Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 329 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szukam właśnie Ciebie - Agnieszka Olejnik

Kim on jest? Skąd przyjechał? I dlaczego patrzy na mnie tak, jak patrzył dotąd tylko jeden mężczyzna?

Kim ona jest? Dlaczego mam wrażenie, że ją znam? I skąd to nieznośne przeświadczenie, że nie mam prawa do jej miłości?

Ona i on. Dwoje samotnych ludzi, których nie oszczędzał los. Czy mogą jeszcze znaleźć szczęście? Czy będą umieli ocalić kruchą bliskość, która narodzi się między nimi?

Szukam właśnie Ciebie” to powieść o miłości, która nie spada jak grom z jasnego nieba, lecz rodzi się powoli. To historia uczucia, które przezwycięża nawet śmierć.

Opinie o ebooku Szukam właśnie Ciebie - Agnieszka Olejnik

Fragment ebooka Szukam właśnie Ciebie - Agnieszka Olejnik

Część I

Co przydarzyło się Oldze

ROZDZIAŁ 1

Zaczął się ruch, jak zawsze w końcówce lutego. Pakowanie sadzonek korzeniowych, przeglądanie cebulek i kłączy do wysyłki, katalogowanie nowej dostawy, uaktualnianie oferty wiosennej na witrynie internetowej sklepu… Olga naprawdę miała co robić. I bardzo dobrze. Dzięki temu znów mogła czymś zająć myśli po miesiącach przymusowej zimowej bezczynności, kiedy to jedynie sterczała w sklepie i ścierała kurz z półek. Co jakiś czas zdarzało się jej sprzedać dekoracje do domu, nasiona, pałeczki nawozowe albo, od wielkiego dzwonu, jakiś kwiatek doniczkowy, a robiąc to wszystko – rozmyślała o tym, jak bardzo jest nieszczęśliwa.

Paweł nie dzwonił ani nie zaglądał do niej od kilkunastu dni, a ona, choć rozpaczliwie tęskniła, w głębi duszy cieszyła się z jego nieobecności. Bała się tego, co mógłby jej powiedzieć. Od tak dawna czekała na jego decyzję, że właściwie przestała się spodziewać szczęśliwego zakończenia tej historii. Zresztą nigdy nie wierzyła w happy endy. Nawet filmy i książki zawsze wolała życiowe, z odpowiednią porcją smutku w finale – a przynajmniej z zawieszeniem, niedopowiedzeniem. Bo jakoś, mimo swoich dwudziestu trzech lat, zbyt wielu szczęśliwych zakończeń w życiu nie widziała.

Pan Andrzej, właściciel centrum ogrodniczego, w którym pracowała, twierdził zawsze, że Olga jest malkontentką. Akurat jej życie stanowi dowód na to, że po burzy wychodzi słońce. Cóż, może tak to wyglądało z boku. Ona sama w każdym razie nic takiego nie czuła. Nie użalała się nad sobą, nie łkała wieczorami w poduszkę, ale też nie dziękowała za nic Bogu czy losowi; nie znajdowała najmniejszych nawet powodów do wdzięczności.

Mogło być znacznie gorzej, przekonywał ją pracodawca. Pewnie jest w tym sporo racji, odpowiadała mu w myślach. Moja matka była narkomanką, a mogła być na przykład psychopatyczną morderczynią. Miała nas tylko dwoje, mnie i Kubę, a mogła przecież rodzić rok w rok. Poza tym pociągnęła w sumie dość długo. Gdyby przekręciła się zaraz po wyjeździe ojca, a my z Kubą trafilibyśmy do bidula już wtedy, dzisiaj byłabym pewnie kimś zupełnie innym. I nie sądzę, żeby lepszym.

O latach pobytu w domu dziecka Olga wolała zapomnieć. Nie opowiadała o tamtym okresie nikomu, nawet z Kubą nie rozmawiali o tym, co się wówczas działo. Jedynym śladem ponurej przeszłości pozostał kontakt z panią Niną, emerytowaną wychowawczynią. Olga odwiedzała ją czasem. Przywoziła kruche ciasteczka z cukierni, takie z oczkiem z konfitury, a starsza pani parzyła herbatę i podawała ją w cudnych, maleńkich filiżankach z kremowej porcelany, tak cienkiej, że strach było ująć toto w palce. Miało się wrażenie, że trzyma się motyla za skrzydło. Kiedy po raz pierwszy dawna wychowawczyni postawiła na stole tę zastawę, dziewczyna poczuła się bardzo dorosła.

Poza rzadkimi wizytami u pani Niny życie towarzyskie Olgi ograniczało się do spotkań z pracodawcą i jego żoną. Andrzej Gorgoc był czterdziestoparolatkiem żonatym z dużo młodszą, atrakcyjną kobietą, która początkowo Oldze wydała się zimna i wyniosła. Potem okazało się, że Edyta Gorgoc była po prostu… dziwna. Całymi dniami przesiadywała w domu i oglądała wciąż ten sam serial – „ Downton Abbey”. Miała na płytach wszystkie sezony. Według pana Andrzeja jego żona potrafiła cytować z pamięci całe dialogi, i to w oryginale.

Pani Edyta nie pracowała zawodowo; prowadziła dom i według Olgi robiła to wzorowo – wnętrza lśniły czystością, wszystko było dopieszczone, wysmakowane, nie tylko zresztą w samym domu, także na zewnątrz, na pięknym tarasie, w oranżerii i w altanie. Każda ścieżka, każda roślina w ogrodzie wydawała się idealna, błyszcząca, jakby przetarta ściereczką. Posiadłość stawała się przez to podobna do muzeum, nie było w niej życia.

Po dziewięciu latach małżeństwa Gorgocowie pozostawali bezdzietni. Oczywiście Olga nigdy nie pytała, dlaczego tak się stało – była jednak pewna, że nie z wyboru pana Andrzeja, który wyraźnie uwielbiał dzieci. Ilekroć do ich centrum ogrodniczego wchodził jakiś rodzic z pociechą, szef zagadywał malucha, zadawał zagadki, rozśmieszał, a nawet po kryjomu wciskał cukierki do małej rączki.

Pierwsze święta po tym, jak Olga zamieszkała samodzielnie i ściągnęła do siebie brata, spędzili właśnie u Gorgoców. Pan Andrzej tonem nieznoszącym sprzeciwu orzekł, że absolutnie nie przyjmuje odmowy. Uznał, że Boże Narodzenie ma sens jedynie wtedy, gdy się je spędza radośnie, w większym gronie. Nie dodał nic więcej, ale Olga domyśliła się, że święta w towarzystwie wyłącznie małżonki trudno było zaliczyć do radosnych, dlatego w końcu oboje z Kubą odważyli się i przyszli na wigilię. Żona gospodarza upiła się wprawdzie, ale nie na tyle, żeby zepsuć uroczystość; po prostu od czasu do czasu wtrącała niesmaczne komentarze, na które pan Andrzej nie reagował.

Od tamtej pory Gorgocowie zapraszali Olgę i Kubę od czasu do czasu – a to na grilla, a to na wędzoną rybę, kiedy pan domu wrócił z wakacji na Bornholmie. Właściwie zapraszał Andrzej. Jego żona najwyraźniej nie miała jednak nic przeciwko tym wizytom, pozostawała wprawdzie obojętna i przeważnie była lekko wstawiona, ale zachowywała się poprawnie. Olga przyjmowała więc zaproszenia, choć z biegiem czasu, aby uniknąć ludzkiego gadania (bała się plotek o romansie z szefem), zaczęła się wymawiać randkami. Pan Andrzej śmiał się wtedy: „ To idź już, idź do tego swego tajemniczego wielbiciela. Ale przyślij do nas chociaż Kubę, niech się chłopak rozerwie”.

Kuba „ rozrywał się” rzeczywiście, bo w swoim wielkim ogrodzie pan Andrzej miał altanę, a w niej bilard, tarczę do rzutków, piłkarzyki i całą masę gadżetów mogących zainteresować każdego dorastającego chłopaka. Był to kolejny dowód, że Gorgoc chciał mieć dzieci, zapewne marzył o synu, którego z jakiegoś powodu żona mu nie dała.

Kiedy założę rodzinę, myślała czasem Olga, będę miała wesołą gromadkę. Troje, może nawet czworo. Mój dom wypełni dziecięcy gwar, zapanuje w nim wieczny bałagan. I na przekór wszystkiemu odwrócę zły los. Będę dobrą matką, nawet jeśli nie mam pojęcia, jak właściwie dobra matka wygląda.

ROZDZIAŁ 2

Tego dnia Olga wróciła z pracy tak skonana, że od razu wpakowała się do wanny i przez pół godziny po prostu leżała w stygnącej wodzie, pozwalając zmęczonym mięśniom odpocząć. Kuba jeszcze nie przyszedł ze szkoły, nie wpadł nawet, żeby zostawić plecak. Siostra martwiła się o niego. Coraz częściej zdarzało mu się szwendać gdzieś po lekcjach, choć prosiła i groziła, a nawet na dwa tygodnie odebrała mu telefon. Niby zawsze zdawała sobie sprawę, że nadejdzie taki czas, kiedy kumple staną się dla Kuby ważniejsi od niej – ale i tak spadło to na nią zbyt nagle. Chyba wciąż widziała w nim małego braciszka, który trzymał ją kurczowo za rękę i ssał rękawek bluzy, ilekroć działo się coś niedobrego. Tyle wysiłków kosztowało ją wyprowadzenie go na prostą, tak zaciekle walczyła, żeby ochronić go przez złem w domu dziecka – a teraz wymykał się, sam pchał się w gniazdo szerszeni.

Odgrzała wczorajszą zupę jarzynową; zawsze szykowała obiad na dwa dni, żeby sprawniej to wszystko szło. Gotowanie wychodziło jej coraz lepiej. Umiała już przyrządzić większość potraw z Kuchni dla samotnych, którą kupiła sobie, gdy dostała mieszkanie i opuściła dom dziecka. Kuba nie narzekał, a to najważniejsze, czasem tylko mocniej doprawił, ponieważ wolał na ostro. Chłopak w tym wieku je jak lew, jeszcze rośnie, potrzebuje sporo kalorii. W przeciwieństwie do Olgi, bo ona mogłaby się żywić powietrzem. Tylko herbatę piła litrami.

Kiedy minęła dziewiętnasta, a brat nadal nie wracał, zaniepokoiła się nie na żarty. Obiecał, że nie będzie się włóczył po osiedlu, w każdym razie nie po zmroku. Dzwoniła kilka razy, lecz albo ją ignorował, albo wciąż miał wyciszoną komórkę po szkole. Wreszcie założyła kurtkę i poszła go szukać. Najpierw na boisko koło pobliskiej podstawówki; latem często tam grał w piłkę, jednak teraz było pusto. Potem pokręciła się między blokami, a na koniec zajrzała na stary plac zabaw za domem dziecka.

Znalazła go tam. Siedział na smętnie sterczącym szkielecie czegoś, co niegdyś było karuzelą. Olga kątem oka zarejestrowała drugą ciemną sylwetkę. Ktoś wstał z ławki i oddalił się bezszelestnie. To musiał być jeden z jego kumpli.

– Gdzie masz plecak? – zapytała ostro.

Niedbale machnął ręką w stronę huśtawki.

– Umawialiśmy się! – krzyknęła, choć bardzo nie chciała robić mu wyrzutów. – Przecież wiesz, jak się boję, kiedy jestem sama. Chodź do domu.

Posłusznie zszedł z karuzeli, wziął plecak i ruszył za siostrą.

– Trzeba było sobie przygruchać swojego Romea – rzucił. – Może by cię wreszcie przeleciał i byłabyś mniej upierdliwa.

Uderzyła go w twarz, zanim zdążyła się zastanowić, skąd jej brat, do cholery, może wiedzieć o tym, że nigdy nie kochała się z Pawłem.

Kuba roztarł sobie policzek i roześmiał się nieprzyjemnie, ale nic nie powiedział. Do domu dotarli w milczeniu.

Nie mogła zasnąć tej nocy. Wracały do niej obrazy z przeszłości, niechciane, zepchnięte dawno w tę część pamięci, na której widniał napis: „ Do wyrzucenia”, ale która za nic nie chciała dać się wymazać. Zupełnie jakby Olga wpakowała tam zbyt wiele gratów, starych klamotów, śmieci i zepsutych zabawek, i teraz wieko nie mogło się domknąć, choć upychała z całej siły i rozpaczliwie przydeptywała nogą.

Wracał więc obraz ojca w zielonej kurtce, którą nazywał „ stachurką”, i w okularach lenonkach; ojca zamierzającego zostać pisarzem, wiecznie szukającego tematu na powieść swego życia, popijającego, palącego skręty, próbującego wyhodować na ciepłym strychu ich ówczesnego domu marihuanę. Któregoś dnia przyszedł pijany, oświadczył, że stracił pracę w domu kultury i że pies ją trącał, tę pracę, bo była gówniana i za gówniane pieniądze. Teraz wreszcie będzie mógł poświęcić się pisaniu.

Rzecz w tym, że po kilku miesiącach zaczęło im brakować na chleb, bo mama jako nauczycielka plastyki i lokalna malarka niewiele zarabiała. A ponieważ sąsiad wyjeżdżał akurat do Hiszpanii na zbiór truskawek (wtedy jeździło tam wielu Polaków i wracali z pokaźnymi sumkami), tata się z nim zabrał. Wziął ze sobą maszynę do pisania, bo twierdził, że prawdziwą literaturę tworzyć można tylko na maszynie. I tyle go widzieli.

Przestał się odzywać już po czterech miesiącach, więc mama usiłowała – za pośrednictwem żony sąsiada – dowiedzieć się czegoś. Czy pije, czy pracuje, a może rzucił pracę i pisze tę swoją powieść… Co się tam właściwie dzieje!? Ale sąsiad nic nie wiedział albo nie chciał powiedzieć. W każdym razie ostatecznie udało im się poznać tylko fragment prawdy: że w życiu ojca pojawiła się jakaś smukła ciemnoskóra dziewczyna, że któregoś wieczoru upaleni po pachy tańczyli razem na plaży, a potem tata zniknął wraz ze swoją maszyną do pisania i nikt nie wie, gdzie się właściwie podział. Policja wykonała kilka niemrawych ruchów, jednak najwyraźniej nie wierzyła, że coś złego mogłoby mu się stać.

Poszedł w długą, podsumowała wreszcie matka i wydawało się, że wcale jej to nie obeszło. Może nawet Olga by w to uwierzyła, gdyby nie to, że od tamtego dnia nikt nigdy nie widział ich mamy całkiem trzeźwej. Albo piła, albo odurzała się lekami. Zaczynała zaraz po pracy, a w szkole miała niewiele godzin, raptem trzy lekcje dziennie, bo ileż jest tych zajęć plastyki. W środowisku małomiasteczkowych artystów wszyscy się jakoś podkręcali – podobno wraz z używkami przychodzi natchnienie. Żeby mieć z czego żyć (i pić), mama sprzedawała po kolei wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, i staczała się coraz niżej, a dom robił się coraz bardziej przestronny. W salonie Kuba uczył się jeździć na nieco zardzewiałym rowerku po siostrze – było tam dość miejsca, bo zostały jedynie kwiatki na parapetach. Po co nam rzeźbiony kredens, mówiła matka, po co dębowy stół, skoro nikt przy nim nie jada.

Jedno trzeba było jej przyznać: im bardziej była odurzona, tym lepiej malowała. Włączała wtedy jakąś ostrą muzykę. Kubuś cicho bawił się w swoim pokoju, ssąc od czasu do czasu rękaw sweterka, nastoletnia Olga rozpaczliwie obmyślała plany ucieczki do ojca, do tej Hiszpanii (tylko gdzie on, do cholery, mieszka?!), a matka malowała w jakimś transie, po czym, zwykle po kilkunastu dniach, sprzedawała obraz dzięki pośrednictwu swojej koleżanki. Koleżanka też czuła się natchnioną artystką, ale przy tym miała zmysł do interesów, no i komputer, dzięki któremu mogła szukać nabywców przez internet (w domu Olgi komputer już dawno został spieniężony).

Mama przedawkowała leki cztery dni po szóstych urodzinach Kuby. Właściwie „ przedawkowała leki” nie jest dobrym określeniem, bo sugeruje chorobę albo pomyłkę, która doprowadziła do śmierci, a przecież tak nie było. Matka zwyczajnie się na Olgę wypięła. Wzięła oxazepam, który teoretycznie dostawała od lekarza na stany lękowe, ale musiała gromadzić te tabletki od dłuższego czasu, bo podobno połknęła ich kilkanaście. Popiła wszystko koniakiem. Olga doskonale wiedziała, że mama nie znosiła koniaku, natomiast był on ulubionym trunkiem taty, i dlatego właśnie dziewczyna podejrzewała, że to samobójstwo i że matka w ten sposób powiedziała definitywnie ojcu: „ Wal się”. Taki był jej list pożegnalny. Niestety, tylko do niego, bo do Kubusia i Olgi nie skierowała ani jednego słowa, żadnego przesłania, nic. Kompletnie nic na pożegnanie.

Miła pani psycholog tłumaczyła później Oli, że nawet gdyby faktycznie było to samobójstwo, to powinna spróbować mamę zrozumieć. Według niej takie odejście bez słowa wynikało z poczucia winy. Wobec ojca matka czuła gniew, dlatego łatwo było jej się z nim pożegnać. Takie zachowanie przypominało trzaśnięcie drzwiami, kiedy się wychodzi i zostawia za sobą kogoś, kim się gardzi. Z dziećmi tak się nie dało. Wiedziała, że zawiodła na całej linii, że robi największe świństwo, jakie tylko może zrobić przedszkolakowi i dorastającej dziewczynie. Wolała więc udawać, że to był przypadek, bo gdyby zostawiła jakiś list, postawiłaby tym samym kropkę nad i, a ona nie chciała się przyznać, że ucieka przed życiem.

Co do Olgi, od tak dawna była wściekła na rodziców, że nawet nie płakała, kiedy policja zabrała ją ze szkoły, a potem radiowozem pojechali do Kubusia. Koniec końców posadzono ich w gabinecie dyrektorki przedszkola, żeby powiedzieć, że mama nie żyje. Kuba też nie płakał, tylko po swojemu zaczął ssać rękaw. Miał wtedy na sobie niebieską bluzę z jakąś myszką z przodu. Dopiero po dłuższej chwili Olga zauważyła, że posikał się w spodnie.

Ciało znalazła ta sama bogata koleżanka, która pomagała sprzedawać obrazy – podobno mama była cała w wymiocinach i miała wyszczerzone zęby. Olga cieszyła się, że nie padło na nią.

ROZDZIAŁ 3

Wstała wcześniej niż Kuba. Poszła do kuchni i po cichu odłączyła od ładowarki jego komórkę. Zamierzała przejrzeć esemesy, ale wykasował wszystkie – zawsze tak robił i to niepokoiło ją bardziej, niż gdyby znalazła jakieś sprośne wiadomości albo nawet linki do filmów pornograficznych. Wyłączyła telefon i po namyśle schowała go pod stertą ubrań do prasowania.

Kiedy Kuba się obudził i zobaczył zwisający smętnie kabel ładowarki, przyszedł do siostry do kuchni. Szykowała właśnie śniadanie. Na kuchence bulgotał rosół na kolejne dwa dni.

– Znowu się, kurwa, bawisz w mamusię? – zapytał. – Gdzie moja komórka?

– Nie klnij.

– Bo co?

Odwróciła się do niego i spojrzała mu w oczy, ale uciekł spojrzeniem w bok. Potem odwrócił się i otworzył lodówkę.

– Kuba, co się dzieje? – zapytała miękko.

Chciała, żeby nie zabrzmiał w tym wyrzut, żeby brat usłyszał, jak bardzo jej na nim zależy i jak usilnie stara się być dla niego nie tylko siostrą, ale i przyjacielem.

– Martwię się – dodała. – Co to za kolega był z tobą wczoraj na placu?

Jego plecy drgnęły nieznacznie, ale wzruszył ramionami i udawał obojętność.

– A, taki jeden… Nie znasz.

Postawiła na stole talerz z kanapkami. Usiadł i zaczął jeść, celowo krusząc na blat.

– Co robisz? Podsuń sobie talerzyk.

Przekornie odsunął jeszcze dalej. Jadł w milczeniu, a potem wstał i poszedł do łazienki.

Ola westchnęła i posprzątała ze stołu. Wiedziała, że powinna być bardziej konsekwentna, twardsza, zresztą sama nie miała już pojęcia, jaka powinna być, zdawała sobie jedynie sprawę, że traci kontrolę nad sytuacją.

Ja też się buntowałam jako nastolatka, pocieszała się w myślach. Tyle że mój bunt miał sens. Kierowałam go przeciwko matce, która mnie zawiodła, przeciwko ojcu, który od nas odszedł. Miałam prawo czuć wściekłość. Nienawidziłam życia w bidulu, obmacywanek, zmuszania do… Stop. Tego nie chciała wspominać. W każdym razie jej gniew miał sensowne podstawy. Jedynym, na czym jej wtedy zależało, była więź z Kubusiem, którego chciała chronić przed tym nadgniłym światem. Jak widać, nie ochroniła.

– Jeśli mi nie oddasz komórki, nie wracam na noc – rzucił, kiedy wyszedł z łazienki.

– Jeszcze czego.

– Mówię poważnie!

– Zawiadomię policję – warknęła Olga. – A kiedy zorientują się, że sobie z tobą nie radzę, pamiętaj, co ci grozi. Zakład opiekuńczy albo powrót do domu dziecka.

Blefowała, bo wcale nie była pewna, co by się stało, gdyby rzeczywiście zgłosiła taki problem, na przykład gdyby któregoś dnia poszła do PCPR i powiedziała: nie umiem wychować brata, nie daję rady. Ale Kuba nie zdawał sobie z tego sprawy. Żył w przekonaniu, że Olga ma z kimś taką umowę: z policją, sądem rodzinnym czy jeszcze kimś straszniejszym. Mimo swoich piętnastu lat był jeszcze nad wyraz dziecinny.

– Gówno – mruknął po krótkim wahaniu. – Nie wrócę tam. Pojadę do taty.

Roześmiała się prawie szczerze.

– Krzyżyk na drogę. Zapewne czeka na ciebie stęskniony. Tyle razy zapraszał kochanego synka…

Urwała, bo wyraz twarzy brata świadczył o tym, że zabolało, a przecież nie chciała, żeby chłopak cierpiał. Podeszła, żeby go przytulić, ale się odsunął.

– Oddaj mi telefon – powiedział nieswoim głosem.

– Nie. Złamałeś zasady. Oddam, kiedy zaczniesz wracać od razu po szkole i odrabiać lekcje.

Odwrócił się, wziął plecak z przedpokoju i wyszedł w milczeniu.

Olga posprzątała po śniadaniu. Sprawdziła, czy mięso w zupie jest już miękkie. Lubiła gotować rosół, bo najmniej z nim było roboty. Zanim wyłączyła gaz pod kuchenką, zadzwonił telefon. Wzięła głęboki wdech. Wiedziała, że Paweł w końcu się odezwie, tylko nie miała pewności, co jej powie.

– Cześć – mówił szeptem, widocznie był w miejscu publicznym.

Chciała odpowiedzieć, ale głos jej się załamał i wydobyło się z niej coś w rodzaju krótkiego szlochu.

– Kochanie – powiedział uspokajająco. Najwyraźniej domyślił się, co się z nią dzieje. – Tęsknię. Strasznie.

– Przyjedź.

– Teraz nie mogę.

Jako dziennikarz miał nienormowany czas pracy. Pod pretekstem zbierania materiałów do artykułu mógł się wyrwać z domu o każdej godzinie. Do tej pory im się udawało, jego żona niczego nie podejrzewała… Ale oboje byli już zmęczeni tą sytuacją. Olga marzyła, że Paweł się rozwiedzie, jednak nie potrafiła się tego domagać. Cierpiała w milczeniu i czekała, jakby to stanowiło jakąś miarę jej miłości.

Nie uprawiali seksu. Ona bardzo chciała, ale Paweł – i to było najwyraźniej dowodem jego miłości – odsuwał się zawsze w tym momencie, kiedy robiło się między nimi tak gorąco,że już niemal płonęli. Potrafił się kontrolować znacznie lepiejniż ona. Może zaspokajał swoje potrzeby z żoną, a Olgę zwyczajnie okłamywał? Nie była pewna. Ona w każdym razie chciała zaspokoić swoje potrzeby właśnie z nim. Wciąż była dziewicą, mimo zepsucia, którego zaznała w bidulu. Nikomu nie udało się jej napocząć. Kiedy jako czternastolatka trafiła do domu dziecka, sporo już wiedziała o sprawach damsko-męskich, zresztą zdarzyło się raz i drugi, że nakryła naćpaną matkę w trakcie kopulacji. Olga wątpiła, żeby mama wiedziała, z kim się gzi, w każdym razie robiła to z takim zapamiętaniem, że obecność córki nie wytrącała jej z rytmu.

Tak czy owak, kiedy Olga stała się obiektem niewyszukanych zalotów starszych chłopaków z bidula, obiecała sobie, że „ to” zachowa dla kogoś, kogo naprawdę będzie kochała. Cała reszta była na sprzedaż – za walutę zwaną świętym spokojem można było przehandlować macanie cycków, gmeranie w majtkach i inne tego rodzaju obrzydliwe czynności. Ale prawdziwy akt płciowy miał pozostać magią. Tak postanowiła. Właśnie dlatego wciąż pozostawała nietknięta.

– Rozmawiałeś z żoną? – zapytała po chwili ciszy w słuchawce. – Obiecałeś, że porozmawiasz.

– Kochanie, próbowałem – szeptał. – Kurwa mać, gdyby to było prostsze.

– Nie przeklinaj.

Nie lubiła wulgaryzmów, raziły ją, bo przypominały o rzeczach, o których bardzo chciała zapomnieć.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj, po prostu nie klnij. Kocham cię, Paweł.

– Tak, wiem. Ja też cię kocham. Bardzo. Jak wariat.

– Dlaczego z nią nie porozmawiasz?

– Naprawdę chciałem. Ale Anita wszystko przekręca. Odwraca kota ogonem, rozumiesz?

– Nie. Nie rozumiem.

Olga powiedziała to bez zniecierpliwienia. Naprawdę nie rozumiała. Wiedziała tylko, że bezwolnie bierze udział w czymś, o czym kręci się gorzkie filmy i pisze smutne książki. Tragedia romantyczna. Farsa zdrady. Uwikłany w dziesiątki zobowiązań mężczyzna i jego głupia, naiwna kochanka, która wciąż wierzy, że on odejdzie od żony. Naiwna? Głupia? Tylko dlaczego, kiedy ją całował, kiedy płakał w jej ramionach, czuła, że on cierpi nawet bardziej niż ona, że jest jeszcze głupszy w tej wierze, że w końcu coś się zdarzy, coś zmieni i będą razem? Jakim cudem udawałoby mu się tak doskonale kłamać? Nie, Olga miała absolutną pewność, że jego miłość była najprawdziwsza. Jedynie złudzenie męskiej siły, stanowczości i gotowości, żeby stawić czoła trudnościom – to okazało się bujdą. Oboje dawali się nabierać, co dzień na nowo.

Anita była dentystką, właścicielką pięknego domu z gabinetem w bocznym skrzydle. Olga czasem się zastanawiała (ale tylko wtedy, gdy miała gorszy dzień spowodowany nadmiarem tęsknoty, rozgoryczeniem z powodu zachowania Kuby i może jeszcze głodem dotyku), czy to właśnie – w połączeniu z jej zarobkami oczywiście – nie stanowi głównej przyczyny, dla której Paweł wciąż tkwi w tym małżeństwie. Wprawdzie sam nieźle zarabiał, ale było to „ nieźle” według jej, Olgi, standardów. Ona mieszkała z Kubą w dwupokojowym mieszkanku na czwartym piętrze starego bloku, miała nieszczelne okna, kaloryfery, które trzeba było odpowietrzać co miesiąc, nieco zapleśniałą łazienkę i kuchnię tak małą, że kiedy próbowała wstawić do niej stół, nie dało się otworzyć dwóch szafek, ponieważ blat blokował drzwiczki.

Nie przyszłoby jej jednak do głowy narzekać – ani na tę ciasną norę, ani na zarobki, bo przecież widywała na mieście koleżanki, które równo z nią zdawały maturę, a nie znalazły pracy i teraz żyły z dnia na dzień bez jakiejkolwiek perspektywy i nadziei na zmianę. Pod tym względem Olga przyznawała rację swemu pracodawcy, panu Andrzejowi – miała sporo szczęścia.

Jednak to, co w zupełności wystarczało jej i bratu, nie wystarczyłoby zapewne Pawłowi. Życie z nią tutaj, w ciasnym mieszkaniu, stałoby się dla niego koszmarem, oboje o tym wiedzieli. Olga nie miała pojęcia, jak wyglądała jego sytuacja od strony prawnej: czy w razie rozwodu dostałby cokolwiek na odchodne. Domu nie dorobili się przecież razem, Anita otrzymała go jako wiano od swoich bogatych rodziców – jej ojciec był największym w województwie przedsiębiorcą, producentem popularnych w całym kraju wafelków.

Kiedy Olga podzieliła się z Pawłem swoimi obawami, roześmiał się sztucznie i przytulił ją.

– Jesteś kompletnie wyprana z romantyzmu – mruknął. – Życie z tobą musi być pełne wzruszeń i uniesień.

Kpił sobie, ale jej nie było do śmiechu. Cóż, kochała go tak, że aż bolało, ale nie umiała udawać, że nie dostrzega, jak bardzo ich związek nie ma szans na szczęśliwe zakończenie.

– Zajrzę dzisiaj do ciebie – wyszeptał teraz w słuchawkę; najwyraźniej nie mógł dłużej rozmawiać. – Tęsknię.

A potem Olga usłyszała w tle brzęk monet oraz pełen niesmaku głos jego żony, która rzuciła: „ Samo badziewie”, po czym ukochany się rozłączył.

ROZDZIAŁ 4

Poznała Pawła tuż po tym, jak jej życie zaczęło się na nowo – po ukończeniu technikum i przeprowadzce do własnego mieszkania, ale zanim przyznano jej opiekę nad Kubą. Nie miała jeszcze mebli ani w ogóle niezbędnych sprzętów. Dostała wprawdzie pieniądze na zagospodarowanie, jak każdy wychowanek domu dziecka, jednak doskonale wiedziała, że nie wystarczy jej na wszystko, co chciałaby mieć. I wcale nie chodziło o telewizor z wielkim ekranem albo komputer, tylko o zwyczajne rzeczy: lodówkę, kuchenkę gazową, nową muszlę klozetową, pralkę i tak dalej. Na szczęście wanna, umywalka oraz zlew były w dobrym stanie, tego wymieniać nie musiała. Ale podłogi miała paskudne, pokryte odłażącymi gdzieniegdzie płytkami PCV, no i ściany trzeba było pomalować. W domu dziecka uczono wychowanków różnych rzeczy, na przykład musieli sami obliczać koszt utrzymania, dostawali do podliczenia rachunki, teoretycznie więc Olga była przygotowana do samodzielnego życia. A jednak tamtego dnia, gdy weszła do pustego mieszkania, zwyczajnie rozbeczała się z bezradności i oszołomienia – poczuła się równie szczęśliwa, co przerażona.

Mogła wprawdzie wrócić na noc do domu dziecka, taką miała umowę z dyrektorką, jednak nie chciała. Pierwszą noc przespała więc na złożonym na czworo dywanie, który i tak zamierzała wywalić, bo odkryła na nim jakieś brunatne zabrudzenia, które kojarzyły jej się z krwią. Następnego dnia, już odważniejsza, z listą rzeczy, których w ciągu tej pierwszej doby brakowało jej najbardziej, udała się na zakupy. I właśnie w sklepie AGD spotkała Pawła.

Szukał nowego odkurzacza. Wydawało jej się to wówczas luksusem, bo jak to, jest tyle niezbędnych rzeczy… Za parę groszy można mieć szufelkę ze zmiotką, miotłę na długiej, teleskopowej lub krótkiej rączce, jaką kto zechce. Oczy jej się świeciły do pralek i lodówek, a tu jakiś facet pyta ją o kolor odkurzacza.

– Może mi pani doradzi – zwrócił się do niej z uśmiechem. – Niebieski czy biały?

– Na białym bardziej będzie widać kurz – powiedziała.

Było jej przyjemnie, ponieważ po raz pierwszy ktoś nazwał ją „ panią”. Wyglądała wtedy bardzo smarkato (zresztą teraz, w wieku lat dwudziestu trzech, nadal przypominała nastolatkę).

– W takim razie wezmę niebieski. – Ucieszył się, że ktoś podjął decyzję za niego, a potem spojrzał na Olgę uważniej i dorzucił: – Pani też powinna wziąć niebieski, pasowałby do pani oczu.

Roześmiała się nerwowo. Chyba już wtedy, w tamtym pierwszym momencie zrobił na niej wrażenie jako mężczyzna, choć różnica wieku między nimi sugerowałaby raczej, że mógł przypominać jej ojca. Wysoki i szczupły, miał wygląd naukowca, piwne oczy, półdługie blond włosy i ujmującą twarz. Olga nie umiałaby wyjaśnić, co w niej było ładnego, niektóre twarze po prostu mają to coś – jakąś regularność rysów, miękkość linii, życzliwość w spojrzeniu.

– Ja potrzebuję raczej cięższego sprzętu… – I pokazała mu swoją listę zakupów.

Zrobił wielkie oczy, a potem zaczął wypytywać: skąd jest, jak to się stało, że startuje od zera, bo to takie niezwykłe, nie posiadać nic i móc zacząć, od czego się chce. Miał w sobie coś z hippisa, bajdurzył o życiu bez telewizji, bez radia i internetu, może nawet bez zegarka. Wtedy Olga napomknęła, że będzie musiała poszukać jakiejś pracy i zegarek byłby raczej wskazany, jeśli chce w niej zagrzać miejsce. Racja, odparł, to wszystko dlatego, że on pracuje w domu i sam decyduje, kiedy siada do komputera, a jej natychmiast się przypomniało, skąd zna jego twarz: był lokalnym reporterem, widywała go kilkakrotnie na uroczystościach miejskich. Z kwaśną miną, dzierżąc aparat o długaśnym obiektywie, obserwował „ obchody ku czci”, by potem wysmażyć na ten temat cięty artykuł do regionalnej gazety.

Kiedy dowiedział się o jej sytuacji, zapragnął o tym napisać. Zwęszył niezły temat i nawet wymyślił, że można by zorganizować jakąś akcję charytatywną, zbiórkę rzeczy, bo przecież w każdym domu jest trochę takich sprzętów – jeszcze sprawnych, a zastąpionych nowszymi modelami. Jednak Olga nie chciała. Poprosiła, żeby w ogóle o niej nie pisał, bo ją to krępowało, a już dary byłyby dla niej niczym policzek. Dopiero gdy Paweł wytłumaczył jej, jak wielka jest siła mediów (nawet tych lokalnych) i że to może jej pomóc w uzyskaniu praw do opieki nad Kubą, zgodziła się na artykuł, jednak bez tej żebraczej zbiórki.

Umówili się w kawiarni następnego dnia, żeby porozmawiać, a potem kolejnego na zdjęcia w jej nowym mieszkanku. Kiedy Paweł zobaczył, w jak fatalnym stanie jest to wszystko, zaofiarował się z pomocą przy malowaniu.

Wspólna praca zbliżała ich do siebie z godziny na godzinę. Po kilku dniach ściany były pobielone. Olga nie lubiła kolorowych, bo w jej rodzinnym domu każda ściana nosiła ślady barwnych odlotów matki. Paweł pociągnął też farbą olejną żeberka kaloryferów, futryny i framugi, choć przez cały czas usiłował Olgę przekonać, że gdyby tylko mu pozwoliła, zorganizowałby za darmo okna z PCV, grzejniki i drzwi – używane, ale jak nowe. Nie zgodziła się. Szóstego dnia, kiedy wszystko było gotowe (no, prawie wszystko, bo podłogi pozostały sinozielone, obrzydliwe, z odłażącymi kwadracikami tworzywa tu i ówdzie) – zjawił się wieczorem z szampanem i oświadczył, że czas na uroczyste otwarcie.

Olga nie miała jeszcze mebli poza śmiesznym materacem składanym na trzy części, który pełnił rolę łóżka, więc początkowo siedzieli na tym kawałku gąbki, ale materac uginał się pod ich ciężarem, tak że wciąż się zsuwali. Przenieśli się w końcu na podłogę i to tam, na brzydkich, zimnych płytkach, pili szampana, słuchali muzyki (Olga miała odtwarzacz i całkiem sporą kolekcję płyt odziedziczonych po rodzicach; na tamten wieczór wybrali Red Hot Chili Peppers) i rozmawiali o książkach (on kochał prozę Myśliwskiego i Tokarczuk, ona zabawne kryminały Chmielewskiej).

Imponował jej wszystkim: tym, że jeździ fantastycznym motocyklem, że jako nastolatek latał na szybowcach w Aeroklubie Bydgoskim, że ma aparat fotograficzny z długim obiektywem i zajmuje się makrofotografią, że pasjami lubi pichcić i zna się na orientalnych przyprawach. Właściwie gotowaniem zaczął się interesować, kiedy się okazało, że jest na coś uczulony, ale nie wiedział na co, więc zaczął eliminować po kolei różne składniki i gotować proste potrawy.

– To w końcu na co to uczulenie? – chciała wiedzieć Olga.

– A tak, wiesz, ni przypiął, ni przyłatał: orzechy włoskie i truskawki. Tylko te dwa produkty. Ale dojście do tego przypominało śledztwo z tysiącem podejrzanych.

Co jeszcze ją urzekło? Że pamiętał z dzieciństwa czasy, kiedy mięso sprzedawano na kartki, a proszku do prania wcale nie było w sklepach. Opowiadał, że gdy wprowadzono stan wojenny, solidarnie rozpłakał się, bo jego matka płakała, ale w głębi chłopięcej duszy cieszył się, że zobaczy czołgi. Potem po ulicach chodzili żołnierze z karabinami, a pod ich butami groźnie skrzypiał śnieg. Paweł potrafił ciekawie opowiadać, a Olga okazała się wdzięczną słuchaczką.

Szampan rozluźnił ich tak bardzo, że położyli się na tych nieprzyjemnych płytkach i gapili w gwiazdy przez brudne szyby, a potem przez resztę nocy całowali się, dotykali i tulili jak ludzie, którzy mają sobie tysiąc grzechów do wybaczenia. Nad ranem zapytał, jak ma na imię, bo nie pamiętał, a ją to bardzo rozśmieszyło.

ROZDZIAŁ 5

Wiosna wcale Olgi w tym roku nie cieszyła. Paweł wbrew obietnicom nadal się nie pojawiał. Przez cały weekend nawet nie zadzwonił, żeby wyjaśnić, dlaczego wszystko się tak komplikuje, dlaczego nie potrafi załatwić sprawy z Anitą. W sumie Olga nie była zdziwiona. To zachowanie pasowało do jej wiedzy o świecie i ludziach, czerpanej z wątłego doświadczenia oraz z filmów i książek – tych z kiepskim zakończeniem. Cierpiała w samotności i ciszy, coraz posępniejsza, coraz bardziej wypalona w tej pierwszej dla niej miłości, którą przeżywała jednak z takim zmęczeniem, jakby miała sto lat i kochała po raz ostatni, wiedząc, że finał musi być tragiczny.

Pewnie znosiłaby tę sytuację lżej, gdyby nie nasilające się problemy z Kubą. Nadal włóczył się gdzieś z kolegami, wracał dopiero późnym wieczorem, kiedy Olga skulona ze strachu siedziała na parapecie z policzkiem przytulonym do framugi. Wiedziała, że chłopak się nie uczy, groziły mu jedynki z matematyki i biologii – pogodziła się już z myślą, że będzie powtarzał klasę. Tak naprawdę najbardziej bolało ją to, że oddalili się od siebie.

Brat od jakiegoś czasu zaczął traktować ją jak wroga, zupełnie jakby wyrosła między nimi barykada z drutu kolczastego, w dodatku pod napięciem. Olga bała się kolejnych prób zbliżenia, ponieważ wszystkie usiłowania z jej strony kończyły się bólem. Zadawały go ironiczne spojrzenia brata, oschły ton, wulgarne słowa. Ranił ją nawet jego styl bycia. Przestał mówić „ dzień dobry” sąsiadom z klatki, zachowywał się nonszalancko, chodził jakimś szerokim, rozkołysanym krokiem i z każdym dniem coraz mniej przypominał jej grzecznego, nieśmiałego braciszka z wystraszonymi oczyma, który czuł się pewnie tylko wtedy, gdy ściskał w garści jej mały palec.

Bała się, że Kuba pójdzie w ślady matki. Narkotyki i alkohol trzymały się ich rodziny niczym gówno podeszwy. O ile ojciec tylko popijał, a sporadycznie zdarzało mu się upalić na wesoło, to mama wdepnęła w to porządnie i pod koniec życia tkwiła w bagnie już po cebulki włosów. Olga, która była świadkiem jej najgorszego upodlenia, nienawidziła już samego słowa „ używki”. Kojarzyło jej się z „ używaniem sobie”, z orgiami, zepsuciem i rozpustą.

Problem w tym, że Kuba prawdopodobnie nie pamiętał lat sprzed pobytu w bidulu, bo wyraźnie ciągnęło go do takiego zaplutego towarzystwa, a Olga wiedziała, że ze swoimi umoralniającymi gadkami i wzrokiem wiernego psa przegrywa na wszystkich frontach, kiedy po drugiej stronie stoi wesoła zgraja kumpli oferująca mu akceptację i dobrą zabawę. Zdawała sobie sprawę, że traci brata –