Wydawca: Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia ebook

Andrew Westoll

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 412 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia - Andrew Westoll

Z niekompletnej dokumentacji medycznej wynika, że Tom przez ponad trzydzieści lat przeszedł co najmniej sześćdziesiąt trzy biopsje wątroby, szpiku i węzłów chłonnych, został zarażony wirusem HIV i wirusem zapalenia wątroby, a przytomności pozbawiono go trzysta sześćdziesiąt dziewięć razy.

Niewiele lepiej wyglądają karty medyczne Regisa, cukrzyka, który nie chce przyjmować insuliny, Sue Ellen, której w młodości młotkiem wybito zęby, cierpiącej na klaustrofobię Pepper i Chance, która pierwsze pięć lat życia spędziła w kompletnej izolacji. Łączy je to, że wszystkie mają poważne zaburzenia psychiczne. I to, że wszystkie znalazły schronienie na farmie Glorii Grow.

Zaczęło się pod koniec lat dziewięćdziesiątych, kiedy przed siedzibą fundacji Fauna zaparkował czarny pick-up holujący zwykłą przyczepę dla koni. W środku znajdowało się kilka szympansów, dla których był to kres długiej i trudnej podróży. Aż do tego dnia stanowiły własność Uniwersytetu Nowojorskiego, gdzie były obiektami eksperymentów biomedycznych. Wydarte matkom tuż po urodzeniu, trzymane w ciasnych klatkach, poddawane inwazyjnym operacjom, badaniom neurologicznym i toksykologicznym nigdy nie odzyskają pełnej sprawności, ale w azylu Fauna w spokoju dochodzą do siebie.

Dla Andrew Westolla wolontariat w azylu miał być wielką przygodą, spotkaniem oko w oko z najbliższym kuzynem człowieka. Ale wyobrażał ją sobie zupełnie inaczej.

Opinie o ebooku Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia - Andrew Westoll

Fragment ebooka Szympansy z azylu Fauna. O przetrwaniu i woli życia - Andrew Westoll

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go THE CHIMPS OF FAU­NA SANC­TU­ARY: A TRUE STO­RY OF RE­SI­LIEN­CE AND RE­CO­VE­RY

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KAFo­to­gra­fia na okład­ce © by CO­LIN CAR­TER PHO­TO­GRA­PHY / FLASH PRESS ME­DIAWszyst­kie fo­to­gra­fie we­wnątrz tomu – o ile nie za­zna­czo­no in­a­czej – wy­ko­rzy­sta­no dzię­ki uprzej­mo­ści Fran­ka No­el­ke­ra i Ho­ward Yezer­ski Gal­le­ry.Fo­to­gra­fie 1 i 2 po­cho­dzą z ar­chi­wum Au­to­raFo­to­gra­fia 9 – dzię­ki uprzej­mo­ści Kim Bel­leyFo­to­gra­fia 10 – dzię­ki uprzej­mo­ści fun­da­cji Fau­na

Co­py­ri­ght © 2011 by AN­DREW WE­STOLL. All ri­ghts re­se­rvedCo­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by MA­RIA ZA­WADZ­KA, 2013

Re­dak­cja ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PLKo­rek­ta ALI­CJA TWAN / D2D.PL, ANNA WOŚ / D2D.PLRe­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

We ack­now­led­ge the sup­port of the Ca­na­da Co­un­cil for the Arts, which last year in­ve­sted $157 mil­lion to bring the arts to Ca­na­dians thro­ugho­ut the co­un­try. Nous re­mer­cions le Con­se­il des arts du Ca­na­da de son so­utien. L’an der­nier, le Con­se­il a in­ve­sti 157 mil­lions de dol­lars pour met­tre de l’art dans la vie des Ca­na­dien­nes et des Ca­na­diens de tout le pays.

ISBN 978-83-7536-635-8

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej MI­CHAŁ NA­KO­NECZ­NY / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Dla Tomai dla nas wszyst­kich, małp człe­ko­kształt­nych

Wy­trwa­łość to zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż umie­jęt­ność prze­trwa­nia – to tak­że na­uka ży­cia.

BO­RYS CY­RUL­NIK, Un Me­rve­il­leux Mal­heur

Ja­kim ga­tun­kiem zwie­rząt je­ste­śmy?

FRANS DE WAAL, The Age of Em­pa­thy

Plan domu szym­pan­sów

Szym­pan­sy z azy­lu Fau­na

Tydzień pełni księżyca

Nie in­te­re­su­je mnie, dla­cze­go czło­wiek za­prze­da­je du­szę dia­błu.Chcę wie­dzieć, dla­cze­go czy­ni do­bro.

VÁC­LAV HA­VEL

Sztu­ka szym­pan­sów

– Po­wą­chaj mój te­le­fon – mówi Glo­ria Grow, kie­dy wsia­dam do jej je­epa na lot­ni­sku Tru­de­au w Mont­re­alu. Włą­cza sil­nik i po­da­je mi te­le­fon ko­mór­ko­wy. – No da­lej, po­wą­chaj go.

To na­sze pierw­sze spo­tka­nie, a ona wita mnie wła­śnie w ten spo­sób. Wcze­śniej roz­ma­wia­li­śmy dwa razy przez te­le­fon: ja by­łem wte­dy w swo­im domu w To­ron­to, a ona na far­mie w Qu­ebe­cu. Pod ko­niec obu tych roz­mów za­pra­sza­ła mnie do sie­bie i pro­po­no­wa­ła, że­bym za­miesz­kał z jej ro­dzi­ną i na­pi­sał o nich książ­kę. Ale nig­dy bym się nie spo­dzie­wał, że Glo­ria może się oka­zać oso­bą, któ­ra pro­si nie­zna­jo­me­go o po­wą­cha­nie swo­je­go te­le­fo­nu.

Na pierw­szy rzut oka w sa­mym te­le­fo­nie nie ma nic szcze­gól­ne­go: to zwy­czaj­ny mo­del z klap­ką. Ale przy do­kład­niej­szych oglę­dzi­nach za­uwa­żam na ja­skra­wo­ró­żo­wej obu­do­wie kon­ste­la­cję utka­ną z drob­nych za­głę­bień. Wy­glą­da­ją jak śla­dy po licz­nych ugry­zie­niach. Pa­trzę na Glo­rię, a ona marsz­czy brwi. Tra­fi­li­śmy na ob­jazd i te­raz bę­dzie­my się krę­cić w kół­ko.

– No da­lej, po­wą­chaj go – po­wta­rza. Przy­kła­dam te­le­fon do nosa.

Czu­ję ba­gno. Zgni­łe owo­ce. Fe­ka­lia. Cięż­ki odór tro­pi­kal­nej dżun­gli.

– Bar­dzo mi się po­do­ba – mó­wię.

– Mnie też. Ri­chard ku­pił mi ró­żo­wy. Nie zno­szę różu. Ale te­raz nie po­tra­fi­ła­bym go wy­rzu­cić. Otwórz go.

Otwie­ram klap­kę i wy­świe­tlacz bu­dzi się do ży­cia. Ale na ekra­nie próż­no szu­kać upo­rząd­ko­wa­nej se­kwen­cji liczb i ikon: za­miast tego mam przed sobą cha­otycz­ną pla­mę błot­ni­ste­go czar­ne­go atra­men­tu. Naj­wy­raź­niej te­le­fon zo­stał zmiaż­dżo­ny albo prze­żu­ty do tego stop­nia, że nie da się go już na­pra­wić.

– Co za kosz­mar­na dro­ga! – rzu­ca Glo­ria, po raz trze­ci skrę­ca­jąc w lewo. Po chwi­li wy­cią­ga dłoń w moją stro­nę i przy­kła­da kciuk do wy­świe­tla­cza te­le­fo­nu. Atra­men­to­wa mgła na­tych­miast zmie­nia się w ka­lej­do­sko­po­wą tę­czę. – Pięk­ne, praw­da? – pyta, nie pa­trząc w moją stro­nę. – To sztu­ka szym­pan­sów.

Ba­wię się te­le­fo­nem, ry­su­ję kil­ka ja­skra­wych śla­dów na wy­świe­tla­czu. Skrę­ca­my w ko­lej­ną dro­gę do­ni­kąd, a Glo­ria wzdy­cha. Wy­cią­ga rękę i wy­ry­wa mi te­le­fon. Za­my­ka oczy, przy­kła­da apa­rat do nosa i głę­bo­ko wcią­ga po­wie­trze.

– Do­pie­ro wczo­raj do­sta­łam go z po­wro­tem.

Ko­cia­ra

To opo­wieść o ro­dzi­nie cięż­ko do­świad­czo­nych przez los zwie­rząt, któ­re żyją na far­mie we fran­cu­sko­ję­zycz­nej czę­ści Ka­na­dy. To opo­wieść o tym, jak zwie­rzę­ta te zo­sta­ły skrzyw­dzo­ne i jak po­wo­li do­cho­dzą do sie­bie – każ­de we wła­snym tem­pie. Wszyst­ko to jest moż­li­we dzię­ki nie­wiel­kiej gru­pie lu­dzi, któ­ry­mi do­wo­dzi Glo­ria.

Na­zy­wa­jąc te zwie­rzę­ta ro­dzi­ną, nie chcę po­wie­dzieć, że mają one wspól­ną mat­kę, ojca, bra­ci czy sio­stry, choć w nie­któ­rych przy­pad­kach mo­gło się tak zda­rzyć. Są one ro­dzi­ną tak jak każ­da gru­pa, dla któ­rej spo­iwem jest wspól­ne ży­cie, cier­pie­nie i zwy­cię­stwo nad tym cier­pie­niem. Są ze sobą spo­krew­nio­ne tak, jak my wszy­scy je­ste­śmy ze sobą spo­krew­nie­ni – i w tym wła­śnie tkwi źró­dło ich wiel­kie­go nie­szczę­ścia.

Po raz pierw­szy skon­tak­to­wa­łem się z Glo­rią w 1998 roku, kie­dy by­łem stu­den­tem bio­lo­gii. Chcia­łem zo­stać wo­lon­ta­riu­szem w fun­da­cji Fau­na, azy­lu dla zwie­rząt, któ­ry w tam­tym cza­sie nie ist­niał jesz­cze tak dłu­go. Glo­ria za­ło­ży­ła go ze swo­im part­ne­rem Ri­char­dem Al­la­nem na li­czą­cej dzie­więć­dzie­siąt sześć hek­ta­rów far­mie po­ło­żo­nej w po­bli­żu Cham­bly. O fun­da­cji wie­le się w tam­tym okre­sie mó­wi­ło w me­diach lo­kal­nych, kra­jo­wych i mię­dzy­na­ro­do­wych, bo wła­śnie wte­dy tra­fi­ła do Fau­ny pew­na wy­jąt­ko­wa gru­pa szym­pan­sów.

W tam­tym cza­sie by­łem jed­nym z ty­się­cy mło­dych stu­den­tów bio­lo­gii, któ­rzy, za­in­spi­ro­wa­ni przez kil­ka sław­nych po­sta­ci (Jane Go­odall, Dian Fos­sey, Da­vi­da At­ten­bo­ro­ugh), zro­bi­li­by do­słow­nie wszyst­ko, żeby móc pra­co­wać z mał­pa­mi człe­ko­kształt­ny­mi. Ma­rzy­li­śmy o ba­da­niu oran­gu­ta­nów, go­ry­li, bo­no­bo i szym­pan­sów, któ­re więk­szość z nas wi­dzia­ła do­tąd je­dy­nie w zoo albo na kar­tach „Na­tio­nal Geo­gra­phic”. Dla­te­go kie­dy po raz pierw­szy do­wie­dzia­łem się o azy­lu Fau­na, nie mo­głem w to uwie­rzyć. Czy­ta­jąc o tym miej­scu, utwier­dza­łem się w prze­ko­na­niu, że to moje oso­bi­ste Shan­gri-La. Wy­obraź­cie so­bie: moż­li­wość ob­ser­wo­wa­nia szym­pan­sów na żywo, w do­dat­ku w po­bli­żu naj­bar­dziej ele­ganc­kie­go i po­cią­ga­ją­ce­go mia­sta Ka­na­dy, wsku­tek cze­go od­pa­da­ła ko­niecz­ność fun­do­wa­nia so­bie sa­mo­bój­czej wy­pra­wy do znaj­du­ją­cych się gdzieś w Afry­ce Środ­ko­wej da­le­kich la­sów desz­czo­wych (taką ewen­tu­al­ność roz­wa­ża­łem przez krót­ki czas, kie­dy by­łem dużo młod­szy – do chwi­li, kie­dy na pod­sta­wie kil­ku lek­tur zo­rien­to­wa­łem się, na czym tak na­praw­dę po­le­ga woj­na do­mo­wa).

Nie wie­dzia­łem, dla­cze­go szym­pan­sy zo­sta­ły prze­trans­por­to­wa­ne do Fau­ny ze swo­je­go domu w sta­nie Nowy Jork. Nie mia­łem po­ję­cia, co tam prze­ży­ły ani z ja­ki­mi trud­no­ścia­mi mu­sia­ły się bo­ry­kać, ad­ap­tu­jąc się do ży­cia na ka­na­dyj­skiej far­mie, gdzie mia­ły spę­dzić eme­ry­tu­rę. Wie­dzia­łem tyl­ko, że chcę z nimi pra­co­wać. Z per­spek­ty­wy cza­su czu­ję lek­ki nie­po­kój, kie­dy uświa­da­miam so­bie, jak ego­istycz­ne po­bud­ki mną kie­ro­wa­ły.

Nie­ste­ty, spra­wy po­to­czy­ły się zu­peł­nie in­a­czej, niż pla­no­wa­łem, i w koń­cu nie zo­sta­łem wo­lon­ta­riu­szem. Wkrót­ce za­pro­po­no­wa­no mi inną pra­cę – tak­że i to za­ję­cie wy­da­wa­ło mi się speł­nie­niem ma­rzeń. Po stu­diach spę­dzi­łem rok w dżun­glach Su­ri­na­mu, w pół­noc­nej czę­ści ama­zoń­skie­go lasu desz­czo­we­go, gdzie ba­da­łem dzi­kie gro­ma­dy ka­pu­cy­nek czu­ba­tych. Choć nie są za­li­cza­ne do małp człe­ko­kształt­nych, to ze wzglę­du na ich in­te­li­gen­cję i fakt, że po­słu­gu­ją się pry­mi­tyw­ny­mi for­ma­mi na­rzę­dzi, ka­pu­cyn­ki okre­śla się mia­nem szym­pan­sów No­we­go Świa­ta. Zo­sta­łem za­trud­nio­ny przez Uni­wer­sy­tet Flo­ry­dy, fi­nan­so­wa­ny ze środ­ków Na­ro­do­wej Fun­da­cji Na­uki (Na­tio­nal Scien­ce Fo­un­da­tion) i Fun­da­cji Le­akey (Le­akey Fo­un­da­tion). Speł­ni­ły się moje ma­rze­nia, sku­pi­łem się na pra­cy, a szym­pan­sy z Fau­ny sta­ły się dla mnie od­le­głym wspo­mnie­niem.

Prze­skocz­my te­raz dzie­sięć lat do przo­du i do­rzuć­my jesz­cze re­zy­gna­cję z ka­rie­ry na­uko­wej oraz fakt, że zo­sta­łem pi­sa­rzem… i oto sie­dzę w sa­mo­cho­dzie Glo­rii, usi­łu­je­my wy­do­stać się wresz­cie z Mont­re­alu, a ja sta­ram się w ja­kiś spo­sób po­go­dzić nie­szcze­gól­nie atrak­cyj­ny wi­ze­ru­nek tej ko­bie­ty, któ­ry po­wstał w moim umy­śle, z rze­czy­wi­stą wer­sją, któ­rą mam obok sie­bie.

Ste­reo­typ ko­bie­ty, któ­ra po­świę­ca ży­cie ra­to­wa­niu zwie­rząt, to za­dzi­wia­ją­co spój­na kli­sza kul­tu­ro­wa. Taką oso­bę czę­sto okre­śla się mia­nem sza­lo­nej ko­cia­ry, czy­li wa­riat­ki o wy­jąt­ko­wo mało atrak­cyj­nej po­wierz­chow­no­ści, któ­rej obłęd w żad­nym wy­pad­ku nie ogra­ni­cza się do ob­se­syj­ne­go pra­gnie­nia ży­cia wśród se­tek ko­tów. Ta­kie ko­bie­ty po­włó­czą no­ga­mi, ze­wnętrz­na część ich dło­ni nosi śla­dy licz­nych za­dra­pań, a w fał­dach ich zwy­kle dość sze­ro­kich tu­nik za­wsze moż­na zna­leźć przy­najm­niej czte­ry oca­lo­ne przez nie isto­ty. To cho­dzą­ca de­spe­ra­cja pra­gną­ca bez­wa­run­ko­wej mi­ło­ści – a na taki układ jest w sta­nie pójść tyl­ko bez­dom­ne zwie­rzę. Może się to wy­da­wać okrut­ne, ale kie­dy wsia­da­łem do je­epa, by­łem przy­go­to­wa­ny na spo­tka­nie z taką wła­śnie oso­bą. Mia­łem wte­dy wresz­cie zo­ba­czyć Glo­rię, po dzie­się­ciu la­tach od pierw­szej pró­by na­wią­za­nia z nią kon­tak­tu.

Glo­ria w ni­czym nie przy­po­mi­na sza­lo­nej ko­cia­ry. Ni­ska, o peł­nych kształ­tach, z wło­sa­mi w ko­lo­rze ciem­ny blond spię­ty­mi klam­rą – oka­zu­je się roz­bra­ja­ją­co atrak­cyj­na. Ma opa­lo­ną twarz, de­li­kat­ny ma­ki­jaż i in­te­li­gent­ny uśmiech. Wy­glą­da na bar­dzo wy­spor­to­wa­ną, z jej ra­mion i bar­ków pro­mie­niu­je siła oso­by, któ­rej nie­ob­ce są tru­dy pra­cy fi­zycz­nej. Ma na so­bie ele­ganc­ki be­żo­wy top, dżin­sy, któ­re wy­glą­da­ją na dro­gie, czar­ne san­da­ły i oku­la­ry z ciem­ną opraw­ką: szy­kow­ny strój, któ­ry od­wra­ca uwa­gę od jej wie­ku (oko­ło pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat), po­cho­dze­nia (ro­bot­ni­cza ro­dzi­na z Qu­ebe­cu) i środ­ka trans­por­tu (za­ku­rzo­ny jeep prze­siąk­nię­ty za­pa­cha­mi far­my). Wciąż błą­dzi­my, sta­ra­jąc się wy­je­chać z mia­sta, a Glo­ria opo­wia­da mi o wpły­wie prze­by­wa­nia w nie­wo­li na psy­chi­kę zwie­rząt. Za­czy­nam wi­dzieć w niej ko­bie­tę uwię­zio­ną mię­dzy dwo­ma zu­peł­nie wy­klu­cza­ją­cy­mi się świa­ta­mi – to samo moż­na by zresz­tą po­wie­dzieć o sza­lo­nej ko­cia­rze.

– To jak w Ska­za­nych na Shaw­shank – mówi, opi­su­jąc pro­ble­my, z któ­ry­mi bo­ry­ka­ją się ura­to­wa­ne przez nią zwie­rzę­ta. – Co robi bi­blio­te­karz, kie­dy w koń­cu uda­je mu się uciec z wię­zie­nia? Po­peł­nia sa­mo­bój­stwo. – Glo­ria skrę­ca gwał­tow­nie w pra­wo i wjeż­dża­my na za­tło­czo­ną au­to­stra­dę. – Na­resz­cie. A-20. – Do­da­je gazu. – Je­ste­śmy wol­ni!

Na far­mie

W cią­gu pięt­na­stu mi­nut do­cie­ra­my do du­że­go skrzy­żo­wa­nia, któ­re są­sia­du­je z ogrom­nym te­re­nem, daw­niej peł­nią­cym funk­cję pa­stwi­ska, a te­raz prze­kształ­co­nym w przy­pra­wia­ją­cą o za­wrót gło­wy me­tro­po­lię zło­żo­ną z su­per­mar­ke­tów, kin, re­stau­ra­cji i par­kin­gów. Chwi­lę póź­niej mknie­my przed sie­bie przy­jem­ną wiej­ską dro­gą, oto­czo­ną po­la­mi ku­ku­ry­dzy i lu­cer­ny. Od cza­su do cza­su po­ja­wia­ją się po­je­dyn­cze domy, za któ­ry­mi roz­cią­ga­ją się roz­le­głe pola i pa­stwi­ska. Ko­lej­ny skręt, na­stęp­na, jesz­cze spo­koj­niej­sza dro­ga wi­ją­ca się przy far­mach i sta­rych sto­do­łach – i wresz­cie do­cie­ra­my do celu, z dala od miej­skiej wrza­wy i zgieł­ku. Do­jeż­dża­my do bia­łe­go ogro­dze­nia, któ­re wy­glą­da tak, jak­by zo­sta­ło tu prze­nie­sio­ne w 1890 roku pro­sto zza za­chod­niej gra­ni­cy. Glo­ria zwal­nia, a ja po raz pierw­szy mam oka­zję obej­rzeć jej dom, któ­ry na naj­bliż­szych kil­ka mie­się­cy sta­nie się tak­że moim.

Duży wiej­ski bu­dy­nek, w któ­rym miesz­ka­ją Glo­ria i Ri­chard, jest czę­ścio­wo za­sło­nię­ty drze­wa­mi, ale na tyle wi­docz­ny, że­bym mógł do­strzec jego sie­lan­ko­wy wy­gląd: dwu­spa­do­wy dach i ko­lum­no­wą we­ran­dę. Na nie­wiel­kim pa­stwi­sku na lewo od pod­jaz­du od­po­czy­wa­ją w cie­niu dwie lamy o kre­mo­wym fu­trze. Za nimi kil­ka ko­złów le­ni­wie sku­bie tra­wę.

Zbli­ża­my się do domu, a żwir zgrzy­ta pod ko­ła­mi sa­mo­cho­du. Kie­dy Glo­ria do­jeż­dża do bra­my i opusz­cza szy­bę, sły­szę sza­leń­cze szcze­ka­nie psów – praw­do­po­dob­nie ca­łej sfo­ry. Z nie­wiel­kiej staj­ni wy­nu­rza­ją się na­gle dwa wspa­nia­łe ko­nie: pierw­szy kary, o sier­ści z lek­kim sre­brzy­stym po­ły­skiem, bia­ły­mi skar­pet­ka­mi i bia­łą strzał­ką na py­sku, a dru­gi, nie­co wyż­szy, to wspa­nia­ły gnia­dosz o lśnią­cej czar­nej grzy­wie. Ko­nie pod­cho­dzą nie­co bli­żej i wi­dzę, że ten kary, któ­ry lek­ko ku­le­je, musi mieć już swo­je lata.

– To Je­th­ro i McLe­od. Przy­szły się przy­wi­tać – mówi Glo­ria. – Eey­ore też po­wi­nien się tu gdzieś krę­cić.

Na­gle za­uwa­żam za staj­nią sza­re­go osła. Stoi bez ru­chu z drżą­cy­mi usza­mi i bacz­nie ob­ser­wu­je na­sze­go je­epa. Wy­glą­da, jak­by wła­śnie przy­stą­pił do in­wi­gi­la­cji, gro­ma­dząc dane na te­mat na­sze­go ak­tu­al­ne­go miej­sca po­by­tu po to, żeby za­raz prze­ka­zać je zło­żo­ne­mu z osłów od­dzia­ło­wi ude­rze­nio­we­mu. Nig­dy nie czu­łem się swo­bod­nie w to­wa­rzy­stwie osłów. Przez chwi­lę roz­wa­żam, czy nie wspo­mnieć o tym Glo­rii, ale w koń­cu de­cy­du­ję, że na ra­zie le­piej za­cho­wać to dla sie­bie.

– Oto i on – mówi Glo­ria, ma­cha­jąc przez ra­mię do Eey­ore’a. – Nasz zrzę­dli­wy sta­ru­szek.

Ru­sza­my da­lej wzdłuż pod­jaz­du i mi­ja­my nie­wiel­ki par­te­ro­wy bu­dy­nek. To biu­ro Fau­ny – wła­śnie tu, w su­te­re­nie, spę­dzę kil­ka naj­bliż­szych mie­się­cy. Glo­ria je­dzie da­lej, a po na­szej le­wej stro­nie wi­dać pięk­ny staw. Jego po­wierzch­nię prze­mie­rza­ją ro­dzi­ny ka­czek i ber­ni­kli ka­na­dyj­skich, a na skal­nym cy­plu czysz­czą pió­ra dwa ła­bę­dzie. Na środ­ku wzbi­ja się w nie­bo ma­je­sta­tycz­na fon­tan­na, a nie­co da­lej po pły­ciź­nie kro­czy cza­pla siwa, po­lu­ją­ca na żaby i płot­ki.

Na prze­ciw­le­głym brze­gu znaj­du­ją się dwie staj­nie, po­mię­dzy któ­ry­mi stoi trak­tor. Znad roz­sza­la­łe­go ogni­ska pnie się w górę smu­ga czar­ne­go dymu. Od cza­su do cza­su zza pło­mie­ni wy­ła­nia się sa­mo­chód te­re­no­wy wy­ła­do­wa­ny tar­ci­cą. Nad wodą uno­si się ka­ko­fo­nia dźwię­ków: sły­chać huk ko­sia­rek, war­kot piły łań­cu­cho­wej i roz­brzmie­wa­ją­ce echem głu­che ude­rze­nia młot­ka. Na­gle uświa­da­miam so­bie, że Fau­na to coś wię­cej niż zwy­kła far­ma. To miej­sce nie­prze­rwa­nej pra­cy. Od­kąd przy­je­cha­li­śmy, w krót­ko­fa­lów­ce u pasa Glo­rii bez­u­stan­nie trzesz­czą gło­sy jej fran­cu­sko­ję­zycz­nych pra­cow­ni­ków.

Staw od­dzie­la­ją od pod­jaz­du wspa­nia­łe ogro­dy po­prze­ci­na­ne wą­ski­mi alej­ka­mi. Po­śród kwia­tów, któ­re za kil­ka ty­go­dni w peł­ni się roz­wi­ną, stoi kil­ka siel­skich ła­we­czek. Glo­ria zwal­nia przy ma­łej po­la­nie.

Na­szym oczom uka­zu­je się dziw­ny trzy­pię­tro­wy bu­dy­nek, któ­ry zaj­mu­je ja­kieś pół hek­ta­ra. Ota­cza­ją go me­ta­lo­wa siat­ka i elek­trycz­ne ogro­dze­nie, wsku­tek cze­go przy­po­mi­na wię­zie­nie o za­ostrzo­nym ry­go­rze. Nad wej­ściem do­bu­do­wa­ny zo­stał dziw­ny okra­to­wa­ny bal­kon. Ale to nie on jest naj­bar­dziej za­ska­ku­ją­cą czę­ścią tej bu­dow­li. Nie­ty­po­wa jest przede wszyst­kim przy­po­mi­na­ją­ca sze­ro­ką ryn­nę kon­struk­cja, któ­ra się­ga dru­gie­go pię­tra i cią­gnie się w stro­nę sta­wu, któ­ry przed chwi­lą mi­nę­li­śmy. Kon­struk­cję tę ota­cza sta­lo­wa kra­ta i wspie­ra­ją po­tęż­ne fi­la­ry, któ­re wzno­szą się na po­nad czte­ry me­try. Wy­glą­da to jak ja­kieś po­sta­po­ka­lip­tycz­ne ustroj­stwo prze­nie­sio­ne z pla­nu Mad Maxa.

Nie mam cza­su za­py­tać o to Glo­rii, bo ona wska­zu­je tym­cza­sem na pra­wo, gdzie w gąsz­czu su­ma­ków stoi im­po­nu­ją­ca sta­lo­wa klat­ka. Wiel­ko­ścią przy­po­mi­na sza­fę na ubra­nia: ma dwa me­try wy­so­ko­ści i pół­to­ra me­tra sze­ro­ko­ści. Z boku przy­twier­dzo­na zo­sta­ła nie­wiel­ka me­ta­lo­wa skrzyn­ka z dziu­rą u góry. We­wnątrz klat­ki wisi na za­rdze­wia­łych łań­cu­chach sta­ra opo­na. To wszyst­ko wy­da­je się żyw­cem wy­ję­te ze śre­dnio­wiecz­ne­go lo­chu.

Glo­ria nie mówi nic na te­mat klat­ki. Po pro­stu prze­jeż­dża­my obok niej w mil­cze­niu. Prze­ta­cza­my się z hu­kiem przez drew­nia­ny mo­stek i wresz­cie Glo­ria par­ku­je sa­mo­chód przed do­mem szym­pan­sów.

– Pa­mię­taj – uprze­dza, wy­sia­da­jąc z je­epa – dzi­siaj jest sza­lo­ny dzień. – Otwie­ra bra­mę z siat­ki dru­cia­nej. – W tym ty­go­dniu jest peł­nia księ­ży­ca, więc wszyst­kim tro­chę od­bi­ja.

Czu­ję lek­kie za­sko­cze­nie. Nie spo­dzie­wa­łem się, że Glo­ria za­bie­rze mnie do środ­ka już pierw­sze­go dnia. W chwi­li, gdy sta­je­my przed drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, do­cie­ra do mnie na­gle, że mó­wiąc o „wszyst­kich”, wca­le nie mia­ła na my­śli swo­ich pra­cow­ni­ków.

Ty­dzień peł­ni księ­ży­ca

Wbrew temu, cze­go się spo­dzie­wa­łem, pierw­szą rze­czą, któ­ra zwra­ca moją uwa­gę po wej­ściu do domu szym­pan­sów, nie jest wca­le za­pach – od­py­cha­ją­cy odór kom­po­stu, mo­czu i kału, któ­ry z pew­no­ścią bu­dzi od­ru­chy wy­miot­ne u nie­któ­rych od­wie­dza­ją­cych. Nie jest nią też pa­nu­ją­ca tu du­cho­ta, kom­plet­nie ab­sur­dal­na, zwa­żyw­szy na po­ło­że­nie far­my.

Nie. Pierw­szą rze­czą, jaką za­uwa­żam, jest dreszcz stra­chu, któ­ry czu­ję na ple­cach, kie­dy Glo­ria pro­wa­dzi mnie ciem­nym ko­ry­ta­rzem. To nic no­we­go: przy­po­mi­nam so­bie, jak czu­łem się pod­czas kil­ku pierw­szych sa­mot­nych wę­dró­wek po dżun­glach Su­ri­na­mu, uzbro­jo­ny je­dy­nie w ma­cze­tę, któ­ra mia­ła mnie chro­nić przed całą chma­rą dra­pież­ni­ków gra­su­ją­cych po tam­tej­szym le­sie desz­czo­wym. Ale prze­cież to nie Su­ri­nam i mimo draż­nią­ce­go odo­ru i pa­nu­ją­cej tu du­cho­ty nie krą­żą tu żad­ne groź­ni­ce nie­me czy ja­gu­ary. Dla­te­go za­czy­nam mieć wąt­pli­wo­ści: czy to aby na pew­no  m ó j  strach?

W mia­rę jak po­su­wa­my się na­przód, za­czy­na stop­nio­wo na­ra­stać prze­dziw­ny dźwięk: wy­da­je się, że ktoś wle­cze po zie­mi coś wiel­kie­go i pu­ste­go w środ­ku.

Glo­ria od­wra­ca się w moją stro­nę.

– A te­raz re­gu­la­min – mówi. – Po pierw­sze: zdej­mij ma­ry­nar­kę. Im więk­szy się wy­da­jesz, tym więk­sze sta­no­wisz za­gro­że­nie. Po dru­gie: je­steś wy­so­ki, więc mu­sisz przy­kuc­nąć. Po trze­cie: nie stój zbyt bli­sko mnie. One źle to zin­ter­pre­tu­ją. Nie kon­tro­lu­ją tego: po pro­stu czu­ją strach. Po czwar­te: pod żad­nym po­zo­rem nie prze­kra­czaj czer­wo­nych li­nii na­ma­lo­wa­nych na pod­ło­dze. Nie zna­la­zły się tu bez po­wo­du. Wierz mi, je­śli znaj­dziesz się po dru­giej stro­nie li­nii, będą pró­bo­wa­ły cię po­chwy­cić.

– Co to za ha­łas?

– Ko­mi­tet po­wi­tal­ny. – Glo­ria się uśmie­cha. – Wie­dzą już, że przy­je­cha­łeś.

Idzie­my da­lej. Dziw­ny dźwięk, któ­ry wcze­śniej sły­sza­łem, przy­bie­ra na sile. Na­gle roz­le­ga się przed nami gwał­tow­ny huk. Roz­brzmie­wa echem w ca­łym bu­dyn­ku, a coś nie­zwy­kle twar­de­go ude­rza moc­no w sta­lo­wą ścia­nę. Sta­ję jak wry­ty. Za­pa­da nie­na­tu­ral­na ci­sza. Przez chwi­lę nic nie za­głu­sza świer­go­tu pta­ków. Ale po kil­ku se­kun­dach zno­wu sły­szę ten sam huk, a po nim ko­lej­ny i ko­lej­ny. W tej chwi­li wiem już na pew­no: może na po­cząt­ku wy­czu­wa­łem cu­dzy strach, ale te­raz nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że sam się boję. Cały bu­dy­nek wy­peł­nia dud­nie­nie. Ce­men­to­we ścia­ny zda­ją się drżeć pod na­po­rem ha­ła­su.

– To ty­dzień peł­ni księ­ży­ca – tłu­ma­czy Glo­ria mię­dzy ko­lej­ny­mi fa­la­mi ude­rzeń. – Wszy­scy są w świet­nym hu­mo­rze.

My­ślę o ma­cze­cie i o tym, jak do­brze by­ło­by mieć ją te­raz przy so­bie. My­ślę o tych dzie­więt­na­sto­wiecz­nych od­kryw­cach, któ­rzy nie chcie­li wejść do Kon­go bez ar­se­na­łu bro­ni w oba­wie, że za­ata­ku­ją ich mor­der­cze be­stie okre­śla­ne jako ki­vi­li-chim­pen­ze (w ban­tu ozna­cza to „prze­śmiew­cę”). Pe­wien ba­dacz zbu­do­wał so­bie na­wet klat­kę w środ­ku dżun­gli, któ­ra mia­ła mu po­zwo­lić bez­piecz­nie ob­ser­wo­wać szym­pan­sy. Do­pie­ro od 1960 roku, kie­dy to mło­da Jane Go­odall wkro­czy­ła do tan­zań­skie­go lasu desz­czo­we­go w to­wa­rzy­stwie swo­jej mat­ki, kul­tu­ra Za­cho­du za­czę­ła stop­nio­wo wy­zby­wać się ir­ra­cjo­nal­ne­go lęku przez szym­pan­sem.

Ła­two po­wie­dzieć – my­ślę w mo­men­cie, w któ­rym po­nad wrza­wą roz­le­ga się inny dźwięk: cha­rak­te­ry­stycz­ne dla szym­pan­sa sa­pa­nie i po­hu­ki­wa­nie. Z po­cząt­ku nad­cho­dzi nie­po­strze­że­nie, w for­mie ni­skich dźwię­ków, tak jak­by ktoś głę­bo­ko wdy­chał i wy­dy­chał po­wie­trze. Po­hu­ki­wa­nie po­wo­li na­ra­sta, sta­je się co­raz szyb­sze, gło­śniej­sze, wde­chy ro­bią się krót­sze, a wy­de­chy dłuż­sze, hu-hu, hu-hu, hu-hu… aż wresz­cie osią­ga­ją punkt kul­mi­na­cyj­ny w se­kwen­cji hi­ste­rycz­nych, nie­mal ludz­kich wrza­sków. Dreszcz stra­chu prze­cho­dzi przez cały mój krę­go­słup i czu­ję go te­raz na szyi. Dzwo­ni mi w uszach. Na­gle za­pa­da ci­sza. Pta­ki. Szu­ra­nie. Ude­rze­nia. Ryk. Skrę­cam w ślad za Glo­rią i wi­dzę przed sobą ko­bie­tę.

Stoi ple­ca­mi do nas, skła­da­jąc po­ściel na wy­so­kiej ster­cie wy­pra­nych rze­czy. Na­gle do­strze­ga mnie ką­tem oka, za­czy­na dy­go­tać i wy­da­je okrzyk prze­ra­że­nia. Jej głos za­głu­sza na chwi­lę ło­mot i wrza­ski, a na zie­mię spa­da góra prze­ście­ra­deł. Chwi­lę póź­niej, kie­dy ko­bie­ta zda­je so­bie spra­wę, do ja­kie­go ga­tun­ku na­le­żę, ła­pie się za klat­kę pier­sio­wą, od­chy­la gło­wę do tyłu i w hi­ste­rycz­nym pa­rok­sy­zmie po fran­cu­sku dzię­ku­je Bogu za to, że ura­to­wał jej ży­cie.

– My­śla­łam… że jed­ne­mu z szym­pan­sów uda­ło się uciec – mówi, le­d­wo ła­piąc od­dech. – My­śla­łam, że je­steś szym­pan­sem.

I wte­dy go do­strze­gam. Nad ra­mie­niem ko­bie­ty skła­da­ją­cej pra­nie, za Glo­rią: po­tęż­ne czar­ne cia­ło mio­ta­ją­ce się tam i z po­wro­tem za ścia­ną sta­lo­wych krat.

– Chodź, po­znasz Bin­ky’ego – mówi Glo­ria, ma­cha­jąc do mnie. – Wszyst­ko w po­rząd­ku. Na­praw­dę, nie ma się cze­go bać. Chodź, po­znasz Ko­le­sia.

Spo­śród wszyst­kich dra­ma­tycz­nych mo­men­tów i no­wych po­cząt­ków, któ­re roz­gry­wa­ły się na far­mie Fau­na, nie­wie­le może się rów­nać z tym, co wy­da­rzy­ło się pew­ne­go chłod­ne­go wrze­śnio­we­go dnia w 1997 roku, kie­dy pierw­si człon­ko­wie no­wej ro­dzi­ny Glo­rii zja­wi­li się w azy­lu.

Póź­nym ran­kiem przed fun­da­cją Fau­na za­par­ko­wał czar­ny pick-up ho­lu­ją­cy zwy­kłą z po­zo­ru przy­cze­pę dla koni. To była dłu­ga po­dróż. Roz­po­czę­ła się jesz­cze przed świ­tem w gó­rach Ra­ma­po, oko­ło go­dzi­ny dro­gi na pół­noc od No­we­go Jor­ku. Ale dla zwie­rząt znaj­du­ją­cych się we­wnątrz przy­cze­py przy­by­cie do Fau­ny ozna­cza­ło kres dużo dłuż­szej i trud­niej­szej po­dró­ży, któ­ra za­ję­ła całe ich ży­cie.

W przy­cze­pie znaj­do­wa­ło się sie­dem mło­dych szym­pan­sów. Jesz­cze tego ran­ka sta­no­wi­ły wła­sność Uni­wer­sy­te­tu No­wo­jor­skie­go i żyły w La­bo­ra­to­rium Chi­rur­gii i Me­dy­cy­ny Do­świad­czal­nej Po­świę­co­ne­mu Ba­da­niom nad Na­czel­ny­mi (La­bo­ra­to­ry for Expe­ri­men­tal Me­di­ci­ne and Sur­ge­ry in Pri­ma­tes, LEM­SIP). Jako obiek­ty ba­dań bio­me­dycz­nych, zwie­rzę­ta te mia­ły za sobą dłu­gie lata bólu i cier­pie­nia. W tym cza­sie peł­ni­ły funk­cję pro­bó­wek do ba­dań nad nę­ka­ją­cy­mi lu­dzi cho­ro­ba­mi. Szym­pan­sy zo­sta­ły ode­bra­ne mat­kom do­słow­nie kil­ka dni po uro­dze­niu. Trzy­ma­no je w cia­snych klat­kach, cza­sem w cał­ko­wi­tej izo­la­cji. Po­bie­ra­no im krew, pod­da­wa­no je in­wa­zyj­nym ope­ra­cjom i eks­pe­ry­men­tom z wi­ru­sa­mi. Nie­któ­re mał­py nie­mal co ty­dzień po­zba­wia­no przy­tom­no­ści, apli­ku­jąc im za­strzy­ki ze środ­kiem usy­pia­ją­cym.

Kie­dy tam­te­go ran­ka przy­cze­pa do­tar­ła wresz­cie na pod­jazd Fau­ny, na zwie­rzę­ta cze­kał cał­kiem spo­ry ko­mi­tet po­wi­tal­ny: od tej pory od­po­wie­dzial­ność za ich los spo­czy­wa­ła wy­łącz­nie na bar­kach Glo­rii Grow.

W cią­gu ko­lej­nych kil­ku mie­się­cy do tych sied­miu szym­pan­sów do­łą­czy­ło osiem na­stęp­nych, tak­że prze­trans­por­to­wa­nych z LEM­SIP – wie­le z nich było dużo star­szych i bar­dziej do­świad­czo­nych przez los. Nie­któ­re za­ka­żo­no róż­ny­mi szcze­pa­mi ludz­kie­go wi­ru­sa nie­do­bo­ru od­por­no­ści, na­zy­wa­ne­go też HIV: pro­wa­dzo­no na nich ba­da­nia, któ­re mały na celu opra­co­wa­nie szcze­pion­ki prze­ciw AIDS. Kie­dy zwie­rzę­ta te do­tar­ły do Fau­ny, sta­ły się pierw­szy­mi na świe­cie se­ro­po­zy­tyw­ny­mi szym­pan­sa­mi z la­bo­ra­to­riów ba­daw­czych, któ­re prze­szły na eme­ry­tu­rę i tra­fi­ły do azy­lu.

Z bie­giem lat do­łą­czy­ły do nich ko­lej­ne czte­ry mał­py z po­bli­skich ogro­dów zoo­lo­gicz­nych. Od tam­te­go cza­su sze­ściu człon­ków tej róż­no­rod­nej ro­dzi­ny zmar­ło. W chwi­li mo­je­go przy­jaz­du fun­da­cja Fau­na jest do­mem dla trzy­na­stu szym­pan­sów. Wszyst­kie mają po­ka­le­czo­ną psy­chi­kę, a w nie­któ­rych przy­pad­kach tak­że or­ga­nizm, ze wzglę­du na to, jak dużą część swo­je­go ży­cia spę­dzi­ły jako obiek­ty ba­dań bio­me­dycz­nych albo po pro­stu dla­te­go, że prze­by­wa­ły za­mknię­te w cia­snych klat­kach. Tu­taj spę­dzą eme­ry­tu­rę. To ich wła­sne Shan­gri-la. A dzię­ki po­mo­cy Glo­rii ich rany za­czy­na­ją się stop­nio­wo za­bliź­niać.

Ko­leś

Bin­ky, zna­ny też jako Ko­leś, przy­po­mi­na bok­se­ra skrzy­żo­wa­ne­go z gim­na­sty­kiem. Ma wspa­nia­łą czar­ną sierść i jest mu­sku­lar­nym, moc­no zbu­do­wa­nym szym­pan­sem o śred­niej wa­dze. Ma wy­dat­ny tors, z jego ra­mion ema­nu­je siła, uda przy­po­mi­na­ją tło­ki, a nad­garst­ki i kost­ki są grub­sze od mo­jej szyi. Mimo to wła­ści­wa ar­ty­stom lek­kość, z jaką ko­ły­sze swo­je po­tęż­ne ciel­sko i scho­dzi z plat­for­my, na któ­rej sie­dział jesz­cze przed chwi­lą – znaj­du­ją­cej się na środ­ku bocz­nej ścia­ny jego po­ko­ju – na­da­je Bin­ky’emu wy­gląd ele­ganc­kie­go akro­ba­ty, któ­ry łą­czy w so­bie siłę i gra­cję. Zbli­żam się do nie­go z ma­ry­nar­ką owi­nię­tą wo­kół pasa, ku­ca­jąc w dzi­wacz­ny spo­sób i upew­nia­jąc się, czy nie prze­kra­czam wy­ma­lo­wa­nych na pod­ło­dze czer­wo­nych li­nii. Przy­cho­dzi mi na­gle do gło­wy, że nie­wie­le zwie­rząt na­zwa­no kie­dy­kol­wiek w rów­nie nie­od­po­wied­ni spo­sób jak to wspa­nia­łe stwo­rze­nie, któ­re mam przed sobą.

Bin­ky wpa­tru­je się we mnie, a ja w nie­go. Od razu wi­dzę, że będę miał do nie­go sła­bość. Mał­py z Su­ri­na­mu nig­dy nie pa­trzy­ły na mnie w taki spo­sób (le­d­wo re­je­stro­wa­ły moją obec­ność), a szym­pan­sy wi­dzia­łem do­tąd tyl­ko w ogro­dach zoo­lo­gicz­nych, gdzie sta­ra­ją się za wszel­ką cenę igno­ro­wać ob­ser­wu­ją­cych je lu­dzi. Bin­ky jed­nak wy­trzy­mu­je moje spoj­rze­nie. Co wię­cej, od­wza­jem­nia je. W przy­pad­ku więk­szo­ści na­czel­nych pa­trze­nie w oczy uzna­wa­ne jest za groź­bę – nie do­ty­czy to jed­nak szym­pan­sów. Do­brze, że zre­zy­gno­wa­łem z ma­rzeń o ka­rie­rze pry­ma­to­lo­ga: to praw­dzi­we bło­go­sła­wień­stwo, że tej wspa­nia­łej chwi­li nie ska­zi­ła per­spek­ty­wa na­ukow­ca. Sta­je­my na­prze­ciw sie­bie jako dwie mał­py człe­ko­kształt­ne, któ­re się so­bie przy­glą­da­ją, mie­rzą wzro­kiem, być może za­sta­na­wia­jąc się, co my­śli ta dru­ga – tro­chę jak dwie oso­by, któ­re mają zo­stać współ­lo­ka­to­ra­mi.

Ogrom­ne wra­że­nie robi na mnie pięk­no Bin­ky’ego, fakt, że nie wi­dać po nim żad­nych oznak cier­pie­nia. Wspo­mi­nam o tym Glo­rii.

– Bin­ky miał naj­wię­cej szczę­ścia spo­śród wszyst­kich miesz­ka­ją­cych tu szym­pan­sów – tłu­ma­czy. – Spę­dził z mat­ką trzy peł­ne mie­sią­ce, za­nim go po­chwy­co­no. – Glo­ria wy­cią­ga rękę i de­li­kat­nie głasz­cze jego po­tęż­ne pal­ce. Bin­ky nie spusz­cza mnie z oczu. – Do­pie­ro nie­daw­no za­czął wy­ry­wać so­bie wło­sy.

Po­miesz­cze­nie, w któ­rym prze­by­wa Bin­ky, jest sze­ro­kie na dwa me­try i tak samo wy­so­kie. Znaj­du­ją się tu przy­po­mi­na­ją­ce strych dru­gie pię­tro i tro­je roz­su­wa­nych drzwi: dwo­je z tyłu i jed­ne w su­fi­cie – wszyst­kie otwar­te. Po na­szej stro­nie krat stoi wó­zek ugi­na­ją­cy się pod je­dze­niem. To iście we­ge­ta­riań­ska uczta: leżą tu jabł­ka, grusz­ki, sa­ła­ta, ogór­ki, czer­wo­na i żół­ta pa­pry­ka, po­mi­do­ry, pory, ziem­nia­ki, ce­bu­le i nie­zli­czo­ne bu­tel­ki wody. Tuż nad wóz­kiem do­strze­gam dziu­rę w kra­tach, na tyle sze­ro­ką, żeby szym­pans mógł prze­ło­żyć przez nią rękę. „To okien­ko”, tłu­ma­czy Glo­ria. Na zie­mi znaj­du­je się ko­lej­na czer­wo­na li­nia. Glo­ria zde­cy­do­wa­nie ją prze­kro­czy­ła, ale ja trzy­mam się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, ja­kiś metr za nią.

Glo­ria zdej­mu­je ze sto­ją­ce­go za nami wóz­ka nie­wiel­ki po­jem­nik, a Bin­ky na­tych­miast za­czy­na wo­ka­li­zo­wać: Au! Au! Au! To ra­do­sne po­stę­ki­wa­nia szym­pan­sa pod­eks­cy­to­wa­ne­go na wi­dok je­dze­nia. Przy­kła­da usta do klat­ki i wy­sta­wia przez kra­ty dol­ną war­gę. Wy­glą­da to tak, jak­by roz­wi­jał mi­nia­tu­ro­wy dy­wan.

– Jego mat­ka zmar­ła w la­bo­ra­to­rium w No­wym Mek­sy­ku – tłu­ma­czy Glo­ria, po ko­lei ukła­da­jąc wi­ta­mi­no­we żel­ki na war­dze Bin­ky’ego. – Mia­ła na imię Min­ky, a jego przy­rod­nia sio­stra Inky. Brat Bin­ky’ego miesz­ka na Flo­ry­dzie. Zgad­nij, jak się na­zy­wa.

– Din­ky? Stin­ky?

– Pump­kin – mówi Glo­ria. – Jego brat na­zy­wa się Pump­kin.

Kie­dy słu­cham, jak Bin­ky żuje – jego po­stę­ki­wa­nia są te­raz nie­co stłu­mio­ne, ale nadal ro­bią wra­że­nie – uświa­da­miam so­bie, że prze­sta­łem się bać. W miej­sce stra­chu po­ja­wi­ło się inne uczu­cie. Nie wiem, jak je opi­sać. Nie cho­dzi tu do koń­ca o roz­cza­ro­wa­nie. Ani o smu­tek. Chy­ba po pro­stu za­wsze wy­obra­ża­łem so­bie, że moje pierw­sze spo­tka­nie z szym­pan­sem poza ogro­dem zoo­lo­gicz­nym od­bę­dzie się na od­lu­dziu, w bez­kre­snym afry­kań­skim le­sie desz­czo­wym, w Kon­go albo na Wy­brze­żu Ko­ści Sło­nio­wej. A tym­cza­sem je­stem na ka­na­dyj­skiej pro­win­cji, do­słow­nie dzie­sięć mi­nut dro­gi od skle­pu Tom­my’ego Hil­fi­ge­ra i Urban Pla­net.

W domu szym­pan­sów roz­brzmie­wa echem ko­lej­ny ogłu­sza­ją­cy wrzask. Ten ha­łas od­ry­wa na chwi­lę moją uwa­gę od Bin­ky’ego. Wy­czu­wam wo­kół sie­bie ja­kieś za­mie­sza­nie.

– Tom­mie! – krzy­czy Glo­ria. – Gdzie je­steś, wiel­ko­lu­dzie? Chodź się przy­wi­tać!

Pod­no­szę wzrok i wi­dzę wszę­dzie wo­kół po­tęż­ne czar­ne cia­ła – tło­czą się w gó­rze, za kra­ta­mi, prze­my­ka­ją po ścia­nach klat­ki po mo­jej le­wej i pra­wej stro­nie, zer­ka­ją z za­cie­ka­wie­niem przez okra­to­wa­ne okna. Dom szym­pan­sów wy­glą­da te­raz jak ry­su­nek Esche­ra, któ­ry na­gle ożył: sur­re­ali­stycz­ny dzie­dzi­niec peł­ny nie­moż­li­wych do przej­ścia scho­dów, za­mu­ro­wa­nych bal­ko­nów, ukry­tych bocz­nych drzwi i lin pro­wa­dzą­cych do­ni­kąd. Na pierw­szy rzut oka moż­na by po­my­śleć, że pod wpły­wem dzia­ła­nia ja­kiejś ta­jem­ni­czej siły ewo­lu­cja ule­gła tu dziw­ne­mu za­krzy­wie­niu, a ro­dzi­na zwie­rząt łu­dzą­co po­dob­nych do szym­pan­sów za­miesz­ka­ła w miej­scu, któ­re przy­po­mi­na wil­got­ny las desz­czo­wy wy­peł­nio­ny dra­bin­ka­mi i kry­jów­ka­mi. Tyl­ko wszech­obec­ne sta­lo­we prę­ty zdra­dza­ją rze­czy­wi­stą, prze­ra­ża­ją­cą lo­gi­kę tego miej­sca.

Czu­ję na so­bie ich wzrok. Je­stem in­tru­zem.

Glo­ria wy­sy­pu­je sześć wi­ta­mi­no­wych że­lek na wy­cią­gnię­tą dłoń Bin­ky’ego. Szym­pans wpy­cha je so­bie do ust, a jego stę­ka­nie prze­kształ­ca się w hi­ste­rycz­ne pi­ski ra­do­ści. Ze­ska­ku­je z plat­for­my i wy­bie­ga z po­miesz­cze­nia na czte­rech ła­pach, prze­ci­ska­jąc swo­je ma­syw­ne cia­ło przez drzwi i nie prze­sta­jąc po­pi­ski­wać z za­do­wo­le­nia.

– To dziw­ne, że zo­stał – mówi Glo­ria. – Zwy­kle nie to­le­ru­je ob­cych.

Ty­dzień peł­ni księ­ży­ca.

Przez ko­lej­ne trzy go­dzi­ny krą­ży­my po domu szym­pan­sów, któ­re­go miesz­kań­cy stop­nio­wo się ujaw­nia­ją: Re­gis, cu­krzyk, któ­ry nie chce przyj­mo­wać in­su­li­ny; Je­th­ro, wszę­do­byl­ski sa­miec alfa, wy­stę­pu­ją­cy jako roz­jem­ca we wszyst­kich kłót­niach; Sue El­len, eme­ryt­ka, któ­rej w mło­do­ści wy­bi­to zęby za po­mo­cą dłu­ta i młot­ka; Pep­per, naj­lep­sza przy­ja­ciół­ka Sue El­len i jej pro­tek­tor­ka, nie­zwy­kle in­te­li­gent­na i cier­pią­ca na po­twor­ną klau­stro­fo­bię; Chan­ce, któ­ra pierw­szych pięć lat ży­cia spę­dzi­ła w kom­plet­nej izo­la­cji; Pe­tra, lo­kal­na spe­cja­list­ka od ucie­czek; Yoko, naj­mniej­szy z szym­pan­sów, ale w głę­bi du­szy praw­dzi­wy wo­jow­nik; Toby, Spock i Maya, szym­pan­sy z ogro­du zoo­lo­gicz­ne­go, któ­re z ca­łych sił sta­ra­ją się do­sto­so­wać do za­ło­gi z LEM­SIP; i wresz­cie Tom, mą­dry sta­ru­szek, wy­ba­wi­ciel Glo­rii i naj­słyn­niej­szy szym­pans Fau­ny.

Po­po­łu­dnie upły­wa nam po­śród ło­mo­tów, wrza­sków i nie­spo­dzie­wa­nych mo­men­tów ci­szy. Oko­ło pią­tej po po­łu­dniu, kie­dy Glo­ria przy­ga­sza świa­tła, je­stem kom­plet­nie wy­koń­czo­ny. Nie mam po­ję­cia, czy za­li­czy­łem spraw­dzian. Nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od czer­wo­nych li­nii na zie­mi, ru­szam po­wo­li w mro­ku, z po­wro­tem w stro­nę pral­ni.

Na­gle klat­ka po mo­jej le­wej stro­nie za­czy­na gwał­tow­nie ło­mo­tać. Prze­ra­żo­ny rzu­cam się w tył, a nie­ca­ły metr ode mnie osza­la­ła szym­pan­si­ca wali za­pa­mię­ta­le w kra­ty, ude­rza sto­pa­mi o stal. Bum! Bum! Bum! Wy­da­je się, że jesz­cze chwi­la i uda jej się prze­do­stać na dru­gą stro­nę. Zwró­ciw­szy na sie­bie uwa­gę, gwał­tow­nie pusz­cza kra­ty, opa­da na czte­ry łapy, prze­bie­ga na dru­gą stro­nę po­miesz­cze­nia i wali pię­ścią w sta­lo­we drzwi. Bum! Ma na­stro­szo­ną sierść, wy­da­je się ogrom­na i wca­le nie jest sen­na. Ude­rzyw­szy w drzwi, nie­spo­dzie­wa­nie koń­czy swo­ją de­mon­stra­cję. Sia­da ple­ca­mi do mnie, jak gdy­by nig­dy nic. U jej stóp leży para po­strzę­pio­nych plu­sza­ków – wy­glą­da­ją na go­ry­le. Je­dy­ną po­zo­sta­ło­ścią po wy­bu­chu, któ­ry miał przed chwi­lą miej­sce, jest jej gwał­tow­ne trzę­są­ca się gło­wa.

– Och, Ra­chel, ko­cha­nie – mówi ła­god­nie Glo­ria. – Ra­chel, naj­droż­sza. Moje ko­cha­nie.

Wy­my­kam się stam­tąd, wra­ca­jąc tą samą dro­gą, któ­rą przy­sze­dłem.

Zihuatanejo, Quebec

Nie dla nie­go ła­god­ne ko­lo­ry lasu,wy­bla­kłe zie­le­nie i brą­zy sple­cio­ne.

JANE GO­ODALL, Vi­sions of Ca­li­ban

Za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa

Na­stęp­ne­go ran­ka moja po­dróż do świa­ta szym­pan­sów za­czy­na się od od­pra­wy, pod­czas któ­rej po­zna­ję za­sa­dy bez­pie­czeń­stwa. Cyn­di, kie­row­nicz­ka biu­ra, przed­sta­wia mi „Ko­deks po­stę­po­wa­nia na far­mie Fau­na – za­da­nia i obo­wiąz­ki”. Wrę­cza mi ko­mór­kę, krót­ko­fa­lów­kę oraz li­stę nu­me­rów alar­mo­wych.

– Czer­wo­ny alarm może ozna­czać dwie rze­czy: albo szym­pans wy­do­stał się na wol­ność, albo zo­stał za­ata­ko­wa­ny czło­wiek. Praw­do­po­do­bień­stwo, że któ­ryś z tych przy­pad­ków za­ist­nie­je w rze­czy­wi­sto­ści, jest bar­dzo, bar­dzo małe. Mimo to za­wsze mu­sisz być na to go­to­wy.

Po po­twier­dze­niu czer­wo­ne­go alar­mu włą­cza się sy­re­na, któ­ra dzia­ła po­dob­nie jak alarm lot­ni­czy i roz­brzmie­wa z gło­śni­ków w domu szym­pan­sów oraz cen­trum in­for­ma­cyj­nym. Ogłu­sza­ją­cy dźwięk sły­chać wie­le ki­lo­me­trów da­lej. Kie­dy sy­gnał zo­sta­nie uru­cho­mio­ny, sys­tem au­to­ma­tycz­nie łą­czy się z nu­me­rem 911, stra­żą po­żar­ną, po­li­cją, kli­ni­ką we­te­ry­na­ryj­ną Ri­char­da oraz do­ma­mi sióstr Glo­rii w po­bli­skiej miej­sco­wo­ści Cham­bly.

– Kie­dy usły­szysz dźwięk sy­re­ny – tłu­ma­czy Cyn­di – masz tyl­ko je­den obo­wią­zek: opu­ścić far­mę tak szyb­ko, jak to moż­li­we.

W tym mo­men­cie za­czy­nam so­bie wy­obra­żać swo­ją uciecz­kę przez lasy ota­cza­ją­ce far­mę. W od­da­li wyje sy­re­na, ga­łę­zie sma­ga­ją mnie po twa­rzy, a bie­gną­ce na czte­rech ła­pach wid­mo dep­cze mi po pię­tach i – wy­ra­sta przede mną w spo­koj­nej śle­pej ulicz­ce w osie­dlu znaj­du­ją­cym się nie­da­le­ko Fau­ny. Sta­ram się wy­tłu­ma­czyć swój po­płoch dzie­ciom gra­ją­cym na uli­cy w ho­ke­ja oraz oj­com my­ją­cym sa­mo­cho­dy. „Sz-sz-sz-szym­pans – pró­bu­ję wy­du­sić. – Sz-sz-sz-szym­pans!”

– A je­śli nie uda mi się uciec?

– Cho­wasz się.

– Gdzie?

– Je­że­li je­steś w biu­rze, scho­waj się w ga­ra­żu. Je­że­li je­steś na ze­wnątrz, wejdź do wody. Je­że­li je­steś w domu szym­pan­sów… – Cyn­di za­czy­na się śmiać.

– Dla­cze­go się śmie­jesz?

– No cóż, tam po pro­stu nie ma się gdzie scho­wać.

Po­bli­ska szko­ła otrzy­ma­ła in­for­ma­cję, że teo­re­tycz­nie uciecz­ka szym­pan­sów nie jest wy­klu­czo­na. W po­cząt­ko­wym okre­sie ist­nie­nia far­my na­uczy­cie­le, chcąc utrzy­mać uczniów i pra­cow­ni­ków szko­ły w sta­nie pod­wyż­szo­nej go­to­wo­ści, or­ga­ni­zo­wa­li prób­ną ewa­ku­ację co kil­ka mie­się­cy. Żeby uświa­do­mić so­bie, jak to wy­glą­da­ło, wy­star­czy so­bie wy­obra­zić po­dob­ne ćwi­cze­nia przed se­zo­nem tor­nad gdzieś w rol­ni­czej Okla­ho­mie, tyle że za­miast cho­wać się pod ław­ka­mi, ucznio­wie tło­czą się w schow­ku w pra­cow­ni pla­stycz­nej lub w za­mknię­tej sali gim­na­stycz­nej, któ­rej drzwi bro­ni sa­mot­ny do­zor­ca z mo­pem w ręku.

Cyn­di prze­su­wa po sto­le w moim kie­run­ku kart­kę pa­pie­ru. Nie mo­gła wy­brać bar­dziej nie­od­po­wied­nie­go mo­men­tu – to oświad­cze­nie o zrze­cze­niu się wszel­kich rosz­czeń w sy­tu­acji, w któ­rej po­niósł­bym ja­ki­kol­wiek uszczer­bek na zdro­wiu. Kie­dy pod­pi­su­ję do­ku­ment zwal­nia­ją­cy Glo­rię i fun­da­cję Fau­na z ja­kiej­kol­wiek od­po­wie­dzial­no­ści praw­nej zwią­za­nej z tym, co się może ze mną stać, do mo­ich uszu do­bie­ga wrzask.

– To nic – mówi Cyn­di, do­strze­ga­jąc mój wy­raz twa­rzy. – Po­cze­kaj, aż usły­szysz to w środ­ku nocy.

Dom wa­ria­tów

Glo­ria zbli­ża się do pod­jaz­du w wóz­ku gol­fo­wym, któ­rym za­wsze po­ru­sza się po far­mie. Przy jed­nym uchu ma te­le­fon ko­mór­ko­wy, przy dru­gim krót­ko­fa­lów­kę. Jed­no­cze­śnie pro­wa­dzi roz­mo­wę z ubra­nym w nie­bie­ski ki­tel męż­czy­zną w wie­ku oko­ło sześć­dzie­się­ciu pię­ciu lat, sto­ją­cym koło pick-upa z włą­czo­nym sil­ni­kiem. To Ri­chard Al­lan, part­ner Glo­rii oraz wła­ści­ciel jed­nej z naj­lep­szych kli­nik we­te­ry­na­ryj­nych w oko­li­cy. Każ­de­go ran­ka, za­nim wy­ru­szy do pra­cy, od­wie­dza szym­pan­sy i mel­du­je się w biu­rze.

Kie­dy pod­cho­dzę, Ri­chard pa­trzy na mnie obo­jęt­nie, jak gdy­by już o mnie sły­szał, ale tak na­praw­dę nie wie­rzył w moje ist­nie­nie.

– No więc – za­czy­na – jak dłu­go za­mie­rzasz tu zo­stać?

– Ri­chard… – mówi z wy­rzu­tem Glo­ria.

– Żar­tu­ję. – Ri­chard po­da­je mi rękę i cie­pło się uśmie­cha. – Se­rio. Wi­taj na far­mie. Po pro­stu chcia­łem się zo­rien­to­wać, jak bę­dzie wy­glą­dał na­stęp­ny ra­chu­nek za prąd.

– Ri­chard, pro­szę…

– Prze­cież to był żart – uci­na Ri­chard i pusz­cza do mnie oko. – W koń­cu mamy lato. Ra­chun­ki za prąd i tak są ni­skie.

Po tych sło­wach wsia­da do pick-upa i od­jeż­dża do kli­ni­ki, w któ­rej cze­ka go dłu­gi dzień pra­cy. Nie­spo­dzie­wa­nie za biu­rem wy­bu­cha trud­na do opi­sa­nia wrza­wa – sły­chać peł­ny unie­sie­nia klan­gor, przy­po­mi­na­ją­cy od­gło­sy, ja­kie mógł­by wy­da­wać pułk klau­nów. Po chwi­li para ol­brzy­mich ła­bę­dzi wy­pa­da zza za­krę­tu. Bie­gną wprost na mnie z roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi i sze­ro­ko, ostrze­gaw­czo otwar­ty­mi dzio­ba­mi. Kie­dy je­stem już pe­wien, że za­raz przy­pusz­czą na mnie atak, opusz­cza­ją skrzy­dła i sa­do­wią się na tra­wie.

– Oto Je­kyll i Hyde – mówi Glo­ria. – Po­tra­fią bar­dzo za­zdro­śnie strzec swo­je­go te­ry­to­rium, szcze­gól­nie w po­bli­żu biu­ra, więc le­piej miej się na bacz­no­ści. W po­rząd­ku, wska­kuj. I tak już je­steś spóź­nio­ny do pra­cy.

Wsia­dam do wóz­ka, a Glo­ria wci­ska gaz do de­chy.

*

W chwi­li gdy wcho­dzi­my do domu szym­pan­sów, za­uwa­żam, że spo­śród odo­ru, któ­ry tam pa­nu­je, prze­bi­ja się przy­jem­na woń. Za­pach ten ma w so­bie ja­kiś po­zy­tyw­ny ła­du­nek, przy­po­mi­na mi dzie­ciń­stwo.

Dzi­wacz­ny po­ran­ny ry­tu­ał trwa w naj­lep­sze. Nie wi­dzę żad­nych szym­pan­sów, ale sły­szę ten sam tu­pot i od­głos wle­cze­nia cze­goś po zie­mi, któ­ry przy­wi­tał mnie po­przed­nie­go dnia. Drzwi do jed­ne­go z po­miesz­czeń są otwar­te na oścież, a w środ­ku stoi ko­bie­ta. Ma oko­ło czter­dzie­stu pię­ciu lat, ubra­na jest w wy­bla­kły T-shirt, dżin­so­wą spód­ni­cę, żół­te rę­ka­wi­ce i czar­ne ka­lo­sze. W rę­kach trzy­ma prze­my­sło­wą, wy­so­ko­ci­śnie­nio­wą myj­kę, u jej stóp leży zwi­nię­ty w spi­ra­lę gru­by gu­mo­wy wąż. Ko­bie­ta opry­sku­je wodą ław­kę, na któ­rej wczo­raj sie­dział Bin­ky. Wy­glą­da jak na wpół sza­lo­na stra­żacz­ka to­czą­ca bój z wy­ima­gi­no­wa­nym pło­mie­niem. My­dla­ny, brą­zo­wy szlam spły­wa wzdłuż ścia­ny i peł­znie w kie­run­ku od­le­głej stu­dzien­ki.

Przez tę od­ra­ża­ją­cą falę brnie inna pra­cow­ni­ca, praw­do­po­dob­nie w wie­ku trzy­dzie­stu sze­ściu lat, ubra­na w krót­kie spoden­ki, prze­po­co­ny bez­rę­kaw­nik i prze­my­sło­we gu­mo­we ka­lo­sze. Pcha trzy wóz­ki wy­peł­nio­ne nie­do­je­dzo­ny­mi owo­ca­mi, zmiaż­dżo­ny­mi wa­rzy­wa­mi, po­roz­ry­wa­ny­mi pa­pie­ro­wy­mi tor­ba­mi, zgnie­cio­ny­mi pa­pie­ro­wy­mi kub­ka­mi oraz bu­tel­ka­mi po wo­dzie. Po chwi­lo­wych trud­no­ściach (dwa wóz­ki mają chy­bo­tli­we kół­ka) do­star­cza ła­du­nek do ko­lej­ki in­nych zde­ze­lo­wa­nych wóz­ków i chla­piąc na wszyst­kie stro­ny, od­cho­dzi w głąb ko­ry­ta­rza. W tym sa­mym mo­men­cie do­strze­gam ko­lej­ny, mkną­cy za nią wó­zek – tym ra­zem po­ru­sza­ją­cy się bez ni­czy­jej po­mo­cy, jak gdy­by zo­stał wpra­wio­ny w ruch przez nie­wi­dzial­ną rękę. Sły­szę krzyk i stłu­mio­ny przez wodę huk. Po­je­dyn­czy po­mi­dor wy­ta­cza się z ko­ry­ta­rza.

– Maya! – wrzesz­czy ko­bie­ta, któ­ra pro­wa­dzi­ła wó­zek. – Już pra­wie wszyst­ko go­to­we!

Ką­tem oka do­strze­gam dłu­gą, owło­sio­ną rękę zni­ka­ją­cą w le­d­wie wi­docz­nym okien­ku w okra­to­wa­niu.

W kuch­ni stoi trze­cia, star­sza niż po­zo­sta­łe ko­bie­ta. Opie­ra się o mar­mu­ro­wy blat i ubi­ja coś w sta­lo­wej mi­sie. Od cza­su do cza­su zer­ka w kie­run­ku sta­re­go te­le­wi­zo­ra po­kaź­nych roz­mia­rów, w któ­rym bez gło­su leci te­le­no­we­la. Ko­bie­ta nie zwra­ca uwa­gi na pa­nu­ją­ce wo­kół za­mie­sza­nie. Za­cho­wu­je się, jak­by była tu sama, jak­by znaj­do­wa­ła się w spo­koj­nej wiej­skiej kuch­ni i mia­ła tyl­ko oglą­dać se­ria­le. Na pły­cie ku­chen­nej do­strze­gam źró­dło ko­ją­ce­go za­pa­chu: czte­ry for­my do cia­sta peł­ne świe­żo upie­czo­nych ba­be­czek – przy­pusz­czam, że jabł­ko­wo-cy­na­mo­no­wych.

Wy­da­je się, że w miej­scu, w któ­rym za­trud­nio­nych jest je­dy­nie ośmio­ro peł­no­eta­to­wych pra­cow­ni­ków, czter­dzie­ści osiem ba­be­czek to do­syć dużo. Ko­lej­ne są jesz­cze w pie­kar­ni­ku. Czy ktoś ob­cho­dzi dzi­siaj uro­dzi­ny? A może Fau­na or­ga­ni­zu­je wy­prze­daż cia­stek?

– Gdy­by tyl­ko mo­gła, Pe­tra zja­dła­by całą bla­chę! – krzy­czy Glo­ria.

Pe­tra to szym­pan­si­ca.

Glo­ria za­pa­la ka­dzi­dło Nag Cham­pa, prze­no­sząc mnie z kra­iny dzie­ciń­stwa pro­sto do in­dyj­skiej aśra­my.

– Wiem, że to brzmi, jak­by­śmy byli cał­kiem za­moż­ni: kil­ka małp człe­ko­kształt­nych je­dzą­cych ba­becz­ki pro­sto z pie­kar­ni­ka. Ale po­myśl: je­dy­ną rze­czą, któ­ra może się wy­da­wać  m n i e j  na­tu­ral­na, jest to, skąd te zwie­rzę­ta do nas przy­je­cha­ły.

Glo­ria zo­sta­wia za­pa­lo­ne ka­dzi­dło na sta­rym drew­nia­nym pie­cu, któ­ry ra­zem z bla­tem-wy­spą wy­zna­cza gra­ni­cę po­mię­dzy prze­strze­nią dla lu­dzi i szym­pan­sów. Po dru­giej stro­nie znaj­du­je się okra­to­wa­nie z okien­ka­mi, po­czą­tek świa­ta szym­pan­sów, dro­bia­zgo­wo wy­ty­czo­ny przez czer­wo­ne li­nie na pod­ło­dze i la­bi­rynt sta­lo­wych krat się­ga­ją­cych su­fi­tu.

Glo­ria przed­sta­wia mnie swo­im pra­cow­nicz­kom. Ko­bie­ta z myj­ką to jej młod­sza sio­stra Lin­da. Ta, któ­ra wła­śnie wró­ci­ła z wóz­kiem wid­mem, to Kim, za­trud­nio­na na peł­ny etat za­rząd­czy­ni domu szym­pan­sów. A pie­kar­ka to mat­ka Kim, któ­ra co śro­dę ze swo­je­go domu w Kan­to­nach Wschod­nich jeź­dzi na za­ku­py po ty­go­dnio­wy za­pas po­traw­ki, ma­ka­ro­nów oraz naj­róż­niej­szych wy­pie­ków dla szym­pan­sów.

– Masz ocho­tę na ba­becz­kę? – pyta mnie mama Kim.

– Masz ocho­tę przy­go­to­wać lunch? – do­da­je Kim.

Lin­da za­trza­sku­je drzwi do po­miesz­cze­nia, któ­re wła­śnie umy­ła, i za­my­ka je na kłód­kę. Na­stęp­nie trzy­krot­nie ją szar­pie, żeby się upew­nić, czy na pew­no za­mknę­ła po­miesz­cze­nie. Rzu­ca myj­kę na pod­ło­gę, zdej­mu­je rę­ka­wi­ce i wy­cią­ga rękę w moim kie­run­ku.

– Wi­taj w domu wa­ria­tów – mówi.

Wszyst­kie szym­pan­sy w Fau­nie zma­ga­ją się z mniej­szy­mi lub więk­szy­mi za­bu­rze­nia­mi psy­chicz­ny­mi. Okre­śla­nie ich azy­lu mia­nem „domu wa­ria­tów” może wy­da­wać się więc nie­sto­sow­ne. Ale nie moż­na za­po­mi­nać, że od kil­ku lat każ­dy po­ra­nek Lin­dy upły­wa na szo­ro­wa­niu i po­rząd­ko­wa­niu prze­strze­ni oso­bi­stej na­le­żą­cej do osob­ni­ków in­ne­go ga­tun­ku. Zbie­ra tony ko­ców i dzie­cię­cych za­ba­wek, któ­rych wy­gląd po­zwa­la przy­pusz­czać, że po­cho­dzą nie z tego świa­ta. Zdra­pu­je za­schnię­te łaj­no ze ścian i zmy­wa pół­płyn­ny sto­lec z pod­ło­gi, kie­dy zwie­rzę­ta cho­ru­ją na bie­gun­kę. Na do­brą spra­wę Lin­da jest w peł­ni wy­świę­co­ną oby­wa­tel­ką świa­ta – a praw­do­po­dob­nie rów­nież naj­zna­mie­nit­szą do­zor­czy­nią. W tym mo­men­cie każ­dy cen­ty­metr jej cia­ła, oprócz frag­men­tów za­kry­tych przez rę­ka­wicz­ki i ubra­nie, jest po­kry­ty płyn­ny­mi mał­pi­mi fe­ka­lia­mi. Wy­da­je mi się, że de­cy­du­jąc się na uży­cie sfor­mu­ło­wa­nia „dom wa­ria­tów”, mo­gła kie­ro­wać do sa­mej sie­bie de­li­kat­ne upo­mnie­nie – tkwi­ło w tych sło­wach nie­wy­po­wie­dzia­ne przy­pusz­cze­nie, że w rze­czy­wi­sto­ści to  o n a, prze­by­wa­jąc na far­mie, mu­sia­ła wpaść w obłęd. Oczy­wi­ście, kie­dy szym­pan­sy po­pa­da­ły w obłęd, nie mia­ły na to żad­ne­go wpły­wu.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl, to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl, ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70 e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: tel. 504 564 092, 605 955 550irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl, agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013Wy­da­nie I