Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Sztuka powieści 2. Wywiady z pisarkami ebook

Zbiorowy  

3.5 (2)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 566

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Sztuka powieści 2. Wywiady z pisarkami - Zbiorowy

Doris Lessing uważa że „wszystkim rządzi absolutny bajzel” i zdradza, jak łatwo zostaje się guru. Margaret Atwood przekonuje, że nie ma bardziej naturalnego wrażenia, niż poczucie obcości. Toni Morrison mówi o tym, jak ważny jest dobry redaktor, Alice Munro snuje opowieść o bestii, która czyha w szafie, kiedy pisarz się starzeje, Ursula Le Guin - o mackach, które wystają każdemu zaszufladkowanemu twórcy, zaś Herta Muller o niemal szamańskim doświadczaniu przyrody.

O różnych sposobach pracy nad tekstem, o łapaniu chwil, wątpliwościach, warsztacie pisarskim, współpracy z redaktorami i braku zaufania do krytyki literackiej opowiadają największe pisarki XX wieku.

 

Opinie o ebooku Sztuka powieści 2. Wywiady z pisarkami - Zbiorowy

Fragment ebooka Sztuka powieści 2. Wywiady z pisarkami - Zbiorowy

Sztuka powieści

Wywiady zpisarkamiz„The Paris Review”

Sztuka powieści

Wywiady zpisarkamiz„The Paris Review”

przełożyliAdam PluszkaŁukasz Buchalski

 

Wrocław 2017

Redakcja: Małgorzata Wiśniowska-Deluga

Korekta: Grzegorz Krzymianowski, Małgorzata Kuśnierz

Projekt okładki: Justyna Tarkowska | Mile Widziane

Konwersja: Magdalena Kocińska | O!Studio

Pomysł i wybór tekstów: Krzysztof Cieślik, Grzegorz Krzymianowski

Adam Pluszka przełożył rozmowy z Simone de Beauvoir, Doris Lessing, Margaret Atwood, Toni Morrison, Alice Munro, Susan Sontag, Jeanette Winterson i Hilary Mantel.

Łukasz Buchalski przełożył rozmowy z Karen Blixen, Mary McCarthy, Nadine Gordimer, Marguerite Yourcenar, P.D. James, Ursulą K. Le Guin i Hertą Müller.

© 2017, The Paris Review. All rights reserved

© for the Polish translation by Adam Pluszka & Łukasz Buchalski 2017

© for the Polish edition by Książkowe Klimaty

e-ISBN: 978-83-65595-39-3

Simone de Beauvoir

„The Art of Fiction”, wiosna–lato 1965, nr 35

Rozmawiała Madeleine Gobeil

Simone de Beauvoir przedstawiła mnie Jeanowi Genetowi iJeanowi-Paulowi Sartre’owi, zktórymi zrobiłam wywiady. Ale wahała się, gdy chciałam porozmawiać znią: „Dlaczego miałybyśmy mówić omnie? Nie sądzi pani, że dość się nagadałam wtrzech tomach wspomnień?”. Musiałam wymienić znią kilka listów ikilka razy porozmawiać, żeby ją przekonać, ale zgodziła się tylko pod warunkiem, „że [wywiad] nie będzie zbyt długi”.

Rozmowa odbyła się wpracowni panny de Beauvoir przy ulicy Schoëlchera na Montparnassie, pięć minut piechotą od mieszkania Sartre’a. Rozmawiałyśmy wdużym słonecznym pokoju, który pełnił funkcję gabinetu isalonu. Półki są zapchane zaskakująco nieciekawymi książkami. „Najlepsze – powiedziała – znalazły się wrękach moich przyjaciół inigdy nie wróciły”. Stoły zdobią kolorowe przedmioty przywiezione zjej licznych podróży, ale jedyną drogą rzeczą wpomieszczeniu jest lampa, którą wykonał dla niej Giacometti. Po całym pokoju walają się dziesiątki płyt winylowych, jeden zniewielu luksusów, na który pozwala sobie panna de Beauvoir.

Simone de Beauvoir ma klasyczną twarz, ale najbardziej uderza jej świeża, różowa cera ijasnoniebieskie oczy, bardzo młode iżywe. Odnosi się wrażenie, że wie iwidzi wszystko; to wzbudza pewną nieśmiałość. Mówi szybko, jest bezpośrednia, lecz nie szorstka, izazwyczaj uśmiechnięta, atakże przyjazna.

Przez ostatnie siedem lat pisała pani pamiętniki, wktórych często zastanawia się pani nad swoim powołaniem izawodem. Odniosłam wrażenie, że to utrata wiary sprawiła, że zaczęła pani pisać.

Przyglądanie się własnej przeszłości bez drobnych oszustw jest bardzo trudne. Moje pragnienie pisania sięga znacznie dalej. Pisałam historie wwieku ośmiu lat, ale wiele dzieci to robi iwcale nie znaczy to, że mają pisarskie powołanie. Kto wie, być może wmoim przypadku utrata wiary je podkreśliła; prawda jest również taka, że kiedy czytałam książki, które mną wstrząsały, takie jak Młyn nad Flossą George Eliot, strasznie chciałam zostać – tak jak ona – kimś, kogo książki będą czytane, kogo książki poruszą czytelników.

Miała na panią wpływ literatura angielska?

Kultura angielska stała się jedną zmoich pasji już wdzieciństwie. Masa angielskiej literatury dziecięcej jest znacznie bardziej urocza od tej, która istnieje po francusku. Uwielbiałam czytać Alicję wKrainie Czarów, Piotrusia Pana, George Eliot, anawet Rosamond Lehmann.

Dusty Answer?

Kochałam tę książkę. Aprzecież jest raczej przeciętna. Dziewczyny zmojego pokolenia ją ubóstwiały. Autorka była bardzo młoda ikażda znas widziała siebie wpostaci Judy. Powieść okazała się na swój sposób mądra, nawet dosyć subtelna. Jeśli chodzi omnie, zazdrościłam Anglikom ich życia uniwersyteckiego. Mieszkałam wdomu. Nie miałam własnego pokoju. Wzasadzie nie miałam niczego. Ichoć tamto życie nie było wolne, to pozwalało na prywatność iwydawało mi się wspaniałe. Autorka znała wszystkie mity odorastających dziewczętach – przystojnych chłopców znutką tajemnicy itak dalej. Później oczywiście czytałam siostry Brontë ipowieści Virginii Woolf: Orlanda, Panią Dalloway. Niezbyt cenię Fale, ale bardzo, bardzo lubię jej książkę oElizabeth Barrett Browning.

Ajej dzienniki?

Interesują mnie mniej. Są zbyt literackie. Fascynujące, ale dla mnie nazbyt obce. Woolf jest za bardzo przejęta tym, czy coś opublikuje albo co oniej mówią. Cenię sobie Własny pokój, wktórym mówi osytuacji kobiet. To krótki esej, ale trafia wsedno. Wyjaśnia bardzo dobrze, dlaczego kobiety nie mogą pisać. Virginia Woolf jest jedną zpisarek, które mnie najbardziej interesowały. Widziała pani jej zdjęcia? Niezwykle samotna twarz… Wpewnym sensie interesuje mnie bardziej niż Colette. Ostatecznie Colette jest mocno zaangażowana wswoje małe romanse, wsprawy domowe, wpranie, zwierzęta. Virginia Woolf ma znacznie szersze spojrzenie.

Czytała pani jej książki wtłumaczeniu?

Nie, po angielsku. Czytam po angielsku lepiej, niż mówię.

Czym pani zdaniem są licea istudia dla pisarza? Była pani znakomitą studentką Sorbony iludzie oczekiwali, że zrobi pani błyskotliwą karierę jako nauczycielka.

Studia dały mi tylko bardzo powierzchowną wiedzę ofilozofii, ale zaostrzyły mi na nią apetyt. Za to sporo skorzystałam na byciu nauczycielką – wtym sensie, że mogłam poświęcić dużo czasu na czytanie, pisanie ikształcenie się. Wtamtym okresie nauczyciele mieli zasadniczo lekki program. Dzięki studiom zyskałam solidne podstawy, ponieważ aby zdać egzaminy państwowe, należało poznać obszary, którymi człowiek – jeśli się interesował wyłącznie ogólnie pojętą kulturą – nie zawracał sobie głowy. Zapewniły mi odpowiednią metodologię, która okazała się przydatna, gdy pisałam Drugą płeć, iwogóle okazały się pomocne przy wszystkich moich projektach. Mam na myśli umiejętność szybkiego przedzierania się przez książki, dostrzegania, które są ważne, klasyfikowania ich, zdolność odrzucania nieistotnych, podsumowywania, kartkowania.

Była pani dobrą nauczycielką?

Nie sądzę, bo interesowali mnie tylko inteligentni uczniowie, reszta wcale, adobry nauczyciel powinien zajmować się każdym. Ale jeśli się uczy filozofii, niewiele można na to poradzić. Zawsze trafiało się czworo lub pięcioro uczniów, którzy się odzywali, apozostali mieli to wnosie. Nie przejmowałam się nimi za bardzo.

Zanim – jako trzydziestopięciolatka – opublikowała pani pierwszą książkę, pisała pani od dziesięciu lat. Zniechęcano panią?

Nie, zwyczajnie wmoich czasach bardzo rzadko się zdarzało, żeby wydawano kogoś młodego. Oczywiście trafiał się wyjątek czy dwa, jak choćby Radiguet, który był geniuszem. Nawet Sartre nie został opublikowany, zanim nie skończył trzydziestu pięciu lat, bo właśnie wtedy ukazały się Mdłości iMur. Kiedy moja pierwsza mniej więcej nadająca się do wydania książka została odrzucona, poczułam lekkie zniechęcenie. Ale gdy odrzucono mi pierwszą wersję L’invitée, było to bardzo nieprzyjemne. Wtedy pomyślałam, że powinnam zaczekać. Znałam wielu pisarzy, którym długo schodziło, zanim zaistnieli. No iludzie zawsze mówili oprzypadku Stendhala, który zaczął pisać po czterdziestce.

Czy znajdowała się pani pod wpływem któregoś zamerykańskich pisarzy, kiedy pisała swoje wczesne powieści?

PrzyL’invitée zpewnością byłam pod wpływem Hemingwaya, bo to on uczył nas prostoty dialogu iznaczenia małych rzeczy wżyciu.

Przygotowuje pani bardzo dokładny plan, kiedy pisze powieść?

Wie pani, nie pisałam powieści od dziesięciu lat, pracowałam nad wspomnieniami. Ale kiedy pisałam na przykład Mandarynów, stworzyłam postaci iatmosferę wokół tematu, afabuła powolutku sama nabrała kształtu. Zasadniczo jednak zaczynam pisać powieść na długo, zanim wymyślę fabułę.

Słyszałam, że jest pani niezwykle zdyscyplinowana iże nigdy żaden dzień nie mija bez pracy. Októrej pani zaczyna?

Zawsze chcę zacząć jak najszybciej, choć wsumie nie lubię rozpoczynania dnia. Najpierw piję herbatę, apotem, około dziesiątej, biorę się do pracy ipracuję do pierwszej. Później widuję się zprzyjaciółmi, akoło piątej wracam ipracuję do dziewiątej. Nie mam wtedy żadnych trudności zpodjęciem przerwanego wątku. Gdy pani wyjdzie, będę czytać gazetę albo pójdę na zakupy. Praca najczęściej sprawia mi przyjemność.

Kiedy widuje pani Sartre’a?

Co wieczór, często też wporze lunchu. Zwykle po południu pracuję uniego.

Nie przeszkadza pani takie przenoszenie się zjednego mieszkania do drugiego?

Nie. Jako że nie piszę książek naukowych, biorę swoje papiery ze sobą ito się całkiem nieźle sprawdza.

Łatwo pani wrócić do przerwanej myśli?

To wpewnym stopniu zależy od tego, co piszę. Jeśli praca idzie mi dobrze, przez kwadrans lub pół godziny czytam, co napisałam poprzedniego dnia, irobię kilka poprawek. Potem piszę od tego miejsca. Żeby zacząć od przerwanego miejsca, muszę przeczytać to, co zrobiłam.

Czy pani przyjaciele pisarze mają podobne nawyki?

Nie, to sprawa indywidualna. Na przykład Genet pracuje zupełnie inaczej. Przez pół roku – przez jakieś dwanaście godzin dziennie – zatraca się wpisaniu, akiedy skończy, potrafi przez kolejne pół roku zupełnie nic nie robić. Jak powiedziałam, pracuję codziennie zwyjątkiem dwóch czy trzech miesięcy wakacji, kiedy podróżuję ina ogół robię sobie wolne także od pracy. Wciągu roku niewiele czytam igdy wyjeżdżam, biorę dużą walizkę pełną książek, których nie miałam czasu czytać. Ale gdy podróż trwa miesiąc albo półtora, czuję się nieswojo, zwłaszcza jeśli jestem między dwiema książkami. Nudzę się bez pracy.

Zawsze pisze pani najpierw odręcznie? Kto przepisuje rękopisy? Nelson Algren mówi, że jest jednym zniewielu ludzi, którzy potrafią odcyfrować pani odręczne pismo.

Nie umiem pisać na maszynie, ale mam dwie maszynistki, którym udaje się mnie rozczytać. Kiedy pracuję nad ostatnią wersją książki, przepisuję ją wcałości. Jestem bardzo precyzyjna. Wkładam wto dużo wysiłku. Moje pismo jest wtedy dość czytelne.

WCudzej krwi iTous les hommes sont mortels zajmuje się pani problemem czasu. Mieli na panią wpływ Joyce iFaulkner?

Nie, to wynik moich własnych zainteresowań. Zawsze byłam wpełni świadoma upływającego czasu. Zawsze myślałam, że jestem stara. Nawet gdy miałam dwanaście lat, myślałam, że to coś okropnego mieć trzydziestkę na karku. Czułam, że coś się traci. Wtym samym czasie byłam świadoma tego, co mogłabym osiągnąć, aniektóre okresy wmoim życiu nauczyły mnie bardzo dużo. Ale mimo wszystko zawsze prześladowało mnie przemijanie ito, że śmierć wciąż się do nas zbliża. (Dla mnie problem czasu jest związany zproblemem śmierci, zmyślą, że nieuchronnie się do niej zbliżamy, zkoszmarem rozkładu). Ito – bardziej niż fakt, iż następuje rozpad – że miłość się kończy. To także straszne, choć mnie nigdy osobiście nie dotknęło. Wmoim życiu zawsze było sporo ciągłości. Zawsze mieszkałam wParyżu, mniej więcej wtych samych dzielnicach. Moja relacja zSartre’em trwa od bardzo dawna. Mam starych przyjaciół, zktórymi wciąż się widuję. Nie jest więc tak, że czuję, jak czas rozkłada wszystko na czynniki pierwsze, nie, po prostu zawsze onim pamiętam. To, że tyle atyle lat jest za mną, tyle atyle lat mam przed sobą. Liczę je.

Wdrugiej części wspomnień szkicuje pani portret Sartre’azczasów, gdy pisał Mdłości. Opisuje go pani jako owładniętego tym, co nazywał swoimi „krabami”, lękiem. Można odnieść wrażenie, że wtedy to pani była radosną połową związku. Ajednak to pani wswoich powieściach ujawnia fascynację śmiercią, której próżno szukać uSartre’a.

Ale proszę pamiętać, oczym pisał wSłowach. Że nigdy nie czuł nieuchronności śmierci, podczas gdy jego koledzy, na przykład Nizan, autor Aden, Arabie, byli nią zafascynowani. Wpewnym sensie Sartre czuł się nieśmiertelny. Postawił wszystko na twórczość literacką imiał nadzieję, że ona przetrwa, ja natomiast, ze względu na to, że moje życie osobiste zniknie, nie jestem wnajmniejszym stopniu zaniepokojona, czy moja praca mnie przeżyje. Zawsze byłam wpełni świadoma, że zwykłe życiowe sprawy znikają, czyjaś codzienność, czyjeś wrażenia, czyjś bagaż doświadczeń. Sartre uważał, że życie można złapać wpułapkę słów, aja czułam, że słowa nie są życiem, ale imitacją życia, czymś martwym, że tak powiem.

Oto właśnie chodzi. Niektórzy twierdzą, że nie ma pani takiej mocy, aby ożywić swoje powieści. Sugerują, że pani postaci są kopiami ludzi zpani otoczenia.

Bo ja wiem? Czym jest wyobraźnia? Na dłuższą metę chodzi przecież oosiągnięcie pewnego stopnia ogólności, prawdy otym, co jest czym, ito, czym ktoś rzeczywiście żyje. Nie interesują mnie utwory nieoparte na rzeczywistości, chyba że są absolutnie ekstrawaganckie, jak choćby powieści Alexandre’aDumasa czy Victora Hugo – jedyne wswoim rodzaju. Ale dla mnie „zmyślone” nie są dzieła wyobraźni, lecz mataczenie. Gdybym jednak chciała się bronić, wystarczy, że odwołam się do Wojny ipokoju Tołstoja, uktórego wszystkie postaci zostały wzięte zprawdziwego życia.

Wróćmy do pani bohaterów. Jak wybiera im pani imiona?

Nie uważam, że to ważne. Wybrałam imię Xavière wZaproszonej, ponieważ znałam tylko jedną osobę otakim imieniu. Kiedy szukam imion, używam książki telefonicznej albo próbuję sobie przypomnieć, jak się nazywali moi dawni uczniowie.

Do którego ze swoich bohaterów jest pani najbardziej przywiązana?

Nie wiem. Myślę, że mniej mnie obchodzą same postaci, abardziej ich relacje oparte na miłości czy przyjaźni. Zauważył to krytyk Claude Roy.

Wkażdej zpani powieści znajdujemy żeńską postać, która daje się zwieść fałszywym wyobrażeniom iktórej grozi szaleństwo.

To cecha wielu współczesnych kobiet. Kobiety muszą udawać kogoś, kim nie są, na przykład muszą grać rolę wspaniałych kurtyzan, muszą fałszować swoje osobowości. Są na skraju nerwicy. Mam dla nich wiele życzliwości. Interesują mnie bardziej niż wyważone gospodynie imatki. Istnieją oczywiście kobiety, które interesują mnie jeszcze bardziej, te, które są zarówno prawdziwe, jak iniezależne, które pracują itworzą.

Żadna zpani bohaterek nie jest odporna na miłość. Lubi pani elementy romantyczne.

Miłość to wielki przywilej. Prawdziwa miłość, niezwykle rzadka, wzbogaca życie mężczyzn ikobiet, którzy jej doświadczają.

Wpani powieściach to właśnie kobiety – myślę oFrançoise zZaproszonej iAnne zMandarynów – doświadczają jej najwięcej.

Wynika to stąd, że niezależnie od wszystkiego zakochane kobiety dają zsiebie więcej, ponieważ większość znich nie ma niczego innego, co by je zajmowało. Może są także bardziej zdolne do głębokiej sympatii, która jest podstawą miłości. Być może wynika to również stąd, że łatwiej mi utożsamić się zkobietą niż zmężczyzną. Moje bohaterki są znacznie bogatsze niż bohaterowie.

Nigdy nie stworzyła pani niezależnej inaprawdę wolnej postaci kobiecej, która zilustrowałaby tezy zDrugiej płci. Dlaczego?

Pokazałam kobiety takie, jakimi są: skomplikowanymi ludźmi, anie takimi, jakimi powinny być.

Po długiej powieści, Mandarynach, porzuciła pani fabułę izaczęła pracę nad wspomnieniami. Która ztych dwóch form literackich bardziej pani odpowiada?

Lubię obie. Dają różne rodzaje satysfakcji irozczarowania. Kiedy piszę wspomnienia, to przyjemne mieć oparcie wrzeczywistości. Zdrugiej strony, jeśli ktoś przedziera się przez każdy kolejny dzień przeszłości, tak jak ja, natrafia na pewne głębie, pewne mity iznaczenia, które się lekceważy. Wpowieści za to można ukazać te horyzonty, podteksty codziennego życia, ale pojawia się element zmyślenia, który jest jednakże niepokojący. Należy dążyć do wymyślania bez zmyślania. Od dawna chciałam opowiedzieć oswoim dzieciństwie imłodości. Jestem ztymi latami silnie związana, ale wżadnej zmoich książek nie pojawił się po nich nawet ślad. Jeszcze zanim napisałam pierwszą powieść, pragnęłam przeprowadzić taką właśnie rozmowę od serca. Była to bardzo emocjonalna, niezwykle osobista potrzeba. Nie byłam zadowolona zPamiętnika statecznej panienki, więc pomyślałam, że zajmę się czymś innym. Ale nie umiałam. Powiedziałam sobie: „Walczyłam owolność. Co znią zrobiłam, co się znią stało?”. Napisałam więc kontynuację, która zaniosła mnie od wieku dwudziestu jeden lat do chwili obecnej, od Wsile wieku do Siłą rzeczy.

Na spotkaniu zpisarzami wFormentor kilka lat temu Carlo Levi nazwał Wsile wieku „wielką historią miłosną stulecia”. Sartre po raz pierwszy pojawił się tam jako istota ludzka. Ukazała pani człowieka, który nie został właściwie zrozumiany, człowieka bardzo różniącego się od legendarnego Sartre’a.

Zrobiłam to celowo. Nie chciał, żebym onim pisała. Wkońcu, gdy zobaczył, co miałam onim do powiedzenia, dał mi wolną rękę.

Dlaczego tak jest, że mimo szacunku otaczającego go od dwudziestu lat, Sartre jako pisarz pozostaje niezrozumiany ikrytyka nadal brutalnie go atakuje?

Ze względów politycznych. Sartre jest człowiekiem, który ostro występował przeciw klasie społecznej, wktórej się urodził, ata ztego powodu uważa go za zdrajcę. To klasa, która ma pieniądze ikupuje książki. Sytuacja Sartre’ajest paradoksalna. Jest pisarzem antyburżuazyjnym, którego czyta burżuazja, podziwiająca go jako jeden ze swoich wytworów. Burżuazja ma monopol na kulturę iuważa, że zrodziła Sartre’a. Oraz nienawidzi go, bo ją atakuje.

Wwywiadzie w„Paris Review” Hemingway powiedział: „Gdy chodzi opisarza nastawionego politycznie, to jeśli jego twórczość ma przetrwać, należy omijać politykę wtrakcie lektury”1. Oczywiście pani się ztym nie zgadza. Nadal wierzy pani wzaangażowanie?

1 Por. Sztuka powieści. Rozmowy zpisarzami z„Paris Review”, przeł. Dobromiła Jankowska, Adam Pluszka, Książkowe Klimaty 2016 (oile nie oznaczono inaczej, przypisy pochodzą od tłumaczy).

Hemingway był typem pisarza, który nigdy nie chciał się zaangażować. Wiem, że brał udział whiszpańskiej wojnie domowej, tyle że jako dziennikarz. Hemingway nigdy nie był głęboko zaangażowany, sądzi więc, że to, co wliteraturze jest wieczne, nie wiąże się zżadną konkretną datą, nie jest zaangażowane. Nie zgadzam się. Wprzypadku wielu pisarzy także ich poglądy polityczne sprawiają, czy ich lubię czy nie. Nie ma zbyt wielu pisarzy zprzeszłości, których twórczość byłaby bardzo zaangażowana. Imimo że ludzie równie chętnie jak Umowę społeczną Rousseau czytają jego Wyznania, nikt już nie zagląda do Nowej Heloizy.

Czas rozkwitu egzystencjalizmu to okres od końca wojny do 1952 roku. Obecnie modna jest „nowa powieść” itacy pisarze jak Drieu La Rochelle iRoger Nimier.

Zpewnością mamy we Francji do czynienia ze zwrotem wprawo. Nouveau roman sama wsobie nie jest reakcyjna, podobnie jej autorzy. Ich zwolennik może powiedzieć, że chcą oni znieść pewne burżuazyjne zasady. Ci pisarze nie mącą. Wdłuższej perspektywie gaullizm wiedzie nas zpowrotem do petanizmu itylko czekać, aż kolaborant taki jak La Rochelle iskrajny reakcjonista jak Nimier znów będą bardzo poważani. Burżuazja ponownie pokazuje się wswoich prawdziwych kolorach – to znaczy jako klasa konserwatywna. Proszę zwrócić uwagę na sukces Słów Sartre’a. Jest kilka rzeczy, które trzeba dostrzec. To być może jego nie najlepsza książka, ale jedna znajlepszych. Wkażdym razie jest znakomita: ekscytujący pokaz wirtuozerii, rzecz niezwykle napisana. Co nie zmienia faktu, że przyczynę oszałamiającego sukcesu stanowi to, że książka nie jest „zaangażowana”. Kiedy krytycy twierdzą, że to obok Mdłości jego najlepszy utwór, należy mieć na uwadze, że Mdłości są wczesną powieścią, powieścią niezaangażowaną iże akceptują ją zarówno ci zlewa, jak izprawa – bardziej niż jego sztuki. To samo spotkało mnie przy Pamiętniku statecznej panienki. Burżujki były zachwycone, że rozpoznają wnim własną młodość. Protesty zaczęły się wraz zWsile wieku itrwały przySiłą rzeczy. Różnica jest bardzo wyraźna, niezwykle ostra.

Ostatnią część Siłą rzeczy poświęciła pani wojnie algierskiej, do której odnosi się wbardzo osobisty sposób.

Czułam imyślałam oróżnych sprawach wsposób polityczny, ale nigdy nie angażowałam się wdziałania polityczne. Całą końcówkę Siłą rzeczyoddałam wojnie. Ito, że we Francji nikt się już tą wojną nie zajmuje, jest przedziwne.

Nie wydaje się pani, że ludzie wolą otym zapomnieć?

Wykreśliłam ztej części wiele stron. Zdawałam sobie sprawę, że napotkam opór. Zdrugiej strony bardzo chciałam otym rozmawiać ijestem wszoku, że ludzie zapomnieli otym aż do tego stopnia. Widziała pani film La Belle Vie młodego reżysera Roberta Enrica? Ludzi dziwi, że film pokazuje wojnę wAlgierii. Claude Mauriac w„Le Figaro Littéraire” napisał: „Dlaczego pokazuje się nam skoczków spadochronowych na placach? To nie jest wiarygodne”. Ale to jest zżycia wzięte! Widywałam ich codziennie zokna Sartre’ana Saint-Germain-des-Prés. Ludzie zapomnieli. Chcieli zapomnieć. Chcieli zatrzeć swoje wspomnienia. Właśnie ztego powodu – wbrew temu, czego się spodziewałam – nie zostałam zaatakowana za to, co powiedziałam owojnie algierskiej, ale za to, co powiedziałam ostarości iśmierci. Jeśli chodzi owojnę wAlgierii, wszyscy Francuzi są obecnie przekonani, że nigdy jej nie było, że nikogo nigdy nie torturowano, że nawet jeśli były tortury, oni zawsze się im sprzeciwiali.

Pod koniec Siłą rzeczy pisze pani: „Ale wracając nieufnym spojrzeniem ku tej ufnej młodości, ze zdumieniem zdaję sobie sprawę ztego, jak dalece dałam się nabrać”2. Zdaje się, że ta uwaga doprowadziła do wielu nieporozumień.

2 Wprzekładzie Jerzego Pańskiego.

Ludzie – zwłaszcza wrogowie – próbowali interpretować to tak, że moje życie jest porażką albo że zaakceptowałam fakt tkwienia wbłędzie na poziomie politycznym, albo że zrozumiałam, że koniec końców, każda kobieta powinna mieć dzieci itak dalej. Każdy, kto uważnie czyta tę książkę, widzi, że mówię coś wprost przeciwnego, że nie zazdroszczę nikomu, że jestem całkowicie zadowolona ztego, jak wygląda moje życie, iże dotrzymałam wszystkich obietnic oraz, co ztego wynika, gdybym miała przeżyć swoje życie raz jeszcze, nie zrobiłabym niczego inaczej. Nigdy nie żałowałam, że nie mam dzieci iże robiłam to, co chciałam robić, czyli pisać.

Dlaczego więc „nabrać”? Kiedy ktoś, tak jak ja, ma egzystencjalny pogląd na świat, widzi, że paradoks ludzkiego życia polega właśnie na tym, że się próbuje być ina dłuższą metę po prostu się nie istnieje. Chodzi właśnie otę rozbieżność, że kiedy stawiasz na bycie – co wpewnym sensie zawsze robisz, gdy coś planujesz, nawet jeśli wiesz, że nic się wistocie nie uda – to kiedy odwracasz się ispoglądasz wstecz na swoje życie, widzisz, że tylko byłaś. Innymi słowy, minione życie nie jest czymś solidnym, życiem boga (atak jest pomyślane, czyli jako coś niemożliwego). Twoje życie jest po prostu ludzkie.

Ktoś mógłby więc powiedzieć, podobnie jak zrobił to Alain, bardzo lubię tę jego uwagę: „Niczego nam nie obiecywano”. Wpewnym sensie to prawda. Awinnym nie. Ponieważ młody burżuj lub burżujka, którzy czerpią zokreślonej kultury, wistocie nieustannie słyszą obietnice. Myślę, że każdy, kto miał wmłodości ciężkie życie, nie powie wpóźniejszych latach, że ktoś go „nabrał”. Ale kiedy mówię, że dałam się nabrać, odwołuję się do siedemnastoletniej dziewczyny, która śniła na jawie wpobliżu krzewu leszczyny otym, czego zamierza dokonać. Zrobiłam wszystko, co chciałam zrobić – pisałam książki, uczyłam się omasie spraw, ale tak czy siak, dałam się nabrać, ponieważ zawsze tak jest. Są też takie wersy uMallarmégo o„woni smutku, który pozostaje wsercu”, nie pamiętam dokładnie. Dostałam to, czego chciałam, akiedy wszystko jest powiedziane izrobione, zawsze chce się czegoś innego. Pewna psychoanalityczka napisała mi bardzo inteligentny list, wktórym stwierdziła, że „wostatecznym rachunku pragnienia zawsze wykraczają daleko poza obiekt pożądania”. To, że mam wszystko, czego pragnęłam, nie znaczy, że osiągnęłam zawarte wpragnieniu „daleko poza”, mimo że obiekt pożądania został zaspokojony. Kiedy byłam młoda, miałam nadzieje iwizję świata – takie, do posiadania których zachęcali wszyscy kulturalni ludzie iburżuazyjni optymiści ido których ja nie zachęcam swoich czytelników, co skutkuje oskarżeniami zich strony. To właśnie miałam na myśli inie żałuję niczego, co zrobiłam albo pomyślałam.

Niektórzy ludzie uważają, że podstawą pani twórczości jest tęsknota za Bogiem.

Nie. Sartre ija zawsze mówiliśmy, że to, że istnieje pragnienie bycia, nie znaczy, że to pragnienie odpowiada każdej rzeczywistości. To dokładnie to, oczym mówił Kant na poziomie intelektualnym. Fakt, że ktoś wierzy wprzyczynowość, nie znaczy, że należy wierzyć wistnienie najwyższej przyczyny. Fakt, że człowiek pragnie istnieć, nie oznacza, że może, ani nawet że istnienie stanowi jakąś możliwość, wkażdym razie istnienie jest myślą ijednocześnie egzystencją. Niemożliwa synteza egzystencji ibycia. Sartre ija zawsze to odrzucaliśmy ito odrzucenie leży upodstaw naszego myślenia. Wczłowieku jest pustka inawet ludzkie osiągnięcia mają tę pustkę. To wszystko. Nie twierdzę, że nie osiągnęłam tego, co chciałam, ale raczej że osiągnięcie czegoś nigdy nie spełnia pokładanych wtym oczekiwań. No ijest jeszcze taki naiwny albo snobistyczny aspekt: ludziom się zdaje, że jeśli powiodło ci się na poziomie społecznym, powinna cię cieszyć kondycja ludzka wogóle. Ale to bzdura.

„Dałam się nabrać” oznacza również coś innego, amianowicie, że życie zmusiło mnie do poznawania świata takim, jaki on jest, czyli pełnego cierpienia iucisku, niedożywienia większości ludzi, pełnego spraw, októrych nie wiedziałam, kiedy byłam młoda ikiedy wyobrażałam sobie, że gdy odkrywa się świat, odkrywa się piękno. Także pod tym względem dałam się nabrać kulturze burżuazyjnej iwłaśnie ztego powodu nie chcę przykładać ręki do oszukiwania innych – krótko mówiąc, ztego powodu twierdzę, że dałam się nabrać, żeby inni się nie dali. Tak naprawdę to również problem społeczny. Wskrócie: stopniowo odkrywałam nieszczęścia świata, potem widziałam ich coraz więcej, awkońcu odczułam je wzwiązku zwojną algierską ipodczas moich podróży.

Niektórzy krytycy iczytelnicy uznali, że mówi pani ostarości wnieprzyjemny sposób.

Wiele osób nie lubi tego, co powiedziałam, ponieważ chcą wierzyć, że wszystkie okresy życia są wspaniałe, dzieci niewinne, nowożeńcy szczęśliwi, astarzy ludzie pogodni. Całe życie walczyłam zpodobnymi uogólnieniami, bo nie ma wątpliwości, że chwila, która dla mnie nie jest starością, ale początkiem starości, symbolizuje – nawet jeśli ktoś ma wszystko, czego potrzebuje, uczucia, pracę do wykonania – zmianę wczyimś istnieniu, zmianę, która objawia się utratą masy rzeczy. Jeśli komuś nie jest przykro zpowodu tej straty, znaczy, że nie kochał tego, co stracił. Myślę, że ludzie, którzy bez wahania gloryfikują starość lub śmierć, są ludźmi, którzy naprawdę nie kochają życia. Ale oczywiście wdzisiejszej Francji należy mówić, że wszystko jest wporządku, że wszystko jest śliczne, także śmierć.

Beckett dotkliwie odczuwał szwindel kondycji ludzkiej. Czy ciekawi panią bardziej niż pisarze nouveau roman?

Na pewno. Wszystkie te ich gry zczasem tak naprawdę można znaleźć uFaulknera. To on ich tego nauczył imoim zdaniem wciąż robi to najlepiej. Co do Becketta, jego sposób podkreślania ciemnej strony życia jest bardzo piękny. Beckett jest jednak przekonany, że życie jest mroczne inic poza tym. Ja też jestem otym przekonana, ajednocześnie kocham życie. Tyle że dla niego ta świadomość jakby wszystko psuje. Jeśli wyłącznie tyle umie się powiedzieć, nie ma nawet pięćdziesięciu sposobów na wyrażenie tej myśli, iwzwiązku ztym odkryłam, że wwielu dziełach Beckett powtarza to, co powiedział wcześniej. Końcówka powielaCzekając na Godota, tyle że słabiej.

Czy istnieje wielu współczesnych francuskich pisarzy, którzy panią interesują?

Niezbyt. Dostaję sporo maszynopisów iirytujące jest to, że są one prawie zawsze złe. Obecnie bardzo ciekawi mnie Violette Leduc. Zadebiutowała w1946 roku wserii „Collection Espoir”, którą redagował Camus. Krytycy wychwalali ją pod niebiosa. Sartre, Genet iJouhandeau bardzo ją lubili. Nigdy się nie sprzedawała. Niedawno opublikowała autobiografię La Bâtarde, której początek ukazał się w„Les Temps Modernes”, gdzie Sartre jest redaktorem naczelnym. Napisałam przedmowę do książki, bo uznałam, że Leduc była jedną zniedocenianych powojennych pisarek francuskich. Dziś jest we Francji bardzo popularna.

Ajak postrzega pani siebie wśród współczesnych pisarzy?

Nie wiem. Jakie są kryteria oceny? Wrzawa, cisza, kolejne pokolenia, liczba czytelników, brak czytelników, znaczenie wdanym momencie? Myślę, że ludzie będą mnie czytać przez jakiś czas. Aprzynajmniej tak mi mówią moi czytelnicy. Wniosłam coś do dyskusji na temat problemów kobiet. Wiem otym – zlistów, które otrzymuję. Co do literackiej jakościmojej pracy wścisłym tego słowa znaczeniu, nie mam najmniejszego pojęcia.

 

Przekład zfrancuskiegoBernard Frechtman

Doris Lessing

„The Art of Fiction”, wiosna 1988, nr 102

Rozmawiał Thomas Frick

Wywiad zDoris Lessing został przeprowadzony wdomu Roberta Gottlieba we wschodnim Manhattanie. Gottlieb, jej wieloletni redaktor wwydawnictwie Knopf, pracował wówczas jako redaktor w„New Yorkerze”. Doris Lessing była wmieście na chwilę, żeby wziąć udział wkilku castingach do opery Philipa Glassa, opartej na jej powieści The Making of the Representative for Planet 8, do której napisała także libretto. Plany związane zoperą podlegały mniejszym lub większym zmianom idopiero wwyniku wymiany sporej liczby pocztówek – Doris Lessing większość korespondencji załatwia na pocztówkach (zazwyczaj zMuzeum Brytyjskiego) – udało się zaaranżować spotkanie.

Gdy magnetofon jest już przygotowywany, mówi: „To hałaśliwe miejsce, choć wydaje ci się, że siedzisz wogrodzie na tyłach rzędu domów”. Wskazuje na stojącą nieopodal kamienicę, wktórej mieszka Katharine Hepburn; przez chwilę rozmawiamy omiastach. Mieszka wLondynie od prawie czterdziestu lat, amimo to stwierdza, że „wszystko izawsze wtym mieście jest nadzwyczajne!”. Kiedy indziej snuje refleksje, zktórymi można by polemizować: „Wcale by mnie nie zdziwiło, gdybym się dowiedziała […], że wymiary budynków wpływają na nas wsposób, którego nie jesteśmy wstanie pojąć”. Mówi osześciu miesiącach spędzonych wAnglii, zanim skończyła pięć lat: „Myślę, że dzieci powinny podróżować. Myślę, że należy je wozić ze sobą. To im dobrze robi. Oczywiście jest to trudne dla rodziców”.

Wywiad przeprowadziłem na patio wogrodzie. Srebrzyste włosy, zprzedziałkiem pośrodku, związała wwysoki kok, miała na sobie niezbyt długą spódnicę, pończochy, bluzkę ikurtkę – wyglądała podobnie jak na zdjęciach ze skrzydełek swoich książek. Jeśli wydawała się zmęczona, nic dziwnego, biorąc pod uwagę, jak często ostatnio podróżowała. Ma mocny, melodyjny głos, który potrafi być rozbawiony icierpki, zatroskany isarkastyczny.

Urodziła się pani wPersji, obecnie Iranie. Jak pani rodzice tam trafili?

Mój ojciec brał udział wpierwszej wojnie światowej. Nie mógł sobie później znaleźć miejsca wAnglii. Wydawała mu się niezwykle ciasna. Żołnierze wokopach doświadczali wielu rzeczy iczęsto okazywało się, że nie dają sobie rady wdomu. Poprosił więc swój bank, żeby gdzieś go wysłał. Aoni wysłali go do Persji, gdzie czekał na nas bardzo duży dom, wielkie pokoje iprzestrzeń, ikonie pod wierzch. Bardzo przestronnie, bardzo pięknie. Niedawno się dowiedziałam, że miasto jest teraz ruiną. To znak czasu, ponieważ było to bardzo stare miasto kupieckie zpięknymi budynkami. Nikt nie zwrócił na to uwagi. Jest tak doszczętnie zniszczone, że nie może nas to obchodzić. Apotem wysłali go do Teheranu, strasznie brzydkiego miasta, wktórym moja matka była bardzo szczęśliwa, bo stała się częścią tego, co nazwano „kręgiem poselskim”. Uwielbiała każdą sekundę tego życia. Co wieczór odbywały się przyjęcia. Mój ojciec tego nienawidził. To był powrót do konwenansów. Potem, w1924 roku, wróciliśmy do Anglii, gdzie odbyło się coś onazwie Wystawa Imperium Brytyjskiego (pojawia się to od czasu do czasu wliteraturze) ico miało swoje konsekwencje. Znajdowało się tam stoisko zpołudniowej Rodezji, gdzie leżały ogromne kolby kukurydzy iwisiał slogan: „Zdobądź fortunę wpięć lat”, tego typu bzdury. Więc mój ojciec, co dość typowe dla jego romantycznego temperamentu, spakował cały dobytek. Ze względu na nogę iinne obrażenia wojenne dostawał rentę – malutką, około pięciu tysięcy funtów – iwyruszył do nieznanego kraju, aby zostać rolnikiem. Dzieciństwo spędził wpobliżu Colchester, które wtedy było raczej niewielkim miasteczkiem, ifaktycznie żył życiem dziecka ze wsi imiał wiejskie dzieciństwo. Wten zatem sposób znalazł się na żyznych równinach Rodezji. Jego historia nie jest niczym niezwykłym jak na tamte czasy. Trochę mi to zajęło, ale kiedy pisałam Shikastę, dość mocno uderzyło mnie, ilu rannych byłych żołnierzy tam mieszkało, iBrytyjczyków, iNiemców. Wszyscy okaleczeni przez wojnę, wszyscy szczęśliwi, że żyją, wprzeciwieństwie do ich kolegów.

Być może wmniejszej skali dotyczy to także naszych weteranów zWietnamu, którzy wracają tu inie umieją się dostosować, znajdują się całkowicie poza społeczeństwem.

Nie rozumiem, jak ludzie mogą przejść przez tego rodzaju doświadczenia iod razu się dopasować. To prośba ozbyt wiele.

Niedawno opublikowała pani wmagazynie „Granta” wspomnienia, które zgodnie ztytułem miały dotyczyć pani matki. Wpewnym sensie jednak więcej mówiły oojcu.

Cóż, jak można pisać onich osobno? Jej życie było, jak mawiano, poświęcone jego życiu.

Niesamowicie było czytać oposzukiwaniu złota za pomocą różdżki, wielkich planach, przygodach…

No tak, mój ojciec to był niezwykły gość. Skrajnie niepraktyczny człowiek. To wszystko po części zpowodu wojny. Po prostu odpłynął, nie mógł sobie poradzić. Moja matka była organizatorką itrzymała wszystko wkupie.

Mam wrażenie, że myślał ozłotej radiestezji wbardzo postępowy inaukowy sposób.

Miał taki pomysł – ichyba jest wtym coś prawdziwego –że można wten sposób znaleźć złoto iinne metale, jeśli tylko się wie, jak to zrobić. Zawsze eksperymentował. Wpewnym sensie napisałam onim wopowiadaniu pod tytułem Eldorado. Żyliśmy wzłotym kraju. Wszędzie dookoła znajdowały się nieduże kopalnie złota.

Więc to nie było zupełnie od rzeczy.

Nie! Farmerzy zawsze mieli wsamochodzie młotek albo miskę do płukania, tak na wszelki wypadek. Często wracali zkawałkami złotonośnej skały.

Wdzieciństwie otaczało panią dużo opowieści?

Nie… Wprawdzie Afrykanie opowiadali historie, ale zabroniono nam się znimi zadawać. Wmieszkaniu tam to było najgorsze. Mogłam mieć najbardziej cudowne ibogate doświadczenia. Ale to nie wchodziło wgrę wprzypadku białego dziecka. Teraz należę wAnglii do czegoś, co nazywa się Storytellers’ College. Jakieś trzy lata temu grupa osób postanowiła ożywić opowiadanie jako sztukę. Całkiem dobrze to wychodzi. Nieporozumienia zdarzały się na początku – jestem tylko patronem, zjawiłam się na kilku spotkaniach – bo ci, co przychodzili, myśleli, że opowiadanie oznacza opowiadanie dowcipów. Trzeba im było wylać kubeł zimnej wody na głowę! Inni zkolei uważają, że to rodzaj grupy terapeutycznej. Zawsze, wie pan, znajdzie się ktoś, kto chce mówić oswoich przeżyciach. Ale zebrała się ogromna liczba prawdziwych opowiadaczy. Niektórzy są zAfryki – zcałego kontynentu – ludzie, którzy zdziada pradziada są gawędziarzami, itacy, którzy starają się ożywić tradycję. Itak to się toczy. Studia mają się dobrze. Gdy sesje opowiadania odbywają się wLondynie czy gdziekolwiek, można liczyć na całkiem niezłą publiczność – co jest dość zdumiewające, gdy pomyśli się otym, co ludzie mogą robić zamiast tego: oglądać Dallas czy coś.

Co pani czuła po powrocie do Anglii? Pamiętam, że gdy J.G. Ballard wrócił zSzanghaju, czuł się stłamszony, wszystko wydawało mu się małe izacofane.

Otak! Czułam się strasznie ściśnięta, odczuwałam brak kolorów iwilgoć; wszystko było zatrzaśnięte izbyt domowe. Ciągle tak mam. Uważam, że Anglia jest bardzo ładna, ale zbyt zorganizowana. Nie sądzę, żeby istniał choć cal angielskiego krajobrazu, który nie zostałby wjakiś sposób uregulowany. Nie sądzę, żeby gdziekolwiek rosła dzika trawa.

Tęskni pani albo pragnie wrócić do mitycznego afrykańskiego krajobrazu?

Nie żyłabym wtym krajobrazie, prawda? Nie stałby się przeszłością. Kiedy trzy lata temu pojechałam do Zimbabwe, czyli dwa lata po tym, jak uzyskało niepodległość, stało się bardzo jasne, że gdybym miała tam zostać, należałabym do przeszłości. Moja jedyna rola wteraźniejszości ograniczałaby się do bycia swoistym symbolem. Bez dwóch zdań. Ponieważ jestem „porządną miejscową dziewczyną”. Wczasach reżimu białych byłam czarnym charakterem. Nikt nie miał omnie dobrego zdania. Nie ma pan pojęcia, jak zła potrafiłam być. Ale teraz jestem „wporządku”.

Mówiąc „zła”, ma pani na myśli swoją postawę wobec czarnych?

Byłam przeciwna apartheidowi. Trwała absolutna segregacja rasowa. Tego sformułowania już zupełnie nie ma: „segregacja rasowa”. Mój jedyny kontakt zczarnymi ograniczał się do służących. Jeśli chodzi opolitykujących Afrykańczyków, jest to bardzo trudne. Trudno mieć rozsądną relację zczarnymi, którzy muszą być wdomu odziewiątej wieczór, bo zaczyna się godzina policyjna, albo którzy żyją wubóstwie, aty nie.

Ze wspomnień z„Granty” wyłania się obraz pani jako dziecka, które nosi broń, strzela do zwierząt…

No cóż, sporo się wtedy strzelało. Dziś już prawie wcale, częściowo dlatego, że biali powystrzelali co się dało.

Chciała pani wtedy zostać pisarką? Wspomina pani, że chowała zapiski przed matką, która próbowała zbyt wiele znich wyczytać.

Moja matka była kobietą niezwykle sfrustrowaną. Miała ogromne możliwości, ale cała ta energia poszła na mnie imojego brata. Zawsze pragnęła, żebyśmy zostali kimś. Przez długi czas chciała, żebym została muzyczką, bo ona była wtym dość dobra. Nie miałam za wiele talentu, ale wtedy wszyscy musieli brać lekcje muzyki. Zawsze nas popychała. Ioczywiście wpewnym sensie to było bardzo dobre, dzieci należy popychać wjakimś kierunku. Tyle że ona wszystko zawłaszczała, cokolwiek by to było. Więc należało się bronić. Myślę jednak, że chyba każde dziecko musi znaleźć sposób na ochronę własnej twórczości.

Zastanawiałem się tylko, czy myślała pani wtedy, że będzie pisarką.

Między innymi. Na pewno mogłam zostać lekarzem. Byłabym dobrą farmerką itak dalej. Zostałam pisarką zpowodu frustracji imyślę, że wielu pisarzy tak ma.

Nie raz zmieniła pani styl pisania. Myśli pani, że ludzie czują się oszukani, jeśli nie trzyma się pani tego czy innego gatunku? Myślałem ofanach science fiction, ludziach zklapkami na oczach, którzy nienawidzą, gdy piszący „science fiction” nie zostają już na dobre wich małym klubie.

No tak, to dość ciasne spojrzenie. Wzasadzie ludzie, którzy uważają się za przedstawicieli tej społeczności, obecnie starają się mniej szufladkować. Zostałam zaproszona jako gość honorowy na World Science Fiction Convention wBrighton. Zaproszono tam także dwóch radzieckich pisarzy science fiction. Dawniej zawsze był problem; teraz organizatorzy mają nadzieję, że dzięki głasnosti ci autorzy faktycznie przyjadą. Wsumie, jeśli chodzi omoje niedawne książki, nigdy nie przyszło mi do głowy, że piszę science fiction czy coś wtym rodzaju! Dopiero kiedy skrytykowano mnie za pisanie fantastyki naukowej, zdałam sobie sprawę, że wkroczyłam na świętą ziemię. Oczywiście tak naprawdę nie piszę science fiction. Właśnie skończyłam Solaris takiego gościa, Stanisława Lema. Teraz to klasyka… pełna naukowych pomysłów. Połowa znich oczywiście się na mnie marnuje, bo nic nie rozumiem. Ale to, co rozumiem, jest fascynujące. Poznałam sporo młodych ludzi –niektórych nie tak znów młodych, jeśli chodzi ościsłość – którzy mówią: „Bardzo mi przykro, ale nie mam czasu na realizm”, na co odpowiadam: „Boże mój! Ale spójrz tylko, co tracisz! To zwykłe uprzedzenie”. Ale ich to nie interesuje. Ispotykam też ludzi wśrednim wieku, którzy mówią: „Bardzo mi przykro. Nie mogę czytać książek pozbawionych realizmu”. Myślę, że to wielka szkoda. Idlatego jestem zadowolona, że będę gościem honorowym tego konwentu, ponieważ widzę wtym wyłom.

Najbardziej wShikaście podobało mi się to, że duchowe tematy, które są zanurzone, stłumione lub zakodowane wscience fiction, są wniej wyniesione na pierwszy plan.

Kiedy ją pisałam, wogóle nie myślałam otej książce jako oscience fiction, nie do końca. Na pewno nie była to książka zaczynająca się od, nie wiem, na przykład: „Pewnego popołudnia wTomsku w1883 roku opiętnastej…” – który to początek jest, wprzeciwieństwie do kosmicznej panoramy, zapewne moim drugim wkolejności ulubionym rodzajem otwarcia!

Pisała pani wstępy do wielu zbiorów sufickich opowiadań ipowieści. Skąd się upani wzięło zainteresowanie sufizmem?

Hm, wie pan, nie znoszę otym rozmawiać. Bo cokolwiek się powie, brzmi to banalnie iefekciarsko. Tak naprawdę chcę tylko powiedzieć, że wtych wersach szukałam dyscypliny. Wszyscy się zgadzają, że każdy potrzebuje nauczyciela. Szukałam jednego dla siebie, ale żaden mi się nie spodobał, ponieważ każdy znich był jakimś „guru”. Potem usłyszałam otym człowieku, Shahu3, który jest sufim iktóry naprawdę bardzo mi zaimponował. Siedzę więc wtym od początku lat sześćdziesiątych. Trudno to wszystko podsumować, bo chodzi ocoś, czego się doświadcza. Chcę otym wspomnieć, bo wiele osób chodzi igada: „Jestem sufim” prawdopodobnie dlatego, że przeczytało jakąś książkę izabrzmiała dla nich atrakcyjnie. Ato jest absolutnie wbrew wszystkiemu, co powiedziałby lub zrobił prawdziwy sufi. Jeden znajwiększych rzekł kiedyś: „Nigdy nie nazwałbym siebie sufim – nie jestem tego godny”. Aja dostaję listy od ludzi, na przykład takie: „Cześć, Doris! Słyszałem, że też jesteś sufim!”. Cóż, naprawdę nie wiem, co wtedy odpowiedzieć. Zwykle je ignoruję.

3 Idries Shah (1924–1996) – pisarz inauczyciel wpisany wtradycję suficką (lub pseudosuficką), autor kilkudziesięciu książek otematyce od magii, przez dzienniki podróży ipsychologię, po mistykę izagadnienia kulturowe. Wzałożonym przez siebie Octagon Press publikował również tłumaczenia klasyki sufickiej, w1964 roku zaś wyszło jego najbardziej znane dzieło The Sufis. Wzbudzał zainteresowanie iszacunek wśród czytelników, przez orientalistów był jednak mocno krytykowany za wątpliwe tłumaczenia klasycznych tekstów oraz brak kompetencji. Doris Lessing była jedną zjego obrończyń (przyp. red.).

Wyobrażam sobie, że ludzie starają się ustawić panią na pozycji guru, czy to politycznego, czy metafizycznego.

Myślę, że ludzie zawsze szukają guru. Stać się nim to najprostsza rzecz pod słońcem. Co jest dość przerażające. Kiedyś wNowym Jorku zobaczyłam coś fascynującego. To musiało być na początku lat siedemdziesiątych – wczasach guru. Pewien człowiek chadzał do Central Parku isiadał tam, ubrany we wzorzyste złote szaty. Ani razu nie otworzył ust, po prostu siedział. Pojawiał się wporze lunchu. Ludzie schodzili się zewsząd, uznali, że najwyraźniej jest święty, itrwało to przez kilka miesięcy. Po prostu siedzieli wokół niego wpełnym szacunku milczeniu. Wkońcu wstawał iodchodził. Tak. To takie proste.

Zadam jeszcze jedno pytanie przy okazji tego wątku. Uważa pani, że reinkarnacja jest prawdopodobna?

No cóż, to atrakcyjny pomysł, choć sama wnią nie wierzę. Myślę, że bardziej prawdopodobne jest to, że wczasie trwania naszej długiej podróży udaje nam się „uszczknąć” co nieco tej krainy.

Że ta planeta to tylko przystanek?

Nie zachęca się nas – mówię oludziach studiujących zShahem – do zbyt długich rozmyślań na ten temat, bo są pilniejsze rzeczy do zrobienia. Jasne, że rozmyślanie otym wszystkim jest atrakcyjne, ba, nawet pisanie otym książek! Umnie jednak, wShikaście, reinkarnacja stała się dobrą metaforą, tylko tyle, pomysłem literackim, choć rozumiem, że są ludzie, którzy uznają tę powieść za swego rodzaju podręcznik.

Może przepowiednię?

Był to sposób na opowiedzenie historii – zawierającej idee znaszych wielkich religii. Napisałam we wstępie do Shikasty, że jeśli czyta się Stary Testament, Nowy Testament, apokryfy iKoran, obcuje się ztą samą historią. Te religie pewne idee mają wspólne, ajedną znich jest oczywiście ostateczna wojna lub apokalipsa czy jak to nazwać. Starałam się więc rozwinąć ten pomysł. Nazwałam to space fiction, bo nie dało się inaczej.

Mam wrażenie, że podczas pisania kieruje się pani przede wszystkim intuicją iże nie planuje pani powieści albo nie wykreśla zbyt wiele, ale tak jakby ją odkrywa. Mam rację?

Cóż, mam plan ogólny, ale to nie znaczy, że podczas pracy nie znajdzie się miejsce na jakąś dodatkową dziwną postać lub dwie. Wiedziałam, co mam zamiar zrobić zDobrą terrorystką. Zaczyna się od wysadzenia wpowietrze domu towarowego Harrod’s. Pomyślałam, że ciekawie byłoby napisać historię grupy amatorów, osób niekompetentnych, którzy zamierzają podłożyć bombę. Miałam główną bohaterkę, bo znam kilka osób podobnych do Alice – tej mieszanki matczynej miłości, troski owieloryby, foki iśrodowisko, która wtym samym czasie potrafi powiedzieć: „Nie można zrobić omletu bez rozbijania jajek” iktóra bez mrugnięcia okiem może rozważać zabicie dużej liczby osób. Im więcej otym myślałam, tym bardziej stawało się to interesujące. No więc miałam ją, miałam jej chłopaka izgrubsza wiedziałam, jakich potrzebuję ludzi. Chciałam różnorakich bohaterów, więc wymyśliłam parę lesbijek. Ale wtedy zainteresowały mnie postaci, które pojawiły się same zsiebie, jak Faye. Potem Faye zmieniła się wosobę destrukcyjną, co mnie zaskoczyło. Mały facecik Phillip pojawił się ot tak: usłyszałam wtedy oniezwykle drobnym młodym człowieku, lat dwadzieścia jeden, może dwadzieścia dwa, który nie miał pracy iktóremu pracę zawsze proponował urząd zatrudnienia. Na przykład załadunek na ciężarówki bardzo ciężkich roli papieru! Można by pomyśleć, że to szaleńcy! Więc nieustannie co trzy dni wylatywał zroboty. Myślę, że to dość zabawna książka.

Naprawdę?

No tak, wpewnym sensie jest komiczna. Zawsze mówimy orzeczach, jakby zdarzały się wsposób zaplanowany, jakby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Wrzeczywistości doświadczenie każdego znas dotyczące czegokolwiek mówi, że wszystkim rządzi absolutny bajzel. Wszystkim! Więc dlaczego tu miałoby być inaczej? Nie wierzę wtych wyjątkowo efektywnych terrorystów, ityle.

Spiski itak dalej?

Zamieszanie ibałagan są nieuniknione.

Pracuje pani nad więcej niż jedną powieścią naraz?

Nie, to dość proste. Robię czasem porządki wnotatkach zpoprzedniej rzeczy, gdy pracuję nad czymś innym. Ale na ogół lubię robić wszystko po kolei.

Czyli pracuje pani od początku do końca, nie miesza…

Tak. Nigdy nie robiłam tego inaczej. Jeśli się pisze fragmentami, traci się bardzo cenną ciągłość formy. To niewidzialna wewnętrzna ciągłość. Wsumie można się otym dowiedzieć tylko wtedy, jeśli coś się zmienia wsposobie pracy.

Czy ma pani wrażenie, że rozwija się wobrębie każdego gatunku, za który się wzięła? Myślałem na przykład otym, że realistyczny punkt widzenia wDobrej terrorystce, anawet wksiążkach zJane Somers był bardziej obiektywny niż wpani poprzednich książkach realistycznych.

Wiąże się to pewnie zmoim podeszłym wiekiem. Wszyscy wkońcu stajemy się bezstronni. Każdą książkę widzę jako problem do rozwiązania. On dyktuje formę, której należy użyć. To nie tak, że się mówi: „Chcę napisać książkę science fiction”. Zaczyna się zdrugiego końca ito, co ma się do powiedzenia, dyktuje formę.

Pisze pani nieustannie? Robi przerwy między książkami?

Tak! Trochę czasu już minęło, odkąd ostatnio coś napisałam. Zdarzają mi się dość długie przerwy. Ale zawsze jest coś do zrobienia, czy się tego chce czy nie, jakiś artykuł do napisania. Wtej chwili piszę opowiadania. To ciekawe, bo są bardzo krótkie. Mój redaktor, Bob Gottlieb, powiedział kiedyś, zupełnie bez związku, że nikt nigdy nie wysyła mu bardzo krótkich historii, ajego zdaniem one są bardzo ciekawe. Pomyślałam: „Omój Boże, od lat nie pisałam bardzo krótkich opowiadań”. Każde ma więc jakieś tysiąc pięćset słów itaka dyscyplina jest dobra. Cieszy mnie. Mam już kilka imyślę, że zatytułuję je London Sketches, bo wszystkie traktują oLondynie.

Nie są to więc przypowieści? Nie mają wsobie egzotyki?

Nie, zupełnie. Są absolutnie realistyczne. Sporo chodzę po Londynie. Ioczywiście każde miasto jest teatrem, prawda?

Ma pani nawyk regularnej pracy?

To bez znaczenia, to tylko nawyk. Kiedy wychowywałam dziecko, nauczyłam się pisać wbardzo krótkich, intensywnych zrywach. Gdy miałam weekend albo tydzień, odwalałam niewiarygodnie dużo roboty. Teraz moje nawyki wydają się już zakorzenione. Wsumie pracowałoby mi się owiele lepiej, gdybym mogła robić to znacznie wolniej. Ale to nawyk. Zauważyłam, że większość kobiet tak pisze, podczas gdy, jak rozumiem, Graham Greene stuka dwieście doskonałych słów dziennie! Tak słyszałam! Właściwie tak sobie myślę, że piszę dużo lepiej wciągu. Zaczyna się coś izpoczątku jest to trochę chropowate, dziwaczne, ale przychodzi taki moment, wktórym następuje kliknięcie inagle wszystko zaczyna się toczyć. Myślę, że to wtedy dobrze piszę. Nie piszę dobrze, kiedy siedzę ipocę się nad każdym zdaniem.

Jakiego rodzaju jest pani czytelniczką? Czyta pani współczesną prozę?

Czytam bardzo dużo. Idzięki Bogu, robię to bardzo szybko, bo inaczej nie dałabym rady. Pisarze dostają od wydawców stosy książek. Dostaję osiem, dziewięć albo dziesięć książek tygodniowo ito spore obciążenie, bo należę do osób bardzo sumiennych. Kiedy przeczyta się jeden lub dwa rozdziały, ma się całkiem wyraźny obraz tego, jaka jest książka. Jeśli mi się spodoba, czytam dalej. To niesprawiedliwe, wkońcu można być wzłym nastroju albo strasznie pochłoniętym własną pracą. Są też pisarze, których podziwiam, izawsze czytam ich najnowsze książki. No ioczywiście często się zdarza, że ludzie mówią mi, co powinnam przeczytać. Czytam więc nieustannie.

Może nam pani powiedzieć coś więcej otym, jak nabrała pani establishment krytycznoliteracki na Jane Somers? Przede wszystkim widzę to jako wyraz niezwykłej hojności: wydać pod pseudonimem dwie długie powieści iwten sposób pokazać, jak traktuje się młodych pisarzy.

No cóż, zpoczątku miała być jedna książka, nie dwie! Abyło tak, że napisałam pierwszą ipowiedziałam swojemu agentowi, że chcę ją wydać jako debiut… autorstwa dziennikarki zLondynu. Chciałam tożsamości, która byłaby wmiarę zbieżna zmoją. Owszystkim wiedział zatem tylko mój agent – itak ją rozsyłał. Moi dwaj angielscy wydawcy ją odrzucili. Czytałam recenzje wewnętrzne, które okazały się bardzo protekcjonalne. Naprawdę zadziwiająco protekcjonalne! Trzecim wydawnictwem, Michaelem Josephem (opublikowali mój debiut), kierowała wtedy bardzo mądra kobieta, Phillipa Harrison, która powiedziała do mojego agenta: „To mi przypomina wczesną Doris Lessing”. Wpadliśmy wpanikę, ponieważ nie chcieliśmy, żeby zaczęła otym rozpowiadać! Więc zaprosiliśmy ją na lunch ipowiedziałam: „To ja, chcesz wziąć wtym udział?”. Zpoczątku była zła, ale potem bardzo jej się wszystko podobało. Bob Gottlieb, który był wtedy moim redaktorem wKnopfie wStanach, też się wszystkiego domyślił, iwtedy wiedziały otym trzy osoby. Następnie zadzwonił do mnie francuski wydawca ipowiedział: „Właśnie kupiłem książkę pewnej angielskiej pisarki itak się zastanawiam, czy trochę jej pani nie pomogła”. Więc mu powiedziałam. Wsumie wiedziały otym cztery, może pięć osób. Wszyscy się spodziewali, że kiedy książka się ukaże, każdy się zorientuje. Cóż, przed publikacją powieść została wysłana do większości specjalistów od mojej twórczości, ale żaden znich się nie domyślił. Pisarze czują się zaszachowani przez tych ekspertów – pisarze stali się ich własnością. No więc cholernie dobrze się stało! To było najlepsze, co się mogło zdarzyć! Czterej wydawcy wEuropie kupili prawa do książki, nie wiedząc, że to ja, ito było miłe. Potem powieść się ukazuje idostaję recenzje, jakie zwykle dostają debiutanci, drobne notki pisane głównie przez dziennikarki, które myślały, że jestem jedną znich. Wtedy „Jane Somers” dostaje mnóstwo listów od fanów, głównie zwyczajnych czytelników niezwiązanych zliteraturą, od ludzi, którzy opiekują się starszymi iwariują. Isporo od pracowników socjalnych, którzy albo się zgadzają, albo nie, ale wszyscy piszą, że dobrze, że to napisałam. Więc pomyślałam: „No dobra, napiszę jeszcze jedną”. Wtedy już bardzo fascynowała mnie Jane Somers. Gdy pisze się wpierwszej osobie, nie można zbytnio oddalać się od tego, co jest właściwe dla tej postaci. Jane Somers pochodzi zangielskiej klasy średniej, zdość ciasnego umysłowo środowiska. Niewiele jest rzeczy bardziej ograniczonych niż angielska klasa średnia. Nie poszła na studia. Zaczęła pracować wbardzo młodym wieku itrafiła prosto do biura. Jej życie toczyło się wbiurze. Miała męża, ale to nie było małżeństwo. Nie miała dzieci. Tak naprawdę nie lubiła wyjeżdżać zkraju. Kiedy wyjechała zmężem za granicę iraz na wycieczkę zpracy, cieszyła się zpowrotu do domu. Miała tak miałkie doświadczenia, jak tylko można sobie wyobrazić. Więc podczas pisania musiałam wycinać wszystko, co zwykle mi się nasuwa. Sio! Sio! Ona jest bardzo zwyczajną kobietą. Ona ma bardzo zdecydowane poglądy na temat dobra izła.

Itego, wco się ubrać…

Wszystkiego! Mam znajomą, która rozpaczliwie przejmuje się swoimi strojami. Przechodzi męki, żeby osiągnąć tę doskonałość, której nie życzyłabym nikomu! Na Jane Somers składa się kilkoro ludzi. Kolejną była moja matka. Zastanawiałam się, jaka by była, gdyby była teraz młoda iżyła wLondynie. Trzecią była kobieta, którą kiedyś znałam iktóra mawiała: „Miałam doskonale szczęśliwe dzieciństwo. Ubóstwiałam rodziców. Lubiłam swoich braci. Mieliśmy dużo pieniędzy. Uwielbiałam chodzić do szkoły. Wcześnie wyszłam za mąż, ubóstwiałam swojego męża” – mniej więcej wten deseń. Ale potem nagle umiera jej mąż. Izuroczej kobietki stała się człowiekiem. Użyłam więc tego, aby stworzyć jedną postać. To niesamowite, ile się można osobie dowiedzieć podczas pisania wpierwszej osobie okimś zupełnie innym.

Pani pierwotny pomysł na książki Jane Somers polegał na zbadaniu literackiego establishmentu?

Tak. Od dość dawna jestem blisko maszyny literackiej. Wiem, co jest wniej dobrego, aco złego. Tu nie chodzi owydawców, tylko orecenzentów ikrytyków, których uważam za niezwykle przewidywalnych. Doskonale wiedziałam, co stanie się ztą książką! Tuż przed tym, jak wyjawiłam prawdę, udzieliłam wywiadu kanadyjskiej telewizji. Spytali: „No ico się stanie, jak pani myśli?”. Odpowiedziałam: „Angielscy krytycy powiedzą, że książka jest słaba”. Dokładnie! Pojawiły się te kwaśne, szkaradne recenzyjki. Atymczasem powieść radziła sobie bardzo dobrze wkażdym innym kraju.

Wprzedmowie do Shikasty napisała pani, że ludzie wnajmniejszym stopniu nie zdawali sobie sprawy, wjakich niezwykłych żyli czasach, gdy mieli nieograniczony dostęp do książek. Myśli pani, że faktycznie porzucimy kulturę książki? Sytuacja jest aż tak niebezpieczna?

No cóż, proszę nie zapominać, że pamiętam drugą wojnę światową, kiedy istniało bardzo mało książek iprawie nie było papieru. Dla mnie pójście do sklepu lub spojrzenie na cennik izobaczenie, że mogę mieć wszystko, czego potrzebuję, lub prawie wszystko, jest jak swego rodzaju cud. Kto wie, czy wtrudnych czasach będziemy mieć taki luksus.

Czuje pani odpowiedzialność, że obok opowiadania dobrych historii snuje pani takie przepowiednie?

Wiem, że ludzie mówią: „Dla mnie jest pani prorokiem”. Ale wtym, co powiedziałam, nie ma nic, czego nie można znaleźć choćby wnumerach „New Scientist” zostatnich dwudziestu lat. Nic! Czemu więc uznaje się mnie za proroka, atamtych nie?

Pisze pani lepiej.

Właśnie miałam zamiar powiedzieć, że ujmuję to ciekawiej. Myślę, że czasem wychwytuję taki rodzaj fali –ichyba wielu pisarzy tak ma – dzięki której przewiduję wydarzenia. Ale naprawdę nie sądzę, że to jakieś wielkie halo. Moim zdaniem pisarz od tego jest, żeby prowokował pytania. Lubię myśleć, że jeśli ktoś czyta moją książkę, przeżywa – no, nie wiem – literacki odpowiednik zimnego prysznica. Coś, przez co zaczyna myśleć wnieco inny sposób. Do tego, jak sądzę, służą pisarze. Taka nasza rola. Spędzamy mnóstwo czasu na rozmyślaniu, jak to wszystko działa, dlaczego coś się zdarza, ato oznacza, że jesteśmy bardziej wrażliwi na to, co się dzieje.

Eksperymentowała pani kiedyś ze słynnymi wlatach sześćdziesiątych halucynogenami czy czymś wtym rodzaju?

Raz wzięłam meskalinę. Cieszę się ztego, ale nigdy tego nie powtórzę. Zrobiłam to wbardzo złych okolicznościach. Dwie osoby, które dały mi meskalinę, okazały się zbyt odpowiedzialne! Siedziały ze mną przez cały czas, przez co odkryłam przede wszystkim „gościnny” aspekt mojej osobowości, bo jedyne, co przez cały czas robiłam, to relacjonowałam im to cholerne doświadczenie! Częściowo, żeby chronić to, co naprawdę czuję. Powinni byli dać mi spokój. Pewnie bali się, że wyskoczę przez okno. Nie jestem kimś, kto robi coś takiego! Apotem głównie płakałam. Co nie było bez znaczenia, itamtych dwoje strasznie się tym zmartwiło, co mnie zkolei zirytowało. Tak więc cała sprawa mogła potoczyć się lepiej. Nie chciałabym tego powtórzyć. Głównie dlatego, że znam ludzi, którzy mieli złe jazdy. Mój znajomy raz wziął meskalinę. Jego doświadczenie było koszmarem, który nie chciał się skończyć – miesiącami widział, jak ludziom głowy turlają się zramion. Coś strasznego! Nie chcę.

Dużo pani podróżuje?

Za dużo. Powinnam przestać.

To głównie zobowiązania?

Tylko praca, promocje, wie pan. Pisarze mają sprzedawać swoje książki! Zadziwiający postęp! Powiem panu, gdzie pojechałam wtym roku na prośbę moich wydawców. Byłam wHiszpanii… Barcelonie iMadrycie, jest tam bardzo przyjemnie. Potem ruszyłam do Brazylii, gdzie odkryłam – nie wiedziałam otym – że całkiem nieźle się tam sprzedaję. Szczególnie, oczywiście, space fiction. Brazylijczycy bardzo się wto wkręcili. Następnie San Francisco. Tam mi powiedzieli: „Skoro już tu pani jest, to równie dobrze… – te słowa: równie dobrze – może pani wyskoczyć wzdłuż wybrzeża do Portland”. Był tam pan?

Nie, nigdy.

To dopiero doświadczenie! WSan Francisco ludzie są hedonistyczni, cyniczni, dobroduszni, sympatyczni, wygodni idobrze ubrani – wswobodny sposób. Pół godziny wsamolocie ijest się wdość pryncypialnym, skostniałym mieście, gdzie wogóle nie występuje zjawisko swobodnego zachowania. To niesamowite, na tym samym wybrzeżu. Taka jest Ameryka. Potem poleciałam do Finlandii, moja druga wizyta. Mają jedne znajlepszych księgarni na całym świecie! Cudowne, wspaniałe! Mówią, że to zpowodu tych długich ciemnych nocy! Teraz jestem tutaj. Później muszę być wBrighton na konwencie science fiction. No izdobyłam nagrodę we Włoszech, Premio Mondello, którą wręczają na Sycylii. Spytałam: „Dlaczego Sycylia?”. Aoni odpowiedzieli, śmiertelnie poważnie: „Widzi pani, Sycylia źle się kojarzy zpowodu mafii…”. Więc jadę na Sycylię, apotem całą zimę będę pracować.

Słyszałem, że pracuje pani nad space operą zPhilipem Glassem.

To, co się dzieje zksiążkami, jest zdumiewające! Kto by pomyślał, że The Making of the Representative for Planet 8 zmieni się woperę? Niesamowite!

Jak do tego doszło?

Napisał do mnie Philip Glass, że chciałby zrobić operę, więc się spotkaliśmy.

Zetknęła się pani wcześniej zjego muzyką?

No jakoś nie. Przysłał mi kilka swoich płyt. Moje uszy potrzebowały chwili, żeby przywyknąć. Ucho nieustannie spodziewało się, że zdarzy się coś innego. Rozumie pan, co mam na myśli? Potem się spotkaliśmy irozmawialiśmy, iposzło nam bardzo dobrze, co jest zadziwiające, bo nie mogliśmy się bardziej różnić. Daliśmy radę. Nie zdarzyło się, żebyśmy się wczymś nie zgodzili. Powiedział, że książka go urzekła, aja pomyślałam, że ma rację, bo ona pasuje do jego muzyki. Spotykaliśmy się, ale nie żeby urządzać jakieś ogromne sesje, dzień tu, dzień tam, decydowaliśmy, co robić, aczego nie. Napisałam libretto.

Robiła pani wcześniej coś takiego?

Nie, nigdy zmuzyką.

Istniała już muzyka, zktórą miała pani pracować?

Nie, zaczęliśmy od libretta. Do tej pory powstało sześć wersji historii, ponieważ jest to fabuła, wprzeciwieństwie do większości rzeczy, które dotąd robił. Jak coś było gotowe, pisał muzykę imówił, że chciałby jeszcze sześć wersów tutaj, awinnym miejscu mniej otrzy. Wielkie wyzwanie.

Czy może pani powiedzieć coś oswoim następnym projekcie?

Tak, następna książka będzie niewielka. To opowiadanie, które urosło. Żart polega na tym, że nowela wAnglii jest bardzo lubiana. Ale nie jest specjalnie popularna wStanach Zjednoczonych. Tutaj wolą sążniste książki. Żeby były warte wydanych pieniędzy. To będzie opowieść obardzo zwyczajnej rodzinie, wktórej rodzi się goblin. To proza realistyczna. Moja opowieść ma dwa źródła. Jedno znich to wspaniały pisarz Loren Eiseley. Napisał taki kawałek – nie mogę sobie przypomnieć, oczym tak naprawdę to było – wktórym ozmierzchu idzie nad morze ina wiejskiej drodze widzi dziewczynę, októrej mówi, że jest neandertalką: wiejska dziewczyna na wsi, niewiele dało się oniej powiedzieć poza tym, że była krępa imiała niekształtną czaszkę. To po prostu bardzo wzruszający ismutny tekst. Utkwił mi wgłowie ipowiedziałam: „Skoro neandertalczycy, dlaczego nie ludzie zCro-Magnon, dlaczego nie krasnoludy, gobliny, przecież wszystkie kultury mówią otych stworzeniach?”. Drugim źródłem był bardzo smutny artykuł wmagazynie, list od kobiety, która zaczęła tak: „Po prostu chcę otym napisać, bo oszaleję”. Miała chyba trójkę dzieci. Jej ostatnie dziecko, córka, które miało wtedy siedem lub osiem lat, od urodzenia było, jak to ujęła, diabłem. Posłużyła się takim określeniem. Pisała, że jej córka nienawidziła wszystkich dookoła. Nigdy nie robiła niczego normalnego, nie śmiała się, nie była szczęśliwa. Zniszczyła rodzinę, która nie mogła jej znieść. Matka pisała: „Chodzę do niej wnocy ipatrzę, jak moje dziecko śpi. Całuję ją podczas snu, bo nie mam odwagi jej pocałować, kiedy nie śpi”. Tak czy siak, to wszystko trafiło do tej nowelki. Zgoblinem rzecz polega na tym, że jest absolutnie realny. To normalny goblin. Ale my po prostu nie potrafimy dać sobie znim rady4.

4Mowa owydanej w1988 roku książce The Fifth Child (Piąte dziecko), której kontynuacja, Ben, in the World (Podróż Bena), ukazała się w2000 roku. Obie dla PIW-uprzełożyła na polski Anna Gren.

Czy seria space będzie miała ciąg dalszy?

Tak. Nie zapomniałam oniej. Kiedy przeczyta pan ostatnią część, The Sentimental Agents – która tak naprawdę jest satyrą, nie science fiction – zobaczy pan, że skończyłam ją tak, że nie obejdzie się bez następnego tomu. [Książka kończy się wpołowie zdania]. Wkolejnym tomie wyślę tego bardzo naiwnego agenta na… Jak się nazywa ta moja zła planeta?

Shammat?

Tak, na Shammat, żeby wszystko zreformował. Pisanie oShammacie będzie trudne, bo nie chcę, żeby był podobny do Ziemi! To zbyt proste. Mam zarys akcji, ale brakuje mi odpowiedniego tonu. Wie pan, co mam na myśli?

Dużo pani czyta przed publicznością?

Niezbyt. Robię to, kiedy mnie poproszą. Nie proszą mnie oto wFinlandii. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam. Ach, wNiemczech wzeszłym roku, mój Boże! To była tragedia. Zaprosiła mnie jakaś uczelnia wNiemczech. Powiedziałam im: „Słuchajcie, chcę robić to, co zawsze robię. Przeczytam opowiadanie, apotem odpowiem na pytania”. Odparli tak jak zawsze odpowiadają akademicy: „Och, nie może pani oczekiwać, że nasi studenci będą zadawać pytania”. Powiedziałam: „Proszę pozwolić mi się tym zająć, wiem jak”. Wkażdym razie to, co się stało, było typowe dla Niemiec: spotkaliśmy się oczwartej po południu, żeby omówić spotkanie, które miało się odbyć oósmej. Nie umieli sobie poradzić zżadną dwuznacznością ani zakłóceniem porządku – nie inie! Nie mogę tego znieść. Mówię: „Okej, dajcie spokój”. Przyszło dużo ludzi, przeczytałam opowiadanie po angielsku iwszystko szło jak zpłatka, wręcz doskonale. Powiedziałam: „Chętnie teraz odpowiem na pytania”. Wtedy ten tuman, jeden zczterech cholernych profesorów, zaczął odpowiadać na pytania publiczności idebatowali między sobą, prowadzili te niezwykle długie dysputy ziejące taką nudą, że wkońcu publiczność zaczęła wstawać idryfować na zewnątrz. Pewien młody człowiek, student, stanął wprzejściu ikiedy profesor skończył jakiś niezmiernie długi wywód, zawołał: „Bla, bla, bla, bla, bla!”. Wtedy zzupełnym brakiem troski ouczucia profesorów powiedziałam: „Może odpowiem po angielsku na pytaniapubliczności?”. Więc wszyscy wrócili, usiedli iposzło dobrze… Doskonałe, interesujące pytania! Profesorowie byli wściekli. Taką miałam przygodę wNiemczech. Niemcy są najgorsi, naprawdę; koniec.

Ostatnio wróciła pani do literatury faktu.

No tak, niedawno napisałam książkę, krótką, osytuacji wAfganistanie. Byłam tam iwidziałam obozy dla uchodźców; pojechałam, ponieważ zwykle jeżdżą korespondenci gazet, to znaczy mężczyźni, amężczyźni nie mogą rozmawiać zkobietami zpowodu islamskich zwyczajów. Dlatego skupiliśmy się na kobietach. Książka nosi tytuł The Wind Blows Away Our Words, to słowa jednego zich bojowników, który powiedział: „Krzyczymy do was opomoc, ale wiatr rozwiewa nasze słowa”.

Czy martwiła się pani tym, co pani sobą wnosi wtak skomplikowaną historię, będąc kimś zzewnątrz, kto odwiedza ich tylko przez chwilę?

Czy dziennikarze, bywając wróżnych krajach przez chwilę, martwią się tym, co sobą wnoszą? Jeśli chodzi omnie, wprzeciwieństwie do większości dziennikarzy byłam dobrze przygotowana do tej podróży, od kilku lat studiowałam te kwestie iznałam zarówno Afgańczyków, jak iPakistańczyków (oczym piszę bardzo wyraźnie), atakże przebywałam zludźmi, którzy znali farsi –większość dziennikarzy nie miała tego przywileju.

Metody reportażu użyte wtej książce stały się przedmiotem krytyki ze strony amerykańskich dziennikarzy, którzy oskarżają panią, że wyjazd do Afganistanu został sfinansowany przez proafgańską organizację. Jak pani na to odpowie?

To stereotypowe imało lotne zarzuty ludzi zlewicy, ludzi, którzy, moim zdaniem, nie powinni oczekiwać, że ktoś ich potraktuje serio, bo wyraźnie piszę wksiążce otym, że podróż nie została sfinansowana przez organizację polityczną. Pojechałam zramienia Afghan Relief, organizacji założonej przez kilkoro przyjaciół, wśród założycieli jestem także ja, która pomogła wielu ludziom odwiedzić Pakistan, ale nie rozdaje pieniędzy. Za wszystko płaciłam sama, podobnie jak inni, zktórymi pojechałam. Afghan Relief ma bliskie powiązania zAfgańczykami, zarówno tymi na emigracji, jak iwalczącymi wkraju, ikorzysta zdoradztwa Afgańczyków mieszkających wLondynie. Ci Afgańczycy są moimi osobistymi przyjaciółmi, nie „politycznymi”. Afghan Relief jak dotąd nie wydał ani pensa na administrację; wszystkie zbiórki pieniędzy, tutaj iwPakistanie, odbywają się na zasadzie wolontariatu. Przeliteruję to: nikt wAfghan Relief nie czerpie żadnych korzyści zwyjątkiem Afgańczyków.

Sięgnę po słowa, których użyła pani wksiążce Jane Somers: „Gdyby młodzi wiedzieli, gdyby starzy mogli…”. Jest coś, co wolałaby pani zrobić inaczej? Albo dać jakąś radę?

Rady to nie moja bajka. Poza tym pan mi nie wierzy, że wszystko na tym polu to banał, wszystko już zostało powiedziane, izwyczajnie nie wierzy pan, że się zestarzeje. Wogóle ludzie nie zdają sobie sprawy, jak szybko się starzeją. Czas płynie jak opętany.