339 osób interesuje się tą książką

Opis

„Pełen emocji thriller o relacjach rodzinnych i przyjacielskich”. USA Today „Imponująca, mroczna podróż w głąb krwawych rodzinnych sekretów i nieporozumień. Szukaj mnie to opowieść pełna zwrotów akcji i gwałtownych zakrętów tak dobrze znanych fanom Lisy Gardner”. The Providence Journal Detektyw D. D. Warren i Flora Dane powracają w kolejnej odsłonie pełnej zwrotów akcji serii Lisy Gardner. Tym razem staną przed trudnym dylematem– albo uratują młodej dziewczynie życie, albo… oddadzą ją w ręce sprawiedliwości. Dawny dom pięcioosobowej rodziny stał się właśnie miejscem zbrodni: czworo ludzi brutalnie zamordowano, a ostatnie dziecko – szesnastoletnia dziewczyna – zaginęła bez wieści. Czyżby udało jej się uciec? A może zniknięcie jest dowodem na to, że sama uczestniczyła morderstwie? Policjantki muszą zmierzyć się z całą serią zagadek. A zaginiona – ofiara lub podejrzana – woła do nich: Szukaj mnie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 15 min

Lektor: Marta Grzywacz

Popularność


Look for Me Copyright © 2017 by Lisa Gardner, Inc.
Copyright © 2020 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2020 for the Polish translation by Daria Kuczyńska-Szymala (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński/ monikaimarcin.com
Redakcja: Magdalena Stec
Korekta: Marta Chmarzyńska, Edyta Malinowska-Klimiuk, Joanna Habiera
ISBN: 978-83-66460-99-7
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:[email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2020
Konwersja:eLitera s.c.
.

Nakładem Wydawnictwa Sonia Dragaukazały się następujące książki tej autorki:

Dom dla lalek

Dziecięce koszmary

Kochać mocniej

Nie bój się

Niepewność

Pożegnaj się

Samotna

Sąsiad

W ukryciu

Zaginiona

Złap mnie

Znajdź ją

Mojej idealnie nieidealnej rodzinie.

Nie chciałabym żadnej innej.

Prolog

Rok później Sarah najlepiej pamiętała ten moment, gdy obudził ją chichot.

– Cii! Nie tak głośno! Moje współlokatorki nie cierpią, kiedy przyprowadzam chłopaków do domu. Te sztywniary muszą się wyspać, żeby ładnie wyglądać.

– Czyli żadnych hałasów, na przykład takich? – Pod drzwiami pokoju Sarah rozległo się wycie wilka.

Znowu chichot. A potem głośny hurgot, gdy ktoś, prawdopodobnie Heidi, wpadł na stolik do kawy, kanapę, a w końcu na lampę stojącą.

– No cóż – oznajmiła Heidi. – Z ciszy nici. Zresztą ja lubię pohałasować i jestem z tego dumna.

Męski głos:

– Wiedziałem, że wybrałem w barze odpowiednią dziewczynę. Lubię te hałasujące. Zawsze lubiłem.

Ponowny chichot, a po nim znowu jakiś łomot.

Sarah jęknęła, przewróciła się na wąskim materacu na brzuch i naciągnęła poduszkę na głowę. Bez wątpienia za ścianą Christy i Kelly zrobiły to samo. Heidi Raepuro w ostatniej chwili dołączyła do grona lokatorek. Była znajomą znajomej, ale liczyło się przede wszystkim to, że była gotowa płacić ekstra za osobną sypialnię, a Sarah, Christy i Kelly, które znały się od pierwszego roku, bardzo chciały wynająć to trzypokojowe mieszkanie. Boston College w odległości paru minut na piechotę, okna wykuszowe, drewniane podłogi, listwy sufitowe. Gdy Sarah pierwszy raz tu weszła, poczuła się jak dorosła. Koniec z minilodówkami, koniec z pokojem w akademiku, tak ciasnym, że ledwo dało się do niego wejść. Koniec z gołym materacem, na którym spała w zatłoczonej norze z dwójką młodszego rodzeństwa.

Długie wieczory poświęcone nauce, kiedy jej koleżanki balowały albo powtarzały napędzane narkotykami błędy swoich rodziców, wreszcie się opłaciły.

I również dlatego zakochała się w tym jasno oświetlonym mieszkaniu – spędziła całe dzieciństwo na dzieleniu się, dzieleniu wszystkim, a to miejsce oferowało jej największy możliwy luksus: jej własny pokój. Owszem, ledwo mieścił się w nim podwójny materac, pomieszczenie przypominało raczej garderobę niż sypialnię, zapewne zostało przerobione przez sprytnego właściciela, który chciał policzyć za pierwotnie dwupokojowe mieszkanie jak za trzy pokoje, ale Sarah to nie przeszkadzało. Skromne rozmiary pasowały do jej budżetu. Christy i Kelly stać było wspólnie na duży pokój, a głupiutka i banalna Heidi płaciła za sypialnię, więc wszyscy wydawali się zadowoleni. Zwłaszcza Sarah, umoszczona wygodnie w swoim maleńkim kawałku raju.

Poza takimi nocami jak ta.

Kolejny rumor, a potem jęk. Dobry Boże, czy Heidi nigdy nie ma dość?

Dziwne drapanie.

– Hej – głos Heidi, z lekką czkawką, gdyż dyszała z wysiłku.

Sarah przewróciła oczami i mocniej naciągnęła poduszkę na uszy.

– Czekaj... Ja nie chcę... Nie!

Sarah usiadła dokładnie w chwili, kiedy Heidi krzyknęła. Głośno, przenikliwie i...

Czy krzyk ma smak? Ognia? Popiołu? Czerwonych ostrych cukierków cynamonowych, które Sarah lubiła w dzieciństwie, gdy rozpuszczały się jej na czubku języka?

A może krzyk ma kolor? Zielone i złote śmiechy, fioletowe i niebieskie rechoty albo taki dźwięk jak ten. Roztopiona biel. Rozpuszczająca gałki oczne, osmalająca włoski na ramionach, jaskrawa, jaskrawa biel. Kolor zbyt połyskliwy jak na naturę, przenikający do szpiku kości.

Taki właśnie był krzyk Heidi. Roztopiona biel.

Przebił cienkie ściany i wydawało się, że rozbije szyby. Wstrząsnął Sarah, która siedziała wyprostowana jak struna.

I absolutnie, w żaden sposób, nie była w stanie się ruszyć.

Tego nadal nie mogła sobie za bardzo przypomnieć. Nawet po upływie roku. Policja wypytywała ją oczywiście o szczegóły. Detektywi, technik medycyny sądowej, potem kolejni śledczy i specjaliści od miejsc zbrodni.

A ona mogła im tylko powiedzieć, że ta noc zaczęła się od zielonych i złotych śmiechów, a skończyła roztopioną bielą krzyków. Krzyk Heidi był najbielszy i najjaskrawszy, ale łaskawie krótki.

Christy i Kelly. Dwie dziewczyny w jednym pokoju. Najlepsze przyjaciółki, zawodniczki lacrosse’a. Uprzedzone i ostrzeżone walczyły. Ciskały w niego trofeami. Czy szczęk metalu ma smak albo kolor? Nie, to tylko brzęk. A potem krzyki, we wszystkich kolorach i smakach. Strach, wściekłość, cierpienie. Determinacja, gdy jedna z nich trafiła go kijem do lacrosse’a. Przerażenie, kiedy wrócił ze swoim ostrzem.

Trafił Kelly prosto w brzuch (Sarah czytała potem raport), ale ona złapała go za kostki. Owinęła się wokół niego niczym pancernik. A on ciął i ciął, a gdy jego ciosy odbijały się od jej żeber, Christy zdołała chwycić kołdrę z dołu piętrowego łóżka i rzucić ją na niego, unieruchamiając mu ręce.

– Sarah! – krzyczały obie. – Sarah, pomocy! Dziewięćset jedenaście, dzwoń!

Sarah zadzwoniła. Tego też nie pamiętała, ale później na swoją prośbę wysłuchała zgłoszenia. Nagrania własnego głosu, drżącego, ledwie słyszalnego szeptu, gdy połączono ją z dyspozytorem: „Proszę nam pomóc, pomocy, on je zabija. On zabije nas wszystkie”.

Wyszła z pokoju. Musiała to zrobić. U siebie byłaby jak w pułapce, niczym przysłowiowa sardynka w puszce. Musiała dostać się na otwartą przestrzeń.

Żeby się chronić?

Żeby uratować współlokatorki?

Nie wiedziała. Pytanie to będzie sobie zadawać w kolejne bezsenne noce.

Wyszła z pokoju.

Ruszyła do pokoju dziewczyn. Zobaczyła w progu otwartą dłoń, rozciągnięte palce Kelly, i nie zastanawiając się, chwyciła ją. Czy zamierzała odciągnąć koleżankę w bezpieczne miejsce? Podnieść i wynieść każdą z nich na korytarz? Nie miała czasu na myślenie. Musiała coś zrobić. Więc chwyciła rękę Kelly i mocno pociągnęła.

I została z tą ręką w dłoni. Samą ręką...

Bo gdy Kelly owinęła się niczym pancernik wokół kostek szaleńca, on w końcu znudził się dźganiem jej i po prostu ją rozczłonkował.

Usłyszała krzyki, Christy wciąż walczyła. A z tyłu dotarło błaganie:

– Sarah...

Nie wiedziała, dokąd pójść. Te dźwięki, te sceny, ta noc, nie ogarniała tego. Nie potrafiła.

Przyciskając ciepłą i mokrą rękę Kelly do piersi, powoli obróciła się w kierunku głosu dobiegającego zza jej pleców. Znalazła się twarzą w twarz z Heidi. Dziewczyna przyczołgała się ze swojego pokoju. Skóra jej nagich ramion wydawała się srebrzysta w świetle wpadającym przez okna. Idealna, nietknięta. Lecz jasnowłosa dziewczyna była dziwnie skulona, trzymała się za brzuch, a Sarah poczuła zapach przebitych jelit.

Kolejne krzyki z sypialni. Ale nie roztopiona biel. Czerwień lawy. Czysta wściekłość gwiazdy sportu, która nie chciała dać się pociąć, gdy dopiero co weszła w dorosłość.

I Sarah już wiedziała, co musi zrobić. Odwróciła się od pięknej, głupiutkiej i wypatroszonej Heidi. Mocniej chwyciła rękę biednej Kelly i dołączyła do bijatyki.

Christy wycofała się w sam róg, naprzeciwko piętrowego łóżka. Była uzbrojona w kij do lacrosse’a. Szaleniec, który uwolnił się już od kołdry, tańczył wokół rozciągniętego na podłodze ciała. Bawił się, bez pośpiechu.

– Przepraszam – powiedziała Sarah.

Rzucił się w kierunku Christy. Dziewczyna zamachnęła się kijem. W ostatnim momencie skręcił w lewo i wbił ostrze w miękkie miejsce pod jej żebrami. Mokry, gąbczasty odgłos, a zaraz potem głuchy jęk Christy. Szarpnęła kijem, trafiła napastnika w bok głowy. Nie mocno, ale się wycofał.

Żadnych krzyków. Tylko chrapliwe oddechy. Wszyscy dyszeli z wyczerpania.

– Przepraszam – powiedziała ponownie Sarah.

Po raz pierwszy mężczyzna z ostrzem zamarł. Odwrócił się, marszcząc pokrytą krwią twarz. Sarah wbiła w niego wzrok. Czuła, że powinna go zobaczyć. Że musi go zapamiętać. Albo to wszystko nie będzie prawdziwe. Zwłaszcza ten moment, gdy wyciągała ręce, oferując odrąbane ramię swojej przyjaciółki człowiekowi, który ją zamordował.

Ciemne włosy. Wysokie kości policzkowe. Twarz jak wyrzeźbiona. Dokładnie taki facet, jakiego Heidi przyprowadziłaby z baru. Taki, który był poza zasięgiem Sarah.

– Zapomniał pan tego – powiedziała, cały czas trzymając w wyciągniętych dłoniach rękę Kelly.

(– Co takiego? – przerwała jej policjantka. – Co powiedziałaś?

– Musiałam. – Sarah próbowała jej to wytłumaczyć.

Tyle że czegoś takiego chyba nie da się wytłumaczyć. Po prostu wiedziała, że musi coś zrobić. Powstrzymać go. Przerwać mu. Sprawić, żeby te wszystkie szkarłatne i białe krzyki zniknęły. Więc weszła do pokoju i zaoferowała mu jedyną rzecz, jaką miała: zakrwawione ramię Kelly).

I wtedy ruszył na nią. Opuścił ostrze i rozsunął wargi, odsłaniając zęby.

Patrzyła, jak podchodzi. Nie drgnęła. Nie krzyknęła. Czuła się niczym mała dziewczynka, która stoi w kuchni, gdy jej ojciec podnosi czajnik z gotującą się wodą. „Co, do kurwy nędzy, durna babo? Jak chcę pieniędzy, to masz mi je dać! To ja tu rządzę. Rób, jak mówię, bo cisnę ci tym czajnikiem prosto w tę twoją kurewsko brzydką twarz. I zobaczymy wtedy, kto się będzie chciał tobą zająć!”

Nie odwracaj wzroku, ani piśnij. Tego nauczyła się od matki przez te wszystkie lata. Jeśli mają cię skrzywdzić, niech to robią, patrząc ci prosto w oczy.

Szaleniec zatrzymał się tuż przed nią, ostrze cały czas miał u boku. Czuła zapach krwi na jego policzkach i whisky w jego oddechu.

Powiedział do niej:

– Krzycz.

I powoli, bardzo powoli, zaczął unosić nóż. Wyżej i wyżej, i wyżej.

Za jego plecami Christy upuściła kij. Chciała coś zrobić. Wykorzystać sytuację. Ale kij wypadł jej z drżących palców. Zabrzęczał, gdy osuwała się po ścianie na podłogę. Westchnienie jak z oddali: koniec wściekłości gwiazdy sportu, sama akceptacja. A więc tak się człowiek czuje, kiedy umiera.

– Krzycz – szepnął ponownie.

Sarah wpatrywała się w niego i po jego wzroku poznała, co dokładnie zamierza. Nie był jej ojcem nieudacznikiem. Nie miał napadów wściekłości, nie wpadał w pijacki szał. Nie. Ten nóż myśliwski w jego dłoni i krew na jego twarzy... On to lubił. Nie czuł wstydu ani wyrzutów sumienia. Krzyki Heidi, walka Christy, jej milcząca postawa – miał ubaw najlepszy od lat.

– Choćbym szedł ciemną doliną – usłyszała swój szept – zła się nie ulęknę.

A potem zamknęła oczy i przycisnęła ramię Kelly do siebie, gdy mężczyzna, radośnie chichocząc, ciął nożem prosto w jej pierś.

Wybuch. Dwa, trzy, cztery, pięć. Ból, ramię, klatka piersiowa, gardło. Dźgnął ją, pomyślała, kiedy upadała na podłogę. Nie, postrzelił ją. Ale to nie miało sensu...

Urywany szloch za nią, a potem zbliżający się odór śmierci. Heidi pełzła po drewnianej podłodze.

I trzymała mały pistolet, jak zauważyła Sarah. Heidi miała broń.

– Przepraszam – szepnęła Heidi. Płakała, łzy spływały jej po twarzy, mieszając się z krwią na policzkach. – Nie powinnam... była...

– Cii – powiedziała Sarah.

Heidi oparła głowę na jej ramieniu. Sarah się skrzywiła; Heidi postrzeliła ją, mierząc do niego. Lecz to nie miało teraz znaczenia. Krew wzbierająca jej w gardle i spływająca po plecach, tyle bólu, ale to wydawało się odległe, abstrakcyjne.

Szaleniec się nie ruszał. Roztopione krzyki ucichły. Teraz było już tylko to. Ostateczna chwila.

Sarah i Heidi położyły dłonie na ręce Kelly.

– Przepraszam – wymamrotała ponownie Heidi.

Sarah usłyszała jej ostatni bulgoczący oddech.

– Zła się nie ulęknę – szepnęła w ciszę, która zapadła. – Zła się nie ulęknę, nie ulęknę, nie ulęknę.

Policja wpadła przez drzwi mieszkania. Ratownicy medyczni ruszyli na pomoc.

– Jezu Chryste – jęknęła policjantka, zatrzymując się pośrodku pokoju.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała do niej Sarah.

I po raz kolejny wyciągnęła ręce z odciętym ramieniem Kelly.

Rok później Sarah najlepiej pamiętała ten moment, gdy obudził ją chichot.

Czy krzyk ma smak? Ognia? Popiołu? Czerwonych ostrych cukierków cynamonowych, które Sarah lubiła w dzieciństwie, gdy rozpuszczały się jej na czubku języka?

– Przepraszam. Zapomniał pan tego.

Chichot. Roztopiona biel krzyków.

Zła się nie ulęknę...

Rok później, rok później, rok później...

Pukanie do drzwi. Głośne. A potem ponowne pukanie.

Sarah obudziła się gwałtownie w swoim malutkim mieszkaniu. Zlana potem, z urywanym oddechem. Leżała bez ruchu, nasłuchując. I wtedy rozległo się znowu. Pukanie. Dudniące. Ktoś domagał się wejścia.

Powoli sięgnęła do górnej szuflady nocnego stolika. Nie było tam schowanego noża. Nie mogła nawet patrzeć na noże. Ani pistoletu. Próbowała, ale dłonie za bardzo jej się trzęsły. Więc gaz pieprzowy. Służący do odstraszania niedźwiedzi podczas wędrówki po lesie i dostępny w każdym sklepie z wyposażeniem na kemping. Aerozole miała poupychane po całym jednopokojowym mieszkaniu i w każdej torebce.

Wyciągnęła gaz i ześlizgnęła się z materaca, gdy pukanie rozległo się ponownie.

Cuchnęła. Czuła odór własnego potu i strachu. Noc w noc.

Krzyk jednak ma kolor. Teraz rozumiała już tylko to. Krzyk ma barwę, a ona znała doskonale wszystkie odcienie rozpaczy.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała sama do siebie, przykładając oko do judasza i wpatrując się w kiepsko oświetlony korytarz.

Samotna kobieta. Przed trzydziestką, może tuż po. Ubrana na sportowo, w dżinsy i bluzę, wyglądała jak ktoś, kogo Sarah powinna znać. Może spotkała ją kiedyś. Mimo wszystko druga w nocy to dziwna pora na odwiedziny.

– Wszystko w porządku – odezwała się kobieta, bez wątpienia wyczuwając wzrok Sarah. Uniosła obie dłonie, jakby chciała pokazać, że nie ma broni. – Nic ci nie zrobię.

– Kim jesteś?

– Szczerze? Będziesz musiała otworzyć, żeby się dowiedzieć. Taka jest umowa. Jestem tu po to, żeby ci pomóc, ale to ty musisz zrobić pierwszy krok.

– Zła się nie ulęknę – powiedziała Sarah, zaciskając dłoń na pojemniczku z gazem.

– To głupie – stwierdziła kobieta. – Świat jest pełen zła. A strach zapewnia nam bezpieczeństwo.

– Kim jesteś?!

– Kimś, kto nie zamierza tu stać wiecznie. Decyduj się, Sarah. Kryj się za banałami albo uczyń świat lepszym miejscem.

Sarah się zawahała. Jej palce dotknęły jednak pierwszego zamka. A potem drugiego. I trzeciego. W tej kobiecie coś było. Nie w tym, co mówiła, ale w samej jej postawie.

Christy, pomyślała nagle Sarah. Ta kobieta stoi jak Christy, dawno temu. Rzucająca wyzwanie, gotowa stawić czoło światu.

Powoli, bardzo powoli Sarah uchyliła drzwi, aż stanęła twarzą w twarz z niespodziewanym gościem.

– Niezły gaz – skomentowała kobieta. Weszła do małego mieszkanka Sarah. Obeszła je wkoło, rozglądając się. Skinęła głową, jakby właśnie tego się spodziewała.

Odwróciła się, stanęła przed Sarah i wyciągnęła rękę.

– Nazywam się Flora Dane – oznajmiła. – Rok temu ocalałaś. A ja teraz nauczę cię, jak znowu żyć.

Rozdział 1

Idealny jesienny dzień. I to był właśnie problem. Sierżant bostońskiej policji D.D. Warren wiedziała z doświadczenia, że idealnym dniom nigdy nie wolno ufać. Jednak jej pięcioletni syn Jack chichoczący z ekscytacją, gdy zakładał bluzę, i jej mąż Alex, ekspert od badania miejsc zbrodni, cały w uśmiechach, gdy wyciągał z szafy płócienną torbę L.L.Bean... Trudno było nie poddać się tej atmosferze. Wybierali się na zbieranie jabłek. To była jedna z tych zwariowanych rodzinnych czynności, które robili inni, a teraz będą to robić oni. Najpierw zbieranie jabłek w ten słoneczny, rześki poranek, a potem od dawna wyczekiwana wizyta w lokalnym schronisku.

Pies.

Najprawdziwszy pies.

Jack błagał o psa, odkąd tylko zaczął mówić. Kilka miesięcy temu Alex nagle stanął po jego stronie.

– Zwierzę domowe to dobry pomysł dla dziecka – wyjaśniał cierpliwie D.D. – Uczy odpowiedzialności.

– Nigdy nie ma nas w domu. Jak możemy być odpowiedzialni, skoro ciągle nas nie ma?

– Poprawka. To ciebie nigdy nie ma w domu. Ale ja i Jack...

Cios poniżej pasa, pomyślała wtedy D.D. Choć rzeczywiście często tak to właśnie wyglądało. A więc: projekt „Pies”. Dla prześlicznego chłopczyka. I uroczego i nadal bardzo atrakcyjnego męża. A drobnym drukiem: wszyscy muszą się zgodzić co do wyboru pieska.

D.D. osobiście nie była zainteresowana słodkim, wiercącym się szczeniaczkiem, który obgryzałby wszystko dokoła. Ale taki dojrzały pitbull o poważnym spojrzeniu... Uwielbiała oddanie i zawziętość tej rasy. Samica pitbulla, dwu- lub trzyletnia – właściwie już zdecydowała. Na tyle młoda, żeby bawić się z Jackiem i przywiązać do rodziny, a jednocześnie na tyle dojrzała, żeby natychmiast zrozumieć obowiązek służenia i ochrony. D.D. wyobraziła sobie siebie i tego teoretycznego pitbulla, jak bez słowa dogadują się w sprawie nieustannego czuwania nad chłopcem.

Idealny jesienny dzień. Zbieranie jabłek, a potem adopcja psa, co wywoła totalne szaleństwo i chaos, czyli dokładnie to, co pasuje do rodziny z pięcioletnim dzieckiem.

Lecz gdy tylko sięgnęła po swoją ulubioną karmelową skórzaną kurtę, zadzwoniła jej służbowa komórka. A po chwili prywatna. Zerknęła najpierw na pierwszą, potem na drugą.

– K... – Ledwo się powstrzymała. – K... kurka.

Jack zamarł w wąskim korytarzu. Zdążył już buntowniczo wysunąć dolną wargę. Alex popatrzył za to na nią ze współczuciem.

– Czerwony alert – szepnęła do niego. Wiadomość ze służbowego telefonu, co w slangu wydziału zabójstw oznaczało: wszystkie ręce na pokład. Czyli że to, co stało się pod adresem właśnie przesłanym jej na komórkę, wymagało natychmiastowej uwagi całego zespołu.

W tych czasach jej pierwszą myślą było, że to ma związek z terroryzmem. Jednak Phil, jej były partner z patrolu, a obecnie podległy detektyw, przesłał do niej wiadomość na prywatną komórkę. Ostrzeżenie i oznaka empatii ze strony kogoś, kto też jest rodzicem.

Przemoc domowa – napisał. A potem bardziej szczegółowo: Dzieci.

Idealny jesienny dzień.

Powinna się była domyślić.

D.D. wysłała Alexa i Jacka na zbieranie jabłek i wybieranie psa. Który dołączy do rodziny, która nigdy nie była do końca jej. Bo nawet gdy się zakochała, a potem, niespodzianka nad niespodzianki, urodziła dziecko, w głębi serca pozostała tą samą kobietą, co zawsze: detektywem z wydziału zabójstw, poślubioną przede wszystkim swojej pracy.

Alex, starszy i mądrzejszy, niż gdy się poznali, zapewniał, że rozumie. Twierdził, że kocha ją tak samo. Lecz D.D. zdążyła się zorientować, że małych chłopców trudniej jest przekonać. Jack nie miał bagażu doświadczenia, na którym mógłby się oprzeć. Miał pięć lat, kochał swoją mamę i nie cierpiał, gdy wychodziła.

Obietnica wyprawy po psa złagodziła jego rozpacz, co powinno ulżyć D.D., ale sprawiło, że poczuła się jeszcze gorzej. Że tak łatwo ją zastąpić. Że ta sobota będzie kolejnym dniem, gdy jej mąż i syn doświadczą czegoś razem, a ona poogląda sobie później zdjęcia.

Ten, kto powiedział, że nie można mieć wszystkiego, miał rację.

Lecz mimo to...

Czuła, jak tętno jej przyśpiesza, kiedy na włączonym sygnale jechała prosto do Brighton. Bała się, to prawda, bo odkąd została matką, zdarzenia z udziałem dzieci okazywały się dla niej trudniejsze. Ale to był czerwony alert. Wezwanie do wszystkich, co z definicji musiało oznaczać coś więcej niż zabójstwo rodzinne, samobójstwo rozszerzone, czy jak to tam nazywali kryminolodzy. Czerwony alert oznaczał coś niezwykle pilnego i o szerokim zakresie. Kryzys, który cały czas trwał.

Nic nie mogła na to poradzić. Alex rozumiał i szanował to, że ona żyje właśnie dla takich chwil.

W soboty w Bostonie zawsze tworzyły się korki. Zjazd z autostrady w kręte uliczki gęstej zabudowy Brighton wymagał zręcznego korzystania z klaksonu i świateł, by skłonić innych uczestników ruchu do ustąpienia. A i tak paru kierowców (słusznie zwanych dupkami z Bostonu) ją zlekceważyło.

D.D. przedzierała się kolejnymi ulicami wzdłuż ciasno rozstawionych szeregowców i kamienic. Brighton znane było niegdyś jako małe bostońskie Cambridge. Nawet teraz zamieszkiwali je głównie biali, dość młodzi i dobrze wykształceni. Mimo to jak wszystkie zatłoczone miejskie obszary ono również dzieliło się na ministrefy dla wygranych i przegranych. Od wysadzanych drzewami ulic z odremontowanymi willami, których ceny szły w miliony, aż po rozpadające się dwupiętrowe kamienice z zapadniętymi fundamentami, podzielone na maleńkie mieszkanka, które i tak pewnie wynajmowano za kwoty dwa, trzy razy wyższe od raty kredytu D.D. za domek pod miastem.

Sercem tej okolicy był szpital Świętej Elżbiety i w tym właśnie kierunku zmierzała D.D. Jeszcze jeden skręt w lewo i rząd zaparkowanych jeden za drugim radiowozów i samochodów należących do detektywów wskazał jej miejsce docelowe. Nawet nie próbowała wjechać w wąską uliczkę. Umundurowany policjant stał na skrzyżowaniu i kierował ruchem. Podjechała i mignęła blachą.

– Następna przecznica – doradził. – Dowolne miejsce na chodniku.

D.D. skinęła głową. Parkowanie na chodnikach było uświęconym długą tradycją zwyczajem bostońskich policjantów.

Wjechała w kolejną ulicę, wcisnęła się między dwa radiowozy, a potem dała sobie chwilę. Głęboki wdech i głęboki wydech.

Cokolwiek teraz zobaczy, jej praca nie miała nic wspólnego z emocjami. Jej zadaniem było rozwikłać tę sprawę.

Otworzyła drzwi auta i ruszyła do pracy.

Bez problemu odnalazła właściwy dom. Pierwszą wskazówką była żółta taśma policyjna, a drugą – karetka zaparkowana tuż przed wejściem. Budynek nie wyglądał najlepiej. Mały, piętrowy, obłożony zielonym plastikowym sidingiem, przytłoczony z obu stron przez bardziej imponujące domy. Działkę otaczała druciana siatka, rzadkość w tej okolicy, gdzie ogródki były mikroskopijnej wielkości. Na płocie wisiały tabliczki ostrzegające przed złym psem.

Cudownie, pomyślała. Temat przewodni dnia.

Musiała przebrnąć przez tłumek gapiów, a potem po raz drugi wylegitymowała się przed umundurowanym policjantem z patrolu, który stał na zewnątrz przerdzewiałej siatki. Sumiennie zanotował jej wejście na miejsce zbrodni. Phil już na nią czekał. Stał przy otwartych drzwiach od frontu.

– Pięcioosobowa rodzina – oznajmił natychmiast, gdy zbliżyła się na tyle, by go usłyszeć. – Dwoje dorosłych, troje dzieci, dwa psy. Wezwanie przyszło tuż po dziewiątej, zgłoszenie strzałów. Pierwsi na miejscu funkcjonariusze znaleźli cztery ciała. Najstarszego dziecka, szesnastoletniej dziewczyny, i dwóch psów nadal nie odnaleziono.

– Może zabrała je na spacer? – zasugerowała D.D., unosząc brew. – I dlatego ich nie ma?

– Możliwe, ale chyba za długo by to trwało. Wysłałem opis dziewczyny z prośbą o czujność. Roxanna Baez, metr pięćdziesiąt pięć, Amerykanka latynoskiego pochodzenia, długie ciemnobrązowe włosy. I, a co to szkodzi, opis psów też. Dwa starsze spaniele bretońskie, które, co ciekawe, są ponoć ślepe.

D.D. aż zamrugała.

– Okej. – Zerknęła na zegarek. Prawie dziesiąta, niemal godzina minęła od zgłoszenia strzałów. Rzeczywiście długo jak na spacer nastolatki i dwóch ślepych psów. Poza tym te wszystkie radiowozy i migające światła raczej zwróciłyby jej uwagę.

– Mundurowi przeczesują ulice – kontynuował Phil – i szukają dziewczyny z psami, natomiast detektywi zaglądają do sąsiadów. Wiesz, jaka jest procedura.

D.D. wiedziała doskonale. W takiej sytuacji jak ta, z zaginionym dzieckiem, które mogło po prostu wyjść albo zostało porwane, musieli jak najszybciej załatwić podstawowe sprawy. Mundurowi byli ich piechotą w terenie i szukali nastolatki, która mogła spacerować z psami, bawić się z koleżankami albo cokolwiek innego. Natomiast detektywi mieli trudniejsze zadanie: pukali do drzwi sąsiadów i grzecznie, ale stanowczo domagali się wpuszczenia do środka, żeby się rozejrzeć. Każdy, kto odmówił, był odnotowywany do późniejszego sprawdzenia. Zakładając oczywiście, że dziewczyna nie pojawi się nagle w magiczny sposób w domu, zdziwiona, co robi tam policja.

A zadanie D.D. w tym całym szaleństwie? Oceniać i ustalać strategię. Czy mieli do czynienia z zamkniętą sytuacją, gdzie czworo członków rodziny zostało zamordowanych, a piątemu udało się uciec? Czy też był to trwający nadal kryzys, cztery trupy i jedno porwanie, co oznaczałoby, że opis Phila posłuży do ogłoszenia child alertu i dziewczyny szukać będą wszyscy stróże prawa w Nowej Anglii?

Weszła za Philem do domu. Korytarz miał półtora metra i wypełniała go ciemnoczerwona ławka zawalona kurtkami i butami. Kolejne okrycia wisiały na ścianie, a stojące wysoko na półce wiklinowe kosze zawierały zapewne czapki i rękawiczki. Mały dom jak na tak dużą rodzinę, i widać to było na pierwszy rzut oka. D.D. musiała przejść nad parą dziecięcych sportowych butów, granatowych z błyszczącymi światełkami z boku. Jack byłby nimi zachwycony.

Nie o tym powinna teraz myśleć.

Weszli do salonu naprzeciwko. D.D. omiotła wzrokiem lśniącą drewnianą podłogę – najwyraźniej niedawno odnowioną, dość nowy płaski telewizor i ciemnoszary narożnik z jasnoczerwonymi poduszkami. Na kanapie siedział mężczyzna w średnim wieku, ze zwieszoną do przodu głową i trzema plamami czerwieni na klatce piersiowej, w makabryczny sposób pasującymi do ozdobnych poduszek.

Po lewej stał policyjny fotograf, pstrykający zdjęcia. D.D. uniosła dłoń na powitanie. Fotograf skinął głową i kontynuował pracę.

– Charlie Boyd – powiedział Phil, wskazując na ciało. – Czterdzieści pięć lat, lokalny przedsiębiorca budowlany i obecny właściciel tego domu. Według sąsiadów kupił go kilka lat temu i sam remontował.

– To by wyjaśniało podłogi – stwierdziła D.D. Podeszła na tyle blisko, żeby poszukać śladów spalonego prochu wokół ran, jednocześnie starała się nie przeszkadzać fotografowi. Żadnych plam na skórze, żadnego pistoletu zwisającego z dłoni denata. Choć z tego, co wiedziała, raczej trudno popełnić samobójstwo, strzelając sobie trzykrotnie w pierś.

Phil poszedł dalej, a ona za nim podążyła. Weszli do malutkiej kuchni, z pomalowanymi na biało szafkami na dłuższej ścianie i blatem na krótszej. Musieli przecisnąć się wzdłuż prostokątnego stołu, zdecydowanie za dużego na tę kuchnię i prawdopodobnie za małego dla pięcioosobowej rodziny. Przykryty był kolorowym obrusem w kwiatowy wzór i zastawiony artykułami spożywczymi.

Tu znajdowało się ciało numer dwa. Kobieta w średnim wieku, zastrzelona, po lewej stronie stołu, tuż przy otwartej szafce. Upadła na bok, puszka zupy grzybowej leżała kilka centymetrów od jej palców. Również kilka ran wlotowych, żadnych śladów spalonego prochu, więc to nie były strzały z bliska.

– Juanita Baez, trzydzieści osiem lat, pracowała na nocną zmianę jako pielęgniarka w Świętej Elżbiecie – kontynuował Phil. – Wprowadziła się do Charliego w zeszłym roku. Matka trójki dzieci.

D.D. pokiwała głową. Zarejestrowała szereg przypadkowych szczegółów. To, że Juanita Baez miała lśniące czarne włosy i delikatne kości, co sprawiało, że nawet martwa wydawała się atrakcyjna. To, że dom miał na wpół przeszklone tylne wyjście zamykane na zasuwę, teraz odsuniętą. Że Juanita została postrzelona w pierś, a nie w plecy, jakby w ostatniej chwili odwróciła się od otwartej szafki, z puszką zupy w dłoni, i stanęła przodem do zabójcy.

Oraz to, że czarna skórzana portmonetka kobiety leżała obok zakupów, prawdopodobnie nietknięta. Tak samo jak zestaw całkiem niezłej elektroniki w salonie.

Phil wskazał na prawo, gdzie schody prowadziły na piętro. Ruszyli w tamtym kierunku.

– Wcześniej – poinformował D.D., gdy wchodzili po schodach – ten dom podzielono na dwa mniejsze mieszkania, jedno na górze, drugie na dole. Najwyraźniej pierwszą rzeczą, jaką zrobił Boyd, było połączenie ich z powrotem. Dogodnie, skoro związał się potem z kobietą z trójką dzieci.

D.D. pokiwała głową. Musiała teraz oddychać przez usta, bo w miarę pokonywania schodów zapach robił się coraz silniejszy. Nie tylko zapach krwi, który był gęsty i obrzydliwy, ale też odór amoniaku. Mocz. Bo gdy ludzie mówią, że posikali się ze strachu, wcale nie żartują. D.D. poznała już dość miejsc zbrodni, by o tym wiedzieć.

Na górze panował większy ruch. Przyciszone głosy dobiegały z tylnej sypialni: lekarz medycyny sądowej Ben Whitely, partnerzy Phila z patrolu, czyli Neil i Carol, albo technicy od badania śladów. Mimo wszystko było tu dość spokojnie, choć D.D. podejrzewała, że to dzięki staraniom Phila. W tak małej przestrzeni, z czterema ciałami i niezliczoną ilością pilnych pytań, łatwo było zwołać tu wszystkich – co nieuchronnie spowodowałoby zanieczyszczenie miejsca zbrodni.

Za pierwszymi otwartymi drzwiami ukazało się szerokie małżeńskie łóżko zawalone stosem koców, z lampkami nocnymi po bokach i zagraconą toaletką naprzeciwko. Sypialnia rodziców, uznała D.D., skoro Phil się nie zatrzymał.

Następna była skromna łazienka, również niedawno odremontowana, a dalej dwoje drzwi. Odgłosy przybrały na sile. Kobieta. Detektyw Carol Manley, odgadła D.D., która zajęła jej miejsce w trzyosobowym patrolu, kiedy D.D. została ranna w trakcie wykonywania czynności służbowych i przesunięta na stanowisko kierownicze. Poczuła kłucie w lewej ręce i zacisnęła szczękę. Manley była doskonałym detektywem. Jednak biorąc pod uwagę okoliczności, D.D. wiedziała, że nigdy jej nie polubi.

Phil minął drzwi po prawej. D.D. rzuciła okiem w głąb pomieszczenia: łóżko, pognieciona niebieska kołdra, ubrania i samochodziki.

A potem koniec korytarza. Duży pokój, najwyraźniej zajmowany przez dwie dziewczynki, z jednym wąskim łóżkiem pod różową ścianą po prawej i drugim pod fioletową po lewej. Zapach krwi i moczu był tutaj najsilniejszy.

Neil podniósł wzrok, gdy D.D. weszła do środka. Carol uniosła na powitanie dłoń. Nikt się nie odezwał.

W pierwszej chwili D.D. niczego nie dostrzegła. Gdzie pozostałe dwa ciała? I wtedy zauważyła coś, co wydawało się stosem rzeczy do prania u stóp różowego łóżka. Tylko że to nie był stos ubrań, a jedno ciało owinięte wokół drugiego.

Dziewczynka, mała, tuliła chłopca, jeszcze młodszego.

– Lola Baez, lat trzynaście – powiedział cicho Phil. – Manny Baez, lat dziewięć.

– Czekamy na fotografa – wyjaśnił Neil. – Nie chcieliśmy ich wcześniej ruszać. Ben już ich obejrzał. Stara się wymyślić najlepszy sposób wyniesienia stąd tych ciał bez wywoływania medialnego cyrku.

D.D. skinęła głową. Biorąc pod uwagę charakter zbrodni i tłum gapiów na zewnątrz, zadanie lekarza medycyny sądowej nie będzie łatwe. Przeczuwała, że nic w tej sprawie nie będzie łatwe.

Carol odchrząknęła.

– Druga połowa pokoju należy do Roxanny Baez. – Wskazała fioletową ścianę, którą zdobił plakat z Amazing World of Books i kalendarz z psami. Spanielami bretońskimi, założyła D.D., patrząc na kosmatą biało-brązową sierść przedstawionych na nim zwierzaków.

Natomiast różową ścianę Loli Baez pokrywały afisze teatralne z rozmaitymi spektaklami, od Wicked przezRomeo i Julię aż poAnnie.

– Na biurku jest laptop – powiedział Neil. – Niezabezpieczony hasłem. W wyszukiwarce znaleźliśmy między innymi Instagram i Tumblr. Ostatnio korzystano z tego laptopa około ósmej trzydzieści dziś rano. Oglądano filmiki na YouTubie. Żadnych wiadomości od rodziny czy znajomych. Na pewno nikt Roxanny nigdzie nie zaprosił.

– Komórka? – rzuciła D.D.

– Jedna na biurku, ale z hasłem. Nie wiemy jeszcze, czy należała do Roxanny, czy do jej młodszej siostry Loli. Ustalimy operatora i poprosimy o billing.

D.D. skinęła głową. W dzisiejszych czasach każde dziecko ma telefon, więc spodziewała się dwóch komórek należących do dwóch dziewczynek. Skoro na miejscu była tylko jedna, to może Roxanna zabrała telefon ze sobą. Oby mieli taki fart.

– A gdzie rzeczy psów? – zapytała. – Mówiłeś, że to dwa starsze niewidome psiaki. Spaniele bretońskie nie są takie małe. Powinny mieć legowiska, miski, smycze.

– Znaleźliśmy psie miski na tylnej werandzie. Wygląda na to, że tam je karmili – zrelacjonowała Carol.

– A smycze?

Troje detektywów wzruszyło ramionami.

– To znaczy – pomyślała na głos D.D. – że Roxanna mogła je zabrać. I naprawdę wyszła z psami.

Phil zerknął na zegarek.

– I minęła godzina i kwadrans? – zapytał łagodnie. – I nie zauważył jej żaden z licznych patroli?

Miał rację. D.D. też się to nie podobało.

– Psy mogły uciec – zasugerował Neil. – Wystraszyły je strzały. Są ślepe, więc może schowały się pod czyimś gankiem.

– A szesnastolatka? – dociekała D.D.

I znowu nikt nie odpowiedział.

– Okej. – D.D. rozejrzała się po pokoju. Cały czas dokonywała oceny. Cały czas próbowała zrozumieć. – W ośmiu na dziesięć takich przypadków to sprawy rodzinne. Ojciec morduje żonę i dzieci, a potem zabija sam siebie. Jednak uwzględniając te trzy strzały w klatkę piersiową, myślę, że możemy spokojnie wykluczyć Charliego Boyda jako samobójcę.

Detektywi pokiwali głowami.

– W dziewiątym przypadku to zbrodnia dokonana przez kogoś obcego. Powiedzmy, że przez złodzieja, którego przyłapano na włamaniu i który strzela do rodziny, żeby zatrzeć ślady. Ale niczego przecież nie brakuje.

– Poza tym nie ma śladów włamania – dodał Phil. – Funkcjonariusze, którzy byli pierwsi na miejscu, zastali drzwi frontowe niezamknięte, podobnie jak tylne. Tyle że sąsiedzi twierdzą, że nie widzieli, by ktokolwiek opuszczał ten dom po wystrzałach. Można więc założyć, że jeśli sprawca wszedł od frontu, to wyszedł od tyłu.

– Narkotyki? – spytała D.D. – Jakieś plotki, domniemania, że Charlie Boyd albo Juanita Baez zajmowali się czymś nielegalnym?

– Juanita ma na koncie jazdę pod wpływem i zarządzony przez sąd odwyk pięć lat temu. Alkohol – powiedział Neil. – Kartoteka Charliego Boyda jest czysta.

– Nie znaleźliśmy tu żadnych narkotyków ani większej gotówki – dodała Carol. – Ani alkoholu w kuchni, co by oznaczało, że Juanita nie piła.

D.D. westchnęła i spojrzała na zegarek. Pora podjąć decyzję.

– Jest jeszcze inny scenariusz – zaczęła. – Nie tak częsty, ale się zdarza. Cała rodzina zostaje zamordowana, lecz brakuje nastoletniej córki. Czasami, to znaczy, gdy ta córka jest celem, sprawca morduje rodzinę, żeby móc porwać dziewczynę.

– A w innych przypadkach? – zapytał Neil.

– To dziewczyna jest sprawcą – odparła wprost D.D. – Wykorzystywana, wkurzona, w sumie nieważne. Ale dochodzi do wniosku, że jedynym rozwiązaniem jest zabicie ich wszystkich i ucieczka.

Mimowolnie spojrzeli na zwłoki Loli i Manny’ego Baezów, na dziewczynkę tulącą do siebie martwe ciało brata.

Phil, ojciec czwórki dzieci, odchrząknął głośno. D.D. zrozumiała.

– W każdym razie – powiedziała cicho – kluczem do tej zagadki jest Roxanna Baez. Jeśli ją znajdziemy, uzyskamy odpowiedzi. Ogłoście child alert. I przygotujcie się na apokalipsę. Media oszaleją na punkcie tej sprawy.

Rozdział 2

Jasny, słoneczny poranek, piękny jesienny dzień. Jeden z tych dni w Bostonie, gdy ludzie przesiadują w kawiarnianych ogródkach albo odpoczywają wzdłuż brzegów rzeki Charles, albo wpatrują się z uwielbieniem w swoje dzieci bawiące się w parku.

Ja nigdy nie umiałam odpoczywać, nawet przed tym... przed tym, co mi się przydarzyło. Więc biegałam. Ulicami, bocznymi alejkami, aż dotarłam nad brzeg Charles, wzdłuż którego prowadzą ścieżki dla biegaczy. W przeciwieństwie do innych nie używam słuchawek i nie słucham muzyki. Słuch to jedna z pierwszych linii obrony. Dźwięk samochodu, nad którym kierowca stracił panowanie, gdy schodzisz z krawężnika na skrzyżowaniu. Odgłos ciężkich kroków, które zbliżają się zbyt szybko i wydają się dziwnie skupiać tuż za tobą.

Tamtej nocy nie miałam w uszach słuchawek. Ale zagubiłam się w chaosie pijackich myśli.

Zawsze mam przy sobie saszetkę, gdy biegam. Butelka z wodą. Krem z filtrem. Składany nóż. Batonik energetyczny. Wsuwki do rozpinania kajdanek. Oraz niewielki spray z moją własną kompozycją gazu pieprzowego – stan Massachusetts kontroluje zakupy preparatu Mace, a ja dbam o swoją prywatność, więc wymyśliłam własną piorunującą mieszankę. Nie, panie władzo, nie mam przy sobie Mace. Mówi pan, że mój napastnik oślepł? Hm... W takim razie liczę, że jego obrońca z urzędu będzie umiał pisać brajlem.

Możliwe, że mam dość wisielczy humor.

Wracam do biegania. Wracam do myślenia, gdy nie myślę, do skupiania się na uderzeniach stóp, ciągłego klap-klap-klap na ścieżce. Moje ręce pracują w zgodnym rytmie z nogami. Oddech mam spokojny, wydajny, jestem przygotowana na kolejne wzniesienie, kolejny kilometr, kolejne cokolwiek.

Bieganie było jedną z niewielu rzeczy, które uspokajały mój przeczulony mózg i przygaszały hiperczujność na tyle, żebym w ogóle mogła się nad sobą zastanowić. Czterysta siedemdziesiąt dwa dni, a potem sześć lat i kim teraz jestem?

Kiedyś byłam dziewczyną, która kochała lisy. Dorastałam na farmie mojej matki w dziczy stanu Maine, biegałam po wydeptanych przez zwierzęta ścieżkach w lesie, zrywałam prosto z krzewów ogrzane promieniami słońca jagody i ciągle przerywałam mojemu starszemu bratu Darwinowi, który już wtedy nienawidził w takim prowincjonalnym życiu wszystkiego poza naszą matką i mną.

Ale potem wyjechałam do college’u do Bostonu. Byłam młoda, naiwna, miałam wielkie marzenia co do wielkiego miasta i żadnego konkretnego celu. Czy wybrałam choćby główny przedmiot na studiach? College służył temu, żeby wyjechać, żeby się wyrwać, nie dlatego że nie kochałam mamy czy jej farmy i lisków, które rodziły się każdej wiosny, ale dlatego że miałam osiemnaście lat, a jak się ma osiemnaście lat, to nie można przecież pragnąć tego, co się już ma. Zdecydowanie trzeba starać się o coś, co jest gdzieś indziej, tam, za zamkniętymi drzwiami.

Głupie.

Byłam piękna. Moja mama nadal ma zdjęcia z tamtego okresu. Na każdej fotografii uosabiam zdrowy tryb życia związany z przebywaniem na świeżym powietrzu i kojarzony ze stanem Maine, jak w reklamach L.L.Bean. Długie, proste jasne włosy. Wyraziste szare oczy, spojrzenie na wprost, kąciki ust uniesione, jakbym śmiała się z jakiegoś dowcipu, który słyszę tylko ja. Nie miałam żadnego problemu z zawieraniem nowych znajomości, znalezieniem chłopaka na bal czy przetrwaniem tych wszystkich licealnych zwyczajów, które sprawiały, że brzydsze dziewczyny zaczytywały się w Carrie.

Byłam szczęśliwa.

To zauważałam przede wszystkim, gdy patrzyłam teraz na te zdjęcia. Widziałam dziewczynę, która naprawdę wierzyła, że może być, kim chce, że może mieć wszystko. Widziałam osobę, która była naturalna i bardzo szczęśliwa.

Nie wiem, jak mama może nadal trzymać takie pamiątki.

Bo tamta dziewczyna zniknęła siedem i pół roku temu. Gdy tańczyła pijana na plaży na Florydzie podczas ferii wiosennych. A czterysta siedemdziesiąt dwa dni później moja rodzina dostała z powrotem mnie.

Mocno surrealistycznym aspektem powrotu do domu była towarzysząca mu gorączka medialna. Prawdziwy świat okazał się dostatecznie dezorientujący nawet bez producentów telewizyjnych, agentów z Hollywood i prawników wytwórni filmowych biwakujących na ganku mojej matki. A każdy z nich domagał się natychmiastowych i wyłącznych praw. Każdy przysięgał, że tylko on odda sprawiedliwość mojej historii.

I do tego obietnice pieniędzy. Kolosalne kwoty, miliony dolarów, które mogły być moje. Musiałam się tylko podzielić szczegółami mojego porwania przez Jacoba Nessa, im bardziej drastycznymi, tym lepiej.

Nie potrafiłam tego ogarnąć. Ludzie naprawdę chcieli czytać koszmarne opisy mojego zniewolenia przez seryjnego gwałciciela i mordercę? Chcieli wiedzieć dokładnie, jak to jest, gdy jesteś zamknięta w skrzyni wielkości trumny, z której wychodzisz tylko po to, by zorientować się, że to, co czeka cię na zewnątrz, jest jeszcze gorsze?

– Nie myśl o tym w ten sposób – powiedział mi pierwszy producent. – Tu nie chodzi o cierpienie ofiary. To twoja historia się sprzeda. Twoja, ocalonej. Jak ci się to udało. To właśnie widzowie chcą zrozumieć.

Nie przekonało mnie to wtedy i nie przekonuje do dzisiaj. Moim zdaniem na wszystkich tych, którzy setki lat temu przychodzili do Koloseum popatrzeć, jak gladiator zwycięża, przypadało tyle samo takich, co chcieli zobaczyć jego porażkę. Taka jest ludzka natura.

Proponowano mi wywiady telewizyjne. Umowy na książki. Sprzedaż praw do ekranizacji. Może powinnam była wziąć te pieniądze i uciec. Ale nie zrobiłam tego. Ja po prostu... nie mogłam. Prywatność mojej rodziny dość już ucierpiała, gdy desperacko starali się mnie odnaleźć. Nie mogłam wymagać od nich więcej. Poza tym należałam do tych ocalonych, którym się wydaje, że skoro wrócili bezpiecznie do domu, to mogą w końcu zapomnieć. Nie będę się za siebie oglądać. I nigdy już nie wspomnę imienia Jacoba.

Przez te wszystkie chwile, godziny i dni obiecywałam sobie, że jeśli się tylko stamtąd wydostanę, to nigdy już nie będę narzekać. Zawsze będę szczęśliwa. Będę doceniać ciepło promieni słońca na mojej twarzy. Będę idealną córką i kochającą siostrą. Nigdy już nie będę uważać życia za coś oczywistego.

Jeśli tylko się stamtąd wydostanę...

Wrócę do domu.

Ocaleję.

Czterysta siedemdziesiąt dwa dni i sześć lat później... Kim jestem?

Mój brat wyjechał. Stworzył profil na Facebooku Znajdźmy Florę, gdy tylko zaginęłam. Codziennie wrzucał tam zdjęcia, urywki z rodzinnego życia, by przypomnieć mojemu niezidentyfikowanemu porywaczowi, że jestem siostrą, córką, przyjaciółką, za którą wszyscy tęsknią. Nie rozmawialiśmy o tym, kiedy wróciłam. Nie chciałam pogłębiać jego traumy. On nie chciał pogorszyć mojej.

Darwin szybciej niż mama uświadomił sobie prawdę: jego wysiłki uratowały dziewczynę, tyle że wcale nie siostrę, którą kiedyś kochał. Wyjechał do Europy, by podróżować w poszukiwaniu samego siebie. Zastanawiam się czasem, czy nie biega codziennie wzdłuż brzegów Tamizy. Czy to nie są te jedyne chwile, gdy może pomyśleć. Czy pytanie, które nadal najczęściej sobie zadaje, to: kim jestem, kim jestem, kim jestem?

Schody. W górę do mostu łączącego brzegi Charles. Uwielbiam uderzenia sportowych butów o metalowe schodki. Gdy się tak szybko poruszam, nic nie może mnie dopaść. Nawet moje kłębiące się myśli.

W zeszłym roku zrobiłam coś, czego się nie spodziewałam: uratowałam dziewczynę. Inną porwaną studentkę. I dziennikarze wrócili. Tyle że teraz nie chcieli historii Jacoba Nessa i czterystu siedemdziesięciu dwóch dni, o których nigdy nie mówiłam. Chcieli mojej historii. Flory wojowniczki. Flory, która z ofiary stała się obrońcą.

Prosili, straszyli, żądali i błagali.

Wciąż nie odpowiadałam. Może nie lubię mówić. A może, co bardziej prawdopodobne, nadal nienawidzę dziennikarzy.

Co jednak robić?

Kiedyś myślałam o powrocie do szkoły. Wybraniu ścieżki kariery, znalezieniu pracy, staniu się znowu normalną osobą. Ale przez zespół stresu pourazowego nadal mam problem z tłumem, pomieszczeniami z małą liczbą wyjść i – o, tak – jakąkolwiek koncentracją.

Nie wspominając o tym, że zwykle po prostu nie czuję się normalną osobą.

Niektórym się to udaje. Czytałam ich historie. Studiowałam je, analizowałam w szczegółach.

Można doświadczyć traumy, a mimo to pozbierać swoje życie do kupy.

Ale są też inni, tacy ocaleni jak ja. Którzy zbyt długo czekali na ratunek i w tym czasie zbyt wiele stracili.

Moje silne strony? Otwieranie zamków, samoobrona, ocena zagrożenia i naprawdę fajne bronie, które można zrobić z tego, co znajdzie się w śmieciach. No i mieszanki do gazu pieprzowego domowej roboty. Oraz bieganie. Uwielbiam biegać. Rano, w południe, w nocy. Byle tylko uspokoić myśli w głowie, ale też poczuć wiatr, deszcz, śnieg na twarzy.

Byle nie do skrzyni, nie do skrzyni, nie do skrzyni. Tak brzmią moje kroki, gdy przebiegam przez most do Cambridge. Nie do skrzyni.

Kim jestem?

Ocaloną.

Mój specjalista do spraw ofiar, Samuel Keynes, nazwał mnie tak, gdy się poznaliśmy. W tamtym momencie to słowo brzmiało dobrze. Mocno. Zdecydowanie. Kiedyś byłam ofiarą. A teraz jestem ocaloną. Ocalałą. Tą, która biega jak gepard i ma w saszetce tyle wyposażenia, by już nigdy nie stać się ofiarą.

Ale nawet teraz, gdy zwiększam tempo biegu, zbliżając się do końca mostu – mój finałowy sprint – wciąż słyszę inne myśli, które mi towarzyszą.

Bycie ocalałą wcale nie oznacza siły. Oznacza samotność. Prawdziwą, dotkliwą samotność. Wiedzę o rzeczach, których inni wiedzieć nie powinni. Wspomnienia, które chciałabym wyrzucić z głowy, a mimo to nie potrafię pozbyć się ich z pamięci.

Oraz poczucie winy. Z powodu mnóstwa rzeczy. Tego, co mogłam i co powinnam była zrobić.

Kiedyś istniała śliczna dziewczyna, która tańczyła na plaży...

Ale ja już nigdy tam nie wrócę.

Koniec mostu. Coraz szybciej i szybciej. Klatka piersiowa mi faluje, serce łomocze, jeszcze szybciej....

Kim jestem, kim jestem, kim jestem?

Wpadłam na wyznaczoną samej sobie linię mety i zbiegłam z mostu do Cambridge. Zatrzymałam się. Pochyliłam. Wzięłam trzy łapczywe wdechy, a potem ruszyłam dalej, żeby nie dostać skurczów. Musiałam przejść półtora kilometra, by wrócić do mojego dwupokojowego, pozamykanego na podwójne zasuwy mieszkania, które starsi właściciele łaskawie wynajmowali mi za czynsz sporo poniżej rynkowego. Śledzili moją historię w mediach – oznajmili, gdy się poznaliśmy. Ale nie z fascynacją podglądacza, tylko z czystym współczuciem. Nadal nie ufam wielu ludziom, lecz nauczyłam się, że im akurat mogę wierzyć.

Spróbowałam skupić myśli na czekającym mnie dniu. Wbrew wszystkiemu udało mi się jednak zorganizować sobie namiastkę życia. Pracowałam w pizzerii. Nawiązywałam znajomości, różne. Grupa wsparcia dla ocalałych: niektóre z kobiet skontaktowały się ze mną po uratowaniu Stacey Summers, inne znalazłam ja. Wszystkie nas łączyło jedno: kiedyś przetrwałyśmy. A teraz chciałyśmy znowu żyć.

I może to część odpowiedzi, której nadal szukam.

Nie jestem idealną córką. I z pewnością jestem tylko cieniem prawdziwej siostry. Nadal nie wiem, jak się odprężyć, gdy matka mnie przytula, albo jak przespać całą noc, albo jak pójść gdzieś bez pół tuzina narzędzi do przetrwania.

Ale dla niektórych ludzi...

Jeśli wszystko w twoim życiu poszło nie tak, jeśli przydarzyło ci się najgorsze i drapieżnik ma cię teraz na oku...

Cóż, wtedy potrzebujesz u swojego boku takiej dziewczyny jak ja.

To ja jestem tą osobą, która dokładnie wie, co przechodzisz, i nie poddam się, dopóki nie wrócisz do domu.

Rozdział 3

D.D. miała mnóstwo do zrobienia i trzeba to było zrobić szybko. Najpierw wyjęła komórkę i zadzwoniła do swojego szefa, zastępcy kierownika wydziału zabójstw Cala Horgana. Opisała mu sytuację.

– Trzeba ogłosić child alert. Minęło dziewięćdziesiąt minut, odkąd usłyszano strzały, a nadal nie ma śladu po szesnastoletniej córce Roxannie Baez ani po należących do rodziny psach.

– Psach? – przerwał Horgan.

– Dwa spaniele bretońskie, oba ślepe. Wabią się Blaze i Rosie. Powinniśmy podać też te szczegóły mediom. Niektórzy mogą nie chcieć wtrącać się w sprawę zaginionej nastolatki. Ale dwa starsze psy...

– Mają czipy? – zapytał Horgan.

– Nie wiadomo. Detektyw Manley przegląda rachunki z kart kredytowych, czy nie ma tam płatności dla lokalnego weterynarza. Przejrzy też odpowiednie dokumenty, zobaczy, czego można się dowiedzieć o czipach, o temperamencie i szczególnych potrzebach tych psów. Jeśli dziewczyna uciekła, to może zabrała psy ze sobą, a wtedy łatwiej byłoby ich wszystkich namierzyć. Ale możliwe, że psy wystraszyły się wystrzałów i chowają się teraz gdzieś pod czyimś gankiem.

– A sąsiedzi?

– Piesze patrole krążą w promieniu półtora kilometra, szukając śladów dziewczyny lub psów. Natomiast detektywi chodzą od drzwi do drzwi, żądając, żeby ich wpuścić, i odnotowują każdego, kto wymaga sprawdzenia.

– Dacie radę sami to ogarnąć?

– Najprawdopodobniej tak.

– Kontaktowałaś się już z Laskinem? – Horgan zmienił temat. Chip Laskin był oficerem do spraw kontaktów z mediami bostońskiej policji. Zapowiadał mu się bardzo ciężki dzień.

– Zaraz zadzwonię – zapewniła go D.D. – Phil wysłał zgłoszenie o zaginionej nastolatce, gdy tylko znalazł się na miejscu, więc lokalne media mają jej rysopis. Chip powinien pokazać jej zdjęcie i zdjęcie psów w telewizji stanowej i ogólnokrajowej i oczywiście zadziałać w internecie.

W ostatnich latach bostońska policja dołączyła do reszty świata i zaczęła używać mediów społecznościowych. Miała swój profil na Facebooku, konto na Twitterze i własną stronę internetową z aktualnościami BPDNews.com. I, co zaskakujące, to chyba działało. Po umieszczeniu ziarnistego czarno-białego zapisu włamania z kamery monitoringu w ciągu pół godziny na stronie BPD pojawiły się trzy lub cztery wiadomości z nazwiskiem podejrzanego. Po co wysyłać detektywów do ludzi mieszkających w sąsiedztwie, skoro oficer do spraw kontaktów z mediami mógł przekazać tę samą informację bezpośrednio do wszystkich domów w okolicy w ułamku sekundy i minimalnym nakładem pracy? D.D. podejrzewała, że są o krok od rzeczywistości RoboCopa.

Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł, więc nadal miała co robić.

– W domu znaleźliśmy dwa komputery i cztery komórki. Phil zajmuje się teraz Facebookiem i domaga się dostępu do konta matki. Potem skontaktuje się z Apple’em.

Facebook w awaryjnych sytuacjach udostępniał policji profile poszczególnych osób, jeśli tylko przedstawiono oficjalne oświadczenie, że w ciągu dwudziestu czterech godzin dostarczony zostanie nakaz. To było bardzo wygodne w czasach, gdy motyw przestępstwa albo nawet samego podejrzanego można znaleźć dzięki jednemu wpisowi na fejsie.

Z Apple’em było trudniej. Lokalny operator mógł udostępnić SMS-y i pocztę głosową z komórek rodziny, ale te dane nie obejmowały iMessages – czyli wiadomości przesyłanych z jednego urządzenia Apple’a na inne. Biorąc pod uwagę, ilu ludzi ma iPhone’y, oznaczało to brak mnóstwa wiadomości. Zapobiegliwi detektywi od razu zaczynali papierkową robotę, jeśli potrzebowali informacji od Apple’a, zwłaszcza w pilnych sytuacjach, takich jak zaginięcie dziecka.

– Jacyś krewni, wścibscy sąsiedzi? – zapytał Horgan.

– Pracujemy nad tym. Poprosiłam detektyw Manley, żeby skontaktowała się ze szkołą dziewczyny, gdy tylko skończy z szukaniem informacji od weterynarza. Jeśli dopisze nam szczęście, poszukiwania Phila w mediach społecznościowych i kontakt Carol ze szkołą dadzą nam jakieś powtarzające się nazwiska, czyli krąg bliskich znajomych Roxanny. I do nich uderzymy w pierwszej kolejności.

– Nie zapominajcie o wrogach – poradził Horgan. – Przyjaciele się nawzajem kryją. A jakieś podłe dziewuszysko wyciągnie na Snapchacie wszystkie brudy. A właśnie takiej informacji potrzebujemy.

– Tak, tak, przyjaciele, wrogowie, rozumiem.

– Kuzynki – kontynuował Cal. – Zwłaszcza w jej wieku. Ciotki i wujowie mogą uważać, że powinni chronić siostrzenicę lub bratanicę. Kuzyni są zwykle bardziej sprzedajni.

– Wow, nigdy bym nie pomyślała, że się ucieszę, że żadnych nie mam.

– Tło rodzinne?

– Matka, Juanita, była alkoholiczka, pracowała jako pielęgniarka. Jej partner, Charlie, to drobny przedsiębiorca budowlany, który nie miał na koncie nawet mandatu za nadmierną prędkość. Żadnych śladów narkotyków czy ryzykownego stylu życia. Sama nie wiem. W tym momencie... wyglądają jak zwykła rodzina. Jej dzieci, jego psy. Ciężka praca dziś i nadzieja na lepsze jutro.

– Każda rodzina ma swoje sekrety – oznajmił Horgan. – Dlatego tak dużo nam płacą.

– Zaraz, ty niby dużo płacisz? Bo jak ostatnio widziałam swój czek...

Dokończyli z Horganem omawianie szczegółów. Na temat grupy zadaniowej, która zostanie powołana. Na temat gorącej linii, którą trzeba będzie uruchomić, żeby zapanować nad powodzią zgłoszeń po child alercie. Na temat konferencji prasowej, na której wystąpi Horgan razem z oficerem do spraw kontaktów z mediami Chipem Laskinem, bo D.D. z pewnością nie znajdzie na to czasu. Na temat zaangażowania większych sił. Bo ktoś musi zająć się transportem publicznym, biorąc pod uwagę liczbę linii autobusowych i przystanków tramwajowych w pobliżu domu Baezów. Detektywi powinni zajrzeć do okolicznych sklepów i domów, żeby sprawdzić kamery monitoringu. Gdyby natrafili na obraz Roxanny Baez przechodzącej z psami obok bankomatu albo uciekającej przecznicą przed obcym mężczyzną, albo chichoczącej z grupką przyjaciółek na przystanku...

Mnóstwo możliwych tropów, mnóstwo ścieżek do zbadania w tak gęsto zamieszkanej okolicy jak Brighton. D.D. nie potrzebowała więcej pomysłów na to, gdzie szukać zaginionej nastolatki. Potrzebowała, żeby doba miała więcej godzin.

Zakończyła rozmowę. I wróciła do pracy.

Kilka minut później musiała przerwać, choć wcale nie było jej to na rękę.

– Manny! Mój syn, mój syn! Manny, gdzie jest Manny? Co się stało z moim synem? Maaaannnyyy!

D.D. dotarła do drzwi frontowych akurat w chwili, by zobaczyć, jak duży mężczyzna z ciemnymi włosami i groźną blizną na lewym policzku mija dwóch zbliżających się policjantów i wpada na funkcjonariusza notującego każde wejście na miejsce zbrodni. Obaj runęli na ziemię, a dwaj policjanci ruszyli, by im pomóc.

Z sąsiedztwa dobiegły kolejne krzyki, wrzaski i wołania.

– Hector, uspokój się!

– Nie róbcie mu krzywdy!

– Hej, to tata Manny’ego. Puśćcie go. On tylko chce zapytać o swoje dziecko.

D.D. przystąpiła do działania. Może nie wyglądała imponująco, bo miała ten rodzaj szybkiego metabolizmu, który sprawiał, że była umięśniona w lepszych okresach, lecz wychudzona w tych słabszych, ale była matką. Z doświadczenia wiedziała, że każdy, nawet przerośnięty brutal, od maleńkości był uczony, by słuchać matki.

Chwyciła wielkoluda za ucho i wyciągnęła go ze stosu splątanych ciał.

– Jak się pan nazywa?

– Manny! – zawołał mężczyzna z obłędem w oczach. – Mój syn! Pani Sanchez zadzwoniła. Powiedziała o strzałach. Powiedziała, że oni nie żyją. Manny!

– Nazwisko. Jak się pan nazywa?

– Hector Alvalos! – zawołał jeden z sąsiadów, a olbrzym energicznie pokiwał głową.

– Jest pan ojcem Manny’ego? Znał pan Juanitę Baez?

– Mój syn!

– Okej, okej. Chodźmy porozmawiać w jakieś spokojniejsze miejsce.

D.D. spojrzała na funkcjonariusza prowadzącego spis osób wchodzących na miejsce zbrodni, który wstał już z ziemi i właśnie się otrzepywał. Czujnie obserwował Hectora Alvalosa, ale wyglądało na to, że nic mu nie jest. W tych okolicznościach miał prawo wnieść oskarżenie. Kiwnął jedynie głową w kierunku tyłu posesji, który oferował D.D. najlepsze miejsce na rozmowę, bez gapiów z sąsiedztwa i zajętych pracą techników policyjnych.

D.D. zaprowadziła Hectora na tył domu, trzymając mocno jego umięśnione ramię. Poczuła, jak mężczyzna ściąga ramiona, żeby zmieścić się w wąskiej przestrzeni oddzielającej dom przedsiębiorcy budowlanego od sąsiednich, większych budynków. Zatrzymała się w ogródku wielkości znaczka pocztowego i po raz pierwszy zauważyła rabatkę, porośniętą teraz, późną jesienią, resztkami ziół i pomidorów. Phil stał już na tylnej werandzie, tuż obok dwóch metalowych misek dla psów, i czekał na nich.

– Proszę powtórzyć swoje nazwisko – zażądała stanowczo D.D. Hector wydawał się spokojniejszy. Wziął kilka głębokich wdechów, gdy Phil włączył dyktafon.

– Hector Alvalos – burknął.

– Co łączy pana z rodziną Baezów?

– Kiedyś byłem z Juanitą. Manny to mój syn.

– Proszę zacząć od początku, panie Alvalos. Proszę nam wszystko opowiedzieć.

Okazało się, że Hector jest barmanem. Poznał Juanitę dziesięć lat temu w popularnym lokalnym barze. Spotkali się kilka razy, a potem zamieszkali razem, gdy Juanita odkryła, że jest w ciąży z Mannym. To od samego początku był burzliwy związek. Rodzina, która wkrótce miała liczyć pięć osób, mieszkała w dwupokojowym lokum. Dziewczynki spały w salonie. Juanita w zaawansowanej ciąży i Hektor wcisnęli się do jedynej sypialni.

Atmosfera była napięta. Ich głównym hobby była tequila. Co prowadziło do kłótni, a potem łez, kolejnych kłótni i kolejnych łez.

– Oboje piliśmy za dużo – powiedział przygnębionym tonem Hector. – To nie było dobre. Teraz to wiem.

– Co się stało? – zapytała D.D.

Wielkolud wzruszył ramionami. Miał na sobie dżinsy oraz czerwoną flanelową koszulę w kratę, a pod nią poplamiony T-shirt. D.D. odniosła wrażenie, że dopiero co zwlókł się z łóżka. Jeśli nadal pracował nocami jako barman, to rzeczywiście mogło tak być.

– Manny się urodził. Zrobiło się jeszcze ciaśniej. I jeszcze mniej snu. Juanita... ona ciągle była zła. Niczym nie byłem w stanie jej dogodzić. Zacząłem więcej pracować. I więcej pić. A potem, pięć lat temu... Nie mogłem już tego znieść. Bardzo się pokłóciliśmy. Juanita wrzeszczała. Dzieciaki wrzeszczały. I walnąłem w ścianę. Dosłownie przebiłem ją pięścią. – Hektor potarł sobie kłykcie na to wspomnienie. – Wiedziałem, że źle zrobiłem. Widziałem to na twarzy mojego syna. Bał się mnie. Wyniosłem się. Zbiegłem po schodach i ruszyłem przed siebie.

D.D. czekała.

– Potem się dowiedziałem, że... Juanita mocno to przeżyła. Więcej piła. To był dramat. Wezwano pomoc społeczną, ale nie jestem pewien, co się wydarzyło. Wyjechałem z miasta, a Manny niewiele pamięta. Juanita straciła prawo do opieki nad dziećmi. Sąd kazał jej chodzić na terapię i spotkania AA. A potem odzyskała dzieci...

– Straciła dzieci – przerwała mu D.D.

– Tak. Juanita obwinia mnie za alkohol, za wszystkie swoje problemy. A to nie fair. Piła dużo wcześniej, niż się poznaliśmy. Ale we dwoje... byliśmy totalnie loco. Lepiej nam jest oddzielnie. Ona teraz nie pije i chodzi co tydzień na AA. Tak mi mówił Manny. A ja też się pozbierałem. Dla Manny’ego. To mój chłopak. Zabieram go gdzieś co niedzielę i to jest wtedy nasz dzień. Może ja i Juanita mamy w sobie diabła, ale Manny... jest idealny. Pod każdym względem. Perfecto.

D.D. pokiwała głową. Cały czas zaciskała dłoń na ramieniu Hectora. Teraz ją zabrała. Ale patrzyła mu w oczy i mówiła spokojnym tonem.

– Twierdzi pan, że Juanita była alkoholiczką, gdy się poznaliście. Ale teraz nie pije?

– Tak.

– A ten jej nowy facet, Charlie Boyd?

– Hm... Poznali się z rok temu. Juanita jest pielęgniarką w Świętej Elżbiecie. Charlie przyszedł tam, żeby mu założyli jakieś szwy. Zranił się w pracy.

– Jest budowlańcem?

– Tak.

– Lubi go pan? Dogadujecie się?

Hector wzruszył ramionami.

– Manny go lubi. Pomaga Charliemu remontować ten dom. Chętnie to robi, czegoś się uczy. To mi się podoba. Może Manny też zostanie budowlańcem. Lepiej się zarabia niż jako barman.

– Wygląda na to, że Charlie spędza sporo czasu z pańskim synem.

Hector zesztywniał, ale nie chwycił przynęty.

– Charlie mnie nie lubi. Jak już mówiłem, Juanita obwinia mnie o swój nałóg, więc Charlie tak samo. Ale trochę rozpytywałem. Charlie też nie jest idealny. Kiedyś bardzo lubił piwo. Manny twierdzi, że teraz wszystko jest w porządku. Charlie rzucił picie dla Juanity, czasem nawet chodzi z nią na mityngi. Żyją spokojniej. A Juanita jest... szczęśliwsza. To dobrze. Kiedyś ją kochałem. Jest matką mojego syna. Chcę, żeby była szczęśliwa.

– A dziewczynki? – zapytała D.D. – Roxanna i Lola? Kto jest ich ojcem?

– Nie wiem. Juanita nigdy o tym nie mówiła.

– To jeden człowiek? Czy mają dwóch różnych ojców?

– Dwóch różnych. Ale nie z okolicy. Mówiłem już, że Juanita mocno popijała, zanim się poznaliśmy.

– Co może nam pan powiedzieć o dziewczynkach? Dogadują się? Lubią Manny’ego?

– Roxanna i Lola? Tak, oczywiście. Manny to ich mały braciszek. Kochają go. Może trochę rozpieszczają. To nawet dobrze, że Juanita wprowadziła się do Charliego. Bo tak to dorastałby z samymi babami.

– Roxy ma szesnaście lat. Jest ładna?

Hector wzruszył ramionami.

– Pewnie – powiedział w taki sposób, że D.D. uznała to za wyraz grzeczności. – Ale, cóż, nie tak jak jej matka i siostra. Juanita, muy guapa! A Lola... wdała się w matkę. Trudny charakter.

Innymi słowy, pomyślała D.D., Roxanna to w tej rodzinie brzydkie kaczątko. Ciekawe.

– Interesuje się chłopcami?

– Roxanna? Nie! Roxy jest cicha i nieśmiała. Dużo czyta i poważnie traktuje naukę. Gdy mieszkaliśmy z Juanitą... Roxy karmiła rodzeństwo, ubierała je, często odprowadzała do szkoły... Bardzo dobrze się nimi opiekowała.

– Czyli Roxy jest odpowiedzialna?

– Tak.

– Ma pracę?

– Nie wydaje mi się.

– Lubi psy? Może to ona je wyprowadza na spacery?

– Blaze’a i Rosie? Manny je uwielbia. Charlie uratował je od jakiegoś pseudohodowcy. Dzieciaki, nawet zanim polubiły Charliego, pokochały jego psy. Roxy i Manny często chodzą z nimi razem na spacer. Manny mówi, że są bardzo grzeczne. Jak były szczeniakami, to nie wypuszczano ich w ogóle na zewnątrz, więc teraz lubią siedzieć na werandzie na tyłach domu i wygrzewać się na słońcu. W czasie spaceru posłusznie truchtają, nawet nie widać, że są ślepe.

– Psy spędzają większość czasu na zewnątrz?

– Jak jest ładna pogoda, to tak.

D.D. spojrzała w jaskrawo niebieskie niebo i uznała, że się kwalifikuje.

– A Lola? – zapytała.

Hector się zawahał.

– Hm... Lola jest bardzo ładna. Zbyt ładna jak na trzynastolatkę. I charakterna, jak jej matka. Olewa szkołę. I na pewno interesuje się chłopakami. Manny twierdzi, że kłócą się z Juanitą. Cały czas. Ostatnio im się nie układa.

– Manny wspomniał jakiegoś konkretnego chłopca, o którego mogły się kłócić mama i siostra?

– Manny ma dziewięć lat. Uważa, że jego trzynastoletnia siostra jest głupia, i poza tym właściwie nie poświęca jej uwagi.

– Ale kocha swoje siostry i one kochają jego?

Hector się uśmiechnął. Cała jego twarz złagodniała, poszarpana blizna na policzku stała się mniej groźna, bardziej przypominała ranę odniesioną na wojnie. D.D. aż się serce krajało, gdy myślała o tym, co będzie musiała zaraz powiedzieć temu potężnemu mężczyźnie.

– Dziewczynki... one zrobiłyby dla Manny’ego wszystko. I on też je kocha. Jest bardzo słodki, miły. Zupełnie inny niż ja. Mogę się już z nim zobaczyć? Z moim synem?

– Przykro mi, panie Alvalos...

– Jest w szpitalu?

– Bardzo mi przykro...

I już nie musiała kończyć. Wiedział. Domyślił się po reakcjach sąsiadów, po taśmie policyjnej, po funkcjonariuszach, którzy nie wpuścili go do domu.

A może rodzice po prostu zawsze wiedzą takie rzeczy. Wyczuwają to, tak jakby nagle zgasło światło.

Pod Hectorem ugięły się nogi. Osunął się, a D.D. znów położyła mu rękę na ramieniu. I trzymała ją tam, gdy on zwiesił głowę i zaczął płakać.