Wydawca: Krytyka Polityczna Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 294 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szwecja czyta. Polska czyta - Opracowanie zbiorowe

Pod redakcją Katarzyny Tubylewicz 
oraz Agaty Diduszko-Zyglewskiej

 

Badania Biblioteki Narodowej pokazują, że książki czyta dziś zastraszająco niski odsetek zarówno dorosłych, jak i młodych Polaków. Tylko kilkanaście procent naszych rodaków sięga po sześć lub więcej książek rocznie. Na szczęście toczy się na ten temat burzliwa debata, która zatacza coraz szersze kręgi. Poziom czytelnictwa w Polsce wcale nie jest nam obojętny!

 

W  Szwecji czyta większość społeczeństwa. Przeciętny Szwed na czytanie poświęca 20 minut dziennie. Szwedzka literatura podbija też świat, choć pisana jest w języku, którym mówi zaledwie dziewięć milionów ludzi. Jak to możliwe, że w tym niedalekim od nas kraju czytanie jest czymś tak powszechnym, autorzy otrzymują wysokie honoraria, biblioteki dla dorosłych i dla dzieci pełne są nowości, a literatura jest oczkiem w głowie rządzących? I dlaczego  opłaca  się tworzyć biblioteki dla dzieci w przedziale wiekowym 10-13, a  w promocję czytelnictwa angażować trenerów sportu?

 

Czy szwedzki sposób patrzenia na literaturę i promocję czytelnictwa różni się od naszego? Czy Szwecja mierzy się z podobnymi do naszych problemami? I w jaki sposób walczymy dziś o poprawę czytelnictwa w Polsce?

 

Na te pytania bardzo ciekawie odpowiadają szwedzcy i polscy pisarze, wydawcy, bibliotekarze, agenci literaccy, związkowcy, urzędnicy państwowi i przedstawiciele samorządów,  porównując polskie i szwedzkie praktyki czytelnicze, rozwiązania prawne i doświadczenia. Opowiadają o swojej pasji, zmaganiach i nadziejach. Udowadniają, że dla własnego, ale także społecznego dobra, wszyscy powinniśmy czytać, czytać i jeszcze raz czytać.

Wśród rozmówców m.in.: Joanna Kluzik-Rostkowska, Beata Stasińska, Beata Chmiel, Roman Chymkowski, Katti Hoflin i Stefan Ingvarsson, a o historycznym podłożu różnic między polskim a szwedzkim czytelnictwem pisze dr Maja Chacińska.


Katarzyna Tubylewicz - pisarka, kulturoznawczyni i tłumaczka z języka szwedzkiego (przełożyła m.in. cztery powieści Majgull Axelsson i trylogię Jonasa Gardella o AIDS). Autorka powieści „Własne miejsca” i „Rówieśniczki”. W latach 2006 – 2012 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Sztokholmie. Była też dyrektorką programową pierwszej edycji festiwalu Odnalezione w Tłumaczeniu, Gdańskie Spotkania Tłumaczy. Jest stałą felietonistką „Krytyki Politycznej”, współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, prowadzi zajęcia na temat kultury polskiej na Uniwersytecie Sztokholmskim. Mieszka w Sztokholmie i w Warszawie. Strona internetowa: www.katarzynatubylewicz.pl

 

Agata Diduszko-Zyglewska – dziennikarka, aktywistka miejska, promotorka książek; członkini zespołu Krytyki Politycznej, współautorka dokumentu „Miasto kultury i obywateli. Program rozwoju kultury w Warszawie do roku 2020”, członkini zespołu sterującego ds. wdrażania Programu Rozwoju Kultury w Warszawie; absolwentka Anglistyki UW oraz Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach; studiowała też w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych UW oraz Instytucie Sztuki PAN; pracuje w Wydawnictwie Krytyki Politycznej; pisze dla Dziennika Opinii o prawach kobiet, sprawach społecznych, czytelnictwie i kulturze.

Opinie o ebooku Szwecja czyta. Polska czyta - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Szwecja czyta. Polska czyta - Opracowanie zbiorowe

SZWECJA CZYTA.POLSKA CZYTA

POD REDAKCJĄ KATARZYNY TUBYLEWICZI AGATY DIDUSZKO-ZYGLEWSKIEJ

WYDAWNICTWO KRYTYKI POLITYCZNEJ

SZWECJA CZYTA. POLSKA CZYTA

KATARZYNA TUBYLEWICZ

Książka, którą trzymasz w ręku, wzięła się z frustracji i nadziei. Gwarantuję, że poczujesz w niej nasze emocje. Powstała z przerażenia fatalnym stanem czytelnictwa w Polsce i z przekonania, że jest to jednak trend, który da się odwrócić. Zrodziła się także z przeświadczenia ludzi, którzy przyczynili się do jej powstania, że czytelnictwo jest bardzo ważne i trzeba o nie walczyć, bo czytanie jest kluczem do współuczestnictwa w demokracji.

Czytanie nie jest przestarzałe ani staromodne; wręcz przeciwnie, ono tworzy lepszą przyszłość. Zgodnie ze słowami jednej z moich szwedzkich rozmówczyń, Katti Hoflin, „biblioteka to dobry społeczny biznes”, bo wysoki poziom czytelnictwa zwiększa PKB kraju, nie mówiąc już o tym, jak korzystnie wpływa na poziom innowacyjności w społeczeństwie i jak bardzo poszerza horyzonty. A co powiecie na to, że czytanie łagodzi obyczaje i zwiększa empatię? Jak zauważa Nina Frid, czytelnik otrzymuje „dostęp do wewnętrznego świata innych”; ten rodzaj bliskości „umożliwia wyłącznie literatura”. Nie jest przypadkiem, że cytuję tu dwie Szwedki. Szwecja czyta. Polska czyta to rozpięty nad Bałtykiem nasz proczytelniczy most, na którym mieszają się głosy troszczących się o czytelnictwo Szwedów i Polaków. Ton wypowiedzi tych ostatnich często bywa minorowy. Jak to ujęła Beata Stasińska, w Polsce wciąż brakuje „woli politycznej, by kulturę, edukację i naukę uznać za priorytety cywilizacyjne równie ważne, jak gospodarka i budowanie instytucji demokratycznych”. Brakuje dobrych ustaw, biblioteki dopiero od niedawna są podnoszone z ruin posttransformacyjnych zaniedbań, a rynek książki ma w sobie wiele elementów dzikiego kapitalizmu. Szczęśliwie zaczyna się to powoli zmieniać i jest szansa, że zmiany wkrótce przyspieszą. Świadczyć o tym może na przykład zataczająca coraz szersze kręgi dyskusja o konieczności wprowadzenia ustawy o jednolitej cenie książki (w naszych wywiadach znajdziesz różne opinie na ten temat, ale wiele przemawia za tym, że bez regulacji cen polski rynek książki będzie pogrążał się w chaosie i rabatowych wojnach).

Również w świecie promocji czytelnictwa dzieją się u nas ciekawe i dobre rzeczy, które miewają tak spektakularny charakter, jak przyciągające tłumy festiwale literackie w rodzaju warszawskiego Big Book Festival czy gdańskich spotkań tłumaczy „Odnalezione w tłumaczeniu”, są doskonałymi inicjatywami oddolnymi („Biblioteki Szkolne Online”, „Warszawa czyta”) lub mądrą i bardzo nam potrzebną pracą pozytywistyczną. To wyjątkowo cenne, że Instytut Książki stawia na wspieranie bibliotek oraz coraz liczniejszych w Polsce Dyskusyjnych Klubów Książki. Nie zmienia to faktu, że jest jeszcze mnóstwo do zrobienia i że trzeba nam dobrych wzorców do naśladowania. W tym momencie warto zerknąć na Szwecję – bez kompleksów, ale z ciekawością i uwagą. Na zachętę dodam, że Szwedzi też rzucają okiem w naszą stronę. W szwedzkiej debacie na temat konieczności zreformowania państwowego wsparcia dla produkcji filmów bardzo często przytaczany jest przykład Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Jest on przedstawiany jako wzór dobrej instytucji, która daje szansę kinu ambitnemu. Z kolei dla nas Szwecja może stać się wzorem w temacie promocji czytelnictwa oraz dbałości o rodzimych pisarzy i tłumaczy.

Przeciętny Szwed czyta dwadzieścia minut dziennie, przeciętna ukazująca się na rynku szwedzkim książka ma szansę dostać kilkanaście recenzji w prasie papierowej. Szwedzka literatura podbija świat, co nie dzieje się, rzecz jasna, samo z siebie, tylko jest efektem systematycznej i świadomej pracy wydawnictw, agentów literackich oraz instytucji państwowych. Szwedzki pisarz, negocjując kolejną umowę z wydawnictwem, zawsze może liczyć na wsparcie wpływowego i skutecznego Związku Pisarzy i Tłumaczy. Związek ten gwarantuje swoim członkom między innymi minimalną stawkę tantiem autorskich, która wynosi dwadzieścia pięć i pół procent od ceny hurtowej książki. Jest to uczciwy udział w dochodach, o którym polscy pisarze mogą na ogół tylko pomarzyć. Związek dba także o to, by jego członkowie dostawali przyzwoite wynagrodzenie za spotkania autorskie, i choć z zebranych tu wywiadów mogłoby wynikać, że Szwedzi zawsze są mili i grzeczni, to zapewniam, że jeśli trzeba, potrafią też postawić sprawy na ostrzu noża. Tak jak przewodniczący Związku Pisarzy i Tłumaczy Gunnar Ardelius, który dość regularnie publikuje w prasie ostre, interwencyjne teksty, ostatnio na temat konieczności wypłacania pisarzom przyzwoitych honorariów za ich udział w organizowanych przez miejskie biblioteki spotkaniach autorskich. Bardzo potrzeba nam w Polsce takiego głosu oraz prawdziwie skutecznego zawodowego związku pisarzy!

Wybór szwedzkich rozmówców, jakiego dokonałam, przygotowując tę książkę, nie jest przypadkowy. Uważam, że w tym, co mówią o problemach na szwedzkim rynku wydawniczym (bo nie jest to wszak rynek ich pozbawiony), znajduje się wiele błyskotliwych sugestii oraz odpowiedzi na pytania, które zadajemy sobie dzisiaj w Polsce. Czy wydawnictwa powinny stawiać głównie na kreowanie bestsellerów? Dokąd to je może zaprowadzić? Czy to dopuszczalne, by książki komercyjne miały gorsze, mniej staranne opracowanie redakcyjne? Jak zachęcić do czytania niezainteresowaną literaturą młodzież? Czym jest solidarność twórców? W jaki sposób państwo może pomagać pisarzom? Skąd brać pieniądze na stypendia?

Choć pierwotnie książka ta miała traktować jedynie o Szwecji, szczęśliwie tak się nie stało. Jej rozbudowaną, niezwykle ważną częścią są wywiady z zajmującymi się promocją czytelnictwa Polakami – szefami instytucji, wydawnictw, samorządowcami, bibliotekarzami i politykami. Wyboru polskich rozmówców dokonała Agata Diduszko-Zyglewska, i to ona także przeprowadziła większość rozmów. Dzięki temu otrzymaliśmy unikalny i wnikliwy obraz obecnej sytuacji na rynku książki w Polsce oraz pogłębioną dyskusję na temat koniecznych zmian i reform. Do pełnego uzdrowienia potrzeba trochę czasu oraz kilku ustaw, a także – to pozwolę sobie dodać od siebie – znacznie większej solidarności i więcej współpracy pomiędzy instytucjami, twórcami i organizacjami z branży wydawniczo-księgarskiej. Optymistyczne jest natomiast to, że czytelnictwo znowu stało się istotną częścią debaty, a jego niski poziom jest przez wielu ludzi uważany za problem.

Nadzieją napawa także to, że są takie osoby jak Ty, Drogi Czytelniku / Droga Czytelniczko – bo to Ty czytając, zmieniasz Polskę na lepsze.

Szwecja czyta. Polska czyta nie miałaby szansy powstać, gdyby nie wsparcie i zaangażowanie Ambasady Szwecji w Warszawie i jej wspaniałych pracowniczek Bratumiły Pettersson oraz Katarzyny Szoty. Naszym polskim partnerem instytucjonalnym stał się nieoceniony Instytut Książki.

Osobiście gorąco dziękuję wydawnictwu i środowisku Krytyki Politycznej, zwłaszcza Agacie Diduszko-Zyglewskiej, Maciejowi Kropiwnickiemu, Patrykowi Walaszkowskiemu oraz Magdzie Majewskiej. Jest to jedyne znane mi w Polsce środowisko na tyle szalone i idealistyczne, by porwać się wydania tak niszowej pozycji, jak książka o promocji czytelnictwa. Ponieważ ja również zaliczam się do osób pozytywnie zakręconych, wierzę z całą mocą, że książka ta może nie stanie się bestsellerem (chociaż w zasadzie czemu nie?), ale będzie przyczynkiem do wielu dyskusji oraz zarzewiem pozytywnych zmian.

CZĘŚĆ I SZWECJA

1. W ŚWIĘTA SZWEDZI CZYTAJĄ KSIĄŻKI

Rozmowa ze STEFANEM INGVARSSONEM, krytykiem literackim, publicystą, tłumaczem literatury polskiej, szefem programowym festiwalu literackiego Stockholm Literature

KATARZYNA TUBYLEWICZ: Szwedzi wciąż dużo czytają. Czy to dlatego, że literatura jest dziedziną kultury uznaną za priorytetową przez państwo szwedzkie?

STEFAN INGVARSSON: Szwecja jest w ogóle bardzo aktywna we wspieraniu kultury. Rozmawiamy o literaturze, ale ona nie istnieje przecież w próżni, jej sytuację trzeba porównać do sytuacji teatru, tańca, sztuk wizualnych i tak dalej. W porównaniu do wszystkich innych gałęzi kultury literatura ma w sumie mało wsparcia, zarówno jeśli chodzi o instrumenty pomocy, jak i o konkretne sumy w budżecie państwa. Przykładowo teatr kosztuje nieporównywalnie więcej. Literatura jest wręcz jedyną dziedziną kultury, która przez lata utrzymywała się głównie na zasadach komercyjnych.

Jak to?

Głównym mecenasem literatury jeszcze nie tak dawno temu były wydawnictwa, które uprawiały politykę zrównoważonego dzielenia środków. To znaczy pieniądze z tytułów, które dobrze się sprzedają, pozwalały na wydawanie tytułów niebędących bestsellerami. Założeniem klasycznego szwedzkiego wydawnictwa było coś, co po szwedzku jest nazywane „gungor och karuseller” – „huśtawki i karuzele”. Wyrażenie to oznacza, że trzeba mieć w swojej ofercie zarówno mniej dochodowe huśtawki, jak i przynoszące pieniądze karuzele, również dlatego, że w każdym momencie huśtawka może stać się karuzelą. Przykładowo, wydajesz cztery książki bardzo utalentowanej pisarki, które sprzedają się w nakładzie dwóch, trzech tysięcy egzemplarzy każda, albo zaledwie ośmiuset sztuk, a potem raptem jej kolejna książka, jak w przypadku Leny Andersson, sprzedaje się w dwustu tysiącach. Każde wydawnictwo tak myślało. Dobrze sprzedające się książki finansują te sprzedające się gorzej, z kolei niektóre ambitne i „węższe” tytuły tworzą prestiż wydawnictwa, który ułatwia przyciągnięcie dobrych autorów.

STOCKHOLM LITERATURE

Międzynarodowy festiwal literacki organizowany od dwóch lat w Sztokholmie.

www.stockholmliterature.se

Czy to się zmieniło?

Przez ostatnie dwadzieścia lat w szwedzkich wydawnictwach, zwłaszcza tych dużych, zwiększył się wpływ działów marketingu na politykę wydawniczą i to zaburzyło równowagę. Właściciele wydawnictw zaczęli stawiać na szybki, duży zysk. Po obniżeniu podatku VAT na książki w 2002 roku szwedzki rynek wydawniczy się rozrósł. Wydawano więcej tytułów niż kiedykolwiek w historii Szwecji. Działy marketingu strasznie naciskały, by stawiać na tytuły, które dobrze się sprzedają.

Zyski w szwedzkiej branży wydawniczej stały się w pewnym momencie naprawdę duże. W rekordowym 2007 roku dochody netto wydawnictw ze sprzedaży książek na rynku szwedzkim wyniosły niemal trzy miliardy koron.

To prawda, warto jednak pamiętać, że chociaż wydawcy kreują mit o swoim znakomitym wyczuciu, to co roku możemy wskazać kilka tytułów, których sukcesu nikt, łącznie z wydawcami, nie był w stanie przewidzieć. Dlatego zawsze konieczne jest pewne ryzyko. Nie da się stawiać tylko na to, co z góry typuje się na bestsellery, bo tak naprawdę nikt z góry nie wie, co okaże się bestsellerem. Nic nie jest bardziej żałosne niż wydany w cynicznie czysto komercyjnym celu tytuł, który się nie sprzedaje. Kiedyś w wydawnictwach uważano, że trzeba wydać dwadzieścia tytułów, żeby dwa były wielkim sukcesem. W ten sposób cały system siebie finansował. Teraz problemem na rynku książki jest to, że właściciele wydawnictw widzą w nich źródło dużych pieniędzy i chcieliby wydawać same bestsellery. Wcześniej wydawnictwa tkwiły bezpiecznie w „półdochodowym” sektorze, ale kiedy stały się bardzo dochodowe, pojawiły się naciski. Właściciele wydawnictw przestali ufać ludziom z branży wydawniczej i zaczęli zatrudniać osoby związane z innymi rodzajami handlu detalicznego. Tak działo się we wszystkich dużych wydawnictwach.

Czyli książka zaczęła być w Szwecji sprzedawana trochę tak, jak każdy inny produkt. Na początku ze sporymi sukcesami, ale w ostatnim czasie w największych szwedzkich wydawnictwach zwolniono dużą część personelu i zaczyna się mówić o kryzysie. Czy można zatem uznać, że czysto marketingowe podejście do literatury się nie sprawdziło?

Zależy, jak na to spojrzeć. Na krótką metę redefinicja priorytetów wygenerowała jeszcze większe zyski. Ale przy okazji także mnóstwo problemów. Tym bardziej że zaczęły się zmieniać formy dystrybucji książek i weszliśmy w erę hegemonii księgarni internetowych. Mają one wiele zalet, na przykład sprzyjają bardzo specjalistycznym i niszowym książkom, ale autorzy literatury pięknej, którzy sprzedawali kiedyś w Szwecji po piętnaście do dwudziestu tysięcy egzemplarzy, bo ich książki były widoczne na półkach w każdej księgarni, sprzedają coraz mniej. Jest kilka hitów, które czytają wszyscy, ale jest też coraz więcej pisarzy, którzy nie dają rady utrzymać się z pisania i nie trafiają do swoich czytelników. Do tej sytuacji przyczyniają się media, działy kultury dużych gazet, które też eksponują tylko kilka hitów. Robi się z tego sytuacja trochę jak w kasynie, „the winner takes it all”.

W jakiej liczbie egzemplarzy sprzedaje się prawdziwy bestseller w Szwecji?

Około dwustu tysięcy sztuk. Oczywiście wydawnictwa troszkę manipulują liczbami, bo nigdy nie wiadomo, jaka część takiego nakładu to droższe książki w twardej okładce, a jaka – wydanie kieszonkowe.

Tak czy inaczej autorzy bestsellerów, którzy na ogół są też tłumaczeni na wiele języków, stają się naprawdę bogaci. Zarazem znika pisarska klasa średnia?

Tak. Ale doszliśmy chyba do momentu przesilenia. Wchodzimy w fazę, kiedy kapitał nastawiony na zysk zacznie się wycofywać z rynku, a duże wydawnictwa, które zwalniają personel, będą musiały wydawać mniej tytułów. Zmiany widać także w tym, że coraz więcej ambitnej, ciekawej literatury, ale także coraz więcej bestsellerów jest wydawanych przez małe wydawnictwa, które oczywiście oczekują, że utrzymają się ze swojej działalności, ale nie liczą na nie wiadomo jaki zysk.

Rozpocznie się powolny powrót do tego, by znów stworzyć równowagę między książkami komercyjnymi a tytułami obarczonymi ryzykiem. W świecie wydawnictw sprawdza się stawianie na to, co niepewne i niesprawdzone. Ludzie z innych branż często wierzą, że istnieje jakieś jedno dobre rozwiązanie, że można zdobywać doświadczenie i dzięki niemu przewidzieć, co się sprzeda. A tego nie da się przewidzieć! Literatura jest naszą współczesną mitologią, opowieścią o nas samych, o innych, i trudno jest wyczuć, jakiej historii w danym momencie potrzebuje zbiorowość.

Czy istniejące w Szwecji stypendia dla pisarzy są jakimś ratunkiem dla pisarskiej klasy średniej, czy jest to raczej pomoc jednorazowa?

Nie do końca. We wszystkich komisjach przydzielających stypendia z Funduszu Pisarzy znajdują się osoby, które wcześniej same dostawały takie wsparcie i teraz opiniują wnioski innych autorów. Oczywiście żaden system nie jest obiektywny, ale ten jest dosyć sprawny i w miarę sprawiedliwy. Przede wszystkim wspiera się tych, którzy są początkujący, tych, którzy są eksperymentalni, nowatorscy, oraz tych, którzy są starsi. To sprzyja zachowaniu jakiejś równowagi. Jeśli autor sprzedał książkę w dwudziestu tysiącach egzemplarzy, to przez jakiś czas ma z czego żyć. Ale może się zdarzyć, że jego następna książka nie będzie już tak często kupowana. Wtedy taki pisarz może dostać stypendium. Wszyscy inni twórcy też działają w systemie wyrównującym dochody, tak samo jest na przykład w sztukach wizualnych. W kulturze musi być miejsce zarówno dla ludzi początkujących, odważnych, próbujących czegoś nowego, jak i dla starszych, którzy mają już za sobą najbardziej twórczy okres. Oni też muszą z czegoś żyć. Mądry system dofinansowywania kultury wspiera przede wszystkim trzy grupy: młodych, eksperymentalnych i starszych.

Dlaczego Szwedzi wciąż dużo czytają?

Źródeł tego zjawiska na pewno trzeba szukać jeszcze w okresie reformacji i kampanii Kościoła szwedzkiego na rzecz powszechnego czytelnictwa. Nie da się pominąć faktu, że powszechność czytelnictwa była charakterystycznym dla Szwecji zjawiskiem już w XVIII wieku. Dzisiaj nawet w rodzinach niewykształconych każdy młody człowiek ma czytającą babcię albo czytającego dziadka. W każdej warstwie społecznej znajdują się czytelnicy. Dlatego choć młodych ludzi rozprasza nawał informacji, cały czas istnieje pewien wzorzec. Od urodzenia mają wokół siebie osoby czytające.

Czy jako syn polskiej imigrantki nie byłeś wychowywany w przekonaniu, że prawdziwa inteligencja i prawdziwi czytelnicy są w Polsce, a nie w Szwecji? Zdarzyło mi się słyszeć tego typu głosy i wiem, że wśród starszego pokolenia emigrantów z Polski powszechny jest taki właśnie mit.

Moja polska część rodziny wywodzi się z dawnej polskiej inteligencji, która zawsze żywiła przekonanie, że ich styl życia odzwierciedla całą Polskę; że skoro inteligencja czyta i chodzi do teatru, to znaczy, że w Polsce w ogóle tak jest.

Tymczasem polska inteligencja nie za bardzo starała się, by tak było. Oczywiście wiemy, że w okresie II Rzeczypospolitej elity były zaangażowane w upowszechnianie czytelnictwa i że było tak też w okresie pozytywizmu, ale ta tradycja została trochę zatracona. W Szwecji istnieje silne przekonanie, że ludzie wykształceni muszą promować kulturę i czytelnictwo wśród wszystkich warstw społecznych. Natomiast w Polsce silne są elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że tak zawsze było i będzie, że to normalne w każdym społeczeństwie. W Szwecji nie ma takiej perspektywy.

Czasem mam wrażenie, że w Polsce czas komunizmu, kiedy inteligencja stała się bardzo specyficzną klasą społeczną – wykształconą, ale biedną – nasilił tę polską tendencję elit intelektualnych do odgradzania się od reszty.

Tak, zakonserwował to zjawisko. A potem przyszło pierwsze pokolenie wolnej Polski, w którym uważa się, że każdy dorabiał się własnymi siłami. Triumfuje więc także neoliberalny pogląd, że każdy ma się rozwijać i korzystać z kultury według swoich możliwości. Nie ma przekonania, że jeśli ktoś dostał więcej, to też więcej od niego się wymaga.

Bardzo duża jest też hierarchiczność w myśleniu o książkach. Na przykład panuje opinia, że dobra literatura powinna być trudna i w jakiś sposób niedostępna. Często czuję ten wyższościowo-wykluczający ton w polskich recenzjach, których jest zresztą w prasie coraz mniej. Jak wygląda sytuacja krytyki literackiej w Szwecji?

Krytyka literacka w Szwecji działa według zasady, która z polskiego punktu widzenia może wydawać się egzotyczna, bo w Szwecji każda książka ma swoją datę recenzji. Założenie jest takie, że krytycy mają czytać wnikliwie, więc na napisanie recenzji potrzebują dwóch, trzech tygodni. O tym, którym krytykom zostaną przydzielone książki, decydują w gazetach redaktorzy zajmujący się literaturą. Kiedy pojawiają się katalogi wydawnictw, krytycy wysyłają do redaktora informacje o tytułach, które ich interesują, i część z tych wskazówek jest potem brana pod uwagę. Czasem redaktor ma własne pomysły. Na przykład w „Expressen” przez miesiąc mężczyźni recenzowali książki napisane przez kobiety i na odwrót. Stale toczę walkę o miejsce na literaturę tłumaczoną i literaturę faktu, a pisuję głównie dla gazety popołudniowej, w której jest mało miejsca, tylko dwie strony działu kultury.

Dwie strony działu kultury w popołudniówce to nie jest mało!

Jak na Szwecję to bardzo mało. Zresztą ciekawe jest to, że dwie główne gazety popołudniowe – „Expressen” i „Aftonbladet” – o lekkim, tabloidowym charakterze, mają ambitne działy kultury. Są to gazety nastawione na sensację, ale działy kultury są w nich traktowane poważnie. W takiej gazecie promowanie czytelnictwa jest szczególnie ważne, bo dociera się do bardzo dużej liczby osób. Chodzi o to, żeby pisać w taki sposób, aby zainteresować odbiorców, niekoniecznie czymś oczywistym. Niedawno wywalczyłem na przykład, by w „Expressen” pojawiła się podwójna recenzja przekładu wierszy Anny Świrszczyńskiej i przekładu wierszy Anne Sexton. Recenzje w „Expressen” są w równym stopniu głosem w debacie literackiej, jak i promowaniem czytelnictwa. Świrszczyńska jest jedną z moich ulubionych poetek, więc zależało mi, by o niej napisać.

Czy w Szwecji jest dużo książek nierecenzowanych?

Tak, jeśli uwzględnimy wszystko, co ukazuje się na rynku. Ale jeśli popatrzymy na to, co jest wydawane przez sześć największych wydawnictw w Szwecji, to większość pozycji jest omawiana na łamach gazet.

Na ile recenzji może liczyć książka, która zostaje zauważona?

Kiedyś dostawała około dwudziestu pięciu recenzji, dziś raczej trzynaście, bo zmniejszyła się liczba gazet lokalnych. Ale to też jest dużo.

Czy szwedzka krytyka literacka jest snobistyczna?

W porównaniu z innymi krajami – nie. Poza tym dzieje się coś ciekawego, gdy dużo recenzji ukazuje się tego samego dnia. Najbardziej renomowani autorzy mają zazwyczaj dziesięć recenzji w jednym dniu! To tworzy wielogłos, który mi się bardzo podoba i który wpływa na debatę literacką. Jeśli recenzenci piszą dopiero po przeczytaniu tekstów kolegów, to siłą rzeczy jakoś się nimi sugerują. Czasem ustawiają się w opozycji do innych krytyków i może się zdarzyć, że piszą negatywną lub pozytywną recenzję na przekór komuś, kto napisał inaczej. W Szwecji zdarza się to znacznie rzadziej niż gdzie indziej.

Dlaczego zdecydowałeś się stworzyć w Sztokholmie nowy festiwal literacki?

W Sztokholmie długo nie było takiego festiwalu, ponieważ bardzo dobrze działają sceny literackie Kulturhuset, a spotkania z pisarzami są organizowane także przez inne instytucje. Poza tym Sztokholm, tak jak inne szwedzkie miasta, ma swój świetny Dzień Książki. Tradycja Dni Książki narodziła się w Malmö w latach trzydziestych XX wieku i była reakcją na palenie książek w nazistowskich Niemczech. Idea promowania książek w ten sposób rozprzestrzeniła się tak bardzo, że dziś właściwie w każdym szwedzkim mieście odbywa się taki dzień. Na ogół organizatorami są teatr miejski i lokalna prasa. Zaprasza się autorów, rozmowy z nimi prowadzą dziennikarze gazety, która pisze też o wydarzeniu.

Spotkania z autorami były więc w Sztokholmie dość dobrze zagospodarowaną niszą, ale mnie się wydawało, że potrzebny jest festiwal, który będzie trochę inny. Co roku zapraszamy kilku bardzo znanych autorów, ale stawiamy przede wszystkim na nowych gości, takich, którzy dopiero może staną się odkryciem. Szwecja jest dziś trochę zadufana w sobie, bo cały świat kupuje prawa do naszych książek, więc my też czytamy głównie rodzimych autorów. Kiedyś tak nie było, kiedyś Szwecja była bardzo ciekawa literatury z innych stron świata. Myślę, że w całej Europie są dziś takie tendencje i wszyscy musimy przeciwdziałać własnemu prowincjonalizmowi. Jesteśmy pod tym względem coraz bardziej podobni do Amerykanów. Choć w Polsce wśród czytających ciekawość świata wydaje mi się większa. W ogóle w Polsce ludzie zainteresowani kulturą są ciekawi tego, jak jest gdzie indziej, szukają dobrych przykładów. Szwecja przestała się interesować dobrymi przykładami, uważa, że sama ma najlepsze rozwiązania. Organizując festiwal, próbujemy wpływać na działy kultury mediów, które też są tak skoncentrowane na tym, co szwedzkie, że czasem trudno je przekonać do czegokolwiek innego, do wywiadu z mało znanym autorem z Portugalii czy Nigerii.

W Polsce pierwsze miejsca na listach bestsellerów niemal zawsze zajmują książki niepolskich autorów, i czasem odnoszę wrażenie, że mają też więcej recenzji.

A w Szwecji jest dokładnie odwrotnie. Tutaj lista bestsellerów składa się zawsze głównie ze szwedzkich książek.

Dlaczego szwedzka literatura odnosi takie sukcesy na świecie?

Przy wysokim poziomie czytelnictwa dużo ludzi pisze, a część robi to bardzo dobrze. Myślę, że potwierdzającym tę zasadę przykładem jest zjawisko literatury islandzkiej. Czasem żartuję, że niemal każdy islandzki autor wcześniej czy później zostaje nominowany do Nordyckiej Nagrody Literackiej. Islandczyków jest tylko dwieście pięćdziesiąt tysięcy, ale mają wielu niesamowitych pisarzy i dużą liczbę przekładów na inne języki. Tak jak Szwecja, Islandia ma mnóstwo struktur wspierających czytelnictwo, zaangażowane są władze samorządowe, świetnie działają biblioteki. To przynosi efekty, wpływa na jakość literatury. Poza tym myślę, że szwedzka – i szerzej: skandynawska – literatura porusza tematy współgrające z jakąś światową potrzebą. Szwedzki kryminał opisuje coś, co jest ważne dla wielu społeczeństw. Nie chodzi tu tylko o jakość, ale też o temat.

Jesteś tłumaczem polskiej literatury. Dlaczego nie jest to literatura postrzegana na świecie jako w podobny sposób uniwersalna?

Polska ma bardzo dobrych poetów, doskonałe książki ambitne i świetną fantastykę oraz reportaż, ale nie ma tradycji pracy nad fabułą. W Polsce właściwie nigdy nie zaistniała powieść środka. Nie ma też dobrych powieści o traumie XX wieku, o wojnie, o przesiedleniach, o doświadczeniu komunizmu, ani nawet mocnej powieści o wyścigu szczurów w latach dziewięćdziesiątych. Tego wszystkiego po prostu brak.

Jeśli podejmowane są próby opisania tych zjawisk, to na jakimś eksperymentalnym, niszowym poziomie.

Tak, ale gdy nie ma dobrze skonstruowanej fabuły ani książek wpisujących się w tradycję powieści, to nie dociera się do szerokiej publiczności. Polska literatura nie potrafi się z tym zmierzyć, nie wiem dlaczego. Czy chodzi tu o jakiś problem wydawnictw? O brak doświadczonych redaktorów? A może za mało osób podejmuje próby pisania? Bo za każdym sukcesem literackim kryje się ileś tysięcy niepowodzeń. A może w Szwecji ludzie mają więcej czasu na pisanie, bo mamy uregulowany rynek pracy. Polskie społeczeństwo jest bardzo wykorzystywane i nie ma czasu, który mogłoby zainwestować w pisanie powieści.

Prawdziwie mieszczańskiej powieści…

Klasa średnia zawsze czytała o takich tematach, jak zdrada, miłość, śmierć, zazdrość. Anna Karenina jest wciąż aktualna, bo dotyczy zdrady małżeńskiej. Każde społeczeństwo potrzebuje dyskutowania o swoich normach i obyczajach, o tym, co jest akceptowalne, a co nie.

W Polsce te dyskusje toczą się w nawiązaniu do czegoś innego niż książki. W polskich kręgach mieszczańskich większą rolę niż w Szwecji odgrywają chyba spektakle teatralne, a dla powszechnego odbiorcy najważniejsza jest telewizja i seriale, trochę jak we Włoszech. Pojawia się tylko pytanie, jak to wpływa na poziom dyskusji. Powieść jest wielowarstwowa, serial z reguły przedstawia wszelkie problemy w konwencji uproszczonej i czarno-białej.

Co byś doradził ludziom walczącym o miejsce dla literatury w Polsce?

Powiedziałbym, że Polsce przydałaby się dziś powieść, która będzie nośna i utrafi w jakąś głęboką potrzebę społeczną. Powieść, która stanie się prawdziwym bestsellerem. Myślę, że gdyby jedna taka książka zdołała przełamać mur obojętności i trafić do wszystkich, którzy mają jakikolwiek nawyk czytania, miałoby to wielkie znaczenie. Może trafiłaby nawet do tych, którzy nawyku czytania nie mają, i przełamała ich opory? Nieczytanie w Polsce może się też wiązać z brakiem wolnego czasu, z tym nieprawdopodobnym wykorzystywaniem siły roboczej. Ludzie siadają przed telewizorem, żeby odpocząć, ale spędzają też tak czas z rodziną. Polacy są bardzo rodzinni, więc może wolą obcować z kulturą w grupie, chodzić do kina i do teatru. Szwedzi są indywidualistami. Szwedzkie święta wyglądają tak, że najpierw wszyscy siedzą razem przy stole, a potem każdy czyta swoją książkę. Z tego, co wiem o polskich świętach, to po jedzeniu cała rodzina zasiada przed telewizorem.

A jakie były święta w twoim polsko-szwedzkim domu?

Czytaliśmy po jedzeniu. Ale graliśmy też czasem w gry planszowe.

2. PISARZE TO WYCZEKIWANI GOŚCIE

Rozmowa z INGEMAREM FASTHEM, szefem literackim sztokholmskiego Kulturhuset-Stadsteatern, bibliotekarzem i twórcą kultowej Międzynarodowej Sceny Pisarzy, która od wielu lat cieszy się niegasnącym zainteresowaniem rekordowo dużej publiczności

KATARZYNA TUBYLEWICZ: Czy zawsze byłeś molem książkowym?

INGEMAR FASTH: Wychowałem się w małym miasteczku. Moja mama, która rozpoczęła życie zawodowe od pracy w księgarni, wciągnęła mnie w świat książek. Dużo mi czytała i ja też wcześnie zacząłem czytać. Bardzo szybko literatura stała się dla mnie niesłychanie ważna, była czymś dużo więcej niż przyjemnością, czymś konstytuującym. To w książkach znajdowałem odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Książka od zawsze była dla mnie partnerem do rozmowy i drogowskazem. Brzmi to może trochę podręcznikowo, ale potrzebuję literatury, żeby rozumieć siebie i świat.

Najważniejsza książka młodości?

We wczesnej młodości niesłychanie ważna była dla mnie powieść noblisty Williama Goldinga Pincher Martin. Miałem szesnaście lat, słuchałem Radia Luxembourg, które za moich czasów było rozrywkową stacją z muzyką pop, i jednocześnie czytałem tę zupełnie niepasującą do muzyki, ambitną książkę. Historia mężczyzny uczepionego nagiej skały pośrodku oceanu, który walczy o życie i wspomina przeszłość, była dla mnie niesamowicie silnym przeżyciem.

Czy zawsze wiedziałeś, że chcesz pracować z książkami?

Po liceum pracowałem w szpitalu. Latem 1978 roku złożyłem wypowiedzenie, bo chciałem przez kilka miesięcy po prostu się pobawić. Jakoś w sierpniu zaszedłem przypadkiem do biblioteki w Kulturhuset i zapytałem, czy nie mieliby dla mnie pracy. To tu zaczęła się moja przygoda z literaturą. Potem pracowałem jeszcze w autobusie bibliotecznym, aż zdecydowałem się zostać bibliotekarzem i skończyłem bibliotekoznawstwo.

Autobus biblioteczny? Co to takiego?

To była fantastyczna sprawa. Biblioteki na kółkach, dzięki którym mogliśmy docierać do bardzo wielu ludzi. Odwiedzaliśmy te części miasta, w których było dużo dzieci, i te, gdzie było wielu emerytów, bardzo różne dzielnice, pełne spektrum społeczne. Autobusy były dobrym sposobem na to, by przełamać opór, jaki niektórzy ludzie żywią względem odwiedzania biblioteki. Bo to była biblioteka, która sama do nich przyjeżdżała. Bardzo proste. Również dla mnie to była wspaniała szkoła.

AUTOBUS BIBLIOTECZNY

Pierwsza „biblioteka na kółkach” powstała w Szwecji w 1948 roku w miejscowości Borås. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku sieć jeżdżących bibliotek rozrastała się i stały się one doskonałym narzędziem promocji czytelnictwa. W 1983 roku, w szczytowym okresie działalności, po całej Szwecji jeździły sto dwadzieścia trzy mobilne biblioteki.

Czy po Sztokholmie jeżdżą jeszcze takie autobusy?

Niestety nie, poza jednym minibusem, który odwiedza przedszkola. Za to wciąż istnieje pływająca biblioteka, czyli statek biblioteczny krążący latem po wyspach Archipelagu Sztokholmskiego.

W 1998 roku stworzyłeś w Kulturhuset Międzynarodową Scenę Pisarzy, która stała się absolutnym fenomenem i kwitnie do dziś.

Tak. Początkowo była to część programu Europejska Stolica Kultury.

ŁÓDŹ BIBLIOTECZNA

Pływająca biblioteka, która od 1953 roku prowadzi działalność na wyspach Archipelagu Sztokholmskiego. Obecnie zbiory biblioteczne łodzi obejmują trzy tysiące tytułów. Łódź pływa między wyspami archipelagu wiosną i jesienią, w każdym porcie zatrzymuje się na mniej więcej na godzinę.

Pamiętasz pierwszych gości?

Oczywiście! Byli wśród nich Claudio Magris, Evelyn Lau, Nancy Vickers, John Irving i noblista José Saramago. Współpracowaliśmy wtedy ze Svenska institutet, więc poza zapraszaniem gigantów organizowaliśmy też wiele spotkań z mało znanymi autorami, nawet takimi, którzy nie byli tłumaczeni na szwedzki.

Czym się kierujesz, wybierając kolejnych autorów?

Od początku zabiegałem, i nadal świadomie zabiegam, o różnorodność i o to, żeby współpracować zarówno z dużymi, jak i małymi wydawnictwami. Od początku było też dla mnie istotne, żeby w jak największym stopniu zachować równowagę pomiędzy liczbą zapraszanych pisarzy i pisarek. Poza tym zapraszam autorów z całego świata, to nie ma być scena, na której występują tylko goście z krajów anglosaskich.

Czy tworząc tę scenę, korzystałeś z jakichś gotowych wzorców?

Właściwie nie. Jedyną sceną o podobnej atmosferze był wtedy Hay – festiwal literacki w Walii. Chodziło mi o zachowanie prostoty, o pewną nieformalność, bliskość między publicznością a pisarzem na scenie. Bardzo szybko zainteresowanie spotkaniami z autorami stało się tak ogromne, że zaczęliśmy je przenosić na dużą scenę i sprzedawać bilety.

Dlaczego właśnie ta scena literacka stała się tak niesłychanie popularna?

Bo wcześniej nie było w Szwecji nic podobnego. Istniały doskonałe Targi Książki w Göteborgu, ale poza tym zagraniczni pisarze odwiedzający Szwecję mieli tylko spotkania z prasą i ewentualnie rozdawali autografy w jakiejś księgarni. Chodziło o to, żeby umożliwić ich spotkanie z czytelnikami.

Co jest fascynującego w zwykłej rozmowie z pisarzem?

Kiedy czytasz jakiegoś autora, budujesz z nim relację, która bywa bardzo osobista. Pisarz staje się w jakiś sposób twój. To normalne, że chcesz go potem spotkać, usłyszeć, co on czy ona ma do powiedzenia o pisaniu i o życiu. Kiedy wiele lat temu odwiedził nas Czesław Miłosz i wszystkie bilety na spotkanie z nim były już wyprzedane, kilkoro spośród mieszkających w Szwecji Polaków dosłownie zaatakowało strażnika Kulturhuset, o mało go nie pobili. Powtarzali, że Miłosz to ich pisarz, że muszą wejść na spotkanie z nim. Wspaniałe, prawda?

I nie obawiasz się, że długie rozmowy z pisarzami to coś, co może wyjść z mody?