Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 507

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Sztuka powieści - Opracowanie zbiorowe

Jak pracują wielcy pisarze? O tajemnicach swojego warsztatu opowiedzieli w wywiadach dla "The Paris Review" między innymi nobliści William Faulkner, Gabriel Garcia Marquez i Ernest Hemingway, a także najbardziej cenieni współczesni autorzy, jak Michel Houellebecq czy Jonathan Franzen.

Wszystkie rozmowy ukazały się pierwotnie w jednym z najbardziej znanych magazynów literackich świata, ukazującym się po angielsku w Paryżu od ponad 60 lat. "The New York Times" nazwał tę książkę  "najbardziej niezwykłym i wyczerpującym zbiorem wywiadów, jaki istnieje", zaś "Times Literary Supplement of London" dodawał: "ta książka zaintryguje i zachwyci każdego poważnego czytelnika i pisarza. Może nawet zainspirować."

Opinie o ebooku Sztuka powieści - Opracowanie zbiorowe

Fragment ebooka Sztuka powieści - Opracowanie zbiorowe

Sztuka powieści

 

Wywiady zpisarzamiz„The Paris Review”

Sztuka powieści

Wywiady zpisarzamiz„The Paris Review”

przełożyliDobromiła JankowskaAdam Pluszka

 

Wrocław 2016

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Małgorzata Kuśnierz, Małgorzata Wiśniowska-Deluga

Projekt okładki: Justyna Boguś | Mile Widziane

Projekt układu typograficznego: Magdalena Kocińska | O!Studio

Pomysł i wybór tekstów: Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski

© 2016, The Paris Review. All rights reserved

© for the Polish translation by Dobromiła Jankowska & Adam Pluszka 2016

© for the Polish edition by Książkowe Klimaty

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

 

 

Książkę wydrukowano na papierze Ecco book 75 Cream vol. 2.0 70g/m2 dostarczonym przez Antalis Poland.

ISBN: 978-83-65595-20-1

Michel Houellebecq

„The Art of Fiction”, jesień 2010, nr 206

Rozmawiała Susannah Hunnewell

 Lubi pani The Stooges? – zapytał Michel Houellebecq drugiego dnia naszego wywiadu. Odłożył e-papierosa (świeci na czerwono, gdy się zaciągnąć, iwytwarza parę zamiast dymu) ipowoli podniósł się zkanapy. – Iggy Pop napisał kilka piosenek na podstawie mojej Możliwości wyspy – dodał. – Powiedział mi, że to jedyna książka, która podobała mu się wostatnim dziesięcioleciu.

Najsłynniejszy żyjący pisarz francuski otworzył swojego MacBooka ianeks kuchenny wypełnił chropowaty głos legendy punk rocka: It’s nice to be dead.

Michel Houellebecq urodził się w1958 roku na francuskiej wyspie Reunion wpobliżu Madagaskaru. Na oficjalnej stronie internetowej napisano, że jego artystowscy rodzice, anestezjolożka iprzewodnik górski, „szybko stracili zainteresowanie jego istnieniem”. Nie ma żadnych zdjęć zczasów dziecięcych. Po krótkim pobycie wAlgierii udziadków ze strony matki wwieku sześciu lat wzięli go na wychowanie dziadkowie ze strony ojca izamieszkał na południu Francji. Po okresie bezrobocia idepresji, która doprowadziła go do kilku pobytów wplacówkach psychiatrycznych, Houellebecq znalazł pracę wdziale wsparcia technicznego francuskiego Zgromadzenia Narodowego. (Członkowie parlamentu byli „bardzo słodcy” – mówi).

Od studiów pisał wiersze, aw1991 roku opublikował dobrze przyjęty esej biograficzny oamerykańskim pisarzu science fiction H.P. Lovecrafcie. Wwieku trzydziestu sześciu lat wydał swoją pierwszą powieść, Poszerzenie pola walki (1994), oprzytłaczająco nudnym życiu dwóch informatyków. Powieść stała się kultowa izainspirowała grupę fanów do założenia „Perpendiculaire”, magazynu opartego na ruchu, który nazwali „depresjonizmem”. (Houellebecq, który zgodził się zająć honorowe miejsce wstopce redakcyjnej, mówi: „Tak naprawdę nigdy nie rozumiałem ich teorii iszczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi”). Jego kolejna powieść, Cząstki elementarne (1998), mieszanka komentarza społecznego ibeznamiętnych opisów seksu, sprzedała się we Francji wtrzystu tysiącach egzemplarzy izrobiła zniego międzynarodową gwiazdę. Tak zaczęła się do dziś żywa debata nad tym, czy Houellebecq powinien zostać okrzyknięty genialnym realistą wduchu Balzaca, czy należy go deprecjonować jako nieodpowiedzialnego nihilistę. (Pewien zbity ztropu recenzent „New York Timesa” uznał powieść za „dogłębnie wstrętną”. Inny opisał ją jako „nieprzyjemnie rozchwianą między lubieżnością apsychozą”). Redakcja „Perpendiculaire” poczuła się urażona tym, co jej członkowie uznali za konserwatywne potępienie ruchu wyzwolenia seksualnego, ipisarza usunięto zmagazynu.

Parę lat później matka Houellebecqa, która doszła do wniosku, że została niesprawiedliwie potraktowana wkilku autobiograficznych fragmentach powieści syna, opublikowała czterystustronicowe wspomnienia. Po raz pierwszy – ijak dotąd ostatni – prasa francuska wykazała się współczuciem wstosunku do Houellebecqa; dziennikarze musieli przyznać, że nawet surowy portret matki hipiski wCząstkach elementarnych nie dorasta do pięt narcyzmowi samolubnej postaci wyłaniającej się zkart jej autobiografii. Podczas promocji swojej książki zadała słynne pytanie: „Któż nigdy nie nazwał swojego syna żałosnym chujkiem?”.

W2001 roku Houellebecq opublikował Platformę, wktórej pojawia się biuro podróży ostro promujące turystykę seksualną wTajlandii. Wpowieści prowadzi to do ataku terrorystycznego przeprowadzonego przez muzułmańskich ekstremistów. Niektóre poglądy wyrażone przez głównego bohatera („Za każdym razem, kiedy informowano, że jakiś terrorysta palestyński albo dziecko palestyńskie czy też kobieta palestyńska wciąży zostali zastrzeleni wStrefie Gazy, świadomość, że oto jest ojednego muzułmanina mniej, przyprawiała mnie odreszcz satysfakcji”) sprawiły, że Houellebecqa oskarżono omizoginię irasizm, iku jego wyraźnemu zniesmaczeniu ta łatka trzyma się go do dziś.

– Skąd pan bierze odwagę, żeby pisać niektóre rzeczy, które pan pisze? – zapytałam.

– Och, to proste. Po prostu udaję, że już nie żyję.

Wwywiadzie udzielonym podczas promocji Platformy Houellebecq zasłynął głośnym stwierdzeniem: Et la religion la plus con, c’est quand même l’Islam (niezadowalające, łagodne tłumaczenie brzmi: „Islam jest najgłupszą religią świata”1). Został pozwany przez grupę obrońców praw obywatelskich za mowę nienawiści, ale wygrał sprawę zuwagi na wolność słowa.

– Nie sądziłem, że muzułmanie się owszystko obrażają – wyjaśnia. – Że Żydzi, to wiedziałem, oni zawsze iwszędzie gotowi są znaleźć zalążek antysemityzmu, ale zmuzułmanami, szczerze mówiąc, nie byłem na bieżąco.

W2005 roku opublikował Możliwość wyspy, powieść oprzyszłej rasie klonów.

Wzwiązku zreputacją Houellebecqa – mówi się onim, że się upija iumizguje do kobiet przeprowadzających znim wywiady – nieco zaniepokojona dzwoniłam do drzwi jego skromnego wynajmowanego mieszkania wParyżu. Ale podczas tych dwóch dni okazał się niezwykle uprzejmy iraczej nieśmiały. Nosił starą flanelową koszulę ikapcie iwyraźnie cierpiał zpowodu chronicznego zapalenia skóry. Większość wywiadu spędził na kanapie, paląc. (Stara się zejść zczterech paczek dziennie, stąd e-papieros). Rozmawialiśmy po francusku ibardzo rzadko po angielsku, choć Houellebecq posługuje się tym językiem całkiem dobrze. Gdy zadawałam pytanie, zapadała grobowa cisza, pisarz wydmuchiwał dym izamykał oczy. Nieraz zaczynałam się zastanawiać, czy aby nie zasnął. Wkońcu odpowiadał; potworna monotonia jego głosu stała się tylko odrobinę mniej męcząca drugiego dnia. Jego późniejsze mejle okazały się za to zadziorne iurocze.

Houellebecq zdobył wiele znaczących francuskich nagród literackich, choć nie pożądanych Goncourtów. Wiele osób zfrancuskiego środowiska literackiego uważa, że został niesprawiedliwie pominięty2. Wydał też kilka tomów poezji izbiorów esejów. Do niektórych jego wierszy powstała muzyka, aHouellebecq wykonywał te utwory wparyskich klubach. Francuska pierwsza dama, Carla Bruni-Sarkozy, również nagrała piosenkę ze słowami jego wiersza. Ostatnio Bernard-Henri Lévy, drugi francuski intelektualista, którego uwielbia się nienawidzić, współpracował znim przy Wrogach publicznych, zbiorze listów między oboma mężczyznami. Najnowsza powieść Houellebecqa, Mapa iterytorium, ukaże się we Francji we wrześniu tego roku3.

Obecnie żyje samotnie, dwa razy się rozwodził, zpierwszego małżeństwa ma syna. Od 2000 roku mieszka na zachodnim wybrzeżu Irlandii ispędza lato wswoim mieszkaniu wAndaluzji4.

Ma pan swoich mistrzów?

Ostatnio się nad tym zastanawiałem. Zawsze mówiłem, że mocno oddziaływali na mnie Baudelaire, Nietzsche iSchopenhauer, także Dostojewski, anieco później Balzac. To wszystko prawda. Podziwiam ich. Uwielbiam także poetów romantycznych: Hugo, Vigny’ego, Musseta, Nervala, Verlaine’aiMallarmégo, zarówno za piękno ich pisarstwa, jak iza przerażającą intensywność emocjonalną. Ale zacząłem zadawać sobie pytanie, czy to, co czytałem jako dziecko, nie było ważniejsze.

Na przykład co?

We Francji są dwaj klasyczni autorzy dla dzieci, Jules Verne iAlexandre Dumas. Zawsze wolałem Verne’a. Dumas, ztą całą historią wtle, mnie nudził. Jules Verne miał swoją kompletną wizję świata, która mi się podobała. Tak jakby interesowało go wszystko. Bardzo przeżywałem opowieści Hansa Christiana Andersena. Przygnębiały mnie. No ibył jeszczePif le chien, komiks opublikowany przez Editions Vaillant isponsorowany przez partię komunistyczną. Dopiero teraz, kiedy przeczytałem go ponownie, widzę, że wwielu przygodach Pifa da się zauważyć ideologiczne skrzywienie. Na przykład pewien prehistoryczny człowiek pokonał miejscowego czarownika jednym ciosem iwyjaśnił plemieniu, że nie potrzebują szamana iże nie ma co się bać piorunów. Ta seria była bardzo innowacyjna iwyjątkowej jakości. Baudelaire’aczytałem dziwnie wcześnie, kiedy miałem trzynaście lat, ale to Pascal mną wstrząsnął. Miałem piętnaście lat. Jechaliśmy klasową wycieczką do Niemiec, to była moja pierwsza podróż za granicę, izjakiegoś dziwnego powodu wziąłem ze sobą Myśli. Przeraził mnie taki fragment: „Wyobraźmy sobie gromadę ludzi włańcuchach, skazanych na śmierć; codziennie kat morduje jednych woczach drugich, przy czym ci, którzy zostają, widzą własną dolę wdoli swoich bliźnich ispoglądając po sobie wzajem zboleścią, abez nadziei, czekają swojej godziny. Oto obraz doli ludzkiej”5. Myślę, że uderzyło mnie to tak dlatego, bo wychowywali mnie dziadkowie. Nagle sobie uświadomiłem, że oni umrą, ito pewnie całkiem niedługo. Właśnie wtedy odkryłem śmierć.

Jacy jeszcze autorzy mieli na pana wpływ?

Czytałem dużo science fiction. H.P. Lovecrafta iClifforda Simaka. Miasto jest arcydziełem. Także sporo Cyrila Kornblutha iR.A. Lafferty’ego.

Co pana pociąga wscience fiction?

Czasem muszę odpocząć od rzeczywistości. Sam myślę osobie jako opisarzu realistycznym, który troszkę przesadza. Ale jedna rzecz na pewno nie pozostawiła mnie obojętnym po lekturze Zewu Cthulhu Lovecrafta: stosowane przez niego zmiany punktu widzenia. Jest tam wyimek zpamiętnika, potem dziennik naukowca, anastępnie relacja miejscowego idioty. Widać to w Cząstkach elementarnych, gdzie przechodzę od dyskusji obiologii zwierząt do realizmu isocjologii. Moich największych inspiracji można szukać, jeśli nie w science fiction, to wcałym dziewiętnastym wieku.

Jest pan miłośnikiem dziewiętnastowiecznych reformatorów społecznych, zwłaszcza Auguste’aComte’a, twórcy pozytywizmu.

Większość ludzi uważa, że nie da się czytać Comte’a, bo powtarza się jak opętany. Zpunktu widzenia medycyny zpewnością był okrok od szaleństwa. Ioile mi wiadomo, jest jedynym filozofem, który próbował popełnić samobójstwo. Zpowodu złamanego serca rzucił się do Sekwany. Kiedy go wyciągnęli, spędził sześć miesięcy wsanatorium. Ito on był ojcem pozytywizmu, który uważa się za szczyt racjonalizmu.

Powiedział pan kiedyś, że jest „starym kalwińskim wrzodem na dupie”. Co pan miał na myśli?

Skłonny jestem myśleć, że dobro izło istnieją iże ich ilość wkażdym znas jest niezmienna. Moralność ludzi jest ustalona, stała aż do śmierci. To przypomina kalwińskie pojęcie predestynacji, zgodnie zktórym ludzie rodzą się zbawieni lub potępieni inie są wstanie nic ztym zrobić. Jestem zrzędliwym wrzodem na dupie, bo nie chcę odejść od metody naukowej iwierzę, że istnieje prawda poza nauką.

Ma pan pewne zaplecze naukowe. Po ukończeniu szkoły średniej studiował pan agronomię. Czym ona jest?

Wszystkim, co ma związek zprodukcją żywności. Przygotowałem kiedyś niewielki projekt, wramach którego stworzyłem mapę roślinności Korsyki. Jego celem było znalezienie miejsc, gdzie można hodować owce. Wbroszurze szkoły czytałem, że studia agronomiczne zapewniają szerokie możliwości kariery, ale to idiotyzm. Większość absolwentów nadal kończy wjakiejś odmianie rolnictwa, nie licząc kilku zabawnych wyjątków. Na przykład dwóch moich kolegów zroku zostało księżmi.

Podobały się panu studia?

Bardzo. Wzasadzie niemal zostałem badaczem. To jeden znajbardziej autobiograficznych wątków wCząstkach elementarnych. Moje zadanie miało polegać na wynalezieniu wzorów matematycznych, które można by stosować wodniesieniu do populacji ryb wjeziorze Nantua wRodan-Alpach. Nie wiem czemu, ale odmówiłem. Wdodatku było to głupie, ponieważ znalezienie pracy po tych studiach graniczyło zniemożliwością.

Wkońcu został pan informatykiem. Miał pan jakieś doświadczenie?

Żadnego. Ale było to wczasach, kiedy istniało ogromne zapotrzebowanie na informatyków ibrakowało szkół kierunkowych. Łatwo więc było się załapać. Ale natychmiast to znienawidziłem.

Co więc sprawiło, że napisał pan pierwszą powieść, Poszerzenie pola walki, oprogramiście komputerowym ijego sfrustrowanym seksualnie koledze?

Nie znałem żadnej powieści, która mówiłaby otym, że wejście na rynek pracy przypomina zejście do grobu. Że od tej pory nic się nie dzieje itrzeba udawać, że praca jest ciekawa. Aponadto, że jedni ludzie mają życie seksualne, ainni nie, tylko dlatego, że ci pierwsi są bardziej atrakcyjni. Chciałem pokazać, że jeśli ludzie nie mają życia seksualnego, to nie zjakiegoś moralnego powodu, tylko dlatego, że są brzydcy. Kiedy się to powie na głos, brzmi banalnie, ale chciałem to powiedzieć.

Biedny, nieatrakcyjny Tisserand jest dość wzruszającą postacią.

To dobra postać. Kiedy otym myślę, dziwię się, że można stworzyć takiego ciekawego bohatera, za trampolinę mając tylko jego frustrację seksualną. Sukces Tisseranda wiele mnie nauczył.

NarratorPoszerzenia pola walki mówi: „Zazdrościmy młodym iztego powodu ich nienawidzimy”.

To ta druga pułapka. Pierwszą jest życie zawodowe, fakt, że nic ci się już nie przydarzy. Druga polega na tym, że ktoś cię zastąpi iten ktoś czegoś doświadczy. To prowadzi do naturalnej nienawiści ojca wobec syna.

Ojca, nie matki?

Tak. Kiedy kobieta zachodzi wciążę, wpewien sposób zmienia się fizjologicznie ipsychicznie. To biologia zwierząt. Ojcowie zkolei mają wdupie swoje potomstwo. Hormony sprawiają – iżadna kultura tego nie przeskoczy – że zasadniczo kobiety lubią dzieci, amężczyzn wgruncie rzeczy one nie obchodzą.

Aco zmałżeństwem?

Myślę, że większość ludzi czuje wyraźny rozdźwięk między czasami studenckimi, gdy spotykają mnóstwo osób, amomentem, kiedy wchodzą na rynek pracy i w zasadzie nie spotkają już nikogo. Życie staje się nudne. Wrezultacie ludzie biorą ślub, żeby mieć jakieś życie osobiste. Mógłbym się nad tym rozwodzić, ale każdy wie, oco chodzi.

Zatem małżeństwo jest po prostu reakcją na…

Wdużej mierze na samotne życie.

Miał pan problem ze znalezieniem wydawcy Poszerzenia pola walki. Dlaczego redaktorzy ją odrzucali?

Nie mam pojęcia. Ale ta książka nie przypominała niczego, co się wtedy ukazywało. Na przykład, chyba wtedy uznano, że Le Clézio jest wielkim pisarzem.

Co pan onim sądzi? W2008 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla.

Nie czytałem go. Próbowałem, ale mnie znudził. Ale jeśli chodzi oto, co się wtedy wydawało, było dużo sztuki dla sztuki, ludzi piszących wtradycjinouveau roman. Nie widziałem niczego oludziach pracujących wbiurach.

Nie jest pan fanem nouveau roman?

Od czasu do czasu lubię sobie dogodzić odrobiną myśli materialistycznej. Jedna znich jest taka, że kolekcja Livres de Poche [francuska klasyka wmiękkiej oprawie] całkowicie zmieniła sposób przepływu kultury i sprawiła, że stała się ona bardziej międzynarodowa i mniej spójna. Nigdy nie studiowałem literatury na uniwersytecie. WLivres de Poche nie wydawano nouveau roman, więc wmłodości nie czytałem tego rodzaju powieści, zrobiłem to znacznie później. Tak naprawdę zbyt późno – mózg zanika.

Aco zpoezją?

Tylko wjej przypadku można powiedzieć, że poeta, którego się lubi, faktycznie wywiera wpływ: czyta się wiersz tak wiele razy, że zwyczajnie wwierca się wgłowę. Sporo osób czytało Baudelaire’a. Mnie przytrafiło się niezwykłe doświadczenie – przeczytałem praktycznie całego Corneille’a. Nikt nie czyta Corneille’a. Natknąłem się na stosik klasyki izjakiegoś powodu bardzo mi się spodobała. Podobał mi się aleksandryn, tradycyjny dwunastozgłoskowiec. Kiedy byłem na studiach, napisałem sporo klasycyzujących wierszy tetrametrem, które inni poeci uznali za ciekawe. Powiedzieli: Hej, to nie jest złe. Dlaczego nie pisać wierszy klasycznych? To da się zrobić.

Uważa się pan wrównej mierze za poetę, co za powieściopisarza?

Niezbyt. To smutne, co powiem, ale kiedy pisze się powieści, które zyskują pewien rozgłos, zaczyna się mieć wrażenie, że redaktorzy publikują wiersze zlitości. I robi się trochę niezręcznie.

Przecież we wszystkich pana powieściach są wiersze.

To nie to samo. Zawsze starałem się umieszczać wnich wiersze, ale tak naprawdę nigdy nie byłem zadowolony.

Powiedział pan kiedyś: „Walka między poezją aprozą to pewna stała wmoim życiu. Jeśli ulegnie się impulsowi poetyckiemu, ryzykuje się bycie niestrawnym. Jeśli mu się przeciwstawić, jest się gotowym na karierę uczciwego >gawędziarza<”.

Można odnieść wrażenie, że lekko gardzę fabułą, ale to nie do końca prawda. Na przykład bardzo lubię Agathę Christie. Zpoczątku przestrzega zasad gatunku, ale potem od czasu do czasu udaje jej się pisać coś bardzo od siebie. Umnie zkolei jest odwrotnie. Najpierw staję okoniem, nie buduję akcji, ale później od czasu do czasu mówię sobie: „Ej, musi być jakaś historia”. Kontroluję się. Ale nigdy nie odpuszczę sobie pięknego fragmentu tylko dlatego, że nie pasuje do historii.

Co pan teraz myśli oswojej pierwszej powieści?

Jest brutalna, ale to dobrze. To był początek mojego długiego romansu z„Les Inrockuptibles”. Natychmiast ją pokochali.

„Les Inrockuptibles”?

To magazyn, który mniej więcej wjednej trzeciej poświęcony jest muzyce, wjednej trzeciej literaturze i w jednej trzeciej wszystkiemu innemu. Kiedy się pojawił [w1986 roku jako miesięcznik, aod 1995 roku jako tygodnik], sterroryzował francuskie media, ponieważ okazał się oniebo lepszy niż cokolwiek na rynku. Tradycyjne tygodniki literackie zich dodatkami wyglądały przy nim infantylnie. Płaszczyli się przed nim wszyscy, którzy pod względem intelektualnym coś w Paryżu znaczyli. Niestety, nikt nie poczuwał się do odpowiedzialności itak naprawdę pismo nie miało szefa. Teraz jest już po ptakach.

Na jakie wartości kładło nacisk na początku?

Można powiedzieć, że tylko na jedną – trochę realizmu, człowieku! Pokaż nam prawdziwy świat, rzeczy, które dzieją się teraz, mające związek zrzeczywistym życiem ludzi.

W1998 roku opublikował pan swoją drugą, dziś bardzo słynną powieść, Cząstki elementarne, otragicznym życiu miłosnym genialnego naukowca ijego sfrustrowanego seksualnie przyrodniego brata. Co pana skłoniło do jej napisania?

Prawdziwą inspiracją były eksperymenty Alaina Aspecta z1982 roku. Ukazywały one paradoks EPR: że gdy cząstki na siebie oddziałują, ich losy się splatają. Kiedy oddziałuje się na jedną, efekt natychmiast dotyczy drugiej, nawet jeśli dzieli je wielka odległość. To mną naprawdę wstrząsnęło. Myśl, że jeśli dwie rzeczy zostały raz połączone, będą połączone na zawsze. Oznacza to fundamentalną zmianę filozoficzną. Od czasu zaniku wiary religijnej najbardziej powszechną filozofią był materializm, który mówi, że jesteśmy sami, iredukuje ludzkość do biologii. Człowiek jest przewidywalny jak kule bilardowe iabsolutnie zniszczalny. Paradoks EPR podważa ten światopogląd. Powieść wzięła się zrozważań nad kolejną metafizyczną mutacją. Musiałaby być mniej przygnębiająca niż materializm. Bo ten, nie oszukujmy się, jest dość przygnębiający.

Jak taki pomysł przekuć whistorię?

Zacząłem od głównego bohatera, Michela, fizyka. Następnie, ponieważ nadal czułem wielki żal zpowodu przedwczesnego uśmiercenia Tisseranda wMożliwości wyspy, powstał Bruno, który jest pełniejszą wersją Tisseranda. Tym razem musiałem napisać historię jego życia. To była prawdziwa przyjemność. ZMichelem miałem mniej przyjemności, bo musiałem przeczytać wszystkie te książki.

Zrobił pan dużą kwerendę na temat teorii kwantowych?

Och, to było straszne. Pamiętam książki tak trudne, że jedną stronę czytałem po trzy razy. Czasem dobrze się wysilić intelektualnie, ale wątpię, czy zrobiłbym to jeszcze raz.

Co przede wszystkim chciał pan osiągnąć tą powieścią?

Najbardziej chciałem napisać takie sceny, które, jak to mówicie po angielsku, „rozdzierałyby serce”.

Rozdzierałyby serce?

Moim zdaniem śmierć dziewczyny Michela była niezwykle poruszająca. Przede wszystkim bardzo chciałem mieć tego rodzaju sceny.

Dlaczego akurat takie?

Bo je najbardziej lubię wliteraturze. Na przykład ostatnie strony Braci Karamazow: nie tylko nie mogę ich czytać bez płaczu, nie mogę nawet myśleć onich bez płaczu. To, co najbardziej podziwiam wliteraturze, to jej umiejętność doprowadzania do łez. Są dwa komplementy, które naprawdę cenię, jeśli chodzi omoje książki: „Płakałam przez nią” i„Przeczytałem ją wjedną noc. Nie mogłem przestać”.

Liczne sceny seksu sprawiły, że media poświęciły panu sporo uwagi.

Nie jestem pewien, czy jest ich aż tak wiele. Inie sądzę, że to właśnie szokowało. Szokowało ludzi to, że przedstawiłem niepowodzenia seksualne. Pisałem oseksualności wniegloryfikujący sposób. Przede wszystkim opisałem banalną rzeczywistość: osobę buzującą pożądaniem, dla którego nie może znaleźć ujścia. Ludzie nie lubią otym słuchać. Seks ma być pozytywny. Przedstawianie pełnego frustracji pożądania jest nieprzyzwoite. Ale prawda jest również taka. Faktyczne pytanie brzmi: kto ma prawo do seksu? Nie rozumiem na przykład, jak nauczyciele dają radę ztymi wszystkimi wprawiającymi wniepokój młodymi dziewczynami. Kiedy kobiety zostają turystkami seksualnymi, staje się to bardziej wstydliwe izakazane, niż kiedy robią to mężczyźni. Gdy wykładowczyni kładzie dłoń na udzie studenta, jest to gorsze, jeszcze bardziej okropne.

Refrenem pańskich powieści jest twierdzenie, że seks ipieniądze to dominujące wartości tego świata.

To dziwne, mam pięćdziesiąt lat, awciąż się nie zdecydowałem, czy seks jest dobry, czy nie. Wkwestii pieniędzy także się waham. Więc to trochę dziwne, że uważa się mnie za pisarza ideologicznego. Wydaje mi się, że przede wszystkim dzielę się swoimi wątpliwościami. Mam określone przekonania. Na przykład fakt, że można zapłacić dziewczynie, to dobra rzecz. Bez wątpienia. To ogromny znak postępu.

Ma pan na myśli prostytutki?

Tak. Jestem za prostytucją.

Dlaczego?

Ponieważ każdy wygrywa. Osobiście mnie to nie interesuje, ale myślę, że nic wtym złego. Wielu Brytyjczyków iAmerykanów za to płaci. Są szczęśliwi. Dziewczyny są szczęśliwe. Zarabiają dużo pieniędzy.

Skąd pan wie, że dziewczyny są szczęśliwe?

Rozmawiam znimi. To bardzo trudne, ponieważ wzasadzie nie mówią po angielsku, ale rozmawiam znimi.

Co zpowszechnym twierdzeniem, że te kobiety są ofiarami, które zmusza się do zarabiania wten sposób?

To nieprawda. Nie wTajlandii. Zastrzeżenia wtej sprawie są zwyczajnie głupie.

Mówią, że skłania się pan ku politycznej prawicy, ponieważ wCząstkach elementarnych potępia pan liberalizm lat sześćdziesiątych. Co pan sądzi otakiej interpretacji?

Myślę, że wkwestii znaczących zmian społecznych zasadniczo nic się nie da zrobić. Rodzina jako taka zanika – kto wie, może iszkoda. Można dowodzić, że to zwiększa ludzkie cierpienie. Ale nic się na to nie poradzi, nieważne, czy tego żałujemy, czy nie. Taka jest różnica między mną akonserwatystą. Nie mam żadnego interesu wcofaniu zegara, to bez sensu. Można jedynie obserwować iopisywać. Zawsze lubiłem obraźliwy pogląd Balzaca, że jedynym celem powieści jest ukazanie katastrof spowodowanych przez zmiany wartości. Zabawne wyolbrzymienie. Ale ja właśnie to robię: pokazuję katastrofy wynikające zliberalizacji wartości.

Napisał pan, że jest „nie tylko ateistą religijnym, ale ipolitycznym”. Mógłby pan to rozwinąć?

Niezbyt wierzę we wpływ polityki na historię. Myślę, że najważniejsze są czynniki technologiczne, aczasami, nieczęsto, religijne. Nie sądzę, żeby politycy naprawdę odgrywali jakąś ważną rolę whistorii, może zwyjątkiem sytuacji, gdy wywołują poważne katastrofy, jak choćby Napoleon, ale to wszystko. Nie wierzę też, aby psychologia jednostki miała wpływ na ruchy społeczne. To przekonanie wyrażam we wszystkich swoich powieściach. Rozmawiałem dziś rano zkimś oBelgii, kraju, który wogóle nie działa. Inikt nie rozumie, dlaczego się tak dzieje, wie pani, zpsychologicznego punktu widzenia, ponieważ Belgowie sami wsobie wydają się sympatyczni ichcą, żeby wszystko działało. Ajednak tak nie jest. Ten kraj zniknie. Musimy więc wierzyć, że istnieją potężne siły społeczne, których nie da się wyjaśnić wkategoriach psychologii jednostki.

Zaskoczyła pana reakcja na Cząstki…?

Tak. Spodziewałem się sukcesu podobnego do tego, jaki spotkał moją pierwszą powieść. Niezłe recenzje iprzyzwoita sprzedaż. Był to decydujący moment wmoim życiu, ponieważ myślałem otym, żeby porzucić pisanie.

Francuskich krytyków irytuje to, co uważają za cyniczne wykorzystanie mediów do podbicia sprzedaży pańskich książek, poczynając od Cząstek elementarnych. Jak pan to widzi?

Wtedy byłem zdania, że trzeba mocno wykorzystywać media, żeby książka się dobrze sprzedawała. Inie będę ukrywał: bardzo chciałem zarabiać tyle, żebym mógł rzucić pracę. To jedyny sens posiadania pieniędzy: masz wtedy pełną swobodę, ato fundamentalna sprawa. Teraz nie jestem taki pewien, czy media sprzedają książki.

Co więc je sprzedaje?

Marketing szeptany. Wtej chwili na przykład bestsellerowym autorem we Francji jest Marc Levy. Anigdy nie pojawia się wmediach.

Cząstki elementarne to również powieść, która sprawiła, że krytycy skupili się na pańskiej biografii. Bohaterowie wydają się mieć wiele wspólnego zpanem. Irytuje to pana?

Tak, irytuje, bo to zaprzecza istocie powieściopisarstwa, amianowicie temu, że postacie rozwijają się same. Innymi słowy, zaczyna się od kilku faktów, po czym pozwala się sprawie nabierać własnego rozpędu. Iim dalej się zajdzie, tym bardziej prawdopodobne staje się to, że zostawi się rzeczywistość za sobą. Nie da się opowiedzieć całej swojej historii, da się użyć jej fragmentów – ale nie wyobrażam sobie, że można przewidzieć, co bohater zrobi sto stron dalej. Jedyną rzeczą, którą można zrobić, to na przykład podarować postaci swój gust literacki. Nie ma nic prostszego. Wystarczy, że otworzy książkę.

Mówiąc osobie, napisał pan niedawno, że miał szczęśliwe dzieciństwo zbabcią.

Tak, zbabcią ze strony ojca. Trafiłem do niej jako sześciolatek imieszkaliśmy razem do moich osiemnastych urodzin. Były dwa okresy, zktórych pierwszy, te początkowe sześć lat, był naprawdę szczęśliwy. Żyliśmy na wsi wdepartamencie Yonne. Jeździłem na rowerze. Budowałem tamy. Dużo czytałem. Prawie nie oglądaliśmy telewizji. To było dobre. Ale potem przenieśliśmy się do Crécy-en-Brie. Jeśli się tam teraz pojedzie, nie do końca wiadomo, oczym mówię. Wtedy miejsce bardziej przypominało wieś. Dziś to wzasadzie teren podmiejski. Nie czułem się tam komfortowo. Było zbyt wielu ludzi. Podobała mi się samotność wsi. Ale szczerze mówiąc, dorastanie nigdy nie jest tak przyjemne jak dzieciństwo.

Pańska babcia była komunistką?

To może za dużo powiedziane. Wtamtych latach każdy zokreślonej klasy społecznej we Francji głosował na komunistów, nie mając pojęcia, kim był Marks. Tak głosowała pewna klasa społeczna.

Pracowała?

Nie, była na emeryturze.

Jaki miała zawód?

Pracowała na kolei. Chyba była kierowniczką wiejskiej stacji kolejowej.

Był pan blisko znią związany?

Tak. Bardzo ją kochałem.

Ma pan niezwykłe poczucie humoru. Czy była zabawna?

Nie, nie żartowała za wiele.

Była macierzyńska?

Tak. Czwórka jej dzieci ją uwielbiała. Była bardzo dobrą matką.

Często pan widywał rodziców?

Matkę od czasu do czasu. Ojca, tak. Podczas zimowych iletnich wakacji.

Miał pan znim dobre relacje?

Nie za bardzo. Był zbyt trudną osobą, żeby się do niego zbliżyć. Dziwny człowiek, prawdziwy samotnik. Ajednak czułem większą więź znim niż zmatką. Lepiej go rozumiałem.

Do szóstego roku życia mieszkał pan zdziadkami ze strony matki wAlgierii. Pamięta pan wczesne dzieciństwo?

Migawki. Mam mgliste wspomnienia placów zabaw pokrytych liśćmi. Pamiętam też zapach gazu łzawiącego, podobał mi się. Pamiętam trochę wojnę, karabin maszynowy na ulicach.

Bał się pan?

Nie, wcale. Dzieci śmieszą tego rodzaju rzeczy.

Miał pan co czytać wdomu, wktórym pan dorastał?

Moi dziadkowie wogóle nie czytali. Nie byli wykształceni.

Jak zmieniło się pana życie po Cząstkach elementarnych?

Największa konsekwencja, oprócz pieniędzy irzucenia pracy, jest taka, że stałem się znany na świecie. Na przykład przestałem być turystą, ponieważ spotkania autorskie zaspokoiły wszelkie moje potrzeby związane zpodróżowaniem. Iwrezultacie odwiedziłem także kraje, do których normalnie się nie jeździ, choćby Niemcy.

Dlaczego pan tak sądzi?

Turystyka wNiemczech nie istnieje. Ale to błąd, Niemcy powinni się tym zająć. Nie jest tam tak źle.

Turystyka to motyw przewodni pana trzeciej powieści, Platformy, opopularnej agencji turystycznej, która postanawia organizować wycieczki seksualne.

Najtrudniejsze wpisaniu powieści jest znalezienie punktu wyjścia, rzeczy, od której wszystko się zacznie. Ale nawet to nie gwarantuje sukcesu. Wsumie wPlatformie mi się to nie udało, chociaż turystyka jest doskonałym punktem wyjścia, żeby zrozumieć świat.

Co pana zafascynowało wbranży turystycznej?

Czytanie przewodników turystycznych, zwłaszcza prze-wodników Michelina, lektura opisów miejsc, októrych wiem, że prawdopodobnie nigdy ich nie odwiedzę, sprawia mi nieskończoną przyjemność. Sporą część życia spędziłem na czytaniu recenzji restauracji. Lubię to słownictwo. Podoba mi się sposób, wjaki opisują świat. Uwielbiam opisy szczęścia iodkrywania. Wpewnej chwili zacząłem sobie zadawać podstawowe pytania. Na przykład Chiny wsiedem dni. Jak wybierają kolejne etapy? Wjaki sposób zmieniają prawdziwy świat wprzyjemny świat konsumpcji?

Proszę opowiedzieć otajlandzkiej Pattai, wktórej kwitnie turystyka seksualna.

Pattaya mnie zafascynowała, tam kończy się książka. Wszyscy tam jeżdżą. Anglosasi. Chińczycy. Japończycy. Nawet Arabowie. To okazało się najdziwniejsze. Przeczytałem otym wprzewodniku iuznałem, że muszę pojechać do Tajlandii. Pisali, że wpewnym hotelu wBangkoku tajskie prostytutki zasłaniają twarz, aby spełnić oczekiwania swoich arabskich klientów. Uznałem, że ta zdolność adaptacji jest fascynująca. Wielu francuskich Algierczyków zprzedmieść jeździ do Pattai na dziwki, więc tajskie dziewczyny mówią po francusku, ale zakcentem zgetta. Ouais, j’tassure! Ouais, ta mère!

Są bary karaoke dla Japończyków, restauracje dla Rosjan zdużą ilością wódki. Ale jest także wzruszająca strona tego wszystkiego, coś wrodzaju ostatniej prostej tych ludzi, zwłaszcza starych Anglosasów. Czujesz, że oni nigdy nie wyjadą. Ikurz wgodzinach popołudniowych, kiedy bary go-go są wciąż zamknięte. Jest coś przejmującego wchwili, gdy na skuterach zaczynają zjeżdżać się dziewczyny, astarzy anglosascy turyści schodzą się jak żółwie, szurając wkurzu. Wtym mieście jest coś bardzo, bardzo dziwnego.

Atak terrorystyczny wPattai na końcu książki zapowiedział prawdziwe bomby, które eksplodowały wklubie nocnym na Bali rok po premierze książki.

Nietrudno było to przewidzieć. To również mogło zdarzyć się wMalezji, innym muzułmańskim kraju zrzeszą prostytutek dla ludzi zZachodu.

Ajak to się ma do pańskiego poglądu, że prostytucja to znakomity pomysł dla wszystkich?

No cóż, islam musiałby zniknąć. Wprzeciwnym razie to się nie uda.

Widealnym świecie zatem jest prostytucja, ale nie ma islamu?

Nigdy nie mówiłem niczego oidealnym świecie. Powiedziałem, że to nie jest katastrofa.

Dlaczego uważa pan, że Platforma panu nie wyszła?

Nie ma wniej wystarczająco pogłębionej analizy branży turystycznej. Także Valerie, jedna zbohaterek, za bardzo się wksiążce wybija. Nie chodzi oto, że można coś ztym zrobić. Lubiłem Valerie, awzwiązku ztym męska postać wypadła nijako.

Powiedział pan, że recenzenci niewystarczająco skupili się na bohaterach.

Cudowną rzeczą uzwykłych czytelników jest to, że czasami budzą się wnich uczucia do bohaterów. To coś, na co krytycy nigdy nie zwracają uwagi. Aszkoda. Krytycy anglosascy dobrze streszczają fabuły, ale oni też nie mówią opostaciach. Czytelnicy jednak robią to bez zahamowań.

Aco zpańskimi krytykami? Może pan pokrótce podsumować, co pan ma przeciwko francuskiej prasie?

Przede wszystkim oni nienawidzą mnie bardziej niż ja ich. Nie mam do nich pretensji, że źle piszą omoich książkach, zarzucam im tylko, że mówią orzeczach niemających nic wspólnego zmoim pisarstwem – matką czy moją emigracją podatkową – iże robią ze mnie karykaturę, przez co stałem się symbolem wielu nieprzyjemnych rzeczy: cynizmu, nihilizmu, mizoginii. Ludzie przestali czytać moje książki, bo już wyrobili sobie omnie zdanie. Oczywiście do pewnego stopnia to prawda. Po dwóch lub trzech powieściach pisarz nie może oczekiwać, że ktoś go będzie czytał. Krytycy wiedzą swoje.

Kiedy zaczął pan pisać?

Trudno powiedzieć. Wszkole musieliśmy pisać eseje wrodzaju „opisz zapadający wieczór” imówiąc szczerze, pisanie ich sprawiało mi nieco przesadną przyjemność. Nie wyrzucałem ich. Do tego prowadziłem dziennik, choć nie pamiętam, co mogłem wnim zapisywać. Pewnie częściej swoje sny niż codzienne zdarzenia.

Wjaki sposób pan teraz pisze?

Budzę się wnocy około pierwszej. Piszę wpółśnie, w stanie półświadomości. Stopniowo, gdy piję kawę, staję się bardziej świadomy. Ipiszę, aż mi się odechce.

Ma pan jakieś inne potrzeby wzwiązku zpisaniem?

Flaubert powiedział, że trzeba mieć nieustającą erekcję. Nie wydaje mi się, żeby oto chodziło. Co jakiś czas muszę pospacerować. Poza tym – wzakresie wymagań żywieniowych – przede wszystkim kawa. Prowadzi przez wszystkie etapy świadomości. Zaczynasz wpółotępieniu. Piszesz. Pijesz więcej kawy izwiększa się jasność umysłu, awtym okresie pomiędzy, który może trwać wiele godzin, bywa, że zdarza się coś ciekawego.

Planuje pan powieść?

Nie.

Nie wie pan, co się stanie na kolejnej stronie?

Nigdy niczego nie planuję.

Jak to jest zpańskim stylem? Zdarzają się panu brutalne, często zabawne zestawienia, na przykład: „Wdniu samobójstwa mojego syna smażyłem sobie jajecznicę zpomidorami”.

To nie jest coś, co nazwałbym stylem. To tylko sposób, wjaki postrzegam świat. Mam pewien rodzaj nerwowości, która sprawia, że zestawiam rzeczy skrajne. Nie różni się to znów tak bardzo od punk rocka. Krzyczysz, ale trochę modulujesz głos. Istnieją prace magisterskie na temat mojego stylu.

Jakie są wnioski?

Piszę zdania średniej długości, zbogatą interpunkcją. Innymi słowy, moje zdania są niezbyt długie, ale poprzecinane na różne sposoby. Jedną zrzeczy, której ludzie nienawidzą, są przysłówki. Używam ich. Ijeszcze kolejna sprawa, która wynika zfaktu, że jestem poetą. Redaktorzy zawsze chcą usuwać powtórzenia. Lubię je. Powtórzenia są elementem poezji. Nie waham się powtarzać. Wzasadzie myślę, że jestem najbardziej powtarzającym się dziś pisarzem.

Lubi pan przywoływać nazwy produktów. Na przykład: loup au cerfeuil Monoprix Gourmet [„gotowe danie zokonia morskiego wziołach, marki Monoprix Gourmet”].

„Okoń morski wziołach”… To sugestywne. Dobrze napisane. Nazw produktów używam także dlatego, bo są, obiektywnie rzecz ujmując, elementem świata, w którym żyję. Ale to prawda, mam tendencję do wybierania produktów onajbardziej kuszących nazwach. Na przykład słowo chervil, trybula, jest bardzo atrakcyjne, choć nie mam pojęcia, co to jest. Chcesz zjeść coś ztrybulą. To ładne.

Napisał pan, że jednym ze źródeł pańskiej inspiracji są historie opowiadane przez ludzi. Najwyraźniej obcy lubią się panu zwierzać.

Myślę, że mógłbym zostać jednym znajlepszych psychiatrów na świecie, ponieważ sprawiam wrażenie, że nie oceniam. Co nie jest do końca prawdą. Czasami jestem zszokowany tym, co słyszę. Tylko tego nie okazuję.

Napisał pan biografię H.P. Lovecrafta. Uderzyło mnie wniej podobieństwo między jego tragiczną historią miłosną atymi zpańskich książek.

Tak, odważna ipełna zapału kobieta, która robi wszystko, co tylko możliwe, aby to wyszło, oraz nieszczęśliwy iniekompetentny mężczyzna.

Jaka jest pana koncepcja istnienia miłości między mężczyzną akobietą?

Sądzę, że pytanie, czy miłość nadal istnieje, odgrywa taką samą rolę wmoich powieściach co kwestia istnienia Boga uDostojewskiego.

Miłość może przestać istnieć?

To kwestia chwili.

Dlaczego zanika?

Przez materialistyczny pomysł, że jesteśmy sami, że żyjemy samotnie iumieramy samotnie. To nie ma wiele wspólnego zmiłością.

Możliwość wyspy kończy się wświecie zaludnionym przez samotne klony. Co sprawiło, że wyobraził pan sobie taką ponurą przyszłość, wktórej ludzie są klonowani, zanim osiągną wiek średni?

Uważam, że to nie równość płci powinna leżeć uźródeł politycznej poprawności, ale coś, co jest znacznie bardziej obrzydliwe inie ośmiela się ujawnić: nienawiść do starych ludzi. Kwestia walki odominację między kobietami amężczyznami jest wtórna – ważna, ale wciąż wtórna – wporównaniu do tego, co starałem się uchwycić wtej powieści. Mówi ona bowiem otym, że jesteśmy uwięzieni wświecie dzieci. Starych dzieci. Zanik dziedzictwa pokoleń oznacza, że staruszek jest dziś bezużytecznym próchnem. Tym, co cenimy przede wszystkim, jest młodość, ato oznacza, że życie automatycznie staje się przygnębiające, bo życie wcałości składa się ze starzenia.

Wprzedmowie do Możliwości wyspy wspomniał pan dziennikarkę, która podsunęła panu pomysł na tę powieść. Może pan to rozwinąć?

To była dość dziwna chwila. Siedziałem wberlińskiej kawiarni nad jeziorem iczekałem na wywiad. Było bardzo cicho. Dziesiąta rano. Nikogo wpobliżu. Przyjeżdża ta niemiecka dziennikarka irobi się bardzo osobliwie, bo nie zachowuje się zwyczajnie. Nie wyjmuje dyktafonu, nie sięga po notatki, tylko mówi: „Miałam sen, że stał pan wbudce telefonicznej po końcu świata imówił do całej ludzkości, ale nie wiedział pan, czy ktokolwiek słucha”. To jak znaleźć się wfilmie ozombie.

Itak pojawiło się główne założenie książki: klon, który pisze dziennik przeznaczony dla swojego następcy?

Myślałem otej sytuacji: jestem wbudce telefonicznej po końcu świata imówię, ale nie wiem, czy na końcu linii ktoś jest, czy mówię do siebie tylko po to, żeby usłyszeć własny głos. Brzmiało to jak wspaniała metafora wszystkich moich powieści. Pomysł potrzebował trochę czasu, żeby zaowocować. Wtym czasie napisałem trzecią powieść. Potem kupiłem dom na południu Hiszpanii, pojechałem tam poza sezonem, wstyczniu, inikogo tam nie było. Mieszkałem wdomku na plaży, miałem wrażenie, że zostałem sam ukresu ludzkości. Napisałem kilka pierwszych stron. Przez długi czas nie napisałem nic więcej.

Jak się pan zainteresował ruchem raeliańskim, na którym wzorował pan dziwaczną sektę religijną wksiążce?

Kupiłem książki osektach. Poszedłem na spotkanie dla nie-raelian.

Ico się wydarzyło?

Odbyła się dyskusja panelowa zprorokiem, który mówił, że dzięki nauce sprawy potoczą się znacznie lepiej. To mieszanina skrajnego optymizmu iwiary wpostęp nauki iniemoralności związanej zseksem. To właśnie przyciąga nowych wyznawców. Raelianie mówią, że istnieją istoty pozaziemskie, które są znacznie lepiej rozwinięte imogą podarować nam swoje przepisy na technologiczne szczęście.

Dlaczego głównym bohaterem jest komik?

Zdwóch powodów. Przede wszystkim pojechałem na wakacje do Turcji itrafiłem na pokaz talentów, wktórym brali udział goście. Pewna dziewczyna – musiała mieć piętnaście lat – wcieliła się wCéline Dion idla niej, widziałem to wyraźnie, było to bardzo, bardzo ważne. Powiedziałem sobie: „Człowieku, ta dziewczyna jest naprawdę niezła”. To zabawne, bo następnego dnia siedziała samotnie przy śniadaniu ipomyślałem: „Już poznała samotność gwiazdy!”. Czułem, że coś takiego może zdecydować ocałym życiu. Komik ma podobne doświadczenia. Nagle odkrywa, że potrafi rozśmieszyć tłumy, ito zmienia jego życie. Druga sprawa: znałem pewną kobietę, redaktor naczelną jakiegoś magazynu, która zawsze zapraszała mnie na te wypasione przyjęcia zKarlem Lagerfeldem czy inne takie. Chciałem mieć kogoś, kto był częścią tego świata.

Jak komik, kompulsywnie porusza pan politycznie drażliwe tematy, apotem zachowuje się lekceważąco, aż do granic zniewagi. Ito jest zabawne. Można śmiać się zdoznanego szoku.

Śmiejesz się, bo zniewaga potrafi nazwać to, co oczywiste. Może to niezwykłe wliteraturze, ale nie wżyciu prywatnym. „Cóż, trzeba przyznać, że islam jest kretyński” to zdanie, które łatwo powiedzieć prywatnie. Takie stwierdzenia, wktórych pobrzmiewa skrucha, wydają mi się częścią kultury francuskiej. Na przykład, pewna dziewczyna opowiadała mi oswojej znajomej, która była dość brzydka iwalczyła oprawo do aborcji. Relacjonowała mi ich rozmowę ipowiedziała: „Nie chcę być złośliwa, ale kto chciałby zrobić jej dziecko?”. Wrozmowach Francuzi nieustannie używają tego rodzaju zniewag, wktórych pobrzmiewa skrucha. Istnieje na to zdroworozsądkowe wytłumaczenie icałkiem je lubię.

Ma pan niezwykły talent do znieważania. Czerpie pan ztego przyjemność?

Tak. Muszę przyznać, że to satysfakcjonujące.

Powiedział pan, że poczuł dumę, ponieważ wostatniej części Możliwości wyspy sprawił pan, że poezja zatriumfowała. Wtedy, gdy klon odchodzi bez pozwolenia, aby wędrować przez pustynię wposzukiwaniu innego klona.

Osobiście podoba mi się ostatnia część Możliwości wyspy. Wydaje mi się, że nie przypomina niczego, co napisałem wcześniej, ale nie wspomniał otym żaden recenzent. Trudno to wyjaśnić, ale mam wrażenie, że wtej części jest coś bardzo pięknego. Otwiera się drzwi iwidzi inny świat. Kiedy napisałem ten fragment, nie myślałem zbyt wiele ocałej historii, byłem odurzony pięknem własnych słów. Zrobiłem coś wyjątkowego, żeby przygotować się do ostatniej części: przestałem pisać. Przez dwa tygodnie nic nie robiłem, dosłownie nic. Znikim się nie widywałem. Znikim nie rozmawiałem. Istnieje zasada, że kiedy pisze się powieść, nie powinno się zatrzymywać. Jeśli się przestanie, żeby robić coś innego, to katastrofa. Ale wtym przypadku przestałem robić cokolwiek, aby rosło we mnie pragnienie.

Powiedział pan osobie, że jest „cyklotymiczny”. Co to znaczy?

Oznacza to, że wtę izpowrotem hulam od depresji do euforii. Ale koniec końców, wątpię, że tak naprawdę jestem typem depresyjnym.

Wtakim razie jakim?

Niezbyt aktywnym. Prawda jest taka, że gdy się kładę inic nie robię, nie jest mi ztym źle. Jestem całkiem zadowolony. Więc to nie jest coś, co można by nazwać depresją.

Aco stoi na przeszkodzie, aby ulec temu, co wedle pańskich słów jest dla pana największym zagrożeniem, czyli dąsaniu się wkącie ipowtarzaniu wkółko, że wszystko jest do kitu?

Wtej chwili pragnienie bycia kochanym jest wystarczające, żeby pobudzić mnie do działania. Chcę być kochany mimo moich wad. To nie do końca prawda, że jestem prowokatorem. Prawdziwy prowokator to ktoś, kto mówi nie to, co myśli, tylko mówi, żeby szokować. Staram się mówić, co myślę. Akiedy czuję, że to, co myślę, wywoła niezadowolenie, staram się to powiedzieć zprawdziwym entuzjazmem. Iwgłębi duszy chcę być kochanym mimo to. Oczywiście nie ma gwarancji, że to będzie trwało.

Niebawem ukaże się wStanach Zjednoczonych książka napisana zBernardem-Henrim Lévym, Wrogowie publiczni. Co skłoniło pana do tego, żeby ją zrobić?

Wzięło się to po trosze zchęci zabawy. Nigdy czegoś takiego nie robiłem. Liczy się to, co sprawiło, że zasiedliśmy do pisania, awkońcu zdecydowaliśmy się na publikację. To akurat jest proste. Uznaliśmy, że efekt jest ciekawy.

Dlaczego nie mieszka pan we Francji?

Po trosze, żeby płacić mniejsze podatki, aczęściowo, żeby nauczyć się pani pięknego języka, madame. Iponieważ Irlandia jest piękna, zwłaszcza jej zachód.

Anie po to, żeby uciec zwłasnego kraju?

Nie. Wyjechałem wpełni niekwestionowanej chwały inie mając żadnych wrogów.

Co pan myśli oświecie anglosaskim?

Można powiedzieć, że jest to świat, który wynalazł kapitalizm. Są tu prywatne firmy konkurujące ze sobą odostarczanie poczty iwywożenie śmieci. Dodatek ekonomiczny wgazecie jest znacznie grubszy niż te we francuskiej prasie.

Zauważyłem też, że mężczyźni ikobiety są tu bardziej osobni. Kiedy idzie się do restauracji, często można zobaczyć kobiety na wspólnej kolacji. Francuzi pod tym względem są bardzo łacińscy. Kolację wobrębie jednej płci uważa się za nudną. Wirlandzkim hotelu widziałem mężczyzn rozmawiających przy śniadaniu ogolfie. Kiedy wyszli, przy ich stoliku usiadła grupa kobiet, która rozmawiała oczymś innym. To tak, jakby stanowili odrębne gatunki, spotykające się od czasu do czasu, żeby się reprodukować. Coetzee napisał zdanie, które bardzo mi się spodobało. Bohater jego powieści podejrzewa, że jedyną rzeczą, która tak naprawdę interesuje jego córkę lesbijkę, jest dżem zopuncji. Lesbijstwo to tylko pretekst. Ona ijej partnerka już nie uprawiają seksu, poświęcają się dekoracji wnętrz igotowaniu. Może jest wtym jakaś ogólna prawda okobietach, które ostatecznie zawsze są bardziej zainteresowane dżemem izasłonami.

Amężczyźni? Co ich interesuje?

Małe tyłki. Lubię Coetzee’ego. On też brutalnie mówi oróżnych sprawach.

Powiedział pan, że prawdopodobnie ma wsobie coś zAmerykanina. Co pan przez to rozumie?

Nie umiem tego udowodnić. Chodzi oto, że gdybym znalazł się na amerykańskim gruncie, pewnie wybrałbym lexusa, który pod względem jakości najlepiej odpowiada cenie. Mam także psa, który jest bardzo popularny wStanach Zjednoczonych, welsh corgi, co niczego zresztą nie dowodzi. Nie dzielę zAmerykanami jedynie tej ich obsesji na punkcie dużych piersi. Muszę przyznać, że to mnie zupełnie nie rusza. Ale garaż na dwa samochody? Chcę taki. Lodówka ztakim czymś, co robi lód? Poproszę. Co przemawia do nich, przemawia ido mnie.

Pańska długo oczekiwana nowa powieść, Mapa iterytorium, ma się niebawem ukazać we Francji, ale bardzo mało oniej wiadomo. Czytałam, że to pięciusetstronicowa książka, która „bada współczesne społeczeństwo przez pryzmat sukcesu artysty”. Wszystko wskazuje na to, że jest pan jedną zpostaci. To prawda?

Powieść ma tylko czterysta pięćdziesiąt stron. Główny bohater jest artystą. Houellebecq jest postacią poboczną, choć jego pojawienie się sprawia, że konstrukcja staje się znacznie bardziej skomplikowana. Naprawdę nie chcę powiedzieć więcej.

Na czym pana zdaniem polega atrakcyjność pańskich książek, oprócz ich brutalności?

Jest zbyt wiele odpowiedzi. Po pierwsze, są dobrze napisane. Poza tym podskórnie się czuje, że są prawdziwe. Po trzecie, moje ulubione: są intensywne. Istnieje zapotrzebowanie na intensywność. Od czasu do czasu należy porzucić harmonię. Może nawet porzucić prawdę. Kiedy trzeba, powinno się mocno wejść wcoś przesadnego. Teraz brzmię jak święty Paweł.

Co pan ma na myśli?

„Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: znich zaś największa jest miłość”6. Dla mnie to zdanie brzmiałoby: „Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: znich zaś największa jest intensywność”.

Wswojej biografii H.P. Lovecrafta napisał pan: „Nie ma przecież autentycznej twórczości bez swego rodzaju umyślnego zaślepienia”.

Tak, to prawda, trzeba, że tak powiem, wybrać swoją rodzinę. Trzeba trochę przesadzać.

Okim by pan powiedział, że jest pana rodziną?

Może panią zaskoczę, ale jestem przekonany, że należę do wielkiej rodziny romantyków.

Uważa pan, że to może dziwić?

Tak, ale społeczeństwo ewoluowało, romantyk nie jest już tym, kim był kiedyś. Nie tak dawno temu czytałem Odemokracji wAmeryce de Tocqueville’a. Jestem pewien, że gdyby zjednej strony znajdował się stary dobry romantyzm, zdrugiej zaś przewidywania de Tocqueville’ana temat tego, co wraz zrozwojem demokracji stanie się zliteraturą – biorąc za podmiot zwykłego człowieka, mocno interesującego się przyszłością, tyle że używającego bardziej realistycznego słownictwa – pośrodku można by znaleźć mnie.

Jaka jest pańska definicja romantyka?

To ktoś, kto wierzy wnieskończone szczęście, które jest wieczne imożliwe od razu. Kto wierzy wmiłość. A także wduszę – zadziwiająco uporczywie wnią wierzę, choć nigdy nie twierdziłem inaczej.

Wierzy pan wnieskończone, wieczne szczęście?

Tak. Inie mówię tego, żeby prowokować.

Cytowane wwywiadzie książki Michela Houellebecqa:

 

Poszerzenie pola walki, przeł. Ewa Wieleżyńska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006.

Cząstki elementarne, przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2004.

Platforma, przeł. Agnieszka Daniłowicz-Grudzińska, Wydawnict-wo W.A.B., Warszawa 2004.

Możliwość wyspy, przeł. Ewa Wieleżyńska, Warszawa 2006.

H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu, przeł. Jacek Giszczak, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2007.

1Bardziej dosłowne zkolei: „Islam jest najbardziej chujową religią świata” (oile nie zostało oznaczone inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczy).

2W2010 roku nagrodą Goncourtów została wyróżniona Mapa iterytorium. Powieść otrzymała także polską wersję nagrody pod nazwą Lista Goncourtów: polski wybór.

3WPolsce ukazała się wprzekładzie Beaty Geppert w2011 roku. Wprzekładzie tej tłumaczki ukazała się także kolejna powieść Houellebecqa, Uległość, we Francji iwPolsce opublikowana w2015 roku.

4Pisarz wrócił do Francji w2012 roku.

5Wprzekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

6Pierwszy list do Koryntian, za: Biblia Jerozolimska, Poznań 2006.

Julian Barnes

„The Art of Fiction”, zima 2000, nr 165

Rozmawiała Shusha Guppy

 Julian Barnes mieszka zżoną Pat Kavanagh7, agentką literacką, weleganckim domu zpięknym ogrodem wpółnocnym Londynie. Długa biblioteka, wktórej odbył się wywiad, jest przestronna icicha. Wychodzi na ogród, ma półki od podłogi do sufitu, wygodną sofę ikrzesła, wrogu stoi rower treningowy („na zimę”) iogromny stół bilardowy. Na ścianach wisi seria rysunkowych portretów pisarzy autorstwa Marka Boxera – między innymi Philipa Larkina, Grahama Greene’a, Philipa Rotha, V.S. Pritchetta – „niektóre, bo to bardzo dobre rysunki, inne, ponieważ podziwiam pisarzy”. Jest tam znakomite zdjęcie George Sand zrobione przez Nadara w1862 roku oraz oryginał krótkiego listu Flauberta, prezent od wydawców Barnesa, kiedy sprzedał się milionowy egzemplarz jego książek wmiękkiej oprawie. Barnes pracuje wpomalowanym na żółto gabinecie znajdującym się na końcu korytarza; stoi tam ogromne trójstronne biurko, ana nim tradycyjna maszyna do pisania, jej elektroniczna wersja, książki, materiały iinne potrzebne rzeczy, po które może sięgnąć, wychylając się na obrotowym krześle.

Barnes przyszedł na świat wLeicester w1946 roku, awkrótce potem jego rodzina przeniosła się do Londynu, gdzie mieszka do dziś. Kształcił się wCity of London School iwMagdalen College wOksfordzie. Po studiach pracował jako leksykograf dla Oxford English Dictionary istudiował prawo. Wtym samym czasie pisał recenzje iinne teksty dla różnych gazet. Jego pierwsza powieść, Metroland, opublikowana w1980 roku, została dobrze przyjęta, ale dopiero trzecia, Papuga Flauberta (1984), ustaliła jego pozycję jako oryginalnego iwpływowego powieściopisarza. Od tamtego czasu opublikował sześć powieści, wtym Historię świata wdziesięciu ipół rozdziałach (1989) iJeżozwierza (1992), zbiory opowiadań Po drugiej stronie La Manche (1996) iLetters from London [Listy zLondynu], które napisał, kiedy był londyńskim korespondentem „New Yorkera”. Wtrakcie robienia wywiadu ukazała się wAnglii jego powieść Love, etc., która zebrała dobre recenzje; wStanach Zjednoczonych ukaże się wlutym 2001 roku8.

Wysoki, przystojny iwysportowany, nie wygląda na swoje pięćdziesiąt cztery lata, ale dziesięć lat młodziej. Jego powszechnie znana uprzejmość iurok wzmacniają przenikliwa inteligencja icięte poczucie humoru. Od początku twórczość Barnesa wyróżniała namiętna miłość do Francji iliteratury francuskiej, azwłaszcza do Flauberta. To zresztą odwzajemnione uczucie – należy do najbardziej lubianych pisarzy angielskich we Francji, gdzie zdobył wiele nagród literackich, wtym Prix Médicis za Papugę Flauberta iPrix Femina za Pomówmy szczerze… Jest oficerem Orderu Sztuki iLiteratury9.

Jest pan bardzo europejski, co nie wydaje się typowe dla angielskiego pisarza, ale również bardzo angielski, zwłaszcza woczach obcokrajowca. We Francji na przykład myślą opanu jako okwintesencji angielskości. Gdzie pan sam siebie widzi?

Ma pani rację. WWielkiej Brytanii jestem czasem traktowany jako pisarz podejrzanie zeuropeizowany, który ma te swoje raczej wątpliwe francuskie inspiracje. Ale jeśli powiedzieć to zdanie na kontynencie, zwłaszcza we Francji, mówią: „O, nie! Jest pan taki angielski!”. Myślę, że pewnie jestem zakotwiczony gdzieś na kanale La Manche.

Sartre napisał esej Czym jest literatura? Czym ona jest dla pana?

Istnieje wiele odpowiedzi na to pytanie. Najkrótsza jest taka, że to najlepszy sposób na mówienie prawdy; literatura to proces budowania wielkich, pięknych, dobrze uporządkowanych kłamstw, które mówią więcej prawdy niż dowolne zestawienie faktów. Poza tym literatura jest wieloma rzeczami, takimi jak zachwyt, zabawa, język; jest również zadziwiająco intymnym sposobem komunikowania się zludźmi, których nigdy się nie spotka. Bycie pisarzem zkolei daje poczucie wspólnoty historycznej, co – jako normalna jednostka społeczna żyjąca na początku dwudziestego pierwszego wieku wWielkiej Brytanii – odczuwam dość słabo. Na przykład nie czuję szczególnych więzi ze światem królowej Wiktorii, zuczestnikami wojny domowej albo wojny Dwóch Róż, ale czuję się bardzo silnie związany zwieloma pisarzami iartystami, dla których tamten czas iwydarzenia były ich tu iteraz.

Co pan rozumie przez „mówienie prawdy”?

Myślę, że świetna książka – zostawiając na boku inne cechy, takie jak siła narracji, charakterystyka postaci, styl itym podobne – opisuje świat wsposób, wjaki nikt tego wcześniej nie zrobił; iwidzą to ci, którzy czytają ją tak, jak gdyby głosiła nowe prawdy – ospołeczeństwie albo orodzajach życia emocjonalnego, albo ojednym idrugim – prawdy wcześniej niedostępne, które zpewnością nie pochodzą zoficjalnych danych, dokumentów rządowych, artykułów prasowych czy ztelewizji. Przykładowo: nawet ci, którzy potępili Panią Bovary iuznali, że powinna zostać zakazana, rozpoznali prawdę portretu tego typu kobiety wtego rodzaju społeczeństwie, zczym nigdy wcześniej nie spotkali się wliteraturze. Właśnie dlatego powieść okazała się niebezpieczna. Myślę, że to główna, przełomowa cecha literatury – prawdomówność, która jest częścią jej wielkości. Oczywiście wszystko zależy od społeczeństwa. Wopresyjnym społeczeństwie prawdomówność literatury ma inny charakter iwiększą wartość niż pozostałe elementy dzieła sztuki.

Literatura może przybrać wiele form: eseju, powieści, poezji, publicystyki, akażda znich stara się mówić prawdę. Zanim zaczął pan pisać powieści, był pan już bardzo dobrym dziennikarzem ieseistą. Dlaczego wybrał pan fikcję?

No cóż, szczerze mówiąc, wydaje mi się, że mniej dotykałem prawdy, gdy pisałem artykuły, niż gdy piszę prozę. Korzystam zobu sposobów komunikacji ilubię oba, ale ujmując rzecz brutalnie: kiedy jest się dziennikarzem, chodzi ouproszczenie świata iuczynienie go zrozumiałym wpierwszym czytaniu, wtworzeniu fikcji natomiast zadanie polega na jak najpełniejszym oddaniu skomplikowania świata, na mówieniu rzeczy, które nie są tak proste, jak można sądzić po przeczytaniu mojego artykułu, ina stworzeniu czegoś, co podczas drugiej lektury, taką ma się nadzieję, ujawni kolejne warstwy prawdy.

Czy wmłodości chciał pan zostać pisarzem?

Ani trochę. To nienormalne, żeby chcieć zostać artystą, uprawiać sztukę. Stosunkowo normalne jest uprawianie sztuki interpretacji. Ale tworzenie nie jest czymś, co, hm, sprawdza się wżyciu rodzinnym czy co zaleca doradca zawodowy.

Anglia jednak wydała kilku najwybitniejszych pisarzy, abyć może ma najwybitniejszą literaturę świata.

To dwie różne sprawy. Kiedy człowiek dorasta, nie ma niczego – nawet jeśli jest wmiarę dobrze wykształconą osobą – co dawałoby mu glejt na bycie kimś więcej niż, powiedzmy, czytelnikiem, krytykiem albo konsumentem sztuki. Ale nie jej twórcą. Kiedy jako nastolatek stałem się namiętnym czytelnikiem, myślałem, że pisanie to coś, co robią inni. Wten sam sposób, kiedy miałem cztery albo pięć lat, chciałem być maszynistą, ale wiedziałem, że jest to coś, co robią inni. Pochodzę z rodziny nauczycieli – moi rodzice nimi byli – mieliśmy więc wdomu sporo książek, darzyliśmy słowa szacunkiem, ale nie mówiło się otym, że należy cokolwiek napisać, choćby podręcznik. Mojej mamie kiedyś opublikowano list wlondyńskim „Evening Standard” i to był cały urobek literacki wnaszej rodzinie.

Co zAmisami, zbraćmi Waugh…?

Są oczywistymi nieprawidłowościami, podobnie jak Fanny iAnthony Trollope’owie. Pisarze nie są królewskimi cukiernikami, którzy przekazują swój talent i odznakę urzędu zpokolenia na pokolenie.

Wspomniał pan, że czytał żarłocznie. Kogo?

Kiedy miałem czternaście albo piętnaście lat, właśnie zaczynałem czytać po francusku, ale Panią Bovary po raz pierwszy przeczytałem na pewno po angielsku – efekt tego, że nauczyciel kazał nam czytać lektury składające się wwiększości zeuropejskiej klasyki, októrej nigdy wcześniej nie słyszałem. Wtamtym czasie byliśmy zmuszeni raz wtygodniu założyć wojskowy mundur ibawić się wżołnierzy wczymś, co się nazywało Combined Cadet Force. Mam żywe wspomnienie, jak to wyjmuję wraz zkanapkami Zbrodnię ikarę; czułem się odpowiednio wywrotowo. To był czas, kiedy odwalałem gruntowną robotę zczytaniem. Przypuszczam, że mogło chodzić owielkich Rosjan, Francuzów iAnglików. Byliby to więc Tołstoj, Dostojewski, Puszkin, Gonczarow, Lermontow, Turgieniew iWolter, Montaigne, Flaubert, Baudelaire, Verlaine, Rimbaud. Po angielsku czytałem bardziej współczesną prozę – Evelyna Waugh, Grahama Greene’a, Aldousa Huxleya. Oczywiście T.S. Eliota, Hardy’ego, Hopkinsa, Donne’a.

Aco zklasycznymi angielskimi pisarzami – George Eliot, Jane Austen, Dickensem?

Pojawili się potem. Na studiach nie czytałem Anglików iwciąż nie przeczytałem całego kanonu. George Eliot przyszła nieco później, azAusten, muszę przyznać, zawsze się jakoś mijałem. Miasteczko Middlemarch jest prawdopodobnie największą angielską powieścią.

Kiedy więc pan pomyślał: „Może uda mi się znaleźć po drugiej stronie inapisać książki, które inni chcieliby przeczytać?”.

Wydaje mi się, że gdy przekroczyłem dwudziestkę. Pracowałem wOxford English Dictionary istrasznie się nudziłem. Postanowiłem więc coś napisać itak powstał literacki przewodnik po Oksfordzie, opowieść okażdym pisarzu, który pojawił się wmieście ina uniwersytecie. Na szczęście nigdy się nie ukazał, choć podpisałem umowę. Potem, kiedy miałem dwadzieścia pięć lat, zacząłem pisać powieść, ale był to długi iczęsto przerywany proces, pełen wątpliwości idemoralizacji, zktórego ostatecznie zrodził się mój debiut, Metroland, opublikowany, kiedy miałem trzydzieści cztery lata. Trwało to zatem osiem czy dziewięć lat, oczywiście wtym czasie chowałem książkę na dłużej lub krócej do szuflady. Wogóle nie miałem do niej zaufania. Do siebie zresztą też nie. Uważałem, że nie mam żadnego prawa do bycia pisarzem.

Czymś się pan wsławił wOxford English Dictionary?

Byłem sekretarzem redakcji podczas prac nad czterotomowym suplementem, pisałem definicje słów oraz badałem ich historię, sprawdzając, jak używano ich kiedyś. Spędziłem więc trzy zawodowe lata zjęzykiem po 1880 roku, wliterach od C do G. Wątpię, czy to widać wmojej prozie.

Jako student pisał pan eseje, jak każdy. Czy któryś zwykładowców dostrzegł wpanu wyjątkowy talent istarał się pana zachęcać?

Wyjątkowy talent? Nie sądzę, żeby dało się taki u mnie wykryć. Na części ustnej podczas egzaminów końcowych jeden zegzaminatorów, Krailsheimer zoksfordzkiego Christ Church, dość surowy specjalista od Pascala, patrząc wmoje dokumenty, powiedział: „Co chciałby pan robić po skończeniu studiów?”. „No cóż – odparłem – może zostanę jednym zwas”. Powiedziałem tak częściowo dlatego, że mój brat skończył studia zwyróżnieniem izostał nauczycielem akademickim, uczył filozofii, apo części dlatego, że nie miałem bladego pojęcia, co tak naprawdę mógłbym robić. Krailsheimer zerknął ponownie wmoje papiery ipowiedział: „Anie myślał pan odziennikarstwie?”. Oczywiście nie mógł mi okazać większej pogardy – z jego punktu widzenia. Zapewne uważał łatwość wypowiadania się za niestosowną dla poważnego uczonego. Wkońcu nie dostałem oceny zwyróżnieniem inie miałem szans na pozostanie na Oksfordzie.

Dlaczego nie dostał pan najwyższej oceny?

Nie pracowałem wystarczająco ciężko. Idwa razy zmieniałem kierunek. Zacząłem francuski irosyjski, zmieniłem na PPP10 (psychologia, filozofia, polityka), apotem zdecydowałem się na sam francuski. Mało światłe decyzje naukowe.

Sądzi pan, że rok na PPP naznaczył pański sposób myślenia, azatem iwpłynął na twórczość?

Nie. Chodzi oto, że nie byłem wtym zbyt dobry. Wybrałem PPP, ponieważ uznałem, że czytanie literatury jest trochę niepoważne. Wliceum odebrałem dobre wykształcenie istwierdziłem, że przez kolejne trzy lata nie muszę pogłębiać znajomości francuskiego, udoskonalać wiedzy ofrancuskiej literaturze ani swoich poglądów na temat Racine’a. Iczułem, że muszę coś zacząć robić. Pomyślałem, że filozofia ipsychologia to właściwe przedmioty. Oczywiście są, ale okazało się, że się do nich nie nadaję; nie mam tego rodzaju umysłu. Wszystkie te geny przeszły na mojego brata. I frustrowało mnie odkrywanie, że filozofia wdużej mierze składa się zobwieszczania na początku kolejnego tygodnia, dlaczego nurt filozoficzny wykuty na blachę w zeszłym tygodniu wtym nie ma racji.

Ajednak można trafić na sporo dobrej filozofii ipsychologii uniektórych wielkich pisarzy. Schopenhauer powiedział, że więcej opsychologii dowiedział się zDostojewskiego niż ze wszystkich książek, które czytał na ten temat.

To prawda. Idlatego powieść nie jest skazana na zagładę. Nie ma takiego zamiennika, przynajmniej jak dotąd, który mógłby zawrzeć wsobie psychologiczną złożoność, duchowość irefleksję wsposób, wjaki potrafi to powieść. Możliwości kina są zupełnie inne.

Mamy przyjaciela, który jest psychiatrą klinicznym wSydney; zawsze twierdził, że opisy szaleństwa uShakespeare’asą doskonałe zklinicznego punktu widzenia.

Wkońcu wybrał pan pisanie powieści jako zawód.

Och, nie wybrałem tego zawodu – nie miałem na tyle próżności, aby go wybrać. Być może teraz mogę stwierdzić, że wkońcu zostałem powieściopisarzem imogę myśleć osobie jako pisarzu, atakże mogę sobie pozwolić na dziennikarstwo, kiedy mam na to ochotę. Ale nigdy nie byłem jednym ztych nieznośnych dzieci, które wwieku siedmiu lat piszą pod kołdrą opowiadania, ani jednym ztych pewnych siebie mistrzów słowa, którzy wyobrażają sobie, że świat czeka na ich prozę. Spędziłem dużo czasu na gromadzeniu odpowiedniej dawki pewności siebie, żeby sobie wyobrazić, że mogę być jakimś tam pisarzem.

Metroland jest wyraźnie autobiograficzny, jak większość debiutów. To była świadoma decyzja?

Nie jestem pewien. Zpewnością początkowa jedna trzecia książki jest bliska mojej młodości, zwłaszcza jeśli chodzi otopografię ipsychologię. Potem zacząłem wymyślać izdałem sobie sprawę, że to potrafię. Druga itrzecia część są wdużej mierze dziełem wyobraźni. Kiedy jakieś pięć lat temu książka ukazała się we Francji, jedną znajbardziej satysfakcjonujących chwil była ta, gdy francuska ekipa telewizyjna zabrała mnie do północnej części Paryża. Posadzili mnie na ławce wparku – myślę, że to mógł być Parc Montsouris, ale nie znałem tej okolicy. Zapytałem ich: „Czemu chcecie zrobić ze mną wywiad tutaj?”. Odpowiedzieli: „Bo właśnie tutaj, według pana książki, stracił pan dziewictwo. To bardzo francuskie!”. „Ale ja to wymyśliłem” – powiedziałem. Strasznie ich to zszokowało. To było bardzo miłe doświadczenie: coś, co zaczęło się jako historia autobiograficzna, zmieniło się wkreację inikt tego nie zauważył.

Co chciał pan osiągnąć tym przejściem wzmyślenie? Co chciał pan przekazać poprzez tę powieść?

Metroland opowiadał oporażce. Chciałem napisać o młodzieńczych aspiracjach, które kończą się zgniłym kompromisem. Chciałem napisać powieść niebalzakowską, czyli żeby na jej końcu zamiast bohatera patrzącego ze wzgórza na miasto, które zna, albo wierzy, że je zdobędzie, pojawił się antybohater, który nie zdobył miasta iktóry zaakceptował stawiane przez miasto warunki.

Główna metafora jest taka: Metroland to dzielnica mieszkalna powstała wwyniku rozbudowy linii metra, która pojawiła się pod koniec dziewiętnastego wieku. Chodziło wtedy oto, że pod kanałem La Manche powstanie tunel ibędą nim jeździć paneuropejskie pociągi zManchesteru iBirmingham, które po drodze zabiorą pasażerów wLondynie izawiozą ich do wielkich miast na kontynencie. Przedmieścia Londynu, na których dorastałem, zrodziły się znadziei, oczekiwania, szerokich horyzontów, dalekich podróży. Ale tak się nigdy nie stało. Na tym polega ogólna metafora rozczarowania życiem Chrisa, głównego bohatera, ale iinnych.

Swoją drogą niewielu bohaterów Balzaca jest jak Rastignac i„zdobywa miasto”.

Ale myślą, że tak się stanie. Stoją na wzgórzu ipatrzą na miasto.

Balzac nie jest jednym zpana ulubieńców. Wybór między Balzakiem iFlaubertem wydaje się podobny do tego między Tołstojem aDostojewskim. Alain Robbe-Grillet nie lubi Balzaca, bo uważa, że jego świat jest zbyt uporządkowany, zbyt spójny, podczas gdy dzieła Flauberta odzwierciedlają chaotyczną, nieprzewidywalną naturę świata. Czuje pan to samo?

Jeśli świat musi się dzielić na balzakistów iflaubercistów, ja należę do tych drugich. Częściowo dlatego, że we Flaubercie widzę więcej sztuki. Balzac jest pod pewnymi względami powieściopisarzem przednowoczesnym. Pani Bovary to pierwsza prawdziwie modernistyczna powieść, przez co rozumiem pierwszą powieść totalną. Wdziewiętnastym wieku wiele książek, zwłaszcza w Anglii, zostało wydanych wsposób, wjaki zostały napisane – wserii odcinków publikowanych w prasie; pisarze pisali, mając na karku chłopca zdrukarni, który ciągnął ich za rękaw, żeby wyrwać rękopis. Angielskim odpowiednikiem Pani Bovary byłoby Miasteczko Middlemarch, które pod względem struktury i kompozycji jest bardziej prymitywne – częściowo, jak mi się wydaje, ze względu na to, że ukazywało się w odcinkach. Jestem pewien, że jeśli chodzi o opis społeczeństwa, Balzac iFlaubert są sobie równi. Ale pod względem artystycznej kontroli – kontroli głosu narratora oraz wykorzystania style indirect libre11 – Flaubert pokazuje nową ścieżkę imówi: „Teraz zaczynamy od nowa”. Bo jeśli Panią Bovary uznamy za początek współczesnej powieści, to jego nieukończoną książkę, Bouvard iPécuchet, opublikowaną pośmiertnie w1881 roku, musimy uznać za początek powieści modernistycznej. To ciekawe, że według Cyrila Connolly’ego Bouvard iPécuchet była ulubioną powieścią Joyce’a. Spytałem oto Richarda Ellmanna ipowiedział, że to raczej prawda, nawet jeśli nie ma na to twardych dowodów. Bouvard iPécuchet – powieść odwóch gorliwych, pełnych złudzeń urzędnikach, którzy próbują zrozumieć ludzkie dążenia icałą ludzką wiedzę iktórzy zostają pokonani, anastępnie znów stają się kopistami – jest niezwykle nowoczesna. Adruga część książki – pomysł, aby po prostu dać czytelnikowi masę śmieci, którą dwaj bohaterowie decydują się skopiować – to fenomenalnie nowatorski, niezwykle śmiały pomysł jak na rok 1880.

Aco zinnymi powieściami, takimi jak Salambo, których Flaubert nie lubił?

Ależ lubił! Tyle że powiedział wiele sprzecznych rzeczy oswojej pracy, podobnie jak my wszyscy. Mówił na przykład, że zamierza kupić każdy egzemplarz Pani Bovary iwszystkie zniszczyć, ponieważ uważał, że ta książka przyćmiewa pozostałe jego utwory. Wrzeczywistości Salambo odniosło wielki sukces – zarówno społecznie, jak iliteracko. Myślę, że Trzy baśnie to jedne znajlepszych opowiadań, jakie kiedykolwiek napisano. Szkoła uczuć jest fascynująca, ale być może ojakieś sto stron za długa. Salambo jest tym, czym jest – wysadzanym klejnotami ustrojstwem, które wciąga iktóre trzeba przyjąć na jego warunkach. Nie ma sensu, żeby czytelnik szedł na kompromis. Następnie są listy, pouczająco cudowne.

Zwłaszcza korespondencja zGeorge Sand. Nikt dziś nie czyta George Sand, ale ztych listów wyłania się mądra, świadoma ipełna współczucia kobieta.

Jestem pewien, że taka była. Kiedy czyta się te listy, odnosi się wrażenie, że Flaubert częściej ma rację, ale George Sand jest milsza. Czasami ona także ma rację – to wdużej mierze zależy od temperamentu czytelnika. Mnie bardziej przekonują estetyczne argumenty Flauberta; wkwestii psychologii człowieka myślę, że mecz kończy się remisem.

Korespondencja zLouise Colet także jest pouczająca. Oto odważna kobieta, która, choć nie ma pieniędzy, prowadzi salon literacki iktórej jest tak ciężko, że suszy liście herbaty użyte na jednym spotkaniu, by wykorzystać je na kolejnym, amimo to się nie poddaje; podczas gdy Flaubert, choć ma owiele łatwiejsze życie, cały czas jęczy, skarży się iużala nad sobą.

Flaubert był wielkim artystą, George Sand bardzo dobrą pisarką, aLouise Colet średnią poetką. Gustave nieustannie zastanawia się nad sztuką. Najdziwniejsze wwymianie listów z