Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Szwedzi. Ciepło na północy ebook

Katarzyna Molęda  

3.90909090909091 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 305 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szwedzi. Ciepło na północy - Katarzyna Molęda

Nie, Szwedzi nie lubują się w okrutnych zbrodniach, choć kochają kryminały. Nie są depresyjnymi ponurakami, ale najszczęśliwszym społeczeństwem w Europie. Nie jedzą śledzi z dżemem, ale cukierki z solą. Uwielbiają świętować, śpiewać i biegać, ogólnie dobrze im się powodzi, choć nie mają w domu pralek.

Autorka przygląda się szwedzkiej równości, ale i szwedzkim bogaczom, uwielbieniu dla prostego życia i natury, ale też snobizmom wykwintnej kuchni. Odwiedza orientalne targowiska i luksusowe butiki. Zagląda do szwedzkich domów, sklepów, nocnych klubów i całkiem wygodnych więzień. Słucha szwedzkich rozmów – bez przerywania i podnoszenia głosu – i karnie czeka w kolejkach, z numerkiem w ręku. Rozmawia ze szczęśliwymi staruszkami i użala się nad dziećmi biegającymi bez szalików.

Katarzyna Molęda, skandynawistka, dziennikarka, w latach 2007-2011 Konsul RP w Sztokholmie. Mieszka w Szwecji, ale żyje również życiem Polski. Kończy socjologię na Uniwersytecie Sztokholmskim.

Opinie o ebooku Szwedzi. Ciepło na północy - Katarzyna Molęda

Cytaty z ebooka Szwedzi. Ciepło na północy - Katarzyna Molęda

Szwedzi w  przeważającej większości są skromni. Rozdęte ego zdarza się jedynie wyjątkowo. Pewność, że ma się rację w  każdej sprawie, nie jest tu często spotykana. Przekonanie, że wszystko wiem najlepiej – niesłychana rzadkość. Pokora to słowo klucz. We wstępie do jednego z  podręczników do statystyki autorzy dziękowali swoim studentom: „Dzięki waszej starannej lekturze odkryliśmy wiele pomyłek. Te, które pozostały, są wynikiem naszej własnej niedoskonałości”.

Fragment ebooka Szwedzi. Ciepło na północy - Katarzyna Molęda

Redakcja Igor Mazur

Projekt okładki Mariusz Banachowicz

Zdjęcia Monika Bereżecka

Korekta Małgorzata Denys, Maciej Korbasiński

Text copyright © by Katarzyna Molęda, 2015 Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2015

Wydanie I

ISBN 978-83-8015-044-7

Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawawww.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

PRZEDMOWA

„A kto to taki Szwed? Szwedzkość? Nie istnieje coś takiego jak szwedzkość!” – zawołałam, kiedy wydawca zaproponował mi napisanie tej książki. Akurat czytałam o różnych teoriach dotyczących pochodzenia etnicznego. Nikt nie wierzy dziś w to, że można jakiejś grupie przypisać cechy, które są jej przynależne, wrodzone i niezmienne. Szwed dziś to nie ten sam Szwed co piętnaście lat temu. Szwed w Sztokholmie to nie ten sam Szwed co w małej wiosce na południu kraju czy w Londynie. Wyborca nacjonalistycznych Szwedzkich Demokratów różni się bardzo od wyborcy progresywnej Partii Lewicy. Czy można, czy warto szukać wspólnych mianowników?

Ta książka z założenia jest niedoskonała i niepełna. Dlatego że taka być musi, jak każda próba opisania prawie dziesięciu milionów ludzi w jednej charakterystyce.

Przedstawiam twarde fakty, wiele razy zbadane i sprawdzone, jak choćby ten, że Szwedzi ufają sobie i swojemu państwu, i moje własne wrażenia i obserwacje, jak to, że w Szwecji ludzie nie przerywają sobie podczas rozmów. Ważne było dla mnie zachowanie polskiej perspektywy, na przykład: w Szwecji narzeka się, że starsi nie tak często jak młodzi wychodzą na miasto i mają mniej rozrywek. Tyle że „mniej” jest względne. W porównaniu z Polską tutejsi seniorzy to niepoprawni imprezowicze. To samo dotyczy innych kwestii, takich jak bieda czy równouprawnienie, cały czas przykładam do nich także polską miarę.

Opisałam kwestie, które mnie interesują, wybór jest więc subiektywny. Przefiltrowałam rzeczywistość przez moją wiedzę, doświadczenie i poglądy, co jest nieuniknione – ani dobre, ani złe – ale siłą rzeczy ogranicza horyzont. Patrzę na miejską Szwecję z perspektywy przedstawicielki klasy średniej. Nie przeskoczę tego, że nie widzę szwedzkiej wsi, ani tego, kim jestem.

Z kilkoma drobnymi wyjątkami nie podaję źródeł moich informacji, bo są one swego rodzaju summą wiedzy o Szwecji, którą zdobywałam, pracując tu, studiując, rozmawiając z ludźmi, czytając książki i gazety.

Polska wiedza o Szwedach i Szwecji płynie głównie z telewizji, ze szwedzkich kryminałów i ze świetnych, ważnych, ale pokazujących wyłącznie patologie społeczeństwa – a nie społeczeństwo – reportaży Macieja Zaremby. No i z doświadczenia bezpośredniego – w końcu szacuje się, że w Szwecji na stałe mieszka około stu tysięcy Polaków, a ponad pół miliona rocznie odwiedza ten kraj. W zależności od źródła wiedzy i możliwości jej weryfikacji polski obraz Szwecji i Szwedów mniej lub bardziej odbiega od prawdy (jeśli założymy, że jakaś prawda istnieje). Ja pokazuję moją. Trochę w poprzek polskich stereotypów. Takich jak ten, że Szwedzi są zimni i smutni. Nie, nie są depresyjnymi ponurakami, są najszczęśliwszym społeczeństwem w Europie. Zaglądam do szwedzkich domów, sklepów, nocnych klubów i całkiem wygodnych więzień. Przyglądam się słynnej szwedzkiej równości, ale i różnicom, które dzielą tutejsze społeczeństwo, piszę o uwielbieniu natury, prostoty i sportu na świeżym powietrzu, ale też o szaleństwie kulinarnym i winiarskim. O korespondencyjnych rozwodach, życiu na kocią łapę, małżeństwach gejowskich i lęku przed alkoholem, narkotykami i katastrofą klimatyczną. Zastanawiam się, czy Szwedzi naprawdę są tacy skromni, za jakich uchodzą, dlaczego urządzają tańce wokół słupów fallicznych, a na Boże Narodzenie najważniejszy jest Kaczor Donald. Skąd wziął się ich indywidualizm i dlaczego gotowi są płacić wysokie podatki. Pytam ich, co myślą o Polsce, żeby się dowiedzieć, czy szwedzki obraz naszego kraju jest tak odległy od rzeczywistości, jak odległe bywają nasze przekonania o Szwecji. I wreszcie – oddaję głos samym Szwedom, żeby mogli powiedzieć, jak siebie widzą.

Mapa kulturowa Ingleharta-Welzela. Szwecja na peryferiach diagramu. Polska nie zmieściła sie w Europie, nasze wartości wepchnęły nas gdzieś między Malezję i Tajlandię. źródło: World Values Survey

W języku szwedzkim jest słowo lagom – ani za dużo, ani za mało; akurat, w sam raz. Powstał wokół niego mit, jakoby było unikalne dla szwedzkiego, chociaż słowa o identycznym lub podobnym znaczeniu znajdziemy i w innych językach. I jeszcze dorobiono teorię, że skoro Szwedzi mają słowo lagom, to znaczy, że Szwecja jest krajem lagom. Akuratnym, wyważonym, nie za radykalnym. Tymczasem z perspektywy globalnej Szwecja jest skrajna. Jest krajem, w którym akceptacja dla inności, indywidualizm, zaangażowanie w politykę oraz zaufanie i poczucie bezpieczeństwa są na najwyższym poziomie, a religijność, szacunek dla autorytetów, posłuszeństwo, duma narodowa i tradycyjne wartości rodzinne odgrywają najmniejszą rolę. To jest książka o zwyczajnych ludziach w ekstremalnym społeczeństwie.

Najpopularniejszy szwedzki suwenir, hit sklepów z pamiątkami: tradycyjny sosnowy konik, ręcznie rzeźbiony i malowany, produkowany w Nusnäs w Dalarnie od XVII wieku. Symbolem Szwecji stał się po wystawie światowej w 1939 roku w Nowym Jorku, gdzie można było podziwiać jego trzymetrową wersję. Ten na zdjęciu jest unowocześniony – pochodzi z miejscowości Nås, projekt powstał w 1959 roku. Niefachowe oko może nie odróżnić lekko kubistycznego konika z Nås od tego tradycyjnego.

(NIE)RÓWNOŚĆ PO SZWEDZKU

O szwedzkiej równości tośmy się już nasłuchali. Dla równowagi zacznę więc od nierówności. Nierównością wołającą o pomstę do nieba jest fakt, że niezwykle bogata rodzina, której majątek – akcje przedsiębiorstw, ziemia, luksusowe łodzie – liczy się w setkach milionów koron, dostaje od państwa szwedzkiego dodatkowe sześćdziesiąt trzy miliony na życie. Plus prawie dwadzieścia milionów zwrotu kosztów. W przeliczeniu na złotówki wychodzi w sumie około trzydziestu ośmiu milionów! Pieniądze idą głównie na imprezy i bale. I nie mówię tego wiedziona antymonarchistyczną złośliwością, ale cytuję skarbnika królewskiego, który na krytykę wydatków przytomnie odpowiedział, że bale stanowią trzon działalności dworu. Niestety, koszty są wyższe niż wpływy, budżet – bo z tych państwowych pieniędzy rodzina królewska musi się rozliczać – nie domyka się; w 2013 roku zabrakło dwóch milionów. Ale wszystko dlatego, że był to wyjątkowy rok: trzy miliony poszły na ślub księżniczki Magdaleny, a siedemdziesiąte urodziny królowej Sylwii i czterdziestka księcia Daniela też za darmo nie były; do tego król obchodził czterdziestolecie siedzenia na tronie (no dobrze, teraz to już jestem złośliwa, przecież wiemy, że on nie tylko siedzi, ale też szybko jeździ samochodem, pije, podróżuje i poluje na łosie). Król nie miał zbytnio ochoty dokładać się do interesu, więc próbuje nadrobić stratę w kolejnych latach. Jeśli się nie uda, to przyjdzie wyskoczyć z kasy. Bez obaw, coś się wyskrobie, jego prywatny majątek szacuje się na jakieś trzysta pięćdziesiąt milionów koron. W samych tylko akcjach jest kilkadziesiąt milionów, poza tym tu kawałek ziemi, tam parczek czy zameczek. Oczywiście otwarte dla publiczności! Być może nawet wystarczyłaby sprzedaż jakiegoś porsche lub pontiaca z kolekcji samochodów. Albo w ostateczności łodzi torpedowej, rocznik 1955, prywatnego gadżetu króla.

Niektórzy twierdzą, że nie ma co się króla czepiać, bo przecież przynosi zyski – w końcu rodzina królewska to niebywała atrakcja turystyczna. I stosunkowo niedroga w utrzymaniu, jeśli porównać na przykład z rodziną monarszą w Norwegii, która kosztuje trzy razy więcej, czy z prezydentem Finlandii, który też jest droższy. W Szwecji to ledwie parę koron rocznie na głowę. Główny wydatek króla to pensje pracowników, których uwija się prawie dwustu. Dworzanie kosztują, choć i tu państwo szwedzkie się dołożyło, dając zasiłki i ulgi na zatrudnienie. Mimo całej swojej egalitarności Szwedzi akceptują to wszystko, a republikanie są w mniejszości, zaledwie dwadzieścia procent wolałoby prezydenta od króla. Trudno jednak uznać, by Karol Gustaw XVI był ulubieńcem Szwedów. Monarcha ma za sobą kilka poważnych wpadek – i właściwie to było pierwsze, czego się o nim dowiedziałam: że ma tendencję do popełniania gaf. A to określi Brunei niezwykle otwartym krajem, gdyż sułtan co tydzień przyjmuje poddanych na audiencji, a to przywita swoich fanów w mieście Arboga raźnym: „Kochani mieszkańcy Örebro!”. Wybacza się mu jednak te faux pas, co najwyżej plotkując po kątach, że wszystko dlatego, iż król za kołnierz nie wylewa.

Dopiero książka Monarcha wbrew woli z 2010 roku nadszarpnęła poważnie królewską renomę. Padły w niej oskarżenia o romanse, kupowanie seksu i imprezy w nielegalnych lokalach. Wszystko to miało dziać się w latach dziewięćdziesiątych. Autorom zarzucono nierzetelność. O ile nie ma bezspornych dowodów na to, że przytoczone przez nich świadectwa są prawdziwe, o tyle jest dowód – nagranie – że przyjaciel króla próbował namówić gangstera z półświatka, by za łapówkę zdementował to, co jego kolega opowiadał o swoich imprezach z Karolem Gustawem. Nie wiadomo, czy to największa wpadka króla, ma dopiero sześćdziesiąt dziewięć lat… Nie mogę jednak być niesprawiedliwa – król ma też swoje zalety, interesuje się ochroną środowiska i jest honorowym prezesem szwedzkiego WWF. Byłej norweskiej premier, Gro Harlem Brundtland, powiedział, że skoro nie potrafi rozwiązać kwestii polowań na foki, to on wątpi, czy potrafi zadbać o mieszkańców Norwegii. Wypowiedź można wpisać do rejestru gaf królewskich, ale tym razem była ona wynikiem słusznego oburzenia po obejrzeniu w szwedzkiej telewizji publicznej filmu o okrutnych polowaniach na małe foki. Inne przemówienie, które Szwedów podniosło na duchu, a monarchii przysporzyło zwolenników, król wygłosił po tsunami. Ta katastrofa to jedna z trzech największych traum współczesnej Szwecji – oprócz zabójstwa Olofa Palmego i katastrofy promu „Estonia”. W Boże Narodzenie 2004 roku ogromna fala spustoszyła Azję Południowo-Wschodnią, odbierając życie prawie trzystu tysiącom ludzi. Zginęło pięciuset czterdziestu trzech Szwedów, półtora tysiąca zostało rannych. Niemrawa reakcja szwedzkiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którego pracownicy nie śpieszyli się z powrotem ze świątecznych urlopów, spotkała się z ogromną krytyką. Ciepłe słowa i autentyczny żal króla ostro kontrastowały z chłodnymi komunikatami urzędników ministerialnych (wyciągnęli z tego doświadczenia naukę i opracowali plan działania w razie kryzysów zagranicznych z udziałem Szwedów). Karol XVI Gustaw powiedział wtedy: „Bardzo chciałbym mieć dobrą odpowiedź. Chciałbym móc, jak król z baśni, wszystko naprawić i zakończyć opowieść słowami: «I żyli długo i szczęśliwie». Ale ja, dokładnie tak jak wy, jestem tylko rozpaczającym, szukającym odpowiedzi człowiekiem”.

Rodzina królewska nie cieszy się szczególnym zaufaniem Szwedów, zwykle zajmuje dziewiątą–dwunastą pozycję w rankingu piętnastu instytucji publicznych; przodują szkoły wyższe i uniwersytety, publiczne radio i telewizja oraz publiczna służba zdrowia. Nie pomogły nawet huczne i śliczne śluby, zaręczyny i narodziny z ostatnich lat. W 2010 roku następczyni tronu księżniczka Wiktoria wyszła za mąż za swojego trenera osobistego, szefa sieci luksusowych fitness clubów, Daniela Westlinga, który po ślubie pracę rzucił, ale akcje firm zachował. W 2012 roku urodziła im się słodka księżniczka Estelle. Karol Filip, dwa lata młodszy brat Wiktorii, ożenił się 13 czerwca 2015 roku. Trochę plotek wokół tego było, bo książę przez dziesięć lat żył na kocią łapę z Emmą Pernald i o ślubie nawet się nie zająknął. O swoim uczuciu do obecnej żony, Sofii Hellqvist, powiedział w jednym wywiadów: „Zanim nie poznałem Sofii, nie wiedziałem, czym jest magia miłości”. Zdaniem wielu niezbyt taktownie wobec byłej partnerki. Emma, teraz już mężatka z dwójką dzieci, elegancko wyraziła zaskoczenie, podkreślając, że nie ma do księcia żalu i że przez dziesięć lat wspólnego życia darzyła go miłością.

Najmłodsza z królewskiego rodzeństwa, blond anioł Magdalena, wyszła za mąż za amerykańskiego finansistę. Nie został on księciem, w przeciwieństwie do Daniela, bo nie chciał porzucić swoich biznesów ani przyjąć obywatelstwa szwedzkiego. Osiem miesięcy po ślubie Magdalena urodziła córeczkę Leonore, a w czerwcu 2015 synka Mikołaja. Może to z powodu ciąż i obowiązków rodzinnych Magdalena nie miała ochoty przemęczać się w pracy, nawet kiedy odwiedzała swoje książęce włości. Szef oddziału szwedzkiego radia publicznego w Gävleborg – stolicy regionu, którego Magdalena jest księżną – wysłał skargę do dworu. „Nie wystarczy się uśmiechać i machać do tłumu” – pisał rozjuszony. W archiwum radia regionalnego nie ma ani jednego nagrania z wypowiedzią Magdaleny, a księżniczka nigdy jeszcze nie zgodziła się udzielić wywiadu! Dwór ukorzył się i obiecał poprawę.

Jeśli chodzi o równość płci, to ta nad miarę uprzywilejowana rodzina hołduje jej w pełni, dzięki prawu przyjętemu przez parlament: tron dziedziczy najstarszy potomek panującego władcy, bez względu na płeć. Gorzej sprawy się mają w innych możnych rodach, tacy na przykład przebogaci Wallenbergowie (król przy nich to biedaczek) męską ręką władają od pokoleń. Od wielu pokoleń, bo zaczęli już w XIX wieku – zdążyli się więc sporo dorobić. Mówi się, że kontrolują jedną trzecią szwedzkiego dochodu narodowego brutto i czterdzieści procent sztokholmskiej giełdy. Nic dziwnego, skoro w całości lub w części należą do nich między innymi Electrolux, SAS, ABB, Ericsson, Astra Zeneca, Stora Enso i bank SEB, założony grubo ponad sto lat temu przez André Oscara Wallenberga, dziś jeden z największych w Szwecji. Niedawno zmarł patriarcha – jeśli weźmiemy pod uwagę stosunki władzy w rodzinie – tego rodu, Peter „Pirre” Wallenberg; miał osiemdziesiąt osiem lat. Pogrzeb był z honorami, prawie jak państwowy, trumna w saabie, wśród gości rodzina królewska, grube ryby biznesu i elita polityczna z premierem na czele. Teraz władzę, kasę i stanowiska przejmuje szósta generacja Wallenbergów i wśród sukcesorów są dwie kobiety. Ale w zarządach największych szwedzkich firm ciągle nie ma równości, bo panowie, od lat we władzach zasiadający, wybierają panów. Panie muszą się zadowolić niespełna jedną czwartą (dwadzieścia trzy procent) miejsc; choć i tak mają lepiej niż Polki z dwunastoma procentami. Od dłuższego czasu toczy się w Szwecji dyskusja, czy nie wprowadzić, jak w Norwegii, parytetów. Od kiedy co najmniej czterdzieści procent stanowisk w zarządach tamtejszych firm muszą zajmować kobiety, okazało się, że jeśli czegoś dotąd brakowało, to nie kompetentnych profesjonalistek, ale chęci u panów, by kobiety do tych gremiów dokooptowywać. Czasem brak też wiedzy – gdzie szukać.

Właśnie tej niewiedzy chciała zaradzić Szwedka Lina Thomsgård, kiedy w 2010 roku założyła Pośrednictwo Sprawiedliwości. Pomysł przyszedł jej do głowy, gdy na kolejnej gali ze sławnymi i zdolnymi na scenie pojawiło się czterdziestu ośmiu panów i dwanaście pań. Lina zaproponowała producentowi, który twierdził, iż nie można było znaleźć odpowiednich kobiet, że pomoże w organizacji następnej gali. Tego samego dnia poszła do klubu, w którym muzyką – jak to najczęściej bywa – zajmował się chłopak. Właściciel lokalu upierał się, że dziewczyn w branży nie ma, obiecała mu więc, że znajdzie sto didżejek. Założyła stronę na Facebooku i poprosiła ludzi o nazwiska. Zebrała sto trzydzieści. Działalność się rozkręciła, dziś w organizacji działa osiemdziesiąt tysięcy facebookowych wolontariuszy w całej Szwecji i kilku pracowników w sztokholmskim biurze. Niedawno obchodzili piąte urodziny. Pomagają mediom, uczelniom, urzędom i firmom w wyszukiwaniu kompetentnych ludzi, którzy niekoniecznie są białymi mężczyznami w średnim wieku. Nie piszą, że szukają kobiet. Najczęściej rzeczywiście chodzi o kobiety, ale i o tych, którzy mają mniejsze szanse na sprzedanie swoich kompetencji – niepełnosprawnych, urodzonych poza Szwecją, ciemnoskórych czy osoby, które nie identyfikują się z żadną płcią. Zdarza się jednak, że czasem szukają właśnie mężczyzn! Potrzeba ich tam, gdzie są niedoreprezentowani, na przykład w przedszkolach. Pośrednictwo nie prowadzi rekrutacji – pracodawca dostaje listę nazwisk przysłaną przez wolontariuszy i sam decyduje, czy chce się z kimś skontaktować. Organizacja pomagała na przykład komisji Szwedzkiego Związku Piłki Nożnej w szukaniu kandydatów do następnych wyborów zarządu, uniwersytetowi – specjalistów od elektroniki, teatrowi – producentów muzyki, partii politycznej – sekretarza prasowego.

Podczas wywiadu Lina powiedziała, że tym, co ją najbardziej denerwuje, jest powtarzanie: „Nie ma kobiet w tej branży, a ja potrzebuję kogoś kompetentnego”. Idzie się po linii najmniejszego oporu, kobiety są, ale nie tak widoczne, więc po co szukać? Szczególnie w mediach łatwo o rutynę: potrzebny jest ekspert, dzwonimy więc do tego, który ostatnio dobrze mówił; w osiemdziesięciu procentach przypadków – mężczyzny. Dzięki Pośrednictwu można się z tej rutyny wyrwać. Na swojej stronie organizacja ma już kilkaset list z nazwiskami; są ogólnodostępne, pracodawcy mogą z nich korzystać. Znajdą tam namiary na między innymi „coolekspertów/ekspertki” od Arktyki, magików, programistów/programistki, geniuszy gastronomicznych, dyrektorów/dyrektorki banków, barmanów/barmanki, mimów, astronomów/astronomki, czyli gwiazdy, które wiedzą wszystko o galaktykach et cetera. Niedawno do Pośrednictwa zgłosiło się Ministerstwo Kultury, które odkryło, że ewentualni kandydaci do pracy w dyrekcjach muzeów, teatrów i innych instytucji mają bardzo podobne życiorysy i pochodzenie. Sama minister jest ciemnoskóra, jej ojciec pochodzi z Gambii. Organizacja chciałaby doprowadzić do sytuacji, w której skończy się przypisywanie stereotypowych ról płciom. By nie było problemu ze znalezieniem kobiet do komentowania meczów piłki nożnej i mężczyzn do kółek szydełkowania. Wtedy Pośrednictwo nie będzie już potrzebne. Ambicją jest zamknięcie działalności w 2020 roku. Lina, z którą rozmawiałam w 2013 roku, przygotowując artykuł dla „Wysokich Obcasów”, i która przekazała niedawno stery nowej prezesce, była optymistką:

Oglądałam program dla dzieci z synem i córką mojego brata. W tym programie maluchy idą z dorosłymi do pracy. Tego dnia poznawały zawód pielęgniarki i pilota helikoptera. Dla tego programu też zrobiliśmy listę kandydatów na bohaterów. I patrzę: pielęgniarką okazał się tęgawy pan w grubych okularach, a pilotem helikoptera – młoda dziewczyna. Bratanica zawołała: ja też chcę być pilotem!

W idealnym ze szwedzkiego punktu widzenia świecie dziewczynki i chłopcy nie powinni być ograniczeni płcią w swoich wyborach życiowych. W krajowym programie wychowawczym dla przedszkoli stoi jak byk:

Sposób, w jaki dorośli traktują chłopców i dziewczynki, wymagania, jakie im stawiają, i oczekiwania wobec nich wpływają na to, jak dzieci postrzegają męskość i kobiecość. Wychowanie przedszkolne ma przeciwdziałać tradycyjnym rolom płciowym. I chłopcy, i dziewczynki powinni mieć takie same możliwości rozwijania swoich zainteresowań i talentów, bez ograniczeń związanych ze stereotypowym postrzeganiem płci.

Szkoła też się stara, żeby i chłopcy, i dziewczynki mieli równie dobrze, ale ciągle to dziewczynki uczą się lepiej niż chłopcy – a gorzej się czują. Podręczniki również nie zawsze spełniają standardy równouprawnienia. Najważniejszy dziennik, „Dagens Nyheter”, sprawdził książki do historii – tylko trzynaście procent wymienionych tam z imienia i nazwiska postaci to kobiety. Wydawnictwa obiecują poprawę. Mimo władowania wielkich pieniędzy w projekty mające zapewnić względną równowagę w wyborze studiów – efektów nie widać. Nadal jedne kierunki są całkowicie zdominowane przez kobiety, a inne przez mężczyzn; dziewczyny wybierają na przykład studia pielęgniarskie, a chłopcy inżynierię lotniczą. Biadoli się na to sporo, bo po pierwsze widać, że wybory są w dużej mierze dyktowane normami, po drugie – prowadzą do segregacji na rynku pracy. W „damskich” zawodach zarabia się mniej. W tych mieszanych kobietom zwykle jest trudniej, na przykład na uczelniach dłużej czekają na stałe zatrudnienie i mają więcej godzin dydaktycznych niż mężczyźni, którym pozostaje więcej czasu na badania. Takie tu są problemy1 – z polskiej perspektywy może nieznaczne, bo to, co Polakom najbardziej rzuca się w oczy, to codzienność. A w tej jest zdecydowanie więcej równouprawnienia niż w Polsce.

Legendarni już szwedzcy tatusiowie z wózkami to codzienny obrazek. Czasem idzie taka grupa przystojniaków, w dżinsach rurkach, kurtkach parkach i świeżych blond pasemkach, każdy z wózkiem, i przysiadają gdzieś na kawę pogadać. Piękny widok. Ojcowie (w przepisach to „drugi rodzic”, bo są i pary jednopłciowe) mają zagwarantowane dwa miesiące urlopu rodzicielskiego. Resztę – a w sumie jest czterysta osiemdziesiąt dni do dyspozycji plus dziesięć dni wolnego dla ojca po narodzinach dziecka – para dzieli, jak chce. Można zacząć korzystać już sześćdziesiąt dni przed porodem. Przez pierwszy rok dostaje się osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt procent pensji, na ogół więc bierze się rok, potem dziecko idzie do przedszkola, a rodzice wracają do pracy. Pozostałe dni mogą wykorzystać aż do dwunastego roku życia dziecka – bywa, że opiekun bierze kilka dni urlopu rodzicielskiego, bo chce z dzieckiem wyjechać, albo pół dnia, bo ma wywiadówkę. Jeśli tylko poinformuje z odpowiednim wyprzedzeniem – przełożony nie ma prawa odmówić. Cel szwedzkiej polityki rodzinnej: równouprawnienie w domu i w pracy. Państwo zachęca więc ojców do brania urlopów. Jeśli rodzice dzielą się nim po równo, dostają spory „dodatek równościowy”. I rzeczywiście, coraz częściej tak robią, choć nadal jest to tylko czternaście procent par. Pojawiła się więc nowa propozycja: zagwarantować ojcom jeszcze jeden miesiąc. Jeśli nie wykorzystają – przepada. Kilka socjaldemokratycznych polityczek poszło dalej, chcą całkowitej „indywidualizacji” ubezpieczenia rodzicielskiego: połowa urlopu dla jednego, połowa dla drugiego rodzica, bez możliwości scedowania swojej części na partnera. Konserwatywno-liberalni moderaci (rządzili Szwecją, razem z mniejszymi partiami koalicyjnymi, od 2006 do 2014 roku) chcą natomiast wprowadzić dodatek równościowy do zwolnień lekarskich na dzieci, bo i tu matki mają trudniej, mimo że tatusiowie opiekują się chorymi maluchami bardzo przykładnie: czterdzieści procent wszystkich zwolnień przypada ojcom. Politycy martwią się też, że kobiety są strasznie zarobione. Domowej krzątaninie poświęcają się bardziej niż mężczyźni, choć w pracy zawodowej spędzają tyle samo czasu co oni. Mówię o parach, singlom prace domowe zajmują dokładnie tyle samo: upadł mit o rzekomym zamiłowaniu kobiet do czystości i porządku! Ale i tu idzie ku lepszemu. Szwedzi są skrupulatni, wyliczyli więc, że w ciągu ostatnich lat panowie się poprawili i poświęcają pracom domowym dwanaście minut więcej w dni robocze i piętnaście minut więcej w weekendy. Ten coraz sprawiedliwszy podział odzwierciedlają też reklamy: nie ma w nich sprzątających, gotujących i piorących mam i żon, a z drugiej strony zupełnie bezradnych w kuchni panów. I mężczyzn, i kobiety pokazuje się przy garach, przy sprzątaniu, przy dzieciach, obie płcie jako równie kompetentne. Szwecja – w porównaniu z innymi krajami – niewątpliwie przoduje w tym feminizmie powszednim, domowym. A nawet lokalnym i regionalnym – dużo kobiet jest we władzach samorządowych. W parlamencie względna równowaga: czterdzieści cztery procent kobiet. Jednak najwyższe bastiony są wciąż niezdobyte. Dopiero ostatnio panie zaczęły się pojawiać na stanowiskach szefowych partii, no a przede wszystkim: nigdy nie było kobiety premier. Politolodzy przewidują, że może następne wybory, w 2018 roku, to zmienią.

Yngve spędza z dziećmi dokładnie tyle samo czasu, co jego była żona: co drugi tydzień. Dziewięcioletni Noel (na zdjęciu) i siedmioletnia Julie urodzili się w Wietnamie. Ich szwedzcy rodzice byli tam dwa razy – raz po dziesięciomiesięcznego Noela, a potem po dziesięciomiesięczną Julię. Swojego najstarszego syna, teraz prawie trzydziestoletniego, Yngve przez pierwsze lata wychowywał sam. Panie przedszkolanki były pełne podziwu. Dziś już nikt nie podziwia ojców za to, że są tak samo oddanymi rodzicami jak matki.

W Szwecji stale narzeka się na brak równouprawnienia – i ma to swoje podstawy. Ale też trochę inne niż na przykład w Polsce, o Arabii Saudyjskiej nie mówiąc. Tutaj narzeka się: „Jest dobrze, ale nie tak dobrze, jak nam się wydawało! Zmienia się na lepsze, ale nie tak szybko, jak byśmy chcieli! Jak to będzie szło w tym tempie, dopiero w 2050 roku urlop rodzicielski będzie dzielony równo! Gdzie są kobiety na najwyższych stanowiskach?!”. Jest ich parę. Na przykład pierwsza w historii kobieta szefowa Kościoła Szwecji. Pierwsza w historii oznacza w tym przypadku pierwszą od roku… 1164! Jest siedemdziesiąta z kolei w nieprzerwanym nawet na chwilę łańcuchu szwedzkich zwierzchników Kościoła. Antje Jackelén – spokojna, wyrafinowana intelektualistka, doktor teologii systematycznej, prezydentka Europejskiego Towarzystwa Badań nad Nauką i Teologią. Napisała prawie sto tekstów naukowych, wśród nich: Obraz Boga jako techno sapiens, Kosmologia i teologia, Człowiek po Darwinie, (Homo)seksualność. Perspektywa Kościoła, społeczeństwa i teologii. Zanim rozpoczęła karierę naukową, prawie szesnaście lat pracowała jako ksiądz parafialny. Ma dwie córki i kilkoro wnucząt. Mąż też jest księdzem, już na emeryturze; religia i sprawy społeczne to więc najważniejsze tematy rozmów domowych. Szum wokół arcybiskupki trochę już ustał, ale kiedy wybrano ją w październiku 2013 roku – i to od razu w pierwszej turze, zdobyła wówczas pięćdziesiąt sześć procent głosów – zawrzało. Nie dlatego, że jest kobietą, w końcu kobiety są tu ordynowane od 1958 roku. Antje zarzucano brak wiary, „islamizowanie chrześcijaństwa”, a nawet… nawoływanie do terroryzmu! Interpretowano w ten sposób jej motto biskupie „Bóg jest większy”. Wprawdzie to cytat pochodzący z Biblii, z Pierwszego Listu św. Jana, ale islamofobom kojarzył się z okrzykiem terrorystów Allahu akbar. Polała się internetowa nienawiść, a Antje tłumaczyła cierpliwie, w programach śniadaniowych, porankach radiowych i artykułach, że Allahu akbar jest odpowiednikiem chrześcijańskiego Deus semper maior i że słowa te wypowiadane są codziennie w pokojowych modlitwach muzułmanów na całym świecie2. Przypominała, że również w tradycji chrześcijańskiej są symbole i słowa, które towarzyszyły aktom przemocy, jak choćby krzyż i okrzyk „Bóg z nami”, dające swego czasu religijną legitymizację przemocy. Teraz zamieszanie ucichło, a arcybiskupka z honorami – tak, król z rodziną byli i zapozowali nawet z Antje do wspólnego zdjęcia – objęła swój urząd w katedrze w Uppsali i rządzi, administruje, celebruje, debatuje i inspiruje. Nieprzerwanie od lat tweetuje, ma ponad jedenaście tysięcy followersów. Kontrowersyjnych kwestii nie unika: jakiś czas temu miała na Twitterze wymianę poglądów z ambasadorem Izraela, bo różnią się cokolwiek w opiniach na temat Palestyny. Teraz sięgnęła po nowe medium – w swoim podcaście rozmawia z gośćmi o kwestiach egzystencjalnych.

Kobiet w Kościele Szwecji jest sporo – stanowią one prawie czterdzieści pięć procent księży. Opór wobec kobiet-duchownych właściwie nie istnieje. Przepisy pomagają wyrównywać szanse: wszyscy ubiegający się o stanowiska kierownicze w Kościele podpisują deklarację, że będą współpracować z innymi duchownymi bez względu na ich płeć. Ale tylko jedna czwarta proboszczów to panie, a wśród trzynastu biskupów są jedynie dwie kobiety. Z drugiej strony to wcale nieźle, jeśli wziąć pod uwagę, że mogą być wybierane dopiero od siedemnastu lat.

Druga kobieta na topie to kanclerz sprawiedliwości (Justitiekanslern). Również na tym stanowisku jest pierwszą w historii, czyli od 1713 roku, kobietą. Kanclerz działa jak wielki kontroler – sprawdza, czy państwo i jego urzędnicy dobrze funkcjonują, sądy sądzą jak trzeba, a adwokaci robią, co do nich należy. Anna Skarhed, która sprawuje ten urząd od pięciu lat, nie szuka rozgłosu. Jak przyznała się w (jedynym chyba) wywiadzie dla magazynu „Dagens Nyheter”, zaszczyty krępują ją, a odznaczenia wprawiają w zakłopotanie. Podziękowała za samochód służbowy, a za roczną kartę kolejową płaci z własnych pieniędzy – bo regularnie odwiedza córki w Malmö i w Göteborgu. Jej stroje nieco się różnią od strojów kolegów i koleżanek z branży prawniczej. Zanim została kanclerzem sprawiedliwości, była sędzią Sądu Najwyższego. Też prestiżowa robota. Na pierwszą sprawę kupiła garsonkę w… H&M. Stwierdziła, że nikt nie zauważy różnicy między Armanim a sieciówką, gdy ona będzie siedzieć za stołem i sądzić. Sama siebie określa jako typowego szwedzkiego urzędnika starej szkoły, dla którego skromność jest cnotą, a wyróżnianie się to jeden z siedmiu grzechów głównych. Nie podoba się jej „nowoczesne”, jak to określa, podejście: wychwalanie i mówienie, jakim to się jest dobrym. Nie jej jednej zresztą. Wielu Szwedom się to nie podoba.

Pamiętam spotkanie z przedstawicielami ONZ z USA, Wielkiej Brytanii, Francji. Przyjechali do Sztokholmu zachęcać Szwedów do pracy w ONZ. Siedzę w sali pełnej ludzi – pracowników urzędów państwowych, organizacji pozarządowych, akademików, dyplomatów. Chcą się dowiedzieć, co zrobić, żeby przynajmniej zostać wezwanym na rozmowę kwalifikacyjną. Tymczasem dowiadują się, że nawet uzyskanie odpowiedzi na podanie o pracę jest sukcesem, skoro zdawkowego „Dziękujemy za Pana/Pani list” można się spodziewać raz na trzydzieści wysłanych aplikacji! Ale jeśli już bezwzględny oenzetowski HR-owiec uzna, że warto z nami gadać, musimy się szykować na kolejny etap – telefoniczną rozmowę kwalifikacyjną. Żywiołowa Amerykanka przemierza scenę wielkimi krokami i podkreśla po raz dziesiąty: „Musicie pokazać, co potraficie, opowiedzieć o swoich zaletach, opisać swoje dokonania, to jest najważniejsze!”. Publiczność milczy. Kiedy przychodzi czas na pytania, nikt się do mikrofonu nie rwie, aż w końcu elegancki młody mężczyzna zgłasza się i mówi: „My, Szwedzi, nie lubimy się chwalić swoimi osiągnięciami, nie mamy takiej natury, żeby się pysznić”. Publiczność potakuje, pomrukując aprobująco. Kobieta uśmiecha się uprzejmie, ale wie, jak jest. „No to w tym przypadku musicie działać wbrew swej szwedzkiej naturze, ONZ to organizacja międzynarodowa. Inaczej nie dostaniecie pracy”. Publiczność milczy…

Szwedzi w przeważającej większości są skromni. Rozdęte ego zdarza się jedynie wyjątkowo. Pewność, że ma się rację w każdej sprawie, nie jest tu często spotykana. Przekonanie, że wszystko wiem najlepiej – niesłychana rzadkość. Pokora to słowo klucz. We wstępie do jednego z podręczników do statystyki autorzy dziękowali swoim studentom: „Dzięki waszej starannej lekturze odkryliśmy wiele pomyłek. Te, które pozostały, są wynikiem naszej własnej niedoskonałości”. Drugą stroną skromności może być brak wiary w siebie i niskie poczucie własnej wartości. W krajach skandynawskich mówi się często o tzw. prawie Jante (Jantelagen). Jante to fikcyjne miasto z powieści duńsko-norweskiego pisarza Aksela Sandemose’a. Prawo ma jedenaście punktów, które można krótko podsumować: „Nie sądź, że jesteś wyjątkowy i w czymkolwiek lepszy od innych. Nie próbuj nawet się wyróżnić, bo zostaniesz ukarany”. Straszne prawo zawistników, którzy nie tolerują talentów innych i zadowolenia z siebie. Pomniejsz siebie i swoje dokonania, a zyskasz akceptację. Zwrot słyszy się dosyć często, choć dziś już chyba mało kto wie, skąd się wziął, a jeszcze mniej ludzi książkę czytało.

Jest nawet strona na Facebooku „Przechytrzyć Jante”, na której uśmiechnięty i pewny siebie Tomas Gunnarsson, „psychoterapeuta, coach, autor i prelegent”, mówi, jak się uwolnić od poczucia, że nie jesteśmy dość dobrzy. Za Tomasem podąża sto pięćdziesiąt tysięcy niepewnych siebie Szwedów, którzy chcą „podbudować siebie i innych”, a „zazdrość zamienić w inspirację”. Osobiście czuję jakiś opór przed tym szufladkowaniem. Po pierwsze dlatego, że mam przekonanie, iż skromność nie musi być wyrazem braku pewności siebie i presji otoczenia. To, że nie podkreślam swoich osiągnięć, nie znaczy, że mam niskie poczucie własnej wartości. Może jest wręcz przeciwnie? Znam swoje mocne i słabe strony i nie potrzebuję ciągłego potwierdzania mojej wartości przez otoczenie? Jestem skromny, bo jestem silny, nie muszę stale się chwalić, by czuć, że jestem dużo wart. Po drugie, mam wrażenie, że fenomen niechęci do wyróżniania się, czy wręcz celowe umniejszanie się, nie jest typowo skandynawski, ale uniwersalny. Zawstydzenie, gdy ktoś nas komplementuje, przypisywanie sukcesu przypadkowi, a nie własnym talentom, brak wiary, że mamy szansę zdać egzamin, zdobyć pracę – czy Polakom się to nie zdarza? Może Polkom częściej i chyba płeć ma tu większe znaczenie niż narodowość.

Mnie ta szwedzka pokora chyba się po prostu podoba, pewnie dlatego, że zauważyłam, iż ułatwia dobrą rozmowę. Kiedy się ma świadomość, że nie wszystko się wie, a ktoś inny może mieć coś ważnego i ciekawego do powiedzenia, słucha się tej osoby z szacunkiem i zainteresowaniem. Mam przyjaciela, nazwijmy go William (było to najpopularniejsze imię dla chłopców w 2012 roku), który jest ekspertem w pewnej dziedzinie. Kiedyś w towarzystwie ktoś zaczął bardzo autorytarnie wypowiadać się na temat, w którym William jest specem – nie wiedząc, że ze specem ma do czynienia. Wygadywał straszne banialuki, nieprawdy, które jeszcze pomieszał bez ładu i składu. Ku mojemu zaskoczeniu William nie tylko nie ustawił go do pionu, ale wręcz zaczął z nim prowadzić dialog, grzecznie i po partnersku, nawet na chwilę nie zdradzając się ze swoimi kompetencjami. Jak równy z równym, choć różniły ich lata świetlne wiedzy. William mówił na przykład: „to ciekawe, co mówisz” albo „masz w tej kwestii rację” (to była nie lada sztuka znaleźć kwestię, w której ten człowiek miał rację!). Po dłuższej rozmowie przemądrzalec, bardzo zadowolony z błyskotliwej konwersacji, dostał potrzebną wiedzę, żeby zmienić swoje na niewiedzy oparte poglądy. Nawet na chwilę nie powstała sytuacja, w której mógłby poczuć, że ktoś go poucza czy krytykuje. Spytałam potem Williama, dlaczego nie powiedział: „Słuchaj, jestem naukowcem i właśnie to, o czym mówisz, badam. Jest tak i tak”. „A po co?” – odpowiedział mi. „Przecież zrobiłoby mu się głupio, a tak sobie pogadaliśmy”.

Tak, to się Szwedom bardzo często udaje, to nieumniejszanie innych, i ja to kocham! Zwłaszcza gdy przypomnę sobie dyktatorski i pogardliwy styl niektórych polskich, jak to się mówi, autorytetów. Nawet szwedzcy wykładowcy na uczelni potrafią naprowadzić studentów na właściwą odpowiedź, nie mówiąc im wprost, że się mylą. Oczywiście można i przesadzić. Miałam tak miłego wykładowcę, że zgadzał się ze wszystkim, co mówili studenci. Doprowadziło to do pewnej dezorientacji i na którymś z kolei seminarium jedna ze studentek powiedziała: „Bardzo proszę, powiedz, dobrze mówię czy źle, bo w końcu nie wiem, jak jest!”.

Równość równością, ale nawet w Szwecji społeczeństwo dzieli się na klasy. Jak każde społeczeństwo. Tym, co różni to szwedzkie od wielu innych, są dwie rzeczy. Po pierwsze, ludzie przyznają się do tego, że są klasą robotniczą. W Polsce tak źle się to kojarzy, że wolimy nazywać się „ubogimi” albo „niższą średnią”. Tutaj niektórzy są dumni z tego, że są robotnikami, jest to swego rodzaju etos. Znam rodziny robotnicze, które tak się właśnie określają, i robotniczość jest ważną częścią ich tożsamości. Znam też ludzi, którzy są wykształceni, na wysokich stanowiskach i z dumą mówią o swoim robotniczym pochodzeniu. Druga różnica – szansa na skok z klasy niższej do wyższej jest tu większa niż gdziekolwiek indziej. Dużo większa niż w USA! Amerykański sen, optymistyczna historia awansu klasowego „od pucybuta do milionera”, powinien nazywać się szwedzkim cudem. Tutejsze społeczeństwo jest, jak to się fachowo określa, „mobilne”, w przeciwieństwie do amerykańskiego. Krótko mówiąc – czyli mówiąc o rzeczywistości, nie o mitach – w Stanach najbardziej prawdopodobna jest następująca historia: syn pucybuta został pucybutem i jako pucybut umarł. Historia o synu pucybuta, który został lekarzem, albo synu pucybuta, który został pucybutem, ale potem poszedł na studia i został prawnikiem, jest dużo bardziej prawdopodobna w Szwecji. Co równie ważne, różnica w pensji pucybuta i prawnika nie będzie tutaj tak dramatyczna jak gdzie indziej, a już na pewno nie tak ogromna jak w Stanach. Sprawdziłam nawet: według szwedzkiego Głównego Urzędu Statystycznego średnia pensja pucybuta to mniej więcej czterdzieści procent średniej pensji prawnika. Muszę tylko dodać, że nigdy nie widziałam w Szwecji pucybuta, ale skrupulatnie umieszczono go na liście zawodów w dziale „usługi/inne”. Szwecja jest jednym z krajów, gdzie różnice między zarobkami są najmniejsze (niestety, rosną też najszybciej). Jeśli chodzi o szanse na zdobycie wykształcenia – też nie można narzekać.

Nie tak dawno rozmawiałam ze znajomą, która jest rehabilitantką. Znajoma kocha swoją pracę i ma spore sukcesy, pomogła wielu pacjentom. W trakcie rozmowy okazuje się, że ma pięćdziesiąt pięć lat, a w zawodzie jest od dziesięciu. „A co robiłaś wcześniej?” – pytam. „Byłam krawcową” – odpowiada. Wyglądam chyba na zaskoczoną, bo szybko dodaje: „O tak, to była duża zmiana. Studia i egzaminy – to był dla mnie ogromny stres, ale czułam, że to jest to, czym chcę się zajmować”. Dla Polaka brzmi to jak historia z innego świata, ale tu jest to możliwe, przede wszystkim dlatego, że studia – zawsze i dla każdego, kto skończył szkołę średnią i ma wystarczająco dobre oceny – są za darmo. A dla wszystkich poniżej pięćdziesiątego szóstego roku życia nie tylko za darmo, ale też z pomocą finansową państwa, które wypłaca studentom zasiłek. Do czterdziestego siódmego roku życia można też dostać bardzo nisko oprocentowaną pożyczkę. Razem z zasiłkiem wystarcza na wynajem mieszkania i skromne życie. Kiedy więc moja znajoma rzuciła pracę i poszła na studia, dostała pieniądze, który wystarczały jej na przetrwanie. Studiować można ile dusza zapragnie i gdy czas i możliwości pozwolą. Są kursy (półroczne) i programy (trzy lata bakałarskie i dwa magisterskie), dzienne, wieczorowe i na odległość przez internet; można studiować w tempie „sto procent” lub „pięćdziesiąt procent”, czyli na pełny lub pół etatu – bo to w końcu praca, i to ciężka. Studia są tu intensywne, egzaminy co kilka tygodni. Nie ma więc na uczelniach publicznych płatnych studiów podyplomowych – bo nie ma takiej potrzeby. Na kursie historii religii spytałam jedną ze studentek, na oko po czterdziestce, jak się czuje na uczelni, bo dla mnie taki powrót po latach to świetne doświadczenie. Odpowiedziała, że trudno mówić o powrocie, bo właściwie nigdy z uniwersytetu nie odeszła. Odkąd skończyła pierwsze studia i poszła do pracy, stale coś studiuje na „pół etatu”. „Państwo daje mi tak wspaniałą szansę, jak mogłabym z niej nie skorzystać? W ubiegłym roku poszłam na islamologię, bo tyle się teraz o tym mówi, człowiek słucha wiadomości i sam nie wie, co ma myśleć, miałam dosyć własnej ignorancji. Tak mnie to zainteresowało, że potem poszłam jeszcze na prawo koraniczne, na uniwersytecie w Uppsali, i tak wsiąkłam w te religie, że postanowiłam je dalej zgłębiać”.

Szwedzi – widać to we wszystkich badaniach – bardzo cenią wiedzę, dużo mniej natomiast liczy się dla nich formalne wykształcenie. Niewiele jest zawodów, w których wymaga się więcej niż trzech, maksymalnie czterech lat studiów. A i tak często, jak piszą w ogłoszeniach, wystarczy mieć „doświadczenie odpowiadające trzyletnim studiom”. Znam sporo osób, na przykład dziennikarzy, którzy nie mają dyplomu, i nikt nie uważa, że powinni go mieć. „Studiowałem nauki polityczne, historię i marketing”, mówią. I to wystarczy, kilka semestrów intensywnych studiów, nie oczekuje się więcej, choć oczywiście więcej jest mile widziane. Przeżyłam też kilka sporych zaskoczeń. Słuchając debat polityków w telewizji, byłam święcie przekonana, że wszyscy są co najmniej magistrami. Oglądam program, w którym dyskutują o zasiłkach dla bezrobotnych i wpływie wysokości tych zasiłków na zatrudnienie, na klimat społeczny, na samopoczucie bezrobotnych i wreszcie na szanse powrotu do pracy. (Okazało się, że przy bardzo niskich zasiłkach szanse na znalezienie pracy są nikłe). Polityk X przeprowadza logicznie spójny wywód, odwołuje się do danych statystycznych, historii najnowszej i książki na ten temat, która właśnie się ukazała. Precyzyjnie formułuje myśli, na pytania odpowiada konkretnie i jeszcze żartobliwie nawiązuje do jakiejś powieści. W moim małym polskim łebku nie mieściło się, że tak można bez akademickiego przygotowania. A można. Nawet czasem – zanim się nauczyłam nowej rzeczywistości – oskarżano mnie tu w dyskusjach o elitaryzm, kiedy w dobrej wierze mówiłam coś w stylu: „Ale przecież nie można oczekiwać, że (tu wstawiamy zawód: elektryk, motorniczy, salowa) będzie się tą czy inną sprawą interesować”. Część polityków, zwłaszcza z lewicy, nie ma studiów. Nikt nie wpadł tu na pomysł, żeby im to wypominać. Premier Stefan Löfven jest z zawodu spawaczem. Przez półtora roku studiował politykę społeczną, ale przerwał studia.

Wsparcie finansowe jest dla wszystkich uczących się, nie tylko na uczelniach wyższych. Także dla dorosłych, którzy chcą skończyć szkołę średnią lub podstawową. Ponieważ w Szwecji szkoła podstawowa jest obowiązkowa, dorośli uczniowie podstawówki to imigranci z krajów, w których edukacja nie jest dostępna. Jednak to, czego imigrant potrzebuje najbardziej, to język. Każdego roku na państwowych bezpłatnych kursach ponad sto tysięcy cudzoziemców uczy się szwedzkiego. Jedynie mówiącym po duńsku i norwesku to nie przysługuje. W końcu jakoś się dogadają, wyszli widać z założenia Szwedzi.

Dla wielu obcokrajowców na tych kursach pierwszym zaskoczeniem jest odkrycie, że w Szwecji do wszystkich mówi się na ty. Do nauczyciela, do szefa, do rodziców, do nieznajomej staruszki, do posła, lekarza, księdza. Nie zawsze tak było, „reforma ty” to okres lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Wcześniej do szefa zwracano się „dyrektorze”, on natomiast do podwładnego „wy” albo imieniem. „Ty” jest demokratyczne: nie widzi różnicy stanowiska, wieku ani płci. Ale są wyjątki. Już się pewnie domyślacie, do kogo nie mówi się „ty”. Tak, król z rodziną mogą liczyć, że się ich będzie nazywać królewskimi lub książęcymi wysokościami. Byłam kiedyś na koncercie, na który jako gościa honorowego zaproszono księżniczkę Magdalenę. Kiedy koncert się skończył i księżniczka szykowała się do wyjścia, konferansjer w oficjalnych słowach nakazał wszystkim wstać – i staliśmy, dopóki nie wyszła. Bo nie może być tak, że ktoś siedzi, gdy księżniczka stoi. Wobec tej powszechnej szwedzkiej skromności i równości ciężki musi być los księżniczki, która musi znosić, jak na jej widok zrywają się ludzie. Pewnie się przyzwyczaiła… Tak samo, jak przywykła pewnie do otaczającego ją luksusu. Luksusu, który widać, gdy tymczasem Szwedzi nie lubią pokazywać swojej zamożności – a przynajmniej do niedawna uchodziło to za rzecz w bardzo złym guście. Ostentacja nie jest mile widziana, a za drogie torebki przychodziło polityczkom płacić wysoką cenę, od złośliwości medialnych po rzeczywiste spadki popularności. Kiedy to piszę, uzmysłowiłam sobie, że politykom drogie garnitury na ogół nie tylko uchodzą bez komentarzy, ale są wręcz niezbędne do robienia dobrego wrażenia.

Wśród obywateli równościowej, egalitarnej Szwecji jest całkiem wielu nieludzko bogatych, włączając w to miliarderów ze światowej czołówki. Majątek Ingvara Kamprada, założyciela Ikei, wycenia się na pięćdziesiąt siedem miliardów dolarów, co daje mu piąte miejsce w rankingu bogaczy na świecie. Według innych zestawień zajmuje ósme miejsce z czterdziestoma dwoma miliardami, wszystko zależy od metody liczenia. Niektórzy twierdzą, że gdyby dokładniej przyjrzeć się wszystkim akcjom, obligacjom, zyskom pośrednim i bezpośrednim, to osiemdziesięciodziewięcioletni Kamprad wylądowałaby na pierwszej pozycji. Choć Ikea należy do fundacji non profit, zarejestrowanej w Holandii, a sterowanej przez rodzinę Kamprada poprzez spółkę z siedzibą w Liechtensteinie, profit jednak przynosi, i to ogromny: trzydzieści miliardów euro co roku. Kilka miejsc niżej w rankingach światowych jest Stefan Persson, szef i większościowy udziałowiec Hennes & Mauritz, do którego należą między innymi sieci odzieżowe H&M, Monki i Weekday. Majątek Perssona wycenia się na trzydzieści miliardów dolarów. Hans Rausing, w pierwszej setce najbogatszych ludzi, w przeciwieństwie do Kamprada i Perssona, nie dorobił się majątku sam, ale go odziedziczył. Po tacie dostał połowę Tetry Laval, największego na świecie producenta kartoników na mleko i soki. Nie może narzekać, ma dwanaście miliardów dolarów w gotówce i w akcjach. Nie muszę dodawać, że wszyscy trzej panowie starym dobrym zwyczajem zapewnili sukcesję swoim licznym dzieciom, a nawet wnukom, z których każde dostało kawałek majątku albo kawałek władzy w licznych koncernach, zarządach i radach. Nawet gdyby powinęła im się noga w biznesie, nie muszą się martwić, dostaną po rodzicach spore majątki, które przejmą bez podatku. Choć trudno w to uwierzyć, w równościowej Szwecji nie ma podatku od spadków, nawet tych największych. Jeszcze trudniej uwierzyć, że podatek zlikwidował socjaldemokratyczny rząd w 2005 roku.

Duże majątki stają się jeszcze większe, a wraz z nimi rośnie ochota do popisywania się zamożnością, szczególnie wśród młodych, rozwydrzonych dzieci bogaczy. Taki napawający skromnych Szwedów odrazą zwyczaj to rozlewanie – na siebie nawzajem i otoczenie – najdroższego szampana, na przykład przy okazji zabawy w mekce snobistycznych imprezowiczów, Stureplan (plac Sture, od nazwiska arystokratycznego rodu Sture). Plac nocą znany jest z klubów, do których tłumy panienek na niebotycznych obcasach i chłopaków z przylizką żelową czekają w kolejkach – nie mając pewności, czy wejdą, bo przy wejściu: selekcja. A także z restauracji, w których selekcji nie trzeba, bo już ceny dań eliminują „niewłaściwych” klientów. Za dnia można w okolicach placu zobaczyć szyldy rekinów finansowych, którzy się tu posadowili dla szpanu, i zajrzeć do sklepów z cenami odpowiednimi dla pracowników okolicznych biur. Szczególnie jeden jest znany, diory, chanele i inne prady sprzedaje. Raz do roku jest przecena, siedemdziesiąt procent, wtedy można trafić dżinsy za polską pensję minimalną.

Nadal jednak dla wielu Szwedów, także tych bogatych, prostota życia jest czymś naturalnym. Politycy jeżdżą do pracy komunikacją miejską albo rowerem. Gwiazdy telewizji spotyka się w metrze. O tak, wielu uwielbia dobre samochody, ekskluzywne ciuchy i elektroniczne gadżety, ale to nie one decydują o statusie. Z badań wynika, że Szwedzi najwyżej cenią… piękne przeżycia i balans między pracą a czasem wolnym! Ex aequo. Na drugim miejscu – bycie dobrym rodzicem i szczęśliwe małżeństwo. Podróże, wiedza ogólna i dobrze płatna praca – na trzecim. Tak wygląda szwedzkie top three, jeśli chodzi o symbole statusu. Na końcu listy znalazły się samochód, gadżety techniczne i doktorat. Przypomniało mi to historię, którą opowiedziała mi koleżanka pracująca w firmie zarządzającej stacjami benzynowymi. Żeby zwabiać klientów, mieli specjalne programy lojalnościowe kart stałego klienta. W Polsce wprowadzili Złote Platynowe Brylantowe Karty Klienta Super Hiper Niezwykle Ważnego VIP. W Skandynawii – Zielone Karty Ekologiczne. I jedno, i drugie świetnie się sprawdziło.

CIEPŁO NA PÓŁNOCY

Godzina 7.30, piję kawę i czytam gazetę. Dzwonek do drzwi. Biegnę po szlafrok. Otwieram. Dwóch panów w strojach roboczych. To moje pierwsze dni w Szwecji, mam dużo na głowie i zupełnie nie mogę sobie przypomnieć, żebym się z tymi panami umawiała.

– We came to repair the pipe – mówi jeden z nich, przystojniak z oksfordzkim akcentem i białozębnym uśmiechem. A, przypominam sobie teraz, że spływ przy zlewie jest zapchany. I że mieli przyjść, ale nie spodziewałam się ich tak rano.

Kiedy już otrząsam się z zaskoczenia, że hydraulik mówi do mnie jak Tony Blair – rzecz oczywista w kraju, w którym wszystkie dzieci uczą się angielskiego od piątego–szóstego roku życia albo i wcześniej – wpuszczam panów do domu. Ja szykuję się do pracy, oni majsterkują w kuchni. Po jakimś czasie stwierdzają, że trzeba coś wymienić, a oni nie mają ze sobą tej części.

– Możemy przyjść jeszcze dziś, tak około czternastej.

– Około czternastej jestem w pracy.

– Nie szkodzi, zostaw nam klucz w tej skrzynce na dole, wrzuć, jak będziesz jechać do pracy.

Chyba mam dziwną minę i panowie interpretują to na swój sposób.

– Zostawimy ci go w domu, wrzucimy przez okienko na listy.

Tu nie ma skrzynek na listy, pocztę wrzuca się przez szczelinę w drzwiach prosto do domu. Domyślam się, że hydraulicy zamkną drzwi na klucz z zewnątrz, a potem wrzucą go do mieszkania przez to okienko. Tyle że trudno mi ten plan uznać za bezdyskusyjny i gorączkowo kombinuję, czy to nie jakiś wyrafinowany spisek gangu hydraulików poliglotów, obrabiających mieszkania naiwnych cudzoziemców. Ostatecznie biorę ze sobą dwa komplety kluczy, jeden zostawiam w skrzynce przy wejściu do klatki, i pierwsze, co robię w pracy, to pytam, czy tutaj się taki zwyczaj praktykuje – że fachowcy wykonują naprawy, gdy właścicieli nie ma w domu. Tak, dowiaduję się, przecież fachowcy pracują od rana do jakiejś szesnastej (najczęściej), a ci, którym się lampa albo rura zepsuła – też. Więc to oczywiste, że najlepszym rozwiązaniem jest zostawienie kluczy.

Teraz zostawienie kluczy hydraulikowi czy kominiarzowi to dla mnie oczywistość. Tak samo jak wywieszenie na klamce kartki dla kuriera ze zgodą na to, by zostawił paczkę pod drzwiami. Polscy znajomi nie mogą pojąć: „Jak to tak, paczka stoi pod drzwiami kilka godzin i czeka, aż wrócisz do domu?”. Tak, właśnie tak. Kolejnym dowodem na to, że Szwedzi ufają (oprócz statystyk zaufania, w których od lat Skandynawowie wypadają najlepiej na świecie, a Polacy najgorzej), jest moim zdaniem znamienny fakt, iż nawet nie przyjdzie im do głowy, że w mięsie mielonym wołowym może być coś innego niż mięso mielone wołowe albo że w mielonej piersi z kurczaka może być udko kurczaka. Albo coś jeszcze zupełnie innego, do kurczaka niepodobnego. Pakowane w folię mięso mielone jest w każdym sklepie i w każdej lodówce. Niepoprawni są w tym swoim zaufaniu i trwają w nim mimo afery końskiej. W 2013 roku Ikea wstrzymała sprzedaż swoich kulek mięsnych, czyli tradycyjnych szwedzkich pulpecików, które za śmiesznie małe pieniądze można kupić w restauracjach tej sieci na całym świecie. Jedyna słuszna pijarowo decyzja wobec faktu, że czescy inspektorzy znaleźli w švédskich masovych kuličkach… koninę. Trująca nie jest, ale nie było jej na liście składników. Masové kuličky produkowała szwedzka fabryka. Już po miesiącu ruszyli z nowymi pulpetami – tym razem z Niemiec, trzy razy kontrolowanymi i z gwarancją składu zgodnego z opisem. Szwedzi jedzą więc nadal ikeowskie klopsiki, choć jako konsumenci bywają cięci i wymagający i lepiej im nie podpadać. Po programie telewizyjnym, w którym pokazano, jak w Chinach wyrywa się sierść piszczącym z bólu królikom, wiele sieci wycofało się ze sprzedaży angory w ogóle, bo nie było pewności, czy uda się sprawdzić, która z królika zadowolonego, która z torturowanego.

Ale w kwestii zaufania największym zaskoczeniem była dla mnie procedura potwierdzania podpisu. Kiedy składałam dokumenty do instytucji takich jak Urząd do spraw Migracji czy Urząd Podatkowy, wymagano potwierdzonej kopii paszportu. Już się zastanawiałam, gdzie będę po te potwierdzenia biegać, kiedy doczytałam, że „potwierdzić może członek rodziny, przyjaciel lub znajomy, uwierzytelniając dokument swoim podpisem i podając numer personalny oraz numer telefonu”. Obywatel zaświadcza za drugiego obywatela; nie musi być urzędnikiem, żeby państwo mu ufało. Nie zdziwiło mnie więc potem, gdy pan w punkcie ksero zaproponował, że potwierdzi mój paszport, który tam kopiowałam. Podziękowałam – poprosiłam już o potwierdzenie mojego chłopaka. Wyobrażam sobie minę polskiego urzędnika, do którego zgłaszam się z paszportem poświadczonym przez pana z ksero albo podpisanym przez kolegę… W sklepie nie raz zdarzyło mi się, że kiedy produkt nie miał kodu kreskowego, kasjer pytał: „Pamiętasz może cenę?”. Na co ja zwykle mówiłam: „Chyba tyle i tyle, ale pewna nie jestem”. I na rachunku było tyle i tyle. Jeszcze taka historia: wchodzę do małego sklepu z delikatesami, wybieram (nietani) przysmak na lunch. Sprzedawca ze smutkiem oznajmia, że terminal nie działa. A ja nie mam gotówki. Chcę już wychodzić, ale pan mnie zatrzymuje i mówi: „Jak masz ochotę, weź lunch i wróć wieczorem, terminal już powinien działać”. Widzieliśmy się pierwszy raz w życiu.

Punktem wyjścia jest założenie: wierzymy, że obie strony mają dobre intencje. To założenie obowiązuje też przy budowie nowych osiedli: praktycznie nie ma osiedli „zamkniętych”, z grodzeniami i strażnikami. Za to wszędzie sporo jest kamer. Oszustwa, oczywiście, zdarzają się, jak wszędzie, ale o ileż lepiej żyje się w przekonaniu, że warto ufać innym, a inni ufają mnie. Na zaufaniu opiera się też podejście do przyrody – wpuszczam cię do mojego lasu, wierząc, że go nie zniszczysz i posprzątasz po sobie. Allemansrätt to powszechna dostępność terenów, jak byśmy mogli trochę koślawo przetłumaczyć na polski. Przez prawie sto lat zwyczajowe, a od 1994 roku zapisane w ustawie zasadniczej prawo do wędrowania, biwakowania, zbierania grzybów i jagód oraz pływania łodzią, kajakiem czy żaglówką na terenach prywatnych. Przepisy te, owszem, są wielkoduszne, ale warto pamiętać, że prawie siedemdziesiąt procent powierzchni Szwecji zajmują lasy, a z tego ponad połowa jest prywatna; smutno by było, gdyby tak wielką część kraju wolno było oglądać tylko „zza płota”. W Polsce prywatnych jest około siedemnastu procent lasów, właściciele na ogół nie zabraniają do nich wchodzić, ale zgodnie z prawem – mogliby. Ta powszechna dostępność oznacza też, że namiot rozbijamy, gdzie chcemy, ale nie – jak się czasem cudzoziemcom wydaje – w pierwszym lepszym przydomowym ogródku. Jeśli jednak niezaznajomiony z przepisami obcokrajowiec ustawiłby namiot za blisko czyjegoś domu, małe jest prawdopodobieństwo, że przegoniono by go, strzelając w powietrze z broni myśliwskiej. Raczej grzecznie spytano by go, co zamierza tu robić.

Skoro wierzę w dobre intencje innych – nie mam przed nimi nic do ukrycia. Zaryzykuję, że drugą stroną szwedzkiego zaufania jest ekstremalna, z polskiego punktu widzenia, jawność. „Hej, kupiłam nam bilety promowe na Gotlandię”, pisze do mnie koleżanka na Facebooku. Ja jestem w Polsce, ona w Szwecji. „Trochę miałam problem, bo potrzebowałam twoich danych, ale znalazłam wszystko w necie”. „Jakie wszystko?”, pytam. Bo że adres i numer telefonu komórkowego można znaleźć (o ile jest na abonament), to już wiem. „Data urodzenia była mi potrzebna. Ale był tam też stan cywilny”.

Oburzona dzwonię do firmy administrującej stroną internetową, by dowiedzieć się, że mój – i wszystkich mieszkańców Szwecji, z wyjątkiem tych z chronioną tożsamością – nie tylko dokładny adres i numer telefonu, ale też data urodzenia oraz stan cywilny są dostępne na ich stronie dla każdego i za darmo. Zeznania podatkowe, dokumenty spadkowe, raporty finansowe firm, egzaminy na uczelni – wszystko to są tak zwane dokumenty publiczne. Od stu lat co roku drukowany jest „Kalendarz Podatkowy”, a w nim informacja o dochodach wszystkich mieszkańców Szwecji! Są to dochody opodatkowane, czyli z pracy i kapitału. Do 2008 roku można się było też z niego dowiedzieć, jaki majątek udało się zebrać sąsiadom i znajomym, ale odkąd zniesiono podatek od majątku, ciekawscy chodzą smutni. Tutejsze prawo o dostępie do informacji publicznej jest proste – kto chce, zagląda i już! A jeśli potrzebuje, robi kopię i bierze do domu, bo trudno przecież zapamiętać dwanaście stron egzaminu pisemnego na szóstkę z poprzedniego semestru, a jakże cenna to pomoc dla studenta! Mam za sobą parę rozmów z rodakami, którzy dostawali wręcz białej gorączki na myśl, że ich dochód mógłby być znany „komukolwiek, także złodziejom!” (uwaga: nie ma żadnych badań, z których wynikałoby, że istnieje zależność między jawnością dochodów a kradzieżami). W Polsce nawet numery telefonów są danymi bardzo moimi, osobowymi, osobistymi i intymnymi wręcz („Skąd ma pan mój numer?!”). W Szwecji – hulaj dusza dla marketingu, nie uciekniesz przed sprzedawcami telefonicznymi! Chyba że – niby proste, ale jakoś nie każdemu przychodzi do głowy – zastosujesz metodę nieodbierania rozmów od nieznanych numerów.

Także PESEL-e to dane osobowe i tajne. Tutaj numer personalny podaje się wszędzie, każdy sklep, w którym mam kartę stałego klienta, klub sportowy, kosmetyczka, strona internetowa rezerwacji biletów – wszystkie znają mój numer personalny. Gdy kupuję coś przez internet i po raz pierwszy jestem na stronie sklepu, wpisuję numer personalny i od razu pojawiają się wszystkie moje dane; reszty rubryk do faktury nie muszę wypełniać. Kiedy dzwonię, żeby zarejestrować się do lekarza albo spytać o coś w urzędzie podatkowym, proszą o wstukanie numeru personalnego, zanim jeszcze uda się z kimś porozmawiać. Mam czasem wrażenie, że jeśli chodzi o dane osobowe, Polska i Szwecja leżą na przeciwległych biegunach. Zarówno jeśli chodzi o przepisy, jak i stosunek do tych danych. Wśród Polaków lęk przed ujawnieniem „tajemnicy” przybiera czasem wręcz groteskowy wymiar. Kiedy pracowałam w polskim urzędzie państwowym, kilka razy zdarzyło mi się, że rozmówca odmawiał podania imienia i nazwiska. Nie przekonywało go ani to, że ja się przecież przedstawiłam, ani to, że żąda interwencji w swojej własnej sprawie i podaje nawet, u kogo trzeba tę interwencję przeprowadzić! Oburzony wołał: „To są moje dane osobowe!”. Na szczęście anonimów nie musieliśmy obsługiwać.

Załatwianie spraw w Szwecji nie jest, moim zdaniem, trudne, ale od polskiego narowistego temperamentu może wymagać pewnego okiełznania. Wytresowany niepowodzeniami, zmęczony zmaganiami z życiem, nie raz i nie dwa przeczołgany przez szefa czy urzędnika albo lekarza, Polak rusza załatwiać sprawy, jakby ruszał na wojnę. Nie ufa, to jasne; zakłada, że ktoś będzie nieżyczliwy albo leniwy, albo że przepisy durne – generalnie, że będą problemy. Nawet jeśli tego nie pokazuje, to niesie w sobie albo agresję, albo smutną rezygnację, która w agresję łatwo może się przerodzić. Nastawiony na walkę, jeśli tylko trafia na najdrobniejszą przeszkodę – rusza do ataku. Zwykle napada na pierwszy napotkany obiekt, czyli panią lub pana w okienku albo przy telefonie. Metoda może czasem skuteczna w Polsce (choć wymagająca tak dużych nakładów emocjonalnych, że jednak mało racjonalna), ale przeciwskuteczna w Szwecji. Spokojnie, ugodowo, rzeczowo mamy szansę załatwić wszystko. I wbrew temu, co wielu Polaków chciałoby sądzić, spora część tutejszych urzędników potrafi wyjść poza swój schemat i wykazać się pomysłowością w rozwiązywaniu problemów. Tak, to może potrwać, tak, trzeba być cierpliwym, ale zrobienie awantury sytuację co najwyżej pogorszy. Owszem, można rozczarowanie wyrazić, ale kulturalnie; uprzejma dyplomacja zawsze sprawdza się najlepiej. Możemy też liczyć, o ile nie trafimy wyjątkowo pechowo, na to, że zostaniemy potraktowani bardzo grzecznie i z szacunkiem. Załatwiłam w Szwecji jakieś tysiąc spraw urzędowych i przez te wszystkie lata może dwa razy zdarzyło się, że ktoś był dla mnie mniej uprzejmy. A raz częściowo z mojej winy. Niezbyt rozumiałam, dlaczego pani nie chce mnie obsłużyć, skoro ma jeszcze pięć minut do zakończenia pracy. Teraz wiem już, że czas pracy, jeśli jest regulowany „od do”, jest święty.

Wiele osób, które po raz pierwszy odwiedzają Szwecję, mówi, że tym, co najbardziej rzuca się w oczy, są uśmiechnięci i pogodni ludzie. Tymczasem w Polsce pokutuje stereotyp „zimnego Szweda”. Słuchałam szwedzkiego podcastu o naszym kraju, Polenpodden. Zaczepieni na krakowskiej ulicy przechodnie mówili, że Szwecja kojarzy się im z chłodem. Ale osoba, której rodzina i znajomi pracowali w Szwecji, miała o cieple i życzliwości Szwedów jak najlepsze zdanie. Nie ma pewnie wielkich różnic między polską a szwedzką życzliwością (a może tylko marzę, żeby tak było?), ale może istnieć różnica w jej wyrażaniu. Kiedyś robiłam wywiad z chłopakiem z Republiki Południowej Afryki, który przyjechał pracować do Polski, wcześniej mieszkał w Wielkiej Brytanii. Stwierdził, że u nas wszyscy są bardzo mili, choć nie na pierwszy rzut oka; ludzie na ulicach mają zacięte i srogie miny, ale jak się podejdzie spytać o drogę, robią, co mogą, żeby pomóc. Szwedzi natomiast są mili na pierwszy rzut oka i tacy pozostają, gdy i drugi raz rzucimy okiem i zagadamy. O ile tylko znamy angielski, dogadać się nie będzie trudno, bo w tym języku mówią tu prawie wszyscy. Szwecja jest na pierwszym miejscu, jeśli chodzi o poziom angielskiego wśród krajów nieanglojęzycznych; na drugim i trzecim Dania i Holandia, Polska całkiem nieźle: na dziesiątej pozycji.

O ile jednak zagadnięty na ulicy Szwed na pewno odpowie uprzejmie, o tyle Szwed niezagadnięty dosyć rzadko odzywa się do obcych ludzi z własnej inicjatywy. Mniej też jest skłonny do wyświadczania przysług, o które nie jest wprost poproszony; żadna polska dama na pomoc w niesieniu walizki liczyć nie może. Ustępowanie miejsca w tramwaju czy autobusie też nie jest tak oczywiste jak u nas. Szwedzi, którzy odwiedzają Polskę, twierdzą, że u nas młodzi zrywają się na sam widok starszej osoby. Tutaj ustępuje się wyłącznie bardzo, bardzo starym albo niepełnosprawnym. Nie ma szybkiej reakcji i rzucania się do pomocy, co Polacy łatwo mogą interpretować jako obojętność. Tymczasem pozorny brak zainteresowania jest wyrazem szacunku dla prywatności drugiego człowieka, wolą pozostawienie mu wyboru, czy chce, czy też nie chce wsparcia, i niezawstydzanie go pomocą, która być może z jego perspektywy jest niepotrzebna. Poproszeni o pomoc Szwedzi chętnie jej udzielą, widziałam też reagujących szybko w sytuacjach, gdy ratunek ewidentnie był potrzebny – na przykład kiedy starsza osoba przewróciła się, wsiadając do metra.

Ta specyficzna uważność na drugiego człowieka znajduje swój wyraz także w komunikacji werbalnej. Szwedzi są dużo mniej skłonni do informowania rozmówcy, co o nim sądzą. O jego fryzurze, jego zwyczajach, jego zachowaniu, zachowaniu jego dzieci i jego poglądach politycznych; są dużo ostrożniejsi w wyrażaniu ocen zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Na ogół też, żeby usłyszeć komplement, trzeba znać kogoś dłużej, ale dotyczy to częściej sytuacji damsko-męskich; kobiety są odważniejsze w komplementowaniu znajomych kobiet. Może czasem ekspresja uczuć jest nieco inna niż u nas, choć aż mnie boli takie uogólnienie, bo różnice między poszczególnymi Szwedami są większe niż między Szwedami a Polakami. Ale załóżmy, że przeciętny, statystyczny Szwed powściągliwiej od przeciętnego Polaka wyraża uczucia, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Polak reaguje ciałem i słowem, czasem nawet zanim zdąży pojąć, co reakcję wywołało. Jak go bliźni rozbawi, to się śmieje; jak staruszka za długo szuka drobnych przy kasie, to przewraca oczami zniecierpliwiony; jak gość w kolejce lubi Wałęsę, to bez pardonu: „Panie, co pan głupoty gadasz!”; jak synowi nie przeszkadza, że żona nie gotuje obiadów, to kiwa głową i: „Ja swoje zdanie powiem”. Szwed – zanimby się roześmiał – być może upewniłby się, że to żart. Na najpowolniejszą nawet staruszkę czekałby cierpliwie; gość w kolejce nie gadałby o polityce, a do życia syna rodzic nie miałby ochoty – ani poczucia, że ma prawo – wtrącać się, zajęty swoim. Co do okazywania radości: kiedyś z moim szwedzkim przyjacielem odebraliśmy bardzo radosną dla niego wiadomość. Ja podskakiwałam i wołałam „hura!”, on się uśmiechał. Choć cieszył się bardziej niż ja. Taka oględność w wyrażaniu emocji może sprawiać wrażenie ich braku dla kogoś, kto przyzwyczajony jest mieć serce na dłoni, a jak trzeba, to i szpilę, żeby drugiemu wbić w serce. Po prostu trochę tak jest, że niektórzy Szwedzi mniej od nas mają te wszystkie uczucia na wierzchu. Z drugiej strony Szwedzi się zmieniają – starsi są często bardziej oględni niż młodsi. Średnie i młode pokolenie bywa bardzo ekspresyjne i żywiołowe, „ach” i „och”, i „o nie mogę!”, i „ekstra”, i „super”, i „jesteś najlepszy”, i „ja tego dłużej nie zniosę!”. Oburzenie, zachwycenie, egzaltacja wręcz, i w necie, i w realu – jak u nas.

Szwedzką uważność i pozostawianie drugiemu człowiekowi „wolnej przestrzeni” widać nawet w fizycznym dystansie do rozmówcy, zwykle większym niż w Polsce. Podobnie jest zresztą w Norwegii. Pamiętam, jak obserwowałam kiedyś moją polską przyjaciółkę rozmawiającą z nowo poznanym Norwegiem. Było to na wsi, stali na podwórku koło domu. Po paru minutach rozmowy byli na drugim końcu podwórka. Ona się zbliżała, perorując żywo i gestykulując, on – cofał, bo odczuwał dystans między nimi jako zbyt mały. I tak przegadali jakieś pięćdziesiąt metrów. W ruchu ulicznym dystans też jest większy niż u nas. Kierowcy zachowują większą odległość między samochodami, mniej jest trąbienia, mniej wyprzedzania, więcej ustępowania. Jak jest zwężenie, samochody wjeżdżają z dwóch stron na zmianę – nie ma „kto pierwszy, ten lepszy” i „ha, spryciarzu, a ja cię nie wpuszczę”. Kiedy po dłuższej nieobecności na polskich drogach ruszyłam z Warszawy do Elbląga, odniosłam wrażenie, że większość kierowców to osoby niespełna rozumu, ryzykujące życie swoje i innych; miałam takie poczucie obcości, jakbym znalazła się nagle w kraju o innej kulturze, gdzie życie ludzkie nie ma wartości. Zresztą mój styl prowadzenia bardzo się zmienił po kilku latach w Szwecji. Na początku, kiedy mieszkający tutaj kolega Duńczyk powiedział mi, że jeżdżę strasznie ostro, to się obruszyłam i wyjaśniłam, że wszyscy moi polscy znajomi uważają, że prowadzę pewnie i bezpiecznie. Kiedy kolejny kolega, Szwed, powiedział to samo, to się zastanowiłam. Dużo mówi się tu o jeździe ekologicznej, więc zaczęłam eksperymentować. Odkryłam, że można zmieniać biegi, przeskakując o dwa, na przykład z dwójki od razu na czwórkę, że się nie gazuje i nie przyśpiesza szaleńczo bez potrzeby (ach, jaka szkoda…) i że jak się do tego wszystkiego nie stosuje, to można oblać egzamin na prawo jazdy, bo wiedza o ekologicznym stylu prowadzenia obowiązuje tu wszystkich kandydatów na kierowców. Zmiany przychodziły stopniowo, nawet ich nie zauważałam. Inni je zauważyli. Kiedy jakiś rok temu wybierałam się z rodzicami w dłuższą podróż, zaproponowałam, że będę prowadzić. Mama wzięła mnie na bok i szepnęła: „Kasiu, nie możesz prowadzić, tata tego nie wytrzyma, będzie się denerwował… Ty za wolno jeździsz”.

Największą jednak różnicą – oprócz tego, że kierowcy jeżdżą wolniej, ostrożniej i bardziej przestrzegają przepisów – jest stosunek do pieszych. Piesi mają pierwszeństwo. Zawsze. Czasem można by, niestety, odnieść wrażenie, że nawet wtedy gdy mają czerwone. Przepisy pozwalają na przechodzenie na czerwonym świetle, kiedy nie ma samochodów. Moim zdaniem mieszkańcy Sztokholmu trochę tego nadużywają. Na przejściach bez świateł nie ma sytuacji „niejasnych”, nie ma, jakże polskiego, pojęcia „wtargnięcia” na pasy. Wymaga to od kierowców trzymania się dozwolonej prędkości (w miastach pięćdziesiąt lub trzydzieści kilometrów na godzinę, ale wprowadzają właśnie „elastyczny” system i możliwe będą i inne ograniczenia, na przykład czterdzieści, sześćdziesiąt), wymaga to też wzmożonej uwagi, gdy zbliżają się do pasów. Kilka lat temu była u mnie krewna, pierwszy raz w Szwecji. Ja weszłam do sklepu, ona spacerowała na zewnątrz, od sklepu do przejścia dla pieszych – i z powrotem. Dopiero po kilku minutach zorientowała się, że jej przechadzki sterują ruchem na głównej ulicy Sztokholmu: gdy zbliżała się do przejścia, kierowcy się zatrzymywali, gdy się oddalała – ruszali.

Skoro mówimy o trosce o bliźnich, to Szwedzi są w czołówce, jeśli chodzi o pomaganie zorganizowane. Państwo szwedzkie oddaje 1,1 procent dochodu narodowego brutto na pomoc dla krajów rozwijających się. Czyli proporcjonalnie najwięcej wśród państw OECD, a w liczbach bezwzględnych z ponad sześcioma miliardami dolarów jest na szóstym miejscu wśród donatorów. Polska daje 0,09 procent, czyli najmniej. Prawie połowa narodu jest tu zaangażowana w jakiś wolontariat – czy to w klubie sportowym, czy w stowarzyszeniu lokatorów, instytucji kulturalnej, związku zawodowym albo organizacji społecznej. Panowie częściej wybierają sport i „życie na świeżym powietrzu”, panie – pomoc humanitarną, Kościoły, organizacje kobiece. Jest w czym wybierać, bo w Szwecji działa ponad dwieście tysięcy organizacji pozarządowych. Ludzie chętnie zapisują się do lokalnych stowarzyszeń, partii i innych organizacji politycznych.

Żeby to wszystko hulało, potrzebna jest sprawna współpraca. I zgoda. Tym, czego Szwedzi bardzo nie lubią, jest konflikt. Niechęć do konfliktu jest równie wielka jak zapał do dialogu. To tutaj człowiek odkrywa, że w naszej rzeczywistości to wyświechtane do bólu i właściwie pozbawione treści słowo ma głęboki sens, jeżeli dotyczy dwu stron, które się szanują i naprawdę słuchają. Albo przynajmniej próbują to robić. O modelu szwedzkim krótko piszę w rozdziale Człowiek i praca, ale dialog to tutaj dużo więcej niż współpraca między pracodawcami a związkami zawodowymi czy między rządem a organizacjami społecznymi.

Dialog to tutaj rozmowa, która ma przynieść konkretny efekt, a nie puste gadanie, które do niczego nie prowadzi, albo pozorowana dyskusja, ukrywająca dyktat jednej strony. Widać to szczególnie w debacie politycznej, w której argumenty personalne nie są używane: dyskusje nie dotyczą polityków, tylko polityki. Dowodem tego, jak Szwedzi wierzą w moc dialogu, jest istnienie policji dialogu. Dialogowi policjanci muszą wykazać się sporą odwagą – stają naprzeciw tłumu. Tłumu demonstrantów albo tłumu kibiców. Ten, który ma rozmawiać z demonstrantami, musi być zainteresowany społeczeństwem i znać się choć trochę na polityce – bo o nią chodzi w większości demonstracji. Z kolei tego, który ma dialogować z kibicami, pomylenie drużyny wyklucza z gry. Ale praca zaczyna się na długo przed samą akcją – policjant rozmawia z organizatorami, pyta o ich obawy, sprawdza, czy jest ryzyko kontrdemonstracji, i wyjaśnia, co o tym wszystkim sądzi policja. I uwaga – rozmowy prowadzi się niezależnie od tego, czy demonstracja jest legalna, czy nie. Cel: stworzenie sytuacji, w której demonstranci i policja wspólnie biorą odpowiedzialność za manifestację. Bo kiedy policja to nasz partner, a nie wróg czy kontroler, większa jest szansa, że będzie spokojnie. Na chwilę przed manifestacją policjant spotyka się z wyznaczoną przez demonstrantów osobą, by upewnić się, że nie ma – lub że są – jakieś zmiany w ostatniej chwili. A potem? Potem idzie w tłumie, czasem ogromnym, taki otwarty na dialog i odkryty na atak, bo bez broni i w stroju cywilnym, w żółtej kamizelce z napisem „policja dialogu”. Cały czas utrzymując kontakt z organizatorami akcji. Jeśli robi się niebezpiecznie – kamienie, koktajle Mołotowa – policjanci wycofują się, ale cały czas telefonicznie łączą się z manifestantami, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się plotek w stylu „i co też teraz policja zamierza zrobić”. Kilka dni po wszystkim policjanci spotykają się z organizatorami, żeby ustalić, co poszło dobrze, co źle i dlaczego, i jakie nauki mogą z tego wyciągnąć, żeby w przyszłości poszło lepiej.

Tak, o tym wszystkim mogę z absolutnie czystym sumieniem powiedzieć: „to takie szwedzkie”. Tak samo jak bardzo szwedzkie jest przywiązanie do idei sprawiedliwości – i poczucie sprawiedliwości. Znajomy Norweg opowiadał mi, że zarówno on, jak i jego koledzy, którzy na co dzień współpracują ze Szwedami, zaobserwowali podobny fenomen: kolacja na mieście, przychodzi czas płacenia rachunku, Norwegowie mówią: „Dobra, jest nas sześciu, dzielimy rachunek na sześć części”, a Szwed protestuje: „Ale ja nie brałem deseru”. Ponieważ mówimy o osobach dobrze sytuowanych, pierwsza interpretacja, która może się nasunąć, brzmi: „Szwed jest patologicznie chciwy”. Tyle że ten sam Szwed nie raz i nie dwa zaprasza do baru i płaci za drinki kolegów. Ja z kolei miałam podobne, choć „odwrotne” doświadczenie: znajomi zaprotestowali przeciwko równemu podzieleniu się rachunkiem w restauracji, bo zamówiłam trochę mniej od nich. Poruszamy się po grząskim gruncie uogólnień i wyciągania z nich wniosków, ale wygląda na to, że sprawiedliwość, także w wymiarze codziennym, jest dla Szwedów ważniejsza niż dla innych nacji. Jest nawet słowo na te ważne sprawy, po polsku muszą to być dwa słowa: „kwestie sprawiedliwości”. W podobnym do szwedzkiego norweskim nie ma takiego zwrotu, choć przecież kwestie sprawiedliwości obecne są w debacie. Podejście do nich nie jest jednak tak zasadnicze i pryncypialne jak w Szwecji. Na niejednym Polaku takie dzielenie się kosztami może zrobić wrażenie małostkowości. I może w przypadku rodaków byłaby w tym prawda: jak się Polak tak skrupulatnie dzieli, to może rzeczywiście nie jest hojny? W przypadku Szwedów taka drobiazgowość nie ma raczej nic wspólnego z hojnością czy jej brakiem.

Jeśli mówimy o cieple, nie możemy pominąć cotygodniowego rytuału domowego o nazwie fredagsmys, czyli „piątkowe przytulanko” lub „piątkowe ciepełko”, lub „piątkowy relaks”, lub „piątkowa sjesta” może? Rytuał jest stosunkowo nowy, narodził się w latach dziewięćdziesiątych. Koniec tygodnia, weekend przed nami, rozkładamy się na kanapie, jemy chipsy, pijemy coś gazowanego i oglądamy telewizję. Rodzinnie lub przyjacielsko. Żyła złota dla reklamy i ryzyko dla zdrowia, uważają niektórzy dietetycy. Obrazki rodzin, par, przyjaciół w dresowych spodniach i mięciutkich sweterkach, na kanapach, pod kocykiem, wpatrzonych w ekran i na oślep gmerających w wielgachnych miskach z popcornem – to motyw przewodni wielu reklam. Czasem jest wersja romantyczna tego piątkowego wieczoru: para na kanapie, trzymają kieliszki i patrzą sobie w oczy. Oczywiście nie wiemy, czy piją wino, bo reklamować alkoholu nie wolno. Albo półleżą, każde na swoim końcu kanapy, i czytają książki. Albo wpatrują się w ekran tabletu. Dzięki fredagsmys można sprzedać chipsy, telewizory, programy telewizyjne, telefony komórkowe, komputery, meble, słodycze, napoje, aparaty fotograficzne, właściwie wszystko, co się da, bo motyw jest pojemny.

Jak już jesteśmy przy weekendzie, to po przytulnym piątku mamy słodką sobotę. Lördagsgodis, czyli „sobotnie słodycze”, mają historię ponadpięćdziesięcioletnią, z higieny wywiedzioną. Cukierki jadło się raz w tygodniu, żeby próchnica się zębów nie imała, bo lepiej raz a dobrze niż trochę a codziennie. Tak było dawniej, dzisiaj sobota to tylko jeden z wielu dni tygodnia, kiedy dzieci jedzą słodycze. Te słodycze są na wagę, nabiera się je szufelkami. Kilka typów cukierków jest dobrych, kilka średnich, większość to cukier z barwnikiem i konserwantem, a niektóre są ohydne, przynajmniej dla Polaków. Może nie dla wszystkich, ale lakrits chyba dla większości z nas jest jednak nie do przyjęcia. Smolistoczarne solone cienkie kable, trochę wężowo-glistowate z wyglądu i wymiotne w smaku. Główny składnik, ten nadający mdlący smak, to lukrecja. Nie raz i nie dwa widziałam pozytywnie nastawionych Polaków, takich, co to lubią próbować egzotycznych przysmaków i nie boją się jeść czerniny ani ślimaków, którzy lakrits wypluwali. Słodycz – czy raczej słodko-mdła słoność – popularna jest nie tylko w Szwecji, ale też w innych krajach, w Hiszpanii, Nowej Zelandii, na Litwie. U nas nie wróżyłabym im powodzenia, ale kto wie.

Na pastelowo i słodko lub na czarno i słono. Szwedzka miłość do cukierków rośnie w miarę jedzenia. Im więcej się je, tym bardziej się chce… W latach sześćdziesiątych przeciętny Szwed zjadał sześć kilogramów rocznie. Teraz zjada siedemnaście!

Na koniec coś naprawdę bardzo ciepłego. Dotyk. Nie muszę mówić, że to nieprawda, że w Szwecji idzie się do więzienia za przytulenie dziecka. Wręcz przeciwnie – jeśli chodzi o świadomość roli dotyku, szwedzcy pedagodzy wyprzedzają znacznie polskich. W wielu przedszkolach dzieci mogą – jeśli oczywiście chcą – masować się nawzajem. Można nauczyć tego już roczne maluchy. Zanim pozwolono dzieciom na masowanie, sprawdzono, jak masaż na nie wpływa. Okazało się, że wpływa nie tylko na nie, ale też na wychowawców. W przedszkolach i szkołach, w których masaż jest w programie zajęć, nauczyciele, do tej pory miesiącami przebywający na zwolnieniach z powodu wypalenia, cieszą się pracą, a dzieci są zdrowsze, bardziej skupione i spokojniejsze. „Nie bije się tego, kogo się masowało”, jak stwierdziła jedna z nauczycielek.