Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 416 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka uwodzenia - Samantha Young

Olivia Holloway jest nowicjuszką w dziedzinie seksu, ale szybko nadrabia zaległości i wkrótce uczeń przerasta mistrza. Olivia ma bezpośredni sposób bycia, ale jest też boleśnie niepewna w kontaktach z płcią przeciwną – paraliżuje ją obecność mężczyzn, którymi mogłaby być zainteresowana. Przeprowadzka do Edynburga wiele zmienia w jej życiu. Sfrustrowana niepowodzeniem w nawiązaniu znajomości z przystojnym doktorantem, postanawia przezwyciężyć swoje lęki i stać się kobietą świadomą swojego seksualnego uroku, która dostaje to, czego chce. Nate Sawyer jest przystojnym pożeraczem damskich serc, nigdy nie angażuje się głębiej. Wobec przyjaciół jest jednak głęboko lojalny. Toteż gdy Olivia zwraca się do niego z prośbą o przysługę, zgadza się nauczyć ją sztuki flirtowania i pomóc jej nabrać pewności siebie w seksie. Lekcje stają się coraz bardziej zaawansowane, atmosfera między nimi dwojgiem coraz bardziej gorąca, zanosi się na płomienny romans. Mroczne wydarzenia z przeszłości ożywają, Nate wycofuje się, zostawiając Olivię ze złamanym sercem. Kiedy dociera do niego, że popełnił fatalną pomyłkę i traci kobietę swojego życia, postanawia zrobić wszystko, aby ją odzyskać, ale… może być już za późno. Samantha Young jest autorką bestsellerów „New York Timesa”, „USA Today” i „Wall Street Journal”. Za powieść Wbrew zasadom była nominowana do Goodreads Choice Award. Jej książki opublikowano w ponad 25 krajach.

Opinie o ebooku Sztuka uwodzenia - Samantha Young

Cytaty z ebooka Sztuka uwodzenia - Samantha Young

uśmiechnął się do mnie, oczy mu błyszczały. – Odlot, dziewczyno! Roześmiałam się cicho z ulgą, położyłam na plecach i zapatrzyłam w sufit. – Rozumiem, że dostałam niezłą ocenę jak na pierwszą lekcję uwodzenia. – Już ci raz powiedziałem… jesteś prymuską. Materac ugiął się, odwróciłam głowę i zobaczyłam, że Nate usiadł i spuścił nogi na podłogę. – Dokąd idziesz? Spojrzał na mnie przez ramię. – Na dzisiaj wystarczy. Nie chcę cię przetrenować. Nachmurzyłam się, zupełnie nie uszczęśliwiona tym obrotem sprawy. – To nie ode mnie zależy? Sięgał po slipki, ale zauważyłam, jak plecy zatrzęsły mu się od śmiechu. Nic nie odpowiedział, przeszedł energicznie przez pokój, patrzyłam na jego umięśnione ciało… mogłabym go schrupać, z trudem powstrzymałam się, aby nie zerwać

Fragment ebooka Sztuka uwodzenia - Samantha Young

Tytuł oryginału: Before Jamaica Lane

Copyright © 2014 by Samantha Young This edition published by arrangement with NAL Signet, a member of Penguin Group (USA) LCC, a Penguin Random House Company. All rights reserved.

Copyright for the Polish Edition © 2014 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o. Spółka Komandytowa 02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 41–42 faks 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa: Dział Obsługi Klienta, tel. 22 360 37 77

Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska Korekta: Maria Talar Projekt okładki: Panna Cotta Zdjęcie na okładce: Fotolia Redakcja techniczna: Mariusz Teler Redaktor prowadząca: Agnieszka Koszałka

ISBN: 978-83-7778-833-2

Skład i łamanie: Katka, Warszawa

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Dla Tammy Blackwell  

Drodzy Czytelnicy,

Często otrzymuję wiadomości z dołączonymi zdjęciami, dokumentującymi Waszą obecność na ulicach Edynburga, i nieważne, czy zostaliście uchwyceni na Dublin Street czy London Road – widome świadectwo tego, jak przypadła Wam do gustu seria tych powieści, stworzonych w niej postaci i miejsce akcji – nieodmiennie jestem tym wzruszona.

Jeśli po przeczytaniu historii Nate’a i Olivii zechcecie pojawić się na ulicach Edynburga, aby odszukać Jamaica Street – ułatwię Wam to. Po prostu na potrzeby serii zastosowałam licentia poetica i zmieniłam nazwę ulicy. Jamaica Lane nie istnieje. W rzeczywistości jest to Jamaica Street North Lane i tam możecie odnaleźć malutkie mieszkanko, w którym kolejna para zwykłych-niezwykłych ludzi odkryła, że życie – raczej częściej niż rzadziej – rozwija się w nieprzewidywalny sposób.

1

Stirling, Szkocja Luty

Za każdym razem, gdy wychodziliśmy zza rogu, mroźny wiatr walił w nas, jakby żywa złośliwa istota dawała upust wściekłości tylko dlatego, że dotąd osłaniał nas budynek. Lodowate szpiczaste palce kąśliwego kobolda szczypały moje zaczerwienione policzki, skrzyżowałam ramiona na piersi i zgarbiłam się, odpierając atak.

– Po raz piąty i ostatni… dokąd nas ciągniesz? – spytała Joss, wtulając się mocniej w swojego narzeczonego, Bradena. Rozpiął wełniany płaszcz i przytulił ją do siebie, ramieniem opasał ją w talii, przyciągając do siebie jak najbliżej. Joss była w krótkim, eleganckim żakiecie i czerwonej sukience, opinającej ją niczym druga skóra. Jak my wszystkie, włożyła szpilki. Jedynym elementem garderoby, który mógł ją ochronić przed szkockim wiatrem, był szal.

Ellie i Jo wyglądały podobnie – wysokie obcasy, sukienki, lekkie żakiety. Na pozór tylko ja byłam cieplej ubrana w czarne wyjściowe spodnie, ale jedwabny top i lekka smokingowa marynarka w żaden sposób mnie nie chroniły. I na co dzień nie nosiłam szpilek, tak jak moje przyjaciółki. Wlokłam się w ogonie naszej grupki, prowadzonej przez Jo w nieznanym kierunku.

– To już niedaleko – obiecała, oglądając się na nas przez ramię, kiedy zaczęliśmy iść główną ulicą miasteczka.

Jej narzeczony, Cam, objął ją, grzejąc swoim ciałem, tuż za nimi siostra Bradena, Ellie, i jej chłopak Adam tulili się do siebie w poszukiwaniu ciepła. Też od niedawna zaręczeni. Jedynie ja nie miałam pod ręką narzeczonego, który osłaniałby mnie przed dokuczliwym wiatrem.

– Niedaleko? – warknęłam na Jo. Odkąd przyjechałam do Edynburga, ponad dziewięć miesięcy temu, zbliżyłyśmy się do siebie bardzo, praktycznie byłyśmy jak siostry, więc przyznałam sobie prawo do gderania na nią, skoro ciągnęła nasze tyłki przez całe miasto, nie racząc wyjaśnić po co. Przez to też fatalnie dobraliśmy garderobę na taką okazję. – Straciłaś prawo do używania słowa „niedaleko” w momencie, gdy zamówiłaś kurs taksówek do stacji Waverley.

Gdy Jo nagle ze zmarszczonym czołem przystanęła przy skrzyżowaniu, jej przepraszający uśmiech zastąpiła pełna zastanowienia mina.

– To już tutaj.

– Na pewno? – spytałam kwaśnym tonem, szczękając zębami.

– No… – Spojrzała na drugą stronę ulicy, aby odczytać jej nazwę, a potem wyjęła telefon. – Dajcie mi chwilę.

Moi przyjaciele zbili się w gromadkę, a ja stałam nieco z tyłu, patrząc na nich. Żeby nie wiem jak było mi zimno, nie miało to właściwie znaczenia. Liczyło się tylko to, że byłam tu z nimi, chociaż wciąż ogarniało mnie zdziwienie, że tak szybko wrosłam w ich paczkę. Zaakceptowali mnie całkowicie i pozwolili uczestniczyć w swoim życiu. Po części z powodu Jo, ale także Nate’a, przyjaciela Cama, a teraz również mojego.

Odwrócił się do mnie, nie przerywając rozmowy z Adamem i Ellie, i posłał mi promienny uśmiech.

Zamrugałam, zaskoczona przebłyskiem pragnienia, które to we mnie wywołało. Doszłam już do wprawy w ignorowaniu tego typu doznań, tym razem po prostu nie pilnowałam się. Zawsze powstaje taki problem, gdy dziewczyna zaprzyjaźnia się z facetem, który zawłaszcza jej myśli, a w dodatku jest najseksowniejszym ciachem, jakie w życiu spotkała.

Ten niespodziewany przypływ niechcianego uczucia przeniósł mnie myślami do chwili, gdy pierwszy raz zobaczyłam Nate’a. Na serio, moje wysiłki bagatelizowania jego uroku zasługują na medal…

Kilka miesięcy wcześniej

Matka Ellie, Elodie Nichols, i jej mąż Clark powitali mnie i tatę tak serdecznie, jakbyśmy od zawsze należeli do ich rodziny. Miło z ich strony. Pomogło mi to zżyć się z gronem przyjaciół Jo, a przede wszystkim z nią samą. Ponieważ postanowiliśmy z ojcem przenieść się do Szkocji na dobre, zbliżenie się do Jo było rzeczą pożądaną. Była niesamowitą osobą. Ostatnie kilka lat również dla niej były trudne. Zasługiwała na to, żeby ktoś o nią dbał, a ja wiedziałam, że Cam jest człowiekiem, który jej to zapewni.

Tamtego dnia poszłam z Cole’em do mieszkania Cama. On i Jo zostali w sklepie, żeby kupić przekąski. Chciałam uwolnić ich od towarzystwa Cole’a i mojego, aby dać im trochę czasu dla siebie. Wieczór mieliśmy spędzić ze znajomymi Cama, Nate’em i Peetiem, których jeszcze nie poznałam, i dlatego doszłam do wniosku, że będzie miło, jeśli dam szansę tym dwojgu na chwilę samotności, zanim wszyscy się zjawią. Ledwie drzwi się za nami zamknęły, Cole pomaszerował prosto do pokoju, gdzie była konsola do gier, a ja skierowałam się w głąb mieszkania, do kuchni. Pobrzękiwałam miseczkami i talerzykami na przekąski, przecierając je ściereczką, gdy nieoczekiwanie rozległ się niski, głęboki głos, bardzo męski i bez wątpienia należący do Szkota:

– O… na pewno nie jesteś Cameronem.

Odwróciłam się, żeby spojrzeć na przybysza, i wszelkie słowa, jakie mogły zrodzić się w moim mózgu, żeby spłynąć na język, gdzieś uwięzły.

Och!

Och, kurczę.

Oparty o framugę drzwi, z ramionami skrzyżowanymi na piersi stał najseksowniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam.

Serce zaczęło mi walić w piersi idiotycznie szybko.

On uniósł ironicznie brew.

– Ktoś ci wcisnął mute?

Rozśmieszyło mnie to i zdołałam się zdobyć na półprzytomny uśmiech, podczas gdy moje oczy dalej się nim syciły. Obrzuciłam go spojrzeniem i ten wspaniały widok przyprawił mnie o ucisk w podbrzuszu, a zaraz potem zszokowana poczułam pulsowanie między udami.

Och!

Niech będzie.

Ale to jednak nowość.

Desperacko próbując zignorować to odczucie, bez powodzenia zresztą, zmusiłam się do pokonania nieśmiałości i mimo podniecenia nawiązać kontakt z nieznajomym. Jak domyślałam się, z Nate’em. Jo zresztą wspominała mi o superatrakcyjnym przyjacielu Cama. Nie przesadziła ani na jotę.

Miał wygląd gwiazdora filmowego, ciemną cerę, której raczej trudno spodziewać się po Szkocie, i oczy tak ciemne, że wydawały się całkiem czarne – teraz akurat błyskały w nich figlarne iskierki. Odpowiedział mi uśmiechem, pokazując równe białe zęby, w policzkach pojawiły mu się seksowne dołeczki. To wszystko razem plus prosty, kształtny nos, usta, na które zagapiłam się bezwstydnie, bo przywołały w moim umyśle obraz pewnego śniadolicego, ekscentrycznego aktora, i do kompletu jeszcze, sądząc po bicepsie widocznym poniżej rękawa podkoszulka, facet był nieźle umięśniony.

Na szczęście podkoszulek odwrócił moją uwagę od jego muskułów.

Przez pierś biegł nadruk, głoszący: OPÓR JEST DAREMNY.

Paraliżująca mnie zwykle nieśmiałość w obecności atrakcyjnych facetów rozwiała się wraz z wybuchem śmiechu.

– Uważasz się za jednego z Borgów? – Pokazałam dłonią na podkoszulek z zawołaniem fikcyjnej rasy cyborgów ze Star Treka.

Spojrzał na napis, minę miał zaskoczoną. Kiedy znów podniósł na mnie wzrok, ciemne oczy połyskiwały przyjaznym rozbawieniem.

– Rozszyfrowałaś to powiedzenie? Większość kobiet uważa, że coś takiego nosi tylko pewny siebie dupek.

Pobudziło mnie to do głośnego śmiechu, oparłam się o kuchenną ladę.

– No, nie byłabym taka pewna, czy nie ma w tym cienia prawdy. Powinieneś rozumieć powody ich omyłki. Nie wyglądasz na fana Star Treka.

Posłał mi uważne spojrzenie, a potem leniwie zmierzył mnie wzrokiem od stóp do głów. Dreszcz mnie przeszedł.

– Ani ty – odpowiedział niskim, głębokim głosem.

Odebrałam jego spojrzenie jak pieszczotę. Gdyby nie chodziło o mnie, pomyślałabym, że świadomie chciał osiągnąć taki efekt.

A jednak zabrakło mi tchu. Powietrze nagle jakby się rozrzedziło, powstało między nami dziwne napięcie, nie za bardzo dla mnie zrozumiałe.

– Jesteś znajomą Jo?

Znowu musiałam zmierzyć się z nieśmiałością, która z powrotem zaczęła dawać znać o sobie.

– Cole ci nie powiedział?

– Peetie do niego poszedł. Mnie chciało się pić, więc skręciłem prosto do kuchni. – Znowu pożerał mnie wzrokiem, a moje ciało najwyraźniej pozostawało do tej pory zahibernowane, skoro teraz wystarczyło jego spojrzenie, aby wzbudzić całe to drżenie, pulsowanie, oblewanie się gorącem. – Zdecydowanie dokonałem lepszego wyboru.

Co on gada? No dobra… niech będzie.

– Aha. Jestem Olivia.

Uniósł brwi, odchrząknął głośno i wyprostował się gwałtownie, odrywając od framugi drzwi. I to wystarczyło, żeby powietrze w kuchni nabrało znamion normalności.

– Ty jesteś Olivia? Oczywiście… twój akcent… oczywiście.

Skinęłam głową, zbita z tropu jego reakcją.

– Ty, jak sadzę, jesteś Nate.

Jego uśmiech stał się przyjacielski. Platoniczny. Sytuacja stała się dla mnie zdecydowanie bardziej zrozumiała.

– Zgadza się, to ja.

– Cam i Jo powinni zaraz nadejść. Trochę tu działam.

– Aha. – Wszedł głębiej do kuchni, a ja z zafascynowaniem obserwowałam, jak nalewa sobie szklankę gazowanej wody. – Ty też chcesz? – Machnął w moim kierunku szklanką.

– Nie, dzięki.

Uśmiechnął się do mnie znowu, a ja zdałam sobie sprawę, że mój chwilowy brak nieśmiałości nie miał żadnego związku z tym kretyńskim podkoszulkiem, ale z wyrazem jego oczu. Niesamowicie życzliwych i przyjaznych. Czułam się… no właśnie. Nie całkiem swobodnie, ale i nie nieswojo. Niezwykłe jak na mnie uczucie w obecności facetów. Zwłaszcza tych, którzy wydali mi się atrakcyjni.

– Grasz w gry komputerowe, Liv? – spytał uprzejmie.

– Uhm… tak.

– To może skończysz dopieszczać te naczynia – zażartował – i pograsz z nami?

Zachichotałam.

– Zapraszasz mnie na komputerową randkę? – Od razu pożałowałam tych słów. Nie jestem flirciarą! Nie umiem flirtować. To tylko moje poczucie humoru dało znać o sobie, a facet pomyśli sobie teraz Bóg wie co.

Roześmiał się, co przerwało moje rozmyślania.

– Tylko dlatego, że wpadłaś na trop Star Treka. W przeciwnym razie jako dziewczyna nie byłabyś dopuszczona. Dziewczyny nie grają czysto.

Ze śmiertelnie poważną miną skrzyżowałam ramiona na piersi.

– Cóż, chłopcy też nie.

Oczywiście roześmiał się.

– To nie jest prawda. – Pokazał ruchem głowy na drzwi. – Chodź, Jankesko. Jeśli zdecyduję się zdematerializować cię, przebiegnie to szybko i bezboleśnie. Jestem litościwy.

– Zdematerializować mnie? – zaśmiałam się. – Pomyliłeś mnie z kimś, kto nie potrafi ci skroić tyłka.

– Masz choćby blade pojęcie, w jaką grę się wdajesz?

– A jakie to ma znaczenie w tej chwili? – odpowiedziałam, potrząsając głową. – Jakakolwiek będzie, pobiję cię. Najpierw trochę pogróżek dla rozgrzewki, potem dam ci łupnia.

– O rany! – Roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. – Chodź, zabawna dziewczyno! – Ujął mnie za łokieć, a ja zaczęłam walczyć ze sobą, żeby się nie zaczerwienić. – Przedstawię ci Peetiego.

Wyszłam za nim z kuchni, poruszona tym, jak szybko włączył mnie do ich towarzystwa. Przeczuwałam, że stanę się jego kumpelą. Łatwo mogłam to przewidzieć, bo zawsze tak się działo. Nie miałam z tym problemu. Oznaczało to tylko tyle, że będę musiała zdusić to łaskotanie w żołądku, kiedy patrzę na Nate’a. Zdusić, a właściwie pozbyć się tego pieprzonego uczucia…

– Liv, wszystko w porządku?

Zamrugałam i z powrotem znalazłam się na chodniku w Stirling. Wróciłam do zimna. I do Nate’a, który stał tuż przede mną, ze zmarszczonym czołem, zaniepokojony.

– Gdzie byłaś?

– Przepraszam. – Uśmiechnęłam się. – To zimno mnie zahibernowało.

– No to chodź tutaj – wziął mnie pod ramię i przyciągnął do siebie blisko – zanim zamarzniesz.

Z wdzięcznością odprężyłam się przy jego boku.

– Nie mogłeś zrobić tego wcześniej? Powiedzmy trzy ulice temu?

– I pozbawić się widoku twojej przerażonej miny za każdym razem, gdy wychodziliśmy zza rogu? – drażnił się ze mną, pocierając dłonią moje zmarznięte ramię. Skrzywiłam się, ale przyzwyczajona do jego dokuczania, puściłam to mimo uszu.

– Przepraszam was. – Jo obrzuciła nas szybkim, pełnym poczucia winy spojrzeniem przez ramię. – Powinnam dopilnować, żebyście włożyli płaszcze.

– Je-es-teśmy ze Szkoc-cji – powiedziała Ellie, dzwoniąc zębami, dłonie zwinęła w pięści i wsunęła pod płaszcz Adama. – Dam-my rad-dę.

Ruszyliśmy znowu w drogę, ścisnęłam mocniej ramię Nate’a.

– Ja jestem Amerykanką – przypomniałam im z naciskiem. – Z Arizony.

– Ja też jestem z Ameryki i czuję się dobrze – zapewniła Joss, a ton jej głosu zabrzmiał o wiele bardziej optymistycznie, niż na to wskazywał jej wygląd. Zachwiała się niebezpiecznie, gdy obcas szpilki utkwił w bruku ulicy. Zaklęła, na szczęście Brandon w porę ją podtrzymał.

– Pewnie dlatego, że prawie dwumetrowe ciało cię osłania – odparowałam kwaśno.

– Może – przyznała ze śmiechem, przytulając się do rzeczonego ciała.

– Nam też jest zimno – wtrącił Nate. – Ale przywykliśmy do tego, więc nie narzekamy.

– Nikt nie narzeka – powiedziała Joss. – Po prostu w ten sposób ostrzegamy Jo, że jeśli nie pospieszy się i nie zaprowadzi nas w miarę szybko na miejsce przeznaczenia, potraktujemy ją jak drewno na opał.

Jo zaśmiała się krótko.

– Jesteśmy prawie na miejscu… tak myślę…

Skręciliśmy w boczną uliczkę i Jo ze zmarszczonym czołem przyglądała się mijanym budynkom. Nic szczególnego nie wyróżniało tej uliczki, na poboczu stały ciasno zaparkowane furgonetki i samochody.

Cam obchodził dziś dwudzieste ósme urodziny i ubraliśmy się stosownie do tej okazji, zakładając, że będziemy świętować w Edynburgu. Tymczasem Jo miała sekretny plan w zanadrzu i w rezultacie wylądowaliśmy w Stirling, uroczym, ale być może najmniejszym miasteczku na świecie, choć co prawda ze wspaniałym zamkiem i uroczymi staroświeckimi, wąskimi uliczkami.

Nie miałam pojęcia, z jakiego powodu Jo zaciągnęła nas tutaj.

Nagle uśmiechnęła się szeroko i przystanęła przed widocznym na rogu barem.

– Jesteśmy na miejscu.

Popatrzyliśmy na bar, a potem wymieniliśmy zdziwione spojrzenia. Nic szczególnego w tym przybytku nie było, ot, zwykły bar.

– Czyli gdzie? – spytał Cam cicho, kąciki ust drgnęły mu w skrywanym uśmiechu.

– No tutaj. – Pokazała ruchem ręki, a my poszliśmy wzrokiem za jej gestem i zobaczyliśmy tabliczkę z nazwą ulicy przyczepioną do cegieł nad wejściem do baru.

CAMERONIAN PLACE

Parsknęłam śmiechem, bo zaczynało to mieć sens.

– Zaciągnęłaś nas do Stirling dla tej tabliczki? – spytał Nate z niedowierzaniem.

Jo potwierdziła niepewnym skinieniem głowy.

– To nie jest jakaś tam sobie tabliczka. Dzisiaj są urodziny Camerona. Zasługuje na to, żeby wypić urodzinowego drinka na swojej własnej ulicy.

Z wyjątkiem Cama wszyscy wyglądali raczej na skonsternowanych. On natomiast przyciągnął Jo do siebie i spojrzał jej w oczy w taki sposób, że wstrzymałam oddech z emocji.

– To cudowne, skarbie. – Pocałował ją delikatnie. – Dziękuję ci.

Na sekundę dosłownie wbiło mnie w ziemię z zadowolenia i zazdrości. Fantastycznie było wiedzieć, że Jo znalazła kogoś, kto uwielbiał ziemię, po której stąpała, ale i gorzko było zastanawiać się, czy nadejdzie kiedyś dzień, gdy jakiś facet popatrzy mi w oczy tak, jakby w żadne inne na świecie nie było warto patrzeć.

Wyrwały mnie z tego nastroju żarciki przyjaciół, dokuczających dobrodusznie Jo, i śmiałam się razem z nimi, wchodząc do ciepłego baru. Byliśmy zbyt elegancko ubrani jak na niezobowiązującą atmosferę tego miejsca, ale podchodziliśmy do tego niefrasobliwie i żadne z nas nie miało Jo za złe tej wyprawy. Prawdę mówiąc, podejrzewałam, że nawet faceci uznali to za czarujące z jej strony, chociaż za nic by się do tego nie przyznali.

Bo było czarujące. A ona była naprawdę kochana, tak że nawet gdy wpadała na nieprawdopodobne pomysły – jak ten, by ciągnąć nas do innego hrabstwa tylko po to, żeby Cam wypił drinka na ulicy nazwanej jego imieniem – mnie to nie dziwiło.

Mój ojciec mówił o niej od pierwszego dnia, kiedy go wreszcie zobaczyłam. Z początku czułam urazę do tego dziecka, które miało mojego ojca przez pierwszych trzynaście lat życia, podczas gdy ja dorastałam z mglistym wyobrażeniem, że w ogóle istniał. Matka nigdy się o nim źle nie wyrażała, co mnie, przedwcześnie dojrzałej dziewczynce, przebywającej w gronie rówieśników, których rozwiedzeni rodzice skakali sobie do oczu, wydawało się co najmniej dziwne. Dlaczego nie złościła się na faceta, który z nią nie został, gdy ja przyszłam na świat? Zaczęłam uporczywie drążyć temat i w końcu tak zmęczyłam matkę, że puściła parę z ust.

Nigdy nie zapomnę, jak potwornie wściekałam się na nią, że nie powiedziała o mnie mojemu ojcu.

Poznała go, gdy studiowała na uniwersytecie w Glasgow. Spotykali się często, ale ich gorący związek zakończył się raptownie, gdy moja matka wróciła do Phoenix. Dopiero po powrocie do Stanów zorientowała się, że jest w ciąży. Po latach wyznała mi, że nie skontaktowała się z nim, bo za bardzo go kochała. Nie chciała, aby pojawił się w jej życiu wyłącznie z poczucia obowiązku. Kochałam oczywiście matkę, ale nie była nieomylna. Cóż, była wtedy młoda i podjęła egoistyczną decyzję. W wieku trzynastu lat kompletnie nie potrafiłam się z tym pogodzić i naprawienie stosunków między nami zajęło trochę czasu.

Potem żałowałam tego straconego czasu.

To, że tata porzucił swoje życie w Szkocji i przyjechał do Stanów, aby zostać rodzicem nastolatki, o której istnieniu dotąd nie miał pojęcia, świadczy o tym, jakim był człowiekiem. Zrezygnował ze wszystkiego, aby być dla mnie ojcem. Ale żeby nim zostać, porzucił inną dziewczynkę.

Kiedy Cam skontaktował się z moim ojcem i poprosił, aby odezwał się do Jo, zaczęłam się zastanawiać, jak bardzo moja osoba zmieniła jej życie. Ojciec Jo siedział w więzieniu, matka była alkoholiczką. Mój tata, długoletni przyjaciel jej ojca, był jedynym dorosłym w życiu jej i Cole’a, na którym mogli polegać. Oczywiście mój tata nie wiedział, że matka Jo, Fiona, jest tak poważnie uzależniona od alkoholu i że zrzuciła na Jo opiekę i wychowanie młodszego brata. Przekonał się o tym poniewczasie, dopiero kiedy wrócił do Edynburga. Musiał żyć z poczuciem winy z tego powodu, ja zresztą też.

Na szczęście poczucie winy osłabło nieco, gdy spędziłam więcej czasu z Jo i Cameronem. Po tym wszystkim, co przeszła, spotkała wreszcie faceta, który dostrzegł, jak jest wyjątkowa, i obdarzył ją miłością i szacunkiem, na jakie zasługiwała.

Popijając małymi łykami duże piwo, które Nate mi postawił, patrzyłam na twarze moich przyjaciół. Siedziałam wśród ludzi, którzy przeszli piekło, a jednak powrócili na jasną stronę życia i zdołali znaleźć kogoś, kto chciał być z nimi do starości.

Oprócz Jo i Cama była tu Joss, moja przyjaciółka, pół Amerykanka, pół Szkotka, która uciekła do Edynburga przed jałowym życiem, jakie prowadziła w Wirginii. Kiedy myślę o tym, co straciła, naprawdę nie wiem, jak zdołała przez to przejść. Pamiętam, jak się czułam, gdy odeszła moja matka, a przecież miałam wtedy dwadzieścia jeden lat. To, co czuła Joss, gdy jako czternastolatka utraciła całą rodzinę. Z tego, co wiem, była mocno niestabilną emocjonalnie osobą, gdy zamieszkała z Ellie i poznała jej brata, Bradena. Ich związek cechowały wzloty i upadki, czego przyczyną w dużej mierze była pogmatwana psychika Joss, ale w końcu wyszli na prostą i za trzy tygodnie miał się odbyć ich ślub.

No i byli Ellie i Adam. Jestem z Ellie blisko, dlatego że łączy nas ten sam romantyczny idealizm, i dlatego że opowiedziała mi wszystko o związku z Adamem. Od lat kochała się w najlepszym przyjacielu brata, ale on zwrócił na nią uwagę dopiero podczas jej osiemnastych urodzin. Nie uczynił jednak żadnego ruchu przez kilka następnych lat, a kiedy wreszcie do tego doszło, powiedział, że popełnił pomyłkę. Uznał, że ich związek zepsuje jego przyjaźń z Bradenem. Ellie szarpała się między nadzieją a rezygnacją jeszcze przez jakiś czas, aż w końcu uznała, że jest gotowa na dobre się od niego uwolnić. I wtedy u mojej pięknej i silnej przyjaciółki zdiagnozowano guza mózgu, a Adam wreszcie przejrzał na oczy. Na szczęście dla nas wszystkich guz okazał się łagodny, a na szczęście dla Adama w porę wróciła mu zdolność jasnego oceniania sytuacji, tak żeby nie stracić Ellie na zawsze. Zaręczyli się, ale nam powiedzieli o tym dopiero, kiedy na palcu Ellie pojawił się pierścionek zaręczynowy.

Wokół mnie królowała miłość, nie w tandetnej, roszczeniowej, fałszywej postaci, ale prawdziwa, pełna bliskości, zrozumienia dla słabostek i dziwactw drugiej osoby.

– Joss, w poniedziałek masz ostatnią przymiarkę sukni – powiedziała nieoczekiwanie Ellie, pociągając łyk mojito.

Siedziała obok Adama, wciśniętego między Jo i Cama w jedynym wolnym boksie, jaki znaleźliśmy na końcu baru. Joss, Braden, Nate i ja staliśmy stłoczeni wokół stolika. W myślach przeklinałam samą siebie za to, że dałam się namówić Jo na włożenie dziesięciocentymetrowych szpilek.

– Dzięki za przypomnienie – odpowiedziała Joss, przytulając się do Bradena. – Muszę się przygotować na kąśliwe uwagi Pauline.

– W takim razie dlaczego zamówiłaś suknię u takiej małpy? – spytał Cam.

– Z powodu sukni – wyjaśniłyśmy mu ja, Ellie i Jo niemal unisono.

Poczułam się na serio zaszczycona, gdy zaledwie po trzymiesięcznej znajomości Joss zaproponowała mi, abym została jej druhną. Na weekend przyjechała z Londynu Rhian, jej przyjaciółka z uniwersytetu, i wszystkie wypuściłyśmy się na poszukiwanie kreacji dla panny młodej i druhen. Po krótkiej sprzeczce z Ellie, która dotyczyła koloru sukienek dla nas, Joss zdecydowała, że będzie to słomkowy. W końcu wylądowałyśmy w sklepie z sukniami ślubnymi w New Town, którego właścicielka, Pauline, zazwyczaj nie szczędziła uwag na temat nadmiaru lub braku wdzięków klientek. Dowiedziałyśmy się, że mamy: za duży biust, za mały, ta jest za chuda, wręcz koścista, ta za gruba…

Byłyśmy bliskie ucieczki ze sklepu, gdy z przymierzalni wyszła Joss w sukni, którą ta małpa dla niej wybrała. Szczęki nam opadły z wrażenia, a Ellie się popłakała.

Joss wyglądała przepięknie. Pauline zdecydowanie wiedziała, jak ubierać panny młode – ale za cholerę nie miała pojęcia, jak się powinno z nimi rozmawiać. Zresztą w ogóle z ludźmi, jeśli o to chodzi. Nie należę do szczególnie pewnych siebie osób i mam wiele kompleksów na punkcie swojego ciała, więc kiedy wreszcie wyszłyśmy, czułam się jak monstrualna słonica.

Wielkie dzięki, Pauline.

Joss roześmiała się i spojrzała Bradenowi w oczy.

– Najwyraźniej jest to niezła suknia.

– Tyle zrozumiałem – odparł. – Ale i tak o niczym innym nie będę myślał tego dnia, jak tylko o tym, żeby ją z ciebie zdjąć.

– Braden – odezwała się Ellie przesadnie zgorszonym tonem – nie tak publicznie.

– Przestań obcałowywać Adama na widoku publicznym, to ja przestanę robić seksualne aluzje do mojej żony – odparował.

– Nie jest jeszcze twoją żoną – przypomniał mu Nate. – Nie ma powodu tak się do tego spieszyć.

– Nate! – prychnęłam pogardliwie. – Znowu dopadła cię fobia przed łączeniem się ludzi w związki.

Odwrócił się do mnie z przerażoną miną.

– Gdzie? – Przesunął nerwowo dłonią po policzku. – Zdejmij to ze mnie.

Przesunęłam kciukiem po jego twarzy, jakbym ścierała coś brudnego.

– Już. Znikło – zapewniłam go.

Upił łyk jasnego piwa i rozejrzał się po barze.

– W życiu nikogo bym nie przeleciał, gdyby to nie znikło – wymamrotał.

– Rozkoszne – rzuciłam.

Z bezczelnym uśmiechem pokazał głową na bar.

– Obowiązek wzywa.

Niedbałym krokiem przeszedł do baru i stanął przy dziewczynie rozmawiającej ze znajomymi. Posunęli się, żeby zrobić mu miejsce, kiedy zaczął z nią ostro flirtować. Oczywiście wyglądała fantastycznie: regularne rysy twarzy, długie czarne włosy, mleczna cera, wszystkie krągłości na swoim miejscu. Może zbyt pulchna, tak jak ja, ale w przeciwieństwie do mnie wyraźnie się tym nie przejmowała. Co do Nate’a, trzeba to wyraźnie powiedzieć: nie miał jakiegoś określonego typu kobiety, który by mu się podobał. Szczupła czy pulchna, z wielkim biustem albo atletyczna – było mu wszystko jedno, pod warunkiem że ładna i kobieca.

Ledwie się do niej uśmiechnął, brunetka była ugotowana.

Nie zdziwiło mnie to ani trochę. Przy stu siedemdziesięciu siedmiu centymetrach wzrostu Nate nie zaliczał się do szczególnie wysokich mężczyzn, ale był dobrze zbudowany; sztuki walki, które uprawiał, jeszcze udoskonaliły jego sylwetkę, a pięknej twarzy i charyzmie trudno było się oprzeć. Większość kobiet nie przejmowała się, czy górują nad nim na wysokich obcasach, obchodziło je tylko to, czy wylądują w jego łóżku.

Ja do nich nie należałam. Nate nigdy nie traktował mnie jak obiektu seksualnego pożądania, nie rozważałam więc takiej możliwości. Poza tym wiedziałam więcej o nim niż większość ludzi, znałam go naprawdę, i było naturalne, że zaliczyłam go do przyjaciół. Łatwo mi przyszło zwalczyć wszelkie drgnienia pożądania, jakie mogłam odczuwać na jego widok, bo wiedziałam, że to prowadzi donikąd. Stanowczo wolałam, żeby Nate był obecny w moim życiu jako przyjaciel, niż nie był obecny w ogóle. Przy całej niechęci do zobowiązań i okazywanego bez skrępowania playboyowatego stosunku do kobiet, był dobrym człowiekiem, a na pewno wspaniałym przyjacielem.

– Trafiona, zatopiona – skomentowała Joss cicho.

Odwróciłam się do niej i uniosłam znacząco brew, gdy zobaczyłam, że uśmiecha się do Nate’a i dziewczyny.

– Nigdy niczego im nie obiecuje.

– Nie musisz go bronić. – Roześmiała się. – Wiem, że on zawsze stawia sprawę jasno, ale spójrzmy na to z punktu widzenia tych kobiet. Czasami słyszą to, co chciałyby usłyszeć.

– No tak. Ale on doszedł w tym do perfekcji. Wyrobił w sobie jakiś szósty zmysł czy coś w tym rodzaju. Ledwie wyczuje najdrobniejszą zmianę w stosunku do siebie, zwija żagle.

– Nie mogę się doczekać, kiedy któraś mu odpłaci pięknym za nadobne – włączyła się Ellie, posyłając Nate’owi złośliwy uśmiech.

– Ani ja. – Jo spojrzała na mnie znacząco.

Udałam, że nie jestem na tyle bystra, aby pojąć aluzję, i szybko zmieniłam temat.

– Widzieliście nowy tatuaż Cama? Cole go wymyślił – powiedziałam z dumą.

Cole Walker jest najmilszym chłopakiem na świecie. Jo dokonała niesamowitego wyczynu, wychowując go tak dobrze, a najlepsze, co im się w życiu przydarzyło, oprócz nich samych, to Cameron MacCabe. On i Cole byli do siebie zdumiewająco podobni – obaj z artystyczną żyłką, obaj pozytywnie zakręceni. Cam zamówił u Cole’a projekt nowego tatuażu dla siebie i wyszło bajecznie.

Stylizowane J. i C. ukryte w splątanych liściach winorośli i ostrych zakrętasach wziętych z herbu klanu Cole’a.

– Och, daj popatrzeć – poprosiła Ellie z uśmiechem, a on potrząsnął przecząco głową.

– Mam go na żebrach.

– Nie przejmuj się, nie będziemy zapuszczać żurawia na twój brzuch – przekomarzała się z nim Joss.

– Ma fajnie umięśniony brzuch. – Jo poklepała go z dumą po rzeczonej części ciała.

– Ja osobiście nie zamierzam go oglądać. – Braden pociągnął łyk whisky. – Mógłbym poczuć się… zazdrosny.

Adam ze śmiertelnie poważną miną pokiwał głową na znak zgody z przedmówcą.

– Właśnie. Ja też.

– Odchrzańcie się – zaoponował Cam, ale kąciki ust drgnęły mu z rozbawienia.

– No, skoro on chce grać faceta, który zawsze psuje zabawę… – zawiesiłam głos, poszperałam w torebce i kiedy wyczułam pod palcami arkusz papieru, wyjęłam go. Rozłożyłam i uniosłam do góry, demonstrując projekt Cole’a. – Proszę bardzo, to jest ten tatuaż.

Zaczęli go oglądać, a Jo uśmiechnęła się do mnie.

– Zachowałaś go?

– Jasne. I zmusiłam Cole’a, żeby mi go podpisał.

– Robisz wszystko, żeby jego uwielbienie dla ciebie rosło – zarzuciła mi ze śmiechem.

Wzruszyłam ramionami.

– Zasługuje na to, aby mu uświadomić, jaki jest niezwykły.

– O to się nie będę spierać.

Uśmiechnęłyśmy się do siebie, a reszta zaczęła komplementować Cole’a. Akurat w tym momencie Nate dołączył z powrotem do nas, a piękna brunetka do swoich znajomych. Wciąż zerkała na Nate’a.

– Czyżby nie…? – spytałam z ciekawością, pokazując ruchem oczu na dziewczynę.

– Jasne, że tak. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Ale powiedziałem jej, że są urodziny kumpla i chcę z nim trochę posiedzieć.

W rzeczywistości został z nami do końca. Zbieraliśmy się do wyjścia, gdy szepnął mi do ucha:

– Zmywam się.

Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć, kątem oka dostrzegłam ponętnie zaokrągloną brunetkę.

– W porządku, baw się dobrze.

Puścił do mnie oko i pocałował w policzek.

– Zawsze dobrze się bawię.

Pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł z baru, trzymając dziewczynę za rękę. Poczułam ukłucie zazdrości, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. Mój przyjaciel był mistrzem w uwodzeniu. Jeśli chciał się z którąś przespać, miał to jak w banku.

Niestety nie dla wszystkich było to takie łatwe.

2

Edynburg

Tata i ja podjęliśmy decyzję o powrocie do Edynburga nie tylko dlatego, że kiedy matka odeszła, nic nie mogło zapełnić pustki, którą po sobie zostawiła, choć oczywiście był to jeden z powodów, i to ważny. Także dlatego, że ja straciłam pracę, sens działania, zapał – właściwie do wszystkiego. Raka zdiagnozowano u mamy, gdy miałam szesnaście lat. Pokonała go, ale po trzech latach nastąpił nawrót choroby. W wieku dwudziestu lat zaczęłam studia na uniwersytecie w Arizonie. Porzuciłam je na kilka miesięcy i wróciłam do domu, żeby być przy niej.

Dwa dni po moich dwudziestych pierwszych urodzinach odeszła.

Ojciec długo mnie przekonywał, abym wróciła na studia, w końcu to zrobiłam i kilka lat później zostałam magistrem informacji naukowej i bibliotekoznawstwa. Zatrudniono mnie w Phoenix w bibliotece publicznej, mieszczącej się w bliskim sąsiedztwie. Trzy miesiące przedtem, zanim Cam się z nami skontaktował, bibliotekę zamknięto z powodu braku funduszy, a ja straciłam pracę.

W najgorszym możliwym momencie, bo dopiero co doszłam do siebie po śmierci mamy. Wyjazd do Edynburga nie mógł się nadarzyć w czasie bardziej sprzyjającym podjęciu takiej decyzji.

– Bardzo przepraszam… – Wyrwana z zamyślenia, pochyliłam się nad ladą w informacji i obdarzyłam zdenerwowaną dziewczynę, stojącą przede mną, zachęcającym uśmiechem.

Biblioteka była podzielona na dwie części: informacyjno-bibliograficzną oraz zawierającą zbiory właściwe i kolekcje. Pracowałam w tej pierwszej, razem z grupą czterdziestu pięciu osób. Dziewięcioro z nas miało tytuł magistra informacji naukowej i bibliotekoznawstwa, ale tylko dwoje tytuł bibliotekarza – mój szef, Angus, i Jill, nasza kierowniczka.

Przybrany ojciec Ellie, profesor historii starożytnej na uniwersytecie w Edynburgu, dał mi rekomendację do głównej biblioteki uniwersyteckiej, tak że zaproszono mnie na rozmowę wstępną. Dostałam posadę, ale niestety, tylko asystentki bibliotekarza. Nie przejęłam się tym jednak zbytnio, i tak byłam szczęśliwa, że pracuję w swoim zawodzie.

Zwykle spędzałam pół dnia rano albo po południu w dziale dla czytelników, w informatorium albo w wypożyczalni książek, a przez drugie pół dnia w biurze. Zdecydowanie wolałam pracę z ludźmi. Przez osiem miesięcy zdążyłam poznać całkiem sporą liczbę studentów i miałam z nimi, tak samo zresztą jak z moimi kolegami z pracy, bardzo dobry kontakt.

– W czym mogę pomóc? – spytałam głośno, by przebić się przez gwar głosów.

Tuż za bramkami, przy głównym wejściu do biblioteki, studenci zaanektowali przestrzeń w okolicach klatki schodowej na miejsce spotkań. W przeciwległym końcu holu usytuowano dział dla czytelników, gdzie można było w tradycyjny sposób zamówić książki, a trochę bardziej w głębi wypożyczalnię miejscową, gdzie udostępniano książki na trzy godziny lub na tydzień, w zależności od tego, co zlecił prowadzący zajęcia. Kary za przetrzymanie materiałów były drakońskie. Dwa pensy, czyli mniej więcej trzy centy za minutę. Niby niewiele, ale jeśli ktoś spóźnił się o dzień, tydzień albo dwa… Sami widzicie. Czego najbardziej nie lubiłam w tej pracy, to informować studentów, do jakiej sumy urosła kara.

Dziewczyna nachyliła się ku mnie, policzki jej poczerwieniały.

– Jestem opiekunką studentki, która korzysta z pokoju dla niepełnosprawnych. Niestety, nie możemy tam wejść, ponieważ okupują go inni studenci … dla specyficznego rodzaju aktywności…

Rumieniec się pogłębił, a ja natychmiast zrozumiałam, o co chodzi. Rzuciłam okiem przez ramię na Angusa, który wyjmował skoroszyt z szafy na dokumenty. Mój szef, przedwcześnie wyłysiały, mimo to przystojny czterdziestolatek czy coś koło tego, o ciepłych oczach i wyostrzonym poczuciu humoru, musiał słyszeć, o czym mowa, bo rzucił z rozbawieniem:

– Twoja kolej.

Zrobiłam skwaszoną minę, ale kiedy odwróciłam z powrotem głowę do studentki, byłam już profesjonalnie poważna. Obeszłam ladę i dołączyłam do dziewczyny, zesztywniałej z zażenowania. Miałam nadzieję, że natknę się na macankę, a nie na seks w czystej postaci. Napalone gówniarstwo.

– Zgaduję, że twoja towarzyszka zapomniała zamknąć na klucz pokój, kiedy ostatnio z niego korzystała?

Niewielkie pokoje na pierwszym piętrze, zamykane na klucz, przeznaczone były wyłącznie dla niepełnosprawnych studentów. Zwykle przydzielano im określony pokój na cały semestr. Niemniej nie potrafiłabym zliczyć, ile razy musiałam wyrzucać stamtąd studentów intruzów, nie tylko dlatego że nie oni akurat powinni tam przebywać, ale też dlatego, że zamieniali te pomieszczenia w hotelowe pokoje. Od czasu, gdy przyłapałam dwóch chłopaków pieprzących się tam, jakby byli w męskiej toalecie, nic mnie już nie zdziwi.

Kiedy przechodziłyśmy koło klatki schodowej, bez powodzenia usiłowałam nie myśleć o unoszącym się w powietrzu zapachu kawy z kafejki. Co bym dała, żeby tam siedzieć, popijając sobie latte, zamiast zabawiać się w cerbera.

– Rzeczywiście musiała zapomnieć. Ale chyba nie to jest w tym najważniejsze – odpowiedziała dziewczyna, zaciskając usta w cienką linię.

Trudno byłoby mi się z nią nie zgodzić.

Doszłyśmy na pierwsze piętro. Założyłam moje długie włosy za uszy, odrzucając je na plecy, i przemaszerowałam zdecydowanym krokiem przez główną czytelnię, minęłam stanowisko do pracy grupowej, kabiny do pracy indywidualnej i grupkę rozchichotanych studentów siedzących naprzeciwko pokoi do pracy dla niepełnosprawnych. Zrobiłam rzeczową minę i spytałam dziewczynę:

– Który to?

Pokazała na pokój numer trzy. Wzięłam głęboki oddech, podeszłam do drzwi, nacisnęłam klamkę i otworzyłam je z impetem, siłą powstrzymując się, żeby nie zamknąć oczu.

Dziewczyna wydała z siebie pisk, a chłopak rzucił wściekłe „co do…”.

Ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami obserwowałam, jak zapina suwak u spodni, a ona obciąga spódnicę. Ześliznęła się z biurka i schowała za partnerem, wyraźnie rozbawiona.

– To nie jest pokój w hotelu – oświadczyłam spokojnie – a biblioteka to nie dom schadzek. Capice?

– Zgrywasz Al Capone? – spytał chłopak ze śmiechem i delikatnie popchnął dziewczynę w kierunku drzwi.

Westchnęłam ciężko.

– Po prostu miej wzgląd na innych ludzi. – Obrzuciłam go spojrzeniem, minę miałam niewzruszoną. – Nikt nie przepada za takimi widokami.

Dziewczyna zachichotała, a chłopak wręcz się roześmiał, kompletnie mnie ignorując.

Po raz piąty, odkąd zaczęłam pracować na uniwersytecie, wyrzucałam kogoś z pokoi dla niepełnosprawnych za niewłaściwe zachowanie.

A podobno praca w bibliotece jest nudna.

Po załatwieniu tej sprawy wróciłam do wypożyczalni. Zabrałam się do porządkowania i układania książek, a przy okazji doglądałam stanowiska w informatorium. Nate miał wpaść do mnie po pracy i właśnie zastanawiałam się, co ugotować, gdy pojawił się Benjamin Livingston.

Starając się zachować pozory opanowania, prześliznęłam się obok półek z książkami i podeszłam pospiesznie do kontuaru, na wypadek gdyby potrzebował pomocy. Owszem, miałam sporą nadzieję, że będzie potrzebował, choć trochę się tego obawiałam.

Był boski. Nie w tak oczywisty sposób przystojny jak Nate, ale niesamowicie atrakcyjny, silnie zbudowany, obdarzony surową męską urodą, taki facet, co to mógłby niedźwiedzia zadusić gołymi rękami.

Kilka razy służyłam mu pomocą, co znaczy, że zamieniłam z nim parę słów, wypowiedzianych półgłosem na wypadek, gdyby brakowało im sensu, co nagminnie mi się zdarzało, gdy facet mi się podobał. Po książkach i materiałach, które wypożyczał, mogłam wywnioskować, że był na studiach doktoranckich z historii. Widywałam go w bibliotece kilka razy w tygodniu, a od jakiegoś czasu wręcz zaczęłam go wypatrywać.

Benjamin Livingstone miał sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, szerokie bary, uroczy krzywy uśmiech i jasnozielone oczy, w których można było się zatracić. Kiedy ostatnio się pojawił, zaczęłam fantazjować, że bzykam się z nim za regałami. Dopiero gdy wyszedł, z osłupieniem zdałam sobie sprawę z tego, że trochę się w nim zadurzyłam. Postanowiłam popracować nad sobą, zwalczyć nieśmiałość i nawiązać z nim jakąś sensowną konwersację.

Nie wiem, skąd mi się wzięło to uczucie onieśmielenia w kontakcie z mężczyznami. Może dlatego, że gdy dorastałam, mama ciężko chorowała, i nie miałam wolnego czasu, tak jak moi rówieśnicy, bo zaczęłam się nią opiekować, jakby role się odwróciły i to ona była dzieckiem, a ja matką. Ale zawsze byłam nieśmiała w stosunku do chłopców ze szkoły. Dwa razy umówiłam się na randkę. Jedna skończyła się obściskiwaniem i głównie zapamiętałam ją z powodu idiotycznej niezgrabności i niezręczności całej tej sytuacji.

W czasie studiów było podobnie aż do drugiego roku. Wtedy wpadłam na kretyński pomysł, że pozbędę się dziewictwa, i mocno podchmielona poszłam do łóżka z chłopakiem z ostatniego roku, którego ledwie znałam. Było okropnie. Bolało, kotłowaliśmy się niezręcznie, a kiedy skończył, zlazł ze mnie i natychmiast wyszedł. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek czuła się bardziej upokorzona, rozbita i głupia. Mocno to nadwerężyło moje poczucie pewności siebie. W dodatku bardzo bałam się spróbować ponownie. A potem stało się jasne, że z matką nie będzie dobrze, i wyjechałam z kampusu, żeby się nią opiekować.

Wróciłam do college’u świadoma braku doświadczeń z mężczyznami i to przekonanie okazało się na tyle paraliżujące, że z towarzyskiej kobiety zmieniłam się w kogoś, kto wciąż nie uporał się z problemami okresu dojrzewania, co przejawiało się między innymi upośledzeniem zdolności językowych. Fakt, że byłam przekonana o licznych mankamentach swojego ciała, też nie sprzyjał rozwijaniu umiejętności uwodzenia.

– Cześć.

Gdy Benjamin podszedł do kontuaru i uniósł ramię, żeby zdjąć plecak, biceps napiął się pod niebieską koszulą i był to przyjemny widok. Uśmiechnął się do mnie urokliwym krzywym uśmiechem.

– Zdaje się, że mam karę do zapłacenia. – Podsunął do mnie wypożyczone materiały źródłowe, a ja wzięłam je, patrząc mu prosto w oczy.

Dasz radę, Liv.

To jednak było jak patrzenie zbyt długo na słońce. Musiałam odwrócić wzrok, żeby normalnie funkcjonować.

Dłonie mi lekko drżały, gdy skanowałam materiały, a potem wzdrygnęłam się na widok sumy wyświetlonej na ekranie komputera.

– Aż tak źle?

Czy wspomniałam, że mówił z boskim szkockim akcentem, który rozkładał mnie na łopatki? Miałam ochotę zlizać mu go z warg. Ale wzięłam głęboki oddech i zapomniałam o tej myśli.

– Przetrzymane trzy dni, co czyni osiemdziesiąt cztery funty.

Skrzywił się.

– Nigdy więcej tego nie zrobię. Jakie wy tu właściwie stawki stosujecie?

Nie moja wina! Bibliotece to zawdzięczasz!

– Dwa pensy za minutę – odpowiedziałam spokojnie.

– Aha. No dobrze. – Uśmiechnął się do mnie przepraszająco i wręczył kartę płatniczą. – Moja wina, że nie przestrzegałem regulaminu wypożyczalni.

Ściągnięcie opłaty nie zajęło nawet minuty, ale czterdzieści sekund to czterdzieści sekund i mogłam go zapytać o cokolwiek. Tymczasem wszystko odbyło się w milczeniu i nie podniosłam nawet na niego wzroku, gdy wręczałam mu kwit i kartę.

– Dziękuję.

Z oczami utkwionymi w jego podbródku, wzruszyłam ramionami.

Wzruszyłam ramionami?! Pogięło mnie?

– Do zobaczenia.

Skinęłam głową w odpowiedzi.

I już go nie było.

Na tym skończyła się ta sensowna konwersacja, którą zamierzałam z nim odbyć.

Odwróciłam się z jękiem ubolewania nad sobą samą i uderzyłam czołem o ścianę, raz i drugi.

– Liv, wszystko z tobą w porządku? – rozległ się za mną głos Angusa.

Zaczerwieniłam się ze wstydu, że zostałam przyłapana, i odwróciłam gwałtownie, żeby stawić czoła szefowi.

– Sprawdzam stabilność konstrukcji. Znakomita.

Angus spojrzał na mnie z powątpiewaniem.

– A jak twoja stabilność psychiczna?

– To będzie dopiero następny przedmiot badań.

3

Ojciec, Jo, Cam, Cole i ja mamy zwyczaj spotykać się co tydzień na kolacji i tak też było teraz. Siedzieliśmy w mojej ulubionej włoskiej restauracji D’Alessandro przy India Street, mieszczącej się za rogiem ulicy, przy której mieszkam. Tata i Cam zawsze spierali się, kto zapłaci rachunek, na ogół zwyciężał ojciec jako starszy.

Uwielbiałam te kolacje. Nie dlatego, że jedzenie w D’Alessandro było jakieś nadzwyczajne, ale dlatego że Jo, Cam i Cole stali się dla nas rodziną, a my dla nich. Zwłaszcza dotyczyło to Cole’a. Zanim pojawił się w ich życiu Cam, Cole praktycznie miał tylko Jo. Teraz zyskał przyszywaną rodzinę. Zasługiwał na to. Jo twierdziła, że nić porozumienia i sympatii, która od razu się pomiędzy mną i nim nawiązała, to rzadkość u Cole’a. Zaprzyjaźniliśmy się, a po jakimś czasie zaczął się we mnie podkochiwać. Był wspaniałym dzieciakiem, nigdy nie postawił mnie w niezręcznej sytuacji, a ja nieodmiennie udawałam, że nie zauważam jego cichej adoracji. Cole wyglądał na osiemnaście lat. Przez ostatnie dziewięć miesięcy podrósł kilka centymetrów i w wieku piętnastu lat osiągnął sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Szerokie barki wzmocniły treningi dżudo, które odbywał z Camem i Nate’em, a trudne dorastanie i wychowywanie przez Jo dodawały mu dojrzałości, jakiej większość nastolatków w jego wieku nie miała. Dla mnie i dla Jo, wiem na pewno, bo o tym rozmawiałyśmy, był wciąż uwielbianym dzieckiem. Co go oczywiście chwilami doprowadzało do szału, zwłaszcza że nieznajomi ludzie traktowali go jak młodego mężczyznę.

– Czytałaś ostatnio jakąś książkę, która mogłaby mi się spodobać? – spytał obiekt moich rozmyślań.

– Tak. Angus polecił mi powieść science fiction o żyjącej w podziemiu dystopijnej społeczności. Spodoba ci się.

– Super. Jest dostępny e-book?

– Jasne. Przyślę ci link.

– Fajnie. A wiesz, właśnie skończyłem Wojnę światów.

Uniosłam brew z uznaniem.

– I co o tym sądzisz? Skomplikowane?

Wzruszył ramionami.

– Dość realistyczny obraz czasów, biorąc pod uwagę, kiedy zostało napisane. Wystarczająco ponure, podobało mi się.

Cam złapał moje spojrzenie i uśmiechem wyraził komentarz do recenzji Cole’a.

– Proponuj mu więcej ponurości.

Przyłożyłam dwa palce do skroni, salutując, a Cole, patrząc na nas, przewrócił oczami.

– Przecież nie chodzi o jakieś emo, czy coś. Książki z nieszczęśliwym zakończeniem albo mroczne po prostu… sprawiają… sam nie wiem. Że czujesz więcej… coś w tym rodzaju – wydusił wreszcie z siebie.

Wyglądał na zażenowanego przyznaniem się do tego, że ma jakieś uczucia (ale obciach, co?), więc poczułam się w obowiązku uspokoić go.

– Rozumiem cię. Nieszczęśliwe albo gorzko-słodkie zakończenia dłużej pamiętasz, oddziałują na ciebie bardziej po przeczytaniu.

– Ellie mogłaby nie zgodzić się z tą tezą – mruknęła Jo i wymienili z ojcem uśmiechy.

– Co do tego nie ma wątpliwości – zniecierpliwiłam się. – Dalej jednak podtrzymuję swoje zdanie. Przepadam za romansami ze szczęśliwym zakończeniem, ale przyznaję, że te nieszczęśliwe bardziej na mnie działają.

Poczułam na sobie spojrzenie ojca, a kiedy odwróciłam głowę, zobaczyłam, że przygląda mi się z troską.

– Oszczędź sobie. – Nachmurzyłam się i wycelowałam palec w pionową głęboką zmarszczkę na jego czole. – Ze mną wszystko w najlepszym porządku.

– Poza tym, że preferujesz nieszczęśliwe zakończenia – nie dawał za wygraną.

– W literaturze. Nie w życiu. W li-te-ra-turze.

Ojciec nachylił się ku mnie nad stołem.

– Powiedziałabyś mi, gdyby to było coś istotnego, tak?

– Ojeju! – Posłałam błagalne spojrzenie Jo.

– Naprawdę wszystko w porządku – pospieszyła mi na ratunek. – Odnosi sukcesy, jest wspaniała, ma własne mieszkanie, wielu przyjaciół i nadopiekuńczego ojca, który ją kocha. To teraz daj jej już spokój.

Ojciec patrzył na nią gniewnie, gdy sobie żartowała, ale po kilku sekundach wreszcie do niego dotarły jej słowa i odprężył się.

– Martwię się, że jesteś cały czas sama w domu – zwrócił się do mnie.

– Rzadko jestem sama. Nate przeniósł do mnie swoje biuro.

Z jakiegoś niewiadomego powodu ojciec znowu się zasępił, a Jo głośno się roześmiała. Posłałam jej szybkie złe spojrzenie, co odniosło taki skutek, że zaczęła się zanosić śmiechem.

Nawiasem mówiąc, nie wiem, co mogłoby sprawić, aby wreszcie zrozumiała, że ja i Nate jesteśmy na czysto platonicznej stopie. Od pierwszego naszego spotkania odrzuciliśmy możliwość romansu. Czasem poznajesz ludzi, w których towarzystwie od razu dobrze się czujesz, i to jest właśnie nasz przypadek. Oboje nie byliśmy skrępowani sobą, w tym sensie, że nie musieliśmy nic udawać. Łączą nas dwie cechy. Pierwsza to poczucie humoru. Lekko zwariowanego. Druga to wewnętrzny geek. Oboje jesteśmy maniakami.

Nate jest reporterem, pracuje jako wolny strzelec, a dodatkowy dochód czerpie, recenzując gry wideo dla międzynarodowego magazynu poświęconego filmowi i rozrywce. Większość ludzi postrzegała go jako gwiazdora filmowego, ja wiedziałam, że jest z gatunku geeków. Blog na temat książek, filmów i gier wideo zaczął pisać, gdy miał dziewiętnaście lat. Z czasem blog rozrósł się i w wieku dwudziestu pięciu lat Nate miał tysiące fanów. W końcu jego inteligentne, zabawne, dyskretnie prezentujące osobisty punkt widzenia komentarze zwróciły uwagę wydawcy magazynu i zaproponowano mu pracę. Szczęśliwie dla mnie zaczął przynosić filmy do mojego mieszkania, oglądaliśmy je razem i nieźle się przy tym bawiliśmy. Nate wygłaszał komiczne komentarze, ja dodawałam swoje. Niektóre moje sformułowania trafiały do jego recenzji.

– Masz jakieś zabawne historyjki z życia biblioteki w tym tygodniu, Liv? – spytał Cam, odwracając uwagę od dyskusji o moim samopoczuciu.

Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.

– Musiałam wyrzucić z pokoju dla niepełnosprawnych gruchającą tam parkę.

– Nie, czy oni naprawdę…

Reszty nie usłyszałam, bo w drzwiach D’Alessandro pojawił się on i świat wokół mnie przestał istnieć.

Benjamin Livingston.

Wstrzymałam oddech. Wszedł na salę razem ze starszą parą, może rodzicami? Nie wiadomo, a zresztą w ogóle mnie to nie obchodziło.

Obchodziło mnie tylko to, czy mnie zauważy. Bo wówczas mógłby mnie rozpoznać. Albo przeciwnie, mógłby mnie nie rozpoznać. Sama nie wiedziałam, która możliwość byłaby gorsza. Ale jedno wiedziałam na pewno: nie dam rodzinie i przyjaciołom spektaklu pod tytułem: Co zrobiła Olivia Holloway na widok przystojniaka.

– Liv, z tobą naprawdę wszystko w porządku? – spytała Jo, a ja ocknęłam się i oderwałam wzrok od Benjamina. Piękne zielone oczy mojej przybranej siostry patrzyły na mnie z troską. – Wyglądasz, jakbyś się upiła.

– Przepraszam, Cam – powiedziałam szybko, usprawiedliwiając się, że go zignorowałam, ale wzrok znów mi uciekł w kierunku Benjamina.

Jasna cholera! Hostessa prowadziła ich w stronę naszego stolika.

– Musiałam… – Celowo przesunęłam łokieć po stole, tak by łyżka do deserów spadła na podłogę. – Ops… przepraszam. – Odsunęłam krzesło, opadłam bez wdzięku na podłogę i wsunęłam głowę pod serwetę. Z łomoczącym w klatce piersiowej sercem patrzyłam, jak znajome buty pojawiają się w polu mojego widzenia.

Przeszedł. Był poza zasięgiem. A raczej to ja byłam.

Róg serwety został podniesiony, przed moimi oczami pojawiła się zatroskana twarz ojca.

– Paliłaś trawkę?

Zacisnęłam usta, powstrzymując wybuch śmiechu. Potrząsnęłam przecząco głową i sięgnęłam drżącą ręką po łyżkę. Muszę poprosić, żeby mi ją wymienili, bo nie ma mowy, abym zrezygnowała z deseru. Za ich tiramisu sprzedałabym duszę. No, było możliwe, że zanim zdążę ją przehandlować za deser, umrę ze wstydu.

– Tylko podnosiłam łyżkę.

– Zachowujesz się dziwacznie.

Rzuciłam głową ze zniecierpliwieniem i w rezultacie walnęłam się o stół.

– Musimy prowadzić rozmowę pod stołem?

Głowa znikła, a ja wygramoliłam się pospiesznie i wykręciłam szyję, by rozejrzeć się za Benjaminem. Ani śladu. Wobec tego wstałam i klapnęłam na krzesło, z ulgą stwierdzając, że hostessa zaprowadziła ich do innego pomieszczenia. Poprawiłam się na siedzeniu, zadowolona, że zniknął, i uniosłam łyżkę w kierunku przechodzącej kelnerki.

– Przepraszam, czy mogłaby mi pani ją wymienić?

Skinęła głową twierdząco, a ja uśmiechnęłam się do niej i spojrzałam na moje towarzystwo. Wszyscy się na mnie gapili. Skrzywiłam się pod ich uważnymi spojrzeniami.

– O co chodzi?

– Mick ma rację. – Cam uniósł znacząco brew. – Zachowujesz się dziwacznie.

Poszukałam wzrokiem pomocy u Cole’a, ale tylko wzruszył ramionami, co pewnie miało znaczyć, że podziela ich opinię. Nie widziałam powodu, by tłumaczyć się przed nimi z mojego zauroczenia facetem z biblioteki, i gorączkowo szukałam jakiegoś dowcipnego wyjaśnienia. W końcu zdecydowałam się na pospolite, niezbyt lotne:

– Wypiłam dzisiaj trzy red bulle.

Może i brakowało w tym polotu, ważne, że zadziałało, i wkrótce konwersacja zeszła na inne tematy niż moje absurdalne zachowanie. Niestety, ku mojej rozpaczy, przed deserem dosięgło mnie nieszczęście. Zachciało mi się siusiu, i to potwornie, a droga do toalet prowadziła korytarzem obok drugiej sali restauracji, tej właśnie, gdzie siedział Benjamin. Istniało niebezpieczeństwo, że nasze ścieżki się skrzyżują. Niestety, mój wypełniony pęcherz groził katastrofą, musiałam zapomnieć o obawach i poszukać ulgi.

Po drodze do toalety zaczęłam się zastanawiać, po co ja w ogóle świruję. Poruszam się tak szybko, że ledwo mignę mu przed oczami. Benjamin nie rozpozna mnie w tym wymuszonym przez pełny pęcherz pospiesznym rajdzie do toalety.

Moja pewność siebie wzrosła nieco, niemniej postanowiłam znowu przemknąć pędem z powrotem do stolika, tak żeby nie można było rozpoznać mojej zamazanej sylwetki. Niestety, nie przewidziałam zderzenia ze ścianą, która wyrosła na mojej drodze.

Odstąpiłam niepewnie kilka kroków do tyłu i zamrugałam, próbując skoncentrować spojrzenie na ciemnoniebieskiej przeszkodzie. Oczywiście, mój mózg szybko rozpoznał, że nie zderzyłam się ze ścianą, tylko z męską piersią. Szeroką męską piersią.

Serce zaczęło mi walić jak szalone, powoli podniosłam wzrok, łomot serca wzmógł się, wnętrze dłoni zwilgotniało, świat przesłonił mi Benjamin Livingston.

Zdaje się, że usta miałam otwarte w niezbyt pięknym grymasie, za to on uśmiechnął się, a w jego oczach pojawił się błysk rozpoznania.

Dupa blada.

– To ty pracujesz w bibliotece uniwersyteckiej…

Przełknęłam ślinę, formułując w myślach odpowiedź. W końcu zdobyłam się na kiwnięcie głową.

– Bibliotekarz w informatorium. – Nie, coś nie tak. – To znaczy pomocnik bibliotekarza w informatorium – poprawiłam się.

Ech… i na co się zdało układanie sobie odpowiedzi w głowie.

Uśmiechnął się szerzej i zrobił krok do przodu, odcinając dopływ tlenu do mojej i tak goniącej resztkami sił mózgownicy.

– Rzeczywiście jesteś zawsze bardzo pomocna.

I wtedy coś we mnie wstąpiło.

– Taka moja rola – oświadczyłam poważnie ze szkockim akcentem.

Z cholernym szkockim akcentem.

Przynajmniej dobrze naśladowanym.

Co z tego!

Zaczerwieniłam się z zażenowania, a Benjamin zaśmiał się.

– Rzeczywiście.

Zmywam się stąd. Zmywam się stąd natychmiast!

– Przepraszam, mój stolik czeka na mnie ze swoim towarzystwem.

Posłałam mu wymuszony uśmiech, zignorowałam rozbawienie w jego oczach, wyminęłam go i poszłam pospiesznie korytarzem do naszej sali. Talerze i szklanki zadźwięczały, gdy z wdziękiem słonicy opadłam ciężko na krzesło i ogłosiłam donośnie:

– Weźmy deser na wynos i chodźmy do mnie. Już teraz, od razu. – Pokiwałam głową zachęcająco. – Dobrze?

4

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

Epilog

Podziękowania

Kiedy pierwszy raz wprowadziłam Olivię i Nate’a do paczki Joss i Bradena, wiedziałam już, że ona będzie bibliotekarką. Nie tylko dlatego, że w czasach, gdy jeszcze nie pisywałam książek, wyobrażałam sobie siebie samą szczęśliwie pracującą w bibliotece. Przede wszystkim dlatego, że Tammy Blackwell na to nalegała. No dobrze, Tammy, wiem, że to były żarty, ale jednak utkwiło mi to w głowie. I dziękuję ci, że mnie zainspirowałaś co do wyboru zawodu Olivii, a także za to, że umożliwiłaś mi poznanie życia bibliotekarza.

Dziękuję Paulowi Gormanowi z Uniwersytetu Edynburskiego, że pomimo swoich rozlicznych zajęć znalazł czas, aby oprowadzić mnie po bibliotece, prezentując mi ją z punktu widzenia zawodowca. Nie tylko dostarczył mi wiedzy o technicznym aspekcie tej pracy, dzięki czemu Olivia naprawdę przypomina kogoś pracującego w bibliotece, ale dał mi też wgląd w zaskakujące niekiedy obyczaje studentów. Tak, jak zapowiadałam, wplotłam to w fabułę książki.

Głębokie podziękowania dla mojej wspaniałej agentki Lauren Abramo. Niezmiennie szczerze zachęcającej mnie do pracy. Ilekroć widzę wiadomość od ciebie w mojej skrzynce pocztowej, uśmiecham się promiennie. Każdego dnia doceniam twoją ciężką pracę. Nigdy mnie nie zawiodłaś, moja przyjaciółko.

Tysiące podziękowań dla mojego wydawcy Kerry’ego Donovana. Twoja wiara w tę serię i zaludniające ją postaci, przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczyło. Uwielbiałam pracować z tobą nad kreowaniem tego świata. Mam nadzieję, że uda nam się pracować ze sobą jeszcze wielokrotnie w przyszłości.

Gorące podziękowania dla Erin Galloway, specjalisty od reklamy, i wszystkich w New American Library, którzy ciężko pracowali, aby ta książka ukazała się drukiem i trafiła do rąk czytelników.

Dziękuję także Claire Pelly, Hanie Osman i Katie Sheldrake z Michael Joseph (Penguin Group, UK) za ich ciężką, owocną pracę.

Muszę także gorąco podziękować Ninie Wegscheider i jej zespołowi w Ullstein za entuzjastyczne przyjęcie tej serii. To zachwycające, jak niemieccy czytelnicy polubili sportretowane tutaj postaci, przyjemnie było o tym słyszeć i dziękuję wam, że informowaliście mnie o tym na bieżąco.

Jak zawsze i niezmiennie dziękuję mojej rodzinie i przyjaciołom za wyrozumiałość, z jaką traktowaliście moje roztargnienie i mentalną nieobecność, gdy zanurzałam się w fikcyjnym świecie powieści i reagowałam na próby kontaktu z zawstydzającym opóźnieniem.

I wreszcie moim czytelnikom dziękuję za ciepłe przyjęcie tej serii. Dzięki wam każdy dzień był wspaniały.