Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 356 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szukając jutra - Piotr Wołoszyk


Książka pt. Szukając jutra opisuje skomplikowane losy Damiana, który po przykrych doświadczeniach w rodzinnym domu poszukuje sensu życia. Zanim jednak zaczął szukać owego sensu, stracił brata – jedyną osobę, którą tak naprawdę kochał. Mimo młodego wieku szuka ukojenia w alkoholu. Nie potrafi poradzić sobie z problemami, które go przerastają, dlatego chce zakończyć swój marny żywot, jednak nie ma odwagi targnąć się na swoje życie. Ostatecznie postanawia pomóc losowi i w tym celu, będąc młodym żołnierzem, zgłasza się jako ochotnik do wyjazdu na misje zbrojne.

Los bywa jednak przewrotny i zamiast śmierci na wojnie Damian odnajduje miłość swojego życia. Zakochuje się w młodej pięknej Afrykance o imieniu Alu. Niestety, po krótkim czasie Damian i jego ukochana zostają rozdzieleni, gdyż żołnierz zostaje wydelegowany z misją do innego kraju.

Opinie o ebooku Szukając jutra - Piotr Wołoszyk

Fragment ebooka Szukając jutra - Piotr Wołoszyk

Piotr Wołoszyk "Szukając jutra"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013 Copyright © by Piotr Wołoszyk, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki © Sergey Nivens – Fotolia.com Zdjęcie okładki © olly – Fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-072-2

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

Piotr Wołoszyk
Szukając jutra
Wydawnictwo

Szukając jutra – podziękowanie

Chcę podziękować mojej żonie, Annie Wołoszyk, za to, że wierzyła, iż „Szukając jutra” ujrzy kiedyś światło dzienne.

Kiedy ukończyłem pisanie tej ksiązki w 2004 roku nie wiedziałem, że istnieje ktoś taki jak Ty, Aniu. Dziś nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie! Gdyby nie Ty, pewnie powieść leżałaby kolejne 10 lat w szufladzie, a może nawet nigdy by nie została wydana.

Dziękuję Ci za to, że jesteś i mnie kochasz, bo tak naprawdę w dniu, w którym poznałem Ciebie, znalazłem to wszystko, czego szukał Damian, bohater „Szukając jutra”. Chcę także podziękować mojej córce, Faustynie Wołoszyk, za to, że żyje i daje mi tyle radości.

Piotr Wołoszyk

OD AUTORA

Wielu ludzi zastanawia się nad krokiem, jaki postawić w swoim dalszym życiu. Człowiek myśli różne rzeczy, podejmuje wiele decyzji, chciałby spełnić choć jedno ze swych marzeń. Bo przecież marzenia ma każdy z nas i tylko od nas samych zależy, które z nich pozostaną tylko w sferze fantazji, a które przemienią się w nasze dążenia, nasze cele.

Ilu ludzi w swym życiu zastanawiało się nad napisaniem jakiejś książki? A jaki ich procent ostatecznie zdecydował się na stworzenie jakiejś powieści, biografii, noweli czy choćby krótkiego opowiadania? Czy ta liczba wynosi sto procent? Siedemdziesiąt? Pięćdziesiąt? Trzydzieści? Czy może jeszcze mniej? A skoro tak, to z czego to wynika? Czy pojawia się brak konsekwencji, czy może są zupełnie inne powody? Może większość uważa, że to głupi pomysł? A przecież nikt nie chce czynić czegoś, co jest absurdalne. Bo i po co? W końcu samo napisanie książki to jeszcze nic, najważniejsze, aby ją ktoś przeczytał, wydał, aby dała czytelnikowi wiele radości, wzruszenia i ogólnej satysfakcji.

Ja również wielokrotnie zastanawiałem się nad napisaniem powieści. Jednak częściowy lęk przed brakiem odbiorcy nieco mnie powstrzymywał.

Mimo wszystko w końcu zdecydowałem się na to, aby napisać książkę. A swoją postawą chciałbym sprawić, aby liczba ludzi wyrażająca chęć przelania swych myśli na papier, była porównywalna z liczbą osób, która faktycznie to uczyniła. Czy ktoś przeczyta to, co napiszę? Nie wiem, ale piszę to z nadzieją, że tak się stanie. Bo przecież każda książka, choćby była najlepsza, jest niczym, jeżeli nikt nigdy jej nie przeczyta. Ja również piszę tę książkę i wierzę, że będzie świetna.

Moja książka będzie doskonała wtedy, gdy choć jedna osoba ją przeczyta i dojdzie do wniosku, że jest dobra, a czas poświęcony jej przeglądaniu nie był stracony.

Chciałbym, aby kiedyś ta książka została wydana publicznie, ale sukces osiągnę, gdy przynajmniej jeden człowiek uzna, że jest ona godna zainteresowania.

To pierwsza i prawdopodobnie ostatnia moja książka. Wszystkie zawarte w niej postacie są nieautentyczne, powstały w mojej wyobraźni. Zawarte miejscowości są także wymysłem autora, z wyjątkiem niektórych polskich miast oraz wszystkich, jakie zostały wymienione poza granicami wspomnianego kraju. Nigdy żadna z opisanych w książce historii nie wydarzyła się w rzeczywistości, i prawdopodobnie nigdy się nie wydarzy, choć zarówno postacie, jak i historie są całkiem realne i prawdopodobne. Nazwy firm wymienionych w książce są również nieautentyczne, a ich paralelizm, bądź też zbieżność nazwisk, z nazwiskami ludzi posługujących się nimi na co dzień, jest tylko i wyłącznie dziełem przypadku.

Brak dat opisanych w książce wydarzeń, jest zamierzony! Nieokreślony czas ma sugerować, że opisane sytuacje mogą wydarzyć się zawsze, bez względu na miejsce. W tym celu autor posługuje się walutą amerykańską. Dolary, którymi obracają bohaterowie opisani w książce, mają ograniczyć posuwającą się w czasie inflację. Jest to kolejny dowód, aby ukazać, iż zdarzenia mogą rozpocząć się w każdym roku.

Autor zakłada, że jeden dolar jest równy jednemu euro.

Piotr Wołoszyk

ROZDZIAŁ I. Kazimierz i Anna

Tego dnia była piękna pogoda. Przez cały dzień nie spadła ani jedna kropla deszczu, temperatura w cieniu przekraczała dwadzieścia stopni, nawet wiaterek był lekko chłodnawy. To wymarzony dzień dla osób pragnących przygód i na długo pozostał w pamięci wielu ludzi. Dzień ten przypadał na środek lata, pięknego upalnego lata, w czasie, gdy ptaszki ćwierkają, a ludzie spacerują, trzymając się za rączki. Dużo rozmawiają, w parkach można dostrzec osoby siedzące na ławkach, niektórzy czytają w ciszy i spokoju książki, inni tylko siedzą wpatrując się w pływające łabędzie.

Anna Łękowicz, spacerując alejami parku miejskiego w Ziembiewicach, podziwiała otaczającą ją przyrodę. Był to jeden z niewielu dni, kiedy mogła w samotności spędzać czas w tak miłej atmosferze. Wtedy wspominała okres z najszczęśliwszych dni życia, przypominało jej się dzieciństwo.

Mała dziewczynka, biegająca wokół domu, krzycząca – mamo, mamo, zobacz, puszczam latawce! – To Anna, mająca zaledwie jedenaście lat. – Boże, jaka ja byłam szczęśliwa – pomyślała. Usiadła w cieniu na ławce i popatrzyła w przepływające łabędzie. Kto choć raz siedział w parku podglądając te cudne ptaki, ten wie, co czuła Anna, ale dla niej było to coś więcej. Dla niej była to niedziela, niedziela, podczas której spacerowała wraz z kochającym ojcem po lesie.

– Aniu, spójrz, tam w krzakach jest sarna – szepnął ojciec.

– Tatusiu, jaka ładna! – Wrzasnęła Anna, biegnąc w kierunku sarny.

– Aniu tak nie wolno, widzisz spłoszyłaś ją, w lesie należy zachowywać się cicho.

Takich spacerów było wiele. A po każdym z nich mała Ania dzieliła się wrażeniami z mamą.

Kiedy tak siedziała w parku na ławce, nagle usłyszała głos – Kasiu uważaj kapie ci lód... – odwróciwszy się, spostrzegła dwoje młodych ludzi, pchających dziecięcy wózek, w którym siedział mały kajtek. Miał on może dwa, trzy latka. Obok nich szła jeszcze dziewczynka, trzymając w ręku włoskiego loda. Dziewczynka ta mogła mieć pięć lat. Widząc to, Anna rozpłakała się –– Jaka ta rodzina musi być szczęśliwa – pomyślała.

Wszędzie jest miło i wesoło, wszędzie panuje piękna miłosna atmosfera. Tak, ale czy naprawdę tak jest? Czy naprawdę świat jest ogarnięty miłością? Jak niewiele potrzeba, aby to wszystko zmieniło się niemalże o sto osiemdziesiąt stopni? Bo przecież wystarczy tylko trochę brzydsza pogoda, problemy w pracy, kłopoty finansowe, niewielka sprzeczka rodzinna i już człowiek traci ochotę do życia. Anna jeszcze tego samego dnia wróciła do szarej przykrej codzienności.

Damian i Paweł – bracia, których dzieliła zaledwie dwuletnia różnica wieku. Paweł był starszy. Ojciec ich, Kazimierz Łękowicz, to nałogowy alkoholik, który nie dbał ani o swą żonę, ani o dzieci, ani nawet o siebie samego. Prawie każdą swą wypłatę przepijał z kolegami. Nic więc dziwnego, że w ich domu dochodziło do częstych awantur i wielogodzinnych kłótni.

Któregoś dnia, gdy Kazimierz przyszedł do domu po spożyciu alkoholu, matka dzieci, Anna, zrobiła mu wielką awanturę. Kazio tak się zdenerwował, że jeszcze tego samego dnia połamał jej obie ręce i zagroził, że jeżeli komukolwiek o tym powie, to ją zabije. Tego dnia dzieci bardzo płakały, a ponieważ Kazio był niedopity, bo brakło mu pieniędzy na kolejny alkohol, denerwowało go wszystko, również płacz dziecka, wdał, więc się w dialog z dziećmi.

– Czego beczysz gówniarzu?! No mów jak zadaje ci pytanie! Może ty jesteś taki sam podły jak matka?!

Damian nic nie mówił, miał dopiero niespełna półtora roczku, nic więc dziwnego, że na każde z wrzasków ojca reagował tylko płaczem coraz głośniejszym płaczem. Płacz ten tak zdenerwował ojca, że ten nie wytrzymał i zadał potężny cios w głowę Damiana. Damian automatycznie przestał płakać, tak jakby ojciec wyłączył jego płacz, jakimś przyciskiem umieszczonym gdzieś na głowie, przestał też płakać Paweł. Anna, widząc całą tę sytuację chciała zareagować, ale cóż ona biedna mogła zrobić?

Chociaż wszyscy wiedzieli, że to mąż połamał Annie ręce, ona sama twierdziła, że poślizgnęła się przed domem.

Kazimierz nie miał honoru. Wielu alkoholików po czymś takim, choć spróbowałoby przeprosić Annę, lecz nie on, on nie poczuwał się do obowiązku przeprosin. A wręcz odwrotnie, to on domagał się przeprosin ze strony Anny i dzieci.

Od tego dnia Anna była tak przerażona, że bała się sprzeciwić Kazimierzowi, próbowała z nim poruszać poważne tematy tylko wtedy, gdy był trzeźwy. A takich dni było naprawdę niewiele.

Zdarzały się, jednak dni trzeźwości. I w taki właśnie dzień Anna przemówiła.

– Kaziu.

– Czego ty znowu chcesz?

– No, bo wiesz, Pawłowi przydałaby się nowa kurtka.

– A, co on jest jakaś, kurwa, modelka, żeby co chwila zmieniał kurtki. Ja w swojej chodzę już przeszło siedem lat.

– Kaziu, przecież idzie zima, on nie może chodzić w letniej kurteczce.

– Jak zwykle przesadzasz, ja w swojej chodzę i latem i zimą, a poza tym zajmij się garami – Kazimierz odwrócił się i zaczął czytać gazetę.

W takich sytuacjach Anna próbowała pożyczyć pieniądze, gdzie tylko się da, od sąsiadów, przyjaciół, znajomych czy rodziny. Wszystko to odbywało się w tajemnicy przed Kazimierzem. Anna bała się nawet pomyśleć, co by się stało, gdyby Kazimierz dowiedział się, że ona pożycza po ludziach pieniądze za jego plecami.

Nie wiadomo, jak wiadomość o tym, że Anna zadłużyła się na kurtkę dla Pawła, dotarła do Kazimierza, ale tak się stało i Kazio bynajmniej nie był z tego powodu zachwycony.

– Jak śmiesz pożyczać u obcych ludzi pieniądze na pierdoły! – Wrzasnął Kazimierz na Annę.

– Ależ Kazio przecież wiesz, że tego nie robię.

– Nie okłamuj mnie durna babo, bo ci tak zdzielę, że się nie pozbierasz! Mów mi zaraz tu prawdę! – Stanowczo rzucił Kazimierz.

– Kazio, proszę cię, nie krzycz tylko powiedz mi, o co ci chodzi.

– O ty kurwo, nie udawaj, że nie wiesz! Chodzi mi o tę kurtkę dla tego gówniarza, na którą pożyczasz pieniądze, mimo, że ci zabroniłem! Nie mam zamiaru spłacać twoich głupio zaciągniętych długów, żeby mi to było ostatni raz, bo nogi z dupy powyrywam! – Wrzeszczał Kazimierz – Zrozumiałaś czy nie?!

– Tak, przepraszam.

– A pieniądze i tak musisz oddać sama, ja nie dołożę się ani złotówki. Poza tym, jutro przyjdą kumple i chcę mieć spokój. Najlepiej zabierz bachorów i pojedź do swej ciotki, i nie waż się wracać. Ja po was przyjadę jak tylko będę miał czas. Zrozumiałaś!?

– Tak, zrobię tak.

Anna była tak bardzo wystraszona, że jeszcze tego samego dnia starannie pomyła i ubrała chłopców, spakowała najpotrzebniejsze przedmioty, w tym także niebieskiego misia, bez którego Damianek nie potrafił zasnąć.

Wieczorem odjechali pociągiem do Ziembiewic, do ciotki Anny, Honoraty Cuklińskiej. Kazimierz pozostał sam w domu, na wsi Worków.

Anna nigdy nie lubiła Honoraty, była to postać nie do zniesienia. Stara przemądrzała panna, a przy tym bardzo chamowata. Honorata mieszkała w małym dwupokojowym mieszkaniu w centrum Ziembiewic, przez całe swe życie unikała kontaktu z ludźmi, co powodowało braki na starość. Oprócz niej, w mieszkaniu przebywały także: trzy koty i jeden pies. Zwierzęta te pomagały Honoracie w samotności i zastępowały brak ludzi. Nic więc dziwnego, że obecność Anny z dziećmi sprawiła Honoracie wiele radości.

– Co słychać, Aniu? – zapytała Honorata.

– Przyjechałam z dziećmi do cioci w odwiedziny, chyba nie ma ciocia nic przeciwko temu, żebym została u cioci trochę dłużej?

– Ależ oczywiście Aniu, możesz tu zostać tak długo jak tylko chcesz. A gdzie Kazimierz? Nie przyjechał z wami?

– Nie, ciociu, Kazimierz musiał zostać w Workowie, ma bardzo dużo pracy i dlatego nie mógł przyjechać razem z nami, ale jak tylko będzie mógł, przyjedzie.

Anna skłamała, ale wiedziała, że nie może powiedzieć prawdy. Było to bardzo szlachetne, z jej strony, ale również i głupie, że nie chciała powiedzieć nikomu, co dzieje się w jej domu, z jej rodziną, z jej życiem. Bała się, bała się tak bardzo, że nie chciała nic mówić. Czy to strach przed Kazimierzem był tak wielki? Czy strach przed samotnością był większy? Nie wiadomo, lecz Anna poza Kazimierzem i ciotką Honoratą nie miała nikogo.

Do piętnastego roku życia Anna mieszkała z rodzicami: Edwardem i Danutą Cuklińskimi w leśnej. Leśna to najmniej zaludniona dzielnica Ziembiewic. To tu właśnie Anna przeżyła jedne z najlepszych dni swego dzieciństwa. Z rodzicami żyli we trójkę w domku jednorodzinnym. Ich posesja liczyła tysiąc pięćset metrów kwadratowych. Powierzchnia mieszkalna nieco ponad sto. Początkowo mieszkał z nimi Józef, młodszy brat Edwarda. Do głównej szosy było około półtora kilometra, tam też znajdował się najbliższy sklep. Las położony był jakieś trzysta metrów od domu Cuklińskich, stąd te częste spacery.

Po ukończeniu przez Annę szkoły podstawowej, rodzice wspólnie uznali, że sprzedadzą całą posiadłość i kupią mieszkanie w centrum Ziembiewic. Uczynili to z myślą o swym jedynym dziecku.

Po śmierci rodziców, Annie została tylko Honorata, starsza siostra Edwarda. Józef wyjechał do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej i kontakt z nim urwał się jeszcze za życia Edwarda.

Jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym, gdy miała dziewiętnaście lat, w pół roku później poznała Kazimierza. Wkrótce wzięli ślub i przeprowadzili się na wieś Worków. Po narodzinach Pawła, zaczęły się problemy finansowe, co zmusiło Annę do sprzedania mieszkania po rodzicach. Część tych pieniędzy została włożona w gospodarkę Kazimierza, ale większość poszła na jego alkohol. Początkowo działo się to w tajemnicy przed Anną. Szybko się to jednak wydało, Kazimierz przestał się z tym ukrywać.

Anna, nim zdążyła się zorientować, była już całkowicie uzależniona od męża. Dlatego bała się, że jeżeli odejdzie od Kazimierza, to zostanie starą samotną kobietą, taką samą jak jej ciotka Honorata, to ją przerażało, ale bała się również i tego, że jeśli zostanie z nim to, on któregoś dnia może zabić i ją i dzieci. Znalazła się więc w sytuacji bez wyjścia, gdzie każde rozwiązanie jest złe. Nie miała już mieszkania, nie miała więc dokąd wracać.

Anna spędziła u Honoraty przeszło dwa tygodnie, po tym czasie zjawił się Kazimierz.

– Dzień dobry, ciociu – rzekł Kazimierz

– Dzień dobry, Kaziu. Nareszcie jesteś, wejdź i rozbierz się wstawiłam wodę na herbatę.

– Nie, dziękuję ciociu, przyjechałem po Annę i dzieci. Musimy wracać do domu, mamy jeszcze wiele pracy.

– I nawet nie wypijesz herbaty?

– Ciociu, naprawdę musimy jechać.

– Trudno, nie mogę was zatrzymywać – Kazimierzowi wcale się nie śpieszyło, po prostu podobnie jak Anna, nie lubił Honoraty.

W domu Anna ujrzała istny chlew: wszędzie walały się butelki po alkoholu, puszki po konserwach i inne drobne przedmioty przydatne podczas libacji. Wiedziała, że musi sama to wszystko posprzątać, bo Kazimierz nie ruszy nawet palcem, by jej pomóc.

– Dlaczego, dlaczego zostawiliście taki chlew?

– O co ci chodzi?

– O ten bałagan.

– Mi on nie przeszkadza, a jeśli tobie przeszkadza, to coś z nim zrób. A tak w ogóle, nie trzeba było tak długo siedzieć u ciotki.

– Przecież zabroniłeś mi przyjeżdżać.

– Nieprawda, tak to sobie wymyśliłaś – Anna nic nie odpowiedziała, tylko się rozpłakała.

W tej rodzinie działo się coraz gorzej i nic nie wskazywało na poprawę. Mijały lata, a Kazimierz nawet nie próbował się leczyć. Uważał, że nie pije więcej niż inni, a ludzie wypominając mu, że pije są podli i dlatego to robią, bo przecież sami też piją.

Jednak pewnego wieczoru Kazimierz przesadził, został sam z dziećmi. Przyszli do niego koledzy, mając ochotę wypić, tak też się stało. No, a dzieci, co z dziećmi? Dla Kazimierza nie był to problem, postanowił zamknąć dzieci w ciemnej piwnicy. Chłopcy siedzieli tam do rana, aż mama przyszła z pracy z nocnej zmiany. Pracowała bowiem w sklepie.

– Dlaczego to zrobiłeś, dlaczego zamknąłeś dzieci w ciemnej piwnicy?! – Wrzasnęła Anna na Kazimierza.

– Bo zbyt głośno się zachowywali – ze spokojem odpowiedział Kazimierz.

– I według ciebie to wystarczający powód, aby zamknąć ich na całą noc!

– To nie tak.

– A jak?!

– Miałem iść po nich...

– Więc dlaczego tego nie zrobiłeś?! Dlaczego nie poszedłeś po nich?!

– Zapomniałem.

– Tylko tyle, po prostu zapomniałeś? I nic więcej, nie masz mi nic więcej do powiedzenia? Wiesz dlaczego, dlaczego to zrobiłeś? Bo jesteś pijak, głupi nieodpowiedzialny pijak! Wiesz, co jeszcze ci powiem? Jesteś chory, jesteś chory i nie chcesz się leczyć! Dlatego odchodzę nie będę dużej z tobą mieszkać, zabieram dzieci i wychodzę!

– Idź, nie będę cię zatrzymywał, ale pamiętaj, jeżeli teraz wyjdziesz, to nie masz po co wracać!

Kazimierz czuł, że Anna nie wyjdzie, bo nie ma dokąd iść, Zostaje jej tylko ciotka Honorata, której nie lubi, dlatego nie przejmował się tym, co mówi, myślał, że blefuje. A jednak nie! Anna razem z dziećmi wyszła i pojechała do Ziembiewic. Kazimierz machnął ręką, uważając, że wróci za kilka dni z podkulonym ogonem. Tak się jednak nie stało, Anna już nie wróciła.

Mimo wszystko trzeba przyznać, że Anna miała bardzo wielką odwagę postawić się Kazimierzowi. Widocznie tego dnia nie bała się bólu, jaki mógł jej zadać Kazimierz, a może bardziej bolała ją dalsza krzywda dzieci? W każdym razie, w duchu powiedziała „nie”! I przerwała ten chory związek. Tylko czy aby nie za późno?

Anna przyjechała do ciotki Honoraty. Z wielkim trudem wszystko jej opowiedziała, co dzieje się w jej domu, w jej rodzinie. Bardzo się bała, ale wiedziała, że to właśnie Honorata jest jej ratunkiem i dlatego musi powiedzieć jej wszystko, wszystko, co działo się przez te sześć lat związku. Sześć lat! Właśnie o te sześć lat za długo! Honorata wszystkiego dokładnie wysłuchała, ale Anna tak długo mówiła i tak dokładnie opisywała całe to cierpienie, że Honorata nie wytrzymała i przerwała jej.

– Aniu, czemu mi nie powiedziałaś od razu?

– Bo myślałam, że się zmieni, że przestanie pić i zacznie dbać o rodzinę.

– I dopiero teraz, dopiero po sześciu latach, gdy omal nie doszło do tragedii? Przecież mogłaś powiedzieć, bym ci poradziła, pomogła. Dobrze, że chociaż teraz przyszłaś, i nie martw się jakoś sobie poradzimy.

– Dziękuję, dziękuję ci, ciociu.

Ta rozmowa trwała o wiele dłużej. Honorata jak tylko mogła tak pocieszała Annę, wiedziała, bowiem, że teraz jest to najważniejsze, że Anna musi poczuć się pewnie i bezpiecznie, a przede wszystkim musi zapomnieć o Kazimierzu. O tych wszystkich krzywdach, które jej wyrządził.

Po kilku dniach Anna przekonała się, że Honorata wcale nie jest tak okropna, jak jej się wydawało i przez te wszystkie lata była w wielkim błędzie. Z czasem, Anna nawet bardzo polubiła Honoratę, a chłopcy byli szczęśliwi, że mają więcej swobody i nie muszą bać się pijanego ojca. Dzieci także polubili zwierzęta, jakie miała Honorata. Damianek bardzo dużo czasu spędzał z pieskiem cioci. Pokochał tego pieska tak bardzo, że nie potrafił spędzić każdej chwili przeznaczonej na zabawę inaczej niż z Dzikiem, bo tak wabił się pies Honoraty. Po jednej z takich zabaw pies był tak zmęczony, że położył się na swoim legowisku, a Damian poszedł za nim i zaczął z nim rozmawiać. Pies jak to pies jedynie słuchał, spoglądając co jakiś czas na dzieciaka, ale Damian zapewne chciał, aby pies mu coś odpowiedział. A gdy tak się nie stało, dzieciak się zezłościł i ugryzł psa w ucho, tak mocno, że pies przeraźliwie zaskamlał. Anna i Honorata stanęły jak wmurowane, widząc całe to zdarzenie i jednocześnie bojąc się, by Dzik nie ugryzł chłopca. Jednak ku zdumieniu wszystkich, pies nawet nie warknął na Damiana, cierpliwie wszystko zniósł.

Mijały dni i Kazimierz w końcu zrozumiał, że Anna nie wróci. Zaczął więc wydzwaniać do Ziembiewic, do Honoraty i grozić, że jeśli Anna nie przyjedzie to on po nią pojedzie, a wtedy będzie dla nich za późno. To mu jednak nic nie dało. Anna za namową Honoraty złożyła w sądzie pozew o rozwód.

ROZDZIAŁ II. Nowe życie Anny

Minęły dwa lata, odkąd Anna całkowicie uwolniła się od Kazimierza. Sąd całkowicie pozbawił go praw rodzicielskich. Dlatego też Kazimierz prosił Annę, by pozwoliła mu odwiedzać czasem synów. Mimo, że Anna i Honorata wyraziły na ową prośbę zgodę, i Kazimierz mógł odwiedzać chłopców, on sam nigdy tego nie zrobił. Kazimierz szybko zapomniał, że miał kiedykolwiek dzieci, szybciej niż mógłby się ktokolwiek tego spodziewać. Przypomniały mu o tym dopiero alimenty, których nie płacił i przez które poszedł siedzieć. Co się z nim później stało? Nie wiadomo.

Annę nigdy to nie interesowało, chciała zapomnieć o swojej przeszłości i co za tym idzie, również i o Kazimierzu, który był główną postacią jej cierpień.

Prawdopodobnie po wyjściu z więzienia tak się zapił, że któregoś dnia zmarł. Być może był to wypadek, a być może ktoś go otruł, pozorując wypadek?.

Czytelnik z pewnością zadał sobie pytanie, po co miałby ktoś otruć Kazimierza? Czy miał tak dużo wrogów? Z pewnością miał, ale nie tylko dla tego mógł zostać otruty. Kazimierz miał ogromne długi, tak ogromne, że postanowił sprzedać swój dom koledze za nieduże pieniądze, pod warunkiem, że będą razem mieszkać. Roman Zając, kolega Kazimierza, zapłacił za dom zaledwie dwie z ośmiu rat. Kazimierz dopominał się pozostałej części pieniędzy należnej mu za dom. Prawnie jednak, dom był już własnością Romana, a spłata go na raty była umową ustną zawartą tylko pomiędzy kolegami. Z tego powodu dochodziło do częstych kłótni i z tego też powodu Roman mógł otruć Kazimierza. Jednak to tylko domysły, sekcja zwłok wykazała zatrucie alkoholem metylowym. Kazimierz często pił wódkę z Romanem, ale często pił też sam. Czy tego dnia pił z Romanem? Czy też nie? Nie wiadomo. I dlatego też nie wiadomo do końca jak zmarł.

Anna dowiedziała się o śmierci Kazimierza, dowiedziała się również tego, iż sprzedał on dom Romanowi z całą posiadłością. Nie znała kwoty, za jaką Zając kupił dom, a już na pewno nie wiedziała, że zapłacił on zaledwie ćwierć umówionej sumy. Reszty nie zdążył, albo nie chciał zdążyć?

Dzieci również starały się zapomnieć o przeszłości, o tacie, który był niemalże ich katem. Paweł miał już osiem lat i chodził do szkoły. Z Damianem zaś były kłopoty, miał sześć lat i chodził do zerówki, ale dodatkowo musiał uczęszczać również do psychologa dziecinnego. Problem ten zaczął się rok wcześniej, kiedy to Damian chodził do przedszkola. Był agresywny, strasznie zamknięty w sobie, nie chciał, a może nie potrafił z nikim rozmawiać. W przedszkolu zawsze szukał jakiegoś cichego i spokojnego miejsca, a gdy już je odnalazł, nie dopuszczał ani do siebie, ani do miejsca, w którym się bawił dosłownie nikogo. Damian nie reagował także na słowa pani przedszkolanki, ignorował ją tak samo, jak i dzieci. Wszystko zapewne byłoby w porządku, bo przecież są różne dzieci, różnie reagują, i mają różne charaktery. Wiele dzieci jest zamkniętych w sobie, podobnie jak zresztą i dorosłych, ale Damian był inny. Siedział w swoim kąciku, bawiąc się. Mógł tak bawić się godzinami i nic nie byłoby w tym dziwnego, ale był nieobliczalny. Czasem siedział i bawił się, lecz czasem bez żadnego najmniejszego powodu ogarniała go agresja. Wówczas wstawał i odchodził z kącika zabaw, zbliżał się do innych dzieci i zaczynał je bić. Często były to niewinne szturchnięcia bądź popchnięcia, jednak zdarzało się również, że brał przedmioty znajdujące się pod ręką i to właśnie nimi uderzał dzieci.

Miarka się przebrała, kiedy Damian rozbił drewnianą ciężarówkę na plecach jednego z dzieci.

Damian nie mógł już uczęszczać do tego przedszkola, musiał mieć zaświadczenie od psychologa, że jest normalnym dzieckiem. Ten zaistniały fakt był strasznym ciosem wymierzonym w kierunku Anny. W każdym razie, ona tak myślała. Była strasznie załamana, uważała to za karę, za karę, że odeszła od Kazimierza. Jednak Honorata szybko uświadomiła Annę, że jest to nieprawdą, a zachowanie Damiana to uraz, jaki pozostawił mu ojciec.

Wizyty u psychologa były udręką zarówno dla Anny, jak i dla Damiana.

– Cześć, jak masz na imię? – Zapytał podczas pierwszej wizyty pan psycholog.

Damian nic nie odpowiedział tylko ze strachem w oczach wtulił się w ramiona matki.

– No nie wiesz, jak masz na imię?

– Powiedz panu jak masz na imię – wtrąciła się Anna

– Damian, mam na imię Damian – wyjąkał Damian.

– No fajnie, a ja mam na imię Grzegorz. Lubisz się bawić? Jeśli tak, to możesz pobawić się moimi zabawkami. Leżą na półce.

– Lubię.

– Może pobawimy się razem?

– Dobrze.

Damian zrobił bardzo dobre wrażenie na psychologu. Po tej wizycie Anna otrzymała książkę z testami, które miał rozwiązywać Damian. Znajdowały się w niej różne pytania, typu: która z przedstawionych kresek jest pionowa, a która pozioma? Jakie nazwy posiadają przedstawione kolory? Jak nazywają się przedstawione na obrazku zwierzęta? Itd. Na rozwiązanie Damian miał dwa tygodnie. Po dwóch tygodniach Anna musiała ponownie zabrać Damiana na wizytę do psychologa.

– Cześć, Damian, pewnie już rozwiązałeś całą książkę?

– Tak.

– Co jeszcze mi powiesz?

Chłopiec nic nie odpowiedział, tylko wzruszył ramionami. Poczym spojrzał w kierunku mamy.

– Rozmowny to ty nie jesteś, ale wiesz co Damianku, musimy porozmawiać. Twoja pani w przedszkolu bardzo mi się żali, podobno w ogóle jej nie chcesz słuchać i na dodatek bijesz inne dzieci. Czy to prawda?

– Tak.

– Możesz mi powiedzieć, dlaczego tak się zachowujesz?

Damian nic nie odpowiedział, tylko uciekł do mamy.

– Damianku nie bój się, nie pobiję cię, ale naprawdę muszę wiedzieć. Chcę ci pomóc, tobie i twojej mamie. Kochasz mamę?

– Tak.

– A zrobisz to dla mamy i powiesz mi, dlaczego bijesz dzieci i nie słuchasz pani?

– Pani krzyczy, a dzieci się śmieją.

– Czy śmieją się z ciebie?

– Tak.

– Damianku, a czy wiesz, że tak nie wolno się zachowywać? Robisz krzywdę swojej mamie. Lubiłeś jak bił cię tata?

– Nie.

– Jak ty będziesz bił dzieci, to nie będą cię lubić. Obiecujesz mi, że zmienisz swoje zachowanie?

– Tak.

Od drugiej wizyty minął już rok. Damian zmienił swoje zachowanie, przestał być agresywny. Anna wiedziała, że właśnie teraz potrzebuje on dużej ilości rozmów. Co prawda tegoż roku była z nim jeszcze na dwóch, bądź trzech wizytach u psychologa, ale była to czysta formalność.

Te ostatnie wizyty miały na celu, niedopuszczenie do powrotu agresji u Damiana. Czytelnik zapewne zadaje sobie pytanie: jak po zaledwie kilku wizytach ten dzieciak nagle poczuł taką wewnętrzną przemianę? Odpowiedź jest prosta, to dziecko nie doznało wewnętrznej przemiany, to strach przed psychologiem tak na niego podziałał. Ten psycholog strasznie przypominał mu ojca, którego Damian przeraźliwie się bał.

Z czasem Anna zapomniała o Kazimierzu i o tych wszystkich krzywdach, jakie jej przysporzył. Skończyły się także nocne koszmary. Zaczęła dbać o siebie, od momentu, gdy odeszła od męża, znalazła więcej czasu dla swojej osoby. Nie musiała już pytać męża o zgodę na kupno sukienki czy bluzki, korzystała z usług fryzjera wtedy, kiedy miała na to ochotę, a nie, kiedy pozwolił jej na to mąż. Stała się bardzo atrakcyjną kobietą i wkrótce poznała nowego mężczyznę, Jana Falewskiego. Jan był taksówkarzem, którego Anna poznała w taksówce, kiedy wracała z koleżanką do domu z nocnej zmiany w sklepie. Wkrótce Anna dość często korzystała z usług pana Jana. Falewski jednak nie potrafił znaleźć wspólnego języka z chłopcami i to było powodem częstych konfliktów pomiędzy Honoratą, a Anną.

– Nie widzisz, że to nieodpowiednia osoba na męża i ojca dzieci?! – Wrzasnęła Honorata.

– A niby skąd ty o tym możesz wiedzieć?! Przecież ty nigdy nie miałaś ani męża, ani dzieci! – odpowiedziała Anna.

– Nie życzę sobie w moim domu żadnych gachów! – Stanowczo stwierdziła Honorata.

– Ciociu, przecież dzieci muszą mieć ojca.

– Ale na pewno nie tego faceta.

Anna już nic więcej nie odpowiedziała, tylko się rozpłakała.

Romans Anny z Janem trwał jeszcze rok, ale wszystko odbywało się już w tajemnicy przed Honoratą.

Falewski miał skromne dwupokojowe mieszkanie, na osiedlu jeżowym w Ziembiewicach. Było to czyste i zadbane mieszkanie. Nie brakowało w nim niczego. Jak na samotnie mieszkającego mężczyznę, wprawiało w zachwyt jego gości. Oboje wspólnie spędzali w nim dużo czasu, Anna miała do niego nawet komplet kluczy, zaraz po pracy szybko biegła do mieszkania Jana, gdzie przygotowywała smaczny obiad, z którym czekała na gospodarza. Falewskiemu bardzo się to podobało z racji, że był samotnym trzydziestoletnim kawalerem. Honorata zaś pozostawała przekonana, że Anna zostaje po godzinach w pracy. Działo się to; trzy, cztery razy w tygodniu, a czasami nawet częściej.

Trwałoby to zapewne o wiele dużej, gdyby nie fakt, iż Anna zaszła w ciążę. Była pełna strachu, wiedziała, że teraz ciotka na pewno się dowie. Powiedziała o wszystkim Jankowi.

– I co teraz zamierzasz? – Spytał Jan.

– Może powinniśmy wziąć ślub? W końcu znamy się długo i jest nam ze sobą dobrze.

– Myślę, że lepiej będzie usunąć to dziecko – odparł Jan.

– Przecież się kochamy.

– Powtarzam: masz usunąć to dziecko, albo nie chcę cię znać! –– Stanowczo odparł Jan.

Anna nic nie odpowiedziała, z płaczem wybiegła z mieszkania Jana.

Anna nie wiedziała co robić, bała się o czymkolwiek powiedzieć ciotce, przecież Honorata nigdy nie lubiła Jana, cały ten romans był ukrywany przed nią, jakby zareagowała? Stanęła ponownie w sytuacji bez wyjścia, o wiele gorszej niż z Kazimierzem. Gdyby cała ta historia się wydała, Anna nie miałaby dokąd iść. Na domiar złego, Jan wymienił zamki w swoim mieszkaniu i oznajmił Annie, że dopóki nie usunie dziecka, nie będzie utrzymywał z nią żadnych kontaktów.

Był to trudny okres w życiu Anny, stanęła na krawędzi rozpaczy. Nie wiedziała co robić, jak dalej żyć. W pracy zaczęła brać nadgodziny, aby ciotka nie była wstanie zorientować się o zaistniałej sytuacji. Czasu jednak miała coraz mniej, wiedziała, że nie może dalej stać bezczynnie, że musi podjąć jakiś krok. Tak, ale jaki? Zadawała sobie coraz więcej pytań. – Dlaczego Jasiek nie chce naszego dziecka? Może myśli, że to nie jego? Nie, on chyba ma inną kobietę, młodszą ładniejszą bogatszą. Tak, musi mieć kobietę, bo przecież taki dobry uczciwy i kochający mężczyzna, nie zostawiłby mnie tak bez powodu. Boże, a może on nigdy mnie nie kochał? Może byłam tylko jego zabawką, darmową gosposią? – Czasem pytania, jakie Anna zadawała sobie samej nie miały żadnego sensu, raz poprzez pytania próbowała znaleźć odpowiedź, dlaczego Falewski ją zostawił, innym razem myślała nad dzieckiem, jak będzie wyglądać? Czy starsi bracia go zaakceptują i pokochają? A Jan, przecież on jako ojciec powinien mieć prawo do nadania imienia dziecku, ciekawe, jakie mu wybierze? Ja chciałabym żeby dał mu na imię Krystian. A jeśli dziewczynka? Wtedy ja wybiorę imię, w końcu mam do tego prawo, imiona chłopców wybierał Kazimierz, może dam jej na imię Monika? Nie, chyba lepiej będzie Julia. A co z nazwiskiem? Falewski czy Łękowicz? Powinnam wziąć z nim ślub, wtedy dziecko nosiłoby nazwisko Falewski, nazwisko chłopców także byłoby Falewski, w końcu ja byłabym Falewska to i oni mogliby być Falewscy, z czasem pewnie i ciotka nie miałaby nic przeciw tak kochającej się rodzinie? Boże, co ja wygaduję, przecież Jan nigdy nie pokocha tego dziecka, pewnie nigdy nie pokochałby także moich dzieci, ani mnie samej, to zwykły łotr i drań!

Najgorsze było to, że Anna ciągle kochała Falewskiego i czasem zapominała, że on nie chce tego dziecka, wyobrażała sobie nową rodzinę, jaką mogłaby stworzyć z Janem.

Jedyną przyjaciółką, jaką Anna czuła, że ma była Alicja Stasiak. Starsza o zaledwie pięć lat Alicja pracowała w sklepie spożywczo–przemysłowym „Rzemień” w Ziembiewicach, na długo przed zatrudnieniem Anny. Obie panie dość szybko przypadły sobie do gustu i z czasem się zaprzyjaźniły. Przyjaźń, jaką Anna darzyła Alicję mogła wynikać z tego, że obie w życiu borykały się z podobnymi problemami. Alicja to trzykrotna rozwódka, a jej pierwszy mąż, podobnie jak Kazimierz Łękowicz, był nałogowym alkoholikiem. Obie zaczęły zwierzać się ze wszystkich tajemnic, no prawie ze wszystkich. Wszystkie problemy, jakimi były otoczone, próbowały rozwiązać wzajemnie, twierdząc, iż każdy problem o wiele lepiej rozwiążą dwa rozumy, aniżeli jeden! Nic, więc dziwnego, że i tym razem Anna postanowiła szukać pomocy u Alicji.

Kiedy Anna opowiedziała Alicji całą historię romansu z Janem Falewskim, spytała koleżankę o radę.

– Co o tym sądzisz, Alu?

– To trudna sytuacja. Jesteś samotną kobietą z dwójką dzieci, jeżeli urodzisz to dziecko, Jan na pewno cię zostawi, ale najbardziej boję się, że wyrzuci cię ciotka. Mogłabyś, co prawda zamieszkać na jakiś czas u mnie, ale co powiesz chłopcom? A jeśli ciotka będzie próbowała zabrać ci dzieci? Możliwe, że stracisz również to dziecko. Wiesz, decyzje i tak musisz podjąć sama, ja jako przyjaciółka mogę ci zasugerować, co zrobiłabym na twoim miejscu. Mówiłaś, że Jan jest wstanie zapłacić za zabieg, jeżeli tak by zrobił to moim zdaniem nie powinnaś zastanawiać się ani trochę. Jeżeli ja byłabym w takiej sytuacji, a chłop dawałby mi pieniądze na usunięcie, to bym usunęła!

– A gdzie prawo do życia, ja kocham to dziecko, mimo, że się jeszcze nie narodziło.

– To twoje dziecko i twoja decyzja.

Alicja może i była dobrą przyjaciółką, ale w tej sytuacji nie miała racji! Zapewne Honorata nie wyrzuciłaby Anki z domu, a dziecko dorastałoby razem z braćmi. Rozmowa przyjaciółek jednak miała duży wpływ na dalsze losy Anny.

Anna ciągle się wahała, a czas mijał i trzeba było podjąć decyzję. Może to i dobrze im dużej się zastanawiała, tym mniejsze szanse, że dziecko zostanie usunięte!

Falewski dał Annie pieniądze na zabieg i polecił znajomego ginekologa. Może Anna nie była pierwszą kobietą, z którą Jan miał taką przygodę? Anna długo jeszcze się wahała, jednak ostatecznie usunęła dziecko. Nie wiadomo, co było powodem tak drastycznej w konsekwencji decyzji. Może wielka miłość do Jana? A może jednak silniejszy był strach, strach przed Honoratą, że ta wyrzuci ją z dziećmi na ulicę bądź z jednym dzieckiem? A może po prostu głupota? Głupota, której owocem jest sugestia Alicji. Nie wiadomo na ile w podjęciu decyzji miała wpływ Alicja i jej głupie rady, ale stało się, dziecko zostało zamordowane!

Nie ma wątpliwości, że Anna podjęła złą decyzję usuwając to dziecko! Jednak jej miłość była tak wielka, że postanowiła wrócić do Falewskiego. Ta próba powrotu była bardziej skomplikowana niż wydawało się Annie, uczyniła przecież tak, jak życzył sobie tego Jan. Myślała, więc iż teraz będzie tak jak dawniej, ale Falewski zaczął unikać Anny. Zmienił miejsce postoju, wiedział, że tu mogłaby odnaleźć go Anna. Nasza bohaterka nie poddała się tak łatwo i z czasem odnalazła Falewskiego.

– Janku, powinniśmy porozmawiać? – Rzekła Anna.

– Nie teraz Aniu, muszę jechać mam zgłoszenie na Wiejską – Jan oczywiście skłamał i odjechał. – Dzisiaj mi się udało, ale co będzie jutro? Nie mogę cały czas uciekać. Czego ona ode mnie chce? Może więcej pieniędzy? – Myślał Jan. – Może by ją nastraszyć? Albo nasłać kumpli, żeby obili mordę? – Po długim namyśle Jan stwierdził. – Chce się ze mną spotkać, proszę bardzo niech przyjdzie, potem będziemy działać. Nie ma co robić zbędnych ruchów, by nie popełnić błędu. – Tak postanowił Jan. Nie wiedział, bowiem, że Anna nadal go kocha, myślał, że próbuje go szantażować i pewnie chce wyłudzić pieniądze.

Anna wielokrotnie próbowała zastać Jana w domu, ale zawsze nikt nie odpowiadał. Pomyślała, że to zbyt wielki zbieg okoliczności, aby nigdy go nie było w domu. Dlatego przestała go tam nachodzić. Wiedziała, bowiem, że jej unika i z pewnością jej nie wpuści.

Dlaczego jednak tego dnia Anna postanowiła zawędrować jeszcze raz do mieszkania Falewskiego, tego nie wiedziała pewnie i ona sama? Po pracy wsiadła w autobus i pojechała do Jana.

– Dzyń dzyń – rozległ się dzwonek u drzwi od mieszkania Jana, po czym ukazał się gospodarz.

– Dobry wieczór – przywitała się nieco zdziwiona Anna.

– Cześć, może wejdziesz do środka – odparł Jan. – Dopiero w środku Anna zaczęła zadawać pytania.

– Janku, co się z tobą dzieje? Dlaczego mnie unikasz? Przecież byliśmy taką dobrą parą, zrobiłam wszystko, co chciałeś. Dlaczego mnie odpychasz? Czy ty mnie jeszcze kochasz?

– Czego ty ode mnie chcesz, przecież nic nas już nie łączy, wszystko to przeszłość – ze stoickim spokojem odpowiedział Jan.

– Ale dlaczego? Przecież ja cię kocham, proszę spróbujmy jeszcze raz zobaczysz, że nam się uda, wszystko się ułoży tylko proszę spróbujmy...

– Ty głupia babo – Przerwał Jan – czy ty nic nie rozumiesz to koniec! Słyszysz, koniec!

– Ale, dlaczego? – Niemalże z płaczem kontynuowała Anna.

– Wszystko ma swój początek i koniec, a my właśnie mamy swój koniec. Postaraj się to zrozumieć i pogódź się z tym. Im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej. Nie powinniśmy się dłużej spotykać i dlatego nie przychodź tu więcej. Nie myślałaś chyba, że całe życie będziemy razem? To, co nas łączyło to zwykła przygoda, powinnaś się cieszyć, że tak właśnie się kończy. Co byś zrobiła, gdybym nie dał ci pieniędzy? Skąd byś je wzięła? Zresztą nieważne, a tak w ogóle to wydaje mi się, że dalsza rozmowa nie ma sensu! – Zdecydowanie stwierdził Jan.

– W takim razie dobranoc. – Anna wyczuła, że dalsza rozmowa nie ma sensu, więc wyszła.

– Dobranoc. – A właściwie to żegnam – pomyślał Jan.

Choć droga do domu nie była długa, a autobus przyjechał dość szybko, Anna miała wystarczająco dużo czasu, aby wszystko na spokojnie przemyśleć. W domu zachowywała się tak, jakby nic się nie stało, ciotka niczego nie wyczuła, ale Anna przeżywała wewnętrzny koszmar. Tej nocy już nie zasnęła, dużo myślała o całej tej historii, o dalszym życiu, o poradzie Alicji. Zadała sobie wiele pytań, lecz na żadne nie umiała odpowiedzieć. Dopiero rano, gdzieś koło godziny szóstej, w pełnym zmęczeniu zasnęła.

Z każdym dniem było coraz gorzej. Anna nie była już tą piękną, pełną życia kobietą z czasu, gdy poznała Jana Falewskiego. Nie potrafiła już dalej normalnie żyć, często oskarżała samą siebie. Najgorsze było to, że cały czas kochała Jana. Czasem przypominała sobie szczęśliwe chwile, jakie spędziła z Janem, innym razem przeklinała dzień, w którym go poznała. Twierdziła, że to kara za grzechy, że zostawiła Kazimierza. Kazimierza, który możliwe, że ją kochał, który był jej mężem.

– Boże – mówiła – zostawiłam swego męża, który bardzo mnie kochał, lecz był ciężko chory. Tak alkoholizm to choroba, bardzo ciężka choroba, a ja go zostawiłam na pastwę losu. Odeszłam od niego dla tego łajdaka, który zrobił mi dziecko i wyrzucił jak starą zużytą szmatę. A co ja zrobiłam? Zabiłam! Zabiłam swoje nienarodzone dziecko, bo myślałam, że ten drań przyjmie mnie z powrotem. Kim więc jestem? Czy tylko zwykłą dziwką!? O Boże, ciociu, czemu cię nie posłuchałam? – Wyobrażała sobie jakby wyglądało jej dziecko. – Piękna dziewczynka, tak to musiała być dziewczynka, przecież chłopców już mam. Dziewczynka o długich ciemnych włosach, biegająca po pokoju krzycząc mamo, mamo kocham cię! – Rozpłakawszy się, dodała – przecież ja jestem podłą matką, która zabiła swe dziecko. Żadna porządna matka nie zabiłaby swej córki, kochającej córki! Wybrałam tego łajdaka, czy to możliwe, że tego drania kochałam bardziej niż swe dziecko. To dla niego zabiłam moją małą Julię, ale dlaczego on był taki podły? Przecież to także jego dziecko.

Nie ma wątpliwości, że Anna potrzebowała pomocy. Tylko czy ona sama to dostrzega? Tu potrzebny jest psycholog, czy Anna skorzysta z jego usług? Czy poradzi sobie sama?

Mijały dni, a Anna coraz bardziej pogłębiała się w rozpaczy. Nie chciała szukać pomocy w Alicji, bała się, że będzie jeszcze gorzej. Jednak z czasem postanowiła zwrócić się o pomoc, do swej jedynej przyjaciółki, wiedziała, że dłużej sama sobie nie poradzi.

Zapukała do domu Alicji. Usłyszawszy głos –– Alu, ktoś puka – Anna pomyślała, że to nienajlepszy pomysł i przyjdzie innym razem, jednak dość szybko odezwał się inny głos –– otwórz, ja zaraz przyjdę. – Po czym otworzyły się drzwi. Wtedy Anna stanęła tak, jakby zobaczyła ducha, w otwartych drzwiach ukazał się Jan Falewski! Ten sam łotr, który ją odtrącił, teraz już nawet wiedziała dlaczego.

– Co ty tu robisz? – zapytała zdziwiona Anna.

– Wejdź, Ala zaraz powinna przyjść – odparł Jan.

Anna nie wiedząc czemu, weszła do mieszkania Alicji. Po krótkiej chwili zobaczyła na wpółnagą Alicję, idącą w ich stronę.

– Kto to był Jaś... – po chwili dodała — ...ku. Ania? Usiądź. – Kontynuowała Alicja.

– Jak mogłaś mi to zrobić? Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką? – To powiedziawszy, Anna odwróciła się do drzwi, gdzie stał Jan. – Proszę mnie wypuścić! –– Stanowczo oznajmiła Anna.

– Zaraz poczekaj na Alicję – z wielkim spokojem Jan. – Alicja w tym czasie zakładała szlafrok w dużym pokoju.

– Teraz już wszystko rozumiem. To dlatego nie chciałeś, żebym do ciebie przychodziła. Bałeś się, że zastanę was razem. Już wiem też, dlaczego nigdy nie było cię w domu, pewnie byłeś tu z Alicją? A ja byłam taka głupia! Chociaż gotuje ci lepsze obiadki niż ja? – Tym pytaniem zapewne Anna rozłościła Jana.

– Zamknij się wreszcie, nie jesteś moją żoną i nie mam zamiaru ci się tłumaczyć! – Dość nerwowo rzucił Jan.

– Usiądź wreszcie i porozmawiajmy jak cywilizowani ludzie – do rozmowy wtrąciła się Alicja.

Anna usiadła w fotelu naprzeciwko Alicji w dużym pokoju. Jan zaś na wszelki wypadek usiadł na krześle bliżej korytarza.

– Może herbaty? – spytała ironicznie Alicja.

– Jesteś bezczelna, a ja uważałam cię za przyjaciółkę. Nawet dzisiaj przyszłam do ciebie po radę. – Po chwili milczenia dodała. – O Boże, już wiem, dlaczego poleciłaś mi zabić własne dziecko. Wszystko to było ukartowane wspólnie z Janem.

– A czego się spodziewałaś, – przerwała Alicja. – myślisz, że to Jan polecił ci znajomego ginekologa? Pomyśl tylko, skąd on mógłby go znać? Myślisz, że on zapłacił za zabieg? Owszem częściowo się dołożył, ale spróbuj zgadnąć, kto zapłacił resztę?

– Ale, dlaczego? – z łzami w oczach spytała Anna.

– Ty głupia idiotko, czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? To ja wtedy zamówiłam taksówkę, ja świeciłam do Jasia oczkami, kochałam go zanim ty zdążyłaś poznać. Wszystko było dobrze, dopóki nie stanęłaś między nami. Uwiodłaś mi go, ale teraz bierzemy ślub i już nam nie przeszkodzisz.

– Teraz już wiem wszystko, ale nie rozumiem jednego, dlaczego poleciłaś mi bym zabiła dziecko? – Dopytywała się jeszcze Anna.

– Ty naprawdę jesteś taka głupia. Po pierwsze: nie dziecko, tylko płód. Po drugie, musiał ktoś cię przekonać, bo cały czas się wahałaś i w końcu byś urodziła. Wtedy całkiem mogłabym stracić swego Jasia, a nawet, jeśli nie, to Jan płaciłby ci alimenty, a wtedy i ja bym na tym ucierpiała, a tak sama widzisz. Chyba nie uwierzyłaś w to, że ciotka wyrzuci cię na ulicę z małym dzieckiem, albo odbierze ci chłopców? – Po krótkim milczeniu Alicja dodała. –– Co, uwierzyłaś? Ha ha, ty naprawdę jesteś idiotką.

– Ha ha – tym razem to Jan zaśmiał się, mówiąc. – I pomyśleć, że ja przez ponad rok byłem z taką idiotką.

– Jesteście podli, podłe świnie, ale ja wam jeszcze pokaże! –– rzuciła pełna złości Anna.

– Co pokażesz?! – Spytał Jan, wykręcając Annie rękę.

– Puść ją – ze spokojem powiedziała Alicja. – Wiesz, co ty możesz? Ty nic nie możesz! Usunęłaś dziecko wiesz, co to znaczy?! Chcesz, żeby twoje dzieci dowiedziały się, że ich matka to kurwa? Jak chcesz, to narobię ci takiego brudu, że ciotka nie będzie chciała cię znać!

– Nie jestem taka jak mówisz.

– Więc siedź cicho, bo możesz być o wiele gorszą. Poza tym, ta rozmowa mnie nudzi. Masz jeszcze jakieś pytania? Nie?! To wynoś się stąd!

Wychodząc Anna spojrzała jeszcze na Falewskiego, mówiąc:

– Jak ja mogłam kochać taką świnię? –– Po czym splunęła mu w twarz i wyszła. Po jej wyjściu Jan zwrócił się do Alicji

– Myślisz, że nie narobi nam problemów?

– Nie sądzę Jasiu, jest zbyt wystraszona.

– A jej ciotka?

– Ciotka nam nie zagraża.

– Ale z ciebie żmija, Anka chyba naprawdę myślała, że jesteś jej przyjaciółką? – po chwili dodał Jan.

– Początkowo nawet ją lubiłam, ale to zwykła suka, która zerwała się z łańcucha pana i myśli, że jest wolna. Uwierz mi, założenie jej z powrotem kagańca dobrze zrobi nam wszystkim!

– No, no, nie chciałbym być twoim wrogiem.

– I nie musisz, ale pamiętaj, ja zawsze wygrywam!

Anna Łękowicz była naprawdę w trudnej sytuacji, a jej jedyna przyjaciółka okazała się zwykłą zołzą. W tej sytuacji Anna postanowiła o wszystkim powiedzieć ciotce. Nie było to jednak takie łatwe jak początkowo jej się wydawało. Choć z teoretycznego punktu widzenia nie było w tym niczego skomplikowanego, to w rzeczywistości okazało się o wiele trudniejsze. Zanim jednak Anna opowiedziała całą tę dziwną historię Honoracie, postanowiła zmienić pracę. Nie mogła dłużej pracować razem z Alicją. Korzystając z wolnego dnia, wsiadła w autobus jedenaście i pojechała na ulicę Pszenną, gdzie mieściła się główna siedziba sieci sklepów „Rzemień” na terenie miasta Ziembiewic.

– Dzień dobry, czy jest prezes? – Zapytała Anna, będąc w biurze.

– O, dzień dobry pani Aniu, nie, nie ma prezesa, ale będzie o trzynastej.

– To ja zaczekam – Anna spojrzała na zegarek, za kwadrans dwunasta, to nie tak długo pomyślała.

– Czy coś się stało? – zapytała Halina Raczek, sekretarka firmy.

– Nie nic – odpowiedziała Anna – przecież nie będę nikogo wtajemniczać w swą decyzję – pomyślała. Po czym całkiem się zamyśliła – Co ja właściwie powiem? Przecież nie mogę tak po prostu powiedzieć: panie prezesie chcę, aby mnie pan skierował na inny sklep, bo nie odpowiada mi dalsza współpraca z panią Alicją Stasiak. A jeżeli ona także zostanie przeniesiona i jakimś cudem trafi do sklepu gdzie ja już będę pracować? Byłoby niezręcznie przychodzić tu drugi raz i ponownie prosić o przeniesienie. A może Alicja już tu była? Po tak podłej osobie jak ona trzeba się wszystkiego spodziewać. Zaraz, niech pomyślę, czy coś się stało? Takie właśnie pytanie zadała mi Halina, kiedy przyszłam! Przecież ona nigdy tak się nie zachowywała? O Boże, a jeżeli Alicja już tu była? Co ona mogła powiedzieć prezesowi? Jeżeli będzie zadawał mi dziwne pytania? Mogę wplątać się w jakąś aferę. Niepotrzebnie przyszłam tu bez planu obrony, w takiej sytuacji można się pogubić. Jeszcze mam czas, jeszcze nie rozmawiałam z prezesem, może powinnam wstać i wyjść? A może już jest za późno? Wychodząc teraz jeszcze bardziej pogorszę sytuację, przecież widziała mnie Halina. A może poprosić o podwyżkę, w końcu jestem samotną matką wychowującą dwoje dzieci, ale czy nie byłoby to zbyt zuchwałe?

Muszę jeszcze raz wszystko dokładnie przemyśleć. Bo jeżeli była tu Alicja, to co takiego mogła wymyślić na mój temat? Może, że ją pobiłam, albo jeszcze, co gorszego? Znając ją, to namówi Jana, by ten ją pobił i wtedy prezes będzie miał dowód jej kłamstw. A jeżeli mnie wyrzucą dyscyplinarnie? Wtedy dostałabym złą opinię i miałabym problemy ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy.

– Pani Aniu, pani Aniu! – Nagle Anna usłyszała głos Haliny.

– Tak? – odpowiedziała dość niepewnie.