Wydawca: Słowo/obraz terytoria Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka pierdzenia - Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut

„Doprawdy wstyd, Czytelniku, że od kiedy pierdzieć począłeś, nie wiesz nawet, jak to robisz i jak to robić powinieneś. Sprawa ta, analizowana przeze mnie rzetelnie, dotąd zaniedbana była wielce nie dlatego, że niegodna uwagi, ale z powodów innych: zdawało się bowiem, iż żadnej metodzie nie podlega, i nowych w tej materii nie poczyniono odkryć. To błąd. Znacznie bardziej, niż zwykliśmy mniemać, potrzebna jest wiedza, po co pierdzimy. Pryncypia owej sztuki przedkładam przeto zainteresowanym”.

Sztuka pierdzenia ukazała się we Francji w roku 1751. Szybko zdobyła ogromną popularność, a jej najbardziej rubaszne ustępy czytano na salonach po spożyciu ostatniego dania wystawnej kolacji. Lektura dzieła, wzbudziwszy śmiech, ułatwiała trawienie. Dziś jego przenikliwość docenią nie tylko amatorzy owej pożytecznej sztuki, ale i wszyscy, którzy lubią podróżować po krainie absurdu.

Opinie o ebooku Sztuka pierdzenia - Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut

Fragment ebooka Sztuka pierdzenia - Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut

DLA ICH EKS­CE­LEN­CJI

KAR­NA­WA­ŁU

I

MIĘ­SO­PU­STA

EKS­CE­LEN­CJE,

Pod ja­ki­mi in­ny­mi au­spi­cja­mi niż Wa­sze Sztu­ka pier­dze­nia mo­gła­by się uka­zać? Czyż trze­ba tłu­ma­czyć po­wo­dy, dla któ­rych Wam ją de­dy­ku­ję? Już cała pu­bli­ka do­brze wie i ro­zu­mie, iż dzieł­ko ni­niej­sze pod­ję­te i uło­żo­ne zo­sta­ło za Wa­szym przy­zwo­le­niem oraz że Kar­na­wał i Mię­so­pust ła­ska­wym okiem spoj­rzą na nie, by po­słu­ży­ło ono au­to­ro­wi za ko­la­sę na dro­dze ku nie­śmier­tel­no­ści. Któż inny le­piej zresz­tą niż Wy ko­la­sę taką przy­spo­so­bić umie, któż le­piej niż Wy po­tra­fi ją do­ce­nić?

Wi­nie­nem prze­to chwa­łę Wa­szą gło­sić, Wa­sze po­cząt­ki od nie­pa­mięt­nych cza­sów ce­le­bro­wać oraz hi­sto­rię Wa­szych słyn­nych przod­ków prze­biec. Wa­sze cno­ty i ta­len­ty wi­nie­nem wy­chwa­lać, któ­re przy­sło­wio­we już się sta­ły, ale wie­dząc, żem nie­zgra­ba, nie po­dej­mę się ry­zy­ka uszko­dze­nia ka­dziel­ni­cą tak cen­nych or­ga­nów po­wo­nie­nia Wa­szych Eks­ce­len­cji, któ­re jak­że się przy­da­dzą w lek­tu­rze tego dzieł­ka.

Z wy­ra­za­mi naj­wyż­sze­go sza­cun­ku i od­da­nia po­zo­sta­ję uni­żo­nym i naj­wier­niej­szym słu­gą Wa­szych Eks­ce­len­cji.

DO CZY­TEL­NI­KA

Do­praw­dy wstyd, Czy­tel­ni­ku, że od kie­dy pier­dzieć po­czą­łeś, nie wiesz na­wet, jak to ro­bisz i jak to ro­bić po­wi­nie­neś. Po­wszech­nie się mnie­ma, że po­pier­du­je się albo mało, albo dużo, i że w isto­cie pier­dze­nie jest tyl­ko gru­biań­stwem.

Spra­wa ta, ana­li­zo­wa­na prze­ze mnie rze­tel­nie, do­tąd za­nie­dba­na była wiel­ce nie dla­te­go, że nie­god­na uwa­gi, ale z po­wo­dów in­nych: zda­wa­ło się bo­wiem, iż żad­nej me­to­dzie nie pod­le­ga, i no­wych w tej ma­te­rii nie po­czy­nio­no od­kryć. To błąd.

Pier­dze­nie jest sztu­ką, a za­tem jest w ży­ciu uży­tecz­ne, o czym wie­dzie­li Lu­kian, Her­mo­ge­nes, Kwin­ty­lian etc. Znacz­nie bar­dziej, niż zwy­kli­śmy mnie­mać, po­trzeb­na jest wie­dza, po co pier­dzi­my.

Pierd, co próż­no szu­ka uj­ścia mimo,

W fu­rii roz­sa­dza ścian­ki oko­licz­ne

I zgo­nu na­wet może być przy­czy­ną.

Stwar­dzo­ny bliź­ni ku kre­so­wi zmie­rza,

Gdy pierd na czas pusz­cza, ła­sce się po­wie­rza.

Moż­na pier­dzieć prze­pi­so­wo i ze sma­kiem, co po­czu­jesz, Czy­tel­ni­ku, w dal­szych par­tiach tego dzieł­ka. Nie uda mi się wy­rów­nać bra­ków wie­dzy i uszczerb­ków w ba­da­niach do­ty­czą­cych sztu­ki, o któ­rej głu­cho na­wet w naj­więk­szych słow­ni­kach, nie uświad­czysz w nich (rzecz nie­sły­cha­na) na­wet jej na­zwy. Pryn­cy­pia owej sztu­ki przed­kła­dam prze­to za­in­te­re­so­wa­nym.

SZTU­KA

PIER­DZE­NIA

PRZED­MO­WA TEO­RE­TYCZ­NA

Cy­ce­ron ga­nił, kar­cił i wy­szy­dzał Pa­ne­tiu­sa za to, że za­nu­rzyw­szy się po dziur­ki w no­sie w ma­te­rii, nie po­dał jej de­fi­ni­cji i nie dał po­wą­chać au­dy­to­rium, na czym rzecz po­le­ga, ale prze­sław­ny ora­tor w księ­dze O po­win­no­ściach sam za­po­mniał o wła­snej, jak­że mą­drej, prze­zor­nej, zba­wien­nej i sto­sow­nej ra­dzie. By unik­nąć prze­to słusz­nych uwag i za­rzu­tów z po­wo­du po­peł­nie­nia po­dob­ne­go błę­du, wy­zy­skaw­szy opi­nie, wska­zów­ki, wy­wo­dy oraz błę­dy rzym­skie­go mów­cy, nie po­dej­mie­my teo­re­tycz­nych ba­dań nad pierd­nię­ciem, za­nim nie po­da­my jego praw­dzi­wej i za­do­wa­la­ją­cej de­fi­ni­cji.

CZĘŚĆ PIERW­SZA

O pierd­nię­ciach w sen­sie ści­słym

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Ogól­na de­fi­ni­cja pierd­nię­cia

Pierd­nię­cie, zwa­ne przez Gre­ków po­rdh, przez Rzy­mian cre­pi­tus ven­tris, przez daw­nych Sak­soń­czy­ków pur­ten lubfur­ten, przez Niem­ców Fart­zen i przez An­gli­ków fart, two­rzą wia­try do­by­wa­ją­ce się raz dźwięcz­nie, in­nym ra­zem bez­dź­więcz­nie.

Nie­któ­rzy au­to­rzy, dość ogra­ni­cze­ni i nie­uważ­ni, upie­ra­ją się tępo, głu­pa­wo oraz aro­ganc­ko, mimo ca­le­pi­na i wszyst­kich in­nych słow­ni­ków już na­pi­sa­nych lub do na­pi­sa­nia w przy­szło­ści, że pierd­nię­cie, w ści­słym sen­sie tego sło­wa, czy­li w sen­sie na­tu­ral­nym, sto­su­je się wy­łącz­nie do wia­trów pusz­cza­nych ha­ła­śli­wie. Pod­pie­ra­ją się oni wer­se­tem z Ho­ra­ce­go, któ­ry nie przed­sta­wia peł­nej idei pierd­nię­cia:

Nam di­spo­sa so­nat qu­an­tum Ve­si­ca pe­pe­di.

Sat. 8

„Tak gło­śno pierd­ną­łem, że pę­cherz za­brzę­czał”. Któż jed­nak nie wy­czu­je, że Ho­ra­cy użył w tym wer­se­cie sło­wa pe­de­re (pier­dzieć) w sen­sie ogól­niej­szym? I czyż mu­siał on gło­śno ob­ja­śniać, że sło­wo pe­de­re ozna­cza dźwięk na­dob­ny, a nie tyl­ko wy­bu­cho­wo wy­strze­la­ny? Sa­int-Evre­mond, fi­lo­zof po­ży­tecz­ny, przed­sta­wił od­mien­ną od zwy­cza­jo­wej ideę pierd­nię­cia. We­dle nie­go pierd­nię­cie jest wes­tchnie­niem, o czym po­wie­dział ko­chan­ce, kie­dy pierd­nął w jej kom­pa­nii:

Me ser­ce prze­peł­nio­ne łza­mi,

Strasz­nie na­brzmia­łe wes­tchnie­nia­mi,

Na wi­dok za­cie­kło­ści Pani

Wes­tchnie­nie jed­no prze­mie­ni­ło

Tak, że z lęku przed usta­mi

Przez inny ka­nał się prze­bi­ło.

Pierd­nię­cie za­tem, w ogól­nym sen­sie, jest wia­trem za­mknię­tym w dol­nej czę­ści brzu­cha, po­bu­dzo­nym, jak są­dzą me­dy­cy, przez nad­miar wy­stu­dzo­nej fleg­my, któ­rą cie­pło­ta ła­sko­cze i od­ry­wa, ale jej nie roz­pro­wa­dza. Wie­śnia­cy i wszel­ka pro­sto­ta mnie­ma zaś, że pierd­nię­cia wy­wo­łu­ją sub­stan­cje roz­dy­ma­ją­ce lub pęcz­nie­ją­ca stra­wa. Moż­na po­nad­to zde­fi­nio­wać pierd­nię­cie jako sprę­żo­ne po­wie­trze, któ­re uj­ścia szu­ka­jąc, prze­bie­ga roz­ma­ite par­tie cia­ła i wresz­cie znaj­du­je pospiesz­ne wyj­ście, któ­re­go przy­zwoitość na­zwać nie ze­zwa­la.

My jed­nak ni­cze­go ukry­wać nie chce­my: pier­dzi się przez od­byt: wy­bu­cho­wo lub nie­wy­bu­cho­wo. Nie­kie­dy na­tu­ra nie zmu­sza do wy­sił­ku, in­nym ra­zem wy­zwo­li­ny prze­mie­nia w sztu­kę, w na­ro­dzi­ny We­nus, w przy­jem­ność, nie­kie­dy na­wet w roz­kosz. Stąd przy­sło­wie: „Żeby zdro­wo, dłu­go żyć, trza na wia­try wy­piąć rzyć”.

Po­wróć­my jed­nak do na­szej de­fi­ni­cji i udo­wod­nij­my, że zgod­na jest ona z naj­ści­ślej­szy­mi re­gu­ła­mi fi­lo­zo­fii, po­nie­waż chwy­ta ona w jed­no: ro­dzaj, ma­te­rię i róż­ni­cę ( quia nem­pe con­stat ge­ne­re, ma­te­ria et dif­fe­ren­tia). Uj­mu­je ona przy­czy­ny i od­mia­ny zja­wi­ska, któ­re przed­sta­wi­my ko­lej­no, a po­nie­waż jest ro­dza­jo­wo ści­sła, nie moż­na wąt­pić, że uchwy­ci rów­nież na­wet naj­bar­dziej od­le­głe po­wo­dy, te mia­no­wi­cie, któ­re wia­try wy­wo­łu­ją, to zna­czy fleg­mę i cięż­ka­wą stra­wę. Zba­daj­my za­tem rzecz grun­tow­nie, nie wty­ka­jąc nosa, gdzie nie trze­ba.

Stwier­dzi­li­śmy prze­to, że ma­te­ria pier­dli­wa jest wy­stu­dzo­na i nie­co rzad­ka. Z tej sa­mej przy­czy­ny nig­dy deszcz nie pada w kra­jach zbyt go­rą­cych ani na­zbyt zim­nych. W tro­pi­kach go­rą­cość wchła­nia wszel­kie dymy i wa­po­ry, a zim­ni­ca prze­szka­dza w ich ewa­ku­acji, na­to­miast w re­gio­nach o kli­ma­cie umiar­ko­wa­nym i ła­god­nym (zgod­nie z prze­ni­kli­wy­mi wnio­ska­mi Bo­di­na, Sca­li­ge­ra i Car­da­na) na­wet je­śli go­rąc jest nad­mier­ny, treść pod­le­ga prze­mia­nie, a cie­pło roz­pusz­cza i wchła­nia wsze­la­kie wa­po­ry. Zim­ni­ca tego uczy­nić nie może, co po­wo­du­je, że w zim­nych stro­nach mgieł nie ma. In­a­czej się dzie­je, gdy cie­pło­ta jest ła­god­na i umiar­ko­wa­na. Ła­god­ność owa spra­wia, że pa­li­wo cał­kiem stra­wić się nie może, a fleg­ma brzusz­na i kisz­ko­wa, je­dy­nie nie­co roz­cień­czo­na, po­bu­dza sil­ne wia­try, tym po­ry­wist­sze, gęst­sze i bur­kliw­sze, im wia­tro­daj­na moc stra­wy pod­da­nej fer­men­ta­cji, w wa­run­kach umiar­ko­wa­nej cie­pło­ty, wyż­sza. Łac­no ten pro­ces po­jąć nam przyj­dzie, je­śli pa­mię­tać bę­dzie­my o róż­ni­cy mię­dzy wio­sną i je­sie­nią, la­tem i zimą – i o sztu­ce de­sty­la­cji na wol­nym ogniu.

ROZ­DZIAŁ DRU­GI

O róż­no­rod­no­ści pierd­nięć,

w szcze­gól­no­ści o róż­ni­cy mię­dzy pierd­nię­ciem i bek­nię­ciem

oraz koń­co­wa de­fi­ni­cja pierd­nię­cia

Nad­mie­ni­li­śmy po­wy­żej, że pierd­nię­cie wy­do­by­wa się przez