Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 214 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szyderstwo i przemoc - Albert Cossery

 

 

Egipt, lata 60. Miasto pod rządami tyrana, nadętego idioty, wydającego irracjonalne dekrety. Śmiertelnie poważni rewolucjoniści, którzy próbują go pokonać przemocą, aktami terroru. I grupa outsiderów stawiających władzy przewrotny opór: zamiast siłą wolą posługiwać się szyderstwem i kpiną. Konstruktor latawców, dandys, który ma tylko jeden garnitur, handlarz analfabeta i nauczyciel wpajający dzieciom, by nie słuchały dorosłych, zawiązują spisek: publikują w gazecie listy obsypujące oprawców pochwałami, urządzają publiczną zbiórkę pieniędzy na pomnik gubernatora, rozklejają plakaty z peanem ku czci despoty. Ich uwielbienie dla władzy przekracza granice absurdu. Jaki skutek mogą wywołać takie działania? Czy nie przyniosą eskalacji konfliktu i kolejnych ofiar? O co tak naprawdę chodzi w tej rewolucji na opak? Cossery analizuje mechanizmy buntu i podporządkowania, pokazuje, jak drwina może stać się narzędziem walki z uciskiem i jak nadmierna powaga rządzących i rewolucjonistów niepostrzeżenie obraca się w błazenadę. Jego satyra, choć napisana pół wieku temu, nie straciła nic ze swej aktualności.

 

 

Szyderstwo i przemoc” wydaje się komedią, jednak przywodzi na myśl przede wszystkim thrillery polityczne Grahama Greene'a albo mroczne, ironiczne, moralnie niejednoznaczne filmy Luisa Bunuela i Alaina Resnais'go.

„The Nation"

 

Ta cierpka satyra piecze jak tropikalne słońce.

„The Guardian"

 

Nazwisko Cossery'ego powinno być powszechnie znane: oryginalny styl, nieubłagana ironia, wnikliwy obraz świata, w ktorym wszystko jest fałszywe. Szyderstwo i przemoc to arcydzieło.

„The Los Angeles Times"

 

Powieść Cossery'ego to klejnot wyrafinowanego poczucia humoru.

„Le Monde"

 

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czytałem. Wszystkie powieści Cossery'ego mają wyjątkowy, egzotyczny smak, któremu nie można się oprzeć.

Henry Miller

 

Opinie o ebooku Szyderstwo i przemoc - Albert Cossery

Fragment ebooka Szyderstwo i przemoc - Albert Cossery

Al­bert Cos­se­ry

Szy­der­stwo i prze­moc

prze­ło­żył Ma­te­usz Kwa­ter­ko

Se­ria NOWY KA­NON zo­sta­ła przy­go­to­wa­na we współ­pra­cy z „The New York Re­view of Bo­oks”

Cet ouvra­ge, pu­blié dans le ca­dre du Pro­gram­me d’aide à la pu­bli­ca­tion BOY-ŻE­LEŃ­SKI, a bénéfi­cié du so­utien du Se­rvi­ce de Co­opéra­tion et d’Ac­tion Cul­tu­rel­le de l’Am­bas­sa­de de Fran­ce en Po­lo­gne.

Książ­kę wy­da­no dzię­ki do­fi­nan­so­wa­niu Wy­dzia­łu Kul­tu­ry Am­ba­sa­dy Fran­cji w Pol­sce w ra­mach Pro­gra­mu Wspar­cia Wy­daw­ni­cze­go BOY-ŻE­LEŃ­SKI.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: La vio­len­ce et la déri­sion

Co­py­ri­ght © Édi­tions Jo­ël­le Los­feld, 1993, 2000

Co­py­ri­ght © Édi­tions Gal­li­mard, 2005

Przed­mo­wa: Co­py­ri­ght © Jan Gon­do­wicz

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIII

Wy­da­nie I

War­sza­wa

PRZEDMOWA

Tricksterzy

Przed bli­sko pół wie­kiem, w czerw­co­wym nu­me­rze „Kul­tu­ry” z 1965 roku, Je­rzy Stem­pow­ski opo­wie­dział, co zda­rzy­ło się w Bur­sie, tu­rec­kiej mie­ści­nie nad Mo­rzem Mar­ma­ra. Opo­wieść nie róż­ni się wie­le od Ba­śni z ty­sią­ca i jed­nej nocy, gdyż w Bur­sie, zna­nej głów­nie z za­jaz­dów peł­nych „plu­skiew nie­zwy­kłej wiel­ko­ści i siły”, prze­trwa­ła in­sty­tu­cja ulicz­nych nar­ra­to­rów, a owa hi­sto­ria po­cho­dzi z ich re­per­tu­aru.

Rzecz w tym, iż gęsi w Bur­sie pie­kło się zwy­kle w opróż­nio­nym pie­cu chle­bo­wym. Razu pew­ne­go miej­sco­wy kadi, czy­li sę­dzia, prze­cho­dząc obok pie­kar­ni, zwę­szył sma­ko­wi­tą woń. Wbrew opo­rom pie­ka­rza na­ka­zał wy­da­nie gęsi. Wkrót­ce za­wi­tał klient, lecz pie­karz mógł rzec mu tyl­ko, że gęś od­fru­nę­ła w siną dal. Zwy­kłą ko­le­ją rze­czy wy­bu­chła awan­tu­ra. Ze­brał się tłum. Był w nim miej­sco­wy fak­tor. Gdy się na­chy­lił, by zer­k­nąć do pie­ca, pe­cho­wy pie­karz trą­cił go trzon­kiem ło­pa­ty w oko. Na krzyk Żyda rzu­cił się do uciecz­ki. Ali­ści w pę­dzie po­trą­cił na ryn­ku nie­wia­stę, któ­ra upa­dła i po­wi­ła mar­twe dzie­cię. Ści­ga­ny przez jej męża, fak­to­ra i wła­ści­cie­la gęsi wbiegł w wą­ską ulicz­kę. Za­gra­dzał ją osioł. Prze­sko­czył go tak nie­zgrab­nie, że urwał zwie­rzę­ciu ogon. Te­raz na cze­le tłu­mu gnał wła­ści­ciel osła. Wi­dząc otwar­te drzwi, pie­karz wbiegł gdzieś krę­ty­mi scho­da­mi i uj­rzał się na szczy­cie mi­na­re­tu. Stąd już nie było uciecz­ki. Za­czerp­nął tchu i sko­czył. Nie zgi­nął jed­nak, bo na dy­wa­nie u stóp mi­na­re­tu za­ży­wał spo­czyn­ku brat ima­ma, naj­grub­szy czło­wiek w mie­ście. Imam oso­bi­ście ujął mi­mo­wol­ne­go za­bój­cę, któ­ry nie po­niósł szko­dy, i za­wiódł go do ka­die­go. Kadi zaś, syt gę­si­ny, jął z sa­tys­fak­cją roz­trzą­sać ka­zus praw­ny.

Naj­pierw głos za­brał wła­ści­ciel gęsi, lecz nie zdo­łał wy­ka­zać, że po­wie­rzył pta­ka pie­ka­rzo­wi. „Czy przy od­da­wa­niu gęsi pie­ka­rzo­wi nie­zbęd­na jest obec­ność dwóch świad­ków?” „By­najm­niej, ale do skar­że­nia go przed sę­dzią świad­ko­wie są ko­niecz­ni”. Oskar­że­nie zo­sta­ło od­da­lo­ne. Dru­gim był wścib­ski Żyd. Ten usły­szał, że od­po­wie­dzial­ność pie­ka­rza obej­mu­je tyl­ko klien­tów, on zaś wszedł do pie­kar­ni z cie­ka­wo­ści. Męża nie­szczę­snej ko­bie­ty kadi po­wi­tał ora­cją. „Całe mia­sto po­nio­sło tu stra­tę... Stra­ci­li­śmy oby­wa­te­la, za­nim mo­gli­śmy go po­znać”. Wo­bec cze­go w grę wcho­dzi tyl­ko peł­na na­pra­wa krzyw­dy. „Za­rzą­dzam więc, aby pie­karz zro­bił nie­zwłocz­nie żo­nie skar­żą­ce­go nowe dziec­ko”. Po ła­twym do prze­wi­dze­nia wy­co­fa­niu tej skar­gi kadi za­jął się spra­wą osła. Bez tru­du wy­ka­zał, że wła­ści­ciel ta­mu­ją­ce­go ruch czwo­ro­no­ga za­pła­cić wi­nien grzyw­nę. Na­stęp­nie, ro­niąc łzę, wy­słu­chał skar­gi ima­ma. Zmar­ły – oznaj­mił – był ozdo­bą mia­sta, był moim przy­ja­cie­lem... „Na­le­ży się naj­da­lej idą­ce za­dość­uczy­nie­nie. Za­rzą­dzam ni­niej­szym co na­stę­pu­je: pie­karz po­ło­ży się ju­tro w tym sa­mym miej­scu i ro­dzi­na zmar­łe­go, wraz z krew­ny­mi pierw­sze­go i dru­gie­go stop­nia, bę­dzie upraw­nio­na do ska­ka­nia nań z ga­le­rii mi­na­re­tu”.

Opo­wieść o ka­dim, przy­ozdo­bio­na oszczęd­nie ko­lo­ry­tem wschod­nim, jest le­d­wie trzy razy dłuż­sza od po­wyż­sze­go stresz­cze­nia. War­to mieć ją w pa­mię­ci jako eks­trakt li­te­rac­ko­ści orien­tal­nej w sta­nie czy­stym. O jej bla­sku prze­są­dza nie styl mniej lub bar­dziej wy­myśl­ny ani in­try­gu­ją­cy te­mat, lecz punkt przy­ło­że­nia i siła nie­wi­dzial­nej sprę­ży­ny, któ­ra na­pę­dza nar­ra­cję. Fa­bu­ła roz­wi­ja się tu ni­czym jojo, by w chwi­li kul­mi­na­cji zwi­nąć się w spo­sób ty­leż nie­od­par­ty, ile za­ska­ku­ją­cy. To me­cha­nizm bur­le­ski, któ­rej rytm roz­pę­dza sy­tu­ację, aby wresz­cie, się­gnąw­szy ab­sur­du, od­dać na­gro­ma­dzo­ną ener­gię w ru­chu wstecz­nym. Pe­ry­pe­tie moż­na by mno­żyć, lecz ulicz­ny nar­ra­tor z Bur­sy zna mia­rę. Za­do­wa­la się le­d­wie prób­ką dy­na­mi­ki, któ­rą Berg­son w stu­dium o ko­mi­zmie zwał po­stę­pem ko­niecz­nym, by na­rzu­cić ją dru­giej, spe­ku­la­tyw­nej po­ło­wie hi­sto­rii. Na­ra­sta­niu bur­le­ski od­po­wia­da tu ro­sną­ca bez­czel­ność roz­strzy­gnięć praw­nych ka­die­go. Rytm wy­da­rzeń de­ma­sku­je lo­gi­kę orien­tal­ne­go de­spo­ty.

Tej to tra­dy­cji za­wdzię­cza swą świet­ność pi­sar­stwo Al­ber­ta Cos­se­ry’ego. Każ­da z jego ośmiu ksią­żek przy­no­si nie­rów­ną roz­gryw­kę pleb­su z bez­wstyd­ną na orien­tal­ny spo­sób wła­dzą, bur­le­sko­wą go­ni­twę wy­da­rzeń i wiew ab­sur­dal­ne­go hu­mo­ru. Wszyst­ko to przed­sta­wio­ne lek­ko, w au­rze bła­ze­na­dy, z wdzię­kiem, któ­ry osła­dza gorz­ką re­flek­sję. Nie­spra­wie­dli­wość nie do­cze­ka tu kary, świat wy­ka­że de­fi­cyt sen­su, ale pie­czo­ne gęsi pach­ną tak pięk­nie! A stąd war­to żyć, choć­by na czło­wie­ka co dzień ska­kać mia­ła z ga­le­rii mi­na­re­tu cała ro­dzi­na ima­ma.

Ele­men­ty bio­gra­fii Cos­se­ry’ego też trą­cą Ty­sią­cem i jed­ną nocą. Jego ro­dzi­na wy­wo­dzi­ła się z mia­stecz­ka Al-Qu­sayr opo­dal Homs w tu­rec­kiej wów­czas Sy­rii. Gdy pod ko­niec XIX wie­ku oj­ciec przy­szłe­go pi­sa­rza, śred­nio za­moż­ny ku­piec, prze­niósł się do Ka­iru (gdzie Ty­siąc i jed­ną noc spi­sa­no), przy­brał na­zwi­sko Cos­se­ry, uprosz­czo­ne mia­no miej­sca, w któ­rym przy­szedł na świat. Al­bert zaś więk­szość ży­cia spę­dził w Pa­ry­żu, gdzie w swo­im cza­sie Ty­siąc i jed­ną noc pod­da­no eu­ro­pe­iza­cji, tak jak on zeu­ro­pe­izo­wać miał swo­je opo­wie­ści.

Ro­dzi­ce Cos­se­ry’ego byli gre­ko­ka­to­li­ka­mi i z tej ra­cji Al­bert, uro­dzo­ny 3 li­sto­pa­da 1913 roku, tra­fił do je­zu­ic­kie­go ko­le­gium św. Jana de La Sal­le w Alek­san­drii. Był to spo­ry eks­pens, lecz i awans: oj­ciec, le­d­wie pi­śmien­ny, brał do rąk co naj­wy­żej ga­ze­ty, mat­ce anal­fa­bet­ce syn, jak wspo­mi­na, czy­ty­wał na­pi­sy w ki­nie. On sam na­to­miast do­znał wręcz opę­ta­nia kla­sy­ką fran­cu­ską. Jesz­cze po upły­wie trzech czwar­tych stu­le­cia nad ak­tu­al­ną pro­duk­cję li­te­rac­ką przed­kła­dał wy­nio­śle Mo­lie­ra i Ra­ci­ne’a, zaś w wie­ku lat osiem­na­stu po­wziął za­mysł na­pi­sa­nia po raz wtó­ry wier­szy Bau­de­la­ire’a pro­zą. I two­rzyć mógł, jak mó­wił, tyl­ko po fran­cu­sku.

Pod ko­niec lat 30. dru­ko­wał już w ka­ir­skiej pra­sie fran­ko­foń­skiej no­we­le, z któ­rych pięć zło­ży­ło się na tom Les hom­mes oubli­és de Dieu (Lu­dzie za­po­mnia­ni przez Boga, 1939). Rok póź­niej książ­ka ta wy­szła też w Sta­nach. „Ża­den ży­ją­cy au­tor nie opi­sał tak przej­mu­ją­co i tak bez­li­to­śnie ży­cia tych, któ­rzy w ro­dzie ludz­kim two­rzą bez­kre­sny tłum wy­klu­czo­nych” – pi­sał w en­tu­zja­stycz­nej przed­mo­wie Hen­ry Mil­ler. Mało kto wie, że Cos­se­ry na­le­żał w tych la­tach do gru­py ka­ir­skich sur­re­ali­stów Art et li­ber­té, któ­rej prze­wo­dził Geo­r­ges Héne­in, i sy­gno­wał jej an­ty­na­zi­stow­ski Ma­ni­fest Sztu­ki Zde­ge­ne­ro­wa­nej. Nie było to cał­kiem bez­piecz­ne, bo król Fa­ruk ko­chał Hi­tle­ra i Mus­so­li­nie­go, a miał do­cie­kli­wą po­li­cję. To­też po wy­bu­chu woj­ny Cos­se­ry po­sta­no­wił znik­nąć i wy­brał dziw­nym tra­fem po­dob­ny scho­wek, jak nasz Le­opold Tyr­mand: jako star­szy ste­ward pły­wał na ka­bo­ta­żow­cu do Ame­ry­ki i z po­wro­tem. Też nie było to zbyt bez­piecz­ne.

Na stat­ku miał wi­dać czas na pi­sa­nie, bo tuż po wy­zwo­le­niu Pa­ry­ża po­słał wy­daw­cy La ma­ison de la mort cer­ta­ine (Dom pew­nej śmier­ci, 1944). W rok póź­niej zja­wił się z dru­gą po­wie­ścią, Les fa­inéants dans la val­lée fer­ti­le (Le­niu­chy z ży­znej do­li­ny), i moc­nym po­sta­no­wie­niem, by osiąść w Pa­ry­żu na sta­łe. Zna­lazł so­bie lo­kum w Hôtel de la Lo­uisia­ne na skrzy­żo­wa­niu rue de Se­ine z rue Buci i nie ru­szył się stam­tąd przez na­stęp­ne sześć­dzie­siąt trzy lata. Prak­ty­ku­jąc wy­so­ką sztu­kę ży­cia z ni­cze­go, wy­cho­dzić zwykł w po­łu­dnie na ską­py obiad w Bras­se­rie Lipp, wra­cał na sje­stę, a pod wie­czór wy­pusz­czał się do Café de Flo­re i Deux Ma­gots na sa­mot­ni­cze me­dy­ta­cje nad kawą, spo­nad któ­rej „olim­pij­skim wzro­kiem mie­rzył prze­cho­dzą­cą ho­ło­tę”. Sło­wem, wiódł ży­wot nie­jed­ne­go ze swo­ich bo­ha­te­rów, „dan­dy­sów w jed­nym gar­ni­tu­rze”. W swym cia­snym ho­te­lo­wym nu­me­rze nie miał ksią­żek ani dzieł sztu­ki. Gdy któ­ryś z przy­ja­ciół ofia­ro­wał mu coś ta­kie­go, mógł być pe­wien, iż dar na­za­jutrz zo­sta­nie spie­nię­żo­ny na pa­pie­ro­sy lub opła­ce­nie po­ko­ju. Do pi­sa­nia wy­star­czał mu gro­szo­wy dłu­go­pis bic, naj­tań­szy pa­pier – w tym try­bie raz na lat dzie­sięć po­wsta­wa­ła po­wieść.

Miesz­kań­cy Sa­int-Ger­ma­in-des-Prés na­wy­kli do dwu­wy­mia­ro­wej, pro­stej jak stru­na syl­wet­ki, w sta­łych go­dzi­nach su­ną­cej wid­mo­wo wśród tłu­mu tu­ry­stów. Do­pie­ro po śmier­ci pi­sa­rza, 22 czerw­ca 2008 roku, ujaw­ni­ła się luka w pej­za­żu. Z wie­kiem Cos­se­ry upo­dab­niał się co­raz bar­dziej do mu­mii Ram­ze­sa II – zwłasz­cza że prze­szedł pod ko­niec ży­cia ope­ra­cję krta­ni i pra­wie cał­kiem stra­cił głos. Nie pa­mię­ta­no już, że w la­tach czter­dzie­stych miał zwy­czaj krą­żyć uli­ca­mi Dziel­ni­cy Ła­ciń­skiej w to­wa­rzy­stwie Ca­mu­sa, ry­wa­li­zu­jąc z nim w licz­bie po­de­rwa­nych ko­biet. Obaj roz­ta­cza­li bo­wiem ten nie­od­par­ty czar, o ja­kim czy­ta­my w Ca­mu­sow­skim Upad­ku, że „spra­wia, iż od­po­wia­da­ją ci «tak», choć nie za­da­łeś py­ta­nia”. We­dle pew­nych plot­ka­rzy Cos­se­ry chlu­bił się bliż­szą zna­jo­mo­ścią z trze­ma ty­sią­ca­mi ko­biet, „co prze­wyż­sza pria­picz­ną ligę Si­me­no­na”, a się­ga re­kor­du de­ka­denc­kie­go mi­strza for­ni­ka­cji, Pier­re’a Lo­uÿsa. Gdy w koń­cu lat pięć­dzie­sią­tych ta­jem­ni­czy tryb ży­cia pi­sa­rza ścią­gnął uwa­gę CIA, Law­ren­ce Dur­rell za­rę­czył sto­sow­nym czyn­ni­kom, że jego przy­ja­ciel nie ma cza­su na szpie­go­stwo, bo zbyt go zaj­mu­je rżniąt­ka.

Uro­dził się i zmarł w nie­dzie­lę. I ce­nił nade wszyst­ko nie­rób­stwo. „Praw­dzi­we bo­gac­two to żyć bez pra­cy” – oświad­czył dzien­ni­ka­rzo­wi, do­da­jąc z prze­ko­na­niem: „Le­ni­stwo jest nie­zbęd­ne dla re­flek­sji”. Tą siłą sub­wer­syw­ną na­sy­cał wła­sne pi­sar­stwo: „Pi­szę po to, żeby ktoś, kto mnie prze­czy­ta, nie po­szedł na­za­jutrz do ro­bo­ty”. W za­an­ga­żo­wa­nych przy­ja­cio­łach, jak Sar­tre, Vian, Ca­mus, Qu­ene­au, Ro­ger Ni­mier, Lo­uis Gu­il­lo­ux, Ju­liet­te Gréco po­gląd ten wzbu­dzał per­wer­syj­ny dreszcz, zaś ni­hi­li­ści, jak Tza­ra, Gia­co­met­ti czy Ge­net do­strze­ga­li w Cos­se­rym mi­strza. I słusz­nie, bo w swej dziw­nej, jak ktoś po­wie­dział, zmu­mi­fi­ko­wa­nej eg­zy­sten­cji Cos­se­ry był taj­nym agen­tem cha­osu.

„Nie mogę na­pi­sać jed­ne­go zda­nia, żeby nie za­wie­ra­ło ja­kiejś daw­ki bun­tu. Nic poza tym mnie nie in­te­re­su­je. Wciąż wzbu­rza mnie to, co wi­dzę”. Po­sta­cie Cos­se­ry’ego dzie­dzi­czą tę wy­wro­to­wość. We­ge­tu­ją na skra­ju przy­zwo­ite­go spo­łe­czeń­stwa, za­wią­zu­jąc tam, jak mówi an­giel­ski ty­tuł jed­nej z ksią­żek (Un com­plot de sal­tim­ba­nqu­es, 1951), wspa­nia­łą kon­spi­ra­cję prze­ciw ofi­cjal­nej fa­sa­dzie kry­ją­cej prze­moc po­li­ty­ków i pie­nią­dza. Naj­barw­niej­szą może ga­le­rię za­wie­ra La ma­ison de la mort cer­ta­ine: gro­żą­cą za­wa­le­niem ka­mie­ni­cę za­miesz­ku­ją tam bez­ro­bot­ny cie­śla, bez­ro­bot­ny rów­nież mo­tor­ni­czy tram­wa­jów, na­pra­wiacz pry­mu­sów, sprze­daw­ca me­lo­nów, ka­wiar­nia­ny śpie­wak, tre­ser małp, za­mia­tacz ulic i je­dy­ny wśród nich pi­śmien­ny han­dlarz kra­dzio­nych ko­tów, ha­szy­szy­sta, któ­ry – po wy­czer­pa­niu wszel­kich prób ugła­ska­nia ka­mie­nicz­ni­ka – pi­sze list do rzą­du. Ten list jest ar­cy­dzie­łem mi­mo­wol­nej na po­zór sa­ty­ry. Na ty­tu­ło­we gro­no dum­nych że­bra­ków (Men­diants et or­gu­eil­leux, 1955) skła­da­ją się po­eta, kiep­ski rze­mieśl­nik, han­dlarz nar­ko­ty­ków, szpi­cel i pod­upa­dły pro­fe­sor, obec­nie ulicz­ny fi­lo­zof, od któ­re­go od­su­nąć trze­ba po­dej­rze­nie, iż na nar­ko­ty­ko­wym gło­dzie za­mor­do­wał pro­sty­tut­kę.

Wszyst­ko to przy­po­mi­na po tro­sze Na dnie Gor­kie­go i Świa­tła cy­ga­ne­rii Val­le-In­c­lána z ich pa­mięt­nym dia­lo­giem po­li­cjan­ta z po­etą:

„Po­li­cjant: Pań­ski za­wód?

Po­eta: Zwol­nio­ny.

Po­li­cjant: Gdzie pan przed­tem pra­co­wał?

Po­eta: Nig­dzie.

Po­li­cjant: Po­wie­dział pan, że jest pan zwol­nio­ny.

Po­eta: Zwol­nio­ny ze sta­no­wi­ska czło­wie­ka wol­ne­go i pta­ka-piew­cy. Czyż nie je­stem sta­le prze­śla­do­wa­ny, wię­zio­ny, po­ni­ża­ny, re­wi­do­wa­ny i prze­słu­chi­wa­ny?

Po­li­cjant: Miej­sce za­miesz­ka­nia?

Po­eta: Uli­ca Ba­star­dil­los. Pa­łac!

Po­li­cjant: Moja żona, kie­dy jesz­cze nie była moją żoną, wy­naj­mo­wa­ła man­sar­dę w tej ru­de­rze.

Po­eta: Gdzie ja miesz­kam, tam za­wsze jest pa­łac”1.

Po­dej­rza­ny z ra­cji sa­me­go ist­nie­nia po­eta jest tu wła­śnie bez­błęd­nie wy­ty­po­wa­nym agen­tem cha­osu, czyn­ni­kiem de­sta­bi­li­za­cji spo­łecz­ne­go ładu. Jego od­po­wied­nik u Cos­se­ry’ego sta­no­wić mogą zde­kla­so­wa­ny in­te­li­gent, ak­tu­al­nie do­li­niarz (Les co­uleurs de l’in­fa­mie; Bar­wy in­fa­mii, 1999), sfru­stro­wa­ny tę­sk­no­tą za Pa­ry­żem stu­dent (Un com­plot de sal­tim­ba­nqu­es) lub, jak w Szy­der­stwie i prze­mo­cy (1964), gro­szo­wy ren­tier i zło­wiesz­czo per­fid­ny dan­dys, któ­ry gro­ma­dzi wo­kół sie­bie spi­skow­ców: mło­de­go kon­struk­to­ra la­taw­ców, do­bro­dusz­ne­go kup­ca i zgorzk­nia­łe­go na­uczy­cie­la. Ów Hey­kal jest może ide­al­nym wcie­le­niem in­ten­cji swe­go twór­cy. Mon­tu­je bo­wiem spi­sek szy­der­ców, przy­go­to­wu­ją­cych prze­wrót po­przez wy­drwie­nie ty­ra­na. Drwi­na za­wie­ra się zaś w tak mon­stru­al­nych po­chleb­stwach, że prze­dzierz­ga­ją się one we wła­sne prze­ci­wień­stwo. To­też w po­sta­ci Hey­ka­la ob­ja­wia się naj­peł­niej pew­ne ge­ne­ral­ne od­kry­cie, dzię­ki któ­re­mu pi­sar­stwo Cos­se­ry’ego prze­kra­cza ho­ry­zont spraw egip­skich czy sze­rzej bli­skow­schod­nich i wkra­cza w do­me­nę mitu.

W roku 1949 Jo­seph Camp­bell wy­od­ręb­nił w książ­ce Bo­ha­ter o ty­siącu twa­rzy pe­wien wą­tek mi­tycz­ny kul­tur in­diań­skich Ame­ry­ki Pół­noc­nej. Jest nim trick­ster (sza­chraj, prze­che­ra) w po­sta­ci ko­jo­ta, za­ją­ca lub kru­ka, am­bi­wa­lent­na isto­ta pół­bo­ska bę­dą­ca siew­cą nie­ła­du. W Opo­wie­ściach Wi­gwa­mów Czar­nych Stóp sta­no­wi on „po­łą­cze­nie sła­bo­ści i siły, mą­dro­ści i sza­leń­stwa”, któ­re za spra­wą swych pod­stę­pów, wy­mie­rzo­nych prze­ciw bo­gom i ich pro­te­go­wa­nym, po­zwa­la po­jąć, że świat stwo­rzo­ny zo­stał w spo­sób wiel­ce nie­do­sko­na­ły, a to, co sta­no­wi przed­miot po­wszech­nej wia­ry, jest w isto­cie ko­micz­ne i bez­sil­ne. Tego ro­dza­ju fi­gu­ry zna też mi­to­lo­gia Za­cho­du: pod pew­ny­mi wzglę­da­mi na­le­żą do nich Her­mes i Ulis­ses, ger­mań­ski Loki, cel­tyc­ko-szek­spi­row­ski Puk, Lis Re­nart ze śre­dnio­wiecz­ne­go folk­lo­ru (Re­ine­ke-lis Go­ethe­go), a na­wet nie­tz­sche­ań­ski Za­ra­tu­stra.

Co nie mniej waż­ne, ta­kie po­sta­cie co­raz to wy­zie­ra­ją z li­te­ra­tu­ry, zwłasz­cza pod­da­nej po­li­tycz­nym opre­sjom. Od Ła­zi­ka z Tor­me­su w in­kwi­zy­cyj­nej Hisz­pa­nii przez Dyla So­wi­zdrza­ła w wal­czą­cych o wol­ność Ni­der­lan­dach, Chle­sta­ko­wa w mi­ko­ła­jow­skiej Ro­sji i Her­sza z Ostro­po­la w Ro­sji ostat­nich Ro­ma­no­wów po Szwej­ka w dniach pierw­szej woj­ny świa­to­wej, Fe­lik­sa Krul­la w po­wo­jen­nym cha­osie, Ni­ko­de­ma Dyz­mę w cza­sach wiel­kie­go kry­zy­su czy Osta­pa Ben­de­ra w re­aliach wcze­sno­so­wiec­kiej Ro­sji ple­bej­scy i po­dej­rza­ni bo­ha­te­ro­wie de Co­ste­ra, Go­go­la, Ha­ška, To­ma­sza Man­na, Ilfa i Pie­tro­wa bądź Do­łę­gi-Mo­sto­wi­cza idą przez ży­cie ta­necz­nym kro­kiem, la­wi­ru­jąc płyn­nie wśród za­gro­żeń zdol­nych zmiaż­dżyć wszyst­kich in­nych. Trick­ste­rów tych nie spo­sób uznać za po­sta­ci po­zy­tyw­ne, lecz bu­dzą po­dziw nad­przy­ro­dzo­ną zręcz­no­ścią, z jaką kom­pro­mi­tu­ją wszel­kie au­to­ry­te­ty. Cza­sa­mi roz­ta­cza­ją wręcz aurę ma­gii, jak Ar­sène Lu­pin, kot Be­he­mot, Zły Tyr­man­da czy Pip­pi Lang­strumpf. Kto chce zba­dać ich styl, niech obej­rzy Do­nal­da Su­ther­lan­da jako czoł­gi­stę Od­dbal­la (Świ­ru­sa) w Zło­cie dla zu­chwa­łych (1970) lub Bo­gu­sła­wa Lin­dę w roli anar­chi­sty Gry­zia­ka w Go­rącz­ce (1980) Agniesz­ki Hol­land. Lub niech się wpa­trzy w uśmie­szek Ró­żo­wej Pan­te­ry.

Sło­wem – nie przy­pad­kiem Szy­der­stwo i prze­moc, La Vio­len­ce et la Déri­sion, zy­ska­ła po an­giel­sku ty­tuł The Jo­kers. Spi­skow­ców z tej po­wie­ści ce­chu­je bo­ska lek­kość du­cha, dar bli­ski zręcz­no­ści akro­ba­tów: chwi­la na­my­słu może być dla nich zgub­na. Nie­ste­ty, los ze­tknie ich z praw­dzi­wym, za­ja­dłym re­wo­lu­cjo­ni­stą i stra­cą nie­win­ność. Fa­tal­ny mo­ment, gdyż Hey­kal i przy­ja­cie­le ba­lan­su­ją nie tyl­ko mię­dzy po­wa­gą a żar­tem, lecz tak­że mię­dzy rolą bu­dzą­ce­go li­tość bła­zna-ofia­ry a rolą bła­zna de­mo­nicz­ne­go, któ­ry bu­dzi lęk. Mię­dzy głu­pim Au­gu­stem i zło­śli­wym Ar­le­ki­nem. Nie wol­no im opo­wie­dzieć się po żad­nej stro­nie. Na tym po­le­ga sztu­ka, i dla­te­go trick­ste­rzy Cos­se­ry’ego to nade wszyst­ko ar­ty­ści ży­cia. A ich re­wol­tu­ją­ce dzia­ła­nia to stra­te­gia ar­ty­sty.

W tym wła­śnie punk­cie do­szu­kać się moż­na, głęb­szej od wszel­kiej sa­ty­ry, fi­lo­zo­fii ży­cia, jaką prze­czu­wa i daje do zro­zu­mie­nia Cos­se­ry. By ją przy­bli­żyć, się­gnąć wy­pa­da po esej Je­ana Sta­ro­bin­skie­go Por­tret ar­ty­sty jako li­no­skocz­ka: „Świat li­no­skocz­ków sta­no­wi świat sym­bo­licz­nie za­wie­szo­ny mię­dzy nie­bem a zie­mią, mię­dzy ży­ciem a śmier­cią, i to bli­żej śmier­ci niż ży­cia, i wszyst­ko roz­strzy­ga się tam wo­kół se­kre­tu przej­ścia. Lecz przej­ście owo nie wie­dzie ku praw­dzi­we­mu wy­zwo­le­niu. To wciąż za­le­d­wie przej­ście od nie­zręcz­no­ści do zwin­no­ści, od nie­udol­ne­go ćwi­cze­nia do za­pie­ra­ją­cej dech pi­ra­mi­dy: sym­bol przej­ścia od dzie­ła i suk­ce­su do sztu­ki, bę­dą­cej jed­nak tyl­ko an­ty­cy­pa­cją ale­go­rycz­ną, za­po­wied­nią, lecz nie­do­sta­tecz­ną, in­ne­go przej­ścia, któ­re za­pew­nia, na pro­gu śmier­ci, praw­dzi­we do­peł­nie­nie przez mi­łość”.

Jan Gon­do­wicz

I

Dzień za­po­wia­dał się wy­jąt­ko­wo upal­nie. Po­li­cjant, któ­ry ob­jął służ­bę na na­je­le­gant­szym skrzy­żo­wa­niu w mie­ście, od­niósł rap­tem wra­że­nie, że padł ofia­rą mi­ra­żu. Przy­czy­ną za­bu­rzeń wzro­ko­wych były za­pew­ne struż­ki potu, któ­re za­le­wa­ły smęt­ną twarz stró­ża po­rząd­ku, upo­dab­nia­jąc go do płacz­ki po­grą­żo­nej w ża­łob­nym zno­ju. Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, jak­by pra­gnął usu­nąć de­fekt opty­ki i za­pew­nić so­bie lep­szą wi­docz­ność; ten skrom­ny wy­si­łek nie przy­niósł jed­nak naj­lżej­szej po­pra­wy. Się­gnął więc do kie­szon­ki, wy­jął chu­s­tecz­kę z szorst­kie­go ma­te­ria­łu w bia­ło-czer­wo­ną kra­tę, brud­ną jak ście­ra, i przy­stą­pił do ener­gicz­ne­go po­cie­ra­nia twa­rzy. Roz­ja­śniw­szy w ten spo­sób, na krót­ką chwi­lę, swo­ją wi­zję świa­ta, po­now­nie zer­k­nął w stro­nę mi­ra­żu; wi­dok wpra­wił go w osłu­pie­nie. Zja­wa przy­bra­ła bo­wiem po­stać że­bra­ka – od daw­na nie wi­dział rów­nie wspa­nia­łe­go oka­zu – bez­czel­nie uwa­lo­ne­go przy na­roż­ni­ku wy­twor­ne­go, nie­daw­no wznie­sio­ne­go gma­chu. Co gor­sza, w gma­chu tym mie­ści­ły się bank oraz sklep ju­bi­ler­ski, dwa sym­bo­le uni­wer­sal­nej me­ta­fi­zy­ki, któ­re na­le­ży usta­wicz­nie chro­nić przed mo­tło­chem. Po­li­cjant scho­wał chu­s­tecz­kę do kie­szon­ki. Cały czas mru­ga­jąc, by nie stra­cić ja­sno­ści wi­dze­nia, ru­szył ku gor­szy­cie­lo­wi. Jego oczy pa­ła­ły żą­dzą mor­du. Od mie­sią­ca po­li­cjan­ci otrzy­my­wa­li ści­słe wy­tycz­ne: mie­li uwol­nić mia­sto od prze­klę­te­go że­bra­cze­go ple­mie­nia, któ­re ro­iło się w naj­zac­niej­szych ar­te­riach ni­czym mrów­ki na mio­do­wym cie­ście. Na­le­ży przy­znać, że ze wszyst­kich po­le­ceń no­we­go gu­ber­na­to­ra – oso­by wy­róż­nia­ją­cej się śmia­ły­mi ini­cja­ty­wa­mi – to wła­śnie było naj­trud­niej­sze do wy­ko­na­nia. Gu­ber­na­tor ży­wił am­bi­cję uzdro­wie­nia ulic, oczysz­cze­nia ich z tego, co pla­mi­ło ich ho­nor; trak­to­wał uli­ce tak, jak gdy­by cho­dzi­ło o zwy­kłych oby­wa­te­li. Roz­pra­wiw­szy się z pro­sty­tut­ka­mi, ulicz­ny­mi sprze­daw­ca­mi, zbie­ra­cza­mi nie­do­pał­ków i po­śled­niej­szy­mi szu­mo­wi­na­mi, gu­ber­na­tor wy­po­wie­dział woj­nę że­bra­kom, lu­do­wi po­ko­jo­we­mu, ale tak moc­no wro­śnię­te­mu w zie­mię, że ża­den z po­przed­nich zdo­byw­ców nie zdo­łał go wy­ple­nić. Z rów­nym po­wo­dze­niem mógł­by za­żą­dać oczysz­cze­nia pu­sty­ni z pia­sku.

Po­li­cjant, gor­li­wy funk­cjo­na­riusz sil­ne­go pań­stwa, zbli­żył się za­tem do że­bra­ka i, zgod­nie z re­gu­ła­mi pra­daw­nej sztu­ki, za­czął go ob­rzu­cać wy­zwi­ska­mi, aby ukró­cić jego pro­wo­ka­cyj­ną bez­tro­skę. Że­brak nie prze­jął się jed­nak w naj­mniej­szym stop­niu tymi śmier­tel­ny­mi obe­lga­mi. Był to prze­raź­li­wie po­kur­czo­ny sta­ruch, bro­da za­kry­wa­ła mu nie­mal całą twarz, a gło­wa gi­nę­ła pod gi­gan­tycz­nym tur­ba­nem. Za­mknię­te oczy ob­ry­so­wa­ne gru­bą czar­ną kre­ską nada­wa­ły mu dwu­znacz­ny i znie­wie­ścia­ły wy­raz, ce­chę na­der oso­bli­wą u że­bra­ka. Odzia­ny był w nie­zwy­kle fan­ta­zyj­ne, pstro­ka­te łach­ma­ny, od­po­wied­niej­sze u li­no­skocz­ka niż u przed­sta­wi­cie­la że­bra­czej pro­fe­sji. Ten eks­cen­trycz­ny sta­rzec, ne­stor wiecz­nie prze­śla­do­wa­ne­go rodu, wy­da­wał się po­grą­żo­ny w le­tar­gicz­nej drzem­ce, któ­rej nie mą­cił na­wet ogłu­sza­ją­cy war­kot sa­mo­cho­dów prze­dzie­ra­ją­cych się przez skrzy­żo­wa­nie. Po­li­cjant, uświa­do­miw­szy so­bie ja­ło­wość swo­ich in­wek­tyw i na­ka­zów, kop­nął dzia­dy­gę raz i dru­gi, aże­by wy­rwać go z za­dzior­nej in­er­cji. Za­mie­rzał wła­śnie kop­nąć że­bra­ka po raz trze­ci, ofia­ra po­rzu­ci­ła jed­nak swo­ją pier­wot­ną po­zy­cję, roz­cią­gnę­ła się na zie­mi i przy­ję­ła po­gar­dli­wą pozę isto­ty nie­oży­wio­nej. Funk­cjo­na­riusz, zdję­ty gro­zą, po­my­ślał, że uka­tru­pił sta­ru­cha; ozna­cza­ło­by to, że zdo­bycz wy­mknę­ła mu się z rąk. Nie­ży­wy że­brak to mniej niż nic, co gor­sza in­cy­dent mógł zna­leźć na­der przy­kry fi­nał w po­sta­ci zwol­nie­nia dys­cy­pli­nar­ne­go. Mu­siał go mieć ży­we­go. Po­chy­lił się nad star­cem, chwy­cił go za tur­ban i jął nim po­trzą­sać w spo­sób dzi­ki i nie­ro­zum­ny, jak gdy­by usi­ło­wał wskrze­sić nie­szczę­śni­ka. To nie­prze­my­śla­ne dzia­ła­nie oka­za­ło się fa­tal­ne w skut­kach: jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki gło­wa sę­dzi­we­go że­bra­ka ode­rwa­ła się od szyi, po­zo­sta­ła jed­nak przy­kle­jo­na do tur­ba­nu, któ­rym po­li­cjant wy­ma­chi­wał ni­czym krwa­wym tro­feum. Tłu­mek ga­piów, od pew­ne­go cza­su ota­cza­ją­cy obu pro­ta­go­ni­stów tej sce­ny, jęk­nął z prze­ra­że­nia i dał upust zło­ści, ob­rzu­ca­jąc po­li­cjan­ta ste­kiem plu­ga­wych wy­zwisk. Funk­cjo­na­riusz, upu­ściw­szy swo­ją ma­ka­brycz­ną zdo­bycz, wpa­try­wał się tępo w ry­czą­cą zgra­ję wy­zy­wa­ją­cą go od mor­der­ców; przy­po­mi­nał nie­szczę­śni­ka cier­pią­ce­go na skur­cze żo­łąd­ka. Po dłuż­szej chwi­li umy­sły ga­piów, roz­pa­lo­ne tą po­ran­ną rze­zią, zda­ły so­bie spra­wę z sza­chraj­stwa. W isto­cie bo­wiem to, co wzię­to za że­bra­ka z krwi i ko­ści, było zwy­kłym ma­ne­ki­nem, zręcz­nie ucha­rak­te­ry­zo­wa­nym przez su­mien­ne­go ar­ty­stę i wy­sta­wio­nym w tym sza­cow­nym miej­scu w oczy­wi­stej in­ten­cji za­drwie­nia z po­li­cji. Od­kry­cie to, miast uspo­ko­ić wzbu­rzo­ny tłum, wpę­dzi­ło go w inną skraj­ność; lu­dzie za­czę­li się śmiać i szy­dzić z nie­szczę­sne­go po­li­cjan­ta, któ­ry z roz­dzia­wio­ną gębą wpa­try­wał się w nich mgli­stym, bez­ro­zum­nym wzro­kiem. Do­cin­ki roz­ba­wio­ne­go tłu­mu prze­szy­wa­ły jego mun­dur ni­czym za­tru­te strza­ły. Bie­dak chwy­cił służ­bo­wy gwiz­dek i dmu­cha­jąc w ten in­stru­ment, wy­dał se­rię prze­ni­kli­wych pi­sków, aże­by przy­wo­łać naj­wa­lecz­niej­szych spo­śród cza­ją­cych się w oko­li­cy ko­le­gów. Nikt jed­nak nie od­po­wie­dział na we­zwa­nie; zresz­tą lu­dzie za­czę­li się już roz­cho­dzić, na­sy­ce­ni dzien­ną daw­ką roz­ryw­ki. Wszy­scy po­wró­ci­li do oso­bi­stych stra­pień, ko­men­tu­jąc zda­rze­nie we wła­ści­wy so­bie spo­sób, to zna­czy w nie­życz­li­wym du­chu, tak cha­rak­te­ry­stycz­nym dla po­spól­stwa, gdy sta­je twa­rzą w twarz ze straż­ni­kiem ładu, któ­re­go spo­tka­ło nie­po­wo­dze­nie.

II

O ki­lo­metr da­lej, w iz­deb­ce z ta­ra­sem na ostat­nim pię­trze sze­ścio­kon­dy­gna­cyj­ne­go bu­dyn­ku po­ło­żo­ne­go nad brze­giem mo­rza, mło­dy Ka­rim, spraw­ca owe­go fi­gla, by­najm­niej nie na­pa­wał się pod­ko­pa­niem gu­ber­na­tor­skie­go au­to­ry­te­tu. Wca­le o tym nie my­ślał. Ro­ze­bra­ny do pasa, roz­cią­gnię­ty na łóż­ku, ospa­le ba­wił się opa­da­ją­cym na czo­ło ko­smy­kiem wło­sów; przy­po­mi­nał zbla­zo­wa­ne­go mo­nar­chę, znu­żo­ne­go bo­gac­twem i roz­ko­sza­mi. Po­grą­żo­ny w słod­kiej bez­czyn­no­ści, przy­glą­dał się z upodo­ba­niem swej jed­no­noc­nej ko­chan­ce, ubie­ra­ją­cej się na środ­ku po­ko­ju. Są­dząc po ła­god­nym uśmie­chu, któ­ry chwi­la­mi roz­chy­lał mu war­gi, zda­wać by się mo­gło, że jego oczom uka­za­ła się cała pro­ce­sja ba­ja­der, zmy­sło­wo krę­cą­cych gib­ki­mi bio­dra­mi, a nie to bied­ne stwo­rze­nie zgar­nię­te po­przed­nie­go wie­czo­ra pro­sto z uli­cy, któ­re­go skrom­ne wdzię­ki nie mia­ły już przed nim ta­jem­nic. At­mos­fe­ra nie­zwy­kłe­go prze­py­chu, jaką usi­ło­wał wy­wo­łać swym omdla­łym wy­ra­fi­no­wa­niem, prze­sła­nia­ła w isto­cie go­rącz­ko­we na­pię­cie, tra­pią­ce go, od­kąd się prze­bu­dził. Ten sztucz­nie wy­two­rzo­ny na­strój miał za­ma­sko­wać tak­ty­kę, któ­rą Ka­rim zwykł sto­so­wać w po­dob­nych oko­licz­no­ściach, aby ostu­dzić sprze­daj­ny za­pał swo­ich efe­me­rycz­nych ko­cha­nic. Acz­kol­wiek pe­wien był wy­gra­nej, sama gra pod­nie­ca­ła go i przy­spie­sza­ła bi­cie ser­ca. Chwi­la, w któ­rej bę­dzie mu­siał po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę, zbli­ża­ła się nie­uchron­nie.

Dla