Wydawca: Wydawnictwo BIS Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 412 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Sztuka grzeszenia - Sabrina Jeffries

Pierwsza książka w nowym cyklu Sabriny Jeffries. Amerykański artysta Jeremy Keane odmawia powrotu do domu i przejęcia rodzinnego interesu. Woli pozostać w Europie i przebywać  w otoczeniu pięknych kobiet, poszukując modelki do prowokującego dzieła, jakie sobie wymyślił. Kiedy na jednym z londyńskich wesel spotyka lady Yvette Barlow, nie ma wątpliwości, że to właśnie jej zmysłową urodę chciałby uwiecznić na płótnie. Yvette nie obawia się skandalu – przystaje na jego propozycję, w zamian prosi, by zabrał ją na wyprawę do londyńskich domów publicznych, gdzie ma nadzieję natrafić na ślad zaginionej kobiety i rozwikłać rodzinną tajemnicę. Ta es

Opinie o ebooku Sztuka grzeszenia - Sabrina Jeffries

Fragment ebooka Sztuka grzeszenia - Sabrina Jeffries

Projekt okładki: Iza Szewczyk

Tytuł oryginału: The Art of Sinning

Copyright © 2015 by Deborah Gonzales

All rights reserved, including the right to reproduce this book

or portions thereof in any form whatsoever. For information, address Pocket Books Subsidiary Rights Department, 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020.

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2018

ISBN 978-83-7551-577-0

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22 877-27-05, 22 877-40-33; fax 22 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Kimberly Rozzell Miller,

w podzięce za ciężką pracę, jaką

dla mnie wykonała. Rządzisz!

Podziękowania

Dziękuję artystce, autorce i przyjaciółce Ursuli Vernon za bezcenne informacje na temat malowania portretów i malowania w ogóle. Niech wrony przynoszą Ci podarunki, a wiewiórki trzymają się z daleka!

Rozdział pierwszy

Londyn, Anglia

Koniec sierpnia 1829 roku

Przedstawiciele najwyższych londyńskich sfer zebrali się w rezydencji księcia podczas uroczystego śniadania, wydanego z okazji ślubu Dominicka Mantona z Jane. Jednak mimo że dookoła wręcz roiło się od pięknych kobiet, Jeremy Keane, amerykański artysta i osławiony uwodziciel, pragnął jedynie uciec.

W ogóle nie powinien był się tu pojawić. Lepiej było zostać w pokoju gościnnym na górze i zająć się robieniem szkiców do nowego obrazu, choć, prawdę mówiąc, nie czuł po temu natchnienia i nie znalazł dotąd odpowiedniej modelki. Wszystko byłoby lepsze niż znoszenie tej apoteozy domowego szczęścia.

Niech to diabli! Nie spodziewał się, że ślub aż tak wytrąci go z równowagi. Widok uśmiechających się do siebie z czułością i ewidentnie szczęśliwych państwa młodych nie powinien przywoływać przeszłości, prześladować go poczuciem winy…

Mamrocząc przekleństwa, pochwycił z tacy niesionej przez przechodzącego lokaja kieliszek z szampanem i opróżnił go jednym haustem, tęskniąc za czymś mocniejszym. Czuł, że jeszcze chwila i nie będzie w stanie dłużej tego znieść.

Ruszył zdecydowanym krokiem ku drzwiom sali balowej. Musi uciec, nim zrobi lub powie coś, czego będzie potem żałował.

I wtedy zobaczył kobietę jakby zrodzoną z jego wyobraźni. Z podziwu i zaskoczenia aż zaparło mu dech. Była wspaniała. Jej suknia ze szmaragdowego jedwabiu mieniła się w blasku słonecznych promieni, jak gdyby niebiosa otworzyły się po to jedynie, żeby mu ją ukazać.

Nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu. Dokładnie takiej modelki potrzebował, by namalować kolejny obraz.

A kiedy tak się jej przyglądał, brunetka rozejrzała się po sali. Wysoka, o posągowych kształtach, górowała nad otaczającymi ją delikatnymi, wdzięczącymi się i sztucznie uśmiechającymi Angielkami. Obdarzona wyrazistymi rysami, zielonymi niczym klejnoty oczami i pełnymi ustami, wyglądała niczym Junona z obrazu Gavina Hamiltona. Przypominała rzymską boginię nie tylko wyglądem, lecz także postawą.

Była absolutnie doskonała. Skromna, a zarazem przesycona dramatyzmem, widocznym w czujnym spojrzeniu, jakim obrzucała salę.

Musi ją mieć. Po miesiącach bezowocnego poszukiwania odpowiedniej modelki zasłużył na to, by mu pozowała.

To znaczy, oczywiście, jeśli wyrazi zgodę. Wydawała się dostatecznie dorosła, by móc stanowić o sobie, lecz krój jej sukni nie wskazywał jasno, czy jest panną, wdową, czy mężatką. Miał nadzieję, że w grę wchodzi druga lub trzecia ewentualność. Gdyby bowiem była panną, diabelnie trudno byłoby przekonać rodzinę niewinnej damy, by pozwoliła swej podopiecznej pozować. I to akurat jemu.

Ruszył ku niej, gdy nagle…

– Jeremy! – dobiegł go z głębi sali kobiecy głos. – Tu jesteś!

Odwrócił się i zobaczył swoją daleką kuzynkę i szwagierkę pana młodego, Zoe. Zmierzała ku niemu cokolwiek ociężale, gdyż była przy nadziei. Do licha! Teraz nie zdoła się już wymknąć. Co gorsza, gdy znowu spojrzał ku drzwiom, szukając wzrokiem bogini w zieleni, ta zdążyła zniknąć. Ależ ma dzisiaj pecha! W rezydencji tak dużej jak ta należąca do księcia Lyonsa nie sposób było odgadnąć, dokąd mogła się udać.

Zdusił przekleństwo i odwrócił się do Zoe.

– Dobry wieczór, kuzyneczko. Jakże miło cię znowu widzieć.

Cmoknęła Jeremy’ego w jeden policzek, a potem w drugi i odsunęła się, spoglądając na niego z udawanym gniewem.

– Nie widzieliśmy się od trzech miesięcy i tak wyobrażasz sobie gorące powitanie?

– Nadal jestem zmęczony po podróży – skłamał. – Wiesz przecież, że przypłynąłem z Calais zaledwie wczoraj wieczorem.

– Przepraszam, że ty i twój pomocnik musieliście spędzić noc u Lisette i Maksa, a nie u nas, ale zważywszy na całe to zamieszanie z weselem…

– Mieliście i tak zbyt wielu gości. Wiem. Tutaj jest zdecydowanie więcej miejsca.

Wyglądało na to, że jej ulżyło.

– Dziękuję za zrozumienie. Lecz dzisiaj większość gości wyjeżdża, mam zatem nadzieję, że wrócisz ze mną i zatrzymasz się u nas, jak było zaplanowane.

– Jeśli wytrzymam do momentu, w którym będziesz gotowa opuścić przyjęcie – stwierdził chłodno.

Zerknęła na niego spod oka.

– Jestem pewna, że nie przepadasz za ślubami.

Serce zamarło mu w piersi. Czy miała na myśli Hannah? Nie sądził, by ktokolwiek z rodziny Zoe wiedział zbyt wiele o tamtym okresie jego życia.

– Dlaczego tak powiedziałaś? – zapytał cokolwiek ochryple.

– Cóż, zakładam, iż każdy kawaler uważa wesela za nudne, a już na pewno ty.

Zaśmiała się wesoło.

Nie. Nie wiedziała o Hannah.

Co za ulga. Uśmiechnął się sardonicznie i odparł:

– Wesela są nie tyle nudne, co męczące. Ileż trzeba się natrudzić, aby ograbić w pokoju karcianym dżentelmenów i pocieszyć wszystkie ślicznotki, którym nie udało się złapać pana młodego dla siebie! To doprawdy wyczerpujące, uwierz mi.

– Pocieszyć? Tak to się teraz nazywa? – Potrząsnęła głową. – Widzę, że podróżowanie nie zmieniło cię ani na jotę. Jesteś, jak zawsze, niepoprawny.

– Znasz mnie. – Z trudem powiedział to lekkim tonem. – Co to za frajda być poprawnym?

Dzięki Bogu, nie odgadła prawdy. A wyglądała ona tak, iż nienawidził ślubów, gdyż przypominały mu jego własny sprzed ponad dziesięciu lat. A także pogrzeb, który miał miejsce zalewie pół roku później, i opuszczane do grobu dwie trumny: jedną żony, drugą – martwo urodzonego syna.

Żal i gniew burzyły mu wnętrzności. Do diabła, zdołał na jakiś czas wyprzeć tamte wydarzenia z pamięci! Czy wspomnienie tych trumien musiało wracać za każdym razem, gdy jakiś głupiec zaprosił go na ślub?

Na szczęście Zoe zdawała się nie dostrzegać jego konsternacji.

– Tak czy inaczej – zauważyła z werwą – uznałam, że powinnam powiedzieć ci, iż twoja matka i siostra zmierzają do Londynu.

Boże, dopomóż. Tylko tego było mu teraz trzeba.

– Jak przypuszczam, planują zabrać mnie ze sobą do Montague.

W posiadłości, położonej nad brzegami rzeki Brandywine w odległości kilku godzin jazdy od Filadelfii, znajdowały się fabryki włókiennicze, źródło rodzinnej fortuny. A odkąd jego zmarły i niezbyt gorliwie opłakiwany ojciec odszedł, zarządzała nimi siostra Jeremy’ego, Amanda, właścicielka połowy udziałów. Druga połowa należała do niego, lecz prędzej ciśnie je w morze, niż znów postawi stopę w Montague.

Najlepiej byłoby, oczywiście, odstąpić swoje udziały Amandzie. Oboje tego chcieli, ale zważywszy na to, iż majątek pochodził od rodziny matki, ich ojciec zażądał, by ta wyraziła zgodę na sprzedaż. A ona, jak do tej pory, konsekwentnie odmawiała.

Powinna się już domyślić, że syn nigdy nie wróci do domu, żeby zarządzać fabrykami. Bardzo kochał matkę i siostrę, ale śmierć ojca nie zmieniła jego uczuć względem Montague. Prędzej poderżnie sobie gardło, niż przejmie ten spadek. Im szybciej matka zda sobie z tego sprawę, tym lepiej dla wszystkich.

– Kiedy wyruszają? – zapytał kuzynkę. Lepiej być przygotowanym, niż zostać zaskoczonym, pomyślał.

– Powinieneś zapytać raczej, kiedy wyruszyły. Powinny dotrzeć do Anglii za kilka tygodni. – Spuściła wzrok. – Musiały wypłynąć zaraz po tym, jak otrzymały mój list.

– Twój list?

Zoe wysunęła buntowniczo brodę, choć wciąż unikała jego spojrzenia.

– Nie możesz winić mnie za to, że się nad nimi zlitowałam. Nie powiadomiłeś ich, dokąd się wybierasz.

– Ponieważ to nie ich interes! – Zoe się skrzywiła, ściszył więc głos. – Poza tym rzadko wiem, dokąd się udam. Mógłbym napisać, że żegluję po Dunaju z austriackim księciem i jego towarzystwem, a nim dostałyby list, zdążyłbym się już zaprzyjaźnić z jakimś alpejskim mnichem i podziwiać rzeźby w jego klasztorze.

– Właśnie o to chodzi – zauważyła gwałtownie. – Jak lubisz powtarzać: zwykłeś płynąć z prądem. A im trudno za tobą nadążyć.

– I wcale nie muszą. – Skrzyżował ramiona na piersi. – Przebyłem Atlantyk po to, by zapoznać się z dziełami sztuki na Kontynencie i Wyspach Brytyjskich. A także zorganizować sobie życie z dala od domu. One o tym wiedzą.

– Tak, ale Amanda rozpaczliwie pragnie porozmawiać z tobą o schedzie po waszym ojcu. Gdy napisała zatem, pytając, gdzie akurat przebywasz, odpisałam, że wracasz do Londynu, aby zobaczyć doroczną letnią wystawę w British Institution, nim zostanie zamknięta pod koniec miesiąca. Sądziłam, że zdążą do tego czasu przypłynąć, jednak przeprawa była przez jakiś czas utrudniona z powodu pogody, więc zarówno mój list, jak i ich statek mają zapewne opóźnienie.

Jeremy potarł dłonią twarz, mamrocząc pod nosem przekleństwa.

– Nie powinnaś była się wtrącać.

Zoe położyła mu dłoń na ramieniu.

– Jesteś dla mnie jak brat i trudno mi się pogodzić z tym, że oddaliłeś się od rodziny.

– Od nikogo się nie oddaliłem, chodzi jedynie o to, że nie ma sensu z nimi rozmawiać. Uparły się, żeby… – Powstrzymał się w ostatniej chwili, by nie powiedzieć zbyt wiele, i uśmiechnął się z przymusem. – Nieważne. Co się stało, to się nie odstanie. Poradzę sobie z nimi.

Jakoś.

Przechyliła głowę na bok.

– Nie uciekniesz, prawda? Zaczekasz na nie?

– Przyjechałem, żeby zobaczyć wystawę, pamiętasz? – odparł zirytowany. – A do tej pory nie miałem okazji tego zrobić.

Odsunął na bok możliwość, że siostra mogła mieć ważny powód, by chcieć się z nim zobaczyć. Jeśli sprawa była aż tak istotna, mogła wspomnieć o niej w liście do Zoe. A najwyraźniej tego nie zrobiła.

Zoe uniosła brwi.

– Wiem, że byłbyś zdolny uciec, gdybym tylko odwróciła się do ciebie plecami. Masz brzydki zwyczaj unikania swojej amerykańskiej rodziny.

Chodziło raczej o to, aby uniknąć spełnienia oczekiwań matki i siostry, nie mógł jednak tego powiedzieć, wszedł więc znów w rolę lekkoducha. W obecności Zoe przychodziło mu to z zadziwiającą łatwością.

– Znasz mnie – powiedział lekkim tonem. – Nie biorę za nic odpowiedzialności, jeżeli da się tego uniknąć.

Spojrzała na niego tak, jakby chciała coś powiedzieć, lecz zawołano ją z głębi sali.

– Och, jestem potrzebna. Chyba zaczynają wznosić ślubne toasty.

Oddaliła się tak szybko, jak pozwalał na to jej stan.

Cudownie. Będzie musiał znieść serię sentymentalnych życzeń i wypowiedzi na temat życia małżeńskiego szczęśliwej pary.

Na myśl o czymś podobnym ścisnęło go w żołądku. Czuł, że tego nie wytrzyma. Nie mógł jednak przeciskać się przez tłum zajętych toastami gości, wypatrując swojej Junony. Przyciągnęłoby to zbyt wiele uwagi.

Wymknie się więc i zaczeka, aż weselne śniadanie i ckliwe przemowy dobiegną końca. Pamiętał na szczęście, by wetknąć do kieszeni pudełko cygar. Zatrzymał się jedynie na chwilę, by porwać płonący kaganek, po czym wysunął cichcem na pusty taras.

Miejsce nie pozostało jednak puste zbyt długo. Wkrótce pojawił się tam bowiem inny mężczyzna, najwidoczniej zniecierpliwiony przedłużającymi się toastami. Jeremy’emu to nie przeszkadzało. Nie znosił palić w samotności.

Facet zatrzymał się jak wryty na widok Jeremy’ego, a potem zerknął do tyłu, w głąb zatłoczonej sali balowej. Wreszcie zdecydowanie zamknął za sobą drzwi, pogodziwszy się widać z faktem, że będzie miał na tarasie towarzystwo.

– Cygarko? – zapytał Jeremy, litując się nad nieznajomym.

– Boże, tak!

Jeremy zapalił cygara od kaganka i podał jedno przybyszowi, a potem przyglądał się, jak ciemnowłosy mężczyzna w doskonale skrojonym ubraniu zaciąga się dymem z miną wyrażającą głęboką satysfakcję.

– Naprawdę dobre – powiedział z lekka zaskoczony.

– Ja myślę. Osobiście przywiozłem je z Ameryki. – Jeremy także zaciągnął się cygarem.

– Jest pan Amerykaninem? – zapytał mężczyzna, przyglądając mu się badawczo.

Jeremy skinął głową.

– Nazywam się Keane i jestem dalekim kuzynem szwagierki pana młodego.

– Tym artystą, którego tak krytykują w gazetach?

Jeremy się skrzywił.

– W rzeczy samej.

Mężczyzna znowu zerknął na drzwi.

– Ja zaś jestem Blakeborough. Eeee… przyjaciel rodziny panny młodej. W pewnym sensie.

Gorycz w głosie nieznajomego sprawiła, że Jeremy zaczął się zastanawiać. Gdzieś słyszał już o tym mężczyźnie. A, tak. Lord Blakeborough. Lub, bardziej dokładnie, Edwin Barlow, lord Blakeborough.

– Plotka głosi, że został pan porzucony przez pannę młodą – powiedział, wyrażając się otwarcie – równie otwarcie, jak przed chwilą sam lord.

Blakeborough spojrzał na niego, marszcząc brwi.

– Plotka głosi również, że jest pan dupkiem.

– I to się zgadza. – Jeremy pyknął z cygara. Należało dorosnąć do swojej reputacji.

Lord zawahał się, a potem uśmiechnął.

– Nie może pan być tak do końca zły, skoro nosi przy sobie cygara takiej jakości.

– Uważam po prostu, iż należy być przygotowanym na okazję, kiedy to trzeba przeczekać potworną nudę ślubnych toastów, wznoszonych na cześć ludzi, których ledwie się zna.

– Lub takich, których zna się zbyt dobrze – stwierdził Blakeborough ponuro.

Jeremy’emu prawie zrobiło się go żal.

Prawie. Lord miał szczęście, że nie skończył na ślubnym kobiercu. Posiadanie żony to ciężar nie lada, kiedy ktoś nie nadaje się na męża.

– Do szczęścia brakuje nam teraz tylko odrobiny dobrej brandy.

– Ach! Wspaniały pomysł. – Blakeborough wsunął rękę do kieszeni i zaczął w niej gmerać. – Przyniosłem butelczynę. – Podał flaszeczkę Jeremy’emu i dodał z żalem: – Trzeba być też przygotowanym na chwilę, kiedy wesele byłej narzeczonej zdaje się ciągnąć bez końca.

Jeremy pociągnął z butelki i oddał ją właścicielowi.

– Dziwi mnie, że pan w ogóle przyszedł.

– Jane i ja nie byliśmy zakochani. Poza tym chciałem, żeby wiedziała, iż nie czuję do niej żalu.

Napięcie w jego głosie świadczyło jednak o czymś przeciwnym.

– I że pańska duma ani trochę nie ucierpiała – uzupełnił Jeremy.

Blakeborough uśmiechnął się sztywno.

– To także. Do pewnego stopnia.

Palili przez chwilę w milczeniu, rozkoszując się tym, że do ich schronienia dociera jedynie stłumiony dźwięk głosów z sali balowej. A potem nagły wybuch śmiechu sprawił, że spojrzeli na szklane drzwi.

I wtedy Jeremy znów ją zobaczył – Junonę we własnej osobie. Bogu niech będą dzięki!

– A skoro już mowa o pięknych kobietach – zauważył – mógłby mi pan powiedzieć, kim jest ta w szmaragdowej sukni?

Lord obrócił się i zbladł.

– Dlaczego chce pan to wiedzieć?

– Chcę ją malować.

Lord spojrzał na niego z gniewem.

– Nic z tego.

– A to czemu? – Nagle uświadomił sobie, że lord nie zachowuje się tak, jakby kobieta była mu obojętna. – Proszę nie mówić, że postanowił pan uczynić z niej swoją hrabinę.

– Raczej nie. To moja siostra.

A niech to, sprawa przedstawiała się znacznie gorzej. Siostry były święte. Nietykalne.

Lecz Jeremy nie był gotów się poddać. Lord doceniał dobre cygara, to zaś oznaczało, że jest z natury rozsądny. Może da się go przekonać.

– Rozumiem, gdyż sam mam siostrę. Udusiłbym każdego nic niewartego faceta, który próbowałby się do niej zbliżyć. Lecz ja interesuję się nią jedynie ze względów zawodowych.

– Proszę wybaczyć mi szczerość, ale widziałem pańskie płótna. Nie ma cienia szansy, by namalował pan moją siostrę jako jedną z tych beznadziejnie szalonych kobiet, zniszczonych prostytutek czy kogo tam pan w niej widzi.

Cholera! To prawda, jego ostatnie prace sprawiały rzeczywiście dosyć ponure wrażenie, lecz to dlatego, że wolał oddawać dramat prawdziwego życia, niż pokazywać upiększoną wersję historii czy portretować bogate damy i dżentelmenów w strojnym odzieniu.

A to, co planował namalować teraz, byłoby nie tylko posępne, ale też pełne przemocy. Nie zamierzał jednak wspominać o tym lordowi.

– Mógłbym zmienić jej rysy, kolor włosów…

– To na nic. Na wypadek gdyby pan nie zauważył, Yvette i tak się wyróżnia.

Yvette. Nawet jej imię brzmiało egzotycznie, sprawiając, że tym bardziej jej pragnął. Po to, żeby ją malować. Wyłącznie.

– Właśnie. Przyciąga uwagę, dlatego byłaby tak dobrą modelką.

– Zgoda, lecz by skutecznie ukryć jej tożsamość, musiałby pan zmienić ją w zupełnie inną kobietę. A skoro tak, może pan oszczędzić sobie trudu i wybrać od razu kogoś innego.

– Nie chcę nikogo innego. Chcę ją.

Blakeborough upił łyk brandy.

– Cóż, nie może pan jej mieć. Zważywszy na niezależny charakter i „przyciągający uwagę” wygląd, Yvette ma wystarczająco wiele problemów ze znalezieniem odpowiedniego konkurenta. Gdyby namalował ją pan w jednej ze swych prowokacyjnych scen, niechybnie umarłaby jako stara panna.

Jeremy spojrzał na damę z niedowierzaniem.

– Stara panna? Czy wszyscy mężczyźni w Anglii postradali zmysły?

– Najwidoczniej. – Blakeborough westchnął. – Nie wspominając o skandalu, którego konsekwencje prześladują nas, dokądkolwiek się udamy.

Nagle Jeremy przypomniał sobie inną plotkę. Brat Blakeborougha został skazany za porwanie kuzynki panny młodej. To ci dopiero historia. Będzie musiał namówić lorda, aby pewnego dnia mu ją opowiedział. Oczywiście po tym, jak skłoni go, żeby pozwolił swej nader atrakcyjnej siostrze, by pozowała mu do najnowszego obrazu.

Pierwsze płótna, które wystawił w Londynie – ukazujące wnętrze przytułku dla obłąkanych, sklep rzeźnika, wypadek powozu i inne „sceny rodzajowe”, jak niektórzy zaczęli je określać – spotkały się z bardzo różnymi ocenami. Niektórzy krytycy chwalili nowy kierunek w jego sztuce. Inni żałowali, że nie maluje już wielkich historycznych płócien, z których był znany do tej pory.

Lecz jego najnowsza praca, alegoria, będzie miała tę samą wagę co wielkie wydarzenia ze świata historii czy mitologii. Namaluje arcydzieło, które przy odrobinie szczęścia zapewni mu posadę w Królewskiej Akademii Sztuk.

A także miejsce pomiędzy artystami takimi jak Géricault czy Delacroix. Nie będzie już tylko kolejnym malarzem przedstawiającym na płótnie te same historyczne obrazki. By tak się stało, potrzebował jednak kobiety o uderzającej powierzchowności. Kobiety takiej jak siostra Blakeborougha.

– Tak się składa, że jestem obecnie dość popularny w towarzystwie – powiedział. Nawet jeśli nie wychwalano go tak, jakby sobie tego życzył. – Zatem dobry obraz przedstawiający pańską siostrę mógłby zwiększyć i jej popularność.

Lord zastanawiał się przez chwilę, a potem jął się uważnie przyglądać Jeremy’emu.

– Doskonała uwaga.

– Widzi pan? Oczywiście nie ubrałbym jej w nic skandalicznego…

– Nie, to nie to. Miałem na myśli, że mógłby pan namalować portret siostry, formalny i podkreślający jej powaby. To z pewnością pomogłoby Yvette zyskać lepszą pozycję w towarzystwie.

Jeremy zaklął pod nosem.

– Nie maluję portretów.

– Dlaczego, u diabła?!

– Ponieważ modele zawsze chcą na nich wyglądać inaczej, niż wyglądają naprawdę. Z reguły na bardziej urodziwych, mądrych czy bogatych. A ponieważ odmawiam upiększania rzeczywistości, bo uważam to za hipokryzję, rezultat nigdy ich nie zadowala.

Blakeborough przyglądał się Jeremy’emu, jakby oceniał jego wartość.

– A gdybym sowicie panu zapłacił?

– Tak się składa, iż nie potrzebuję, na szczęście, pieniędzy.

Lord prychnął, zaskoczony taką deklaracją, zwłaszcza wypowiedzianą przez amerykańskiego artystę z niższych sfer.

– Cóż, tylko na to mogę się zgodzić. Albo portret, albo nic.

Uparty osioł.

– Nie namaluję formalnego portretu Yvette…

– Lady Yvette – poprawił go Blakeborough.

– A nawet gdybym zdecydował się to zrobić, namalowałbym ją taką, jaka jest. Za nic nie zgodziłbym się namalować portretu, który „podkreśliłby jej powaby”, cokolwiek to znaczy. Równie dobrze mógłby pan poprosić, bym namalował ją ubraną jak dziwka, polująca na klientów.

– Gdybym mógł mieć pewność, że coś takiego poskutkuje, zapewne bym to rozważył – burknął lord. A kiedy Jeremy, zaskoczony, uniósł brwi, dodał: – To był żart. Po większej części.

– Dlaczego tak ważne jest, by wyszła za mąż?

Blakeborough przez chwilę przyglądał się siostrze.

– Chcę, żeby była szczęśliwa. A im dłużej ze mną mieszka, tym bardziej prawdopodobne się staje, że moje cyniczne usposobienie pociągnie ją w dół. Odbije się na jej przyszłości.

– Ach. Teraz rozumiem. – On także pragnął, żeby Amanda była szczęśliwa. Nie chciał jedynie poświęcać w tym celu swojego szczęścia.

– Wspomniał pan chyba, że także ma siostrę? – zapytał lord.

– Tak. I jeśli uważa pan, że trudno wydać za mąż pańską siostrę, powinien pan spróbować z moją.

– Jest tak nieatrakcyjna?

– Nie, to nie uroda albo jej brak stanowi problem. Amanda zarządza czterema fabrykami tekstylnymi w Ameryce równie kompetentnie, jak robiłby to mężczyzna, co nie przysparza jej popularności wśród męskiej populacji Pensylwanii.

– Rozumiem, ale czy ma równie ostry język jak moja siostra?

Jeremy prychnął.

– Chociaż jest drobna, potrafi zastraszyć mężczyzn dwa razy takich jak ona.

– Ale z pewnością nie jest równie podejrzliwa jak Yvette.

– Tylko wobec każdego faceta, którego poznaje. I choć jest całkiem ładna, ma fatalny gust, jeśli chodzi o stroje. Pańska siostra wie przynajmniej, jak się ubierać.

– Kiedy jej się chce. Powinien pan zobaczyć ją w podniszczonej sukni i poplamionych atramentem rękawiczkach, pochyloną nad jednym z rękopisów o pozaginanych rogach, z ołówkiem zatkniętym za ucho. Ten przeklęty ołówek niszczy każdą fryzurę i włosy opadają jej wtedy na ramiona.

Jeremy z rozkoszą ujrzałby lady Yvette z rozpuszczonymi włosami. Ale i o tym lepiej nie wspominać jej bratu.

– To jeszcze nic. Amanda zwykła nosić w fabryce spodnie pod spódnicą. Twierdzi, że są konieczne, by mogła wspinać się po drabinach, nie uchybiając przyzwoitości.

– Wspinać się po drabinach, doprawdy? – Blakeborough się roześmiał. – Doskonale dogadałaby się z Yvette. Szkoda, że potrzebuję żony, która mieszkałaby w Anglii, inaczej sam bym ją poślubił. – Zamyślił się na chwilę. – Czy pańska siostra chce w ogóle wyjść za mąż?

– Kto wie? Choć podejrzewam, że chciałaby mieć kiedyś dzieci.

A może i nie, zważywszy na tragiczną śmierć Hannah i małego Theodore’a. Wywarła ona na młodziutkiej wówczas Amandzie nie lada wrażenie.

Upchnął bolesne wspomnienia w głębi umysłu i pyknął kilka razy z cygara.

– Nieważne, czego pragnie Amanda, jestem na tyle samolubny, że chciałbym, by wyszła za mąż. Może przestałaby prześladować mnie wtedy żądaniami, bym wrócił do domu i pomógł jej zarządzać przeklętymi fabrykami. Miałaby od tego męża.

Blakeborough się roześmiał.

– Powinien pan nakłonić ją, by przyjechała i poszukała męża tutaj. Przychodzi mi na myśl kilku młodszych synów szacownych rodzin: wykształconych, o dobrym charakterze i godnych uwagi powiązaniach, którzy nie mają szansy zostać kimś, ponieważ rodziny ograniczają im wybór do kilku dziedzin, odpowiednich, ich zdaniem, dla dżentelmenów: duchowieństwa, prawa czy armii. Z pewnością chętnie powitaliby szansę, aby zacząć gdzieś od nowa.

– Cóż za błyskotliwy pomysł! – zawołał Jeremy, spoglądając z podziwem na lorda. – Ona właśnie tu zmierza, eskortowana przez matkę. Gdyby zechciał pan przedstawić ją paru dżentelmenom, którzy nie mieliby nic przeciwko temu, by przenieść się do wiejskich okolic Pensylwanii…

– Owszem, zechciałbym… pod warunkiem że namaluje pan portret mojej siostry. – Lord obrzucił Jeremy’ego szacującym spojrzeniem. – I co pan na to? Rozważy pan moją propozycję?

Hmmm. Choć nienawidził malować portretów, jeszcze bardziej nie znosił ciągłego wykłócania się z Amandą o to, że nie chce wrócić do domu. Może dałaby mu wreszcie spokój, gdyby znalazł jej męża.

Spojrzał znowu na salę balową. Kto wie, a nuż, wywiązując się z zobowiązania, zdołałby namówić lady Yvette, by pozowała mu również do obrazu, który tak bardzo zaprzątał mu wyobraźnię? Potrafił czarować kobiety. Zwłaszcza te, które miał ochotę malować.

– Zgoda – powiedział, wyciągając rękę. – Umowa stoi.

Blakeborough pojaśniał na twarzy i potrząsnął energicznie jego dłonią.

– Nie pożałuje pan tego, przyrzekam. Jeszcze wydamy pańską siostrę za mąż.

A Jeremy namaluje w końcu swoje arcydzieło.

Rozdział drugi

Lady Yvette Barlow wyszła z pokoju dla pań i skierowała się ku sali balowej, po czym niemal dosłownie wpadła na pannę młodą.

– Yvette! – krzyknęła Jane. – Przyszłaś!

– Oczywiście, że przyszłam. – Yvette pocałowała przyjaciółkę w policzek. – Nie opuściłabym tego za żadne skarby świata. Tak bardzo się cieszę, że jesteś szczęśliwa – dodała z absolutną szczerością.

Radość przyjaciółki zmieniła się w zakłopotanie.

– Zapewne byłaś rozczarowana, iż zerwałam z Edwinem.

– Przyznaję, chętnie miałabym cię za szwagierkę. Ale skoro ja za nic nie poślubiłabym upartego zrzędy, jakim jest bez wątpienia mój brat, nie mogę mieć żalu, że i ty tego nie zrobiłaś. – Ujęła dłonie Jane. – Poza tym chciałam, byś poślubiła kogoś, kto cię uszczęśliwi, a najwidoczniej lord Rathmoor to potrafi.

Jane zarumieniła się uroczo.

– W rzeczy samej. Z pewnością zrobił na tobie fatalne wrażenie, kiedy byłyśmy młodsze, ale…

– To należy już do przeszłości. Teraz wydaje się całkiem miły. – Yvette uśmiechnęła się z przymusem. – Podczas toastów mówił o tobie tak cudowne rzeczy, że niemal pozieleniałam z zazdrości.

I to też była prawda.

Jane poklepała dłoń przyjaciółki. Może naprawdę zdawała sobie sprawę, jak bardzo Yvette jej zazdrości.

– Twój czas też wkrótce nadejdzie, przekonasz się. W morzu jest mnóstwo ryb.

– Ale ja nie przepadam za rybami – odparła Yvette lekko. – Może na tym polega problem.

Jane się roześmiała.

– Już raczej na tym, że nie traktujesz mężczyzn poważnie. Nawet jeśli chcą cię poślubić, wyśmiewasz ich i tracą kontenans.

– To są na świecie mężczyźni, którzy chcą mnie poślubić? – Zerknęła w kierunku sali balowej. – Pokaż mi choć jednego, bo nie spotkałam dotąd tych mitycznych stworzeń. – Żartuję – dodała, uśmiechając się słabo. – Chociaż wygląda na to, że znakomita większość dżentelmenów interesuje się jedynie moim majątkiem. A reszta jest po prostu, jak na mój gust, zbyt niska.

– Widzisz? – Jane potrząsnęła głową. – Właśnie o tym mówiłam. Nie traktujesz sprawy poważnie.

– Och, przeciwnie, bardzo poważnie. Zwłaszcza kwestię wzrostu. Nigdy nie musiałaś tańczyć z mężczyzną niższym od siebie. To denerwujące, kiedy przez cały czas wpatruje się w twój biust.

– Ktoś, kto to robi, nie jest dżentelmenem. I tak byś go nie chciała.

– To eliminuje znakomitą większość. – Yvette spoważniała. – Nie masz pojęcia, jak trudno dziś o prawdziwego dżentelmena. Większości mężczyzn nie można ufać. Spójrz tylko na mego ojca. I Samuela.

Nie wspominając o przyjacielu Samuela z marynarki, poruczniku Rustonie – choć Jane nie miała pojęcia o tym, co wydarzyło się pomiędzy Yvette a tym łajdakiem.

Twarz Jane przesłonił smutek i Yvette jęknęła.

– Tak mi przykro. Zupełnie zapomniałam, jak Samuel cię potraktował.

– Nic się nie stało.

– Przeciwnie – zaprotestowała Yvette. – Mój brat postąpił niewybaczalnie wobec ciebie i biednej Nancy. Musiałaś być przerażona, kiedy odkryłaś, że ją gdzieś więzi. To musiało być okropne!

– Trzymałam się nadziei, że nie skrzywdzi kobiety, którą znał od dzieciństwa. I że wróci mu rozsądek. – Jane uśmiechnęła się chłodno. – A kiedy tak się nie stało, postrzeliłam go w nogę.

– Ma szczęście, że nie gdzie indziej. – Yvette potrząsnęła głową. – Wiesz, że reszta rodziny odcięła się od niego dawno temu, prawda?

– Nawet ty? – spytała Jane cicho.

Yvette westchnęła.

– Próbuję. Mimo że skazano go na deportację, nie potrafię zapomnieć, że… – przerwała ze zbolałym uśmiechem. – Nieważne. Płynie już do Nowej Południowej Walii i pewnie nieprędko go zobaczymy. O ile w ogóle.

Dzięki ci, dobry Boże. Po tym, co brat rzucił jej na kolana, kiedy ostatni raz się widzieli, mogłaby go udusić. Po prostu wyślij ten list w moim imieniu i nie zadawaj pytań, dobrze?

Czy ten głupiec zupełnie jej nie znał? Oczywiście, że zażądała odpowiedzi. I oczywiście to, co odpowiedział, zaalarmowało ją i skłoniło do to tego, by postąpić, jak należy.

Niestety, nie była w stanie zrobić nic bez pomocy. A kto mógłby jej pomóc w posprzątaniu kolejnego bałaganu, jaki zostawił po sobie Samuel? Z pewnością nikt z tu obecnych, biorąc pod uwagę krzywdę, jaką jej brat wyrządził rodzinie lorda Rathmoora. Nawet Edwin odmówił, podejrzewając Samuela o kolejne matactwa.

Nie wiedział oczywiście, co Samuel zrobił, aby ochronić ją w młodości. Ani tego, że – choć głęboko pogrzebane – w sercu ich brata jest jednak dobro.

– Nie pozwól, by postępki twojego brata powstrzymały cię przed znalezieniem dla siebie męża – ostrzegła ją Jane. – Nie wszyscy są tacy jak on albo wasz ojciec. Edwinowi można zaufać. W pobliżu musi być więcej podobnych do niego mężczyzn.

– Ach, na tym polega problem. Godnych zaufania dżentelmenów odstręcza mój sposób zachowania i fakt, że nie waham się wyrażać własnych opinii. Woleliby też, abym nie była aż tak wysoka. Podobam się jedynie lekkoduchom, a to dlatego, że nie traktuję ich poważnie i mogą bezwstydnie ze mną flirtować. Najwidoczniej wyczuwają, że lubię walczyć z nimi na słowa.

A także to, że, przynajmniej niektórzy, bardzo ją pociągają.

Jane zmrużyła oczy i Yvette dodała nieco bardziej poważnym tonem.

– To istna łamigłówka, zapewniam.

– Nie jest tak, iż dżentelmeni występują jedynie w dwóch smakach, Yvette. Niektórzy z tych, którym można ufać, flirtują. I są wysocy. Zdarzają się nawet tacy, którzy nie tylko mają poczucie humoru, ale potrafią docenić ożywioną dyskusję. Na przykład Edwin.

– Jeszcze takiego nie spotkałam. Będę się jednak rozglądać, już choćby po to, by udowodnić ci, że się mylisz.

Jane zaśmiała się, cokolwiek zirytowana.

– Nie chcesz w ogóle wyjść za mąż?

– Nie aż tak bardzo, by związać się z jakimś nudziarzem, który łaskawie zechce mi się oświadczyć.

Och, miała szczerą nadzieję, że uda jej się uniknąć tej pułapki. Może kiedy wywołany przez Samuela skandal nieco przycichnie, sytuacja ulegnie poprawie. Miała dwadzieścia cztery lata i nie młodniała. Mimo to nie zgadzała się udawać w celu zdobycia męża niemądrego dziewczątka. Uważała, że w ogóle nie jest do tego zdolna. Przy pierwszej próbie zapewne parsknęłaby śmiechem.

Lecz Jane, ten ideał damy, raczej by tego nie zrozumiała.

Zmusiła się, by wzruszyć ramionami.

– Mam całkiem niezły majątek i mnóstwo zajęć. Po co mi mężczyzna? Żebym musiała mu się podporządkować?

– Życie to coś więcej niż dobroczynność i grzebanie w słownikach.

– Grzebanie! – wykrzyknęła oburzona. – Ja nie grzebię. Poza uzupełnianiem nieprzyzwoicie przestarzałego leksykonu slangu Francisa Grose’a staram się też ułożyć dla Pierce’a Egana listę określeń używanych w boksie. Poszerza swoje kompendium i już znalazłam dla niego kilka nowych terminów. – Nagle coś przyszło jej do głowy. – Być może twój nowy mąż zechciałby poświęcić mi trochę czasu, dodając nowe wyrażenia do mojego słownika gwary ulicznej?

– Dzisiaj? – spytała z niedowierzaniem Jane.

– Oczywiście, że nie, głuptasku, nie w dniu waszego ślubu. Lecz wkrótce. Jestem pewna, że mógłby dostarczyć mi tuziny nowych słów.

– Już prędzej setki, choć wątpię, czy dotyczyłyby akurat boksu. – Jane się uśmiechnęła. – Zapytam go. Upłynie jednak trochę czasu, zanim wrócimy z podróży poślubnej.

Nagle u boku Jane stanęła pani domu, księżna.

– Chodź, Jane. Potrzebujemy was, byście poprowadzili z Domem pierwszy taniec.

– Zaraz przyjdę – odparła Jane. – Lecz najpierw muszę wstąpić do pokoju dla pań.

– Oczywiście – odparła księżna. – Powiem muzykom, by zaczekali kilka minut.

Jane odeszła, a Yvette ogarnęło przygnębienie. Jane była jedną z ostatnich niezamężnych przyjaciółek, a teraz i ona znalazła sobie męża. I choć Yvette naprawdę cieszyła się jej szczęściem i doskonale rozumiała, dlaczego panna młoda odrzuciła Edwina, czuła się też rozczarowana, że nie będzie miała w domu pokrewnej damskiej duszy.

Znów zostali we dwoje z Edwinem i czasami myśl o krążeniu po Stoke Towers z posępnym starszym bratem, dopóki oboje nie umrą, wydawała się jej nie do zniesienia.

I nagle go usłyszała. Zupełnie jakby wyczuł, że o nim myśli, i się pojawił.

– Chciałbym, żebyś kogoś poznała, Yvette – powiedział żywo.

Tylko nie to. Starał się ją rozweselić, odkąd przyjechali, lecz kiepsko mu szło. Bóg jeden wie, o kim pomyślał, iż nada się do tego lepiej niż on.

Przywołała na usta uśmiech, odwróciła się do brata i jego towarzysza i serce w niej zamarło.

Obok Edwina stał bowiem najprzystojniejszy mężczyzna, jakiego widziała: złotowłosy Adonis z oczami o barwie tak głębokiego błękitu jak nagradzane ostróżki w ogrodzie ich majątku. Na dodatek wpatrywał się w nią z taką intensywnością, że aż zaparło jej dech w piersi.

Boże święty! Był też wysoki i ubrany modnie, choć nieco ekstrawagancko w brązowy żakiet, kamizelkę z czarnego aksamitu i spodnie w kratkę, a wszystko to zwieńczone krwiście czerwoną krawatką z surowego jedwabiu. Od razu wydał się jej zdecydowanie bardziej interesujący niż dżentelmeni, których towarzystwo zazwyczaj narzucał jej Edwin.

– Pozwól, że przedstawię ci mojego nowego znajomego, pana Jeremy’ego Keane’a – powiedział.

– Bardzo mi miło panią poznać, lady Yvette – oznajmił mężczyzna, kłaniając się.

Jego głęboki głos rezonował w niej niczym delikatna muzyka. Nawet jego akcent wydał jej się nieodparcie czarujący. Czyżby był Amerykaninem? Och, lubiła Amerykanów. Byli tak odświeżająco prostolinijni. I posługiwali się fascynującym slangiem.

Skinęła lekko głową.

– Cała przyjemność po mojej stronie, panie Keane.

Już kiedy to mówiła, elementy układanki wskoczyły nagle na swoje miejsce. Ten akcent i to nazwisko. Boże, to musiał być t e n Keane.

Jakby na potwierdzenie, mężczyzna z uznaniem przesunął po niej spojrzeniem. Spojrzeniem uwodziciela.

O nie, znowu! Dlaczego podoba się tylko łajdakom? A oni jej? Czy sprawa z porucznikiem Rustonem niczego jej nie nauczyła?

Najwidoczniej nie, gdyż spojrzenie pana Keane’a rozpalało ją w sposób zgoła skandaliczny. A niech go…

– Keane jest artystą z… – zaczął Edwin, lecz mu przerwała.

– Wiem wszystko o panu Keanie. – A widząc, że Edwin marszczy brwi, dodała pospiesznie: – Z wystawy jego prac, oczywiście.

Ciepłe spojrzenie pana Keane’a oblewało ją niczym płynny miód.

– Nie przypominam sobie, bym widział tam panią. Proszę mi wierzyć, na pewno bym ją zapamiętał.

Dreszcz przebiegł Yvette po plecach, zanim zdążyła uzbroić się wewnętrznie. Dobra robota. Będzie musiała bardziej uważać.

– Byliśmy tam wcześnie rano. Ośmielę się zauważyć, że leżał pan wtedy pewnie zawiany w jakiejś jaskini gry lub lupanarze.

– No i masz – mruknął Edwin pod nosem, krzywiąc się na dźwięk wulgarnego określenia domu publicznego.

– Rzadko się upijam, a już nigdy w lupanarze – odgryzł się pan Keane – ze strachu, że jego mieszkanki mogłyby mnie obrobić.

– Chętnie dowiedziałabym się, co rozumie pan przez „rzadko” – powiedziała Yvette. – A to, iż wie pan, że „obrobić” znaczy w ulicznym slangu „okraść”, świadczy najlepiej, jak spędza pan czas.

– I pani również – odpalił z błyskiem w oku. – W końcu określenie nie jest obce także pani.

Stłumiła chęć, by się roześmiać. Nie powinna go zachęcać. Mimo to była pod wrażeniem. Lekkoduchom i uwodzicielom często wydawało się, że są osobami dowcipnymi i błyskotliwymi, lecz rzadko spotykała takiego, który naprawdę odznaczałby się tymi przymiotami.

– Pan Keane zgodził się łaskawie namalować twój portret, Yvette – wtrącił pospiesznie Edwin. – Zakładając, oczywiście, że nie zniechęcił go twój niewyparzony język.

Łajdak miał czelność do niej mrugnąć.

– Przeciwnie, lubię, gdy słodkości są też odrobinę cierpkie.

– Chyba więcej niż odrobinę, biorąc pod uwagę to, co zobaczyłam na pańskich obrazach – odgryzła się.

Keane natychmiast spoważniał.

– I co pani o nich sądzi?

Pytanie ją zaskoczyło.

– Poluje pan na komplementy?

– Nie. Chciałbym usłyszeć szczerą opinię.

– Wszyscy tak mówią, lecz nikt poważnie.

– Nazywa mnie pani kłamcą, lady Yvette? – zapytał tym śmiertelnie poważnym tonem, jakiego używają mężczyźni, gdy kwestionuje się ich honor.

– Oczywiście, że nie – zapewniła pospiesznie. Zdążyła się już przekonać, że męski honor to coś, z czego lepiej nie robić sobie żartów. – Co zaś się tyczy płócien, powiedziałabym, że pańskie pojmowanie „cierpkości” zbliża się niebezpiecznie do granicy zgorzknienia.

– W rzeczy samej – przytaknął, przeciągając głoski. – Choć ja wolę nazywać to prawdziwym życiem.

– Nic zatem dziwnego, że dogadaliście się z Edwinem. On także uważa prawdziwe życie za co najmniej cierpkie.

– Och, nie wciągaj mnie w to – wtrącił Edwin.

Pan Keane zapytał, przyglądając się jej uważnie:

– A pani, lady Yvette? Czy pani także uważa, iż prawdziwe życie bywa cierpkie?

No, no. Dosyć uparty facet, czyż nie?

– Przypuszczam, iż może takim być. Jeśli chce się dostrzegać wyłącznie te jego aspekty. Ja wolę skupić się na tych przyjemniejszych.

Na przystojnej twarzy artysty pojawił się wyraz rozczarowania.

– Woli więc pani malowidła przedstawiające bukoliczne scenki: krowy na pastwisku i temu podobne.

– Zapewne. A także jarmarki. I dzieci.

Na wzmiankę o dzieciach coś zabłysło w głębi jego niebieskich oczu.

– Sztuka powinna stanowić dla widza wyzwanie, drażnić go, a nie uspokajać.

– Spróbuję o tym pamiętać, ilekroć znowu zostanę zmuszona, by patrzeć podczas śniadania na stado sępów pożerające martwego jelenia. To pańskie dzieło, prawda?

Keane zamrugał, a potem parsknął śmiechem.

– Blakeborough, zapomniałeś mi powiedzieć, że twoja siostra ma poczucie humoru, do tego tak błyskotliwe.

– Gdyby przyszło mi do głowy, że zachęci to pana do naszej transakcji – odparł Edwin znużonym tonem – z pewnością bym o tym wspomniał.

– Transakcji? – Yvette utkwiła wzrok w twarzy brata. – Jakiej transakcji?

– Powiedziałem ci – odparł Edwin czujnie. – Pan Keane namaluje twój portret. Uznałem, iż dobrze namalowane dzieło, ukazujące, jak śliczną jesteś kobietą, mogłoby… eee, cóż…

Więc o to chodziło. A niech go diabli, podobnie jak pana Keane’a za to, że zgodził się na podobny idiotyzm! Z pewnością został do tego w jakiś sposób przymuszony, ponieważ powszechnie wiadomo, że nie maluje portretów. Nigdy.

Walczyła, by nie pokazać po sobie, jak bardzo czuje się zraniona. Czy Edwin naprawdę uważa, iż jest tak nieatrakcyjna, że potrzebuje kunsztu znanego artysty, by uczynił ją przyjemniejszą dla oka?

– Proszę wybaczyć mojemu bratu – powiedziała, uśmiechając się na pozór uprzejmie. – Uparł się zdobyć dla mnie męża, bez względu na koszt. Czytałam jednak wywiad, w którym zarzekał się pan, iż prędzej da sobie obciąć ręce, niż namaluje kolejny portret. Nie chciałabym, aby z mojego powodu świat poniósł tak dotkliwą stratę.

Keane tylko się w nią wpatrywał.

– Czasami nieco przesadzam, rozmawiając z prasą – powiedział po chwili. – Zapewniam jednak, że ten akurat portret bardzo bym chciał namalować.

– I stawić czoło wyzwaniu? – Czuła gniew tak silny, że niemal ją dławił. – Przekonać się, czy potrafi namalować mnie na tyle atrakcyjną, by skłonić jakiegoś nieszczęśnika, szukającego akurat żony, by zignorował to, co ma przed oczami?

Jej brat zdał sobie sprawę, niestety poniewczasie, jak musiała odebrać jego słowa.

– Nie to chciałem powiedzieć, Yvette.

Zignorowała go.

– A może skusiły pana pieniądze. Ile zaoferował panu mój brat, by skłonić go do podjęcia się tak uciążliwego zadania? Musiała to być niezła sumka.

– Nie zaproponowałem mu pieniędzy – zaprotestował Edwin. – Źle zrozumiałaś, co…

– Chcę panią namalować – wtrącił gwałtownie Keane, uciszając Edwina spojrzeniem.

Czując się do głębi zdradzona, Yvette zebrała resztki godności, owinęła się nimi jak płaszczem i powiedziała:

– Dziękuję, ale nie jestem jeszcze tak… zdesperowana, by skorzystać z pańskich usług.

Odwróciła się, gotowa odejść, a wtedy Keane chwycił ją za rękę. A kiedy zmarszczyła gniewnie brwi, puścił ją… po to jedynie, by zaoferować jej ramię.

– Mogę z panią zatańczyć, lady Yvette?

To ją zaskoczyło. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że orkiestra zaczyna właśnie grać walca. Przeszło jej przez myśl, aby odmaszerować z gniewną miną, uznała jednak, że byłoby to dziecinne. Poza tym goście zaczęli się im przyglądać, a nie zniosłaby, gdyby w świat poszła plotka, że urządziła scenę podczas ślubnego śniadania swej przyjaciółki… która, tak się składa, zerwała niedawno z jej bratem.

– Lady Yvette? – zapytał Keane stalowym głosem.

– Tak, oczywiście – odparła, obdarzając go najchłodniejszym uśmiechem, na jaki mogła się zdobyć. – Z przyjemnością.

Ujęła go pod ramię i pozwoliła, by poprowadził ją w walcu.

A kiedy płynęli przez salę, unoszeni dźwiękami muzyki, powiedział:

– Ma pani pełne prawo gniewać się na brata.

– Moje uczucia względem Edwina to nie pański interes.

– Byłem szczery, gdy powiedziałem, że chciałbym panią malować.

– Nie wiem, ile pieniędzy… – zaczęła, prychnąwszy z pogardą.

– Lecz nie chodziło mi o portret. – Pochylił się, by móc szeptać jej do ucha. – Choć on o tym nie wie.

Zaskoczył ją tak bardzo, że kiedy odsunął się i utkwił w niej poważne spojrzenie, nie była w stanie odpowiedzieć.

– Widzę, że udało mi się przyciągnąć pani uwagę.

– Och, miał ją pan przez cały czas – odparła cokolwiek zgryźliwie. – Tylko nie tego rodzaju bałwochwalcze uwielbienie, do jakiego jest pan zapewne przyzwyczajony.

Uśmiechnął się leciutko.

– Proszę mi powiedzieć, lady Yvette, ma pani coś przeciwko artystom jako takim? Czy tylko ja wyjątkowo panią irytuję?

– Nie ufam czarującym lekkoduchom. Spotkałam wystarczająco wielu mężczyzn pańskiego pokroju, by poznać wszystkie wasze sztuczki.

– Poważnie w to wątpię – odparł, unosząc znacząco brew.

A kiedy wykonali kolejny obrót, uświadomiła sobie, zaskoczona, że tańczą zupełnie bez wysiłku. To się jej nie zdarzało. Prawie nigdy. Niewielu mężczyzn wiedziało bowiem, jak poprowadzić po parkiecie niezdarną Amazonkę, taką jak ona.

To, że tak dobrze im się tańczyło, sprawiło, że spojrzała na niego nieco łaskawszym okiem. Lecz tylko nieco.

– To jak właściwie chciałby mnie pan malować?

– To byłby obraz zupełnie innego rodzaju. A wyrażenie zgody na to, co proponował brat pani, było jedynie sposobem, by się do pani zbliżyć.

Przyglądała mu się przez chwilę sceptycznie.

– Proszę zapytać Blakeborougha, jeśli mi pani nie wierzy. Chciałem, żeby mi pani pozowała, nim dowiedziałem się, kim pani jest. Zapragnąłem tego, gdy tylko zobaczyłem, jak wchodzi pani do pokoju. Zapytałem brata pani, kim pani jest, a on mnie, dlaczego chcę to wiedzieć, więc mu powiedziałem.

Zwarł się z nią spojrzeniem tak szczerym, jak tylko można to sobie wyobrazić. Z drugiej strony, porucznik Ruston także wydawał się z początku szczery.

– Dlaczego, na miłość boską, chce pan malować akurat mnie?!

– Nie mam pojęcia. Nigdy nie wiem, dlaczego jakiś model mnie zaintryguje: po prostu tak się dzieje. I zawsze podążam za instynktem.

Yvette zamrugała. Mógł powiedzieć, że ma to coś wspólnego z jej wyglądem. Fakt, że tego nie zrobił, przydał mu nieco wiarygodności.

– To najbardziej absurdalna rzecz, jaką słyszałam.

I dosyć pochlebna.

– Może i jest absurdalna, zgoda. Ale, przysięgam, prawdziwa.

– Jaką zatem umowę zawarł pan z moim bratem?

Keane się skrzywił.

– Brat pani jest osłem.

– Niezupełnie. Po prostu czasami zdarza mu się nie myśleć o tym, co czują inni. Proszę odpowiedzieć – dodała, wpatrując się w niego z uporem.

Westchnął przeciągle i ujął mocniej jej dłoń.

– Mam namalować portret pani, a w zamian Blakeborough postara się rozejrzeć wśród dżentelmenów i znaleźć kilku, którzy mogliby być zainteresowani ożenkiem z moją siostrą.

– Ale z was para osłów! Nie przyszło wam do głowy, że wasze siostry potrafią same znaleźć sobie mężów, jeśli tylko zechcą? I że my… zaraz, zaraz, myślałam, że pańska siostra mieszka w Ameryce.

– Zmierza właśnie ku Anglii z zamiarem zmuszenia mnie, bym wrócił do domu i pomógł jej zarządzać rodzinnymi fabrykami. – Uśmiechnął się krzywo. – Planuję znaleźć dla niej męża, by mnie w tym zastąpił.

Wyglądał przy tym tak uroczo i chłopięco, że niemal ją oczarował. Lecz tylko do chwili, gdy postawiła się na miejscu jego siostry.

– Najpierw porzuca ją pan, żeby wędrować swobodnie po Europie. A kiedy poczuła się zmęczona czekaniem na pana, chce się pan jej pozbyć, wydając za mąż. – Potrząsnęła głową. – Biedactwo.

– Proszę mi wierzyć, żadne z niej biedactwo. Amanda doskonale potrafi się o siebie zatroszczyć. – Uśmiechnął się. – Wygląda na to, że macie ze sobą wiele wspólnego. Zapewne dlatego zapragnąłem panią malować.

Starała się, by nie wyczuł, jak bardzo jest zaintrygowana.

– A co miałby przedstawiać ten obraz?

– To alegoria przedstawiająca Sztukę poświęcaną na ołtarzu Komercji. A właściwie Handlu.

– Coś w stylu płócien Delacroix? – spytała, lekko zaskoczona.

– Zna pani dzieła Delacroix?

Wydawał się tak zdziwiony, że podrażniło to jej dumę.

– Czytuję książki, wie pan. Bywam też na wystawach i w operze, gdy tylko uda mi się wyciągnąć brata do miasta.

– Opera, co? Nie mogę wyobrazić sobie nic bardziej nudnego niż wieczór spędzony na słuchaniu pisków i skrzeczenia.

– Chciałam powiedzieć, że nie jestem głupiutką gąską z towarzystwa, która interesuje się jedynie modą.

– Nigdy bym tak o pani nie pomyślał. – Pochylił się ku niej i powiedział, zniżając znacząco głos: – W przeciwieństwie do brata pani, doskonale zdaję sobie sprawę z pani powabów.

Słowa topniały na jej skórze niczym masło. A kiedy przyciągnął ją bliżej podczas kolejnego obrotu, pozwoliła mu na to.

Nie z powodu jego porażającej atrakcyjności, nie. Albo umiejętności poruszania się na parkiecie. Błysku w niebieskich oczach. Żadna z tych rzeczy nie miała na nią wpływu. Absolutnie.

Otrząsnąwszy się z trudem z dziwnego oszołomienia, które nagle opanowało jej umysł, powiedziała:

– Jaką zatem postać miałabym odtwarzać na pańskim obrazie?

Uśmiechnął się kątem ust.

– Czy oznacza to, że zgodzi się pani mi pozować?

– Może. Zależy, jak odpowie pan na kilka pytań.

Muzyka cichła. Akurat w chwili, kiedy rozmowa stawała się interesująca! Niestety, byłoby wysoce niestosowne prosić go o kolejny taniec.

Na szczęście on też o tym pomyślał, gdyż poprowadził ją ku drzwiom wychodzącym na ogród oświetlony słonecznym blaskiem. A kiedy muzyka na dobre umilkła, podał jej ramię.

Yvette przyjęła je, wiedziona ciekawością. Wyszli na zewnątrz i z ulgą przekonała się, że poza nimi są tam również inni goście. Przynajmniej nie musi się martwić, że znowu zaczną o niej plotkować.

Poza tym w sali balowej było duszno. Tu będzie miała czym oddychać.

– Proszę bardzo, madame – powiedział. – Proszę pytać, o co pani zechce.

– Do jakiej postaci miałabym pozować? I w jakim stroju? Czy fakt, że będę panu pozować, mógłby zniszczyć mi życie? Dlatego Edwin zgodził się jedynie na formalny portret?

– To mnóstwo pytań – odparł chłodno. – Zacznijmy od ostatniego. Brat pani i ja nie doszliśmy tak daleko, aby omawiać szczegóły. Gdy tylko powiedziałem, że chciałbym panią malować, odmówił wyrażenia zgody na cokolwiek poza nudnym portretem, choć zapewniłem go, że byłbym w stanie ukryć pani tożsamość.

– Doprawdy? – Poczuła lekkie rozczarowanie na myśl o tym, iż nie chciał malować jej taką, jaka była naprawdę. Tylko dlaczego miałoby jej to sprawiać różnicę? – Nosiłabym maskę, pelerynę albo coś podobnego?

– Nie. Miałaby pani na sobie jednak grecki strój, różniący się od codziennych sukni. Mógłbym nawet zmienić kolor pani włosów, gdyby pani zechciała. I byłoby panią widać jedynie z profilu. Wątpię, by ktokolwiek zorientował się, że to pani mi pozowała.

Zaśmiała się szorstko.

– Jasne. I nie zauważyłby, że postać na obrazie jest wysoka i niezdarna. Zupełnie jak ja.

– Niezdarna! – Potrząsnął głową. – Raczej królewska! Majestatyczna.

Komplement pojawił się tak niespodziewanie, że zupełnie ją zaskoczył. Przywykła do tego, iż żartowano sobie z jej wzrostu, a nie chwalono go. Musiała odwrócić głowę, żeby nie zorientował się, jak wielką przyjemność sprawiły jej te słowa.

Mogłaby przysiąc, iż Keane mówi absolutnie szczerze. Z drugiej strony, uwierzyła przecież w komplementy porucznika Rustona, choć były zdecydowanie mniej oryginalne i zupełnie niewiarygodne. Pan Keane nie nazywał jej przynajmniej „porażającą pięknością” i „delikatnym kwiatem”. Nie mogła uwierzyć, że dała się otumanić czymś podobnym. Nie była delikatna nawet przez jeden dzień w życiu.

– Wzrost pani nie miałby znaczenia – kontynuował tymczasem Keane. – I tak by pani leżała.

To ją zaintrygowało. Jak mogła zapomnieć, że rozmawia z uwodzicielem?

– A to dlaczego? – spytała.

Popatrzył na nią, jakby brakowało jej rozumu.

– Sztuka poświęcona na ołtarzu Komercji? Nie słuchała mnie pani? Do licha, kobieto, nie mógłbym przecież pokazać ofiary inaczej, jak tylko leżącą na ołtarzu!

Zaskoczona jego rzeczowym tonem – jakby to, co mówił, musiało być oczywiste dla każdego – wymamrotała:

– Och, rzeczywiście, zgoda. Nie wiem, co sobie myślałam.

Prawdę mówiąc, wiedziała. Pomyślała, że Keane musi być szalony. Gdy mówił o swojej sztuce, w jego głosie nie było uwodzicielskiej nutki. Czy tak to sobie zaplanował? Chciał wprawić ją w konsternację?

Ponieważ najwidoczniej był to skuteczny plan.

– Zrobi to pani? – zapytał. – Zakładając, że da się to zorganizować?

– To akurat nie stanowi wielkiego problemu – odparła, zastanawiając się na głos. – Artyści malujący portrety zamieszkują z reguły w domu osoby, którą portretują. Gdyby więc przybył pan do nas, moglibyśmy zaaranżować sprawy tak, by mógł pan malować też drugi obraz. – Zerknęła na niego spod oka. – Oczywiście, jeśli zdecydowałby się pan wyjechać na jakiś czas z Londynu.

– Och, sam nie wiem. – Zatrzymał się przy marmurowej fontannie i spojrzał na Yvette, ewidentnie się z nią drocząc. – Musiałbym zostawić wszystkie te jaskinie gry i lupanary. Jak bym bez nich przeżył?

– Jestem pewna, że udałoby się panu znaleźć w pobliskiej tawernie jedną lub dwie pokojówki, chętne umilić panu czas.

– Zatem: żadnych lupanarów w tamtejszych leśnych ostępach?

– Proszę mi wierzyć, gdyby w pobliżu był choć jeden, mój drugi brat odkryłby go wieki temu.

Spojrzał na nią dziwnie i Yvette się zarumieniła. Nie miała pojęcia, dlaczego wspomniała o rozwiązłych praktykach Samuela. Nie potrafiła wyrzucić z pamięci tego, czego od niej zażądał.

– Nic mi nie będzie, przyrzekam – oznajmił Keane głosem gładkim jak jedwab. – Choć nadal nie obiecała pani, że zgodzi się mi pozować. Do tego drugiego płótna.

Nagle uświadomiła sobie, że oto nadarza się okazja, by spełnić prośbę Samuela. Nie wysłała zapieczętowanego listu, obawiając się, że nikt nie zgłosi się po niego na pocztę w Covent Garden, lecz może udałoby się jej naprawić krzywdę wyrządzoną przez brata.

– Rzeczywiście. – Spojrzała na niego z wyższością. – Proszę mi powiedzieć, panie Keane: czy byłby pan skłonny zawrzeć układ także ze mną?

– To zależy – odparł, spoglądając na nią czujnie. – Jaki układ ma pani na myśli?

Wzburzyła palcem wodę w fontannie, unikając jego spojrzenia.

– Będę panu pozować – oczywiście, w ubraniu – by mógł pan namalować tyle obrazów, ile zechce.

– A w zamian? – zapytał ostrożnie.

– Znajdzie pan sposób, by wprowadzić mnie do lupanaru w Covent Garden.

Rozdział trzeci

Jeremy był zaszokowany. A potem zaintrygowany. Wreszcie zaniepokojony na myśl, że lady Yvette mogłaby się znaleźć choćby w pobliżu jaskini występku i rozpusty.

Za nic by na to nie pozwolił. Ma w końcu reputację, której musi strzec.

– Nie potrzebuje pani mojej pomocy. Covent Garden to dzielnica znana z tego, że nietrudno tam o… eee… rozrywki. Wystarczy, że się pani pojawi, a zostanie przyjęta z otwartymi ramionami.

Spojrzała na niego, oburzona.

– Nie zamierzam zostać jedną z kobiet dostarczających tam rozrywek, ty diable!

Tego akurat zdążył się już domyślić. Chciał po prostu zobaczyć w jej oczach iskierkę gniewu.

– To po co iść do lupanaru?

– Szukam… pewnej osoby.

– Ach, tak – powiedział, jakby wszystko rozumiał, co z pewnością nie było prawdą. – Przyjaciółki?

– Kogoś w tym rodzaju.

Zaróżowione policzki damy świadczyły jasno o tym, że nie jest w tej sprawie tak nonszalancka, jaką chciałaby się wydawać.

– Ma pani przyjaciółkę w burdelu – stwierdził, nie owijając w bawełnę.

Skrzyżowała ramiona na piersi.

– Nieważne, po co chcę iść do tego przybytku, ale że w ogóle chcę to zrobić. A ponieważ jest pan tam stałym bywalcem, z pewnością udałoby się panu mnie przemycić.

– Rzeczywiście, mam w tej dziedzinie pewne doświadczenie. – Nie było tak duże, jak wszyscy się spodziewali, wystarczające jednak, by wiedzieć, jak się zachować. – Choć byłoby zapewne bezpieczniej dla reputacji pani, gdybym poszedł sam. Wystarczy, aby podała mi pani nazwisko tej osoby…

– Nie mogę. Nie wiem nawet, czy moja… przyjaciółka w ogóle tam przebywa. I muszę iść z panem. Nie mogę wyjaśnić dlaczego.

Z każdą chwilą sprawa stawała się coraz bardziej interesująca.