Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2006

Sztuka kochania ebook

Owidiusz

3.87755102040816 (98)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka kochania - Owidiusz

Słynny frywolny poemat erotyczny, przełożony swobodnie i bardzo dowcipnie na język polski przez Juliana Ejsmonda, z błyskotliwym wstępem profesora filologii klasycznej Mikołaja Szymańskiego. Zarówno forma, jak i daleka od moralizatorstwa treść tej poezji ściągnęła na autora niełaskę cesarza Augusta, który być może właśnie z jej powodu skazał Owidiusza na wygnanie. Dziś, po upływie dwóch tysięcy lat, po rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, poemat nadal zachwyca swobodą podejścia do tematu, pięknem języka i radością życia, jaka z niego bije. Całość ilustrowana reprodukcjami antycznej sztuki erotycznej i nawiązującego do niej malarstwa późniejszych epok.

 

Opinie o ebooku Sztuka kochania - Owidiusz

Fragment ebooka Sztuka kochania - Owidiusz

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Ars aman­di

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Na okład­ce sce­na z ce­ra­mi­ki grec­kiej

Ko­rek­ta: Ma­ciej By­li­niak

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Iskry, War­sza­wa 2006

Wy­da­nie I

ISBN 978-83-244-0305-9

Wy­daw­nic­two Iskry ul. Smol­na 11, 00-375 War­sza­wa

tel./faks (0-22) 827-94-15

e-mail:iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

WSTĘP

Trzy sio­stry

Wy­gna­ny nad Mo­rze Czar­ne Owi­diusz na­pi­sał zbiór ele­gii Tri­stia (Żale). Ich pierw­szą księ­gę otwie­ra utwór, w któ­rym po­eta daje swo­jej książ­ce in­struk­cje, wy­sy­ła­jąc ją do Rzy­mu:

Gdy w moim znaj­dziesz się domu,

za­miesz­kasz w skrzy­ni z książ­ka­mi.

Tam uj­rzysz sióstr swo­ich sze­reg

stwo­rzo­nych w tru­dzie tym sa­mym.

Resz­ta ty­tu­łem się chlu­bi,

na czo­le mia­no swe nosi.

Trzy tyl­ko z dala od in­nych

kry­ją się w ką­cie w ciem­no­ści.

Tak też – wie każ­dy to do­brze –

ko­chan­kom każą kryć mi­łość.

Ty ich uni­kaj lub zgań je,

gdy­by ci mę­stwa star­czy­ło.

Śmia­ło im w oczy wy­gar­nij:

– Jak Edyp albo Te­le­gon1,

każ­da z was, sio­stry, do zgu­by

ojca przy­wio­dła wła­sne­go!

A przede wszyst­kim pa­mię­taj:

je­że­li je­stem ci miły,

żad­nej z nich nie waż się ko­chać,

choć­by cię tego uczy­ły!2

Trzy sio­stry, o któ­rych tu mowa, to oczy­wi­ście trzy księ­gi Sztu­ki ko­cha­nia. Zwróć­my uwa­gę na dwo­isty sto­su­nek Owi­diu­sza do tego po­ema­tu. Niby po­tę­pia go jako przy­czy­nę swe­go wy­gna­nia, ale za­ra­zem nie bez dumy pod­kre­śla jego po­pu­lar­ność („wie każ­dy to do­brze”). Su­ge­ru­je, że na­wet jego ty­tuł po­wi­nien ulec za­po­mnie­niu, lecz jed­no­cze­śnie in­for­mu­je czy­tel­ni­ka, ile utwór ma ksiąg i co jest jego te­ma­tem. Po­stę­pu­je więc tro­chę tak, jak au­tor sław­nej – choć wąt­pię, czy praw­dzi­wej – przed­wo­jen­nej no­tat­ki w ga­ze­cie (przy­ta­cza ją gdzieś chy­ba Sło­nim­ski): „Kie­dy wresz­cie wła­dze mia­sta zli­kwi­du­ją dom scha­dzek na uli­cy Ko­ściusz­ki 53 miesz­ka­nia 17, w ofi­cy­nie, dzwo­nić trzy razy?!”. Wi­dać, że w grun­cie rze­czy nie wsty­dzi się Sztu­ki ko­cha­nia i pra­gnie, by ją nadal czy­ta­no.

Mimo że jesz­cze nie­daw­no po­emat ucho­dził w po­tocz­nym mnie­ma­niu za bli­ski por­no­gra­fii, a wie­le po­ko­leń li­ce­ali­stów czy­ta­ło go z wy­pie­ka­mi na twa­rzy jak dziś „Hu­stle­ra”, to opi­nia ta nie od­po­wia­da praw­dzie. O sa­mym ak­cie sek­su­al­nym mówi au­tor nie­wie­le i oględ­nie, sku­pia­jąc się na tym, jak zdo­być i utrzy­mać przy so­bie uko­cha­ną lub uko­cha­ne­go. Ale wła­śnie jako pod­ręcz­nik uwo­dze­nia utwór ścią­gnął na Owi­diu­sza gniew Au­gu­sta, któ­ry za­rzu­cał po­ecie, że pro­pa­gu­je cu­dzo­łó­stwo. Przed tym za­rzu­tem bro­ni się Owi­diusz w dru­giej księ­dze Tri­stiów, twier­dząc, że dziew­czę­ta i ko­bie­ty, o któ­rych mowa w Sztu­ce ko­cha­nia, to nie pan­ny z do­brych do­mów i ma­tro­ny, lecz wy­łącz­nie he­te­ry3. Po­dob­ne za­strze­że­nie moż­na zna­leźć w sa­mym po­ema­cie:

Ko­bie­tom za­męż­nym pra­wo

nie­wier­no­ści wszel­kiej wzbra­nia4.

Trud­no jed­nak uwie­rzyć w szcze­rość za­pew­nień, że po­eta nie prze­wi­dy­wał użyt­ku, jaki z jego rad może zro­bić szu­ka­ją­ca przy­gód mę­żat­ka. W każ­dym ra­zie nie prze­ko­na­ły one obu­rzo­ne­go wład­cy.

Oczy po­ety

Owi­diusz mimo wie­lo­let­nich sta­rań nie wró­cił z wy­gna­nia. Współ­czu­jąc mu, mo­że­my za­ra­zem się cie­szyć, że nie­ła­ska ce­sa­rza nie uni­ce­stwi­ła dzie­ła, któ­re było jej przy­czy­ną, a ra­czej jed­ną z przy­czyn (o inne jesz­cze dzi­siaj spie­ra­ją się ucze­ni). Dzię­ki temu za­cho­wał się utwór, w któ­rym szcze­gól­nie wi­dać ty­po­wą dla au­to­ra lek­kość i wy­twor­ność sty­lu, dow­cip i po­god­ny na­strój. Ce­chy te ko­ja­rzą się tak­że z cha­rak­te­ry­sty­ką Ju­lia­na Ej­smon­da, któ­rą za­mie­ścił we wstę­pie do po­śmiert­nie wy­da­ne­go zbio­ru jego ba­jek Jó­zef Ujej­ski, uczo­ny zna­ny przede wszyst­kim z ba­dań nad twór­czo­ścią pol­skich ro­man­ty­ków. Jesz­cze nie spo­tka­łem pro­fe­so­ra uni­wer­sy­te­tu, któ­ry by pi­sał o ja­kimś au­to­rze tak cie­pło i z ta­kim oso­bi­stym za­an­ga­żo­wa­niem:

„Któż by go nie pa­mię­tał cho­ciaż­by z fo­to­gra­fii, co – po­waż­na czy uśmiech­nię­ta – za­wsze przy­cią­ga­ła ku jego twa­rzy ludz­kie sym­pa­tie i, choć nie ko­lo­ro­wa, mó­wi­ła każ­de­mu, że te oczy – tro­chę fi­glar­ne i tro­chę za­du­ma­ne, żar­to­bli­we i jak­by tkli­we za­ra­zem – że te oczy mu­sia­ły być nie­bie­skie? A kto pa­trzył w nie (cho­ciaż­by na fo­to­gra­fii) i czy­tał jego po­ezje, ten chy­ba nie mógł nie czuć, że te oczy i ta po­ezja dziw­nie do sie­bie pa­su­ją, że oczy nie­mo wy­ra­ża­ją to samo nie­le­d­wie, co «róż­ny­mi gło­sy» i sło­wa­mi w rytm i rym uję­ty­mi wy­po­wia­da­ją utwo­ry”5.

My­śli­wy i baj­ko­pi­sarz

Ju­lian Ej­smond (1892-1930) był sy­nem ma­la­rza Fran­cisz­ka Ej­smon­da, zna­ne­go przede wszyst­kim z ob­ra­zów przed­sta­wia­ją­cych ży­cie chło­pów. Odzie­dzi­czył imię po swym dziad­ku po ką­dzie­li, Ju­lia­nie Wie­niaw­skim, na­czel­ni­ku po­wia­tu pod­czas po­wsta­nia stycz­nio­we­go oraz au­to­rze wspo­mnień, ko­me­dii i szki­ców hu­mo­ry­stycz­no-oby­cza­jo­wych wy­da­wa­nych pod pseu­do­ni­mem Jor­dan. Dzia­dek był bra­tem sław­ne­go skrzyp­ka i kom­po­zy­to­ra Hen­ry­ka Wie­niaw­skie­go. Do tych tra­dy­cji ro­dzin­nych, któ­re mo­gły ukształ­to­wać tłu­ma­cza Sztu­ki ko­cha­nia, do­łą­cza­ła się at­mos­fe­ra domu jego ro­dzi­ców. Jak pi­sze To­masz Jo­deł­ka: „W domu Ej­smon­dów w War­sza­wie przy pla­cu Trzech Krzy­ży spo­ty­ka­li się przez wie­le lat pi­sa­rze i ar­ty­ści, żeby wy­mie­nić tyl­ko Sien­kie­wi­cza i Weys­sen­hof­fa, Pa­de­rew­skie­go, Wy­czół­kow­skie­go i Fa­ła­ta”6.

Krót­kie – prze­rwa­ne wy­pad­kiem sa­mo­cho­do­wym – ży­cie Ju­lia­na Ej­smon­da wy­peł­nia­ła dzia­łal­ność w roz­ma­itych, dość od­le­głych od sie­bie dzie­dzi­nach7. Jed­ną z naj­waż­niej­szych dla nie­go sa­me­go było nie­wąt­pli­wie my­śli­stwo. Był re­fe­ren­tem ło­wiec­kim w Mi­ni­ster­stwie Rol­nic­twa, re­dak­to­rem „Prze­glą­du My­śliw­skie­go” i wy­cho­dzą­ce­go dziś jesz­cze „Łow­cy Pol­skie­go”, au­to­rem ka­len­da­rzy my­śliw­skich i ta­kich ksią­żek, jak Wspo­mnie­nia my­śliw­skie, Wiel­kie łowy kró­lów pol­skich, Za­bo­bo­ny my­śliw­skie, Skar­biec my­śli­we­go i Moje przy­go­dy ło­wiec­kie, a na­wet opra­co­wa­nia na­uko­we­go Ryś w dzi­siej­szej Pol­sce i wstę­pu do książ­ki Cie­trzew. Gdy za­tem czy­ta­my w Sztu­ce ko­cha­nia:

My­śli­wiec wie, kędy w si­dła

szyb­kie­go je­le­nia zło­wi,

wie, gdzie moż­na sta­wić czo­ło

okrut­ne­mu odyń­co­wi8,

mo­że­my za­ło­żyć, że tłu­macz zna się na tych spra­wach le­piej od au­to­ra.

Dru­gą pa­sją Ej­smon­da było pi­sa­nie ba­jek i in­nych utwo­rów dla dzie­ci. Znaj­du­je­my więc w spi­sie jego dzieł ta­kie ty­tu­ły, jak Baśń o ziem­nych lud­kach, Opo­wieść o Jan­ku Ko­mi­niar­czy­ku i dy­mią­cym pie­cu Kró­la Sta­sia, Przy­go­dy wie­wió­recz­ki czyBaj­ka o ro­ze­śmia­nym Staś­ku. Był rów­nież au­to­rem Klechd pol­skich, An­to­lo­gii baj­ki pol­skiej i zbio­ru ba­śni róż­nych lu­dów Za­cza­ro­wa­ne zwier­cia­dło. Nie­któ­re jego książ­ki, jak moż­na są­dzić na pod­sta­wie ty­tu­łów, da­dzą się za­li­czyć za­rów­no do li­te­ra­tu­ry ło­wiec­kiej, jak i dzie­cię­cej: Ja­nek w pusz­czy i Mali my­śli­wi.

Mi­łość ziem­ska i nie­biań­ska

Naj­bar­dziej jed­nak in­te­re­su­je nas Ej­smond jako tłu­macz po­ezji ła­ciń­skiej. Oprócz Sztu­ki ko­cha­nia, wy­da­nej po raz pierw­szy w roku 1921, ogło­sił zbiór wier­szy Pe­tro­niu­sza pod ty­tu­łem Pie­śni mi­ło­sne. Ty­tuł ten może nie w peł­ni od­da­je róż­no­rod­ność za­war­tych w to­mie utwo­rów, ale po­niż­szy wiersz nie tyl­ko do­ty­czy mi­ło­ści, lecz rów­nież za­wie­ra po­ucze­nia po­dob­ne do Owi­diu­szo­wych:

Praw­dzi­wa roz­kosz nie jest w na­mięt­no­ściach śle­pych.

Złą­cze­nie się dwóch istot bywa na­zbyt krót­kiem,

aże­by w nim mógł szczę­ścia ja­śnieć cały prze­pych.

Pła­ci­my go zbyt pręd­ko ża­ło­ścią i smut­kiem.

Szyb­ko mi­ja­ją żą­dzy lu­bież­ne po­ry­wy…

Naj­wyż­sze szczę­ście wów­czas w du­szy nam za­go­ści,

gdy w piesz­czo­tach szu­ka­jąc roz­ko­szy praw­dzi­wej

„słod­ki wstęp” prze­dłu­ży­my… do nie­skoń­czo­no­ści…9

Ze Sztu­ką ko­cha­nia mógł­by się też ko­muś ko­ja­rzyć inny prze­ło­żo­ny przez Ej­smon­da ła­ciń­ski utwór, któ­ry za­czy­na się sło­wa­mi:

Ko­chay­my… W pier­siach ser­ca nie mamy z ka­mie­nia…

a koń­czy dwu­wier­szem:

Ko­chay­my… A kto ko­chać z nas nie może ni­nie,

ten iest ży­cia nie­go­dzien, ten niech mar­nie zgi­nie.

Po­zo­ry jed­nak mylą. Jest to bo­wiem wiersz z tomu Tę­sk­no­ta do oj­czy­zny błę­kit­nej, za­wie­ra­ją­ce­go prze­kład wy­bra­nych utwo­rów XVII-wiecz­ne­go je­zu­ity Ma­cie­ja Ka­zi­mie­rza Sar­biew­skie­go, świa­to­wej sła­wy po­ety pi­szą­ce­go po ła­ci­nie. Oto ty­tuł wier­sza i jego pierw­sza stro­fa:

O DZIE­CIĄT­KU JE­ZUS NA ŁO­NIE MA­RYI

Ko­chay­my… W pier­siach ser­ca nie mamy

z ka­mie­nia…

Oto pa­cho­lę, któ­re świę­tość opro­mie­nia,

wy­cią­ga ku nam swo­ie bie­lu­sie rą­czy­ny.

Ko­góż nie wzru­szy słod­ka piesz­czo­ta dzie­ci­ny?10

Mi­łość, o któ­rej tu mowa, i mi­łost­ki z he­te­ra­mi to do­słow­nie nie­bo i zie­mia. A jed­nak trud­no się oprzeć wra­że­niu, że wy­bie­ra­jąc ten utwór do tłu­ma­cze­nia, Ej­smond kie­ro­wał się – choć­by pod­świa­do­mie – brzmie­niem jego po­cząt­ku i koń­ca przy­wo­dzą­cym na myśl Sztu­kę ko­cha­nia.

Jesz­cze przed Owi­diu­szem i Sar­biew­skim Ej­smond prze­ło­żył ła­ciń­skie wier­sze Ko­cha­now­skie­go11. Prze­kład ten spo­tkał się z bar­dzo życz­li­wym przy­ję­ciem, cze­go do­wo­dzi na­gro­da li­te­rac­ka Mi­ni­ster­stwa Kul­tu­ry i Sztu­ki oraz dwa wzno­wie­nia12. Za­in­te­re­so­wa­nie tłu­ma­cza po­ezją pol­sko-ła­ciń­ską skła­nia­ło go do dal­szych pla­nów. „Po Ko­cha­now­skim i po re­li­gij­nych pie­śniach Sar­biew­skie­go – mó­wił w wy­wia­dzie dla «Wia­do­mo­ści Li­te­rac­kich» – pra­gnę przy­stą­pić do dzieł Ja­nic­kie­go i in­nych po­etów pol­skich, któ­rzy pi­sa­li po ła­ci­nie”13. Szko­da, że nie speł­nił tej obiet­ni­cy. Zwłasz­cza Kle­mens Ja­nic­ki, pol­ski na­stęp­ca Owi­diu­sza, zna­la­zł­by w Ej­smon­dzie kon­ge­nial­ne­go tłu­ma­cza.

Sta­re, pro­ste nuty

W cy­to­wa­nych wy­żej prze­kła­dach utwo­rów Pe­tro­niu­sza i Sar­biew­skie­go daje się do­strzec więk­sza kunsz­tow­ność sty­lu niż w tłu­ma­cze­niu Sztu­ki ko­cha­nia. Trzy­na­sto­zgło­sko­wiec zmu­sza do