Sztuka wojenna w średniowieczu. Tom II - Charles Oman - ebook
Opis

Autor, wybitny brytyjski historyk opisał w tej książce z niezwykłą dokładnością rozwój sztuki wojennej w średniowieczu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł orginału

A History of the Art of War in the Middle Ages

© Copyright

Charles Oman

© Copyright for Polish Edition

Wydawnictwo NapoleonV

Oświęcim 2015

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Tłumaczenie:

Grzegorz Smółka

Redakcja techniczna:

Dariusz Marszałek

Strona internetowa wydawnictwa:

www.napoleonv.pl

Kontakt:napoleonv@o2.pl

Numer ISBN: 978-83-65855-91-6

Skład wersji elektronicznej:Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

KSIĘGA VIEUROPA ZACHODNIA OD BITWY POD HASTING DO POJAWIENIA SIĘ DŁUGIEGO ŁUKU

ROZDZIAŁ IWSTĘP

Podczas badania krucjat widzieliśmy zarówno najlepsze, jak i najgorsze strony sztuki wojennej zachodnioeuropejskich nacji. Nie ma lepszych przykładów lekkomyślnej brawury lub głupiego zaniedbania podstawowych reguł strategii i taktyki niż wielkie wyprawy do Lewantu. Z drugiej strony musieliśmy również zauważyć, że zdolniejsi wodzowie armii krzyżowców sprawowali dowództwo w o wiele bardziej inteligentny sposób niż większość ich współczesnych na Zachodzie. Chociaż krucjaty z 1101 i 1147 roku są dla krytyka dużo bardziej przykre niż przeciętne wojny toczone przez Francję, Anglię lub Niemcy, to jednak niektóre bitwy i kampanie (takie jak Arsuf) wypadają bardzo korzystnie w porównaniu z tymi na terenach bliżej domu. Wydaje się, że wielu krzyżowców spisywało się najlepiej podczas rozwiązywania nowych problemów na Wschodzie. Pod Akką, Arsufem i Jaffą Ryszard Lwie Serce wzniósł się ponad swój normalny poziom; to dziwne, że po swym powrocie człowiek, który w latach 1190-1191 okazał się bardzo zdolnym dowódcą, zmarnował tak wiele energii i zdolności na nieszczęsne wojny francuskie z lat 1194-1199. Można dodać, że wielki Fryderyk I z Niemiec nigdy nie spisywał się tak dobrze w trakcie kampanii w swoim kraju, jak podczas prowadzenia wyprawy przez Azję Mniejszą. Wielu pomniejszych uczestników krucjat (w tym sam dobry Gotfryd z Bouillon) nie wyróżniało się podczas wojen toczonych przez ich ojczyste kraje i pokazywało na co ich stać dopiero za morzem.

Jak zdążyliśmy się przekonać, najgorsze błędy militarne chrześcijan na Wschodzie wynikały z kompletnej nieznajomości warunków wojennych w Syrii lub Azji Mniejszej oraz taktyki przeciwników, z którymi mieli do czynienia. W Europie zarówno dowódcy, jak i ich podwładni byli wolni od takich zagrożeń, ponieważ znali militarny charakter i zwyczaje swych sąsiadów, a ponadto mieli pewne ogólne pojęcie o geografii, klimacie i produktach sąsiednich terenów. Wydaje się jednak, że chociaż ta wiedza uchroniła ich od pewnych niebezpieczeństw, to jednak znajome realia wojen granicznych na Zachodzie często nie sprzyjały rozwojowi najlepszych cech u dowódcy. Nowe i nieprzewidziane zagrożenia oraz trudności są najlepszym sprawdzianem umiejętności człowieka.

Kiedy przechodzimy od historii krucjat do ówczesnych dziejów sztuki wojennej w Europie Zachodniej, pierwszą uderzającą rzeczą jest dość ograniczony wpływ wielkich kampanii w Lewancie na rozwój strategii i taktyki w ojczyźnie. Dziesiątki tysięcy baronów, rycerzy i sierżantów wróciło ze Wschodu w charakterze weteranów i można by się spodziewać, że lekcje, które otrzymali walcząc z Turkami i Syryjczykami, zostaną na trwałe zastosowane w wojnach toczonych przez ich ojczyste kraje. Niełatwo jednak znaleźć oczywiste przykłady takiego zastosowania nowych reguł wojennych, z wyjątkiem fortyfikacji i uzbrojenia. Jeśli chodzi o strategię i taktykę, to trudno wykryć bezpośrednie wpływy wypraw krzyżowych na podstawie ogólnego przeglądu.

Najlepszym tego przykładem jest całkowite zlekceważenie najważniejszej taktycznej lekcji krucjat przez zachodnie nacje. Wykazaliśmy już na podstawie wielu przykładów, że wielka reguła, która decydowała o wyniku wojen z Turkami, sprowadza się do tego, iż generałowie łączący piechotę i kawalerię w szyku bojowym odnosili sukces, a dowódcy usiłujący zrezygnować ze wsparcia piechurów zawsze ponosili katastrofalne klęski. To, że połączenie dwóch rodzajów broni jest lepsze niż poleganie wyłącznie na jednym z nich, zostało zademonstrowane pod Hastings na długo przed początkiem wypraw krzyżowych, ale lekcja była jeszcze bardziej widoczna w szczegółach starć, takich jak te pod Antiochią i Askalonem, w porównaniu z klęskami z 1101 roku lub uniknięciem zniszczenia o włos pod Doryleum.

Należałoby się zatem spodziewać, że konsekwencją powrotu wojowników pierwszej krucjaty do domu będzie rozwój racjonalnego wykorzystywania piechoty i kawalerii w ścisłej współpracy i wzajemnej zależności od siebie. Znajdujemy jednak niewiele śladów takiego zjawiska; w większości zachodniej i środkowej Europy kawaleria nadal pozostawała dominującym rodzajem broni, a piechota była traktowana z pogardą i nieufnością. Co prawda należy uznać wpływ doświadczeń krucjatowych we Włoszech w postaci nagłego wzrostu popularności kuszy, a prawdopodobnie również i zwiększenia znaczenia miejskiej piechoty. Jednakże w innych rejonach Europy, w których piechota miała pewne znaczenie (Anglii i Niderlandach), mamy do czynienia ze starymi teutońskimi pozostałościami, a nie z nowym zjawiskiem.

W przypadku wielu dwunastowiecznych bitew w Europie Zachodniej, jeśli rzadkim trafem powierzano pieszym wojownikom ważną rolę w walce, po bliższym zbadaniu sprawy okazuje się, że nie byli to zwykli piechurzy, lecz rycerze, którzy zsiedli z koni, aby wykonać jakieś desperackie zadanie. Krótko mówiąc, obserwujemy jedynie powrót do owego starego zwyczaju ludów teutońskich, który został opisany przez Leona Mądrego dwieście lat wcześniej1. Można znaleźć takie przypadki po stronie Anglików i Normanów pod Tinchebrai2 (1106) oraz w pierwszej bitwie pod Lincoln3 (1146), gdzie zarówno król Stefan, jak i zbuntowani hrabiowie spieszyli swych najlepszych rycerzy, aby utworzyć solidną rezerwę. Tak samo było w przypadku armii angielskiej pod Bremûle (1119) oraz w bitwie sztandarowej4 (1138), gdzie rycerze z Yorkshire zostawili swe konie i dołączyli do yeomanów [drobni właściciele ziemscy – przyp. tłum.] z fyrdu, aby wzmocnić masę, która miała się stać celem dzikiego natarcia Szkotów. Niemieccy rycerze cesarza Konrada postąpili podobnie podczas największego starcia, do jakiego doszło w trakcie oblężenia Damaszku w 1148 roku.

Takie sytuacje należały jednak do rzadkości. Z drugiej strony nierzadko dochodziło do bitew, w których żadna ze stron nie wystawiała w polu piechoty, tak jak pod Thielt (1128), Tagliacozzo (1268) i Suchymi Krutami (1278). Jeszcze częściej zdarzało się, że tylko jedna strona miała piechurów w swoim szyku bojowym. Tak było pod Bremûle (1119), Legnano (1176) i Muret (1213).

Nawet jeśli po obu stronach walczyli prawdziwi piechurzy, rzadko kiedy decydowali o wyniku bitwy. Na ogół pełnili jedynie funkcję pomocniczą i wykorzystywano ich głównie do prowadzenia potyczek, zamiast do decydującego natarcia. Jak wykażemy później, główne wyjątki od tej reguły miały miejsce we Włoszech i Niderlandach. Chociaż w większości bitew piechurzy nie mieli wielkiego udziału w zwycięstwie, często ponosili największe straty w razie porażki. Z reguły ci z pokonanej armii byli bardzo źle traktowani przez rycerzy zwycięskiej strony. Kiedy odnoszono zwycięstwo, niemal zawsze wyrzynano piechotę przegranej strony w niezwykle bezwzględny sposób, podczas gdy jej rodacy z klas rycerskich nie byli zabijani, lecz brani do niewoli dla okupu.

Jeździec w kolczudze utrzymał więc swój status najważniejszego czynnika w bitwie aż do końca XIII wieku, a główne cechy dwustuletniego okresu, jaki nastąpił po bitwie pod Hastings, to feudalny rycerz i feudalny zamek. Należy zaznaczyć, że podczas gdy w ciągu tych dwustu lat taktyka i strategia rozwijały się dość powoli, sztuka fortyfikacji czyniła błyskawiczne postępy. Istnieje ogromna przepaść między prostym zamkiem z czasów Wilhelma I a wspaniałymi i skomplikowanymi twierdzami z końca XIII wieku. Metody ataku nie rozwijały się równie szybko i do 1300 roku defensywa zdobyła niemal zupełną przewagę nad ofensywą, tak że jedyną pewną bronią sztuki oblężniczej był głód. Sytuacja zaczęła się odwracać dopiero po pojawieniu się dział i prochu strzelniczego w XIV wieku.

W rozdziale III Księgi III omówiliśmy początek oraz rozwój feudalnego rycerza i zamku. Musimy się teraz zająć ich dalszymi losami.

ROZDZIAŁ IIARMIE XII I XIII WIEKU

Sekcja A – Anglia

W pierwszej kolejności musimy się zająć rycerstwem Europy Zachodniej i jego taktyką. Budowanie twierdz i sztuka oblężnicza miały równie duży wpływ na ogólną historię tego okresu, ale należy je umieścić na drugim miejscu. Angielski pisarz musi z konieczności przedstawić cały okres głównie na podstawie historii wojskowej Anglii, ale postaramy się sumiennie zwrócić uwagę na wszystkie szczegóły, pod względem których kontynentalna praktyka różniła się od tej stosowanej na naszej wyspie.

Normański podbój doprowadził do całkowitej zmiany organizacji wojskowej Anglii – za panowania Wilhelma Zdobywcy system powoływania sił zbrojnych królestwa, ich taktyka oraz uzbrojenie uległy przeobrażeniu. Przez kolejne dwa stulecia głównymi czynnikami w historii wojskowej Anglii były normańskie zamki i jeźdźcy.

Czasami królowie zwoływali jeszcze fyrd, ale nigdy nie uznawali go za główną część swojej armii – w istocie wykorzystywano go głównie wtedy, gdy z jakiegoś powodu nie można było w pełni polegać na feudalnym pospolitym ruszeniu królestwa. Za pierwszym razem Wilhelm Rufus zwołał fyrd w celu odbycia prawdziwej, aktywnej służby, a za drugim jedynie w celu zdobycia pieniędzy. W pierwszym roku jego rządów wykorzystywano go do oblegania zamków baronów, którzy zbuntowali się przeciwko niemu pod pretekstem wspierania jego brata Roberta. Piechota była zawsze potrzebna do prowadzenia prac oblężniczych – rycerze nie znieśliby ciosania lub kopania i potrzebowano dużej ilości pionierów. Za drugim razem zgromadzono starą armię narodową, kiedy Ralf Flambard nauczył króla jak nieuczciwie zdobyć pieniądze w nowy sposób. Rufus zwołał do Hastings zaciągi z hrabstw, które nominalnie miały wziąć udział w kampanii w Normandii (1094). Przybyły w sile dwudziestu tysięcy ludzi, z których każdy miał przy sobie dziesięć szylingów, jakie musiało im wypłacić hrabstwo. Wilhelm odebrał im pieniądze, po czym oświadczył, że mogą się rozejść, ponieważ nie są potrzebni5. Henryk I również wykorzystał fyrd na początku swych rządów, w okolicznościach przypominających te, które zmusiły do tego jego brata. Robert z Belesme i jego towarzysze zbuntowali się i obsadzili oraz zaopatrzyli swoje zamki. Potrzebowano dużych sił do prowadzenia prac oblężniczych i Henryk zwołał Anglików, którzy ochoczo przybyli i jak informuje nas Orderyk, po kapitulacji wielkiej twierdzy nieprzyjaciela w Bridgenorth powitali go radosnym okrzykiem: „Raduj się teraz, królu Henryku, i głoś, że jesteś prawdziwym panem Anglii, gdyż poskromiłeś Roberta z Belesme i wypędziłeś go ze swego królestwa”6. Później zaciągi z hrabstw zostały powołane przez Stefana w celu stoczenia bitwy sztandarowej7 i przez Henryka II w celu stłumienia wielkiej rebelii feudalnej z 1174 roku. Assyza o uzbrojeniu z 1181 roku pokazuje jak różnorodny był ich ekwipunek – nawet podczas prób usprawnienia i zreorganizowania sił zbrojnych król nie myślał o narzuceniu jednorodności, a uboższe klasy mogły przybywać na miejsce zbiórki uzbrojone jedynie w miecze, noże i oszczepy. Najwyraźniej dążono do tego, żeby zamożniejsi ludzie posiadali taki sam rynsztunek, jak najemni brabanccy pikinierzy, których w tym czasie wykorzystywał Henryk w dużej liczbie, ponieważ polecono szeryfom zadbać o to, aby osoby posiadające szesnaście marek w ruchomościach nosiły kolczugę, stalowy kapelusz, tarczę i włócznię.

Jednakże zarówno w przypadku zagranicznych wypraw, jak i wojen domowych, normańscy i andegaweńscy królowie polegali głównie na masach jeźdźców w kolczugach, których dostarczali ich feudalni wasale. Podobnie jak ich ojcowie pod Hastings, normańscy rycerze byli nadal wyposażeni w długie kolczugi, spiczaste hełmy z nosalem oraz duńskie tarcze w kształcie latawca i stanowili kwiat europejskiego rycerstwa niezależnie od tego, czy służyli w swym własnym kraju, w podbitym królestwie Anglii, w nowym królestwie, które stworzyli w Apulii i na Sycylii, czy też w armiach krzyżowców daleko na Wschodzie.

Wilhelm I rozdzielił większość angielskiej ziemi pomiędzy nowych właścicieli. Dawni sascy posiadacze zachowali jedynie ok. 1/5 terenów, a ci z nich, którzy przeżyli, musieli przekazać swe ziemie królowi i otrzymali je z powrotem razem z obowiązkami kontynentalnych wasali. Przekonaliśmy się8, że „służba rycerska” i służba garnizonowa nie były całkowicie nieznane przed podbojem i na ogół uznawano, że każde pięć hideziemi powinno zapewnić armii jednego wojownika w kolczudze. Wydaje się jednak, że po 1066 roku stara koncepcja o obowiązku wystawiania w pełni uzbrojonego człowieka przez pięć hidebyła przestarzała, a w przyszłości typowym wojownikiem miał być kawalerzysta, a nie piechur. Ponadto wydaje się, że dzieląc ciężar służby wojskowej (servitium debitum) pomiędzy swych lenników, Wilhelm postępował z nimi tak jak chciał, a areał i kontyngenty wojskowe nie były ze sobą trwale powiązane. „Korzystne szacowanie hide”, czyli wycenianie 400 lub 500 akrów tak, jak gdyby było ich jedynie 120, występowało równie powszechnie zarówno w ustaleniach wojskowych, jak i podatkowych. Zjawisko to było szczególnie częste w przypadku ziem Kościoła; dla przykładu wiemy, że opactwo Ramsey miało siedemdziesiąt hide, ale zostało oszacowane na czterech rycerzy. Przywilej ten nie ograniczał się wyłącznie do posiadłości kościelnych – niektórzy świeccy wielcy wasale bardzo łatwo się wymigali, chociaż większość była zobowiązana wystawić liczny kontyngent.

Najwybitniejszy badacz dawnych dziejów Anglii wyraźnie pokazał, że powierzchnia okręgów została oszacowana w dużym przybliżeniu, a kompilatorzy Domesday Book mieli skłonność do zaokrąglania liczb9. Okręgi o powierzchni pięciu, dziesięciu lub dwudziestu hidewystępują tak często, że nie było większych trudności z określeniem wymiaru służby wojskowej, jaką zobowiązani byli świadczyć wielcy wasale będący ich właścicielami. Dlatego też ułamki nie nastręczały tak wielkich problemów, jak można by się spodziewać. Gdyby majątki zostały oszacowane z drobiazgową dokładnością w akrach i jardach, niemal każdy właściciel ziemski byłby odpowiedzialny za dziwaczne cząstki rycerza, jeśli istniałaby regularna zależność pomiędzy liczbą akrów a służbą wojskową, jaką zobowiązani byli świadczyć ich właściciele. Majątki nie były jednak dokładnie mierzone i szacowane, dlatego też rycerze „ze starego nadania lennego”10, jak określa się podział istniejący w 1135 roku, na ogół występują w okrągłych liczbach; cząstki, które się zdarzają, są w większości dość proste.

Właściciel ziemski, który znał swojeservitium debitum na podstawie oszacowania wywodzącego się na ogół z czasów Zdobywcy, musiał wystawić odpowiednią ilość rycerzy. Mógł to uczynić na dwa sposoby – podzielić większość swego majątku na części o odpowiednim rozmiarze oraz wartości i nadać je podlennikom, którzy będą pełnić dla niego służbę rycerską, lub utrzymywać świtę przybocznych rycerzy na podobieństwo dawnych huskarlów, bez przekazywania im ziemi. Niektórzy właściciele ziemscy preferowali pierwszą opcję, ale inni przynajmniej przez pewien czas korzystali z tej drugiej. Na ogół dominowało jednak rozwiązanie pośrednie – wielki wasal przyznawał większość swoich terenów rycerzom, których często obdarzał działkami wielkości pięciu hide, ale zatrzymywał resztę in dominio jako swoją prywatną własność i z tytułu posiadanej ziemi świadczył królowi osobistą służbę wraz ze swymi synami i przybocznymi.

Zachowała się ciekawa seria dokumentów powstałych zaledwie sto lat po podboju i na ich podstawie można pokazać, co robili baronowie ze swoją ziemią w ciągu trzech pokoleń, jakie nastąpiły po pierwszym oszacowaniu. Są to Cartae Baronum z 1166 roku11 – szereg odpowiedzi udzielonych przez wielkich wasali na pewne pytania zadane przez Henryka II. Król zażądał oświadczenia w sprawie liczby rycerzy, którzy byli podlennikami wielkich wasali, pytał ilu posiada „lenna ze starego nadania”, czyli te, które istniały w 1135 roku, a ilu otrzymało je niedawno, a także czy wystawiany przez pana kontyngent składał się wyłącznie z podlenników, czy też miał w zwyczaju świadczyć służbę osobiście ze swymi domownikami z tytułu posiadanej ziemi. Co ciekawe, odpowiedzi świadczą o tym, że większość baronów rozdała większość swych posiadłości, ale zatrzymała pewną część, z tytułu której była zobowiązana do osobistej służby. Pomniejsi ludzie, zobowiązani do wystawienia zaledwie jednego lub dwóch rycerzy, zazwyczaj nie obdarzali lennem pomniejszych wasali i osobiście pełnili służbę. Początkowo kilku wielkich właścicieli ziemskich w miarę możliwości wzbraniało się przed dzieleniem swych posiadłości na pomniejsze lenna (zwłaszcza opaci) ze względu na korzyści finansowe wynikające z posiadania ziemi na własność. Wadą tego planu była konieczność utrzymywania przez opata bezużytecznych rycerzy, którzy urządzali pijatyki na terenie opactwa i stawali się nieznośnym utrapieniem12. W ten sposób senior był zwykle zmuszony (nawet wbrew swojej woli) nadać rycerzom lenna, aby pozbyć się ich ze swej kwatery głównej. Jeśli tak jak w przypadku Ramsey wymagano od opactwa wystawienia bardzo małej liczby rycerzy, ilość ziemi, jaką musiało rozdać, aby wypełnić swoje servitium debitum, nie musiała być duża. Chociaż warunki ekonomiczne kazały nadawać lenna możliwie jak najmniejszej liczbie rycerzy, nepotyzm, który był zmorą średniowiecznych klasztorów, często sprawiał, że opaci nadawali ziemię swym znajdującym się w potrzebie krewnym, a zatem nierzadko okazywało się, że senior powołał o wiele większą liczbę podlenników niż było to konieczne. W takich przypadkach czasami świadczono „należną służbę” poprzez zobowiązanie obdarzonych lennem rycerzy do wysłania tak wielu spośród nich do armii, jak to konieczne13; prywatne ustalenia decydowały o tym, kto wyruszy na poszczególne wyprawy.

W XII wieku szacowanie dokładnego rozmiaru gospodarstwa rolnego, które powinno stanowić lenno rycerskie, stało się arbitralne i nieregularne. W niektórych przypadkach wielkoduszny pan nadawał swemu lennikowi o wiele więcej niż normalną posiadłość; zdarzało się też, że rycerze otrzymywali o wiele mniej – czasami były to działki o obszarze nie przekraczającym dwóch hide. Możemy zatem znaleźć lenników opisujących swoją posiadłość jako „pauperrimum” i narzekających, że w ogóle nie zasługuje ona na miano wynagrodzenia. Chociaż takie przypadki nie należały do rzadkości, odbiegały jednak od normy i czasami można się natknąć na wzmianki o działkach wielkości pięciu hide, które przetrwały od czasów podboju aż do rządów Henryka II. Dobry przykład znajduje się w Cartae Baronum – Roger de Berkeley posiadał dwóch rycerzy oraz połowę „lenna ze starego nadania”; przedstawiając więcej szczegółów niż większość jego kolegów, tłumaczy, co stało się z jego ziemią, w następujący sposób14:

„Na pierwszego rycerza składają się:

Michał, który posiada jedno hide

Wilhelm Fitz-Baldwin, który posiada dwa hide

Hugo de Planta, który posiada pół hide

W ten sposób otrzymujemy całego rycerza.

Na połowę rycerza składają się:

Ralf de Yweley, który posiada pół hide

Żona Ralfa Cantilene, która posiada pół hide

Roger de Albamara, który posiada jedną virgatę (1/4 hide)

Szymon de Coverley, który posiada jedną virgatę

Przeor Stanley, który posiada jedną virgatę

Tak otrzymujemy pół rycerza.

Jeśli chodzi o następnego rycerza, to Walter de Holecombe, Gerard i Reginald de Albamara posiadają dziesięć hide, ale nie uznają w pełni swych zobowiązań i twierdzą, że każdy z nich jest mi winien służbę jedynie z tytułu jednej virgaty. Mogą oni wystawić całego rycerza, a zatem mamy dwa i pół rycerza”.

Trudno zrozumieć wywód Rogera w trzecim akapicie – albo liczby w tekście zostały zniekształcone, albo uważa, że jego kwestionowane roszczenia do dziesięciu hidezostaną oszacowane na połowę wartości, a Walter, Gerard i Reginald uzgodnią między sobą wystawienie jednego rycerza. Jak by nie było, pierwsze dwa akapity jego odpowiedzi dobitnie świadczą o tym, że uważał pięć hideza odpowiedni i normalny przydział ziemi umożliwiający wystawienie rycerza. Na końcu swojej „Carta” zamieszcza listę swych prywatnych ziem, która pozwala stwierdzić, że (w przeciwieństwie do większości swych kolegów) przekazał lennikom jedynie małą część rodowych włości.

Z reguły jedynie wielcy baronowie dysponujący dużą ilością wolnego miejsca w swoim zamku utrzymywali dużą liczbę przybocznych rycerzy, którzy mieszkali z nimi przez cały rok. Właściciele średnich majątków przeważnie dzielili ich większą część na lenna rycerskie i zatrzymywali dla siebie jedynie tyle, aby mogli świadczyć służbę razem ze swoimi synami.

Egzekwowanie powinności od podlenników zawsze sprawiało wiele kłopotów. Podczas wojen domowych wielki wasal mógł się zbuntować lub pozostać lojalny. Jeśli wzniecał bunt, niektórzy z jego wasali usiłowali się uchronić przed konfiskatą ich mienia przez króla odmawiając udziału w powstaniu. W istocie był to święty obowiązek angielskich podlenników odkąd na wielkiej naradzie w Salisbury Wilhelm Zdobywca oświadczył angielskim rycerzom, że są winni wierność przede wszystkim Koronie, a nie swym bezpośrednim panom. Z drugiej strony, kiedy wielki wasal opowiadał się po stronie króla, nierzadko zdarzało się, że niektórzy z jego rycerzy przechodzili na stronę buntowników; gdyby powstanie zakończyło się powodzeniem, mieliby duże szanse na zrzucenie zwierzchności swego pana i uwolnienie się od służby, którą byli mu winni. Za panowania Stefana, kiedy anarchia panowała przez niemal dwadzieścia lat, stosunki pomiędzy niezliczonymi panami i wasalami były pogmatwane; po obu stronach wysuwano kwestionowane roszczenia do zwierzchnictwa. Wiele odpowiedzi baronów z 1166 roku świadczy o tym, że ich autorzy nie byli do końca pewni wszystkich swoich praw i posiadłości. Opatrują swe oświadczenia klauzulami sprowadzającymi się do tego, iż udzielili odpowiedzi według swej najlepszej wiedzy lub zwracają uwagę (jak cytowany powyżej Roger z Berkeley), że niektórzy z ich lenników nie uznają swych zobowiązań. Lennicy duchowni pomstowali szczególnie mocno na grabieżców, którzy pozbawiali ich hołdu lub zmuszali do nadawania lenn rycerzom wbrew ich woli. Co zaskakujące, opactwo Abbotsbury w Dorset nadało miano ciemiężcy szanowanej osobistości, jaką był wielki kanclerz Roger z Salisbury15.

Dochodzenie króla Henryka z 1166 roku miało dwojakie znaczenie. Nie dość, że pozwoliło mu uzyskać pożądane informacje na temat odpowiedniego przestrzegania debitum servitium na mocy starego systemu nadań lennych, który istniał w 1135 roku, to jeszcze pokazało mu, jak wielu rycerzy zostało uposażonych od czasu tego oszacowania. Dzięki tym cennym informacjom w przyszłości podczas ściągania zapomóg i tarczowego od swych wielkich wasali mógł wymagać zapłaty nie tylko za teoretyczną, lecz również za rzeczywistą liczbę posiadanych przez nich rycerzy. Była to mile widziana ulga dla skarbu państwa, ponieważ w wielu przypadkach stary system nadań lennych był (jak już wspomnieliśmy) bardzo nieścisły i hojny i nie stanowił właściwego odzwierciedlenia zasobów kraju ani rzeczywistej liczby uposażonych lenników.

Niestety, Cartae Baronum są niekompletne; gdyby w całości przetrwały do naszych czasów, moglibyśmy określić liczbę rycerzy „ze starego nadania lennego” w całej Anglii, która istniała w 1135 roku, oraz liczbę lenn rycerskich w 1166. Wykonano staranne i pomysłowe obliczenia, uzupełniając Cartaena podstawie innych źródeł, co wyraźnie pokazuje, że pełne siły feudalne Anglii liczyły ponad 6500, ale mniej niż 7000 rycerzy. Lenna kościelne dostarczały nieco ponad tysiąc, a świeccy wielcy wasale od 5000-650016. Te skromne wyliczenia dziwnie kontrastują z ogólnymi liczbami podawanymi przez współczesnych kronikarzy, którzy tak dalece nie zdawali sobie sprawy z rzeczywistych rozmiarów i zasobów kraju, że często utrzymywali, iż Anglia mogła dostarczyć królowi trzydzieści lub nawet sześćdziesiąt tysięcy17 rycerzy. Prawdopodobnie nie osiągnięto by tej drugiej liczby nawet po dodaniu do rycerstwa całego fyrdu piechoty.

Kiedy zajmujemy się rycerzem z XI i XII wieku, musimy się wyzbyć szlachetnej konotacji tego słowa charakterystycznej dla XIV lub XV stulecia. Rycerz z armii Wilhelma Zdobywcy nie musiał być szlachetnie urodzony i nie przechodził wyszukanej ceremonii przyjęcia do stanu rycerskiego, która była powszechna trzysta lat później. Był po prostu żołnierzem, który walczył na koniu i otrzymywał ziemię od króla lub jednego z jego wielkich wasali, w zamian za co miał służyć w kawalerii. Pierwsi rycerze, którzy osiedli w Anglii po podboju, stanowili mieszaną zbieraninę ludzi wywodzących się z różnych ludów i stanów – niektórzy z nich byli krewnymi wielkich normańskich baronów, a inni wojskowymi awanturnikami, którzy przybyli ze wszystkich zakątków kontynentu. W skład tej różnorodnej grupy wcielono również ocalałych angielskich tanów – wszystkich szczęśliwych niedobitków, którym zezwolono na „odkupienie swej ziemi” od króla za cenę grzywny i złożenia hołdu lennego po jego koronacji. Anglojęzyczni ludzie określali tę nowopowstałą i różnorodną klasę większych i mniejszych lenników wojskowych mianem cniht, które przed podbojem odnosiło się do żołnierzy będących na utrzymaniu wielkich właścicieli ziemskich18. Tak naprawdę był to odpowiednik stosowanych na kontynencie terminów cliens, serviensi famulus, który posiada to samo pierwotne znaczenie sugerujące podległość i służalczość. Nazwy mają jednak różną historię w różnych krajach; podczas gdy w Anglii „rycerz” stał się synonimem miles, terminserviensdotarł na drugą stronę kanału La Manche kilka pokoleń później jako „sierżant” w odniesieniu do grupy ludzi plasujących się wyraźnie poniżej stanu rycerskiego. Co ciekawe, w Niemczech słowo knecht, które w XI wieku było właściwie synonimem rycerza, stopniowo zaczęło się odnosić do osób o coraz niższym statusie, zostało zdeprecjonowane do nazwy wojowników, którzy nie byli szlachetnie urodzeni19, aż w końcu stało się określeniem zwykłych służących i posługaczy towarzyszących armii.

Łatwiej będzie uświadomić sobie skromny status wielu „rycerzy” z epoki Normanów, jeśli będziemy pamiętać, że podlennik posiadający kilkaset akrów ziemi prawdopodobnie zostałby określony jako milesprzez kronikarza z czasów Henryka I oraz „sierżant”20, scutifer, armigerlub zbrojny przez kronikarza z czasów Henryka III i Edwarda I, ale z pewnością nie jako rycerz. Sytuacja ludzi była taka sama, ale ich tytulatura uległa zmianie. W 1350 roku tytuł rycerza był już zastrzeżony dla osób o pewnym znaczeniu i podczas wojen Edwarda III duże oddziały żołnierzy były dowodzone przez zwykłych giermków. Ta przemiana uwidoczniła się po raz pierwszy za panowania Henryka III i Edwarda I, których wielokrotne próby skłonienia posiadaczy lenn rycerskich do przyjęcia tytułu rycerza za pomocą nakazów konfiskaty majątku są dobrze znane21. Nie przyniosło to jednak żadnych rezultatów i niedługo potem król uznał, że nawet przedstawiciele hrabstw w parlamencie mogą być osobami nie posiadającymi tytułu rycerskiego, ponieważ w wielu hrabstwach brakowało wystarczającej ilości kompetentnych ludzi, którzy przyjęli wymagany status.

Zanim przystąpimy do zbadania charakteru bitew z XII i XIII wieku, musimy zwrócić uwagę na pewną charakterystyczną cechę rządów pierwszych Plantagenetów – ważną rolę oddziałów najemnych w ich działaniach militarnych. Poczynając od czasów Stefana, feudalne zaciągi królestwa były ciągle uzupełniane wielkimi oddziałami zawodowych żołnierzy, z których niemal wszyscy byli cudzoziemcami. Przez długi czas w Europie Zachodniej istniała duża, zmienna grupa awanturników; stanowili oni niemałą część armii Wilhelma Zdobywcy, która walczyła pod Hastings. Pierwsi normańscy zdobywcy Apulii należeli do tej klasy w nie mniejszym stopniu niż Gwardia Wareska cesarzy bizantyjskich. Za panowania pierwszych normańskich królów nierzadko pojawiają się wzmianki o stipendiarii milites22 w Anglii, ale dopiero w czasach Stefana zaczynają się oni pojawiać w dużej liczbie i odgrywać dużą rolę w armii. Stefan, który został porzucony przez większość baronów, zastąpił brakujące kontyngenty wielkimi oddziałami Flamandów i Brabantczyków znajdujących się pod komendą takich dowódców, jak Wilhelm z Ypres i Alan z Dinan. Henryk II i Ryszard I utrzymali ten system; bez wsparcia ze strony stałej armii nie byliby w stanie prowadzić swych długich zamorskich wojen. Feudalne pospolite ruszenie Anglii byłoby dla nich niemal całkowicie bezużyteczne podczas oblężeń w Normandii i Akwitanii. Jego czterdziestodniowy okres służby dobiegłby końca, zanim zdążyłoby dotrzeć na odległy teatr działań wojennych. Co więcej, armia feudalna była niewyszkolona, niezdyscyplinowana, niezorganizowana, a czasami nielojalna. Natomiast najemnicy byli wyszkolonymi zawodowymi żołnierzami, którzy pełnili wierną służbę dopóki otrzymywali regularną zapłatę i nie chcieli skracać wojny poprzez przedwczesny powrót do domu. Dlatego też Henryk i Ryszard woleli angażować do służby za granicą pewne szwadrony najemników, które pozostawały w polu przez cały rok, przedkładając je nad krótką i niepewną pomoc rycerstwa Anglii. Pomimo tego nadal egzekwowano servitium debitum od wielkich angielskich wasali w celu odparcia najazdu Szkotów lub zorganizowania wyprawy do Walii. Takie kampanie były krótkie, a ich koszt malał, jeśli przeprowadzały je zaciągi z pogranicznych hrabstw. Dlatego też Henryk II niezwykle rzadko sprowadzał swych najemników do Anglii; pojawili się po tej stronie kanału La Manche w dużej liczbie tylko raz, w celu stłumienia rebelii feudalnej z lat 1173-1174. W trakcie tej kampanii starli się w bitwie ze swymi kolegami po fachu, ponieważ zbuntowany hrabia Leicester zwerbował wielu flamandzkich routiersi walczył na ich czele, kiedy dostał się do niewoli pod Fornham.

Jeżeli król nie chciał zwoływać feudalnego pospolitego ruszenia Anglii, miał w zwyczaju ściągać tarczowe od wszystkich rycerzy zwolnionych ze służby. Na mocy tego układu posiadacz lenna wykupywał się od świadczenia osobistej służby płacąc ustaloną sumę za każdą tarczę (scutum), którą powinien dostarczyć do wojska. Zazwyczaj suma ta wynosiła 26 szylingów i 8 pensów – dwie marki – co zdaje się świadczyć, że czterdziestodniowa służba była wyceniana na 8 pensów za dzień, co było normalnym wynagrodzeniem rycerza w XII wieku. Wydaje się, że osobnicy, którzy mieli obowiązek świadczenia servitium debitum, mogli dokonać wyboru pomiędzy osobistym udziałem w wojnie a zapłatą tarczowego23. Jeśli kampania toczyła się w pobliżu, większość pojawiała się osobiście z bronią w ręku; jeżeli była odległa, jedynie nieliczni (głównie więksi lennicy) mogli wyruszyć z wojskiem.

Tarczowe pojawia się jako uznana instytucja za panowania Henryka I24, ale to jego prawnuk uczynił z niego normę i zwyczaj. Pod koniec jego rządów większość wiejskich rycerzy wolała się wykupywać niż wyruszać na męczące wyprawy do Poitou lub Akwitanii, za burzliwe morza, które były tak nienawistne dla średniowiecznego umysłu. Płacenie tarczowego stało się normą, a zatrudnianie najemnych kawalerzystów za dochody z tej daniny zapewniało królowi trwałą i godną zaufania armię, której nie zdołałby utrzymać w inny sposób. Henryk II i Ryszard Lwie Serce prowadzili swe żmudne i nieciekawe kampanie we Francji głównie na czele tych zawodowych żołnierzy.

Jan był bardziej znienawidzony przez swych poddanych niż jego ojciec i brat, co sprawiało, że miał jeszcze większą skłonność do zatrudniania najemnych oddziałów. Jego niepopularność w Anglii w niemałym stopniu wynikała z tego, że po tym, jak został wyparty z Normandii w 1204 roku, sprowadził ze sobą hordę zagranicznych awanturników, którzy podążali za jego feralnym sztandarem na kontynencie. Jak można się było spodziewać, okazali się bardzo niepożądanymi gośćmi; baronowie byli oburzeni łaskami okazywanymi przez króla dowódcom, którzy w większości byli pozbawionymi skrupułów brutalami, tak jak Fawkes de Bréauté. Ludzie z gminu cierpieli z powodu łupiestw, do jakich przyzwyczaili się najemnicy na kontynencie. Awanturnicy zawdzięczają haniebną wzmiankę w Wielkiej Karcie Swobód nienawiści, jaką wzbudzili wśród bogatych i biednych. Król musiał przyrzec, że odprawi wszystkich „alienigenos milites et balistarios et servientes stipendarios”, którzy „venerunt cum armis et equis ad nocumentum regni”25. Specjalna klauzula wymienia kilku dowódców, którzy zostali skazani na wygnanie – Gerarda z Athies, Filipa z Mark, Engleharda de Cigognes, Gwidona de Cancelles i innych26. Jak wiadomo, Jan łatwo wymigał się od tego zobowiązania – najemnicy nie zostali wygnani i stanowili najlepszą część armii, z którą król poprowadził swą nieszczęsną kampanię 1215 roku. Żołnierze Fawkesa de Bréauté oraz jego kusznicy zasłużyli na szczególną wzmiankę z powodu swej dobrej służby na początku panowania Henryka III, w drugiej bitwie pod Lincoln. Dopiero za panowania Edwarda I cudzoziemscy najemnicy na pewien czas przestali odgrywać dużą rolę w armiach Plantagenetów. Edward III powrócił do zwyczajów swych przodków.

Sekcja B – kontynent

W XII i XIII wieku armie królów Anglii przypominały te należące do władców na kontynencie bardziej niż w jakimkolwiek innym okresie historii. Pod wpływem Normanów siły zbrojne naszej wyspy zasymilowały się z wojskami pozostałych krajów Europy Zachodniej. Warto zwrócić uwagę na dwie główne różnice – po pierwsze, w Anglii nigdy nie było tak wyraźnego podziału między różnymi klasami feudalnych lenników, jak w innych miejscach; po drugie, zaciągi piechurów z hrabstw odgrywały drugorzędną rolę na wojnie, ale i tak miały większe znaczenie niż piechota w wielu rejonach kontynentu. Jedynie w Niderlandach oraz do pewnego stopnia we Włoszech i Hiszpanii piechurzy wysuwają się na czoło. W pozostałych regionach najemni kusznicy byli jedynymi pieszymi wojownikami, którym poświęcano wiele uwagi, dopóki Filip August nie podjął próby wykorzystania zaciągów francuskich komun.

Normalna armia cesarza lub króla Francji składała się z tych samych jednostek, co wojska naszych normańskich lub andegaweńskich monarchów – masy większych i mniejszych lenników na koniach, którą często uzupełniano pewną ilością najemnych kawalerzystów i kuszników. Czasami w pole wyruszały milicje miejskie, które po raz pierwszy pojawiły się we Włoszech i Niderlandach. Bardzo rzadko wykorzystywano piechurów z terenów wiejskich, których panowie feudalni mogli w ostateczności zaangażować w bitwie.

W XI wieku ważną częścią kontynentalnych armii byli wszyscy wojownicy posiadający lenna, którzy otrzymali je bezpośrednio od Korony lub jako podlennicy, w zamian za co byli zobowiązani do służby w kawalerii. Kronikarze często określają ich ogólnym mianem milites, które odnosi się zarówno do większych, jak i mniejszych wasali, ale dokładne zbadanie charakteru tej grupy wykaże, że nie była ona jednorodna. Kiedy napotykamy na wyrażenia, takie jak „miles primi ordinis” lub „miles gregarius”, widzimy, że w obrębie grupy militesistniały podziały klasowe. Najwyższa warstwa składała się ze szlachetnie urodzonych wolnych wasali, którzy posiadali duże lenna – była to jedyna klasa, która zachowała rycerski tytuł w następnych stuleciach, ale w 1080 roku termin milesbył dużo bardziej ogólny (zarówno w Anglii, jak i za granicą27) i obejmował o wiele więcej osób niż w 1180 lub 1280.

Poniżej tychmilites primi ordinis znajdował się szereg innych kawalerzystów, po części szlachetnego, lecz w większości nieszlachetnego pochodzenia. Niektórzy z nich byli przybocznymi samego króla i służyli mu jako niżsi urzędnicy lub gwardziści; dwunastowieczny niemiecki kronikarz prawdopodobnie określiłby ich mianem ministeriales, a kronikarz angielski lub francuski jako servientes regis. O wiele liczniejsi byli przyboczni baronów, biskupów i opatów, którzy mogli, ale nie musieli być obdarzeni lennem ziemskim. Ci „ludzie” króla lub wielkich wasali byli czasami określani jako milites gregarii, milites ignobiles, milites plebei lub milites mediocris nobilitatis. Pojawiają się również pod nazwami, które odróżniają ich od rycerzy o wyższym statusie oraz wskazują na ich służalczy i podległy stan, np. satelites, servientes, clientes, famuli. Z reguły służyli na lżejszych koniach i nosili mniej kompletne uzbrojenie niż rycerscy wasale. Aż do XIII wieku byli o wiele liczniejsi od szlachetniejszych i ciężej uzbrojonych kawalerzystów28.

Kiedy pod koniec XII wieku zaczęto ściśle ograniczać tytuł milesdo wyższych warstw klasy wojskowej, serviens(sierżant) stał się najbardziej typowym określeniem kawalerzysty o niższym statusie. We Francji była to ich jedyna uznawana nazwa. W Niemczech nie występowała tak powszechnie, a termin sariant(niemiecka odmiana tego słowa) był używany na przemian z innymi nazwami, takimi jak scutifer, armiger, strator. Nie należy mylić tych dwunasto- i trzynastowiecznych servienteslub scutiferiz giermkami z XIV i XV wieku, którzy byli przybocznymi rycerza. We wcześniejszym okresie rycerz nie miał żadnych konnych towarzyszy. Jego giermek podążał za nim na piechotę i nie musiał brać udziału w walce. „Sierżanci” byli często formowani w odrębne korpusy, niezależne od rycerzy, i wykorzystywani do zadań, które mogła wypełnić tylko lekka kawaleria; mogli zostać również umieszczeni w mniej istotnych częściach szyku bojowego. Nierzadko umieszczano sierżantów w pierwszej linii, gdzie mieli rozpocząć walkę, podczas gdy rycerze pozostawali w rezerwie, aby zadać decydujący cios. Przekonamy się, że Filip August zastosował to ustawienie na swym prawym skrzydle pod Bouvines (1214)29. Fryderyk II postąpił tak samo pod Cortenuovą w 1237. Oddzielanie lekkich i ciężkich kawalerzystów od siebie nie było jednak regułą. O wiele częściej zdarzało się, że poszczególne oddziały armii składały się z sierżantów, „wzmocnionych” przez dodanie pewnej ilości rycerzy, tak jak uczynił to starszy Montfort pod Muret (1213)30.

Nomenklatura klasy wojskowej stała się jeszcze bardziej skomplikowana, kiedy w XII wieku znaczenie słowa milesponownie uległo zmianie w wyniku rozpowszechniania się nowego pojęcia rycerskości. Kiedy pojawiło się przekonanie, że rycerz musi uroczyście otrzymać broń i insygnia stanu rycerskiego od swego feudalnego zwierzchnika lub innej znacznej osobistości i nie może używać tytułu miles, dopóki nie zostanie w ten sposób wyróżniony, z konieczności pojawiła się klasa posiadaczy lenn rycerskich, którzy nie otrzymali jeszcze tytułu rycerza. Młody baron posiadający duże włości mógł odbywać służbę przez pewien czas, zanim otrzymał tytuł. Natomiast wojownik, który dowiódł swej odwagi, mógł zostać pasowany na rycerza przez króla lub księcia za jakiś wybitny wyczyn zbrojny. W ten sposób baron, który nie był jeszcze rycerzem, często wyruszał na wojnę w towarzystwie wasali będących już posiadaczami godności, do której ciągle aspirował.

Dlatego też jeśli zbadamy skład tej części kawalerii armii feudalnej, która nie składała się z rycerzy, przekonamy się, że pod koniec XII i w XIII wieku znajdowali się w niej przedstawiciele wielu różnych klas. Można wyróżnić: (1) młodych właścicieli lenn rycerskich, którzy nie otrzymali jeszcze tytułu rycerza; (2) ludzi rycerskiego pochodzenia, będących właścicielami niewielkich lenn, którzy z powodu ubóstwa (lub z innej przyczyny) nie zamierzali przyjąć tej godności; (3) młodszych synów baronów i rycerzy, którzy nie mieli ziemi, a zatem nie mogli aspirować do godności rycerza (wielu z nich znajdowało się na żołdzie króla); (4) różne osoby nierycerskiego pochodzenia, które otrzymały w lenno ziemię od swoich panów; (5) ludzi niskiego stanu, którzy służyli jako zwykli najemnicy. Pierwsze trzy grupy to ludzie z klasy rycerskiej, którzy jednak nie są rycerzami; czwarta to ta, do której należy tytuł sierżanta. Istnieje jeszcze dodatkowy podział, ponieważ zamożny sierżant mógł się czasami zaopatrzyć w ciężkiego rumaka bojowego i pełną kolczugę, podczas gdy ubożsi członkowie klas 2 i 3 mogli służyć w niekompletnych zbrojach i na gorszych wierzchowcach.

Pod koniec XIII wieku klasy 2, 3 i 4 zaczęły się ze sobą łączyć i uznano, iż wszystkie w równym stopniu wchodzą w skład arystokracji wojskowej, tak że większość sierżantów ostatecznie stała się „szlachcicami”. Chociaż nie byli rycerzami, stanowili niższe warstwy kasty rycerskiej. Łatwo zrozumieć, że gdy tytuł rycerza stał się zastrzeżony dla stosunkowo nielicznych członków rodów rycerskich, a ich ubożsi przedstawiciele ciągle służyli u boku zamożniejszych sierżantów, ci drudzy wspięli się na wyższy szczebel drabiny społecznej. Bardziej naturalne było osiągnięcie lepszego statusu przez sierżantów niż zdegradowanie braci i młodszych synów właścicieli lenn rycerskich do niższego. W XIV wieku francuska noblessei niemiecka Adelposzerzyły swe szeregi o klasy, którym dwieście lat wcześniej nie przyznano by pochodzenia rycerskiego. Termin sierżant wyszedł z użycia jako określenie feudalnego kawalerzysty niższego stanu31 i przestano oceniać liczebność kawalerii w kategoriach militesi servientes, a zaczęto liczyć „hełmy” lub „ladrowane konie”. Nie pytano już, czy wojownik wyposażony w pełny rynsztunek i jadący na ciężkim wierzchowcu otrzymał rycerskie ostrogi i pas. Był równie skutecznym członkiem armii bez względu na to, czy posiadał tytuł rycerza, czy też nie. Ogólna grupa feudalnych kawalerzystów, którzy nie zdobyli jeszcze ostróg, otrzymała miano giermków (écuyers, scutiferi, armigeri) lub zbrojnych.

Oczywiście armia nie mogła całkowicie zrezygnować z lekkiej kawalerii; była potrzebna do zbierania żywności i przeprowadzania zwiadu. Pod tym względem w XIV wieku servienteszostali zastąpieni głównie przez najemników, ale po części także przez niekompletnie uzbrojonych służących rycerzy i giermków, którzy przybywali do armii z pewną ilością konnych posługaczy (valets armés, Diener). Można było jednak napotkać również lekkich kawalerzystów, którzy nie byli ani najemnikami, ani zwykłymi podwładnymi zbrojnych. Tacy żołnierze z pewnością istnieli w Anglii; rozpoznajemy ich w hobilarach z końca XIII wieku lub w spisie Edwarda III z Calais (1347)32. Występowali również na kontynencie jako panzeratilub rennerw Niemczech i haubergeonswe Francji.

Każdy opis armii z XII i XIII wieku byłby niekompletny bez wzmianki o kawalerii najemnej. Przekonaliśmy się już, że w Anglii odgrywała ona bardzo dużą rolę w historii wojskowej, tak samo jak na kontynencie. Od czasów normańskich awanturników, którzy wyparli swych nieszczęsnych pracodawców z Apulii i Benewentu, najemnicy nigdy nie znikają z pola widzenia. Robert Guiscard i Wilhelm Zdobywca mogli ich werbować tysiącami i w większości kontynentalnych wojen służyli ramię w ramię z wasalami cesarzy lub królów. Ich bandy obejmowały o wiele mniej rycerzy i o wiele więcej wojowników niższego stanu niż normalne armie feudalne. Rycerze, którzy porzucili swe lenna w poszukiwaniu przygód, nie byli oczywiście tak liczni jak ludzie niższego stanu. Oddział najemników składał się w większości z nie posiadających ziemi młodszych synów podlenników oraz awanturników niższego stanu, którzy zostali zawodowymi żołnierzami z zamiłowania do walki lub pragnienia ucieczki od pańszczyzny. Bez względu na pochodzenie tych najemnych kawalerzystów wszyscy, którzy nie byli rycerzami, nosili wspólne miano solidarii – zarówno zbiegli chłopi, jak również ich lepiej urodzeni towarzysze. Początkowo najczęściej kupowano usługi najemników za cenę nadań ziemskich, ale w XII wieku w obiegu było już na tyle dużo pieniędzy, że królowie i cesarze mogli zatrzymać najemnych kawalerzystów na swoich usługach, płacąc im dzienną, miesięczną lub roczną pensję. Dla pracodawcy było to lepsze pod każdym względem – najemnik, który posiadał lenno, był na ogół złym i buntowniczym poddanym (wystarczy sobie przypomnieć przypadek Fawkesa de Bréauté), podczas gdy awanturnik zatrudniony na określony czas mógł zostać zwolniony, kiedy nie był już potrzebny.

Bandy najemników zyskiwały na znaczeniu przez cały omawiany okres. Jedynie wojny lokalne mogły być prowadzone przez regularne feudalne pospolite ruszenie; wszystkie długie i odległe kampanie oraz wielkie podboje wymagały współpracy najemnych żołnierzy. Królowie stojący na czele rozległego i rozproszonego imperium, tacy jak Henryk II z Anglii, z konieczności musieli ich zatrudniać. Naturalnie polegali na nich również awanturnicy dążący do utworzenia własnego królestwa, jak Karol Andegaweński w następnym stuleciu. Długotrwałe wojny uczyniły z nich zwarte masy, a pod koniec XIII wieku pojawił się system kondotierski – wybitni wodzowie najemni gromadzili duże oddziały liczące tysiące ludzi i oferowali swe usługi różnym dworom. Pierwsza33 z tych armii wolnych kompanii, która zdobyła duże znaczenie, to „wielka kompania” Rogera de Flor, utworzona przez oddziały najemników króla Aragonii, które zostały zwolnione, gdy Piotr zakończył swe długie zmagania z Karolem II Andegaweńskim o Sycylię. „Katalończycy” Rogera byli na tyle silni, że trzęśli całym Lewantem, rzucili cesarza bizantyjskiego Andronika na kolana (1308) i wywalczyli sobie siedzibę w księstwie Aten.

Jeśli chodzi o piechotę, to nie musimy się zbytnio zajmować Francją i Niemcami w XII wieku; rejony, którym należy poświęcić uwagę, to Niderlandy, Włochy i Hiszpania. Blisko spokrewnieni z Anglikami mieszkańcy Flandrii, Brabancji i sąsiednich regionów późno przekonali się do jeździectwa, podobnie jak ich krewniacy po drugiej stronie morza. W przeciwieństwie do Anglii, Niderlandy nigdy nie zostały podbite i podzielone przez najeźdźcę i wydaje się prawdopodobne, że ich solidna piechota wywodzi się bezpośrednio oraz w linii ciągłej z czasów karolińskich. Rozwój rdzennej kawalerii feudalnej w niderlandzkich księstwach i hrabstwach nie doprowadził do całkowitego zaniku piechoty, jak w większości innych regionów. Już w 1100 roku pojawiają się wzmianki o niderlandzkich piechurach uzbrojonych w piki, których reputacja była o wiele lepsza od piechoty z innych krajów34. Ich najwcześniejsza nazwa to geldons – jak pamiętamy, Wace określił tym samym mianem angielskich toporników pod Hastings35. Można się domyślać, że najemni piechurzy uzbrojeni w piki, których wykorzystał Zdobywca w tej samej bitwie, byli w większości Flamandami.

Pod koniec XII wieku owi pikinierzy walczyli we wszystkich wojnach na terenie Niderlandów u boku kawalerii feudalnej swych panów i wkrótce pojawili się za granicą jako najemnicy. Na ogół występują pod nazwą Brabançons, która stała się technicznym określeniem zawodowych najemników; byli zatrudniani przez królów Anglii i Francji oraz cesarzy rzymskich; uczestniczyli w wojnach włoskich Fryderyka Barbarossy, wyprawach Henryka Plantageneta do Francji i zwycięskich kampaniach Filipa Augusta. Ostatnie starcie, w którym odegrali dużą rolę, to bitwa pod Bouvines, podczas której ich niewielki oddział36 w służbie hrabiego Boulogne spisał się najlepiej ze wszystkich piechurów w armii koalicji. W XIII wieku Flamandowie i Brabançons nie utrzymali swego statusu jako najemnicy – w owym stuleciu typowymi wynajmowanymi piechurami nie byli pikinierzy, lecz kusznicy; jednakże w swojej ojczyźnie służyli w taki sam sposób, jak wcześniej i milicja pikinierów w kolczugach nadal stanowiła ważną część armii. Możemy zaobserwować ich typową taktykę w bitwie pod Steppes (1212)37 i przeczytać o ich największym zwycięstwie pod Courtrai (1302). W XIII i XIV wieku zaciągi flamandzkich miast były najbardziej prominentnymi propagatorami takich metod walki.

Niderlandzcy piechurzy nie wykazywali większej mobilności ani inicjatywy. Walczyli w ciężkich masach i nie mogli manewrować. Byli jednak groźni, jeśli stosowali czysto defensywną taktykę – broń pikinierów była o wiele dłuższa niż kopie rycerzy, a jeśli masa trwała w miejscu, rozbicie jej było niezwykle trudne. Ponieważ jednak nie mogła z łatwością nacierać ani zmienić frontu, nie była w stanie samodzielnie wygrać bitwy – mogła co najwyżej odeprzeć nieprzyjaciela. Czynny sukces wymagał wsparcia ze strony konnicy – kiedy piki zatrzymywały nieprzyjaciela, należało rzucić do natarcia kawalerię, aby go rozbić i ścigać. W połączeniu z kawalerią pikinier jest gorszy od człowieka uzbrojonego w broń miotającą – może zranić swego przeciwnika jedynie, gdy dojdzie do bezpośredniego kontaktu, podczas gdy łucznik lub kusznik może prowadzić nieprzerwany ostrzał, dopóki nieprzyjaciel znajduje się w odległości 91 lub 137 metrów od niego.

Ogólnie rzecz biorąc, ci wcześni pikinierzy mogli udzielić cennej pomocy w wygraniu bitwy, ale nie byli w stanie osiągnąć zwycięstwa o własnych siłach. Mogli stanowić punkt zborny dla kawalerzystów lub wziąć na siebie główny ciężar walki, podczas ci drudzy się przegrupowywali; mogli również stawić długi pasywny opór, ale ich aktywna siła była niewielka albo nawet żadna. Jeśli kiedykolwiek mieli duży udział w zwycięstwie, to przyczyną takiego stanu rzeczy były osobliwe warunki lokalne; np. pod Courtrai doszło do straszliwej rzezi francuskich rycerzy, ponieważ na ich tyłach znajdował się głęboki bagnisty rów, który utrudnił im odwrót. Zazwyczaj podejmowane przez Niderlandczyków próby walki bez wsparcia konnicy kończyły się dla nich katastrofalnie, tak jak pod Cassel i Roosebeke.

We Włoszech, gdzie piechurzy nie odgrywali dużej roli od czasów rzymskich, ich powrót był ściśle związany ze wzrostem znaczenia wielkich miast. Tuż przed początkiem wypraw krzyżowych miasta północnych Włoch zaczęły zyskiwać niezależność i praktycznie wyzwoliły się spod władzy swych hrabiów i biskupów. Zwróciliśmy już uwagę na energię, z jaką zaangażowały się w walkę o wyparcie mauretańskich piratów ze środkowej części Morza Śródziemnego, a następnie w bardziej odległe krucjaty w Lewancie38. Oczywiście żeglarze tacy jak Wenecjanie, Genueńczycy i Pizańczycy stali się piechurami. W XII wieku brali udział w każdym oblężeniu i bitwie na terenie Syrii w charakterze kuszników. Żaden europejski lud nie dorównywał im pod względem biegłości w posługiwaniu się kuszą – po zdobyciu dobrej reputacji jako strzelcy wyborowi w bitwach na Wschodzie owi włoscy piechurzy, a zwłaszcza Genueńczycy, udali się na północ od Alp jako najemnicy i walczyli w służbie Francuzów pod Courtrai, Sluys i Creçy.

Podczas gdy mieszkańcy miast portowych byli uzdolnieni głównie we władaniu kuszą, milicja miast położonych w głębi lądu składała się głównie z pikinierów. Wojska ważnych miast, takich jak Mediolan lub Werona, składały się z masy piechoty, wspieranej przez pewną ilość konnicy. Państwa lombardzkie dysponowały bowiem niemałą liczbą kawalerzystów dostarczanych po części przez wiejską szlachtę, która chcąc nie chcąc została włączona do organizmu miejskiego, a po części przez bogatych mieszczan – miejscowe rody patrycjuszowskie. Każde ważne miasto mogło wystawić w polu kilkuset jeźdźców w kolczugach, a Mediolan zgromadził ponad dwa tysiące. Jednakże wojska włoskich miast składały się w większości z piechurów służących pod sztandarami swych dzielnic lub parafii. Byli dobrze wyposażeni w piki, stalowe kapelusze i kolczugi.

Włoska piechota nigdy nie próbowała się obyć bez pomocy kawalerii, w przeciwieństwie do flamandzkiej, która nieraz podejmowała takie próby. Zawsze prowadziła działania w towarzystwie kawalerzystów ze swych miast i nie aspirowała do samowystarczalności. Kiedy stawała naprzeciw nieprzyjaciela, który dysponował jedynie kawalerią lub wystawiał w polu nieskuteczną i źle uzbrojoną piechotę, często przechylała szalę na swoją stronę. Jako typowe starcie tego rodzaju opiszemy bitwę pod Legnano39, gdzie niezłomność mediolańskiej piechoty uratowała sytuację, dając rozbitej lombardzkiej konnicy czas na zgromadzenie się i ponowienie szarży.

Po Włoszech i Niderlandach trzecim regionem w Europie, w którym rodzima piechota zyskała pewne znaczenie, była północna Hiszpania. Bardzo wcześnie pojawiają się informacje na temat skuteczności oszczepników z Nawarry i kraju Basków – górskich piechurów, którzy skutecznie bronili własnych przełęczy, ale czasami byli również wynajmowani przez królów Francji i dobrze służyli w polu. „Almogawarowie” z Aragonii i Katalonii byli jeszcze słynniejsi i stanowili ważną część „wielkiej kompanii” Rogera de Flor, o której już wspomnieliśmy. Już w 1179 roku sobór laterański grzmiał przeciwko hiszpańskim i niderlandzkim najemnikom – na tych, którzy zatrudniali „Brabantczyków, Aragończyków, Bawarczyków lub Basków” miały spaść wszelkiego rodzaju duchowe kary. Almogawarowie, którzy składali się z kuszników i włóczników, zostali sprowadzeni do Włoch w wielkiej liczbie przez królów Aragonii prowadzących walkę z dynastią andegaweńską o koronę sycylijską. Rozpuszczone resztki tej armii sprawiły, że Katalończycy budzili tak wielki postrach w Lewancie na początku XIV wieku. W tym samym okresie baskijscy oszczepnicy wchodzili w skład lekkiej piechoty w armii Roberta z Artois pod Courtrai (1302). Jednakże później, aż do czasów Gonzala de Cordovy, pojawia się niewiele wzmianek o hiszpańskiej piechocie.

ROZDZIAŁ IIIBITWY ANGLIKÓW I ICH TAKTYKA, 1100-1200

Tinchebrai (1106) – Bremûle (1119) – Northallerton (1138) – Lincoln (1141) – Bitwy w Irlandii (1169-1171)

Często zauważano, że okres kompletnej dominacji kawalerii na Zachodzie – XII wiek – nie był epoką wielkich bitew. W trakcie szesnastoletniej wojny dwóch róż i sześcioletniej wielkiej rebelii w Anglii miało miejsce więcej ważnych starć niż przez całe sto lat pomiędzy 1100 a 1200 rokiem. Tak samo było na kontynencie, chociaż w mniej zauważalnym stopniu. Wynikało to głównie z tego, że w trakcie XII wieku nastąpił tak ogromny rozwój fortyfikacji, iż dla słabszej strony korzystniej było się bronić za silnymi murami niż walczyć w otwartym polu. Dlatego też w owym stuleciu oblężenia zdarzały się częściej niż otwarte bitwy. Zwycięstwa Henryka I pod Tinchebrai i Bremûle były starciami na bardzo małą skalę, w których uczestniczyło zaledwie kilkuset rycerzy. Długie wojny domowe pomiędzy Stefanem a Matyldą obfitowały w oblężenia, ale doprowadziły jedynie do dwóch bitew pod Northallerton i Lincoln. W trakcie wszystkich długich wojen francuskich Henryka II nie doszło do ani jednego pierwszorzędnego starcia w otwartym polu; potyczka pod Fornham i atak z zaskoczenia pod Alnwick to jedyne starcia za jego panowania, które zasługują na uwagę. Tak samo było w przypadku długich waśni między Ryszardem I i Filipem Augustem wzdłuż granic Normandii i Poitou. Można bez przesady stwierdzić, że w okresie pomiędzy bitwą pod Lincoln (1141) a bitwą pod Bouvines (1214) angielscy żołnierze nie wzięli udziału w żadnym starciu o pierwszorzędnym znaczeniu na terenie Europy Zachodniej. Gdyby nie odległa bitwa pod Arsufem (1191), można by powiedzieć, że w całym tym okresie nie uczestniczyli w ani jednej wielkiej bitwie.

Te nieistotne konflikty z XII wieku były w większości proste i krótkie. Ich kolejną ważną cechą było to, że towarzyszył im bardzo niewielki rozlew krwi, chyba że jedna ze stron przyprowadziła na pole bitwy nieszczęsnych piechurów – w tym przypadku często dochodziło do okrutnej rzezi podczas pościgu; poza tym rycerze okazywali sobie litość i straty przegranej strony obejmowały głównie jeńców, a nie zabitych.

Bitwa pod Tinchebrai, 29 września 1106 r.

Książę normandzki Robert, wielu jego rycerzy oraz niektórzy rycerze króla Henryka wzięli udział w pierwszej krucjacie. Prawdopodobnie pod wpływem swych niedawnych doświadczeń obie strony postanowiły podjąć próbę przeprowadzenia kombinowanych działań piechoty i kawalerii, przy czym ta druga miała uderzyć, a pierwsza zapewniać wsparcie. Armia Henryka była dużo silniejsza; król uszykował ją w dwie linie – pierwsza składała się z trzech grup normańskiej piechoty, ludzi z okolic Bayeux, Avranches i Coutances, do których przydzielono siedmiuset rycerzy40; poszczególne oddziały znajdowały się pod dowództwem Ralfa z Bayeux, Roberta z Mellent i Wilhelma z Warenne41. Druga linia Henryka składała się z angielskich i normańskich piechurów, wzmocnionych przez duży oddział doborowych rycerzy, którym król kazał zsiąść z koni i osobiście stanął pieszo pośród nich423. Za nimi znajdowała się rezerwa złożona z kolejnych siedmiuset feudalnych kawalerzystów. Jednakże daleko po prawej stronie, poza zasięgiem wzroku nieprzyjaciela, Henryk umieścił swych wasali z Maine pod komendą ich hrabiego, Héliego de la Fléche, oraz posiłki z Bretanii pod hrabią Alanem; wszyscy poruszali się na koniach i mieli zaatakować Normanów ze skrzydła w trakcie bitwy. Podobno liczyli tysiąc ludzi – jeśli tak było, oznacza to, że król miał przy sobie 2400 kawalerzystów i ponad trzykrotną przewagę liczebną nad rycerzami Roberta; nie sposób ocenić liczebności jego piechoty, ale raczej nie mogła ona przewyższać liczby piechurów księcia, ponieważ podczas gdy jedno źródło twierdzi, że król miał nieco mniej piechurów43, drugie jest przekonane, iż było ich o wiele więcej44. Tak naprawdę liczyła się jednak ogromna przewaga konnicy Henryka, która nie ulega wątpliwości.

Podobno Robert miał jedynie siedmiuset rycerzy oraz pięć lub sześć tysięcy piechoty niskiej jakości. Pomimo tego podjął ofensywę w desperacki sposób. Najwyraźniej jego pierwsza linia składała się z dwóch oddziałów konnicy, z których każdy mógł liczyć po trzystu ludzi – lewego skrzydła pod dowództwem Wilhelma, hrabiego Mortain, i prawego pod komendą niesławnego Roberta z Belesme. Sam książę zsiadł z konia, podobnie jak jego brat, król, i razem z oddziałem doborowych rycerzy stanął w pierwszym szeregu swojej piechoty. Jednakże źródła nie stwierdzają wyraźnie, czy stanowili oni centrum armii uszykowanej w pojedynczą linię, z Belesme’em i hrabią Wilhelmem na skrzydłach, czy też tworzyli drugą, odrębną linię, podobnie jak oddział króla Henryka w drugiej armii. Skłaniam się ku tej drugiej możliwości na podstawie opisu wydarzeń w trakcie starcia.

Robert zamierzał osiągnąć zwycięstwo dzięki desperackiej szarży swych dwóch przednich zgrupowań kawalerii. Jego szwadrony z lewego skrzydła pod komendą hrabiego Mortain zdołały nawet rozbić prawe skrzydło pierwszej linii Henryka – konnicę i piechotę Ralfa z Bayeux – i zmusić je do bezładnego odwrotu45. Król musiał sprowadzić swą drugą linię (zarówno konnych, jak i pieszych), aby zatrzymać natarcie46. Na drugim skrzydle Robert z Belesme miał mniej szczęścia w walce ze zgrupowaniem Warenne’a i po wygaśnięciu impetu pierwszej szarży nastąpił impas – opis Orderyka sugeruje, że wywiązała się stacjonarna walka z piechotą „tanta densitate constipati sunt et in armis indissolubiliter stabant, ut nihil eis obesse posset, sed alterni conatus impenetrabiles obstare studerent?”47. Źródło nie stwierdza wyraźnie, czy książę Robert sprowadził swą piechotę, tak jak król Henryk, ale wydaje się to prawdopodobne.

Zanim jednak doszło do przełomu w głównej bitwie, sytuacja została nagle rozstrzygnięta przez uderzenie hrabiego Maine i Bretończyków, którzy niespodziewanie wyjechali na lewe skrzydło Normanów i piechoty znajdującej się obok lub za nimi, rolując całą armię księcia. Robert z Belesme rzucił się do ucieczki (zbyt szybko, aby mógł zachować twarz) i uszedł z wieloma swoimi ludźmi z dalszego skrzydła. Jednakże po otoczeniu i wzięciu do niewoli Wilhelma z Mortain ludzie z Maine i Bretończycy wdarli się głęboko w masę normańskich piechurów i zabili kilkuset z nich, zanim reszta zdążyła się poddać. Pojmano tam księcia razem z Robertem z Estouteville, Wilhelmem de Ferrers, Wilhelmem Crispinem oraz pozostałymi jego najważniejszymi stronnikami. Został wzięty do niewoli przez królewskiego kapelana Waldryka, który otrzymał od Henryka tak hojną nagrodę za swój niegodny duchownego wyczyn, że dopuszczając się symonii kupił biskupstwo Laon48, gdzie sześć lat później zginął zamordowany przez swą niesforną trzódkę. Razem z Robertem do niewoli dostał się jego nieodłączny przyjaciel, Edgar Atheling, ale król puścił go wolno, nie czyniąc mu żadnej krzywdy.

W liście do arcybiskupa, w którym informuje go o swoim zwycięstwie, król pisze, że wziął do niewoli ponad czterystu rycerzy. Ponieważ najwyraźniej zabito około sześćdziesięciu, wydaje się, że wraz z Robertem z Belesme uciekło jedynie dwustu. Piechota miała szczęście, ponieważ uniknęła ogólnej rzezi i straciła jedynie 250 lub 300 zabitych. Po stronie Henryka zginęło podobno zaledwie dwóch rycerzy (według jednego źródła ani jeden) oraz kilkudziesięciu pieszych.

Całe starcie nie trwało nawet godziny i było wyjątkowo bezkrwawe jak na bitwę. Miało jednak doniosłe konsekwencje – król opanował całe księstwo Normandii. Pod względem taktyki jest to interesująca odmiana metod, które w tamtym czasie dominowały na Zachodzie. Niewątpliwie zestawienie kawalerii z piechotą w każdym oddziale armii królewskiej wynikało z doświadczeń krucjatowych. Jednakże Henryk, który nigdy nie był w Lewancie, okazał się bardziej postępowy w swoich działaniach niż jego brat, który był bohaterem spod Antiochii i Askalonu. Wydaje się, że Robert uformował swoją piechotę w jeden solidny blok – Henryk umieścił ją w obu swych liniach. Jednakże atak oskrzydlający kawalerzystów hrabiego Héliego przypomina bardziej taktykę Bizantyjczyków niż krzyżowców. Ludzie z Maine byli dokładnie tym, co Leon Mądry określiłby mianem ́Τπερχεράσται.

UWAGA

Aż do 1908 roku wszystkie opisy bitwy pod Tinchebrai powstawały bez pomocy źródła, które byłoby najużyteczniejsze w określeniu zastosowanej taktyki – listu księdza z Fécamp do księdza z Séez napisanego w obozie króla Henryka kilka dni po bitwie. Rękopis znajduje się w bibliotece Jesus College w Oksfordzie; został wydrukowany we francuskim wydaniu kroniki Roberta z Torigny jako przypis przez pana Delisle’a w 1872 roku. Niestety pan Delisle bardzo źle go skopiował, opuszczając najważniejszą linijkę na temat armii króla Henryka. Żaden komentator zajmujący się bitwą pod Tinchebrai – ani pan Delpech, ani generał Köhler, ani sir James Ramsay, ani dr Drummond, ani profesor Delbrück, ani ja sam – nie natknął się na ten bezcenny list, ukryty w wydaniu, którego nie posiadaliśmy. Korzystaliśmy głównie z Orderyka oraz Henryka z Huntingdon i różniliśmy się w kwestii przebiegu bitwy w zależności od tego, czy trzymaliśmy się bardziej pierwszego, czy też drugiego z tych źródeł. W 1908 roku profesor W. H. C. Davis natknął się na przypis Delisle’a i przy jego pomocy skorygował poprzednie narracje – niestety Delisle opuścił najważniejszą linijkę w rękopisie, przez co profesor Davis również wyciągnął błędne wnioski. W 1909 roku pan H. E. Malden przejrzał oryginalny rękopis i po odkryciu przeoczenia Delisle’a ponownie wydrukował cały list w tegorocznym English Historical Review. Świadczy on o tym, że Henryk wydzielił dwie linie – pierwsza z nich składała się z trzech acies Ralfa z Bayeux, Mellenta i Warenne’a, złożonych zarówno z kawalerii, jak i piechoty, a druga z głównej części piechoty, na czele której stał sam król, oraz rezerwy w sile siedmiuset konnych. Opis ten rozwiązuje nasze problemy. Nikt nie byłby w stanie ustalić tych faktów na podstawie Orderyka i Huntingdona, jednakże można z nimi pogodzić obie relacje. Zarówno pogląd przyjęty przez Ramsaya, Drummonda i Delbrücka, którzy utrzymują, że król miał cztery acies konnicy, jeden za drugim, jak i moje własne twierdzenie, że jego linia składała się z trzech grup spieszonych rycerzy ustawionych obok siebie, były błędne. Ostatni pisarz, który zajmował się bitwą pod Tinchebrai, profesor Charles W. David z Bryn Mawr College, którego książka na temat Roberta Krótkonogiego ukazała się w 1920 roku, miał to szczęście, że po raz pierwszy ustalił właściwy szyk. Załączam kluczowy fragment listu księdza z Fécamp:

„In prima acie fuerunt Baiocences, Abrincatini et Constantinientes omnes pedites : in secunda vero rex cum innumerabilibus baronibus, omnes similiter pedites. Ad haec septingenti equites utrique aciei ordinati sunt. Preterea comes Cenomannorum [Hélie] et comes Britonum [Alan Fergant] circumcingentes exercitum usque ad mille equites, remotis omnibus gildonibus et servis. Nam exercitus totus regis prope modum ad XL millia hominum estimabatur, comes vero vi millia habuit, equites septingentos. Et vix una hora stetit pugna, Roberto de Belismo statim terga vertente, ex cujus fuga dispersi sunt omnes”. Linijka zapisana kursywą została pominięta przez pana Delisle’a.

Oszacowanie liczebności całej armii Henryka na czterdzieści tysięcy ludzi jest oczywiście typowym dla średniowiecza absurdalnym wyolbrzymieniem. Jednakże jak pisze Orderyk, pod względem liczby piechurów nie mogła raczej ustępować armii księcia, chociaż miała dużą przewagę w kawalerii. Orderyk żył w tych czasach i mieszkał nieopodal, w St. Evroul.

Bitwa pod Bremûle (Brenville), 20 sierpnia 1119 r.

Druga bitwa króla Henryka w Normandii była jeszcze krótsza i łatwiejsza niż bitwa pod Tinchebrai; w istocie można ją określić jedynie jako potyczkę. Trwała zaledwie kilka minut, a ogólna liczba walczących po obu stronach nie przekraczała tysiąca ludzi.

Król Francji Ludwik VI najechał Normandię, aby osadzić na jej tronie swego młodego protegowanego Wilhelma Clitona, syna Roberta, który od wielu lat gnił w zamku Cardiff i popadł w niemal całkowite zapomnienie. Wilhelm, który był sprytnym i bystrym osiemnastoletnim młodzieńcem, osiągnął wystarczający wiek, aby osobiście wyruszyć w pole u boku swego orędownika. Przekroczyli granicę, a garstka starych, zaufanych stronników Roberta ściągnęła pod ich sztandary, lecz większość baronów księstwa pozostała wierna królowi Henrykowi.

Ponieważ zamki i miasta zamknęły swe bramy, inwazja przerodziła się w szereg zwykłych rajdów łupieżczych. Obierając za bazę miasto Les Andelys, Ludwik i jego rycerze wyruszyli w pole, spustoszyli tereny wiejskie i urządzali bezużyteczne wypady, które docierały aż do Rouen i Evreux. Tymczasem król Henryk pojawił się na scenie z niewielką armią – miał przy sobie garstkę Anglików, ale jego siły składały się w większości z feudalnych zaciągów z Normandii; zajął pozycję pod Noyon-sur-Andelle, zamierzając obronić księstwo przed niszczycielskimi najazdami Francuzów. 20 sierpnia dym unoszący się nad płonącą stodołą mnichów z Bucheron49 wyraźnie pokazał Henrykowi, że Francuzi rozpoczęli jeden ze swych zwyczajowych rajdów. Wyruszył na pogorzelisko w towarzystwie pięciuset rycerzy, którzy znajdowali się wokół niego, i wkrótce ujrzał rozproszonych członków eskorty Ludwika. Kiedy król Francji dowiedział się o przybyciu swego przeciwnika, wyszedł mu na spotkanie pomimo przestróg swoich mądrzejszych doradców, którzy zwrócili mu uwagę, że ma jedynie czterystu konnych, a liczebność Normanów pozostaje nieznana. Nie podjąwszy żadnych militarnych środków bezpieczeństwa i nie sporządziwszy nawet określonego planu bitwy, Ludwik pogalopował naprzód, aby zaatakować Henryka.

Tymczasem król Anglii dostrzegł zbliżającego się nieprzyjaciela i miał wystarczająco dużo czasu, aby uszykować swą armię. Zastosował to samo ogólne ustawienie, które sprawdziło się tak dobrze pod Tinchebrai. Polecono większości rycerzy zsiąść z koni i odesłać je na tyły. Jedynie stu z nich pozostało w siodle. Dokładne szczegóły uszykowania ich armii są niepewne; nasze trzy główne źródła – Suger po stronie francuskiej oraz Henryk z Huntingdon i Orderyk Vitalis po normańskiej – nie są ze sobą zgodne. Suger pisze, że armia sformowała szyk z konnicą na przedzie i spieszonymi rycerzami w drugiej linii50. Henryk z Huntingdon twierdzi, że król sformował trzy batalie – pierwszą złożoną z konnych normańskich rycerzy, drugą, w skład której wchodził jego prywatny poczet zbrojny pod jego osobistym dowództwem (również na koniach), oraz trzecią, która była najsilniejsza spośród wszystkich trzech i składała się z piechoty pod komendą jego synów, Roberta51 i Ryszarda52. Orderyk utrzymuje, że stu rycerzy pod komendą królewskiego syna Ryszarda pozostało na koniach, podczas gdy pozostali Normanowie walczyli pieszo wokół króla, który również zsiadł z konia53