Sztuka słyszenia bicia serca - Jan-Philipp Sendker - ebook
Opis

Najważniejsza książka o bezwarunkowej miłości ostatnich dziesięcioleci.
Jedna z najgłośniejszych powieści o miłości ostatnich dekad.
Ta książka to najwspanialszy literacki hołd na cześć miłości.
Światowy bestseller przetłumaczony na 35 języków!
Ponad 4 miliony sprzedanych egzemplarzy!

Dwa kontynenty, dwie kultury, dwie filozofie życia, dwa systemy wartości.
Prawdziwa miłość istnieje. Ta książka to najlepszy na to dowód.

"Myślę, że to niecyniczna książka w bardzo cynicznych czasach".
Jan-Phillipp Sendker

"Bez względu na to, czego bym nie powiedziała, wydaje się niemożliwym ująć absolutną magię tej książki. Nawiedza jak zaklęcie i przetrwa wszystko – jak miłość".
Caroline Leavitt, bestsellerowa autorka „New Yorki Timesa”.

"Magiczna… To historie tego pokroju uświadamiają nam, jak ważne jest nasze życie. Cóż za wspaniały prezent!"
"Huffington Post"

"Magiczna opowieść, która zawładnie waszą wyobraźnią".
"My Weekly"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Anny, Florentine i Jonathana,

a także pamięci Vivien Wong (1969–2000)

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1

Najpierw uderzyło mnie to, jak wyglądały oczy tego starca. Były głęboko osadzone, a ponadto odniosłam wrażenie, że nie potrafi oderwać ode mnie wzroku. W zasadzie wszyscy w herbaciarni patrzyli na mnie bez większego skrępowania, ale on wydawał się z nich wszystkich najbardziej zuchwały. Oglądał mnie prawie jakbym była jakimś egzotycznym stworzeniem, którego nigdy wcześniej nie widział.

Usiłowałam go zignorować i rozejrzałam się po herbaciarni, lichej drewnianej budzie z kilkoma stolikami i krzesłami ustawionymi na suchej, zabrudzonej ziemi. Przy przeciwległej ścianie stała szklana gablota, w której wyłożono różne ciasta i przysmaki ryżowe, na których rozsiadły się teraz dziesiątki much. Obok na kuchence gazowej stał usmolony imbryk, w którym gotowała się woda na herbatę. W narożniku ustawiono drewniane skrzynki, w których upchnięto pomarańczowe napoje. Jeszcze nigdy nie gościłam w takim nędznym przybytku. Było nieznośnie gorąco. Pot spływał mi po skroniach i w dół po karku. Dżinsy przylgnęły mi do ciała. Siedziałam tak i rozmyślałam, co dalej, kiedy nagle starzec podniósł się i podszedł do mnie.

– Przepraszam po tysiąckroć, młoda damo, że zwracam się do ciebie tak bez ogródek – zaczął, siadając przy moim stoliku. – To niezwykle niegrzeczne z mojej strony, wiem, zwłaszcza że się nie znamy, a przynajmniej ty mnie nie znasz, choćby z widzenia. Nazywam się U Ba i dużo już o tobie słyszałem, choć przyznaję, że to nie tłumaczy mojej bezpośredniości. Obcy człowiek w kawiarni nowego miasta w nieznanym kraju, to musi być dziwne. Wydaje mi się, że rozumiem twoje położenie, ale chciałbym – szczerze mówiąc nawet muszę – zadać ci pytanie. Czekałem na tę okazję od bardzo dawna i kiedy wreszcie tu jesteś, nie mogę tak po prostu siedzieć i obserwować cię w milczeniu. Mówiąc dokładniej, czekałem cztery lata i spędziłem wiele dni na chodzeniu w tę i z powrotem po tej zakurzonej głównej ulicy, w miejscu gdzie z autobusu wysiadają ci nieliczni turyści, którzy akurat przybyli do naszego miasta. Raz po raz, kiedy ze stolicy przylatywał jakiś samolot i lądował na naszym małym lotnisku, udawałem się na nie i wypatrywałem ciebie. Bez skutku. Dotarcie tutaj trochę ci zajęło. Nie to, żebym zamierzał robić ci wyrzuty. Proszę, nie zrozum mnie źle. Jestem już stary i nie mam pojęcia, ile jeszcze zostało mi czasu. Ludzie w tym kraju szybko się starzeją i umierają młodo. Koniec mojego życia na pewno już się zbliża, a ja muszę jeszcze opowiedzieć pewną historię. A ty powinnaś ją usłyszeć. Widzę, że się uśmiechasz. Pewnie sądzisz, że mnie poniosło, że jestem ciut szalony albo przynajmniej dziwaczny. Masz prawo tak uważać. Ale proszę cię, pięknie proszę, wysłuchaj mnie. I nie daj się zwieść pozorom. Widzę w twoich oczach, że wystawiam twoją cierpliwość na próbę. Poświęć mi chwilę, proszę. Nie spieszysz się teraz do nikogo, dobrze zgadłem? Przyszłaś tutaj sama. Spodziewałem się tego. Zostań ze mną przez kilka minut. Posiedź przy mnie jeszcze tylko chwilę, Julio. Nie spodziewałaś się tego? Twoje śliczne brązowe oczy robią się coraz większe i po raz pierwszy od początku tego spotkania patrzysz na mnie uważnie. Musisz być wstrząśnięta. Pewnie próbujesz zgadnąć, jakim cudem wiem, jak się nazywasz, chociaż nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy, a przy tym to twoja pierwsza wizyta w moim kraju. Zastanawiasz się zapewne, czy dojrzałem imię na jakiejś metce, na przykład przy kurtce albo tym twoim plecaczku. Odpowiedź brzmi: nie. Wiem, jak się nazywasz, tak samo jak znam dokładną datę twoich narodzin. Wiem bardzo wiele na temat małej Julii, która najbardziej na świecie lubiła, kiedy ojciec opowiadał jej różne historie. Znam nawet tytuł jej ulubionej, czyli Opowieści o księciu, księżniczce i krokodylu. Julia Win. Urodzona 28 sierpnia 1968 roku w Nowym Jorku. Matka Amerykanka. Ojciec Birmańczyk. Twoje nazwisko rodowe stanowi część mojej historii od momentu moich narodzin. Przez ostatnie cztery lata nie było dnia, żebym o tobie nie pomyślał. Wyjaśnię ci wszystko za moment, ale pozwól, że zadam ci najpierw pytanie: czy wierzysz w miłość? Śmiejesz się. Jesteś taka piękna. Mówię poważnie. Wierzysz w miłość, Julio? Nie chodzi mi oczywiście o te wybuchy namiętności, sprawiające, że mówimy rzeczy, których później żałujemy i przez które wydaje nam się, że nie możemy żyć bez towarzystwa drugiej osoby, albo które powodują, że drżymy ze strachu na samą myśl o tym, iż moglibyśmy ją stracić. Takie uczucie zubaża, zamiast wzbogacać, ponieważ prowadzi do tego, że chcemy posiadać coś, czego posiadać nie sposób. Nie. Mówię o miłości, która przywraca ślepcom wzrok. O uczuciu silniejszym od strachu. Które nadaje życiu sens i opiera się naturalnej skłonności do stopniowego niszczenia. Dzięki któremu stajemy się lepsi. Ono nie zna granic. Mówię o triumfie ludzkiego ducha nad egoizmem i śmiercią. Kręcisz głową. Nie wierzysz w coś takiego. Nie masz pojęcia, o czym mówię. Teraz mnie to nie dziwi. Ale poczekaj. Zrozumiesz, co mam na myśli, kiedy opowiem ci historię, którą od czterech lat noszę w sercu z zamiarem przekazania jej tobie. Potrzebuję jedynie odrobiny twojej cierpliwości. Jest już późno i na pewno jesteś zmęczona po długiej podróży. Jeśli zechcesz, możemy się jutro spotkać o tej samej porze, przy tym stoliku, w tej kawiarni. Tutaj zresztą poznałem twojego ojca. Siedział nawet na tym samym krześle i snuł swoją opowieść, podczas gdy ja siedziałem dokładnie w tym samym miejscu co teraz, zdumiony, niedowierzający, a nawet zdezorientowany. Nigdy wcześniej nie słyszałem, by ktoś opowiadał coś takiego. Czy słowa są w stanie rozwinąć skrzydła? Przecinać lotem powietrze niczym motyle? Czy potrafią urzekać i przenosić do innego świata? Albo otwierać drzwi prowadzące do tajemniczych zakątków naszych dusz? Nie mam pojęcia, czy za pomocą słów można osiągnąć coś podobnego, ale Julio, tamtego dnia twój ojciec mówił do mnie takim głosem, jaki słyszy się u drugiego człowieka może raz w całym życiu. I choć przemawiał cicho, to w całej herbaciarni nie było nikogo, kto pozostałby na niego obojętny. Kolejne zdania ułożyły się w historię, która pulsowała życiem, w której czuć było potęgę i magię. Po wszystkim, co usłyszałem tamtego dnia, stałem się tak samo wierzący jak twój ojciec. „Trzeba ci wiedzieć, U Ba, że nie jestem religijny i miłość to jedyna siła, w którą naprawdę wierzę”. Właśnie takimi słowy przemówił do mnie twój ojciec.

U Ba wstał z miejsca. Złożył przed sobą otwarte dłonie, ukłonił się lekko i wyszedł z herbaciarni szybko, lekkim krokiem.

Patrzyłam za nim, aż zniknął w ulicznym rozgardiaszu.

Chciałam za nim zakrzyknąć, zaprzeczyć. Bo czy wierzę w miłość? Co za pytanie. Prawie jakby miłość była religią, w która można wierzyć lub nie. Miałam ochotę mu powiedzieć, że nie, nie ma na świecie nic potężniejszego od strachu. I nic nie jest w stanie pokonać śmierci. Wykluczone.

Zgarbiłam się na niskim stołku. Miałam wrażenie, że w dalszym ciągu słyszę jego głos. Był spokojny i melodyjny, w przeciwieństwie do głosu mojego ojca.

Posiedź przy mnie jeszcze tylko chwilę, Julio, Julio, Julio…

Czy wierzysz w miłość, miłość…

Słowa twojego ojca, twojego ojca…

Byłam wycieńczona i rozbolała mnie głowa. Prawie jakbym przebudziła się niespokojna po koszmarze. Dookoła mnie fruwały bzyczące muchy, siadały mi na włosach, czole i dłoniach. Nie miałam siły ich odganiać. Cały stół pokryty był lepkim brązowym cukrem.

Usiłowałam napić się herbaty. Była zimna, a mnie trzęsły się dłonie. Dlaczego słuchałam tego starca aż tak długo? Mogłam poprosić go, żeby przerwał. Mogłam stąd wyjść. A jednak coś mnie powstrzymywało. Kiedy już miałam się od niego odwrócić, powiedział: Julia, Julia Win. Nigdy nie podejrzewałam, że mogę poczuć się tak dziwnie na dźwięk własnego nazwiska. Jak je odgadł? Czy naprawdę znał mojego ojca? Kiedy po raz ostatni go widział? A może wiedział, czy mój ojciec jeszcze żyje i gdzie może się teraz ukrywać?

Rozdział 2

Kelner nie chciał przyjąć ode mnie pieniędzy.

– Przyjaciele U Ba to nasi przyjaciele – powiedział, kłaniając się.

Mimo wszystko wyciągnęłam z kieszeni jednego kyata. Banknot był wygnieciony i brudny. Skrzywiłam się na jego widok i wsunęłam go pod talerz. Kelner zabrał naczynia, ale zignorował zapłatę. Wskazałam na nią, ale tylko się uśmiechnął.

Dałam za mało? A może banknot był zbyt wygnieciony? Położyłam na stole większy i czystszy. Kelner ukłonił się, uśmiechnął raz jeszcze i odszedł, nie dotknąwszy pieniędzy.

Na zewnątrz było jeszcze goręcej. Upał mnie paraliżował. Stałam przed herbaciarnią i nie mogłam się zmusić do tego, by uczynić choć jeden krok. Słońce paliło mi skórę, a światło raziło oczy. Założyłam czapkę baseballową i naciągnęłam ją mocno na oczy.

Na ulicy było mnóstwo ludzi, a jednak panowała dziwna cisza. Prawie nikt nie korzystał z dobrodziejstw motoryzacji, ludzie przeważnie poruszali się pieszo lub jeździli rowerami. Na jednym ze skrzyżowań zaparkowano trzy zaprzęgnięte w konie bryczki i wóz, do którego przypięty stał wół. Nielicznymi samochodami na drodze były głównie japońskie pikapy, powgniatane i pordzewiałe, na których upchnięto wiklinowe kosze i worki, a młodzi ludzie starali się z całych sił, by tylko nie pospadały.

Wzdłuż ulicy stały niskie parterowe sklepy zbudowane z drewna, zwieńczone dachami z falowanej blachy, w których sprzedawcy oferowali wszystko, od ryżu, orzechów, mąki i szamponu po coca-colę i piwo. Nie istniał tam żaden porządek, a przynajmniej ja się żadnego nie dopatrzyłam.

Połowa sklepów wyglądała na herbaciarnie, a przed nimi na małych drewnianych taboretach przesiadywali stali klienci. Nosili oni na głowach czerwono-zielone turbany. Zamiast spodni mężczyźni ci byli owinięci czymś, co wyglądało na spódnice.

Przede mną stała grupa kobiet, które wysmarowały żółtą pastą policzki, brwi i nosy, a następnie zapaliły długie ciemnozielone cygaretki. Wszystkie były szczupłe, ale nie wychudzone, i poruszały się z tą samą elegancją i lekkością, którą zawsze tak bardzo podziwiałam u mojego ojca. A do tego wszystkie uśmiechały się i patrzyły mi prosto w oczy. Zupełnie nic mi to nie mówiło. Nagle uderzyło mnie, jak źle można odebrać zwyczajny śmiech.

W pewnym momencie pozdrowiły mnie skinieniem głowy. Czyżby mnie znały? Czy one wszystkie, podobnie jak U Ba, oczekiwały mojego przybycia? Starałam się na nie nie patrzeć. Przeszłam ulicą tak szybko, jak to tylko możliwe, wpatrując się w jakiś oddalony punkt.

Tęskniłam za Nowym Jorkiem, za jego zgiełkiem i ruchem ulicznym. Za obojętnymi twarzami przechodniów, którzy nie interesowali się nikim prócz siebie. Chciałam wrócić do miejsca, w którym wiedziałam, jak należy się poruszać i zachowywać.

Jakieś sto metrów dalej droga się rozwidlała. Widziałam tam jedynie przerośnięte bugenwille, wyższe nawet od ruder, które próbowały zasłonić. Spieczone pola, brudne chodniki i wyboje, które mogłyby połknąć piłkę do koszykówki. Gdziekolwiek spojrzałam, wszystko wyglądało dziwnie i złowrogo.

– Panno Win, panno Win! – ktoś zawołał.

Zdobyłam się na odwagę i obejrzałam za siebie. Zauważyłam młodego mężczyznę, który skojarzył mi się z boyem hotelowym, bagażowym z lotniska w Rangunie albo z kierowcą taksówki. A może z kelnerem z herbaciarni.

– Panno Win, szuka panna czegoś? Mogę jakoś pomóc?

– Nie, dziękuję – odrzekłam, nie chcąc uzależniać się od nikogo obcego. – Albo tak… Szukam hotelu – przyznałam. Najchętniej schowałabym się gdzieś, na przykład w pokoju hotelowym, w którym zameldowałam się tego poranka.

– Tą drogą pod górkę i na prawo. Niecałe pięć minut drogi – wyjaśnił.

– Dziękuję.

– Mam nadzieję, że miło spędzi panna czas w naszym mieście. Witam w Kalaw – dodał, a następnie wstał i uśmiechnął się, a ja ruszyłam w swoją stronę.

Już w hotelu przeszłam w milczeniu i pospiesznie obok recepcji, wspięłam się na pierwsze piętro po dużych drewnianych schodach i opadłam na łóżko w swoim pokoju.

Podróż z Nowego Jorku do Rangunu zajęła ponad siedemdziesiąt dwie godziny. Po niej spędziłam całą noc i połowę kolejnego dnia w rozklekotanym autobusie, wypełnionym śmierdzącymi pasażerami, ludźmi noszącymi jedynie pobrudzone spódnice, znoszone podkoszulki i sfatygowane plastikowe klapki, którzy nierzadko mieli ze sobą kurczęta i kwiczące prosiaki. Dwudziestogodzinna podróż po drogach, które nie przypominały normalnych ulic. Jeśli by mnie ktoś pytał, to wyglądały bardziej na wysuszone koryta rzeczne. A wszystko to, żeby dostać się ze stolicy kraju do tej położonej na uboczu małej górskiej wioski.

Musiałam w którymś momencie zasnąć. Słońce gdzieś zniknęło i zapadła noc. Półmrok wypełnił mój pokój. Walizka leżała rozchylona na drugim łóżku. Rozejrzałam się, moje spojrzenie wędrowało w tę i z powrotem, podczas gdy próbowałam przypomnieć sobie, gdzie ja właściwie jestem. Stary drewniany wentylator zwisał z wysokiego sufitu. Pomieszczenie było wielkie, a spartańskie meble nadawały mu klasztorny wygląd. Obok drzwi stała prosta szafka, pod oknem ustawiono stół i krzesło, a pomiędzy łóżkami nieduży nocny stolik. Pobielone ściany były zupełnie gołe, nie wisiały na nich żadne obrazy ani lustra. Stare drewniane deski podłogowe były wytarte i gładkie. Jedynym przejawem luksusu była maleńka koreańska lodówka. Nie działała. Chłodne wieczorne powietrze wlało się do środka przez otwarte okna.

Kilka godzin później, o zmierzchu, rozmowa z tamtym starcem wydawała się jeszcze bardziej absurdalna i tajemnicza niż za dnia. Wspomnienie tego wydarzenia było już niewyraźne i odległe. Widmowe wyobrażenia unosiły się w moim umyśle, nie mogłam ich jednak w żaden sposób zinterpretować, nie miały bowiem sensu. Usiłowałam sobie przypomnieć to spotkanie. Nosił białą, pożółkniętą od upływu czasu koszulę, zielone longyi i gumowe klapki. Miał białe, zdrowe i krótko przycięte włosy. Jego twarz poznaczona była gęsto zmarszczkami. Nie miałam pojęcia, w jakim jest wieku. Sześćdziesiąt, może siedemdziesiąt lat. A na jego twarzy malował się uśmiech, którego nie byłam w stanie odgadnąć. Czy był on szyderczy albo kpiący? I czego on ode mnie chciał?

Pieniędzy. Bo czego innego. Nie prosił mnie wtedy o nie, ale te uwagi na temat zębów i koszuli mówiły same za siebie. Wiem, o co mu chodziło. A o moje nazwisko mógł wypytać w hotelu. Był zapewne w komitywie z kimś z recepcji. To oszust, który chciał wzbudzić moją ciekawość i zrobić na mnie wrażenie, by potem zaoferować swoje usługi i spróbować odgadnąć moją przyszłość. Jak jakiś astrolog. Nie kupowałam tego. Marnował na mnie swój czas.

Czy powiedział cokolwiek, co by sugerowało, że faktycznie znał mojego ojca? Ten rzekomo powiedział do niego: „Trzeba ci wiedzieć, U Ba, że nie jestem religijny i miłość to jedyna siła, w którą naprawdę wierzę”. A przecież mój ojciec nigdy by czegoś takiego nie pomyślał, a co dopiero powiedział na głos. A już na pewno nie dzieliłby się takimi przemyśleniami z kimś obcym. A może się oszukuję? Być może bardziej lekkomyślne byłoby założenie, że to właśnie ja rozumiem myśli czy uczucia ojca lepiej niż on? No bo ile tak naprawdę o nim wiedziałam? Czy ojciec, którego znałam, porzuciłby wszystko i tak po prostu zniknął, nie zostawiwszy nawet kartki z pożegnalną wiadomością? Opuściłby żonę, syna i córkę bez choćby słowa wyjaśnienia?

Policja twierdzi, że ślad po nim zaginął w Bangkoku. Niewykluczone, że ktoś go zabił i obrabował w Tajlandii.

Być może padł ofiarą wypadku w Zatoce Syjamskiej? Albo po prostu miał nadzieję na dwa tygodnie ciszy i spokoju, tak dla odmiany? A może udał się na wybrzeże, próbował popływać i utonął? Taka przynajmniej jest oficjalna wersja, którą powtarza się w naszej rodzinie.

Wydział zabójstw podejrzewał, że prowadził podwójne życie. Nie dawali wiary zapewnieniom mojej matki, która twierdziła, że nie miała pojęcia na temat pierwszych dwudziestu lat jego życia. Wydało im się to tak absurdalne, że najpierw sądzili, iż przyłożyła rękę do jego zniknięcia, czy to pomagając mu w ucieczce, czy też jako sprawca zaginięcia. Dopiero kiedy stało się jasne, że nie może tu chodzić o żadne bajońskie sumy z polisy na życie i że nikt nie zyska finansowo na jego rzekomej śmierci, policja przestała wątpić w jej niewinność. Być może faktycznie za tymi dwudziestoma latami stała jakaś tajemnica, której my, członkowie jego rodziny, nie znaliśmy.

Rozdział 3

Moje ostatnie związane z nim wspomnienie ma już cztery lata. Chodzi mianowicie o poranek po tym, jak ukończyłam studia prawnicze. Poprzedniego wieczora świętowaliśmy mój sukces na uczelni i nie czułam się po tym na siłach, by wracać do siebie na noc. Z jakiegoś powodu chciałam rozpocząć kolejny dzień z zachowaniem rytuałów z mojego dzieciństwa. Poczuć się jeszcze choć raz tak bezpiecznie jak wtedy.

Być może miałam jakieś przeczucie.

Ojciec obudził mnie wcześnie rano, stał przy nogach łóżka i miał na sobie swój staromodny szary płaszcz i brązowy kapelusz borsalino. Jako mała dziewczynka widywałam, jak wychodzi w takim stroju do pracy. Co rano stawałam w oknie i machałam mu na do widzenia, czasami wręcz płakałam, bo nie chciałam, żeby wychodził. Nawet po wielu latach, kiedy jego szofer czekał na niego pod domem i ojciec musiał jedynie przejść trzy kroki po chodniku do limuzyny, to i tak zawsze nosił ten płaszcz i kapelusz. Przez cały ten czas nigdy nie próbował zakładać niczego innego, po prostu co jakiś czas kupował nowe płaszcze i kapelusze, przy czym te drugie jedynie marki Borsalino. Miał takich sześć: dwa czarne, dwa brązowe i dwa granatowe. Kiedy już nie był w stanie dostać podobnych płaszczy nawet u najbardziej konserwatywnych nowojorskich sprzedawców, to zaczął kupować robione na zamówienie.

Kapelusze borsalino były jego talizmanami. Po raz pierwszy kupił to włoskie nakrycie głowy na pierwszą rozmowę o pracę. Dostał angaż. Wtedy jeszcze kapelusz ten stanowił dowód jego dobrego gustu. Jednak z biegiem lat wyszedł z mody, a ojciec zaczął wyglądać w nim ekscentrycznie, a w końcu jak postać wyrwana żywcem z filmu z lat pięćdziesiątych. Jako nastolatka bardzo wstydziłam się jego doboru garderoby. Wyglądał tak staromodnie, kiedy pozdrawiał matki moich koleżanek ukłonem. Inne dzieci chichotały, widząc, jak mnie odbiera ze szkoły. Nigdy nie nosił butów sportowych, jeansów czy bluz. Pogardzał swobodnym amerykańskim stylem ubierania, który jego zdaniem dogadzał jedynie niskim ludzkim instynktom, przede wszystkim wygodnictwu.

Ojciec stał przy łóżku i wyszeptał moje imię. Powiedział, że ma umówione spotkanie w Bostonie i nie wie dokładnie, kiedy wróci. Pewnie dopiero za kilka dni, co było dziwne, bo miał wypełniony po brzegi kalendarz. Poza tym latał do Bostonu bardzo często i jakoś nigdy dotąd nie zostawał tam na noc. Byłam jednak zbyt zmęczona i nie zwróciłam na to wtedy uwagi. Pocałował mnie w czoło i powiedział:

– Kocham cię, maleńka. Nigdy o tym nie zapominaj, jasne?

Pokiwałam sennie głową.

– Ja też cię kocham.

Przesunęłam się na bok, wcisnęłam twarz w poduszkę i z powrotem zasnęłam. Od tamtej pory go nie widziałam.

Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, nadszedł już po dziesiątej tego samego poranka. Obudziłam się i poszłam do kuchni. Matka czekała na mnie ze śniadaniem. Siedziała na oszklonej werandzie z kubkiem kawy i przeglądała numer „Vogue”. Obie miałyśmy na sobie jeszcze nasze szlafroki. Na stole leżały ciągle ciepłe ciastka cynamonowe i świeże bajgle. Usiadłam na moim starym miejscu przy ścianie, oparłam stopy na krawędzi krzesła, a ramionami objęłam kolana, sączyłam sok pomarańczowy i opowiadałam matce o moich planach na lato, kiedy zadzwonił telefon. Sekretarka mojego ojca, Susan, chciała sprawdzić, czy się rozchorował. Bardzo ważny klient, który przyszedł umówiony na dziesiątą, domagał się informacji, gdzie on się podziewa. Nikt nic nie wiedział na temat rzekomego wylotu do Bostonu.

Obie stwierdziły, że coś musiało mu wypaść w ostatniej chwili. Nie zdołał do nikogo zadzwonić, pewnie właśnie utknął na jakimś spotkaniu i na pewno odezwie się w ciągu kilku następnych godzin.

Dokończyłyśmy z matką śniadanie. Poczułam się nieswojo, ale ona była na tyle spokojna, że przestałam się przejmować. Po śniadaniu wybrałyśmy się razem do kosmetyczki, a potem przez Central Park do luksusowego domu towarowego Bergdorf Goodman. W Nowym Jorku był akurat jeden z tych ciepłych, letnich dni, kiedy powietrze było uderzająco świeże. W parku pachniało świeżo ściętą trawą, ludzie wylegiwali się na słońcu w części zwanej Sheep Meadow, a dwóch młodych chłopaków bez koszulek rzucało do siebie frisbee. Z kolei dwóch starszych mężczyzn jechało przed nami ramię w ramię na łyżworolkach.

Przez cały ten czas matka ciągle mnie ponaglała. W końcu w domu towarowym Bergdorf Goodman kupiła mi żółtą kwiecistą sukienkę letnią, po czym, co łatwo było przewidzieć, wybrałyśmy się do Plazy, żeby napić się herbaty.

Nie podobał mi się szczególnie ten hotel. Jego stylizacja na francuski renesans była dla mnie nieco zbyt szykowna, nazbyt kiczowata, ale już od dawna wiedziałam, że daremne są wysiłki mające na celu wyciągnięcie mojej matki na herbatę do jakiegoś innego miejsca. Była zachwycona tym lobby z ozdobnym tynkiem na wysokim suficie i ścianach, a także kolumnami tak bogato dekorowanymi, że wyglądały jak arcydzieła cukiernictwa. Piała z zachwytu na widok egzaltowanych manier kelnerów i kierownika sali, który pozdrawiał ją za każdym razem („Bonjour, madame Win”). Usiadłyśmy pomiędzy dwiema palmami przy niedużym bufecie z ciastami, słodyczami i lodami. Dwie wiolonczelistki grały akurat walca wiedeńskiego. Matka zamówiła bliny z kawiorem i dwie lampki szampana.

– Mamy dzisiaj jakiś powód do świętowania? – zapytałam.

– Twoje zakończenie studiów, kochanie.

Spróbowałyśmy naszych blinów. Były przesolone, a szampan za ciepły. Moja matka skinęła na kelnera.

– Mamo, daj spokój – zaprotestowałam. – Wszystko jest w porządku.

– Wprost przeciwnie – powiedziała do mnie spokojnie, jakbym nie miała pojęcia, o czym mówię.

Zganiła kelnera, który zabrał z powrotem to, co zamówiłyśmy, w międzyczasie wylewnie nas przepraszając. Jej głos potrafił być chłodny i ostry. Był czas, że się go bałam. Dzisiaj wydaje mi się zaledwie nieprzyjemny.

Popatrzyła na mnie.

– Ty byś je zjadła, prawda?

Skinęłam głową.

– Podobnie twój ojciec. Pod wieloma względami jesteście do siebie bardzo podobni.

– Co masz na myśli? – zapytałam. Nie zabrzmiało to jak komplement.

– O co w tym chodzi, okazujecie w ten sposób swoją uległość? – zapytała. – A może pasywność lub strach przed konfrontacją? A może to zwyczajna arogancja?

– Co ma z tym wspólnego arogancja?

– Żadne z was nie zamierza nawet rozmawiać z kelnerami – powiedziała. Nie rozumiałam gniewu brzmiącego w jej głosie. Wydawał się taki daleki od letniego szampana i słonych blinów. – Jakby waszym zdaniem nie warto było się nimi martwić. I to nazywam arogancją.

– Chodzi tylko o to, że to nie jest moim zdaniem ważne – powiedziałam. To nie do końca było prawdą. Wstydziłam się narzekać na jakość usług, czy to w restauracji, hotelu, czy w sklepie. A jednak tego typu rzeczy miały dla mnie większe znaczenie, niż dawałam po sobie poznać. Denerwowały mnie, a po fakcie często byłam na siebie dodatkowo zła, ponieważ czułam się jak popychadło. Z moim ojcem było inaczej. Jego milczenie w podobnych sytuacjach było niewymuszone. Dla niego takie sprawy naprawdę nie miały żadnego znaczenia. Ilekroć ktoś wcinał się przed niego w kolejkę, on tylko się uśmiechał. Nigdy nie liczył reszty w sklepie. Moja matka próbowała się doliczyć każdego centa. Podziwiałam jego opanowanie. Matka nie potrafiła go rozgryźć. Była surowa zarówno wobec siebie, jak i względem innych, natomiast mój ojciec wyłącznie wobec siebie samego.

– Jak może nie mieć dla ciebie znaczenia, czy dostaniesz to, za co zapłaciłaś? Nie pojmuję tego.

– Nie możemy po prostu odpuścić? – zapytałam, bardziej w formie prośby niż żądania. – Nie martwisz się o tatę?

– Nie. A powinnam?

Przypominam to sobie i zastanawiam się, czy jej spokój był jedynie udawany. Żadna z nas nie powiedziała już ani słowa na temat jego spotkania, które raczej się nie odbyło. Nie zadzwoniła nawet do jego biura, żeby się upewnić, czy się odzywał. Skąd w niej ta pewność, że nie przytrafiło mu się jakieś nieszczęście? A może po prostu miała to gdzieś? Czy też przez lata podejrzewała, że tak się to kiedyś skończy? W jej beztrosce można się było dopatrzeć ulgi, a nawet szczęścia, jakby katastrofa, której się od dawna obawiała, nagle przestała jej zagrażać.

„Wpływowy adwokat z Wall Street znika bez śladu”, donosił „New York Times” kilka dni po zniknięciu mojego ojca. Przez kilka następnych dni gazety oddały się spekulowaniu. Czy chodziło o morderstwo, może któryś klient chciał się zemścić? Porwano go? Czy ktoś z Hollywood był w to zamieszany? Wszystko, co udało się ustalić policji przez pierwsze dwa tygodnie, sprawiało, że sprawa stawała się coraz bardziej tajemnicza. Wcześnie rano tego dnia, kiedy zaginął, mój ojciec rzeczywiście wybrał się na lotnisko JFK, ale zamiast polecieć do Bostonu, skierował się do Los Angeles. Swój bilet nabył na lotnisku i nie brał ze sobą żadnego bagażu. Z Los Angeles przeleciał pierwszą klasą do Hongkongu lotem numer 888 linii United Airlines. Jedna ze stewardes zapamiętała go, ponieważ nie pił szampana, a zamiast gazety czytał tomik poezji Pabla Nerudy. Stewardesa opisała mojego ojca jako bardzo spokojnego i nieprzeciętnie grzecznego. Mało jadł i prawie nie spał, nie obejrzał też żadnego filmu i większość czasu czytał.

Mój ojciec najwyraźniej spędził noc w Hongkongu w hotelu Peninsula, gdzie w pokoju numer 218 zamówił kurczaka i napił się wody mineralnej przyniesionej przez obsługę, która zaręczała później, że przez cały swój pobyt nie opuścił pokoju. Następnego dnia złapał lot linii Pacific Flight numer 615 do Bangkoku, gdzie przeczekał noc na lotnisku Mandarin Oriental. Nie próbował nawet zacierać swoich śladów. Zatrzymywał się w tych samych hotelach, z których zwykle korzystał podczas podróży służbowych, i opłacał wszelkie należności przy pomocy karty kredytowej, jak gdyby wiedział, że to już będzie koniec jego drogi – przynajmniej dla śledczych. Cztery tygodnie później pracownik budowy znalazł jego paszport w pobliżu bangkockiego lotniska.

Kilka okoliczności kazało sądzić, że nie opuścił Tajlandii. Policja przeszukiwała listy pasażerów we wszystkich odlotach z Bangkoku. Nigdzie nie znaleźli jego nazwiska. Przez chwilę oficerowie policji brali pod uwagę, że mógł nabyć jakoś fałszywy paszport na miejscu, w Tajlandii, po czym wylecieć gdzie tylko chciał pod przybranym nazwiskiem. Kilka stewardes tajlandzkich linii lotniczych twierdziło, że go widziało, jedna na pokładzie samolotu do Londynu, druga w drodze do Paryża, a trzecia podczas podróży do Phnom Penh. Żaden z tych śladów nie doprowadził ich do nikogo.

Według urzędu imigracyjnego mój ojciec przybył z Birmy do Stanów Zjednoczonych w 1942 roku, posługując się studencką wizą. Studiował w Nowym Jorku i w 1959 roku stał się pełnoprawnym obywatelem amerykańskim. Do dokumentów w rubryce miejsce urodzenia wpisywał Rangun, stolicę dawnej kolonii brytyjskiej. Próby nawiązania kontaktu przez FBI i amerykańską ambasadę w Rangunie donikąd nie prowadziły. Win to popularne nazwisko w Birmie, ale nikt nie miał pojęcia, gdzie może mieszkać rodzina mojego ojca.

Rozdział 4

W każdym życiu przydarza się jakiś katastrofalny zwrot, kiedy to znany nam świat przestaje istnieć. Moment, który w okamgnieniu zmienia nas w zupełnie inną osobę. Chwila, kiedy kochanek wyznaje, że spotyka się z kimś innym, i od nas odchodzi. Albo dzień, w którym chowamy ojca, matkę lub najlepszego przyjaciela. Albo chwila, kiedy lekarz mówi nam, że mamy złośliwego guza mózgu.

Czy takie momenty stanowią zaledwie dramatyczny finał dłuższych procesów, konsekwencje, które byśmy przewidzieli, gdybyśmy tylko potrafili czytać znaki, zamiast je ignorować? I jeśli te zmiany są prawdziwe, to czy zawsze jesteśmy ich świadomi, kiedy się wydarzają, czy też raczej odkrywamy je dopiero później, po fakcie?

Nigdy wcześniej nie zastanawiały mnie te pytania, nigdy też nie szukałam na nie odpowiedzi. Zniknięcie mojego ojca nie należało do tego typu zmian. Kochałam go i tęskniłam za nim, ale gdyby został z nami, to cztery ostatnie lata mojego życia nie wyglądałyby inaczej. Jego obecność nie wpłynęłaby na żadną ważną decyzję. Przynajmniej tak mi się do tej pory wydawało.

Jakiś tydzień temu, tuż po ósmej, kiedy to wróciłam do domu z biura, odźwierny wywołał mnie z windy. Na zewnątrz lał deszcz, buty miałam przemoczone i byłam przemarznięta. Nie mogłam się doczekać, aż wrócę do mieszkania.

– O co chodzi? – zapytałam niecierpliwie.

– O pewną paczkę – odpowiedział.

Wyjrzałam przez duże przeszklone okna lobby na ulicę. Blask tylnych świateł samochodu odbijał się na mokrym asfalcie. Umierałam z tęsknoty za gorącym prysznicem i kubkiem herbaty. Odźwierny podał mi torbę, w której mieściła się brązowa paczka rozmiarów pudełka na buty. Wzięłam ją pod pachę i wjechałam do mojego mieszkania na trzydziestym piątym piętrze. Ojciec kupił mi je, zanim skończyłam prawo.

Sprawdziłam automatyczną sekretarkę, czekały na mnie dwie wiadomości. Na stole leżało kilka banknotów i niechciana poczta. W powietrzu unosił się zapach środków czystości, dlatego otworzyłam drzwi balkonowe. W dalszym ciągu padało i chmury wisiały tak nisko, że ledwo widziałam drugi brzeg East River. Pode mną na Second Avenue i Queensboro Bridge utworzył się korek.

Po prysznicu wyciągnęłam paczkę z torby. Natychmiast rozpoznałam charakter pisma matki. Raz po raz wysyłała mi pocztówki albo wycinki z gazet, co do których sądziła, że mnie zainteresują – a przynajmniej że powinny. Nie znosiła nagrywania się na automatyczną sekretarkę i to był jej sposób na przekazywanie wiadomości. Ale od dawna nie przesłała mi paczki. W środku było sporo starych fotografii, dokumenty i różne papiery należące do ojca, a także krótki liścik od niej:

Julio,

podczas sprzątania poddasza natrafiłam na to pudło. Wpadło za stary chiński kredens. Może Ciebie to zainteresuje. Dołączam też kilka ostatnich zdjęć całej naszej czwórki. Już ich nie potrzebuję. Zadzwoń do mnie.

Twoja

Judith

Rozłożyłam zawartość paczki na stole. Na samej górze stosu znalazłam portret rodzinny, wykonany tego dnia, kiedy kończyłam uczelnię. Stoję na nim szeroko uśmiechnięta, ramię w ramię pomiędzy rodzicami. Brat stoi za mną i trzyma dłonie na moich ramionach. Moja matka uśmiecha się dumnie prosto w obiektyw. Ojciec również radośnie błyska zębami. Wspaniała, szczęśliwa rodzina. Jak pięknie zdjęcia potrafią kłamać. Nic nie wskazywało na to, że będzie to nasze ostatnie wspólne zdjęcie ani że, co jeszcze gorsze, jedno z nas od dawna planuje uciec. Moja matka dorzuciła do paczki dwa paszporty, których ważność wygasła, amerykański certyfikat naturalizacji mojego ojca i kilka starych kalendarzy, w których roiło się od krótkich notatek. Boston. Waszyngton. Los Angeles. Miami. Londyn. Hongkong. Paryż. Były takie lata, podczas których mój ojciec wielokrotnie okrążał glob. Wypracował sobie w firmie stanowisko partnera, jednego z ośmiu, a jako prawnik dorobił się bardzo wcześnie specjalizacji w przemyśle rozrywkowym. Doradzał studiom hollywoodzkim w kwestiach kontraktów filmowych, różnych przejęć oraz fuzji. Pośród klientów miał również kilka spośród największych światowych gwiazd.

Nigdy tak naprawdę nie rozumiałam, dlaczego odniósł w pracy taki sukces. Dużo pracował, ale nigdy nie sprawiał wrażenia, jakby był szczególnie żądny sukcesu. Nie był próżny i nigdy nie starał się desperacko spieniężyć sławy swoich klientów. Jego nazwisko nie przewijało się w działach plotkarskich. Nie chodził na odpowiednie imprezy ani na wystawne bale charytatywne, które organizowała moja matka i jej przyjaciele. Potrzeba przynależności, tak bardzo typowa dla imigrantów, była mu zupełnie obca. Był samotnikiem i zaprzeczeniem tego, jak większość ludzi wyobrażała sobie prawnika celebrytów. Być może właśnie to wzbudzało zaufanie do niego i sprawiło, że był tak wprawnym negocjatorem. Odznaczał się spokojem i opanowaniem, bezpretensjonalnością i nawet pewną niewinnością zachowania. Ale miał też inne cechy, które czasami wprawiały jego partnerów biznesowych i nielicznych przyjaciół w zakłopotanie. Na przykład jego rewelacyjna pamięć i znakomita umiejętność oceny ludzkich charakterów. Wystarczało mu pobieżne spojrzenie, by zapamiętać każdą informację, cytował z pamięci notatki i listy sprzed lat. Na początku rozmowy zamykał oczy i skupiał się na głosie człowieka, prawie jakby zatracał się w brzmieniu piosenki, po czym potrafił dokładnie ocenić stan umysłu rozmówcy, jego pewność siebie i to, czy mówi prawdę, czy może blefuje. Najwyraźniej była to umiejętność, której można się nauczyć, ale niezależnie od tego jak mocno go prosiłam, żeby wyjawił, jak, gdzie i kto mu tę wiedzę przekazał, to nie zamierzał się przyznać. I ani razu przez całe moje życie nie udało mi się go oszukać.

Najstarszy kalendarz datowany był na 1960 rok. Przejrzałam go, ale nie znalazłam nic poza spotkaniami biznesowymi, obcymi nazwiskami, spisem miejsc i godzin. Pośrodku znajdowała się notatka napisana przez mojego ojca:

W końcu jak długo żyje człowiek?

Żyje tysiąc lat czy tylko rok?

Żyje tydzień czy kilka wieków?

Na jak długo umiera człowiek?

Co to znaczy na zawsze?

Pablo Neruda

Dalej, na samym końcu, znalazłam cienką niebieską kopertę, złożoną starannie w niewielki prostokąt. Wyjęłam ją i rozłożyłam. Zaadresowano ją do:

Mi Mi

38 Circular Road

Kalaw, stan Szan

Birma

Zawahałam się. Czy ten prosty niebieski pelur skrywał klucz do tajemnicy mojego ojca? Wzięłam list i podeszłam do kuchenki. Mogłam go spalić. Płomienie w kilka sekund przerobiłyby cienki papier na popiół. Przekręciłam korek, usłyszałam syk gazu, po którym nastąpiło kliknięcie automatycznego zapłonu i pojawił się płomień. Trzymałam kopertę niedaleko ognia. Jeden ruch i moja rodzina miałaby spokój. Nie pamiętam już, jak długo stałam przy kuchence, wiem jedynie, że nagle zaczęłam płakać. Łzy spływały strugami po moich policzkach. Nie wiedziałam, dlaczego płaczę, ale łzy ciągle napływały, coraz mocniej i szybciej, aż w pewnej chwili poszłam z powrotem do łóżka, łkając i szlochając jak mała dziewczynka.

Kiedy się obudziłam, zegar na moim stoliku nocnym wskazywał godzinę 5:20. Nadal czułam żal. Przez kilka chwil nie pamiętałam, skąd się on wziął, i żywiłam nadzieję, że chodziło jedynie o jakiś sen. Przy stole rozwinęłam list bardzo delikatnie, jakbym bała się, że pryśnie niczym bańka mydlana.

24 kwietnia 1955 roku

Moja ukochana Mi Mi,

pięć tysięcy osiemset sześćdziesiąt cztery dni minęły, od kiedy po raz ostatni słyszałem bicie Twojego serca. Zdajesz sobie sprawę, ile to godzin? Ile minut? Czy wiesz, o ile smutniejszy jest ptak, który nie może śpiewać, albo kwiat, któremu nie dane jest zakwitnąć? Jak godna pożałowania jest ryba, którą wyciągnie się z wody?

Trudno mi się do Ciebie pisze, Mi Mi. Napisałem już tyle listów, których nawet nie wysłałem. Czy jest coś, co mógłbym Ci powiedzieć, a o czym jeszcze nie wiesz? Przecież nie potrzebujemy tuszu i papieru, liter i słów, by się ze sobą porozumieć. Byłaś ze mną przez tych 140 736 godzin – tak, to już tak długo – i będziesz aż do czasu naszego kolejnego spotkania. (Wybacz mi ten raz stwierdzanie oczywistego). Kiedy nastąpi odpowiednia pora, powrócę do Ciebie. Jak płasko i pusto potrafią brzmieć nawet najpiękniejsze słowa. Jak nudne i szare musi być życie dla tych, którzy potrzebują słów, którzy muszą dotykać, widzieć albo słyszeć tę drugą osobę, aby być blisko niej. Którzy potrzebują dowodów miłości choćby po to, żeby być jej pewnym. Czuję, że również te wersy nigdy do Ciebie nie dotrą. Od dawna wiesz o wszystkim, co mógłbym napisać, w związku z czym listy te kieruję bardziej do siebie jako mizerną próbę zaspokojenia własnych pragnień.

Przeczytałam to po raz drugi i trzeci, po czym złożyłam list i wsunęłam go z powrotem do koperty. Patrzyłam na niego przez jakiś czas. Był sobotni poranek, tuż po siódmej. Deszcz ustał, a chmury ustąpiły miejsca błękitnemu niebu, pod którym z wolna budził się właśnie Manhattan. Słońce odbijało się od powierzchni East River. Zanosiło się na zimny i piękny dzień.

Chwyciłam kartkę papieru, chcąc zanotować kilka rzeczy, przeanalizować sytuację i wymyślić jakąś strategię działania, podobnie jak postąpiłabym w swojej pracy. Ale papier pozostał pusty. Minęłam już punkt bez powrotu. Podjęto za mnie decyzję, choć nie byłam pewna, kto to zrobił.

Znałam na pamięć numer telefonu do linii lotniczych United Airlines. Najbliższy lot do Rangunu wychodził w niedzielę i prowadził przez Hongkong i Bangkok. Musiałabym zdobyć wizę, by w środę kontynuować podróż liniami Thai Air do Birmy.

– A co z lotem powrotnym?

Zastanawiałam się przez chwilę.

– Na razie nie wiem.

Następnie zadzwoniłam do matki.

Rozdział 5

Moja matka piła już kawę i czytała „Timesa”, kiedy do niej przyjechałam.

– Wyjeżdżam jutro z miasta. – Mój głos zabrzmiał bardziej tchórzliwie, niż się tego spodziewałam. – Do Birmy.

– Nie bądź niedorzeczna – rzuciła, nie podnosząc wzroku znad gazety.

Uciszała mnie przez całe moje życie tego typu zdaniami. Pociągnęłam łyk wody mineralnej i spojrzałam na matkę. Pofarbowała siwe włosy na ciemny blond i znowu je skróciła. Krótkie włosy sprawiały, że wyglądała młodziej, ale przy tym bardziej surowo. Jej ostry nos z biegiem lat odznaczał się coraz wyraźniej. Górna warga stopniowo znikała, a kąciki ust opadały coraz niżej, nadając jej zgorzkniałego wyrazu. Jej niebieskie oczy utraciły swój dawny blask, który pamiętałam jeszcze z czasów dzieciństwa. Przyczyną był wiek czy może to, że była niekochana – a przynajmniej nie tak, jak by sobie tego życzyła? Czy wiedziała o Mi Mi i ukrywała to przed dziećmi? Napiła się kawy. Nie byłam w stanie zinterpretować wyrazu jej twarzy.

– Na jak długo wyjeżdżasz?

– Nie wiem.

– A co z twoją pracą?

– Też nie wiem.

– Ryzykujesz swoją karierę.

Miała rację. Nie wiedziałam, kim jest Mi Mi, gdzie ją znaleźć, jaką rolę odgrywała w życiu mojego ojca ani nawet czy nadal żyje. Znałam tylko jej nazwisko i stary adres z jakiejś wioski, której położenie było dla mnie niejasne. Nie zwykłam działać tak impulsywnie. Wolę polegać na moim rozumie niż na instynktach.

A jednak…

– I co takiego masz nadzieję tam znaleźć? – zapytała.

– Prawdę – odpowiedziałam. Chciałam wypowiedzieć to w formie stwierdzenia, ale zamiast tego zdanie to zabrzmiało jak pytanie.

– Czyją prawdę? Jego prawdę? Twoją? Mogę ci przekazać moją tu i teraz, w dodatku zmieści się w trzech zdaniach. O ile chcesz ją poznać. – Wydawała się zmęczona i pusta.

– Chciałabym wiedzieć, co stało się z moim ojcem.

– Jakie to ma teraz znaczenie?

– Może on jeszcze żyje.

– I co z tego? Nie wydaje ci się, że gdyby w dalszym chciał mieć z nami kontakt, toby się o to postarał?

Widziała, że się wycofałam, i dodała:

– A może po prostu chcesz się zabawić w detektywa?

Potrząsnęłam głową i spojrzałam na nią.

– Czego chcesz się dowiedzieć?

– Prawdy.

Powoli odłożyła gazetę i długo na mnie patrzyła.

– Twój ojciec zostawił mnie jeszcze na długo przed swoim zniknięciem. Zdradził mnie. Nie raz czy dwa. Zdradzał mnie w każdej godzinie każdego dnia przez trzydzieści pięć lat naszego małżeństwa. I nie chodzi mi o żadną spośród kochanek, które towarzyszyły mu potajemnie podczas podróży albo z którymi spędzał wieczory, kiedy to rzekomo pracował do późna. Nie wiem zresztą, czy kiedykolwiek faktycznie miał romans. To nie ma żadnego znaczenia. Złożył mi fałszywe obietnice. Obiecał, że będzie mój. Na moją prośbę przeszedł na katolicyzm. Podczas naszego ślubu powtarzał słowa przysięgi: „w zdrowiu i w chorobie”. Zupełnie w to nie wierzył. Jego wiara to była fikcja i miłość do mnie również. Nigdy nie był mój, Julio, nawet w najlepszych okresach naszego związku.

Urwała na moment.

– Myślisz, że nigdy nie pytałam go o jego przeszłość? Naprawdę uważasz, że nie interesowało mnie dwadzieścia pierwszych lat jego życia? Kiedy zapytałam po raz pierwszy, pocieszył mnie i posłał to łagodne, wszechwiedzące spojrzenie, któremu nie potrafiłam się jeszcze oprzeć, i obiecał mi, że pewnego dnia wszystko mi wyjawi. Było to jeszcze przed ślubem i uwierzyłam mu, zaufałam. Potem zaczęłam wiercić mu dziurę w brzuchu. Płakałam, zawodziłam i groziłam rozwodem. Powiedziałam, że się wyprowadzę i wrócę tylko pod warunkiem, że przestanie mieć przede mną tajemnice. A on zapewniał, że mnie kocha, i pytał, dlaczego to nie wystarcza. Jak można szczerze zapewniać kogoś o swojej miłości, jeśli nie jest się gotowym na dzielenie wszystkim z tą drugą osobą, nawet swoją przeszłością?

Po twoich narodzinach znalazłam w jednej z jego książek stary list. Napisał go na krótko przed naszym ślubem. Był to list miłosny adresowany do jakiejś kobiety w Birmie. Próbował mi to wyjaśnić, ale nie chciałam go słuchać. Może to dziwne, Julio, ale wyznanie winy, wszelkie tłumaczenia przestają mieć znaczenie, jeśli nadchodzą o złej porze. Wypowiedziane zbyt wcześnie, potrafią przytłoczyć. Nie jesteśmy na nie gotowi i nie potrafimy ich docenić. A jeżeli za późno, to okazja przepada. Brak zaufania i rozczarowanie są zbyt wielkie, drzwi się zamknęły. W każdym razie to, co powinno wytwarzać między ludźmi intymną więź, staje się przyczyną dystansu. Dla mnie było wtedy za późno. Nie interesowały mnie już żadne opowieści. Nie były w stanie nas na powrót do siebie zbliżyć, pogłębiłyby tylko rany. Powiedziałam mu, że jeśli kiedykolwiek znajdę choćby jeszcze jeden podobny list, nieważne jak stary, to go zostawię, i już nie zobaczy swoich dzieci. Nigdy więcej nie znalazłam niczego podobnego, choć co kilka tygodni skrupulatnie przeszukiwałam jego rzeczy.

Przerwała opowieść, osuszyła kieliszek wina i spojrzała na mnie. Usiłowałam wziąć ją za rękę, ale odsunęła się i pokręciła głową. Na to również było już za późno.

– Jak mogłam się bronić? Jak mógł mi wynagrodzić to, co mi zrobił? Postanowiłam, że sama też będę miała tajemnice. Stopniowo przestawałam dzielić się z nim myślami i uczuciami. A on nigdy nie zadawał pytań. Stwierdził, że jeśli będę chciała mu coś powiedzieć albo podzielić się czymś, to tak zrobię. I żyliśmy w ten sposób w równoległych światach aż do tamtego poranka, kiedy zniknął.

Wstała i poszła po jeszcze jeden kieliszek wina, przez chwilę pokręciła się po kuchni i znowu usiadła, podczas gdy ja ciągle milczałam.

– Gdy się poznaliśmy, byłam naiwna i młoda, nie miałam nawet dwudziestu dwóch lat. Przyszłam na przyjęcie urodzinowe przyjaciółki. Ujrzałam, jak wchodzi przez drzwi, wysoki i szczupły. Miał pełne usta, które sprawiały wrażenie, jakby cały czas delikatnie się uśmiechał. Był przystojny, kobiety ubóstwiały go niezależnie od tego, jak się zachowywał. Być może nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Każda z moich koleżanek chętnie położyłaby na nim łapy. Miał silnie zarysowany nos, wysokie czoło i wąsko ułożone kości policzkowe. To one nadawały jego twarzy ascetycznego wyglądu, który tak się wszystkim podobał. Czarne, okrągłe okulary podkreślały piękne oczy. Poruszał się z łatwością, w jego twarzy i głosie było coś eleganckiego, co zrobiło wrażenie nawet na moich rodzicach. Byłby wymarzonym zięciem – wykształcony, inteligentny, pewny siebie, ale nie arogancki, a do tego jego nieskazitelne maniery – gdyby tylko był biały. Nawet na łożu śmierci nie potrafili mi wybaczyć, że wyszłam za „kolorowego”. W ten sposób po raz pierwszy i ostatni tak naprawdę im się sprzeciwiłam. Jak wiesz – dodała – to było do mnie niepodobne. A jednak ten raz naruszyłam zasady i miałam za to płacić do końca życia.

Potem wyznała mi, że ojciec nie chciał się z nią żenić.

–