Sztuka życia. 23 lekcje coachingowe - Bob Proctor, Sandra Gallagher - ebook
Opis

Sztuka życia to zbiór najpopularniejszych warsztatów – o nazwie Matrixx – legendarnego mówcy biznesowego Boba Proctora.

Z tych bezcennych lekcji coachingowych nauczysz się między innymi, jak:

  • poznać swoje twórcze zdolności i je wykorzystywać,
  • osiągnąć to, czego w życiu pragniesz,
  • wymazać negatywne nawyki myślowe i tak wyćwiczyć umysł, aby nakierować go na sukces,
  • tak zorganizować pracę, aby osiągnąć maksimum efektywności.

Przeczytaj Sztukę życia i pozwól, by Bob Proctor stał się twoim osobistym mentorem!

***

Mówca, autor książek, konsultant, coach i mentor Bob Proctor jeszcze przed pojawieniem się w niezwykle popularnym filmie Sekret był legendarną postacią na polu rozwoju osobistego. Od ponad czterdziestu lat wygłasza na całym świecie prelekcje, które mają pomóc ludziom osiągnąć sukces i prosperity. Dzięki pracy w Proctor Gallagher Institute, którego jest współzałożycielem, odmienił życie bardzo wielu ludzi.

Sandy Gallagher – ceniony prawnik z zakresu prawa bankowego – regularnie zarządzała miliardami dolarów w czasie fuzji i przejęć, wchodzenia firm na giełdę i innych wielkich transakcji; doradzała zarządom i kadrze dyrektorskiej firm z listy Fortune 500. Mimo to spotkanie z Bobem Proctorem naprowadziło Sandy na inną ścieżkę – która doprowadziła do odmiany nie tylko jej życia, ale również życia niezliczonej liczby innych ludzi. Obecnie jako współzałożycielka, dyrektor zarządzający i prezes Proctor Gallagher Institute dzieli z Bobem Proctorem międzynarodowe podia prelekcyjne i ściśle współpracuje z nim i jego zespołem, aby zapewnić coaching, szkolenia oraz konsulting dotyczące koncepcji i strategii o ogromnej sile transformacyjnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: THE ART OF LIVING

Przekład: Dorota Gasper

Redakcja: Ewa Skuza

Korekta: Aleksandra Kowalewska-Poltrok

Projekt okładki: studio KARANDASZ

Skład: JolAKS – Jolanta Szaniawska 

Opracowanie wersji elektronicznej:

Copyright © 2015 by Proctor Gallagher Institute

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by MT Biznes Ltd.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentów niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione. Wykonywanie kopii metodą elektroniczną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym, optycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji. Niniejsza publikacja została elektronicznie zabezpieczona przed nieautoryzowanym kopiowaniem, dystrybucją i użytkowaniem. Usuwanie, omijanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Warszawa 2017

MT Biznes Sp. z o.o.

www.mtbiznes.pl

e-mail: [email protected]

ISBN 978-83-8087-078-9 (format e-pub)

ISBN 978-83-8087-089-5 (format mobi)

Przedmowa

Jeśli się nie mylę, Bob Proctor jest jedyną osobą, która zgłębia rozwój osobisty każdego dnia od ponad półwiecza. Jego praca dostarcza nam najcenniejszych informacji: jak przestać przeszkadzać sobie samemu w tym, by wieść życie pełne szczęścia, zdrowia i bogactwa. Jego zasługi są fenomenalne. Pomógł milionom ludzi i niezliczonej liczbie organizacji na całym świecie osiągnąć największe cele.

Bob jest ostatnim żyjącym nauczycielem bezpośrednio związanym ze wspaniałym pokoleniem mentorów: Andrew Carnegiem, Napoleonem Hillem i Earlem Nightingale. Nie ma na świecie drugiej takiej osoby i takiego nauczania. Ponadto Bob nie tylko uczy – on tak żyje! Jest już po osiemdziesiątce, a nie znam nikogo innego z taką energią i entuzjazmem. Zachowuje się tak, jakby dopiero zaczynał swoją misję, a od ponad pięćdziesięciu pięciu lat jest ona wciąż taka sama: pomóc jak największej liczbie osób opanować sztukę życia bez ograniczeń.

Najcudowniejszym aspektem nauczania, jak i całego życia Boba Proctora jest to, że jest on prawdziwie świadom swoich kompetencji. Innymi słowy, radzi sobie nadzwyczaj dobrze i jest świadom tego, dlaczego tak się dzieje. Dzięki temu może dzielić się wiedzą w taki sposób, że możemy ją od razu zastosować w swoim życiu. Odkrycie sekretu, dlaczego i w jaki sposób jego życie zmieniło się zabrało mu dziewięć i pół roku. Lata te poświęcił dogłębnym studiom, czytaniu książek oraz pracy z mentorami i nauczycielami. Gdy zdał sobie sprawę z tego, co się faktycznie wydarzyło, zapragnął podzielić się tym z innymi. Ku jego zdziwieniu okazało się, że prawie wszyscy ludzie sukcesu nie potrafią wyjaśnić, dlaczego ich życie jest tak pomyślne. Zadowalają się myślą, że są inteligentni i sprytni, odebrali dobre wykształcenie lub spotkali na swej drodze dobrych nauczycieli. Ale przecież na świecie jest wielu mądrych, świetnie wykształconych ludzi, którzy wcale tak dobrze sobie nie radzą. Gdy ktoś odnosi duże sukcesy, ale nie jest świadom, dlaczego tak się dzieje, oznacza to, że dysponuje ogromną siłą, którą nie potrafi podzielić się z innymi. Bob Proctor nie tylko odnosi sukcesy, ale wie również, dlaczego. Zdobył cenną wiedzę, którą może przekazywać innym.

Bob Proctor naprawdę wierzy, że wszyscy jesteśmy najwyższą formą boskiej kreacji, że obdarzono nas cudownymi zdolnościami umysłowymi, a jedyna rzecz, której nam brakuje, zawiera się w słowach króla Salomona, nakłaniającego nas do pogłębiania swej wiedzy i zrozumienia. Musimy zrozumieć, kim jesteśmy, dlaczego robimy to, co robimy, i jak zmienić nasze działania, jeśli nie jesteśmy zadowoleni z osiąganych rezultatów. Bob Proctor jest mistrzem w uczeniu właśnie tego.

Jestem wdzięczna za jego bezcenny wkład w moje życie. Jego nauka dała mi siłę do odnalezienia celu w życiu i odwagę, by do niego dążyć. Bycie jego przyjaciółką to dla mnie ogromny przywilej. Jestem też wdzięczna, że mogę być jego partnerką biznesową i prowadzić z nim wspólnie naszą firmę – Proctor Gallagher Institute.

Nauki, których potrzebujesz, by zmienić swe życie i zacząć osiągać rezultaty, o jakich marzysz, mieszczą się na kartach książki, którą trzymasz w ręku. To, czym się dzieli Bob Proctor, to najprawdziwsza sztuka życia. Gdy obrócisz kartkę, by przeczytać pierwszą lekcję, wyobraź sobie, że wchodzisz do sali, w której Bob prowadzi szkolenie.

Sandra Gallagher

Lekcja pierwszaMożesz osiągnąć cokolwiek zapragnieszO odzyskaniu siły umysłu

Wczoraj prowadziłem sesję coachingową i w którymś momencie zauważyłem: „Słuchajcie, za sto lat, a może nawet wcześniej, nasi potomkowie spojrzą wstecz i stwierdzą, że to, co robimy z dziećmi jest przestępstwem. Naprawdę tak się stanie. Będzie to uznane za przestępstwo!”.

Pomyśl o wolności, jaką cieszą się dzieci, gdy są malutkie. Wyobraźnia może je zabrać dokądkolwiek zechcą. Żyją w fenomenalnym świecie, w którym mogą dokonać wszystkiego, czego zapragną. Mogą być pilotami, chodzić po linie, bez najmniejszego problemu przemierzyć w bród wodospad Niagara. Wszystko dzieje się w ich cudownych umysłach.

Potem wysyłamy dzieciaki do szkoły i nagle okazuje się, że ich kreatywność jest czymś złym. Okazuje się, że z powodu wyobraźni dziecko „nie uważa na lekcji”. Odpłynięcie na kilka chwil w cudowny świat stworzony w umyśle od razu spotyka się z pytaniem nauczyciela: „Co robisz?”. Zachowanie dziecka jest naganne! A kary są niezwykle skuteczne. Wystarczy ukarać malucha kilka razy i wiesz co się stanie? Zaprzestanie nagannej czynności. W efekcie nasze pociechy zamiast słów pochwały i zachęty, by rozwijały swą wyobraźnię – tę niesamowitą zdolność umysłu – słyszą słowa nagany, które zmuszają je, by się jej całkowicie wyzbyły.

Przywołam tu słowa nieżyjącej już Stelli Adler, wspaniałej pedagog sztuki aktorskiej: „Dorośli pozbawiają wszystko życia. Lepiej tworzyć, wykorzystywać wyobraźnię, niż wszystko zabijać”. W pełni zgadzam się z tą myślą.

I tak oto, już jako dorośli, jesteśmy w stanie zapłacić ciężkie pieniądze, wykorzystać cenny urlop, wyjechać na kilka dni daleko od domu tylko po to, aby ponownie nauczyć się, jak korzystać z wyobraźni. Musimy to zrobić. Wszyscy musimy wrócić do punktu, w którym mamy dostęp do owej fenomenalnej funkcji umysłowej. Przecież wszystko, co stworzył człowiek, jest niczym innym jak fizyczną manifestacją czyjejś wyobraźni. Dotyczy to wszystkiego, na co teraz właśnie patrzysz.

Kiedyś miałem biuro na Bayview Avenue w Toronto. Moja firma zajmowała się sprzątaniem przestrzeni biurowych. Pewnego dnia stwierdziłem: „Musimy sprawić sobie telefon samochodowy!”. Zatem kupiliśmy telefon, wsadziliśmy kierownika do samochodu, w którym jeździł po mieście i kontrolował pracę sprzątaczek. Ja natomiast mogłem skontaktować się z nim telefonicznie. Na dachu samochodu musieliśmy zamontować bagażnik na narty, żeby utrzymać w odpowiedniej pozycji antenę, by móc się dodzwonić. W owym czasie dostępnych było tylko sześć kanałów, a na dodatek nie działały one zbyt dobrze. Obecnie otwarte są miliony linii. Każdy z nas ma jedną. I możemy komunikować się z każdą osobą na jej częstotliwości. Jak to się stało? Ktoś to sobie wyobraził!

Gdybym zrobił ci teraz zdjęcie, mógłbym je wysłać gdziekolwiek zapragnę na całym świecie. Muszę jedynie wcisnąć ikonę „wyślij” i oto zdjęcie natychmiast „ląduje” w dowolnym zakątku świata, który wybrałem. Gdybyś był w Sao Paulo, dostałbyś zdjęcie. Podobnie, gdybyś był w San Francisco, Szanghaju czy Chicago. Dlaczego? Ponieważ zdjęcie jest wszędzie. Tym, co pozwala mu się zmaterializować w konkretnym miejscu, jest rzecz, która z nim rezonuje – numer telefonu. Bach! I już masz zdjęcie!

Myśl jest podobna do takiego zdjęcia. Jedyną rzeczą, która może ją powstrzymać, jest coś, co z nią rezonuje.

Możemy komunikować się telepatycznie z kimkolwiek i gdziekolwiek. Robimy to cały czas. Po prostu nie zdajemy sobie z tego sprawy. Dlaczego? Gdyż nikt nie wyjaśnił nam tego, co robimy i wyrośliśmy na ignorantów.

Zastanów się. Gdy rodzi się wiewiórka, nikt się o nią nie troszczy. Sama biega w górę i w dół drzewa. Szuka orzechów. Gdy znajdzie coś smakowitego, zjada to. Natomiast niemowlę umrze, jeśli się nim nie zaopiekujemy. Mała wiewiórka działa instynktownie. To idealne rozwiązanie. Czuje się świetnie w swoim środowisku. My w naszym wręcz przeciwnie – jesteśmy całkowicie zdezorientowani. Dlaczego? Ponieważ, choć posiadamy władze umysłowe, by kreować swoje środowisko, nie robimy tego. Dlaczego tak się dzieje? Bo od zawsze słyszymy: „To głupie”, „Dorośnij!”, „Wróć do rzeczywistości!”, „Za kogo się uważasz?”. Stara śpiewka.

I tak oto człowiek o cudownym umyśle miota się w okowach rzeczywistości, sądząc, że na dobre utknął w otaczających go okolicznościach, sytuacjach i warunkach. „Chciałbym to zrobić, ale nie mogę, ponieważ…”. To, co następuje po słowie „ponieważ”, to właśnie te okoliczności. Stał się więźniem okoliczności. Okoliczności stały się jego wersją Boga… i postępuje zgodnie z tym, co wydaje mu się, że one dyktują. Nawet nie próbuje wpaść na lepszy pomysł.

Jesteś tu, by dowiedzieć się, jak dzięki kilku źródłom dochodu osiągnąć finansową niezależność. Już wiem, jak zareagujesz: „Och, tego nie mogę zrobić”. A niby dlaczego nie? „Ponieważ nigdy tego nie robiłem”. Pomyśl chwilę. Co by się stało, gdybyś nie uczył się rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłeś? Nadal leżałbyś w kołysce i bawił się palcami u stóp. Wierz mi, że tak właśnie by było!

Musiałeś jednak wstać i postawić pierwszy krok. Na początku rodzice podtrzymywali cię za ręce. Potem radziłeś sobie sam. „Sam zrobił pierwszy krok! Widziałeś? Samodzielnie! Idzie sam! Och, właśnie się przewrócił. Uderzył się!”. Krok miałeś chwiejny, potykałeś się. Trochę czasu to zajęło, ale wreszcie nauczyłeś się chodzić.

Nieważne, co „to” jest. Możesz to zrobić. Musisz jedynie nauczyć się jak.

Czytałem kiedyś, że ojciec braci Wright, protestancki kaznodzieja, wybrany na biskupa w swoim kościele, powiedział synom, że już za samą sugestię, iż można wzbić się w przestworza będą smażyć się w piekle. „Gdyby Bóg chciał, abyśmy latali, dałby nam skrzydła”.

Wierzono w to przez wieki. Podobnie jak w to, że Ziemia jest płaska. Naprawdę byliśmy tego pewni – i to wcale nie tak bardzo dawno temu! Zgodnie z panującym powszechnie przekonaniem, Ziemia nie mogła być okrągła! Jak tu się utrzymać na jej boku? Nie wspomnę już o dole. A gdy patrzyliśmy na znikający na horyzoncie statek, wyglądało to tak, jakby spadał! Widzisz, to proste – logika przemawiała za tym, że świat nie jest okrągły. I w to wierzono.

Czy uważasz, że ludzie myśleli, gdy przyjęli tę tezę za pewnik? Czy korzystali z cudownej wyobraźni, gdy zakładali, że nie mogą latać? Nie sądzę.

Moim mentorem był Earl Nightingale. Wiele się od niego nauczyłem. Pamiętam, jak mawiał: „Gdyby większość ludzi zechciała powiedzieć, o czym myśli, to zapanowałoby milczenie”.

Wielu ludzi rywalizuje ze sobą. Często ludzie rywalizują nawet z kimś, kogo nie lubią. „Pokonam go”. Po co? Dlaczego zaprzątasz sobie nim głowę? To nawet nie jest miła osoba. Po co poświęcasz czas na myślenie o niej? A jeśli już chcesz o niej myśleć, skupiaj się na jej zaletach. Jeśli tego nie robisz, wzbudzasz złe wibracje.

Wielu ludzi denerwuje się, gdy ma mnie poznać. Jest to dla mnie zabawne. Pamiętam, jak wiele lat temu zostałem zaproszony jako prelegent na zjazd pracowników firmy Metropolitan Life w Toronto. Wśród tłumu ludzi moją uwagę zwrócił jeden mężczyzna. Powoli podchodził w moją stronę, a potem się wycofywał. I tak kilka razy. Było dla mnie oczywiste, że chciałby mnie poznać, ale nie miał śmiałości. Bardzo się denerwował.

Wreszcie sprawy wziął w swoje ręce jego menedżer. Podszedł z nim do mnie i przedstawił nas sobie: „Bob, chciałbym, abyś poznał Harry’ego”. Dłoń Harry’ego była mokra od potu. Cały się trząsł. Menedżer dodał: „Bardzo się denerwuje spotkaniem z tobą”. Zacząłem się śmiać, lecz zaraz szybko wyjaśniłem: „Nie śmieję się z pana, ale proszę pomyśleć: gdybym stwierdził, że boję się spotkania z panem, czy nie uznałby pan tego za zabawne? Wiem, że pomyślałby pan: »Dlaczego ktokolwiek miałby się denerwować spotkaniem ze mną?« Ja też tak myślę. Dlaczegóż ktoś miałby się denerwować spotkaniem ze mną?!”.

Czemu to robimy? Dlaczego pozwalamy, aby inna osoba, osoba, której nawet nie znamy, tak nas onieśmielała? Dlaczego czujemy się od niej gorsi? Czemu mentalnie kurczymy się? Na pewno tacy się nie urodziliśmy. Ktoś musiał w nas to zaszczepić. Tak zostaliśmy nauczeni.

A teraz posłuchaj. Jesteśmy już duzi. Potrafimy myśleć, zatem zastanówmy się, co naprawdę chcemy robić. Pozbądźmy się tej uporczywej myśli, że coś musimy. Nic nie musisz. Powiesz: „Muszę oddychać”. Wcale nie, możesz włożyć na głowę plastikowy worek i zakończyć swój żywot. Możesz to zrobić. „Trzeba płacić podatki”. Wcale nie. Nie trzeba! Możesz wybrać „pobyt” w więzieniu albo udać się do strefy wolnej od podatków. Nie musisz płacić. Nic nie musisz.

Czy wiesz, co należy sobie uświadomić? To my wybieramy to, co chcemy robić.

Viktor Frankl, wiedeński psychiatra żydowskiego pochodzenia, w czasie II wojny światowej zesłany do obozu koncentracyjnego, napisał książkę pod tytułem Człowiek w poszukiwaniu sensu[1]. Całkiem niezła książka. Napisał w niej między innymi, że niezależnie od tego, jak się nad nim znęcano psychicznie, nikt nie mógł zmusić go do myślenia wbrew sobie.

Podobnie jest w przypadku twoich działań. To my wybieramy, co robimy. „Ona mnie do tego zmusiła!”. Och, nie, nie i jeszcze raz nie. Nie zmusiła cię. Możliwe, że byłaby jakaś sprzeczka, gdybyś zadania nie wykonał. Alternatywa mogłaby być nieprzyjemna. Ale z pewnością nikt cię do tego nie zmusił. Sam zdecydowałeś, jak postąpić. Musimy brać odpowiedzialność za swoje czyny. Musimy wziąć odpowiedzialność za swoje życie!

Gdy zdecydujesz się na coś, czego nigdy wcześniej nie robiłeś, w twojej głowie zaczną się dziać dziwne rzeczy. Jakiś wewnętrzny głosik będzie ci mówić: „Za kogo ty się uważasz? Nie możesz tego zrobić. W żadnym wypadku nie możesz pojawić się tam o 9.00 rano! O 9.00 rano musisz być tutaj. Masz sprawy do załatwienia!”. Często ten wewnętrzny głos wygrywa. Bijesz się z myślami i zazwyczaj głos triumfuje.

W ten oto sposób osoba rezygnuje z namawiania kogoś na zakup ubezpieczenia na 100000 dolarów. Nawet nie wykonuje telefonu, mówiąc sobie: „I tak nic by z tego nie wyszło. Niektórych ludzi po prostu na to nie stać”.

Nonsens. Ludzi stać na wszystko, czego zapragną. Jeśli przejdziesz się po swoim domu, zobaczysz, że pełno w nim zbędnych rzeczy. Kupiłeś je, ponieważ chciałeś. A gdy czegoś naprawdę pragniesz, zrobisz wszystko, by to mieć. Tak działa prawo twojej egzystencji. Gdy podejmujesz decyzję, twój mózg przestawia się na inną częstotliwość. Zaczyna przyciągać wszystko, co nadaje na tej samej częstotliwości. Jeśli to rozumiesz, wszystko staje się prostsze. Jeśli nie rozumiesz, wszystko staje się dosyć trudne. Dlatego teraz spróbujemy to pojąć.

Zanim do tego przystąpimy, wydaje mi się, że pomocne będzie wyjaśnienie skąd pochodzę. Chciałbym podzielić się z tobą historią, jak to wszystko się zaczęło.

Lekcja druga Rób dokładnie to, co ci każęNiezawodny przepis na sukces

Jest taka książka, którą uwielbiam – naprawdę ją ubóstwiam. Nosi ona tytuł Myśl!… i bogać się[2]. Została napisana przez Napoleona Hilla. Miała ona ogromny wpływ na moje życie i na  to, jaki obrałem w nim kierunek. Sięgnąłem po nią w roku 1961, i moje życie zaczęło się zmieniać. Już nigdy jej nie odłożyłem. Cały czas ją czytam. Nie dlatego, że taki ze mnie powolny czytelnik – po prostu ta książka jest tak bogata, że ciągle odkrywam w niej coś nowego.

To, jak pojawiła się w moim życiu, jest również ciekawą historią. Po tylu latach nadal mnie to zadziwia.

W owym czasie pracowałem w oddziale straży pożarnej w East York – dzielnicy Toronto. Była to najlepsza praca, jaką do tamtej pory miałem. Nie powinno mnie tam być. Nie powinienem był tej pracy dostać. O posadę starały się setki, a może tysiące kandydatów. Istnieje pewna grupa ludzi, dla których praca strażaka lub policjanta jest bardzo atrakcyjna, gdyż na takiej posadzie można zarobić trochę więcej niż jako robotnik w fabryce lub kelner. Ja osobiście zawsze uważałem, że zawód strażaka jest lepszy od zawodu policjanta, ponieważ strażacy mogli położyć się spać w czasie nocnego dyżuru, a policjanci nie.

Wróćmy do historii. Znalazłem ogłoszenie w gazecie – oddział straży pożarnej w East York planował zatrudnić 21 strażaków. Dopiero co wprowadziłem się do tej dzielnicy. Dorastałem w rejonie the Beaches położonym niedaleko East York i pomyślałem sobie: „Super, taka praca to jest to”.

Pracowałem wówczas na stacji benzynowej. Zmieniałem opony, wymieniałem olej, oliwiłem i myłem samochody… Zarabiałem dolara na godzinę. Pracowałem 48 godzin tygodniowo, sześć dni w tygodniu. W jednym tygodniu każdego miesiąca pracowałem siedem dni, zatem w miesiącu miałem trzy dni wolne i zarabiałem około 50 dolarów na tydzień.

Sąsiadem mojej matki był pewien sędzia pokoju – sędzia Lynn. Nie znałem go. Nie wiedziałem nawet, jak wygląda. Wiedziałem jedynie, że jest sędzią pokoju. Wybrałem się do niego i zapukałem do drzwi. Gdy otworzył, powiedziałem: „Nie zna mnie pan, ale moja mama mieszka dwa domy stąd. W East York straż pożarna szuka kandydatów na strażaków. Zamierzam złożyć papiery. Zastanawiałem się, czy mógłby pan zrobić coś, co by mi pomogło”.

Myślę, że moja prośba zrobiła na nim wrażenie. „Wejdź synu” – odparł. Wykręcił numer straży pożarnej i powiedział: „Jest tu u mnie pewien młody człowiek, którego widziałbym w waszych szeregach”. I tak oto dostałem pracę!

Problem w tym, że strażak powinien ważyć około 75 kilogramów. W życiu tyle nie ważyłem. Zacząłem chodzić na siłownię, by nieco przybrać na wadze, gdyż wiedziałem, że czeka mnie badanie lekarskie. W desperackiej próbie przytycia sięgnąłem po napój Weight On – skoncentrowany tłuszcz – i zapijałem go sokiem pomarańczowym, żeby tego świństwa nie zwymiotować. Próbowałem wszystkiego, ale nadal ważyłem zaledwie 60 kilogramów!

Nadszedł dzień kontroli lekarskiej. Starszy doktor zerknął na mnie i zagaił: „A zatem będzie pan strażakiem”.

Ja na to: „Tak, panie doktorze!”.

„Proszę podejść tam i się zważyć”.

Stanąłem na wadze, a lekarz spytał: „No, ile pokazuje?”.

„75 kilo!”

Zamilkł na chwilę, a potem odrzekł: „Dobrze, niech tak będzie” – i zapisał wynik. Tak oto dostałem się do straży pożarnej!

Pracowałem siedem dni i siedem nocy w miesiącu. Gdy miało się nocną zmianę, szło się do kuchni, przyrządzało coś do jedzenia, coś do picia – chociażby filiżankę herbaty – oglądało telewizję, a gdy robiło się późno, ścieliło się łóżko i szło spać. Jeśli ktoś zaprószył ogień w środku nocy, odczuwało się to jako ogromną niedogodność – trzeba było wstać z łóżka i jechać z pomocą.

Nikt nigdy nie zrezygnował z takiej posady. Od roku 1934 nie zrezygnowała ani jedna osoba. Przysypiałem sobie w pracy, rano wstawałem rześki i mogłem chodzić grać w golfa albo w bilard. Mój dochód zwiększył się dwukrotnie, a ja prawie w ogóle nie musiałem pracować! Było jak na emeryturze. Wydawało mi się, że umarłem i trafiłem do nieba.

Pewnego razu siedziałem sobie w kuchni. Dosiadł się z kubkiem kawy Ray Stanford – mężczyzna, który mieszkał w pobliżu remizy. Ray był niesamowitym człowiekiem. Większość czasu poświęcał na uświadamianie innych, aby ci przejrzeli na oczy.

„Bob, co chciałbyś robić?” – spytał Ray Stanford.

„Nie zamieniłbym tej pracy na żadną inną. Bardzo mi się tu podoba! Czemu miałbym coś zmieniać?” – odparłem.

Ray wiedział jednak coś, o czym ja wówczas nie miałem pojęcia. Wiedział, że moja przeszłość, moje świadectwa szkolne nie odzwierciedlały prawdziwego mnie, a moje ówczesne zarobki nie były takie, na jakie mnie było stać.

„Czego naprawdę pragniesz?” – spytał.

„Trochę pieniędzy” – odparłem.

Faktycznie w owym czasie niczego innego nie chciałem. Zarabiałem wtedy 4000 dolarów na rok, a mój kredyt wynosił 6000 dolarów. Gdybym wszystko, co zarobiłem przez osiemnaście miesięcy przeznaczył na spłacenie długu, nie zostawiając sobie nic na życie, to wyszedłbym na zero.

Ray wyciągnął z kieszeni plik banknotów i powiedział:

„One nie mówią, ale słyszą. Jeśli je zawołasz, przyjdą do ciebie. Ile chcesz?”.

„25 tysięcy dolarów”.

Oczywiście nie wierzyłem zupełnie, bym mógł tyle zarobić. Musielibyśmy chyba sprzedać jeden z wozów strażackich, by zdobyć takie pieniądze. Takich pieniędzy nie miał nikt, kogo znałem. Było to dla mnie jak dostanie się wpław na Hawaje. Zupełnie niemożliwe. Zostałem wychowany w taki sposób, aby być przekonanym, że to niemożliwe. Przesiąkłem tym przekonaniem do szpiku kości. Nikt w mojej w rodzinie czegoś takiego nie dokonał. Jak pamięcią sięgam, nikt w mojej rodzina nawet nie poszedł do szkoły. Nie miałem pojęcia, w jaki sposób ta niedorzeczna suma pieniędzy przyszła mi na myśl.

Rayowi nie drgnęła nawet powieka. Powiedział mi po prostu: „Jeśli będziesz uważnie wykonywać moje polecenia, pokażę ci, co zrobić, aby osiągnąć to, czego pragniesz”.

Nie wierzyłem w to, ale zrozumiałem, że on w to wierzy – i to mnie poruszyło.

Zdecydowałem więc, że postąpię zgodnie z jego słowami, począwszy od przeczytania wręczonej mi książki, książki, o której nigdy nie słyszałem, noszącej tytuł Myśl!… i bogać się napisanej przez Napoleona Hilla.

Ray poinstruował mnie: „Chcę, abyś czytał ją każdego dnia”. Było to dla mnie trudne, ale dałem radę. Stwierdziłem, że będę dokładnie wykonywać jego polecenia, aż okaże się, że Ray kłamie albo nie ma pojęcia, o czym mówi.

Zabrałem się do czytania i – jak już wcześniej wspomniałem – mój cały świat zaczął się zmieniać. Rozglądałem się wokół. Widziałem, jak moi koledzy przychodzą do pracy i siadają przed telewizorem. Mieli może około 40 lat, a rozmawiali o związkach zawodowych i wczesnej emeryturze. A potem usłyszałem, że Harry, który przeszedł na emeryturę poprzedniego roku, właśnie zmarł. Biedak. Serce nie dało rady.

Pomyślałem: „Nie mogę tu zostać. Muszę się stąd wydostać”. Robiłem zatem dalej to, co kazał mi Ray. I już nigdy nie przestałem.

Obecnie, gdy kogoś szkolę, zawieram z nim podobną umowę. Musi robić dokładnie to, co mu mówię, dopóki nie okaże się, że kłamię albo nie wiem, co mówię.

Tobie również proponuję taką umowę. Wiem, co pomyślisz – że jestem trochę szalony. Zapewne tak myśli większość ludzi.

Ale jeśli zaczniesz postępować zgodnie z moimi wskazówkami, osiągniesz to, czego pragniesz. Podobnie było w moim przypadku.

Jeśli zarządzasz ludźmi, nie pozwól, aby ich zachowanie namieszało ci w głowie. Nie pozwól, aby ich dotychczasowe „zdobycze” sprawiły, abyś myślał, że tylko do tego są zdolni. Niech uwierzą w to, w co ty wierzysz. Jak to zrobić? Niech zaczną od prostych rzeczy. Muszą jednak w pełni się zaangażować. Muszą wykonywać je każdego dnia. Każdego. Nie ma tu żadnego haczyka. Nie ma znaczenia, czy jesteś inteligentny, czy też nie.

Lekcja trzeciaPotrzebna jest tylko jedna umiejętnośćO sile dyscypliny, która zmienia życie

W czasie naszej pierwszej rozmowy Ray powiedział mi coś niezwykle istotnego: „Aby odnieść sukces, niezbędna jest tylko jedna umiejętność. Trzeba być zdyscyplinowanym”.

Nie podobała mi się idea dyscypliny. Nie wiedziałem dokładnie, co to słowo znaczyło dla Raya, ale miałem wspomnienia z czasów, gdy służyłem w marynarce wojennej. Czułem się tam jak wcześniej w szkole. Też nie miałem ochoty wykonywać poleceń. Niestety w wojsku, gdy odmówiło się wykonania rozkazu, miało się spore kłopoty! W moje 21. urodziny zamknięto mnie w celi. Innym razem musiałem cały dzień pokonywać tor przeszkód.

To, co z nami tam robiono, to czysty sadyzm. Wiedziałem, jakie obowiązywały tam reguły, a mimo to mówiłem: „Chrzanić to. Nie będę postępować według waszych reguł”. „Doprawdy?!”. Wydaje mi się, że każdy młody człowiek powinien trafić do wojska na pół roku lub rok. W ten sposób szybko dorośnie. Wojsko wzmacnia psychicznie!

Wojsko wzmocniło mnie psychicznie, ale pozostawiło również dziwne odczucie, że dyscyplina jest równoznaczna karze. Jeśli nie zrobiłem, co mi kazano, wysyłano mnie na plac, gdzie musiałem wykonywać przysiady z karabinem nad głową. Karabin ważył zaledwie 4 kilogramy, ale jeśli musisz go trzymać nad głową choćby przez kilka minut, masz wrażenie, że waży 400! Do tego cały czas słyszałem: „Podnieś go wyżej”.

Nie opowiadam tej historii zbyt często, ale właśnie teraz mi się przypomniała, więc myślę, że mam się nią z tobą podzielić. Stałem na placu. Nadzorował mnie podoficer. Według mnie był bardzo złośliwy. Kazał mi wykonywać skoki do góry, a ja dopiero zakończyłem taką karę, którą wykonywałem przez czternaście dni. Dopiero co mnie wypuścili i od razu znów wylądowałem na placu na kolejne czternaście dni. Pomyślałem sobie: „Już tego nie wytrzymam!”. I wywróciłem się.

„Wstawać!” – krzyknął oficer.

„Nie mogę” – odpowiedziałem.

„Co się stało?”

„Boli mnie w boku”.

„W takim razie idź do punktu medycznego”.

Odparłem, że nie mogę chodzić. Zaniesiono mnie tam, a ja bałem się przyznać, że kłamałem, bo napytałbym sobie jeszcze większej biedy. Podszedł do mnie midszypmen (to ktoś w rodzaju kadeta, nie jest on jednak uczniem, gdyż pełni służbę). Nacisnął mój bok i spytał:

„Boli?”

„Tak” – odparłem.

Następnego ranka zajął się mną chirurg, który miał mi wyciąć wyrostek robaczkowy! Bałem się przyznać, że nic mi nie dolega, więc wycięto mi wyrostek. Resztę kary odbyłem w szpitalu, a potem dostałem dwutygodniowe zwolnienie lekarskie. Pomyślałem sobie: „Jaka szkoda, że nie mam jeszcze jednego wyrostka!”.

Gdy nie stosujesz się do reguł gry, pakujesz się w różne dziwne sytuacje. Dla mnie dyscyplina wiązała się nieodłącznie z karą. Właściwie dyscyplina w moim rozumieniu była karą – wyciskaniem siódmych potów na placu przed koszarami.

Prawda jest inna. Dyscyplina to zdolność do wydania sobie polecenia i wykonania go. Nigdy nic wielkiego nie osiągniesz, jeśli zabraknie ci dyscypliny. Jeśli jesteś zdyscyplinowany, możesz osiągnąć cokolwiek zapragniesz. To takie oczywiste, takie proste, a jednocześnie tak źle rozumiane. Większość ludzi przeżywa swe życie nie osiągnąwszy tego, co by mogli, gdyż brakuje im dyscypliny. Ray miał rację – gdy jesteś zdyscyplinowany, możesz mieć wszystko, czego zapragniesz.

Jestem osobą niezwykle zdyscyplinowaną. Nie dbam o to, czy inni pracują. Nie ma dla mnie znaczenia, co robią inni. Wiem, co sam mam zrobić, i robię to. Nikt nie musi mnie do tego motywować. Nikt nie musi mnie chwalić. Niezbędna jest jedynie dyscyplina. To wszystko. Nie potrzebuję peanów na swą cześć. Muszę jedynie wysilić swoją wyobraźnię. Potem mówię: „Zrobię to dziś!” – przystępuję do pracy i osiągam cel.

Jeśli chcesz dokonać jakiejś ważnej zmiany w swym życiu, musisz wydać sobie polecenie, co należy zrobić, a potem bezwzględnie to wykonać. Jeśli temu podołasz, będziesz rosnąć w siłę. Później będziesz mógł robić, co zechcesz, a nie tylko to, co ci się wydaje, że możesz.

Lekcja czwartaJeśli nie możesz posprzątać wszystkiego sam, w ogóle nie sprzątaj Rozprawienie się z mitem ciężkiej pracy

W drugim rozdziale mojej książki Urodziłeś się bogaty radzę czytelnikom, jak wyjść z długów. Należy uruchomić automatyczny program spłaty długu – dzięki niemu część twojego przychodu odprowadzana jest na odpowiednie konto, by pokryć zobowiązania. Wszystko dzieje się automatycznie, nie musisz o nic się martwić, nie musisz nawet myśleć o długu. A potem zaczynasz budować w swym umyśle koncepcję prosperity.

To proste – gdy o czymś myślisz wystarczająco długo i intensywnie, zaczniesz to przyciągać. Ważne, by zrozumieć, że nie będzie to coś, czego pragniesz, lecz to, z czym jesteś emocjonalnie związany. Właśnie z tego powodu ciągłe myślenie o spłaceniu długu spowoduje, że pozostaniesz w nim na zawsze.

Jak już wspominałem wcześniej, nie myślałem poważnie o zarobieniu 25 tysięcy dolarów. Przynajmniej nie było to coś uświadomionego. Ray natomiast potraktował moje słowa poważnie i kazał mi zapisać ten cel na kartce.

Gdy już to zrobiłem, zaczęły się dziać interesujące rzeczy.

Przed rozmową z Rayem cały czas myślałem o swoich długach. Wierzyciele dzwonili do mnie bez ustanku, a ja wykrzykiwałem w złości: „Wynoście się! Nie mam żadnych pieniędzy!”. Byłem na nich wściekły, choć upominali się przecież o swoje pieniądze! Nie powinni byli ich pożyczać. Ale jednak to zrobili. A teraz – cóż za zaskoczenie – chcieli je odzyskać. I w ten oto sposób, chcąc nie chcąc, cały czas myślałem o swoich długach.

Gdy jednak zapisałem swój cel, zacząłem myśleć o zarabianiu pieniędzy. O tych 25 tysiącach.

Przypomniałem sobie, jak ktoś mówił: „Można zarobić niezłe pieniądze na sprzątaniu”. Pomyślałem sobie: „Nie unoszę się dumą. Mogę czyścić podłogi”. Ta sama osoba powiedziała: „Nie pracuj dla kogoś, pracuj dla samego siebie”. To miało sens. Jeśli jednak chciałem tym się parać, musiałem najpierw kupić specjalną maszynę do czyszczenia podłóg i mnóstwo innego sprzętu.

Znalazłem używaną maszynę za 980 dolarów, do tego kupiłem kilka wiader i mopów. Znaczyło to, że muszę skądś wykombinować 980 dolarów. Wiedziałem, że nikt mi takich pieniędzy nie pożyczy. Sam bym sobie nie pożyczył, bo było jasne, że ich nie oddam! Nie z tego powodu, że nie chciałem ich oddać – po prostu nigdy nie miałem wystarczającej sumy, by to zrobić. Przeczytałem jednak w książce, że jeśli jedna osoba nam odmówi, mamy iść do następnej, a potem do kolejnej, aż nabierzemy wprawy w prezentowaniu naszego pomysłu biznesowego i wtedy wreszcie z pewnością ktoś nam pożyczy.

W ten sposób dotarłem do spółki powierniczej. Miałem spotkać się z menedżerem, Alem Keiperem. Przyjął mnie w swoim gabinecie. Zacząłem opowiadać z ogromnym entuzjazmem o moich planach, o tym, jak w myślach zbudowałem firmę sprzątającą, która będzie myć podłogi na całym świecie. Sądzę, że uznał mnie za nieszkodliwego wariata, ale chyba ujął go mój entuzjazm.

Powiedział: „Pożyczę panu pieniądze”. Byłem w szoku. Z firmy odchodziłem z tysiącem dolarów w ręku.

Prowadziłem moją firmę sprzątającą i jednocześnie nadal pracowałem w straży pożarnej. Uważałem, że dorobienie się większych pieniędzy wiąże się z cięższą pracą, zdobywaniem kolejnych klientów. I tak upływały mi dni na naprzemiennym myciu podłóg i gaszeniu pożarów. Gdy wchodziłem do remizy, modliłem się, by nikt nie zaprószył ognia – byłem tak zmęczony, że marzyłem jedynie o spaniu.

Pewnego dnia zemdlałem na ulicy. Byłem wycieńczony. Odzyskałem przytomność, leżąc na chodniku, spojrzałem w górę, a nade mną stał wielki policjant. Być może wcale nie był olbrzymem, ale taki mi się zdawał, gdy na niego spoglądałem z dołu. Poza tym okoliczności całego zajścia były dość przerażające – wokół mnie kłębił się tłum gapiów, błyskały światła, dała się słyszeć syrena. Zemdlałem i pewnie ktoś pomyślał, że nie żyję. Miałem wtedy zaledwie dwadzieścia siedem lat. Nie jest normalne, gdy taki młody człowiek traci przytomność na ulicy.

Zamierzali zabrać mnie do szpitala. Gdy odzyskałem przytomność i zorientowałem się w sytuacji, pomyślałem jedynie: „Muszę się stąd wydostać”. Przekonałem ich, że szpital nie jest konieczny, stanąłem na nogi, oddaliłem się od zbiegowiska i usiadłem opodal, by pomyśleć. Nagle usłyszałem wewnętrzny cichy głos: „Jeśli nie możesz posprzątać wszystkiego sam, w ogóle nie sprzątaj”.

I tak zostałem szefem, a do sprzątania zatrudniłem innych. W ciągu pięciu lat moja firma świadczyła usługi biurom w Toronto, Montrealu, Bostonie, Cleveland, Atlancie i Londynie (w tym w Wielkiej Brytanii). Gdybyś mnie wtedy spytał, co robię, odparłbym, że sprzątam biura. Co jeszcze robiłem? Każdego dnia czytałem Myśl!… i bogać się. Robiłem tow sposób zdyscyplinowany. Wiele osób zajmowało się sprzątaniem biur, ale nie czytało książki. Wiele też osób czytało książkę, ale nie zajmowało się sprzątaniem biur. Nagle zapragnąłem dowiedzieć się, czemu zawdzięczam tak wielki sukces.

 

Lekcja piątaProblem tkwi w tym, gdzie się znajdujeszWyjście poza ustalenie celu

Z jednej z pierwszych lekcji, jakie dał mi Ray Stanford, dowiedziałem się, że musimy spojrzeć na to, w jakim miejscu się znajdujemy, następnie musimy zastanowić się, dokąd zmierzamy, i wreszcie musimy ruszyć z miejsca i przeć do przodu. To takie proste i oczywiste. A jednak, jeśli tylko o to chodzi – i naprawdę nie chodzi o nic więcej – to dlaczego ludzie wciąż tkwią w miejscu?

Odpowiedź zdaje się oczywista. Po prostu nie wiedzą, dokąd zmierzać. Innymi słowy nie mają wytyczonego celu.

Dawniej sądziłem, że w tym tkwi problem, ale już tak nie myślę. Jestem przekonany, że większość ludzi ma cel. Być może nie potrafią precyzyjnie go opisać, być może nie zapisali go w taki sposób, by każdy mógł to zrozumieć. Wydaje mi się, że jednak mają przed oczyma punkt, do którego dążą.

Co zatem nam pozostaje? Pozostaje kwestia tego, gdzie znajdujemy się obecnie. Uświadomiłem sobie, że właśnie w tym tkwi problem.

W jakim punkcie się znajdujesz? Gdy zadaję to pytanie, większość osób odpowiada: „Wiem, gdzie jestem. Znajduję się w Hotelu Sheraton na pańskim seminarium”. No tak. Faktycznie jesteś tu fizycznie, ale gdzie znajdujesz się mentalnie? Dlaczego osoba, która posiadła całą tę wspaniałą wiedzę, nadal jest w wewnętrznym konflikcie. Z jednej strony wie, co ma robić, by zmienić swoje życie, a z drugiej – ciągle postępuje jak zawsze.

Jest to możliwe, ponieważ nasza osobowość składa się z dwóch części. Jedna cześć to nasz umysł, który postrzega świat wokół. To on pozwala nam podejmować decyzje, myśleć, używać wyobraźni. Drugą częścią składową naszej osobowości jest podświadomość (albo inaczej umysł emocjonalny). Za chwilę to omówimy.

Jeśli uważasz, że możesz zarabiać znacznie więcej niż teraz, podnieś rękę. Widzę, że tak myślisz. Dlaczego więc, do diaska, tego nie robisz? Mówisz: „Wierzę, że potrafię!” – i na pewnym poziomie faktycznie w to wierzysz. To poziom świadomości. Powtarzasz: „Tak, tak! Nie tylko w to wierzę, ja to wiem!”. Niestety nie jest to ta część twojej osobowości, która panuje nad twoim zachowaniem, a przecież to zachowanie wpływa na to, ile zarabiasz.