Wydawca: Wydawnictwo Świętego Wojciecha Kategoria: Poradniki Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka zachowywania umiaru - Anselm Grün

Czy chciałbyś odkryć coś, co sprawi, że pewnego dnia z ulgą powiesz: „Mam wszystko, jestem spełnionym i szczęśliwym człowiekiem”?

Wyobraź sobie, że to „coś” odkrył już przed tysiąc pięciuset laty niezwykły mnich, św. Benedykt, i na tej podstawie stworzył słynną Regułę. Książka, którą trzymasz w ręce, czerpie z mądrości tamtego starożytnego tekstu.

Okazuje się bowiem, że tajemnicą szczęśliwego życia jest… Sztuka zachowywania umiaru. To umiar decyduje o pełni szczęścia! Ma zasadnicze znaczenie dla zdrowia człowieka (jak mówi przysłowie: Brak umiarkowania jest żywicielką lekarzy), leczy duszę, łagodzi napięcia. Mało tego: uwalnia od presji reklam, pozwala smakować życie, czuć się bezpiecznie i uzyskać to, za czym głęboko tęsknimy. Czy warto zatem czekać na inną książkę?

Opinie o ebooku Sztuka zachowywania umiaru - Anselm Grün

Fragment ebooka Sztuka zachowywania umiaru - Anselm Grün

Wpro­wa­dze­nie

Życie bez sto­so­wa­nia mia­ry jest czymś nie­wy­o­bra­żal­nym. Co­dzien­nie mie­rzymy i wa­żymy rze­czy, któ­re nam służą. Chce­my przy­kła­dać do wszyst­kie­go wła­ści­wą mia­rę. Sta­ra­my się na przy­kład re­ago­wać na mia­rę da­nej sy­tua­cji, gdy ktoś nas krytykuje. Kie­dy prze­kra­cza­my mia­rę, tra­ci­my wy­czucie tego, co jest dla nas od­po­wied­nie. Ula­tuje z nas po­wie­trze, tra­ci­my ener­gię, czuje­my się nie­ja­ko opróż­nie­ni, wy­czer­pa­ni. Kto mie­rzy rze­czy wła­ści­wą mia­rą i za­cho­wuje umiar, nie wy­czer­puje się tak ła­two. Kto nie zna umia­ru, mie­rzy siły na za­mia­ry i po­rywa się na zbyt wiel­kie rze­czy, nie po­wi­nien się za­tem dzi­wić, je­śli w pew­nej chwi­li po­czuje się wy­pa­lo­ny. Ta­kie po­dej­ście to przy­kła­da­nie do sie­bie nie­wła­ści­wej mia­ry, dą­że­nie do rze­czy, któ­re nie są dla nas do­bre. Cza­sem wy­czuwa­my, że ktoś prze­bie­ra mia­rę i uzur­puje so­bie pra­wo do cze­goś, co mu się nie na­le­ży. Od­czuwa­my wte­dy dys­kom­fort, bu­dzi się w nas in­stynk­tow­ny sprze­ciw. Waż­ne jest, aby za­cho­wywać w życiu umiar, okre­ślać wła­ści­wą dla nas mia­rę.

Nie­miec­kie sło­wo okre­śla­ją­ce umiar – Maß – ozna­cza­ło pier­wot­nie od­mie­rzo­ną, usta­lo­ną ilość lub wiel­kość. Jest ono za­tem zwią­za­ne z po­ję­cia­mi ta­ki­mi jak mie­rze­nie oraz wy­tycza­nie gra­nic i wy­ka­zuje po­kre­wień­stwo ze sło­wem Mes­ser (‘nóż’), od­no­szą­cym się do na­rzę­dzia służą­ce­go do od­kra­wa­nia i od­dzie­la­nia. Do dziś w ję­zyku nie­miec­kim ist­nie­ją po­cho­dzą­ce z tego sa­me­go pnia sło­wo­twór­cze­go wy­ra­zy Durch­mes­ser (‘śred­ni­ca’) i Wind­mes­ser (‘wia­tro­mierz’). Sto­so­wa­nie wła­ści­wej mia­ry jest więc zwią­za­ne z po­praw­nym okre­śla­niem gra­nic. Do tej sa­mej gru­py na­le­ży rów­nież sło­wo Mal (‘zna­mię’, ‘pięt­no’ lub ‘ozna­ko­wa­ne miej­sce’), ozna­cza­ją­ce pier­wot­nie wy­mie­rzo­ny i wy­zna­czo­ny punkt. Jest ono spo­krew­nio­ne z grec­kim me­tron (‘mia­ra’), a za­ra­zem z rdze­niem słów me­di­ta­ri (‘roz­myślać’) i me­di­cus (‘mą­drze oce­nia­ją­cy’, ‘świa­tły do­rad­ca’). Już po­cho­dze­nie tych słów zdra­dza nam, że za­cho­wywa­nie umia­ru, mie­rze­nie rze­czy wła­ści­wą mia­rą i wy­zna­cza­nie kryte­riów od­po­wied­nich dla na­sze­go myśle­nia i dzia­ła­nia mają na nas ko­rzyst­ny wpływ. Kto zna umiar, ten ma w so­bie jak­by we­wnętrz­ne­go do­rad­cę, le­ka­rza dba­ją­ce­go o wła­ści­wy tryb życia i chro­nią­ce­go przed nie­przyjem­nymi do­świad­cze­nia­mi, a na­wet cho­ro­ba­mi. Taki czło­wiek nie bę­dzie uzur­po­wał so­bie pra­wa do życia wbrew wła­snej na­turze, wbrew zło­żo­nej w nim we­wnętrz­nej mie­rze.

Sło­wo Maß wią­że się wresz­cie z Muße (‘od­po­czynek’, ‘świa­do­ma bez­czyn­ność’). Kto żyje z umia­rem, ma rów­nież czas na od­po­czynek, po­tra­fi od­na­leźć we­wnętrz­ny spo­kój. Po­zwa­la so­bie na spo­kój, któ­re­go po­trze­bu­je. Od za­cho­wywa­nia umia­ru za­le­ży to, czy bę­dzie­my w życiu szczę­śli­wi.

Już se­man­tyka po­ję­cia „umiar” wpro­wa­dza nas za­tem w wie­le sfer życia, do­tyka­jąc jego naj­róż­niej­szych aspek­tów: kon­sump­cji, re­la­cji ze stwo­rze­niem i z sobą, za­an­ga­żo­wa­nia w pra­cę za­wo­do­wą oraz dzia­łal­ność or­ga­ni­za­cji spo­łecz­nych, a tak­że pla­no­wa­nia dnia i cza­su wol­ne­go. Wstrze­mięź­li­wość do­brze wpływa na czło­wie­ka. Wie­dział o tym już św. Be­ne­dykt, któ­ry przed ty­siąc pię­ciu­set laty stwo­rzył dla swo­ich mni­chów słyn­ną Re­gułę. Zwró­cił w niej uwa­gę na po­trze­bę wpa­ja­nia so­bie – jak to okre­ślił – „mat­ki wszyst­kich cnót”, di­scre­tio, czyli po­sta­wy roz­trop­no­ści, prze­zor­no­ści i roz­wa­gi, któ­ra uzdal­nia nas do do­bre­go życia.

Gdy mó­wi­my o umia­rze, nie cho­dzi o ape­le mo­ral­ne, lecz o od­krycie dro­gi do zdro­we­go, sa­tys­fak­cjo­nują­ce­go życia. Je­że­li wciąż bę­dzie­my do­le­wać wina do peł­ne­go już kie­lisz­ka, to w pew­nej chwi­li za­cznie się ono wy­le­wać na stół, a póź­niej na pod­ło­gę, i prze­sta­nie się nada­wać do pi­cia. Cen­ny trunek zo­sta­nie zmar­no­wa­ny. Umiar jest więc nie tyl­ko cno­tą, lecz tak­że bo­gac­twem, któ­re spra­wia, że na­sze życie na­bie­ra war­to­ści. Wszyst­ko, cze­go używa­my bez umia­ru, tra­ci swo­ją war­tość. Tę praw­dę zna­my rów­nież z eko­no­mii. Je­że­li bez koń­ca pro­du­kuje się do­bra, ich cena spa­da. War­to­ści ubo­ga­ca­ją na­to­miast na­sze życie, chro­nią na­szą god­ność. War­to­ści – w ję­zyku an­giel­skim va­lu­es, któ­re to sło­wo po­cho­dzi od ła­ciń­skie­go va­le­re (‘być zdro­wym’) – są też źró­dłem zdro­wia. Cen­ny skarb, ja­kim jest umiar, sprzyja za­tem zdro­wiu czło­wie­ka i spo­łe­czeń­stwa.

Spo­glą­da­jąc na ota­cza­ją­cy nas świat, wszę­dzie do­strze­ga­my po­sta­wę nie­umiar­ko­wa­nia. Mo­że­my so­bie, co praw­da, na wie­le po­zwo­lić, ale nie spra­wia nam to sa­tys­fak­cji. Zda­niem nie­miec­kie­go le­ka­rza Wil­hel­ma Schmi­da-Bo­de­go, przy­czyną wszel­kie­go nie­za­do­wo­le­nia jest nad­miar. „Zbyt wie­le obo­wiąz­ków, zbyt wie­le pra­cy, zbyt wie­le po­sia­da­nych rze­czy, zbyt wie­le ha­ła­su, zbyt wie­le pro­po­zycji, za­rów­no w dzie­dzi­nie mody, jak i du­cho­wo­ści. Stra­ci­li­śmy po­czucie umia­ru w pra­wie każ­dej sfe­rze życia i wciąż wy­da­je się nam, że czas umyka nam bez­pow­rot­nie. Brak wstrze­mięź­li­wo­ści jest przy­czyną wszyst­kich na­ło­gów i wszyst­kich pro­ble­mów, wy­ni­ka­ją­cych z nad­mia­ru”[1].

Schmid-Bode mówi o nie­za­do­wo­le­niu, któ­re­go źró­dłem jest nad­miar. Czę­sto pro­wa­dzi on do sy­tua­cji, któ­re prze­ra­sta­ją lu­dzi. Bar­dzo mę­czą­ce jest na przy­kład ro­bie­nie za­kupów w su­per­mar­ke­cie, w któ­rym na pół­kach pię­trzą się nie­zli­czo­ne ga­tun­ki se­rów i dże­mów. Dziś po­trze­bu­je­my zbyt dużo ener­gii i cza­su, aby pod­jąć de­cyzje, któ­re kie­dyś były bar­dzo pro­ste. Jako le­karz Schmid-Bode opo­wia­da się za tym, abyśmy za­cho­wywa­li w życiu umiar. Co cie­ka­we, choć au­tor od­szedł od kon­kret­ne­go Ko­ścio­ła, chęt­nie od­wo­łuje się do mą­dro­ści mni­chów, któ­rych zdol­ność do prak­tyko­wa­nia cno­ty umia­ru wy­war­ła na nim wiel­kie wra­że­nie.

W tej książ­ce, od­wo­łując się do Re­guły św. Be­ne­dyk­ta oraz tra­dycji wcze­sno­chrze­ści­jań­skich mni­chów, chciał­bym po­ruszyć kil­ka aspek­tów zwią­za­nych z wła­ści­wą mia­rą w re­la­cji z sobą, in­nymi ludź­mi i na­turą. Już pa­pież Grze­gorz Wiel­ki pod­kre­ślał, że we­zwa­nie do prak­tyko­wa­nia umia­ru jest waż­ną ce­chą be­ne­dyk­tyń­skiej Re­guły. Tro­ska o umiar­ko­wa­ne życie prze­ni­ka wszyst­kie jej wska­za­nia. Na przy­kład za­ło­życiel za­ko­nu be­ne­dyk­tynów na­po­mi­na opa­ta: „W swych za­rzą­dze­niach prze­zor­ny i roz­waż­ny, bez wzglę­du na to, czy spra­wa, w któ­rej wy­da­je po­le­ce­nie, do­tyczy Boga, czy świa­ta, niech za­wsze za­cho­wuje wni­kli­wość i umiar, po­mnąc na roz­trop­ność świę­te­go Ja­kuba, gdy mó­wił: «Je­śli zmę­czę moje sta­da na­zbyt uciąż­li­wą dro­gą, pad­ną wszyst­kie jed­ne­go dnia». Niech więc opat przy­swoi so­bie i ten, i inne przy­kła­dy roz­trop­no­ści, owej mat­ki wszyst­kich cnót, i niech wszyst­kim kie­ruje z ta­kim umia­rem, by i moc­ni mie­li to, cze­go pra­gną, i sła­bi nie ucie­ka­li (RB 64,17–19)”[2].

Co au­tor Re­guły chce przez to po­wie­dzieć? Be­ne­dykt od­no­si się w tych sło­wach do kil­ku sfer życia jed­no­cze­śnie. Jest świa­do­my tego, że moż­na za­tra­cić roz­są­dek w go­spo­da­ro­wa­niu do­bra­mi ziem­ski­mi i że taka po­sta­wa pro­wa­dzi do ka­ta­stro­fy. Jest jed­nak za­ra­zem prze­ko­na­ny, że nie­bez­pie­czeń­stwo nie­umiar­ko­wa­nia gro­zi czło­wie­ko­wi rów­nież w sfe­rze du­cho­wej. Czło­wiek, któ­ry od­da­je się prak­tykom re­li­gij­nym bez żad­ne­go umia­ru, mija się z sa­mym sobą i z Bo­giem. Po­wścią­gli­wość od­no­si się rów­nież do nie­na­kła­da­nia na sie­bie nad­mier­nych cię­ża­rów. Wła­ści­wa mia­ra nie ma jed­nak nic wspól­ne­go z mier­no­ścią. Ma ona skła­niać oso­by „moc­ne” do cią­głe­go wzra­sta­nia i cie­sze­nia się swo­imi ta­len­ta­mi, ale nie znie­chę­cać rów­nież „sła­bych”.

W Re­gule św. Be­ne­dyk­ta od­naj­du­ję tyle mą­dro­ści, że na stro­ni­cach tej książ­ki chciał­bym ją uka­zać jako dro­gę, na któ­rą może rów­nież wkro­czyć współ­cze­sny czło­wiek. Punk­tem wyj­ścia będą dla mnie nie­zmien­nie jego do­świad­cze­nia, któ­re będę kon­fron­to­wał ze sło­wa­mi i wska­za­nia­mi za­ło­życie­la za­ko­nu be­ne­dyk­tynów. Do na­sze­go klasz­to­ru przy­bywa wie­le osób cier­pią­cych z po­wo­du nie­umie­jęt­no­ści za­cho­wywa­nia umia­ru. U nas od­naj­du­ją na nowo wy­czucie wła­ści­wej mia­ry, któ­re pra­gną pie­lę­gno­wać rów­nież w swo­im co­dzien­nym życiu – w domu i w pra­cy.

[1] W. Schmid-Bode, Maß und Zeit. Ent­dec­ken Sie die neue Kraft der klöster­li­chen Wer­te und Ri­tua­le, Frank­furt 2008, s. 21 n.

[2] Wszyst­kie cyta­ty z Re­guły św. Be­ne­dyk­ta za­czerp­nię­to z jej tek­stu w prze­kła­dzie T. Dąb­ka OSB, http://www.opo­ka.org.pl (do­stęp: 4.08.2016).

ZA­CHO­WYWAĆ RÓW­NO­WA­GĘ

Moim zda­niem, przyj­mo­wa­nie wła­ści­wej mia­ry wią­że się z oso­bi­stą zdol­no­ścią do za­cho­wywa­nia rów­no­wa­gi mię­dzy róż­nymi skraj­no­ścia­mi, z któ­rymi styka­my się w na­szym życiu i mię­dzy któ­rymi mu­si­my się po­ruszać. Chciał­bym tutaj wspo­mnieć o kil­ku z nich. Sztuka prak­tyko­wa­nia umia­ru po­le­ga nie­ja­ko na umie­jęt­nym ba­lan­so­wa­niu mię­dzy tymi eks­tre­ma­mi.

Rów­no­wa­ga mię­dzy skąp­stwem a roz­rzut­no­ścią

Wła­ści­wa mia­ra za­wsze mie­ści się gdzieś po­środ­ku. Spo­tyka­my się z po­sta­wą używa­nia i kon­sumo­wa­nia bez umia­ru. Nie­któ­rzy lu­dzie chcą po­sia­dać wciąż wię­cej. Na­bywa­ją rze­czy, któ­rych wca­le nie po­trze­bu­ją, bo nie po­tra­fią oprzeć się ob­se­sji ro­bie­nia za­kupów. Nie zna­ją żad­nej mia­ry. Ist­nie­je rów­nież po­sta­wa prze­ciw­na – skąp­ców, któ­rzy mają pod do­stat­kiem pie­nię­dzy, ale wca­le ich nie wy­da­ją. Na nic so­bie nie po­zwa­la­ją. Żyją prze­sad­nie oszczęd­nie. Są ma­łost­ko­wi. W re­stau­ra­cji za­wsze za­ma­wia­ją naj­tań­sze po­tra­wy, a w skle­pach kupują naj­tań­sze to­wa­ry. Pe­wien pra­cow­nik ban­ku opo­wia­dał mi o swo­jej żo­nie, oso­bie bar­dzo bo­ga­tej, któ­ra prze­no­si­ła oszczęd­no­ści z jed­ne­go ban­ku do drugie­go, aby zyskać parę gro­szy na wyż­szym opro­cen­to­wa­niu od de­po­zytu. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku te ope­ra­cje dużo ją kosz­to­wa­ły – ko­bie­ta tak skupia­ła się na po­szuki­wa­niu naj­wyż­sze­go opro­cen­to­wa­nia, że stra­ci­ła wszel­ki umiar.

Środ­ko­wy punkt na li­nii mię­dzy bie­gunem skąp­stwa z jed­nej stro­ny a roz­rzut­no­ści z drugiej wy­zna­cza­ją po­sta­wy oszczęd­no­ści i hoj­no­ści. Obie sta­no­wią cno­ty, mię­dzy któ­rymi utrzymu­je się zdro­we na­pię­cie. Kto oszczęd­nie go­spo­da­ruje po­sia­da­nymi rze­cza­mi, jest rów­nież skłon­ny po­zwa­lać, aby ko­rzysta­li z nich inni – może na przy­kład znaj­do­wać ra­dość w świę­to­wa­niu ra­zem z przy­ja­ciół­mi i za­pra­sza­niu ich na wy­kwint­ny obiad. Czło­wiek ską­py nie za­pra­sza przy­ja­ciół, a je­śli już, to co naj­wyżej do baru szyb­kiej ob­sługi; tam zaś trud­no o stwo­rze­nie at­mos­fe­ry świę­ta.

Roz­rzut­ność z jed­nej stro­ny, a skąp­stwo z drugiej to nie cno­ty, lecz wady – a jako ta­kie są one dla czło­wie­ka szko­dli­we. Czło­wiek roz­rzut­ny czę­sto prze­ce­nia swo­je moż­li­wo­ści fi­nan­so­we i wskutek za­tra­ce­nia umia­ru wpa­da w pułap­kę za­dłuże­nia, z któ­rej nie po­tra­fi się wy­do­stać. Kon­se­kwen­cje skąp­stwa czę­sto mamy zaś oka­zję ob­ser­wo­wać w me­diach. Pew­na sieć mar­ke­tów z ar­tykuła­mi elek­tro­nicz­nymi chcia­ła sprze­da­wać pro­duk­ty po jak naj­niż­szych ce­nach, dla­te­go re­kla­mo­wa­ła je za po­mo­cą ha­sła „Żer dla skner”. W ten spo­sób uka­zywa­ła wadę jako cno­tę. Ta­kie po­dej­ście nie mo­gło jed­nak po­zo­stać bez­kar­ne. Osta­tecz­nie stra­te­gia i ha­sło fir­my przy­nio­sły jej klę­skę. Po­dej­ście wie­lu klien­tów daw­no już za­czę­ło się zmie­niać. Nie chcą oni, aby ko­ja­rzo­no ich z po­sta­wą skąp­stwa; nie chcą być uzna­wa­ni za du­si­gro­szy.

Po­sta­wa glo­ryfi­ko­wa­nia skąp­stwa ma fa­tal­ne na­stęp­stwa. Ceny ar­tykułów spo­żyw­czych mu­szą być sta­le ob­ni­ża­ne, aby lu­dzie chcie­li je kupo­wać. Dzie­je się tak jed­nak albo kosz­tem pro­du­cen­tów – ta­kich jak rol­ni­cy, któ­rzy otrzymu­ją co­raz mniej pie­nię­dzy za swo­je pro­duk­ty, albo kon­sumen­tów: po­nie­waż wie­lu klien­tów spo­żywa duże ilo­ści mię­sa, któ­re chcą kupo­wać jak naj­ta­niej, wy­twór­cy i dys­trybu­to­rzy sta­ra­ją się za­spo­ko­ić ich wy­ma­ga­nia, ucie­ka­jąc się bar­dzo czę­sto do nie­le­gal­nych me­tod. Prze­ra­ża­ją nas pro­ce­de­ry sto­so­wa­ne przez kon­cer­ny mię­sne, któ­re na­ra­ża­ją nie­rzad­ko na szwank na­sze zdro­wie, szo­kują nas wy­bu­cha­ją­ce w związ­ku z nimi skan­da­le. Tak na­praw­dę jed­nak je­ste­śmy temu win­ni i my sami, bo kie­ruje­my się mot­tem „Żer dla skner”.

Źró­dłem za­rów­no nie­umiar­ko­wa­nej kon­sump­cji, jak i cho­ro­bli­we­go skąp­stwa jest chci­wość. Zda­niem bud­dystów, sta­no­wi ona przy­czynę wszel­kie­go cier­pie­nia i zła. Pięt­no­wa­no ją jed­nak rów­nież w hi­sto­rii cywi­li­za­cji za­chod­niej. Au­tor Pierw­sze­go Li­stu do Ty­mo­te­usza pi­sze: „Owszem, po­boż­ność jest wiel­kim zyskiem dla tego, kto za­do­wa­la się tym, co po­sia­da. Ni­cze­go na ten świat nie przy­nie­śli­śmy. Ni­cze­go tak­że nie mo­że­my z nie­go za­brać. Ma­jąc na­to­miast je­dze­nie i ubra­nie, bądź­my z tego za­do­wo­le­ni! Ci, któ­rzy chcą się bo­ga­cić, wpa­da­ją w pułap­kę po­kusy oraz ule­ga­ją licz­nym bez­sen­sow­nym i szko­dli­wym żą­dzom. One to pro­wa­dzą lu­dzi do rui­ny i na za­tra­ce­nie. Bo­wiem ko­rze­niem wszel­kie­go zła jest chci­wość. Nie­któ­rzy ogar­nię­ci nią od­stą­pi­li na­wet od wia­ry i na­ba­wi­li się licz­nych udręk” (1 Tm 6,6–10).

Pierw­szy List do Ty­mo­te­usza, na­pi­sa­ny pod ko­niec I wie­ku po Chrystusie, od­no­si się w tym miej­scu do tez po­pular­nej fi­lo­zo­fii grec­kiej, zwłasz­cza sze­ro­ko roz­po­wszech­nio­nych w tam­tych cza­sach po­glą­dów sto­ików (chci­wość czy żą­dzę okre­śla się w niej po­ję­ciem epi­thymia). Już po­gań­scy mę­dr­cy ostrze­ga­li, że żą­dza po­sia­da­nia jest źró­dłem wszel­kie­go zła. Chrze­ści­jań­ski au­tor utoż­sa­mia się z ich po­glą­da­mi i uka­zuje kon­se­kwen­cje „szko­dli­wych żądz” za po­mo­cą dwóch ob­ra­zów: po pierw­sze, pułap­ki, w któ­rą wpa­da czło­wiek fol­gują­cy swo­jej za­chłan­no­ści, sta­jąc się więź­niem nie­zdol­nym do uwol­nie­nia się z niej o wła­snych si­łach; po drugie, to­ną­ce­go, płyną­ce­go „na za­tra­ce­nie” stat­ku. Tę fi­gurę roz­wi­ja Jür­gen Ro­loff: „Tak jak nad­mier­ny cię­żar unie­moż­li­wia stat­ko­wi ma­new­ro­wa­nie, a wresz­cie go za­ta­pia, tak samo nie­opa­no­wa­ny, nie­pod­da­ny żad­nej kon­tro­li pęd po­sia­da­nia spra­wia, że chci­wiec opa­da na dno i gi­nie”[3].

Ob­ra­zy, któ­rymi po­sługuje się au­tor Pierw­sze­go Li­stu do Ty­mo­te­usza, aby opi­sać chci­wość, po­ka­zują nam wy­raź­nie, do­kąd pro­wa­dzi po­sta­wa nie­umiar­ko­wa­nia. Sta­je­my się nie­wol­ni­ka­mi na­szych nie­po­ha­mo­wa­nych żądz. Ule­ga­my złudze­niu, że mamy wol­ność kupo­wa­nia i kon­sumo­wa­nia wszyst­kie­go, na co tyl­ko przyj­dzie nam ocho­ta, tym­cza­sem w rze­czywi­sto­ści de­ter­mi­nują nas ob­se­sja po­rów­nywa­nia się z in­nymi oraz za­chłan­ność, któ­ra do­ma­ga się co­raz wię­cej i któ­rej nig­dy nie bę­dzie­my w sta­nie za­spo­ko­ić. Sta­tek na­sze­go życia sta­je się co­raz bar­dziej prze­cią­żo­ny, prze­sta­je­my czuć się bez­piecz­ni na jego po­kła­dzie. Za­czyna to­nąć, za­nurza­jąc się wskutek nad­mier­ne­go ba­la­stu. U nie­któ­rych osób ten ob­raz jest jak naj­bar­dziej do­słow­ny. Za­peł­nia­ją one swo­je miesz­ka­nia wszel­ki­mi moż­li­wymi przed­mio­ta­mi, któ­re chcą ko­niecz­nie mieć. Choć mno­gość rze­czy nie po­zwa­la im swo­bod­nie od­dychać, nie po­tra­fią się z nimi roz­stać. Ich domy są za­sta­wio­ne nie­po­trzeb­nymi sprzę­ta­mi. Taka sy­tua­cja kła­dzie się cię­ża­rem tak­że na du­szy czło­wie­ka. Nie­kie­dy skąp­stwo i chci­wość spra­wia­ją, że po­pa­da on w cho­ro­bę, ob­ja­wia­ją­cą się ob­se­syj­nym gro­ma­dze­niem przed­mio­tów.

Nie­miec­ki teo­log Frie­drich Schor­lem­mer tak pi­sze o chci­wo­ści: „Chci­wość po­tra­fi ogłupiać czło­wie­ka na wie­le spo­so­bów, wskutek cze­go od­no­sząc suk­ces, tra­ci on wszyst­ko. Nie­szczę­ście może się kryć wła­śnie w nad­mia­rze suk­ce­su, gdy nad­mier­ne bo­gac­two pro­wa­dzi do nad­mier­nej tro­ski o to bo­gac­two, za­bi­ja­jąc w ten spo­sób du­szę czło­wie­ka”[4].

Z ko­lei we­dług fran­cu­skie­go fi­lo­zo­fa Pas­ca­la Bruck­ne­ra, chci­wość jest prze­ja­wem in­fan­tyli­zmu ce­chu­ją­ce­go współ­cze­sne spo­łe­czeń­stwo: „In­fan­tylizm łą­czy pra­gnie­nie bez­pie­czeń­stwa z nie­okieł­zna­ną chci­wo­ścią, do­ma­ga się za­spo­ka­ja­nia swo­ich po­trzeb, nie oka­zując go­to­wo­ści do wy­peł­nia­nia choć­by naj­drob­niej­szych obo­wiąz­ków”. Zda­niem myśli­cie­la, taka po­sta­wa stresz­cza się w ha­śle: „Z ni­cze­go nie re­zygnuj!”. Chci­wość do­pro­wa­dzi­ła do po­wsta­nia swo­iste­go spo­łe­czeń­stwa nad­mia­ru. Nie za­do­wa­la się ono tym, że za­wsze ma się do dys­po­zycji tyle, ile się po­trze­bu­je. Nie, rze­czy te mu­szą się wciąż zmie­niać i być po­da­wa­ne w no­wych opa­ko­wa­niach. I spo­łe­czeń­stwo nad­mia­ru do­cie­ra jed­nak do swo­ich gra­nic. Drę­czy je tro­ska już nie o za­spo­ko­je­nie pod­sta­wo­wych ludz­kich po­trzeb, lecz o to, co zro­bić z nad­mia­rem na­gro­ma­dzo­nych dóbr.

Eko­no­mi­ści do­strze­ga­ją w chci­wo­ści aspek­ty po­zytyw­ne – jest ona, ich zda­niem, mo­to­rem na­pę­do­wym go­spo­dar­ki: aby za­spo­ko­ić ludz­ką żą­dzę po­sia­da­nia, na rynek trze­ba wpro­wa­dzać wciąż nowe pro­duk­ty. I tutaj waż­ne jest jed­nak za­cho­wa­nie umia­ru. Nie je­ste­śmy w sta­nie cał­ko­wi­cie po­zbyć się pa­zer­no­ści, ale mimo to nie po­win­ni­śmy po­zwo­lić, aby nas ona de­ter­mi­no­wa­ła; mu­si­my po­skro­mić ją tak, aby sta­ła się roz­sąd­ną mo­tywa­cją na­sze­go dzia­ła­nia. Za­sad­ni­czo po­zytyw­ną for­mą za­chłan­no­ści jest za­chłan­ność do­tyczą­ca wie­dzy o świe­cie, czyli cie­ka­wość. Pod­trzymu­je ona żywot­ność na­sze­go du­cha. Je­że­li jed­nak bę­dzie­my jej fol­go­wać bez umia­ru, i ona może stać się wadą.

[3] J. Ro­loff, Der er­ste Brief an Ti­mo­theus, Zürich 1988, s. 338.

[4] F. Schor­lem­mer, Die Gier und das Glück. Wir ze­rstören, wo­nach wir uns seh­nen, Fre­iburg 2014, s. 4.

Rów­no­wa­ga mię­dzy po­gar­dą dla sie­bie a pychą

In­nym wy­mia­rem har­mo­nii, o któ­rą po­win­ni­śmy się za­trosz­czyć, jest rów­no­wa­ga mię­dzy po­gar­dą dla sie­bie a pychą. Obie po­sta­wy mają taką samą przy­czynę – brak umia­ru w wy­obra­że­niach o so­bie. Chcie­li­byśmy tak na­praw­dę być naj­wspa­nial­si, naj­lep­si, naj­bar­dziej in­te­li­gent­ni, naj­pięk­niej­si, naj­bar­dziej atrak­cyj­ni, naj­bar­dziej lu­bia­ni i naj­bo­gat­si. Kie­dy za­uwa­ża­my, że umie­my spro­stać temu ide­ało­wi, re­aguje­my od­rzuce­niem sie­bie lub wzgar­dą dla świa­ta. Czuje­my się gor­si i po­tę­pia­my się, bo mamy wo­bec sie­bie wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia. Za ową po­gar­dą dla sie­bie czę­sto kryje się pra­gnie­nie, aby inni nas do­ce­ni­li. Umniej­sza­my się, żeby inni nas wy­wyż­sza­li. Po­gar­dę dla sie­bie wy­wo­łuje w nas in­fan­tylizm – i dzie­ci nie­śmia­ło tulą się do ro­dzi­ców, aby ci je chwa­li­li lub pod­no­si­li.

Za­rów­no po­gar­da dla sie­bie, jak i zbyt wy­so­kie mnie­ma­nie o so­bie kształ­tują w nas bar­dzo kon­kret­ne ob­ra­zy. Je­że­li gar­dzę sobą, myślę na przy­kład: „Je­stem nie taki, jaki po­wi­nie­nem być. Nikt nie może ze mną wy­trzymać. Je­stem zbyt po­wol­ny. Lu­dzie mają mnie dość”. Ta­kie wy­obra­że­nia przy­gnia­ta­ją mnie i po­zba­wia­ją ener­gii. Rów­nie szko­dli­we są jed­nak myśli zwią­za­ne z prze­ce­nia­nie wła­snych moż­li­wo­ści, ta­kie jak: „Po­tra­fię być za­wsze per­fek­cyj­ny, za­do­wo­lo­ny, swo­bod­ny i skutecz­ny. Mam wszyst­ko pod kon­tro­lą. Za­wsze myślę po­zytyw­nie”.

Wie­le pro­ble­mów, z któ­rymi przy­cho­dzą do nas lu­dzie, wią­że się z tym, że ich wy­ide­ali­zo­wa­ne wy­obra­że­nia o so­bie nie od­po­wia­da­ją rze­czywi­sto­ści, ale nasi roz­mów­cy nie po­tra­fią się z nimi roz­stać. Wolą przy nich trwać, go­dząc się na złe sa­mo­po­czucie. Nie­rzad­ko ta­kie na­sta­wie­nie wpę­dza czło­wie­ka w de­pre­sję. Szwaj­car­ski psy­chia­tra Da­niel Hell uwa­ża, że de­pre­sja to wo­ła­nie du­szy o po­moc w wal­ce z wy­gó­ro­wa­nymi ocze­ki­wa­nia­mi wo­bec sie­bie. Psy­chi­ka czło­wie­ka wy­czuwa, że ta­kie ob­ra­zy nie są na jego mia­rę, i bun­tuje się prze­ciw­ko nim. Stan du­szy na­le­ży wów­czas po­trak­to­wać jako za­pro­sze­nie do zre­zygno­wa­nia z pie­lę­gno­wa­nych wy­obra­żeń bez po­pa­da­nia w po­gar­dę dla sie­bie – za­pro­sze­nie do za­ak­cep­to­wa­nia sie­bie ta­kim, ja­kim się jest.

Gdy prze­żywa­my de­pre­sję, na­sze uczucia za­mie­ra­ją. Opie­ra­my się przed wej­ściem w ból. Re­agując w ten spo­sób, nig­dy nie zdo­ła­my jed­nak przejść przez cier­pie­nie – za­trzyma­my się na jego po­wierzch­ni. Po­zba­wi­my się w ten spo­sób waż­nej szan­sy: smu­tek wy­wo­ła­ny tym, że je­ste­śmy tacy, jacy je­ste­śmy, po­pro­wa­dzi nas bo­wiem po­przez ból z po­wo­du wła­snej prze­cięt­no­ści w głąb na­szej du­szy. Znaj­du­je się tam prze­strzeń ci­szy, w któ­rej mo­że­my od­czuć po­kój z sobą. Nie prze­ni­ka­ją tam ani myśli zwią­za­ne z pychą, ani te wy­ra­ża­ją­ce po­gar­dę dla sie­bie. W tym za­ka­mar­ku du­szy otwie­ra­my się na pier­wot­ny ob­raz, na jaki stwo­rzył nas Bóg. Je­że­li na­wią­że­my z nim kon­takt, wszyst­kie wy­obra­że­nia zwią­za­ne za­rów­no z od­rzuca­niem, jak i z prze­ce­nia­niem sie­bie zo­sta­ną roz­pro­szo­ne. Sta­nie­my się na­praw­dę sobą, a wte­dy nie bę­dzie­my już od­czuwa­li po­trze­by oce­nia­nia sie­bie, wy­wie­ra­nia na sie­bie pre­sji czy też udo­wad­nia­nia so­bie i in­nym wła­snej war­to­ści. Bę­dzie­my peł­ni pro­sto­ty. Ta­kie czyste bycie wią­że się z głę­bo­kim we­wnętrz­nym do­świad­cze­niem wol­no­ści i po­ko­ju.

Wie­lu lu­dziom z trudem przy­cho­dzi dziś za­ak­cep­to­wać wła­sne ogra­ni­cze­nia. Mają wo­bec sie­bie naj­wyż­sze ocze­ki­wa­nia. Taka po­sta­wa jest im oczywi­ście wpa­ja­na przez re­kla­mę i środ­ki ma­so­we­go prze­ka­zu. Chcą być za­wsze naj­lep­si. Ale ta­kie myśle­nie jest nie­re­ali­stycz­ne. Zwycięz­ca może być tyl­ko je­den. Gdyby wszyscy chcie­li wy­grywać, to wciąż było­by wie­lu nie­za­do­wo­lo­nych. Je­że­li ktoś nie jest naj­lep­szy w spo­rcie, to chce być przy­najm­niej naj­lep­szy w używa­niu ro­zu­mu albo naj­po­boż­niej­szy – wy­gó­ro­wa­ne ocze­ki­wa­nia wo­bec sie­bie prze­ni­ka­ją rów­nież do sfe­ry du­cho­wej. Je­śli dany czło­wiek nie jest naj­lep­szy w żad­nej z dzie­dzin, to za­czyna się przy każ­dej oka­zji umniej­szać, mó­wić, że jest naj­więk­szym grzesz­ni­kiem lub naj­głup­szym czło­wie­kiem, któ­ry stą­pa po zie­mi. Taka prze­sa­da w ne­go­wa­niu wła­snych umie­jęt­no­ści jest jed­nak tak na­praw­dę wo­ła­niem o to, aby inni mnie wy­wyż­sza­li. Je­że­li oso­bie, któ­ra po­da­je się za naj­więk­sze­go grzesz­ni­ka, zwró­ci­my uwa­gę na jej kon­kret­ne błę­dy, za­re­aguje bar­dzo gwał­tow­nie. Je­śli po­wie­my ko­muś, kto kreu­je się na naj­więk­sze­go głup­ca, o rze­czywi­ście po­peł­nio­nym przez nie­go głup­stwie, z całą pew­no­ścią się ob­ruszy. Tacy lu­dzie po pro­stu nie od­naj­du­ją wła­ści­wej dla sie­bie mia­ry – za­wsze chcą być wy­jąt­ko­wi.

Przy­czyną ta­kie­go po­dej­ścia jest czę­sto do­świad­cze­nie opusz­cze­nia. Je­że­li sta­ło się ono na­szym udzia­łem w dzie­ciń­stwie, na­sza du­sza re­aguje nar­cyzmem, za­czyna skupiać się na wła­snych pra­gnie­niach i po­trze­bach. Wy­pra­co­wuje stra­te­gię ta­kie­go ra­dze­nia so­bie z do­świad­cze­niem osa­mot­nie­nia, aby nie było ono zbyt bo­le­sne. Ta stra­te­gia po­le­ga na pie­lę­gno­wa­niu prze­ko­na­nia o wła­snej wiel­ko­ści, prze­chwa­la­niu się ja­kąś oso­bli­wą ce­chą cha­rak­te­ru. Struk­tura nar­cystycz­na wy­stę­puje u wie­lu go­spo­da­rzy pro­gra­mów roz­ryw­ko­wych. Myślą oni, że są kimś wy­jąt­ko­wym, i tak pre­zen­tują się publicz­no­ści. Nie le­czy to ich jed­nak z ego­izmu, lecz umac­nia go. Uze­wnętrz­nia­nie ma­nii wiel­ko­ści po­zwa­la lu­dziom o skłon­no­ściach nar­cystycz­nych od­czuwać względ­ne za­do­wo­le­nie. W osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku oka­zuje się jed­nak, że de­ter­mi­nuje ich pew­na ilu­zja. W pew­nej chwi­li zo­sta­ją skon­fron­to­wa­ni z praw­dą o so­bie, ze swo­ją prze­cięt­no­ścią, z tym, że nie są lep­si od in­nych. To od­krycie bywa bar­dzo bo­le­sne. Wie­lo­let­nie prze­kra­cza­nie wła­ści­wej dla sie­bie mia­ry i na­pa­wa­nie się bez umia­ru wy­obra­że­nia­mi o swo­jej wiel­ko­ści, aby nie czuć bólu z po­wo­du opusz­cze­nia, wpływa­ją na czło­wie­ka nie­ko­rzyst­nie. Kie­dy złudze­nia prysną, taka oso­ba bę­dzie się czuć na­praw­dę od­osob­nio­na, do­słow­nie sa­miut­ka jak pa­lec.

Brak umia­ru w wy­obra­że­niach o so­bie za­chę­ca nas rów­nież do na­bywa­nia rze­czy, któ­re w za­sa­dzie nas prze­ra­sta­ją. Ktoś na przy­kład po­trze­bu­je du­że­go sa­mo­cho­du jako sym­bo­lu sta­tusu albo wy­jeż­dża na urlop do jak naj­dal­szych kra­jów, ko­rzysta tam z wszel­kich moż­li­wych atrak­cji i czę­sto wy­da­je o wie­le wię­cej, niż po­zwa­la­ją na to jego za­rob­ki. Mój zna­jo­my opo­wie­dział mi, że re­gular­nie wy­jeż­dża na wa­ka­cje z za­przyjaź­nio­nymi mał­żeń­stwa­mi. Nikt nie trosz­czy się wte­dy o wy­dat­ki. Ale pew­ne­go razu pod­czas pla­no­wa­nia urlo­pu ów zna­jo­my oznaj­mił: „Nie­ste­ty, nie mogę so­bie na to po­zwo­lić. To prze­kra­cza moż­li­wo­ści na­sze­go bu­dże­tu ro­dzin­ne­go”. Wte­dy na­gle i inni od­wa­żyli się po­wie­dzieć: „W za­sa­dzie to i dla nas jest za dro­gie”. Po­trze­ba było od­wa­gi jed­ne­go czło­wie­ka, aby i po­zo­sta­li przy­zna­li się do swo­jej mia­ry. Aż do tam­tej chwi­li wszyscy trak­to­wa­li prze­cież jako punkt od­nie­sie­nia mia­rę lu­dzi bo­gat­szych od sie­bie, któ­rym – jak uwa­ża­li – mu­sie­li do­trzymać kro­ku. Taki brak roz­sąd­ku w od­nie­sie­niu do kupo­wa­nia ubrań, aut i wy­cie­czek wią­że się nie­zmien­nie z kom­plek­sem niż­szo­ści. Nie chcąc uwa­żać się za gor­szych, są­dzi­my, że mu­si­my do­rów­nać in­nym w dzie­dzi­nie rze­czy ze­wnętrz­nych. A prze­cież tak na­praw­dę na­sze po­czucie war­to­ści wzro­sło­by, gdybyśmy przy­zna­li się do wła­snych gra­nic.

Wie­lu ro­dzi­ców wy­zna­je mi, że ich dzie­ci chcą za­kła­dać do szko­ły wy­łącz­nie mar­ko­we ubra­nia, bo boją się wy­śmia­nia lub od­rzuce­nia. Aby prze­ciw­sta­wić się tej pre­sji z ze­wnątrz i uka­zać in­nym wła­ści­wą dla sie­bie mia­rę, czło­wie­ko­wi po­trze­ba sil­ne­go po­czucia wła­snej war­to­ści. Kie­dyś pro­wa­dzi­łem warsz­ta­ty dla lu­dzi o po­cho­dze­niu arysto­kra­tycz­nym. Spo­tka­łem się u nich za­sad­ni­czo z po­czuciem we­wnętrz­nej wol­no­ści. Ich dzie­ci nie no­si­ły mar­ko­wej odzie­ży. Mia­ły dla sie­bie sza­cu­nek, wy­peł­nia­ła je zdro­wa wia­ra w sie­bie – i dla­te­go nie mu­sia­ły udo­wad­niać swo­jej war­to­ści wo­bec in­nych. Brak umia­ru, wy­ra­ża­ją­cy się w kupo­wa­niu naj­droż­szych ubrań, to sub­stytut nie­do­sta­tecz­ne­go po­czucia wła­snej war­to­ści. Za­cho­wując się tak, ła­du­je­my jak gdyby wo­rek bez dna. Mo­gli­byśmy do nie­go wrzucać tyle, ile chce­my, a on i tak nig­dy się nie na­peł­ni. Pra­ca nad po­czuciem wła­snej war­to­ści kosz­to­wa­ła­by nas ta­niej niż pie­lę­gno­wa­nie wi­ze­run­ku wła­sne­go, któ­ry ma kruche pod­sta­wy.

Ty­tuł orygi­na­łu: Die Kunst, das rech­te Maß zu fin­den

Pro­jekt okład­ki, opra­co­wa­nie gra­ficz­ne i ty­po­gra­ficz­ne: Krzysz­tof Krzywa­nia

Zdję­cie: Kari Shea

Frag­men­ty Pi­sma Świę­te­go po­cho­dzą z Edycji Świę­te­go Paw­ła (Pi­smo Świę­te Sta­re­go i No­we­go Te­sta­men­tu. Naj­now­szy prze­kład z ję­zyków orygi­nal­nych z ko­men­ta­rzem, wyd. I, Czę­sto­cho­wa 2008).

Ori­gi­na­laus­ga­be 2014

2014 Deut­scher Ta­schen­buch Ver­lag GmbH & Co. KG, Mün­chen

© by Vier-Tür­me GmbH, Ver­lag, D 97359 Mün­ster­schwa­rzach Ab­tei

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2016

All ri­ghts re­se­rved. Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Li­cen­cjo­no­wa­ne dzie­ło opubli­ko­wa­ne na mocy przy­zna­nej li­cen­cji.

ISBN 978-83-8065-081-7

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­two@swie­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (–58, –59), faks 61 659 37 51

sprze­daz@swie­tywoj­ciech.pl • sklep@mo­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech