiew­ny let­ni te­atr, w któ­rym gra wszyst­ko, co żyje. Było ci­cho, tyl­ko skądś z da­le­ka do­bie­gał stu­kot od­da­la­ją­ce­go się po­cią­gu, sły­chać też było mia­ro­we plu­ska­nie, jak­by ktoś w rów­nych od­stę­pach cza­su ci­skał do wody gar­ście ka­my­ków.

Mimo prze­ży­te­go do­pie­ro co nie­bez­pie­czeń­stwa T. czuł dziw­ny spo­kój i wy­ci­sze­nie.

„Nie­bo rzad­ko bywa ta­kie wy­so­kie – po­my­ślał, mru­żąc oczy. – W po­god­ne dni nie­bo w ogó­le nie ma wy­so­ko­ści, tyl­ko błę­kit. Trze­ba chmur, żeby sta­ło się wy­so­kie lub ni­skie. Tak samo ludz­ka du­sza nie bywa wy­so­ka czy ni­ska sama z sie­bie, wszyst­ko za­le­ży wy­łącz­nie od za­mia­rów i my­śli, któ­re ją w da­nym mo­men­cie wy­peł­nia­ją… Pa­mięć, oso­bo­wość – to tak­że jest jak chmu­ry… Choć­by na przy­kład ja…”

Na­gle na­strój T. uległ gwał­tow­nej zmia­nie. Wy­ci­sze­nie znik­nę­ło, ustę­pu­jąc na­głe­mu prze­stra­cho­wi – T. zro­bił na­wet kil­ka nie­sko­or­dy­no­wa­nych ru­chów rę­ka­mi.

„Ja… Ja?? Dla­cze­go nic nie pa­mię­tam? Je­stem kon­tu­zjo­wa­ny? Stop… Ten czło­wiek, Knopf, po­wie­dział, że na­zy­wa­ją mnie hra­bią T. i że zmie­rzam do Pu­stel­ni Optyń­skiej. A skąd je­cha­łem? Aha, po­wie­dział, że z Ja­snej Po­la­ny, to po­sia­dłość, któ­rą wi­dzie­li­śmy z okna… Ale po co je­cha­łem z Ja­snej Po­la­ny do tej Pu­stel­ni Optyń­skiej?”

T. się ro­zej­rzał.

Spod mo­stu wy­ło­nił się sta­tek. Wy­glą­dał dziw­nie – przy­po­mi­nał wiel­ką bar­kę, ale nie wia­do­mo dla­cze­go z wio­sła­mi ster­czą­cy­mi z otwo­rów w bur­tach. Wio­sła rów­no uno­si­ły się nad rze­ką, na mo­ment nie­ru­cho­mia­ły i z po­wro­tem opa­da­ły w wodę z plu­skiem, któ­ry T. sły­szał już od do­brej chwi­li.

Im bli­żej sta­tek pod­pły­wał, tym wię­cej wi­dać było nie­zwy­kłych szcze­gó­łów. Zdo­bi­ło go coś w ro­dza­ju fi­gu­ry dzio­bo­wej – ko­pia We­nus Mi­loń­skiej na drew­nia­nym po­stu­men­cie (są­dząc z ła­god­nej gry świa­tła, był to praw­dzi­wy mar­mur). Na dzio­bie stat­ku, jak na grec­kiej trie­rze, wy­ma­lo­wa­no dwo­je bia­ło-nie­bie­skich oczu, a nad po­kła­dem wzno­si­ła się nad­bu­dów­ka, za­ska­ku­ją­co po­dob­na do nie­du­że­go par­te­ro­we­go domu z ja­kie­goś po­wia­to­we­go mia­stecz­ka. Wsze­la­ko, mimo wszyst­kich tych udziw­nień, było wi­dać, że sta­tek nie jest żad­ną trie­rą, tyl­ko zwy­czaj­ną dużą to­wa­ro­wą bar­ką.

Zrów­naw­szy się z bur­tą, T. po­pły­nął pod lu­ka­mi wio­sło­wy­mi. Sie­dzie­li za nimi po­sęp­ni chło­pi w czymś w ro­dza­ju grec­kich chi­to­nów z sza­re­go zgrzeb­ne­go płót­na. Ża­den z nich na­wet nie spoj­rzał w stro­nę T., pły­ną­ce­go tuż obok.

„Ora­cze – po­my­ślał T., sta­ra­jąc się trzy­mać jak naj­bli­żej bur­ty. – Wy­rwa­ni z na­tu­ral­ne­go śro­do­wi­ska, czy­imś ka­pry­sem za­mie­nie­ni w nie­wol­ni­ków… Cho­ciaż, po­sta­wie­nie ora­cza przy ma­szy­nie w miej­skiej fa­bry­ce to w grun­cie rze­czy ta­kie samo szy­der­stwo…”

Ostat­ni luk w rzę­dzie oka­zał się pu­sty – prze­strzeń za nim od­dzie­la­ła od resz­ty ła­dow­ni prze­gro­da, za któ­rą moż­na się było scho­wać. T. uchwy­cił się kra­wę­dzi otwo­ru, pod­cią­gnął się i usi­łu­jąc nie ro­bić ha­ła­su, wlazł do środ­ka. Chy­ba nikt go nie za­uwa­żył.

W ła­dow­ni pach­nia­ło ple­wa­mi i po­tem. Chło­pi, sie­dzą­cy na przy­mo­co­wa­nych do pod­ło­gi ław­kach, zgod­nie stę­ka­li, po­chy­la­jąc się w tył i w przód. W przej­ściu stał nad­zor­ca, odzia­ny w taki sam sier­mięż­ny chi­ton jak wio­śla­rze, tyl­ko ze srebr­ną klam­rą na ra­mie­niu. Nada­wał rytm, ude­rza­jąc w mie­dzia­ną mied­ni­cę drew­nia­ną pał­ką w kształ­cie ba­ra­niej gło­wy.

Od­cze­kaw­szy, kie­dy ów czło­wiek się od­wró­ci, T. pchnął drzwi z pry­mi­tyw­nie na­ry­so­wa­nym Apol­lo­nem łucz­ni­kiem i wy­śli­zgnął się z ła­dow­ni. Za drzwia­mi był wą­ski drew­nia­ny trap. Wspiął się na nie­go i wy­szedł na po­kład.

Pra­wie całą prze­strzeń zaj­mo­wa­ła nad­bu­dów­ka, przy­po­mi­na­ją­ca wy­dłu­żo­ny par­te­ro­wy dom. A wła­ści­wie był to naj­praw­dziw­szy par­te­ro­wy dom – z bla­sza­nym da­chem i fał­szy­wy­mi ko­lum­na­mi, z któ­rych zwil­got­nia­ły tynk gdzie­nieg­dzie po­od­pa­dał, od­sła­nia­jąc so­sno­wą dran­kę. W ścia­nach, jak na­le­ża­ło ocze­ki­wać, były okna i drzwi.

T. ostroż­nie zaj­rzał przez okno. Za szczel­ny­mi za­sło­na­mi ni­cze­go nie było wi­dać.

Na­gle naj­bliż­sze drzwi się otwar­ły i ci­chy mę­ski głos po­wie­dział:

– Eks­ce­len­cjo! Pro­szę tu­taj, szyb­ko!

T. pod­szedł do drzwi. Znaj­do­wał się za nimi scho­wek z róż­ny­mi ru­pie­cia­mi na pół­kach. W środ­ku ni­ko­go nie było.

– Nie­chże pan wej­dzie – po­wtó­rzył z na­ci­skiem głos, do­cho­dzą­cy nie wia­do­mo skąd.

T. prze­stą­pił próg i drzwi się za­mknę­ły jak przy­cią­gnię­te sprę­ży­ną. Do­ko­ła na­tych­miast skłę­bi­ła się atra­men­to­wa ciem­ność. „Jak Jo­nasz w brzu­chu wie­lo­ry­ba” – po­my­ślał i na­gle oczy­ma wy­obraź­ni uj­rzał wy­raź­nie bi­blij­ne­go pro­ro­ka, w żół­tych sza­tach, ze skru­szo­ną, przy­mil­ną twa­rzą i dłu­gi­mi, fa­li­sty­mi wło­sa­mi, ob­fi­cie na­sma­ro­wa­ny­mi oli­wą.

– Je­że­li cof­nie się pan ostroż­nie – po­wie­dział głos – na­ma­ca pan za sobą krze­sło. Pro­szę usiąść.

– Nie wi­dzę pana. Ukry­wa się pan?

– Pro­szę, pa­nie hra­bio, niech pan usią­dzie.

T. usiadł na krze­śle.

– Kim pan jest? – za­py­tał.

– A pan kim jest?

– Sko­ro zwró­cił się pan do mnie „eks­ce­len­cjo” – od­parł T. – za­kła­dam, że wie pan, kim je­stem.

– Ja wiem – po­wie­dział głos. – Ale czy pan wie?

– Je­stem hra­bia T. – od­rzekł T.

– A co to jest „hra­bia T.”?

– Nie ro­zu­miem?

W ciem­no­ści roz­legł się śmiech.

– Gdy­by to py­ta­nie mia­ło aspekt fi­lo­zo­ficz­ny – po­wie­dział głos – moż­na by się dłu­go za­sta­na­wiać, co kon­kret­nie ozna­cza­ją te sło­wa: nogę, rękę, wszyst­kie czę­ści cia­ła czy pań­ską nie­śmier­tel­ną du­szę, któ­rej pan nig­dy nie wi­dział. Ale nie o to mi cho­dzi. Po­noć w Ja­snej Po­la­nie od­wie­dza­ją pana in­dyj­scy mę­dr­cy i po­dob­ne roz­mo­wy pro­wa­dzi pan z nimi. Moje py­ta­nie ma sens czy­sto prak­tycz­ny. Co pan o so­bie pa­mię­ta i wie, hra­bio T.?

– Nic – przy­znał się uczci­wie T.

– Bar­dzo do­brze – po­wie­dział głos i znów za­chi­cho­tał. – Wła­śnie tak przy­pusz­cza­łem.

– Nie po­wie­dział pan, kim pan jest.

– Je­stem tym – od­rzekł głos – któ­ry ma nie­ogra­ni­czo­ną wła­dzę nad wszyst­ki­mi bez wy­jąt­ku aspek­ta­mi pań­skie­go je­ste­stwa.

– Śmia­łe oświad­cze­nie – za­uwa­żył T.

– Tak – po­wtó­rzył głos. – Nad wszyst­ki­mi bez wy­jąt­ku aspek­ta­mi.

– Mam panu wie­rzyć na sło­wo?

– Dla­cze­go na sło­wo? Mogę przed­sta­wić do­wód… Na przy­kład taki: pro­szę mi wy­ja­śnić, dla­cze­go do­pie­ro co, po­my­ślaw­szy o pro­ro­ku Jo­na­szu, wy­obra­ził go pan so­bie odzia­ne­go na żół­to? Nie na zie­lo­no, nie na czer­wo­no, ale wła­śnie na żół­to? I dla­cze­go miał na­tłusz­czo­ne wło­sy?

Na­stą­pi­ła dłu­ga pau­za.

– Mu­szę przy­znać – ode­zwał się wresz­cie T. – że mnie pan zdu­mie­wa. Skąd pan to wie? Nie mam zwy­cza­ju gło­śno my­śleć.

– Nie od­po­wie­dział pan.

– Nie wiem – po­wie­dział T. – Mu­siał prze­cież być ja­koś ubra­ny. A na­tłusz­czo­ne wło­sy… Pew­nie przy­pad­ko­we po­do­bień­stwo… Niech so­bie przy­po­mnę… Nie wiem cze­mu po­my­śla­łem o pi­ja­nych ru­ben­sow­skich sa­ty­rach, a to nie ma tu nic do rze­czy… Ale w jaki spo­sób…

T. nie do­koń­czył – wy­da­ło mu się, że ciem­ność przed nim zgęst­nia­ła w groź­ny czar­ny klin, któ­ry lada chwi­la ude­rzy go pro­sto w pierś, i po­czuł, że musi na­tych­miast coś przed­się­wziąć. Sta­ra­jąc się po­ru­szać bez­sze­lest­nie, zsu­nął się z krze­sła na pod­ło­gę i przy­kuc­nął. Po­czu­cie za­gro­że­nia znik­nę­ło. A w na­stęp­nej chwi­li prze­stał ro­zu­mieć, dla­cze­go klę­czy wspar­ty rę­ka­mi o pod­ło­gę.

– No i co? – po­wie­dział szy­der­czo głos. – To też jest przy­pad­ko­we po­do­bień­stwo? Mam na my­śli strach przed ciem­no­ścią, któ­re­go pan do­znał. I dziw­ne u ary­sto­kra­ty pra­gnie­nie, by zna­leźć się na czwo­ra­kach.

T. wstał z pod­ło­gi, wy­ma­cał za sobą krze­sło i zno­wu usiadł.

– Niech pan po­wie, o co cho­dzi – po­pro­sił. – I niech pan da spo­kój z tymi żar­ta­mi.

– Za­pew­niam pana, że wca­le nie spra­wia mi to przy­jem­no­ści – od­rzekł głos. – Po pro­stu te­raz po­znał pan na wła­snej skó­rze, że źró­dło wszyst­kich pań­skich my­śli, do­znań i im­pul­sów nie znaj­du­je się w panu.

– A gdzie?

– Już po­wie­dzia­łem. Tym źró­dłem je­stem ja. W każ­dym ra­zie w tej chwi­li.

– Same za­gad­ki – po­wie­dział T. – Chcę pana zo­ba­czyć. Pro­szę za­pa­lić świa­tło.

– Cóż – od­parł głos – to się chy­ba da zro­bić.

Za­pło­nę­ła za­pał­ka. T. nie zo­ba­czył przed sobą ni­ko­go. W schow­ku nie było też nic nie­zwy­kłe­go: ja­kieś tłu­mo­ki, sło­iki i bu­tel­ki na pół­kach. Wy­da­ło mu się, że w naj­ciem­niej­szym ką­cie do­strze­ga ja­kiś ruch – ale był to tyl­ko drżą­cy cień zwi­nię­te­go w kłę­bek sznur­ka.

Cho­ciaż było jed­nak coś dziw­ne­go.

Za­pał­ka, któ­ra za­pło­nę­ła o dwa kro­ki od T., wi­sia­ła w po­wie­trzu.

Płyn­nie opu­ści­ła się w dół, za­pa­li­ła sto­ją­cą na skrzy­ni naf­to­wą lam­pę, przy czym szkieł­ko samo się unio­sło, a po­tem opa­dło na pło­myk. Na­stęp­nie kó­łecz­ko lam­py ob­ró­ci­ło się i pło­myk z czer­wo­na­wo­żół­te­go stał się pra­wie bia­ły.

Przed lam­pą nie było ni­ko­go. T. za­uwa­żył jed­nak na ścia­nie na­prze­ciw le­d­wie do­strze­gal­ny za­rys ludz­kie­go cia­ła – cień, któ­ry rzu­cił­by sto­ją­cy obok lam­py czło­wiek, gdy­by był pra­wie prze­zro­czy­sty.

T. ze­rwał się i wy­cią­gnął rękę, by do­tknąć prze­zro­czy­ste­go czło­wie­ka – ale ręka chwy­ci­ła tyl­ko po­wie­trze.

– Próż­ny trud – po­wie­dział głos. – Bę­dzie pan mógł po­chwy­cić mnie rę­ka­mi je­dy­nie wów­czas, gdy sam tego ze­chcę. A ja nie chcę. Cho­dzi o to, że stwa­rzam nie tyl­ko pana, ale tak­że wszyst­ko, co pan wi­dzi. Po­sta­no­wi­łem się stać cie­niem na ścia­nie, ale rów­nie do­brze mogę być czym in­nym. Jako stwór­ca je­stem wszech­mo­gą­cy.

– Jak panu na imię?

– Ariel.

– Słu­cham?

– Ariel. Pa­mię­ta panBu­rzę Szek­spi­ra?

– Pa­mię­tam.

– Pi­sze się tak samo jak imię z Bu­rzy. Miło mi było pana po­znać, hra­bio. Na tym na­sze pierw­sze spo­tka­nie się koń­czy. Ob­ja­wi­łem się panu dzi­siaj, żeby po­wie­dzieć: niech się pan uspo­koi i za­cho­wu­je tak, jak­by wszyst­ko było w po­rząd­ku i jak­by był pan pe­wien sie­bie i tego, co pana ota­cza.

– Ale ja nie je­stem sie­bie pe­wien – od­parł szep­tem T. – Prze­ciw­nie. Ni­cze­go o so­bie nie pa­mię­tam.

– W pań­skiej sy­tu­acji to nor­mal­ne. Pro­szę się ni­ko­mu nie skar­żyć, wszyst­ko wró­ci do nor­my.

– Nie wiem, do­kąd i po co idę.

– Już pan to wie – od­parł Ariel. – Po­wie­dzia­no to panu: idzie pan do Pu­stel­ni Optyń­skiej. Pro­szę więc wra­cać na po­kład i kon­ty­nu­ować po­dróż.

T. od­niósł wra­że­nie, że ostat­nie sło­wa do­bie­gły skądś z da­le­ka. Prze­zro­czy­sty cień na ścia­nie znik­nął i za­raz po­tem zga­sła lam­pa. Przez ja­kiś czas T. sie­dział po ciem­ku, na­wet nie pró­bu­jąc ze­brać my­śli. Po­tem usły­szał dźwięk strun. Wstał, na­ma­cał drzwi i ener­gicz­nie wszedł w smu­gę sło­necz­ne­go świa­tła.

III

Na­prze­ciw nie­go po po­kła­dzie su­nę­ła dziw­nie wy­glą­da­ją­ca pro­ce­sja.

Na cze­le kro­czył mło­dy bez­bro­dy chłop, ubra­ny w zgrzeb­ną tu­ni­kę – taką, ja­kie mie­li wio­śla­rze. Na wło­sach mi­go­tał mu zło­ty wie­niec, a w rę­kach dzier­żył lirę, któ­rej stru­ny szar­pał z wpra­wą wy­traw­ne­go mi­strza ba­ła­łaj­ki, wy­krzy­wia­jąc twarz i nu­cąc pod no­sem. Za nim po­stę­po­wa­ła za­żyw­na dama, ubra­na w wie­lo­war­stwo­wy chi­ton z pół­przej­rzy­stej tka­ni­ny. Za damą szli dwaj wie­śnia­cy z wy­ko­na­ny­mi z piór wa­chla­rza­mi – po­ru­sza­li nimi ryt­micz­nie i pre­cy­zyj­nie, jak dwa drew­nia­ne niedź­wie­dzie-za­baw­ki, ude­rza­ją­ce mło­ta­mi w ko­wa­dło: kie­dy je­den opusz­czał wa­chlarz nad gło­wą damy, dru­gi pod­no­sił swój, i od­wrot­nie.

Na wi­dok T. dama przy­sta­nę­ła. Zmie­rzyw­szy wzro­kiem jego mu­sku­lar­ną po­stać w mo­krej ko­szu­li i ob­le­pia­ją­cych nogi pan­ta­lo­nach ze strze­miącz­ka­mi, za­py­ta­ła:

– Kim pan jest?

– T. – od­po­wie­dział T. – Hra­bia T.

Dama uśmiech­nę­ła się nie­uf­nie.

– A więc to nie jest przy­pad­ko­we po­do­bień­stwo – rzu­ci­ła. – Cóż za za­szczyt dla bied­nej pro­win­cjusz­ki! Sam hra­bia T… Je­stem księż­na Ta­ra­ka­no­wa, do pań­skich usług. Ale cze­mu za­wdzię­czam przy­jem­ność gosz­cze­nia pana, eks­ce­len­cjo? Znów ja­kaś sza­leń­cza przy­go­da, o któ­rej będą pi­sać wszyst­kie ga­ze­ty i plot­ko­wać wszyst­kie sa­lo­ny?

– Wi­dzi pani, księż­no, je­cha­łem po­cią­giem, ale opu­ści­łem go i wpa­dłem do rze­ki. Gdy­by spod mo­stu nie po­ja­wił się pani sta­tek, pew­nie bym uto­nął.

Księż­na Ta­ra­ka­no­wa ro­ze­śmia­ła się, ko­kie­te­ryj­nie prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– Uto­nął? Po­zwo­li pan, że nie uwie­rzę. Je­śli cho­ciaż część tych hi­sto­rii, któ­re o panu opo­wia­da­ją, jest praw­dzi­wa, po­tra­fi pan prze­pły­nąć całą rze­kę pod wodą. Ale ma pan mo­kre ubra­nie? I jest pan głod­ny?

– Przy­zna­ję, że co do gło­du, zga­dła pani.

– Lu­cju­szu, za­pro­wadź hra­bie­go do po­ko­ju go­ścin­ne­go – po­le­ci­ła księż­na chło­pu z wa­chla­rzem. – A kie­dy prze­bie­rze się w su­che rze­czy, przy­pro­wadź go do sto­łu.

Od­wró­ci­ła się do T.

– Dziś mamy na obiad tra­dy­cyj­ne ro­do­we da­nie. Bro­chet ta­ra­ka­noff, szczu­pak po ta­ra­ka­no­wow­sku.

– W za­sa­dzie prze­strze­gam die­ty we­ge­ta­riań­skiej – po­wie­dział T. – Ale w pani to­wa­rzy­stwie…

– Ja­kie wino bę­dzie pan pić?

– Pi­sarz Mak­sym Gor­ki – rzekł z uśmie­chem T. – za­zwy­czaj od­po­wia­dał na to py­ta­nie: „zbo­żo­we”. Za co bar­dzo go ce­nio­no w krę­gach sło­wia­no­fil­skich, ale nie­zbyt lu­bia­no w dro­gich re­stau­ra­cjach… Ja na­to­miast wolę wodę albo her­ba­tę.

Kwa­drans póź­niej T., ubra­ny w czer­wo­ny je­dwab­ny szla­frok i świe­żo ucze­sa­ny, wszedł do ja­dal­ni.

Był to ob­szer­ny po­kój, ude­ko­ro­wa­ny ko­pia­mi an­tycz­nych po­są­gów i ob­wie­szo­ny sta­rą bro­nią z brą­zu. Wo­kół wy­kwint­nie na­kry­te­go sto­łu sta­ły le­żan­ki, przy­kry­te mięk­ki­mi barw­ny­mi ka­pa­mi; na jed­nej z nich już le­ża­ła księż­na Ta­ra­ka­no­wa. T. do­my­ślił się, że pu­ste łoże na­prze­ciw prze­zna­czo­ne jest dla nie­go.

Na ol­brzy­mim owal­nym pół­mi­sku zaj­mu­ją­cym cały śro­dek sto­łu spo­czy­wał ja­kiś nie­sa­mo­wi­ty stwór – smok z zie­lo­ną grzy­wą i czte­re­ma zgię­ty­mi ła­pa­mi. Wy­glą­dał prze­ra­ża­ją­co re­al­nie.

– Make your­self com­for­ta­ble, hra­bio – po­wie­dzia­ła księż­na. – Zbo­żo­we­go wina nie mam, jest za to nie­złe bia­łe. Mu­sca­det sur lie. Cho­ciaż wła­ści­wie nie lu­bię Bre­ta­nii…

Wska­za­ła srebr­ne wia­der­ko, z któ­re­go wy­sta­wa­ła szyj­ka bu­tel­ki.

T. uło­żył się na le­żan­ce, wziął ser­we­tę i już miał ją we­tknąć w wy­cię­cie szla­fro­ka, kie­dy się zo­rien­to­wał, że trud­no to bę­dzie zro­bić, le­żąc na brzu­chu – a zresz­tą po co.

– Więc to jest ten szczu­pak? – za­py­tał. – Nig­dy bym się nie do­my­ślił, gdy­by mnie pani wcze­śniej nie uprze­dzi­ła. Jak na szczu­pa­ka jest chy­ba nie­co za wiel­ki…

– Szczu­pak po ta­ra­ka­no­wow­sku to bar­dzo szcze­gól­na po­tra­wa – od­par­ła z dumą księż­na. – Robi się go z kil­ku du­żych ryb, nie­wi­docz­nie ze sobą po­łą­czo­nych. W re­zul­ta­cie po­wsta­je smok.

– A z cze­go są zro­bio­ne jego łapy?

– Z wę­go­rzy.

– A ta zie­lo­na szcze­ci­na?

– To ko­per.

Smo­ka istot­nie wy­ko­na­no z wiel­kim kunsz­tem – nie spo­sób było za­uwa­żyć miej­sce, w któ­rym jed­na ryba łą­czy­ła się z dru­gą. Koń­czył się fan­ta­zyj­nie wy­gię­tym ry­bim ogo­nem, a za­czy­nał gło­wą szczu­pa­ka z sze­ro­ko roz­war­tą pasz­czą: gło­wa ta była dum­nie za­dar­ta w górę i ozdo­bio­na ka­wa­le­ryj­skim pió­ro­pu­szem z pa­sków ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru.

– Po cóż za­bi­jać tyle ży­wych stwo­rzeń, aby za­spo­ko­ić ape­tyt dwoj­ga przed­sta­wi­cie­li war­stwy próż­nia­ków? – za­py­tał me­lan­cho­lij­nie T.

– Pro­szę się nie mar­twić, hra­bio – uśmiech­nę­ła się księż­na. – Znam pań­skie po­glą­dy. I za­pew­niam pana, że ani jed­no żywe stwo­rze­nie nie zgi­nę­ło na dar­mo. Oprócz nas dwoj­ga na stat­ku jest wie­le gąb do na­kar­mie­nia.

– O tak – od­parł T. – Za­uwa­ży­łem. Prze­cho­dząc przez ła­dow­nię.

Księż­na za­czer­wie­ni­ła się.

– Uwa­ża pan za­pew­ne, że eks­plu­atu­ję tych lu­dzi? – za­py­ta­ła, wy­ma­wia­jąc w tym ob­cym sło­wie „u”. – By­najm­niej. Kie­dyś byli bur­ła­ka­mi i taka ro­bo­ta to dla nich co­dzien­ność. Sam pan, hra­bio, czę­sto mówi żur­na­li­stom o po­żyt­kach pra­cy fi­zycz­nej na świe­żym po­wie­trzu. A oni po roku czy dwóch pra­cy u mnie odło­żą so­bie pie­nią­dze na sta­rość. Dla­te­go pro­szę mnie zbyt po­chop­nie nie po­tę­piać.

– Jak­że­bym mógł po­tę­piać swo­ją wy­baw­czy­nię? Sko­men­to­wa­łem je­dy­nie pew­ną eks­tra­wa­gan­cję pani gu­stu… – T. upił tro­chę z kie­lisz­ka – pani nie­ska­zi­tel­ne­go gu­stu, księż­no. Do­sko­na­łe wino.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dzia­ła księż­na. – Ro­zu­miem, że mój styl ży­cia może się wy­da­wać dziw­ny. Taka pa­ro­dia an­ty­ku. Dzie­dzicz­ce prze­wró­ci­ło się w gło­wie z bo­gac­twa. Za­pew­niam pana jed­nak, że w tym wszyst­kim jest głę­bo­ki du­cho­wy sens. Aby nie za­po­mnieć o czymś waż­nym, na rogu chu­s­tecz­ki za­wią­zu­je się su­pe­łek, praw­da? Tu obo­wią­zu­je ta sama za­sa­da. Urzą­dzi­łam so­bie ży­cie w ten spo­sób, żeby wszyst­ko wo­kół przy­po­mi­na­ło mi o naj­waż­niej­szym.

– O czym mia­no­wi­cie? – za­py­tał T. ze szcze­rym za­in­te­re­so­wa­niem.

– Pro­szę zga­dy­wać trzy razy, hra­bio.

– Wąt­pię, czy mi się uda.

– Po­mo­gę panu. Co przy­cho­dzi panu do gło­wy, kie­dy pan my­śli o sta­ro­żyt­no­ści?

– No… – zmie­szał się T.

– O tym niech pan od razu za­po­mni, zbe­reź­ni­ku… – Księż­na za­chi­cho­ta­ła. – A co jesz­cze?

– Wal­ki na are­nie?

Księż­na prze­czą­co po­krę­ci­ła gło­wą.

T. po­pa­trzył na Ar­te­mi­dę z ła­nią, po­tem na Apol­la, ce­lu­ją­ce­go w coś z wy­ima­gi­no­wa­ne­go łuku.

– Po­li­te­izm?

Księż­na pod­nio­sła na nie­go zdu­mio­ne oczy.

– Gra­tu­lu­ję, zgadł pan! Wła­śnie to, hra­bio. Nie­bosz­czyk ksią­żę był wiel­kim znaw­cą an­ty­ku i wta­jem­ni­czył mnie w taj­ną dok­try­nę sta­ro­żyt­nych. Nie miał jed­nak za­ufa­nia do mo­ich moż­li­wo­ści du­cho­wych, wpro­wa­dził za­tem taki styl ży­cia, w któ­rym każ­dy szcze­gół miał mi przy­po­mi­nać o tej wznio­słej na­uce. W te­sta­men­cie na­ka­zał, by ni­cze­go nie zmie­niać po jego śmier­ci.

– Nie chciał­bym pani ura­zić tym py­ta­niem, ale cóż wznio­słe­go jest w wie­lo­bó­stwie?

– Lu­dzie współ­cze­śni nie ro­zu­mie­ją, czym to tak na­praw­dę jest. Na­wet w sta­ro­żyt­no­ści isto­tę po­li­te­izmu mo­gli po­jąć tyl­ko wta­jem­ni­cze­ni w mi­ste­ria. Ale mój nie­bosz­czyk mąż był w po­sia­da­niu sta­ro­żyt­nej księ­gi wy­ja­wia­ją­cej ów se­kret; za­cho­wa­ła się w jed­nym od­pi­sie i mąż zdo­był ją w pew­nym wło­skim klasz­to­rze. We­dle po­da­nia na­pi­sał ją sam Apo­lo­niusz z Tia­ny.

– I co tam jest na­pi­sa­ne?

– Po pierw­sze, au­tor oba­la dok­try­nę stwo­rze­nia świa­ta.

– W jaki spo­sób?

– Cho­dzi o to, że ta wy­du­ma­na teo­ria, któ­ra za­sia­ła w za­chod­nich umy­słach masę dzi­wacz­nych wy­obra­żeń, zo­sta­ła opar­ta wy­łącz­nie na ana­lo­giach z ży­ciem du­że­go by­dła ro­ga­te­go, któ­re przez ty­siąc­le­cia ob­ser­wo­wa­li nasi przod­ko­wie. Nic dziw­ne­go za­tem, że po­wsta­ła w ich gło­wach myśl o stwo­rze­niu. Dziw­ne jest na­to­miast, że wy­obra­że­nia te po dziś dzień sta­no­wią fun­da­ment ca­łe­go gma­chu współ­cze­snej du­cho­wo­ści…

– Za po­zwo­le­niem – rzekł T. – nie bar­dzo ro­zu­miem, co ma tu do rze­czy by­dło ro­ga­te.

– By­dlę­ta za­pład­nia­ją się na­wza­jem, po czym ro­dzi się nowe zwie­rzę, któ­re­go, aby ist­nia­ło, nie trze­ba już, że tak po­wiem, co se­kun­da po­czy­nać. Prze­no­sząc tę ob­ser­wa­cję na wyż­sze sfe­ry, lu­dzie sta­ro­żyt­no­ści za­ło­ży­li, że dzia­ła tam ta sama za­sa­da. Jest po­dob­ny do po­czę­cia mo­ment two­rze­nia, w któ­rym bó­stwo-her­ma­fro­dy­ta za­pład­nia samo sie­bie. A na­stęp­nie, po na­ro­dzi­nach, świat ist­nie­je siłą in­er­cji – po­nie­waż jest już po­czę­ty i zro­dzo­ny.

– Nig­dy bym nie wpadł na to, że taki świa­to­po­gląd jest zwią­za­ny z ho­dow­lą by­dła.

– No wi­dzi pan – po­wie­dzia­ła księż­na. – Śla­dy zo­sta­ły tak do­brze za­tar­te, że ni­ko­mu ta naj­prost­sza myśl na­wet nie przy­cho­dzi do gło­wy.

– A jak wy­znaw­cy po­li­te­izmu wi­dzie­li stwo­rze­nie świa­ta?

– Uwa­ża­li, że two­rze­nie od­by­wa się do tej pory – nie­ustan­nie, mgnie­nie po mgnie­niu. W róż­nych epo­kach stwa­rza­ją nas róż­ne bó­stwa – albo, mó­wiąc mniej pa­te­tycz­nie, róż­ne byty. Dok­try­nę wie­lo­bó­stwa na­le­ża­ło­by w naj­więk­szym skró­cie sfor­mu­ło­wać tak: bo­go­wie są sta­le za­ję­ci stwa­rza­niem świa­ta i ani przez chwi­lę nie od­po­czy­wa­ją. Co se­kun­dę Ewa po­wsta­je z że­bra Ada­ma, a miesz­ka­ją w wie­ży Ba­bel, któ­rą bo­skie ręce nie­ustan­nie prze­bu­do­wu­ją. Sta­ro­żyt­ne pan­te­ony bo­gów to po pro­stu barw­na, ale nie­do­stęp­na dla pro­fa­nów me­ta­fo­ra, w któ­rej za­pi­sa­ne jest to ob­ja­wie­nie…

– Nie chce mi się wie­rzyć – po­wie­dział T. – że Hel­le­no­wie two­rzy­li ta­kie dzi­wacz­ne mi­stycz­ne teo­rie. Wy­obra­żam so­bie, że byli ludź­mi pro­sty­mi i po­god­ny­mi. A w tym wszyst­kim czu­je się coś ma­te­ma­tycz­ne­go, ja­kiś pier­wia­stek nie­miec­ki. Albo na­wet ju­dej­ski.

Księż­na rze­kła z uśmie­chem:

– W kwe­stiach du­cho­wych, hra­bio, „nie masz Hel­le­na i Ju­dej­czy­ka”2, jak mó­wił pe­wien we­so­ły Ju­dej­czyk w cza­sach, kie­dy Hel­le­no­wie jesz­cze ist­nie­li… Cze­mu pan nie je szczu­pa­ka?

– Sta­ram się prze­strze­gać die­ty we­ge­ta­riań­skiej.

– Je­śli nie bę­dzie pan jeść – rzu­ci­ła za­lot­nie księż­na Ta­ra­ka­no­wa – ja prze­sta­nę mó­wić.

T. uśmiech­nął się i wziął nóż do ryb.

– Nie­chże pani kon­ty­nu­uje, bar­dzo pro­szę – po­wie­dział, przy­su­wa­jąc so­bie ta­lerz. – Nie po­wie­dzia­ła pani, jak bo­go­wie stwa­rza­ją nas. Pra­cu­ją nad nami wszy­scy ra­zem? Czy może po ko­lei?

– I jed­no, i dru­gie.

– Mo­gła­by pani wy­ja­śnić to na przy­kła­dzie?

– Spró­bu­ję. Pro­szę więc so­bie wy­obra­zić na­stę­pu­ją­cą hi­sto­rię: mło­dy czło­wiek wstą­pił do cer­kwi, wziął udział w na­bo­żeń­stwie i prze­żył wzru­sze­nie re­li­gij­ne. Dał so­bie sło­wo, że za­wsze bę­dzie ła­god­ny, że bę­dzie wy­ba­czać wszyst­kie krzyw­dy… A po­tem wy­brał się na spa­cer po bul­wa­rze i na­tknął się na grup­kę próż­nia­ków. I je­den z owych próż­nia­ków po­zwo­lił so­bie na nie­po­chleb­ną uwa­gę o kro­ju pan­ta­lo­nów na­sze­go bo­ha­te­ra. Po­li­czek, po­je­dy­nek, śmierć prze­ciw­ni­ka, wy­rok: cięż­kie ro­bo­ty. Czy uwa­ża pan, że wszyst­kie te wy­da­rze­nia mają jed­ne­go au­to­ra? W taki oto spo­sób róż­ne byty stwa­rza­ją nas, dzia­ła­jąc ko­lej­no. A je­śli wy­obra­zi pan so­bie, że i w cer­kwi, i w cza­sie prze­chadz­ki na bul­wa­rze, i – zwłasz­cza – na ka­tor­dze nasz bo­ha­ter wciąż roz­my­ślał o mi­ło­ści cie­le­snej w jej naj­bar­dziej wul­gar­nych for­mach, bę­dzie­my mie­li przy­kład, że nas też stwa­rza­ją róż­ne byty, dzia­ła­jąc jed­no­cze­śnie.

T. przy­tak­nął.

– My­śla­łem o czymś po­dob­nym w od­nie­sie­niu do kary śmier­ci – po­wie­dział. – W isto­cie nie ma ona sen­su wła­śnie dla­te­go, że nie­szczę­śnik, któ­ry tę karę po­no­si, jest zu­peł­nie in­nym czło­wie­kiem, in­nym niż ten, któ­ry po­peł­nił zbrod­nię. Dzie­sięć razy zdą­żył się po­ka­jać za swój grzech, ale i tak go wie­sza­ją.

– Wła­śnie – zgo­dzi­ła się księż­na Ta­ra­ka­no­wa. – Czyż więc ten, kto za­bi­ja, i ten, kto się po­tem kaja, to jed­na i ta sama isto­ta?

T. wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Zwy­kło się mó­wić, że czło­wiek jest zmien­ny.

– Ksią­żę nie­bosz­czyk śmiał się, ile­kroć sły­szał te sło­wa. Czło­wiek jest zmien­ny… Sam w so­bie czło­wiek jest rów­nie zmien­ny jak pu­sty ho­te­lo­wy nu­mer. Po pro­stu w róż­nym cza­sie by­wa­ją w nim róż­ni go­ście.

– Ale to tak czy owak je­den i ten sam czło­wiek. Tyl­ko w in­nym sta­nie du­cha.

– Moż­na i tak to ująć – od­par­ła księż­na. – Lecz cóż zna­czą te sło­wa? To jak­by pa­trzeć na sce­nę, na któ­rej po ko­lei wy­stę­pu­ją ilu­zjo­ni­sta, bła­zen i tra­gik, i mó­wić: ach, wszak to tak czy owak je­den i ten sam spek­takl! Tak, są rze­czy, któ­re się nie zmie­nia­ją:wi­dow­nia, kur­ty­na, sce­na. Poza tym wszyst­kie nu­me­ry moż­na obej­rzeć, ku­pu­jąc je­den bi­let. To spra­wia, że wi­dzi­my w tym, co się dzie­je, cią­głość i sta­łość. Ale uczest­ni­cy przed­sta­wie­nia, dzię­ki któ­rym na­bie­ra ono sen­su i sta­je się wi­do­wi­skiem, za każ­dym ra­zem są inni.

– No do­brze – po­wie­dział T. – Ale czy bo­go­wie zaj­mu­ją się tyl­ko przed­sta­wi­cie­la­mi warstw uprzy­wi­le­jo­wa­nych? A pro­stym lu­dem już nie?

– Ra­czy pan żar­to­wać – uśmiech­nę­ła się księż­na.

– Nie, je­stem ab­so­lut­nie po­waż­ny. Jak na przy­kład bo­go­wie stwa­rza­ją wspól­nym wy­sił­kiem ja­kie­goś pi­ja­ne­go su­biek­ta ze skle­pi­ku?

Księż­na za­sta­no­wi­ła się chwi­lę.

– Je­śli na przy­kład ów su­biekt po­grał tro­chę na ba­ła­łaj­ce, po­tem sprał po py­sku ko­le­gę, po­tem sprze­dał ba­ła­łaj­kę sta­re­mu Ży­do­wi, po­szedł do domu pu­blicz­ne­go i prze­pił resz­tę pie­nię­dzy w knaj­pie, to zna­czy, że stwa­rza­li go po ko­lei Apol­lo, Mars, Je­ho­wa, We­ne­ra i Ba­chus.

T. po­pa­trzył w okno, za któ­rym wi­sia­ły nie­praw­do­po­dob­nie da­le­kie, jak­by wy­ku­te z mar­mu­ru ob­ło­ki.

– To bar­dzo in­te­re­su­ją­ce, co pani mówi – po­wie­dział. – Ale w ta­kim ra­zie co na­zy­wa­my czło­wie­kiem?

– Bro­chet ta­ra­ka­noff – od­par­ła księż­na. – Szczu­pa­ka po ta­ra­ka­no­wow­sku. Na­sza ro­do­wa po­tra­wa sym­bo­li­zu­je wła­śnie mi­ste­rium czło­wie­ka.

T. prze­niósł spoj­rze­nie na ry­bie­go smo­ka. Usłu­gu­ją­cy przy sto­le lo­ka­je w tu­ni­kach ze srebr­nym ha­ftem już pra­wie cał­ko­wi­cie po­dzie­li­li go na czę­ści.

– Pro­szę po­pa­trzeć – cią­gnę­ła księż­na. – Na pierw­szy rzut oka wy­da­je się, że mamy przed sobą praw­dzi­we­go smo­ka: tak od­bie­ra­ją go zmy­sły. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak jest to kil­ka róż­nych ryb, któ­re za ży­cia na­wet się nie zna­ły, a te­raz są po pro­stu do sie­bie przy­szy­te. Gdzie­kol­wiek do­tknie­my smo­ka, wszę­dzie na­tra­fi­my na szczu­pa­ka. Ale za każ­dym ra­zem in­ne­go. Pierw­szy, po­wiedz­my, wzru­szał się w cer­kwi, dru­gi strze­lał się z po­wo­du pan­ta­lo­nów. A kie­dy nie­wi­dzial­ni ku­cha­rze zszy­li je ra­zem, po­wsta­ła isto­ta, któ­ra żyje tyl­ko w oszu­ka­nej wy­obraź­ni – cho­ciaż wy­obraź­nia wi­dzi tego smo­ka cał­kiem ja­sno…

– Ro­zu­miem pani myśl – po­wie­dział T. – Mam jed­nak py­ta­nie. Kto stwa­rza bo­gów, któ­rzy stwa­rza­ją nas? In­ny­mi sło­wy, czy jest nad nimi ja­kiś wyż­szy byt, któ­re­go woli pod­le­ga­ją?

– Ksią­żę uwa­żał, że my stwa­rza­my tych bo­gów tak samo, jak oni stwa­rza­ją nas. Nas po ko­lei wy­my­śla­ją We­ne­ra, Mars i Mer­ku­ry, a my wy­my­śla­my ich. Cho­ciaż w ostat­nich la­tach ży­cia ksią­żę za­czął przy­pusz­czać, że dzi­siej­szą dia­bło­ludz­kość stwa­rza­ją już nie szla­chet­ni bo­go­wie sta­ro­żyt­no­ści, ale gru­pa mrocz­nych in­dy­wi­du­ów, ma­ją­cych na celu bar­dzo brzyd­kie rze­czy.

– Za­łóż­my, że się z tym zgo­dzę – rzekł T. – Po­zo­sta­je jed­nak naj­waż­niej­sze py­ta­nie. Dla pro­ste­go czło­wie­ka, a wła­śnie za ta­kie­go się uwa­żam, w kwe­stiach wia­ry waż­na jest nie dok­try­na, ale na­dzie­ja na zba­wie­nie. Daw­ne wie­rze­nia, na­wet je­śli są wy­my­ślo­ne przez ho­dow­ców by­dła, tę na­dzie­ję dają. Czło­wiek wie­rzy, że ma stwór­cę, któ­ry bę­dzie go są­dzić, a po­tem przyj­mie go do ży­cia wiecz­ne­go. I kto wie, może za pro­giem śmier­ci ta na­iw­na wia­ra rze­czy­wi­ście po­ma­ga. A jaką po­cie­chę daje du­szy wie­lo­bó­stwo, któ­re wy­zna­wał pani mał­żo­nek?

Księż­na Ta­ra­ka­no­wa przy­mknę­ła oczy, jak­by coś so­bie przy­po­mi­na­jąc.

– Nie­bosz­czyk ksią­żę mó­wił rów­nież o tym – po­wie­dzia­ła. – Bo­go­wie two­rzą nas nie jako coś od­ręb­ne­go od sie­bie. Oni po pro­stu ko­lej­no gra­ją na­szą rolę, jak róż­ni ak­to­rzy, wy­cho­dzą­cy na sce­nę w tym sa­mym ko­stiu­mie. To, co zwy­kli­śmy na­zy­wać „czło­wie­kiem”, jest ni­czym wię­cej niż tyl­ko sce­nicz­nym ko­stiu­mem. Ko­ro­ną kró­la Le­ara, któ­ra bez no­szą­ce­go ją ak­to­ra po­zo­sta­nie tyl­ko bla­sza­ną ob­rę­czą…

– Są­dząc ze wszyst­kie­go, nie trosz­czy się pani o zba­wie­nie du­szy.

Księż­na uśmiech­nę­ła się smut­nie.

– Mó­wić o zba­wie­niu du­szy, hra­bio, moż­na tyl­ko w tych chwi­lach, kie­dy na­szą rolę gra isto­ta za­prząt­nię­ta tą kwe­stią. Po­tem pi­je­my wino, gra­my w kar­ty, pi­sze­my głu­pie wier­szy­ki, grze­szy­my, i tak upły­wa ży­cie. Je­ste­śmy po pro­stu przed­sion­kiem, przez któ­ry prze­su­wa się ko­ro­wód na­mięt­no­ści i sta­nów du­cha.

– A czy czło­wiek może na­wią­zać kon­takt z si­ła­mi, któ­re go stwa­rza­ją? – za­py­tał T. – Ob­co­wać z two­rzą­cy­mi go bo­ga­mi?

– Cze­mu nie? Ale tyl­ko je­śli two­rzą go bo­go­wie skłon­ni do tego ob­co­wa­nia. Tacy, któ­rzy lu­bią roz­ma­wiać sami ze sobą. Wie pan, jak małe dziew­czyn­ki roz­ma­wia­ją­ce z lal­ka­mi, któ­re oży­wia­ją wła­sną wy­obraź­nią… Cze­mu pan tak zbladł? Dusz­no panu?

T. opa­no­wał się szyb­ko.

– Te­raz ro­zu­miem – po­wie­dział. – Ale to prze­cież… To ab­so­lut­nie bez­na­dziej­ne wi­dze­nie rze­czy.

– Niby dla­cze­go? Isto­ta, któ­ra nas oży­wia, może być peł­na na­dziei.

– A co ze zba­wie­niem?

– Cóż ta­kie­go za­mie­rza pan zba­wiać? Ko­ro­nę kró­la Le­ara? Wszak ko­ro­na jako taka ni­cze­go nie czu­je, to po pro­stu re­kwi­zyt. Kwe­stię zba­wie­nia roz­wią­zu­je się w po­li­te­izmie po­przez stwo­rze­nie fak­tu, że po spek­ta­klu ak­to­rzy roz­cho­dzą się do do­mów, a ko­ro­nę wie­sza­ją na gwoź­dziu…

– Ale prze­cież my wszy­scy – po­wie­dział T. – sta­le i wciąż mamy po­czu­cie sa­mych sie­bie. Tego, że ja to wła­śnie ja. Czyż nie?

– O tym ksią­żę też czę­sto wspo­mi­nał – od­par­ła księż­na. – Po­czu­cie, o któ­rym pan mówi, jest jed­na­ko­we u wszyst­kich lu­dzi i w isto­cie to tyl­ko echo cie­le­sno­ści, wspól­ne ży­wym stwo­rze­niom. Kie­dy ak­tor wkła­da ko­ro­nę, me­ta­lo­wa ob­ręcz wpi­ja mu się w gło­wę. Kró­la Le­ara mogą po ko­lei grać róż­ni ak­to­rzy, i wszy­scy no­szą na gło­wie zim­ną że­la­zną ob­ręcz, czu­jąc jed­no i to samo. Ale nie na­le­ży wy­cią­gać wnio­sku, że ta że­la­zna ob­ręcz jest głów­nym uczest­ni­kiem mi­ste­rium…

T. po­pa­trzył na pół­mi­sek ze zde­ka­pi­to­wa­nym szczu­pa­kiem i na­gle po­czuł nie­od­par­tą sen­ność. Gło­wa mu się kiw­nę­ła i po­wie­dział ci­cho:

– Wy­glą­da na to, że nie­bosz­czyk mąż pani znał wszyst­kie ta­jem­ni­ce świa­ta. Czy przy­pad­kiem nie roz­ma­wiał z pa­nią o Pu­stel­ni Optyń­skiej?

Księż­na ścią­gnę­ła brwi.

– Pu­stel­nia Optyń­ska? To chy­ba coś zwią­za­ne­go z Cy­ga­na­mi. Albo szyk obron­ny wo­zów, albo miej­sce, z któ­re­go przy­by­li ich przod­ko­wie, nie pa­mię­tam do­kład­nie. Tu nie­da­le­ko na brze­gu bę­dzie ta­bor, mo­że­my się na chwi­lę za­trzy­mać i za­się­gnąć in­for­ma­cji… Ale pan chy­ba za­sy­pia?

– Prze­pra­szam, księż­no. Rze­czy­wi­ście, je­stem bar­dzo zmę­czo­ny. Za­raz się…

– Pro­szę się nie krę­po­wać i prze­spać się tu­taj. Mam do za­ła­twie­nia pew­ną pil­ną spra­wę, ale nie­ba­wem do pana wró­cę. A je­śli bę­dzie pan po­trze­bo­wać słu­żą­ce­go, Lu­cjusz cze­ka na po­kła­dzie za drzwia­mi.

Księż­na pod­nio­sła się z le­żan­ki.

– Bła­gam, pro­szę nie wsta­wać – po­wie­dzia­ła, zbli­ża­jąc się do T. – Za­nim pan za­śnie, chcę panu dać drob­ny pre­zent.

Unio­sła ręce i T. po­czuł zim­ny do­tyk me­ta­lu. Spoj­rzaw­szy w dół, zo­ba­czył na swo­jej pier­si me­da­lion na zło­tym łań­cusz­ku – ma­leń­ką zło­tą księ­gę, do po­ło­wy za­nu­rzo­ną w kie­li­chu kwia­tu z bia­łe­go ja­spi­su.

– Co to jest? – za­py­tał.

– Księ­ga Ży­cia. Odzie­dzi­czy­łam ten amu­let po zmar­łym księ­ciu. Przy­nie­sie panu po­wo­dze­nie i uchro­ni od złe­go. Niech pan obie­ca go nie zdej­mo­wać, póki pań­skie­mu ży­ciu za­gra­ża nie­bez­pie­czeń­stwo.

– Po­sta­ram się – od­rzekł dy­plo­ma­tycz­nie T.

Księż­na uśmiech­nę­ła się i po­szła ku drzwiom.

IV

T. na­tych­miast za­snął. Przy­śnił mu się krót­ki nie­spo­koj­ny sen – roz­ma­wiał z księż­ną Ta­ra­ka­no­wą i roz­mo­wa była po­dob­na do za­koń­czo­nej przed chwi­lą, ale pod ko­niec księż­na zro­bi­ła su­ro­wą minę, na­rzu­ci­ła na gło­wę ciem­ną chu­s­tę i za­mie­ni­ła się w na­ma­lo­wa­ne­go na ścia­nie czar­ne­go anio­ła.

Obu­dziw­szy się, T. zo­ba­czył, że pół­mi­sek, na któ­rym le­żał wy­ko­na­ny z ryb smok, znik­nął: za­pew­ne mi­to­lo­gicz­ną me­ta­fo­rę do­ja­da­li te­raz wio­śla­rze i słu­dzy.

„Cóż to za ohy­da, ta skła­da­na ryba – po­my­ślał. – A jed­nak w sło­wach księż­nej pra­wie nie spo­sób do­szu­kać się nie­kon­se­kwen­cji. Je­dy­ne py­ta­nie, któ­re się na­su­wa – to jaki jest sens tak urzą­dzo­ne­go świa­ta. Trze­ba się za­in­te­re­so­wać, co na ten te­mat mó­wił nie­bosz­czyk ksią­żę…”

Ale w pu­stej ja­dal­ni nie było kogo o to za­py­tać – księż­na jesz­cze nie wró­ci­ła.

Ściem­nia­ło się już. Po­kój wy­peł­nił nie­bie­ska­wy zmierzch i sto­ją­ce pod ścia­na­mi an­tycz­ne po­są­gi prze­obra­zi­ły się – pół­mrok uczy­nił ich biel mięk­ką i nie­mal cie­le­sną, jak­by przy­wra­ca­jąc cza­sy, kie­dy te oka­le­czo­ne twa­rze i tor­sy były żywe. Ale wzrok ka­mien­nych oczu po­zo­stał zim­ny i obo­jęt­ny – i ludz­ki świat pod tym spoj­rze­niem wy­da­wał się śmiesz­ną, pry­mi­tyw­ną sztucz­ką.

Na­gle T. po­czuł nie­po­kój. Coś było nie tak.

Wstał, pod­szedł do drzwi na po­kład i otwo­rzył je. Ni­ko­go za nimi nie było.

T. zro­zu­miał, co go za­nie­po­ko­iło – nie sły­szał już mia­ro­we­go plu­ska­nia wody. Pod­szedł do bur­ty i po­pa­trzył w dół. Na wszyst­kie stro­ny ster­cza­ły nie­ru­cho­me wio­sła. Nikt nie sie­dział za ste­rem – sta­tek pły­nął z prą­dem, stop­nio­wo ob­ra­ca­jąc się dzio­bem ku brze­go­wi.

W od­le­głym koń­cu po­kła­du prze­mknął szyb­ki cień.

– Jest tu kto? – za­wo­łał T. – Ode­zwij­cie się!

Od­po­wie­dzi nie było.

T. wró­cił do ja­dal­ni, zna­lazł na sto­le za­pał­ki i za­pa­lił lam­pę naf­to­wą. Po­kój na­tych­miast stał się inny – świa­tło wy­gna­ło z mar­mu­ro­wych po­są­gów ich mrocz­ne du­sze i ciem­no­nie­bie­ski wie­czór za oknem za­mie­nił się w czar­ną noc.

T. ro­zej­rzał się do­ko­ła w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś bro­ni.

Na ścia­nie po­ły­ski­wał męt­nie gla­dia­tor­ski ekwi­pu­nek: cięż­ki hełm z ro­giem, okrą­gła brą­zo­wa tar­cza i ko­pia, za­koń­czo­na z jed­nej stro­ny sze­ro­kim ostrzem, a z dru­giej ma­syw­ną ku­li­stą gał­ką, do któ­rej był przy­wią­za­ny dłu­gi sznur, okrę­co­ny wo­kół drzew­ca. Pod ko­pią wi­sia­ła ta­blicz­ka z na­pi­sem:

BROŃ DRZEW­CO­WA – SA­RIS­SA

Drzew­ce wy­glą­da­ło na nowe i moc­ne, ale czę­ści me­ta­lo­we były chy­ba z praw­dzi­we­go an­tycz­ne­go brą­zu.

Hełm oka­zał się cia­sny, ob­li­czo­ny na małą sta­ro­żyt­ną czasz­kę, i nie­przy­jem­nie ści­snął gło­wę. T. wsu­nął dłoń w skó­rza­ne pę­tle tar­czy, chwy­cił sa­ris­sę, w dru­gą rękę wziął lam­pę i wró­cił na po­kład. Nadal było tam pu­sto.

Zro­biw­szy kil­ka kro­ków, T. ką­tem oka do­strzegł tuż obok ja­kiś ruch i od­wró­cił się gwał­tow­nie. Stał przed nim bro­da­ty wo­jow­nik w ro­ga­tym heł­mie i cha­ła­cie – z wy­glą­du ty­po­wy Pers z ar­mii Da­riu­sza. W jed­nej ręce wo­jow­nik dzier­żył lam­pę, w dru­giej tar­czę i ko­pię.

Było to wła­sne od­bi­cie w jed­nym z okien.

„Wy­glą­dam jak kom­plet­ny idio­ta” – po­my­ślał T.

Do­tarł­szy na rufę, zszedł po zna­jo­mym tra­pie i ostroż­nie otwo­rzył drzwi ozdo­bio­ne wi­ze­run­kiem Apol­la.

Wszy­scy lu­dzie w ła­dow­ni byli mar­twi.

Było to ja­sne już na pierw­szy rzut oka. T. ru­szył przej­ściem mię­dzy ław­ka­mi, uważ­nie pa­trząc na boki.

Na mar­twych twa­rzach nie było gry­ma­su cier­pie­nia – otwar­te oczy tru­pów pa­trzy­ły na coś, co po­zo­sta­ło w prze­szło­ści, ra­czej z nie­do­wie­rza­niem i iry­ta­cją.

T. spo­strzegł coś w ro­dza­ju cien­kiej drza­zgi ster­czą­cej z szyi jed­ne­go z wio­śla­rzy. Po­chy­lił się nad nim, przy­su­nął bli­żej lam­pę i zo­ba­czył ma­leń­ką strzał­kę, przy­po­mi­na­ją­cą wy­ka­łacz­kę z piór­kiem na koń­cu. Taka sama tkwi­ła w ra­mie­niu są­sied­nich zwłok.

W ła­dow­ni uno­sił się sil­ny za­pach naf­ty. Ktoś zdą­żył nią po­lać i cia­ła, i pod­ło­gę, i ław­ki – zu­żył na to całą bań­kę, wa­la­ją­cą się te­raz w przej­ściu.

Idąc da­lej, T. za­uwa­żył słu­żą­cych z ja­dal­ni, ubra­nych w tu­ni­ki ze srebr­nym ha­ftem. A po­tem – samą księż­nę Ta­ra­ka­no­wą.

Sie­dzia­ła w wą­skiej prze­strze­ni mię­dzy ław­ka­mi, opar­ta ple­ca­mi o ścia­nę; na jej twa­rzy za­stygł zdzi­wio­ny pół­u­śmiech. Strzał­ka-wy­ka­łacz­ka tra­fi­ła ją w po­li­czek. Na pod­ło­dze przed księż­ną bie­la­ły sko­ru­py pół­mi­ska ze szczu­pa­kiem.

Obok Ta­ra­ka­no­wej le­że­li Lu­cjusz i czte­rej mni­si-czerń­cy, któ­rzy nie wia­do­mo skąd się wzię­li i któ­rych tru­py wy­glą­da­ły w ta­kim oto­cze­niu bar­dzo dziw­nie – jak­by byli ofia­ra­mi ostat­nie­go an­ty­chrze­ści­jań­skie­go edyk­tu. Naj­wy­raź­niej śmierć do­się­gła wszyst­kich czte­rech nie­mal jed­no­cze­śnie. Je­den z mni­chów, któ­ry upadł na ław­kę wio­śla­rzy, trzy­mał w rę­kach dziw­nie wy­glą­da­ją­cą sieć ry­bac­ką z przy­po­mi­na­ją­cy­mi ży­let­ki ka­wał­ka­mi krysz­ta­łu albo kwar­cu, wple­cio­ny­mi w oczka.

Przez ja­kąś mi­nu­tę T. wpa­try­wał się za­fa­scy­no­wa­ny w iskry świa­tła na kra­wę­dziach krysz­ta­łów, a po­tem drzwi ła­dow­ni się otwar­ły i na pod­ło­gę padł bla­dy pro­mień kar­bi­do­wej la­tar­ki.

– Hra­bia T… Mój Boże, co za strój. A wie pan, że na­wet w nim panu do twa­rzy. Cał­kiem nie­zły z pana ho­pli­ta.

Twarz sto­ją­ce­go w drzwiach skry­wa­ła smu­ga cie­nia, ale T. roz­po­znał głos.

– A pan wy­glą­da wy­jąt­ko­wo okrop­nie, Knopf – po­wie­dział.

Rze­czy­wi­ście, Knopf pre­zen­to­wał się nie naj­le­piej – jego mo­krą ma­ry­nar­kę po­kry­wa­ły pla­my tłu­sto lśnią­ce­go bło­ta czy mułu.

– Pan to zro­bił? – za­py­tał T., wska­zu­jąc na tru­py.

– Nie – od­parł Knopf. – Nie ja, ale strza­ły z dmu­chaw­ki, na­są­czo­ne eks­trak­tem z ce­go­nii ostro­list­nej.

– Cóż to jest?

– Ro­śli­na z ama­zoń­skiej sel­wy, po­sia­da­ją­ca bar­dzo szcze­gól­ne wła­ści­wo­ści. Bo­ta­ni­cy na­zy­wa­ją ją ce­go­nia re­li­gio­sa.

– A kto strze­lał?

– Na­praw­dę chce pan wie­dzieć? – upew­nił się Knopf. – Pro­szę bar­dzo.

Się­gnął w za­na­drze i wy­jął coś, co w pierw­szej chwi­li wy­da­ło się T. skó­rza­ną sa­kiew­ką. Kie­dy jed­nak na przed­miot pa­dło świa­tło la­tar­ki, uka­za­ły się siwe wło­sy i wzgar­dli­wie zmarsz­czo­ne czar­ne oczo­do­ły.

Była to wy­su­szo­na ludz­ka gło­wa na dłu­gim ko­smy­ku wło­sów – na­wet nie gło­wa, bo wy­ję­to z niej czasz­kę, ale po pro­stu za­su­szo­na twarz. Przy­cze­pio­ny był do niej dłu­gi ust­nik. Knopf przy­ło­żył go do ust i dmuch­nął.

Roz­legł się ni­ski wi­bru­ją­cy dźwięk, przy­po­mi­na­ją­cy krzyk noc­ne­go zwie­rzę­cia. T. usły­szał pla­ska­nie bo­sych stóp, i po schod­kach zbie­gło do ła­dow­ni pięć drob­niut­kich istot, odzia­nych w kar­na­wa­ło­we fra­ki, róż­no­ko­lo­ro­we ka­mi­zel­ki i cy­lin­dry; wszyst­ko to było mo­kre i brud­ne, po­kry­te ta­ki­mi sa­my­mi pla­ma­mi mułu jak ubra­nie Knop­fa. Isto­ty oto­czy­ły Knop­fa i za­sty­gły w miej­scu.

– Wcią­gnął pan w swo­je ło­tro­stwa dzie­ci? – za­py­tał z od­ra­zą T.

– To nie dzie­ci, tyl­ko ama­zoń­scy In­dia­nie, bez­li­to­śni i do­świad­cze­ni za­bój­cy. Nie prze­kra­cza­ją wzro­stem dwóch ar­szy­nów. Naj­młod­szy ma oko­ło czter­dzie­stu lat.

– Po cóż za­tem ta idio­tycz­na ma­ska­ra­da?

– Je­dy­ny spo­sób, by nie przy­cią­gać uwa­gi pod­czas po­dró­ży, hra­bio, to prze­wo­zić na­szych ma­łych przy­ja­ciół w prze­bra­niu cyr­ko­wych ka­rzeł­ków. Jest to oczy­wi­ście kło­po­tli­we, ale ko­rzy­ści, ja­kie przy­no­szą, re­kom­pen­su­ją wszel­kie trud­no­ści. Dzia­ła­ją ab­so­lut­nie bez­sz­me­ro­wo, a co do siły ra­że­nia, mogą kon­ku­ro­wać z za­ło­gą ku­lo­mio­tu…

Pod­czas tej prze­mo­wy T. po­sta­wił lam­pę na ław­ce i nie­po­strze­że­nie strą­cił kłę­bek sznur­ka z ko­pii na pod­ło­gę.

– Trud­no so­bie wy­obra­zić coś bar­dziej pry­mi­tyw­ne­go niż mor­do­wa­nie bez­bron­nych lu­dzi przy uży­ciu tru­ci­zny – po­wie­dział.

Knopf prze­bie­gle po­krę­cił pal­cem w po­wie­trzu.

– Nie wszyst­ko jest ta­kie pro­ste! To nie tru­ci­zna ich za­bi­ła. Za­bił ich brak wia­ry.

– Co pan ma na my­śli?

– Czy wie pan, dla­cze­go ce­go­nię ostro­list­ną na­zy­wa się rów­nież „re­li­gij­ną”? Za­wie­ra nie zwy­czaj­ną tru­ci­znę, ale spe­cjal­ny al­ka­lo­id o sil­nym dzia­ła­niu wy­biór­czym. Nie dzia­ła on na czło­wie­ka wie­rzą­ce­go głę­bo­ko i bez za­strze­żeń.

– W co? W Boga?

– W Opatrz­ność, Siłę Wyż­szą, Praw­dę, Bud­dę, Al­la­cha, nie ma zna­cze­nia, jak pan to na­zwie. Naj­waż­niej­sze, żeby wia­ra była szcze­ra. Kie­dyś in­diań­scy cza­row­ni­cy uży­wa­li owej tru­ci­zny do swo­ich ma­gicz­nych ob­rzę­dów, a tę wła­ści­wość al­ka­lo­idu po­zna­li w cza­sie kon­kwi­sty, po­nie­waż nie dzia­łał na nie­któ­rych ka­to­lic­kich mi­sjo­na­rzy, cho­ciaż za­bi­jał zwy­kłych gra­bież­ców kon­kwi­sta­do­rów…

T. po­pa­trzył na za­sła­ną tru­pa­mi pod­ło­gę. Przez sier­mię­gę na pier­si naj­bliż­sze­go wio­śla­rza męt­nie prze­świ­ty­wał mie­dzia­ny krzyż.

– Ale dla­cze­go pań­ska ama­zoń­ska swo­łocz za­bi­ła tę bied­ną ko­bie­tę, któ­ra w ży­ciu nie skrzyw­dzi­ła na­wet mu­chy?

– Niech pan so­bie wy­obra­zi na­głów­ki pe­ters­bur­skich ga­zet – po­wie­dział Knopf. – „Po­żar na jach­cie zwa­rio­wa­nej zie­mian­ki”… Albo: „Ob­ło­żo­ny eks­ko­mu­ni­ką hra­bia świę­tu­je ogni­ste za­rę­czy­ny z księż­ną po­gan­ką”… Eks­tra­wa­ganc­ka śmierć nie wzbu­dzi u ni­ko­go po­dej­rzeń. Ża­den ko­ro­ner nie za­uwa­ży ma­leń­kich ra­nek na spa­lo­nych zwło­kach.

T. po­wo­li prze­su­nął nogę i na­dep­nął na ko­niec roz­wi­nię­te­go sznu­ra, przy­ci­ska­jąc go do pod­ło­gi.

– No a pań­ski an­tycz­ny hełm, hra­bio – cią­gnął Knopf – bę­dzie do­dat­ko­wym po­twier­dze­niem od daw­na krą­żą­cych po­gło­sek o pań­skiej cho­ro­bie psy­chicz­nej.

To mó­wiąc, po­stu­kał się pal­cem w czo­ło.

– Nie­źle, pa­nie Knopf – po­wie­dział T. – Ale w pań­skich wy­wo­dach jest je­den sła­by punkt.

– Ja­kiż to?

– Za­uwa­żył pan mój hełm. Ale nie zwró­cił pan uwa­gi na ko­pię.

T. prze­rzu­cił sa­ris­sę do wol­nej ręki i po­ka­zał ją Knop­fo­wi. Ten roz­cią­gnął war­gi w uśmie­chu.

– Pań­ski upór bu­dzi sza­cu­nek, cho­ciaż oczy­wi­ście za­bie­ra siły i czas. Ale jak to się ma do pań­skiej za­sa­dy nie­sprze­ci­wia­nia się złu? Oba­wiam się, że w tej cuch­ną­cej ła­dow­ni nie uda się panu za­sto­so­wać jej w peł­nym wy­mia­rze…

– Wzru­sza­ją­ca jest ta tro­ska o moje za­sa­dy – od­rzekł T. – Ale sto­su­ję je za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

– No cóż – za­mru­czał Knopf – sprawdź­my za­tem, czy jest w panu praw­dzi­wa wia­ra… Z pew­no­ścią pan sam jest tego strasz­nie cie­kaw?

Pod­niósł do ust swo­ją okrop­ną świ­staw­kę i wy­do­był z niej dwa ochry­płe gwiz­dy.

W rę­kach wy­fra­czo­nych In­dian po­ja­wi­ły się krót­kie dmu­chaw­ki. Po­de­rwa­li swo­ją broń do ust; w tej sa­mej se­kun­dzie T. przy­kuc­nął, za­sła­nia­jąc się tar­czą. Roz­le­gło się kil­ka dźwięcz­nych ude­rzeń o me­tal, a za­raz po­tem T. wrza­snął prze­raź­li­wie:

– Strzeż się!

I ci­snął ko­pią w naj­bliż­sze­go In­dia­ni­na.

Roz­le­gło się głu­che wy­cie – bar­dziej zwie­rzę­ce niż ludz­kie. Nie­szczę­śnik upadł. T. szarp­nął ku so­bie sznur i za­krwa­wio­na ko­pia znów zna­la­zła się w jego ręce.

– Strzeż się! – krzyk­nął zno­wu.

Rzut – i ko­lej­ny ka­rze­łek ru­nął na pod­ło­gę obok pierw­sze­go. Trze­ci, za­nim tra­fi­ła go ko­pia, zdą­żył prze­ła­do­wać dmu­chaw­kę i wy­strze­lić. Ostry cierń wbił się T. w ra­mię.

W tej sa­mej se­kun­dzie po­czuł w ustach me­ta­licz­ny smak; w gło­wie mu za­hu­cza­ło, a przed oczy­ma za­tań­czy­ły ko­lo­ro­we plam­ki.

„Ariel – przy­po­mniał so­bie – Ariel…”

Mgła przed ocza­mi na­tych­miast się roz­wia­ła i za­wrót gło­wy ustą­pił rów­nie na­gle, jak się za­czął.

Tra­fi­ły go jesz­cze dwa za­tru­te cier­nie – je­den w nogę, dru­gi w kiść ręki. Tru­ci­zna jed­nak nie po­dzia­ła­ła i wkrót­ce ostat­ni ka­rze­łek we fra­ku upadł na pod­ło­gę, za­la­ny ciem­ną krwią.

– Strzeż się… – wy­sa­pał ochry­ple T.

– Tym ra­zem pań­skie ostrze­że­nie oka­za­ło się nie­co spóź­nio­ne – za­uwa­żył me­lan­cho­lij­nie Knopf. – A zresz­tą bie­da­czy­sko i tak nie ro­zu­miał po ro­syj­sku… Nie prze­sta­je mnie pan za­dzi­wiać, hra­bio. I to nie­przy­jem­nie za­dzi­wiać.

Wy­cią­gnął z kie­sze­ni re­wol­wer i cof­nął się w stro­nę tra­pu. T., za­sła­nia­jąc się tar­czą, ru­szył za nim. Huk­nął strzał; po­cisk pod ostrym ką­tem ude­rzył w tar­czę i zry­ko­sze­to­wał w su­fit.

Knopf znów uniósł broń, sta­ran­nie wy­ce­lo­wał i strze­lił. Sto­ją­ca na ław­ce lam­pa naf­to­wa pod­sko­czy­ła i z trza­skiem spa­dła na pod­ło­gę. Po de­skach roz­peł­zły się żół­to-błę­kit­ne ogni­ste żmi­je. Na twa­rzy Knop­fa po­ja­wił się uśmiech.

– Cóż – po­wie­dział. – Kto ma spło­nąć, nie umrze od tru­ci­zny…

Skie­ro­wał lufę re­wol­we­ru na T., któ­ry znów za­sło­nił się tar­czą. Ale Knopf nie strze­lał – po pro­stu trzy­mał T. na musz­ce, cze­ka­jąc, aż ogień roz­peł­znie się po ła­dow­ni.

Za­pach­nia­ło spa­lo­nym mię­sem. T. czuł, jak żar ob­stę­pu­je go ze wszyst­kich stron; tar­cza w jego ręku za­czy­na­ła się na­grze­wać.

– Adieu, hra­bio – po­wie­dział Knopf. – Szczę­śli­wej dro­gi do Pie­kła.

Z tymi sło­wy za­trza­snął za sobą ozdo­bio­ne wi­ze­run­kiem Apol­la drzwi.

T. się ro­zej­rzał. Pu­sty luk wio­sło­wy, przez któ­ry do­stał się na sta­tek, był od­cię­ty nie­prze­by­tą ścia­ną ognia. Od­rzu­ciw­szy tar­czę, pod­sko­czył do naj­bliż­sze­go wio­sła, wście­kłym szarp­nię­ciem wy­rwał je z dul­ki i wy­pchnął za bur­tę. Na­stęp­nie zdarł z sie­bie tlą­cy się już szla­frok, prze­ci­snął się przez wą­ski otwór, wpadł do zim­nej wody, za­nur­ko­wał i po­pły­nął, od­da­la­jąc się od ska­za­ne­go na za­gła­dę stat­ku.

Pły­nął, do­pó­ki star­czy­ło mu od­de­chu, po czym wy­nu­rzył się z wody i obej­rzał. Bar­ka sta­ła w ogniu; T. zo­ba­czył przy­wią­za­ną do jej rufy łódź, do któ­rej wska­ki­wa­li po­moc­ni­cy Knop­fa. Sam Knopf był już w łód­ce.

– To on! – krzyk­nął je­den z prze­śla­dow­ców. – Pa­trz­cie, o tam, pły­nie!

T. zro­bił głę­bo­ki wdech i za­nur­ko­wał; uła­mek se­kun­dy póź­niej po wo­dzie za­kla­ska­ły kule.

V

Wy­szedł­szy na brzeg, T. ru­szył w dół rze­ki, cho­wa­jąc się w przy­brzeż­nych za­ro­ślach. Łuna po­ża­ru po­zo­sta­ła z tyłu; wo­kół za­mknął się zim­ny mrok i wkrót­ce T. za­czę­ło się wy­da­wać, że nie jest czło­wie­kiem, ale za­błą­ka­nym zwie­rzę­ciem, skra­da­ją­cym się przez noc – świad­czy­ły o tym jego na­gość i sa­mot­ność.

„Cho­ciaż – po­my­ślał – to fał­szy­we wra­że­nie. Skra­da­ją­ce się zwie­rzę nie czu­je się skra­da­ją­cym się zwie­rzę­ciem. Dra­pież­nik nie po­trze­bu­je me­ta­for – wszyst­ko to jest zbyt ludz­kie…”

Mniej wię­cej po go­dzi­nie uj­rzał w od­da­li po­świa­tę ognisk, po­tem usły­szał dźwię­ki gi­ta­ry, a na­stęp­nie do­le­ciał doń osza­ła­mia­ją­cy aro­mat pie­czo­nych ja­błek. Naj­wy­raź­niej był to ów ta­bor, o któ­rym mó­wi­ła nie­boszcz­ka księż­na.

Naj­we­sel­sza kom­pa­nia ulo­ko­wa­ła się wo­kół du­że­go ogni­ska tuż nad wodą. Śpie­wa­li Szeł me wer­sty3. T. lu­bił tę pieśń.

Żeby nie za­sko­czyć Cy­ga­nów, po­ja­wia­jąc się tak na­gle, jesz­cze z da­le­ka przy­łą­czył się do chó­ru. Kil­ka osób obej­rza­ło się na jego głos, ale nikt nie oka­zał za­nie­po­ko­je­nia, kie­dy w bla­sku ogni­ska uka­zał się goły mu­sku­lar­ny bro­dacz.

Za­cho­wu­jąc dy­stans, T. usiadł przy ogniu i z roz­ko­szą jął wchła­niać jego cie­pło – pod­czas prze­chadz­ki brze­giem po­rząd­nie zmarzł. Nie­ba­wem po­de­szła do nie­go cy­gań­ska dziew­czy­na, oku­ta­na w cały kłąb ko­lo­ro­wych chust i szma­tek, i po­da­ła mu gli­nia­ny ta­lerz z dwo­ma pie­czo­ny­mi jabł­ka­mi. T. z wdzięcz­no­ścią przy­jął po­czę­stu­nek i dziew­czy­na, zer­ka­jąc z uko­sa na jego zło­ty ta­li­zman, przy­sia­dła obok.

– Do­kąd dro­ga pro­wa­dzi, pa­nie ofi­ce­rze? – spy­ta­ła ochry­płym zbó­jec­kim gło­sem.

„Ofi­cer – po­my­ślał T. – to pew­nie dla niej każ­dy męż­czy­zna, któ­ry nie jest Cy­ga­nem. Ja­kiż to pro­sty świat, aż za­zdrość bie­rze…”

– Do Pu­stel­ni Optyń­skiej – po­wie­dział.

– A co to jest?

– Sam chciał­bym się do­wie­dzieć, moja miła.

Cy­gan­ka zmie­rzy­ła go wzro­kiem.

– Za­cze­kaj, za­raz się do­wiesz.

Wsta­ła i ode­szła w ciem­ność.

Kie­dy T. skoń­czył jeść dru­gie jabł­ko, po­de­szli do nie­go dwaj męż­czyź­ni – siwy sta­rzec wy­glą­da­ją­cy na za­moż­ne­go wie­śnia­ka (jego przy­na­leż­ność do cy­gań­skie­go rodu zdra­dzał tyl­ko kol­czyk w uchu), i ostrzy­żo­ny na zero ol­brzym w zie­lo­nych sza­ra­wa­rach. Tors ol­brzy­ma po­kry­wa­ły jar­marcz­ne ta­tu­aże, wy­ko­na­ne wy­jąt­ko­wo nie­zdar­nie i ko­śla­wo, a nos był wstręt­nie spłasz­czo­ny.

„Robi wra­że­nie – po­my­ślał T. – Ileż ra­cji jest w dia­gno­zie psy­cho­lo­gicz­nej: od razu wi­dać, że dla ta­kie­go typa za­bić czło­wie­ka to jak splu­nąć. Naj­lep­szy do­wód, jak po­twor­nie się oszpe­cił. Prze­cież po­gar­da dla cu­dze­go ży­cia bie­rze się z po­gar­dy dla wła­sne­go…”

– To ty py­ta­łeś o Pu­stel­nię Optyń­ską? – prze­mó­wił sta­rzec.

– Ja – po­twier­dził T.

Sta­rzec i ol­brzym wy­mie­ni­li po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia.

– My­ślę, że to ten, na któ­re­go cze­ka­my – po­wie­dział gi­gant. – Je­że­li puł­kow­nik mó­wił praw­dę, ku­pię so­bie nowe buty.

– Nie go­rącz­kuj się, Łoj­ko – mruk­nął sta­rzec.

Od­wró­cił się do T. i po­ka­zał mu tan­det­ną pia­sko­wą klep­sy­drę – z ro­dza­ju tych, któ­re spo­ty­ka się w szkol­nych ga­bi­ne­tach przy­rod­ni­czych.

– Bę­dziesz mu­siał udo­wod­nić, że za­słu­gu­jesz na od­po­wiedź na swo­je py­ta­nie, bro­da­czu.

– W jaki spo­sób?

– Mu­sisz wal­czyć z Łoj­ką i wy­trzy­mać przy­najm­niej dwie mi­nu­ty. Je­śli po­zo­sta­niesz przy ży­ciu, do­wiesz się wszyst­kie­go, cze­go chcesz.

– Pa­no­wie – po­wie­dział T. – to ja­kieś nie­po­ro­zu­mie­nie. Na­wet nie za­py­ta­li­ście, kim je­stem.

– Nie za­py­ta­li­śmy cię, kim je­steś – od­parł sta­rzec – bo to nie leży w na­szych zwy­cza­jach. Je­ste­śmy Cy­ga­na­mi. Ale każ­dy, kto za­cznie mó­wić o tym, o czym za­czą­łeś mó­wić ty, musi wal­czyć z Łoj­ką. Więc je­że­li je­steś tym, na kogo cze­ka­my, po pro­stu masz obo­wią­zek wal­czyć.

Od­wró­ciw­szy klep­sy­drę, po­sta­wił ją na zie­mi i oznaj­mił:

– Czas!

– Chwi­lecz­kę – po­wie­dział T. – Na kogo wła­ści­wie cze­ka­cie?

Ol­brzym, któ­ry już wy­cią­gnął ręce, znie­ru­cho­miał.

– Do na­sze­go ba­ro­na przy­je­chał puł­kow­nik żan­dar­me­rii – od­parł sta­rzec – i po­wie­dział, że dziś z rze­ki może wyjść nagi czło­wiek z czar­ną bro­dą, za któ­re­go wy­zna­czo­no na­gro­dę: za ży­we­go czy mar­twe­go. Nie chce­my na­gro­dy za ży­we­go, bo je­ste­śmy Cy­ga­na­mi i by­ła­by to dla nas hań­ba. Ale nie ma hań­by w otrzy­ma­niu na­gro­dy za mar­twe­go – to tak jak sprze­dać koń­ską skó­rę. Dla­te­go walcz z Łoj­ką i niech ci Bóg po­mo­że wy­trwać.

– Co ro­zu­mie­cie pod po­ję­ciem „wy­trwać”?

– Do­pó­ki w klep­sy­drze prze­sy­pu­je się pia­sek, nie mo­żesz ani razu do­tknąć ple­ca­mi zie­mi. To nie­zbyt dłu­go, mniej niż dwie mi­nu­ty. Wte­dy uwie­rzy­my, że je­steś tym, za kogo się po­da­jesz.

– Ale ja się za ni­ko­go nie po­da­ję – za­uwa­żył T.

Sta­rzec i ol­brzym spoj­rze­li po so­bie.

– To praw­da – rzekł sta­rzec. – Wo­bec tego mu­sisz udo­wod­nić, że je­steś tym, za kogo cię bie­rze­my.

– A za kogo mnie bie­rze­cie?

– Za tego, na kogo cze­ka nasz ba­ron – od­rzekł Łoj­ko. – Już ci wy­ja­śni­li­śmy. Puł­kow­nik żan­dar­me­rii uprze­dził ba­ro­na, że może przyjść goły czło­wiek z bro­dą.

T. po­dra­pał się po kar­ku, jak­by pró­bu­jąc po­jąć zbyt trud­ną dla sie­bie myśl.

– Ale po co mam udo­wad­niać, że je­stem go­łym czło­wie­kiem z bro­dą, sko­ro to i tak wi­dać?

Cy­ga­nie przy ogni­sku daw­no umil­kli i te­raz z na­pię­ciem przy­słu­chi­wa­li się roz­mo­wie. Na twa­rzy ol­brzy­ma od­bił się na­mysł. Sta­rzec też na dłu­go się za­my­ślił, gła­dząc pal­ca­mi cięż­ki srebr­ny pół­księ­życ w roz­cią­gnię­tym płat­ku ucha. Wresz­cie prze­mó­wił:

– Goły czło­wiek z bro­dą może być tym albo in­nym. Go­łych lu­dzi z bro­dą jest wie­lu, a na­gro­dę dają tyl­ko za jed­ne­go.

– Tak – zgo­dził się Łoj­ko.

– I ja już nie je­stem pe­wien – cią­gnął sta­rzec – czy je­steś tym go­łym czło­wie­kiem z bro­dą, o któ­rym mó­wił puł­kow­nik. Jak na tego czło­wie­ka zbyt wie­le ga­dasz. Ale tak czy owak mu­sisz przejść pró­bę.

– I co bę­dzie, je­śli ją przej­dę? – za­py­tał T.

– Za­pro­wa­dzi­my cię do ba­ro­na.

– Do­brze – rzekł T. – Pro­szę, je­stem go­tów. Tyl­ko po­wiedz­cie, ja­kie chwy­ty wol­no mi sto­so­wać.

Łoj­ko za­śmiał się lek­ce­wa­żą­co.

– Wszyst­kie, ja­kie znasz.

– To zna­czy cał­kiem do­wol­ne?

Łoj­ko kiw­nął gło­wą.

– Czy wszy­scy to sły­sze­li? – za­py­tał T., zwra­ca­jąc się do sie­dzą­cych przy ogni­sku.

– Tak – po­twier­dził Łoj­ko, po­chy­la­jąc się i wy­cią­ga­jąc przed sie­bie ręce, któ­re przy­po­mi­na­ły dwie kło­dy. – Wszy­scy sły­sze­li. Śmia­ło, spró­buj zro­bić mi krzyw­dę…

Zro­bił krok w stro­nę T.

– Ale wo­bec tego – po­wie­dział T. – już prze­sze­dłem wa­szą pró­bę.

– Jak to? – za­py­tał sta­rzec.

T. wska­zał po­ły­sku­ją­cą w tra­wie klep­sy­drę.

– Cały pia­sek prze­sy­pał się na dół. Bądź­cie ła­ska­wi spraw­dzić. I ani razu nie do­tkną­łem ple­ca­mi zie­mi. Wła­śnie ta­kie chwy­ty sto­su­ję, pa­no­wie.

Wo­kół ogni­ska pod­nio­sła się wrza­wa – Cy­ga­nie za­czę­li się spie­rać. Jed­ni się śmia­li, inni z roz­cza­ro­wa­niem splu­wa­li w ogień, ale są­dząc ze wszyst­kie­go, nikt nie miał po­waż­nych za­strze­żeń.

– Dziw­ne te chwy­ty – po­wie­dział sta­rzec. – I co to za ro­dzaj wal­ki?

– Na­zy­wa się NZP, czy­li „nie­sprze­ci­wia­nie się złu prze­mo­cą” – od­parł T.

– Chy­trzysz jak baba – rzu­cił po­gar­dli­wie Łoj­ko.

– Do­daj pan, ła­skaw­co, że za­cho­wu­ję się jak Cy­gan – uśmiech­nął się T.

– Jesz­cze się spo­tka­my, bro­da­czu, za­pa­mię­taj so­bie.

T. zna­czą­co po­pa­trzył ol­brzy­mo­wi w oczy.

– Nie ra­dzę panu do tego dą­żyć.

– Dla­cze­go?

– Spo­tka­nie nie za­koń­czy się tak, jak pan przy­pusz­cza.

Cy­gan Łoj­ko nie od­po­wie­dział, tyl­ko uśmiech­nął się złym uśmie­chem. T. zwró­cił się do star­ca:

– Obie­cał pan za­pro­wa­dzić mnie do ba­ro­na, je­śli przej­dę pró­bę. Więc pro­wadź pan…

Ba­ron cy­gań­ski, przy­sa­dzi­sty tęgi męż­czy­zna przy­po­mi­na­ją­cy eme­ry­to­wa­ne­go ofi­ce­ra hu­za­rów, miał na so­bie ma­li­no­wy do­lman ze spru­tym sza­me­run­kiem. Na jego po­marsz­czo­nej twa­rzy do­mi­no­wa­ły dłu­gie wąsy, któ­re pa­so­wa­ły­by do­sko­na­le do po­lic­maj­stra albo urzęd­ni­ka ko­le­jo­we­go.

Sie­dział sa­mot­nie na skła­da­nym krze­śle przy naj­dal­szym ogni­sku; obok sta­ło dru­gie ta­kie krze­sło. Od cza­su do cza­su do ognia zbli­ża­ła się ma­leń­ka chu­da ko­bie­ci­na, do­rzu­ca­ła ga­łę­zi i na­tych­miast od­cho­dzi­ła.

Cy­gan to­wa­rzy­szą­cy T. pod­szedł do ba­ro­na, na­chy­lił się do jego ucha i coś mu dłu­go mó­wił. Ba­ron uśmiech­nął się kil­ka razy, pa­trząc na T., a po­tem za­pro­sił go ge­stem, by usiadł obok.

– A za­tem – za­czął, kie­dy prze­wod­nik się od­da­lił – po­ko­nał pan Łoj­kę. Kim pan jest?

– Na­zy­wa­ją mnie hra­bią T.

– Wi­tam, pa­nie hra­bio.

– Wi­tam, pa­nie ba­ro­nie – po­wie­dział T. z le­d­wie wy­czu­wal­ną iro­nią. – Po cóż była ta idio­tycz­na pró­ba?

– Sta­ra­my się, żeby z na­sze­go ży­cia nie znik­nął duch szla­chet­nej ry­wa­li­za­cji – od­rzekł ba­ron z nut­ką skru­chy. – W prze­ciw­nym ra­zie szyb­ko by­śmy się zde­ge­ne­ro­wa­li i sta­li szaj­ką zło­dziei.

– Pan wie, kim je­stem – po­wie­dział T. – A jak brzmi pań­skie sław­ne imię?

– Po cóż miał­bym ob­cią­żać pań­ską pa­mięć – od­parł ba­ron. – Moje imię na nic się panu nie przy­da. Zgódź­my się, że po­zo­sta­nę po pro­stu cy­gań­skim ba­ro­nem. A pan, zda­je się, miał do mnie py­ta­nie?

– Tak – rzekł T. – Co to jest Pu­stel­nia Optyń­ska i gdzie się znaj­du­je?

Ba­ron w zdu­mie­niu wy­trzesz­czył oczy.

– Jak? – za­py­tał.

– Pu­stel­nia Optyń­ska – po­wtó­rzył wy­raź­nie T. – Po­wie­dzia­no mi, że to coś cy­gań­skie­go.

Ba­ron za­sta­na­wiał się dłu­gą chwi­lę.

– Nie wiem – rzekł wresz­cie. – Chy­ba parę razy sły­sza­łem to po­łą­cze­nie wy­ra­zo­we, kie­dy stu­dio­wa­łem na uni­wer­sy­te­cie w Pe­ters­bur­gu. To coś zwią­za­ne­go z li­te­ra­tu­rą albo mi­sty­cy­zmem. Ale mogę się też my­lić. Pew­ne jest tyl­ko jed­no: z cy­gań­skim spo­so­bem ży­cia i oby­cza­ja­mi nie ma to nic wspól­ne­go.

– Za po­zwo­le­niem – po­wie­dział T. – Pań­scy lu­dzie do­pie­ro co oznaj­mi­li, że każ­dy, kto o to za­py­ta, bę­dzie mu­siał wal­czyć z Łoj­ką.

– Oni tak mó­wią przy każ­dej oka­zji. – Ba­ron mach­nął ręką. – Nu­dzą się, krew się w nich bu­rzy. Wczo­raj, pro­szę so­bie wy­obra­zić, prze­jeż­dżał tędy puł­kow­nik żan­dar­me­rii – sam, kon­no. Je­chał z ma­jąt­ku swo­jej sio­stry do mia­sta Kow­ro­wa, tu nie­da­le­ko. Za­py­tał tych obi­bo­ków o dro­gę, a oni zmu­si­li go do wal­ki… Na­wia­sem mó­wiąc, zdą­żył opo­wie­dzieć, że czło­wiek po­dob­ny do pana jest po­szu­ki­wa­ny w na­szej oko­li­cy.

– Już mi o tym mó­wio­no – od­parł T. – A więc w ni­czym nie może mi pan po­móc?

– Dla­cze­go? – zdzi­wił się ba­ron. – Mogę. Pań­skie zwy­cię­stwo w po­je­dyn­ku na­kła­da na mnie okre­ślo­ne po­win­no­ści, to­też zwró­ci­my się do na­szej ta­bo­ro­wej wy­rocz­ni. Moż­na to ro­bić tyl­ko w wy­jąt­ko­wych przy­pad­kach, ale dziś ja rów­nież mam do niej py­ta­nie.

– Uwa­ża pan, że wy­rocz­nia wie coś, cze­go pan nie wie?

Ba­ron się za­śmiał.

– Ro­zu­miem pań­ski scep­ty­cyzm, hra­bio. Nie­mniej war­to spró­bo­wać. Prze­cież z tego po­wo­du ry­zy­ko­wał pan ży­cie.

Kla­snął w ręce i za­raz po­de­szła doń ko­bie­ta, któ­ra pil­no­wa­ła ognia. Ba­ron coś jej ci­cho po­wie­dział i ko­bie­ta znik­nę­ła w ciem­no­ści. Po mi­nu­cie wró­ci­ła, po­ło­ży­ła u stóp ba­ro­na spo­ry fu­te­rał ob­cią­gnię­ty tka­ni­ną, zło­ży­ła po­kłon i znów roz­pły­nę­ła się w mro­ku.