20 osób interesuje się tą książką

Opis

Osiemnastoletnia Trinity Marrow potrafi widzieć i komunikować się z duchami i zjawami. Jej wyjątkowy dar stanowi część tajemnicy tak niebezpiecznej, że dziewczyna ukrywana jest przez lata w odosobnionej posiadłości strażników – gargulców, które strzegą ludzkość przed demonami. Gdyby piekło odkryło prawdę o Trinity, dla pozyskania mocy zostałaby pożarta.

Kiedy wysłannicy innego klanu przywożą niepokojące wieści o czymś, co zabija zarówno demony, jak i strażników, poukładany świat dziewczyny legnie w gruzach. Nie przez niebezpieczeństwo, a dzięki najbardziej irytującemu i fascynującemu chłopakowi, jakiego poznała. Zayne ma własne sekrety, które na nią wpłyną. Jednak współdziałanie stanie się konieczne, gdy demony wtargną na teren społeczności, a tajemnica Trinity ujrzy światło dzienne.

Aby ocalić rodzinę i być może świat, dziewczyna będzie musiała zaufać przystojnemu strażnikowi. Wszystko może się zdarzyć, gdy rozpocznie się nadprzyrodzona wojna…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 497

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czytelnikowi i Czytelniczce

oraz gwiazdom, które nadal jestem w stanie zobaczyć.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 1

 

 

 

– Tylko pocałunek?

Odczułam ekscytację, gdy oderwałam spojrzenie od ekranu telewizora i zerknęłam na Claya Armstronga. Mój wzrok potrzebował chwili, by się wyostrzyć i objąć jego twarz.

Chłopak był tylko o kilka miesięcy starszy ode mnie i uroczy ze stale opadającymi na czoło jasnobrązowymi włosami, które błagały moje palce, żeby je przeczesać.

Chociaż nigdy nie widziałam nieatrakcyjnego strażnika, nawet gdy zbytnio nie starałam się go sobie wyobrazić w ludzkiej postaci, niebędącego gargulcem.

Clay usiadł obok mnie na kanapie w salonie jego rodziców. Byliśmy sami i nie pamiętałam, jakie decyzje podjęłam, że znalazłam się tutaj, siedząc tuż obok niego i stykając się z nim udami. Jak wszyscy strażnicy był sporo większy niż ja, mimo że miałam metr siedemdziesiąt dwa i nie uważano mnie za niską dziewczynę.

Clay zawsze był bardziej przyjazny wobec mnie niż inni strażnicy, nawet ze mną flirtował, co mi się podobało – poświęcał uwagę, którą obserwowałam wśród innych par, choć nigdy aż tak wielką. Nikt w tutejszej społeczności, no może poza moją przyjaciółką Jadą i oczywiście Mishą, nie okazywał mi uznania, nie mówiąc o tym, aby chciał mnie całować.

Ale Clay zawsze był miły, mówił mi komplementy nawet wtedy, gdy byłam w rozsypce, a przez ostatnie tygodnie często za mną łaził. Podobało mi się to.

I nie było w tym nic złego.

Kiedy więc podszedł do mnie przy palenisku – miejscu na wielkie ognisko, przy którym noce spędzali młodzi strażnicy – i zapytał, czy pójdę z nim do domu obejrzeć film, nie musiał się powtarzać.

A teraz chciał mnie pocałować.

I pragnęłam, by to zrobił.

– Trinity? – zapytał i wzdrygnęłam się, gdy nagle zobaczyłam, że jego palce znajdowały się przy mojej twarzy. Złapał kosmyk włosów, który zsunąłsię na mój policzek, i założył mi go za ucho. Jego dłoń jednak pozostała. – Znów to robisz?

– Ale co?

– Znikasz – odparł. Tak, często mi się to zdarzało. – Dokąd się udałaś?

Uśmiechnęłam się.

– Donikąd. Jestem.

Wpatrywał się we mnie błękitnymi oczami strażnika.

– Dobrze.

Mój uśmiech się poszerzył.

– Tylko pocałunek? – powtórzył.

Ekscytacja wzrosła i westchnęłam powoli.

– Tylko pocałunek.

Uśmiechnął się i przysunął, przechylił głowę, by nasze usta znalazły się w jednej linii. Oczekując go, rozchyliłam wargi. Całowałam się już. Raz. Cóż, to ja całowałam – Mishę, gdy miałam szesnaście lat. Odwzajemnił pocałunek, ale sprawy przybrały dziwny obrót, bo Misha był dla mnie jak brat i w ogóle nie interesowaliśmy się sobą w romantyczny sposób.

W dodatku nic nie powinno się między nami dziać przez to, kim był.

Kim byłam ja.

Clay dotknął moich ust swoimi, które były ciepłe i… suche. Zdziwiłam się. Myślałam, że będą… no nie wiem, wilgotne. Ale to okazało się… miłe, zwłaszcza gdy ich nacisk wzrósł. Clay wargami rozchylił moje i zaczął nimi poruszać. Odwzajemniłam pocałunek.

Nie chciałam przerywać, gdy dłoń spoczywającą na moim karku przesunął po plecach aż na biodro. To też było przyjemne, a kiedy mnie przechylił, dałam się położyć i umieściłam ręce na jego ramionach. Unosił się nade mną, podtrzymując na łokciu, by mnie nie zmiażdżyć.

Temperatura ciała strażników była wysoka – wyższa niż ludzi i moja – ale Clay wydawał się gorętszy, jakby miał zapłonąć.

A ja czułam się… letnia.

Całował, a pocałunki te nie były już suche i sprawiało mi przyjemność, jak dolne części naszych ciał uległy połączeniu, jak ocieraliśmy się o siebie w tajemniczym rytmie, który zdawał się właściwy i mógłby przejść w coś więcej, gdybym tego zapragnęła.

To było… całkiem fajne.

Miłe, gdy trzymał mnie za rękę, kiedy tu szliśmy. Tak jak świece, które zapalił, a które pachniały arbuzem i lemoniadą – zawierały coś romantycznego, podobnie jak palce, które otwierały się i zamykały na moim biodrze. To było przyjemne i ciepłe. Nie ekscytujące, jak zrywanie z siebie ubrań, ale… naprawdę miłe.

Następnie jego dłoń wślizgnęła się pod moją bluzkę i wędrowała w stronę piersi.

Chwila.

Sięgnęłam po nią i odsunęłam się, przestając go całować.

– Wow.

– Co? – Oczy miał wciąż zamknięte, rękę trzymał na mojej klatce piersiowej, nadal ocierając się biodrami.

– Powiedziałam „tylko pocałunek” – przypomniałam, ciągnąc za jego palce. – A to coś więcej.

– Nie podoba ci się?

Nie podobało mi się? Kluczowy był tu czas przeszły.

– Już nie.

Nie miałam pojęcia, jakim cudem moje słowa o braku zainteresowania przekształciły się w kolejny pocałunek, ale właśnie tak się stało. Clay przywarł do moich ust, lecz ich nacisk nie był już fajny. Był niemal bolesny.

Rozdrażnienie rozpaliło się jak zapałka. Zacisnęłam palce na jego ręce i wyciągnęłam ją spod mojej bluzki. Pchnęłam Claya w tors, przestając całować.

Spiorunowałam go wzrokiem.

– Ruszaj się.

– Próbowałem – wymamrotał, podnosząc się, ale nie robił tego wystarczająco szybko po tej ohydnej uwadze.

Popchnęłam go, i to mocno. Poleciał na bok i wylądował na podłodze, od czego poruszył się telewizor i zamigotały płomienie świec.

– Co jest? – zapytał ostro, siadając. Wyglądał na oszołomionego tym, co byłam w stanie zrobić.

– Powiedziałam, że przestało mi się podobać. – Spuściłam nogi na podłogę i wstałam. – A ty nie przerwałeś.

Wpatrywał się we mnie, mrugając powoli. Wydawało się, że nie usłyszał moich słów.

– Zepchnęłaś mnie.

– Tak, bo zachowywałeś się okropnie. – Przeszłam ponad jego nogami, pragnąc udać się do drzwi.

Wstał.

– Nie wydawało się to okropne, gdy błagałaś, bym cię pocałował.

– Co? Okej. Coś ci się pomyliło – warknęłam. – Nie błagałam cię. Zapytałeś, czy możesz mnie pocałować, a ja zgodziłam się tylko na to. Nie przeinaczaj faktów.

– Nieważne. Wiesz co? Nawet mi się nie podobało.

Przewróciłam oczami i obróciłam się do drzwi.

– Odczuwałam, jakby było wręcz przeciwnie.

– Tylko dlatego, że jesteś jedyną dziewczyną, która nie oczekuje, że stworzę z nią parę.

Tworzenie pary u strażników nie oznaczało macanek. Oznaczało ślub i poczęcie wielu małych strażników, a wspomnienie o tym w tej chwili było bardzo obraźliwe i kiepskie. Mocno mnie uraziło.

Z nikim tutaj nie mogłabym związać się na poważnie. Strażnicy nie tworzyli par z ludźmi.

I z moim rodzajem.

– Mam pewność, że nie jestem jedyną, która nie chce się z tobą wiązać, palancie.

Clay poruszył się z prędkością strażnika. W jednej chwili znajdował się przy kanapie, w drugiej przede mną.

– Nie muszę być…

– Ostrożnie dobieraj słowa, kolego. – Irytacja szybko przeszła w gniew. Próbowałam się uspokoić, bo… kiedy byłam zła, działy się brzydkie rzeczy.

I zazwyczaj pojawiała się krew.

Mięsień drgnął na jego policzku, pierś uniosła się przy głębokim wdechu, nim wygładziła się przystojna twarz.

– Wiesz, zacznijmy od nowa. – Przesunął mi rękę przed twarzą i położył ją na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się, zaskoczona.

Kiepskie posunięcie z jego strony, bo nie lubiłam być zaskakiwana.

Złapałam go za nią.

– Dasz znać, jak bardzo zaboli, gdy walniesz w podłogę?

– Co? – Otworzył usta.

– Bo walniesz naprawdę mocno. – Wykrzywiłam jego rękę i przez ułamek sekundy widziałam szok na jego twarzy. Był wytrenowanym strażnikiem, przygotowywanym do bycia wojownikiem, i nie rozumiał, jakim cudem tak szybko zyskałam przewagę.

A zaraz nie myślał już wcale.

Obróciłam go i opierając się na prawej nodze, kopnęłam go lewą, a moja stopa wylądowała idealnie pośrodku jego pleców. Niebywale z siebie zadowolona czekałam, aż uderzy w podłogę.

Ale tak się nie stało.

Clay przeleciał przez pokój i trafił w okno. Szkło pękło i poddało się, a strażnik wyleciał do ogródka. Słyszałam, jak upadł. Brzmiało to jak małe trzęsienie ziemi.

– Ups – szepnęłam, chwytając się za policzki. Stałam nieruchomo z pół minuty, aż obróciłam się i pospieszyłam do drzwi. – Nie, nie, nie…

Na szczęście na ganku świeciła się lampa, więc zobaczyłam Claya.

Wylądował w różach.

– O rety. – Zbiegłam ze schodów, gdy z jękiem wytoczył się z krzaka. Wydawał się żywy. To dobrze.

– Co, u licha?

Wzdrygnęłam się i rozejrzałam, rozpoznając głos. Misha. Wychynął z cienia i zatrzymał się w blasku lampy. Stał za daleko, bym go wyraźnie widziała, ale nie musiałam dostrzegać wyrazu jego twarzy, aby wiedzieć, że miał na niej mieszaninę niedowierzania i rozczarowania.

Misha popatrzył na leżącego na ziemi Claya, na mnie, na okno i znów na mnie.

– Chcę wiedzieć?

Nie zdziwiłam się na jego widok. Pozostawało kwestią czasu, nim połapie się, że wymknęłam się z ogniska i skończyłam tutaj.

Wychowywaliśmy się razem, również wspólnie trenowaliśmy, odkąd postawiliśmy nasze pierwsze kroki, i to on był świadkiem moich pierwszych odrapanych kolan, kiedy próbowałam dotrzymać mu kroku – był też przy mnie, gdy po raz pierwszy życie prawdziwie dało mi się we znaki.

Z uroczego piegowatego rudzielca Misha wyrósł na niezłego przystojniaka. Kiedy miałam szesnaście lat, podkochiwałam się w nim ze dwie godziny, przy czym go pocałowałam.

Przeżyłam wiele krótkotrwałych fascynacji płcią przeciwną.

Misha jednak był kimś więcej niż moim towarzyszem czy najlepszym przyjacielem. Był moim protektorem, mocno związanym ze mną od małego.

Tak mocno, że w razie mojej śmierci, on też by umarł, choć gdyby jako pierwszy stracił życie, więź zostałaby zerwana i zastąpiłby go inny strażnik. Zawsze uważałam to za niesprawiedliwe, ale więź nie była całkowicie jednostronna. To, co tkwiło we mnie, napędzało też Mishę, a jego moce strażnika nadrabiały często za moją ludzką część.

W pewnym sensie stanowiliśmy dwie strony tego samego medalu, a kiedy go pocałowałam, pogwałciłam jakąś niebiańską zasadę. Według ojca protektorzy i ich podopieczni nigdy nie powinni angażować się w niegrzeczne, sprośne sytuacje. Zapewne miało to coś wspólnego z więzią, ale nie miałam pojęcia, co to tak naprawdę oznaczało. Co mogło zrobić naszej więzi? Zapytałam o to ojca, lecz popatrzył na mnie z góry, jakbym poprosiła o wyjaśnienie kwestii, skąd się biorą dzieci.

Nie żeby zmniejszało to teraz moją irytację.

– Panuję nad tym. – Wskazałam na jęczącego na ziemi Claya. Widziałam na jego twarzy ciemne kropki. Kolce? Boże, miałam nadzieję, że tak. – Oczywiście.

– To twoja sprawka? – Misha wpatrywał się we mnie.

– Tak? – Skrzyżowałam ręce na piersi, gdy Clay zaczął się podnosić. – I nie mam wyrzutów sumienia. Nie zrozumiał, co oznaczało „tylko pocałunek”.

Misha spojrzał na Claya.

– Serio?

– Bardzo serio – odparłam.

Warcząc pod nosem, Misha ruszył na Claya, który w końcu podniósł się na kolana. Miał dostać pomoc, by znaleźć się na nogach. Misha złapał go za tył koszulki i podniósł z ziemi, po czym do siebie obrócił. Kiedy go puścił, niższy strażnik zatoczył się do tyłu.

– Powiedziała „nie”, a ty nie posłuchałeś? – zapytał ostro mój przyjaciel.

Clay uniósł głowę.

– Nie mówiła powa…

Poruszając się z błyskawiczną prędkością, Misha wziął zamach i wbił pięść w sam środek głupkowatej twarzy chłopaka, a ten poleciał na ziemię już drugi raz tego wieczoru.

Uśmiechnęłam się.

– Tak jak ja nie zrobiłem tego na poważnie? – zapytał Misha, kucając. – Kiedy ktoś odmawia, zawsze mówi poważnie.

– Cholera – jęknął Clay, łapiąc się za twarz. – Chyba złamałeś mi nos.

– Mam to gdzieś.

– Jezu. – Clay się zbierał, ale zaraz upadł na tyłek.

– Musisz przeprosić Trinity – polecił mój przyjaciel.

– Jak chcesz. – Poobijany wstał, obrócił się do mnie i wymamrotał: – Przepraszam, Trinity.

Uniosłam rękę i wyprostowałam środkowy palec.

Misha nie skończył.

– Nie odzywaj się więcej do niej. Jeśli to zrobisz, ponownie wywalę cię przez okno, tylko z jeszcze gorszym skutkiem.

Clay opuścił rękę i zobaczyłam krew na jego twarzy.

– Nie wyrzuciłeś mnie przez…

– Najwyraźniej nie zrozumiał – warknął Misha. – Wywaliłem cię przez okno i następnym razem zrobię to jeszcze mocniej. Kumasz?

– Tak. – Otarł usta. – Kumam.

– Więc zejdź mi z oczu.

Clay wszedł do domu i trzasnął za sobą drzwiami.

– Musisz wracać do siebie – powiedział szorstko przyjaciel, biorąc mnie za rękę i prowadząc przez ogród w cień.

Poddałam się, bo bez światła nie widziałam prawie nic.

– Thierry musi się o tym dowiedzieć – odpowiedziałam, gdy weszliśmy na ścieżkę prowadzącą do głównego budynku.

– No pewnie, że mu o tym powiem. Musi wiedzieć, bo Clayowi należy się coś więcej niż wielki łomot.

– Zgadzam się. – Miałam wielką ochotę tam wrócić i wyrzucić strażnika przez drugie okno, ale zamierzałam pozwolić Thierry’emu się nim zająć, nawet jeśli miało to prowadzić do bardzo niezręcznej rozmowy z człowiekiem, który był dla mnie jak drugi ojciec.

Thierry mógł jednak więcej. Był tu szefem, nie tylko liderem klanu, lecz także lordem nadzorującym wszystkie inne klany i wiele placówek przy środkowym Atlantyku i w dolinie Ohio. Był odpowiedzialny za trenowanie nowych wojowników i zapewnienie społeczności bezpieczeństwa oraz ukrycia.

Z pewnością miał dopilnować, by Clay nauczył się nigdy, przenigdy tego nie powtarzać.

Misha zatrzymał się, gdy odeszliśmy spory kawałek od domu chłopaka.

– Musimy porozmawiać.

Westchnęłam.

– Naprawdę nie mam ochoty na wykład. Wiem, że chcesz dobrze, ale…

– Jakim cudem wyrzuciłaś go przez okno? – zapytał, przerywając mi.

Skrzywiłam się, patrząc na zacienioną twarz przyjaciela.

– Popchnęłam go i… cóż, kopnęłam.

Puścił moją rękę, a swoją położył na moim ramieniu.

– Jak udało ci się kopnąć go tak, że wypadł przez okno, Trin?

– Widzisz, uniosłam nogę, jak na treningu…

– Nie o to mi chodzi, mądralo – przerwał mi. – Stajesz się silniejsza. O wiele bardziej silna.

Zadrżałam i pojawiła się gęsia skórka. Stawałam się silniejsza, ale wiedziałam, że będzie tak z każdym kolejnym rokiem, aż…

Aż co?

Z jakiegoś powodu zawsze sądziłam, że kiedy skończę osiemnaście lat, coś się zmieni, lecz moje urodziny miały miejsce ponad miesiąc temu i wciąż tu byliśmy, dobrze ukryci, czekając na porę, gdy zostanę wezwana przez ojca do walki.

Nie żyłam prawdziwie.

Tak jak Misha.

Ogarnęło mnie zbyt znajome poczucie niezadowolenia, ale odsunęłam je od siebie.

Nie był to dobry czas na zastanawianie się nad tym, ponieważ, prawdę mówiąc, stawałam się coraz silniejsza już od dłuższego czasu. I szybsza, jednak udawało mi się powstrzymywać, gdy trenowałam z Mishą.

Dziś jednak straciłam nad sobą panowanie.

Chociaż mogło być gorzej.

– Nie zamierzałam wyrzucić go przez okno, ale cieszę się, że do tego doszło – powiedziałam, opuszczając wzrok do swojego ciemnego swetra. – Wydawał się… przestraszony moją siłą.

– Oczywiście, Trin, ponieważ niemal wszyscy stąd mają cię za człowieka.

Nie byłam nim jednak.

Nie byłam również strażnikiem, który niczym superbohater ścigał złoczyńców, gdyby ci dobrzy z komiksów czy filmów byli, cóż, gargulcami.

Nieco ponad dekadę temu wyglądające bestialsko rzeźby z kościołów i budynków na całym świecie, postrzegane dotąd jako architektoniczne cuda, zaczęły się ruszać, ujawniając, że wiele z nich było żywymi stworzeniami.

Po początkowym szoku ludzie zdali sobie sprawę, że strażnicy byli kolejnym gatunkiem, i ich zaakceptowali. Cóż, większość ludzi. Istnieli też fanatycy należący do Kościoła Dzieci Bożych – jego członkowie postrzegali strażników jako znak końca czasów czy coś równie kiepskiego. Większość osób była jednak przyjaźnie nastawiona, a strażnicy pomagali organom ścigania przy pospolitych przestępstwach, choć ich główną misją było chronienie wszystkich przed większym złem.

Przed demonami.

Społeczeństwo nie miało pojęcia, że demony były prawdziwe, jak wyglądały i ile było gatunków. Do licha, nie podejrzewali, ile demonów wtopiło się w tłum tak dobrze, że niektórzy zostali wybrani do rządu oraz mieli władzę i moc.

Większość osób wierzyła, że demony były biblijną przypowieścią, ponieważ według jakiejś niebiańskiej zasady ludzie mieli o nich nie wiedzieć i skupiać się na niezaprzeczalnej idei ślepej wiary.

Ludzie musieli wierzyć w Boga i niebo, a ich wiara musiała być czysta, nie mogła pochodzić ze strachu przed niebiańskimi konsekwencjami. Gdyby dowiedzieli się, że piekło naprawdę istnieje, świat stanąłby na głowie, a z nim nawet strażnicy, których zadaniem było panowanie nad demonami i trzymanie ludzi w niewiedzy, aby ci mogli żyć i dysponować swoją wolną wolą.

A przynajmniej tak nam wmawiano, w to wierzyliśmy.

Kiedy byłam młodsza, nie rozumiałam tego. Przecież gdyby ludzkość wiedziała o istnieniu demonów, mogłaby sama się chronić. Gdyby wiedziała, że na przykład za zabójstwo nieodwołalnie czeka człowieka bilet w jedną stronę do piekła, mogłaby zachowywać się właściwie, choć mogłoby to jednak nie wynikać z jej wolnej woli. Thierry wyjaśnił mi to kiedyś.

Ludzkość musiała posługiwać się wolną wolą bez obawy o konsekwencje.

Ale strażnicy z Wyżyny Potomaku, potomkowie posiadających moc klanów środkowoatlantyckiego i z doliny Ohio, byli dobrze wyszkolonymi wojownikami, którzy chronili ludzkość i walczyli z wciąż rosnącą populacją demonów, lecz mieli też cel wykraczający poza standardowe procedury.

Mieli ukrywać mnie.

Większość żyjąca w naszej społeczności o tym nie wiedziała, wliczając w to głupiego Claya. Chłopak nie miał pojęcia, że widziałam duchy i zjawy – i tak, były między nimi różnice. Na palcach jednej ręki byłam w stanie zliczyć tych, którzy znali prawdę. Misha, Thierry i jego mąż Matthew, Jada i tyle.

I to się nigdy nie miało zmienić.

Większość strażników wierzyła, że byłam ludzką sierotą, nad którą ulitowali się Thierry i Matthew, ale daleko mi było do człowieka.

Ludzka część mnie pochodziła od matki. Ilekroć patrzyłam w lustro, widziałam ją. Miałam po niej ciemne włosy i brązowe oczy, jak również oliwkową cerę, która uwidaczniała moje sycylijskie korzenie. I miałam jej twarz – wielkie oczy, może nawet za duże, ponieważ bez większego wysiłku wyglądałam, jakbym je ciągle wytrzeszczała. Miałam też po niej wydatne kości policzkowe i mały, leciutko wygięty na końcu na bok nos. No i jej szerokie, wyraziste usta.

Ale nie tylko to. Po jej rodzinie odziedziczyłam również kiepskie geny.

Z mojej nieludzkiej strony… cóż, nie byłam podobna do ojca.

Wcale.

– Człowiek nie może uderzyć czy kopnąć strażnika tak, by go przesunąć – wytknął oczywiste Misha. – Nie mówię, że nie powinnaś robić tego, co zrobiłaś, ale musisz uważać, Trin.

– Wiem.

– Na pewno? – zapytał cicho.

Dech uwiązł mi w gardle i zamknęłam oczy. Wiedziałam. Boże, doskonale zdawałam sobie sprawę. Clay zasługiwał na to, co go spotkało, lecz musiałam być ostrożna.

I choć Thierry i tak miał już wiele na głowie, to powiniensię dowiedzieć, do czego doszło, ponieważ jeśli Clay zachował się tak w stosunku do mnie, wątpiłam, bym była jedyną dziewczyną, która znalazła się w takiej sytuacji.

Odkąd w styczniu zginął przywódca waszyngtońskiego klanu, sprawy stały się napięte. Odbyło się wiele spotkań za zamkniętymi drzwiami i podsłuchałam – cóż, przypadkowo – jak Thierry mówił o eskalacji ataków nie tylko na placówki, lecz także na społeczności tak duże jak nasza, co było niespotykane.

Zaledwie kilka tygodni temu demony podeszły pod nasze mury. Tamtej nocy…

Było źle.

– Myślisz, że Clay coś powie? – zapytałam.

– Jeśli ma dwie działające komórki mózgowe, nie zrobi tego. – Misha zarzucił mi rękę na ramiona i pociągnął do przodu. Trafiłam twarzą w jego pierś. – Jest zapewne zbyt przestraszony, by cokolwiek powiedzieć.

– Przeze mnie – powiedziałam z uśmiechem.

Misha się jednak nie zaśmiał. Zamiast tego położył podbródek na czubku mojej głowy. Minęła dłuższa chwila.

– Większość strażników nie ma pojęcia, co ukrywamy. Nie mogą się dowiedzieć, czym jesteś – wyznał to, o czym dobrze wiedziałam. – Nigdy nie mogą poznać prawdy.

* * *

Obudziłam się, sapiąc, i usiadłam na łóżku. Poza murami posiadłości znajdowały się demony.

Nie było słychać dźwięku syren ostrzegającego mieszkańców, by znaleźli schronienie, który rozbrzmiewał, ilekroć demony podchodziły pod granicę posiadłości. Na całym terenie było cicho jak w grobowcu, ale wiedziałam, że nieopodal znajdowały się demony. Podpowiadał mi to pewnego rodzaju wewnętrzny radar.

Miękki blask przyklejonych do sufitu gwiazd zbladł, gdy włączyłam lampkę i wstałam.

Pospiesznie wciągnęłam czarne spodnie od dresu i koszulkę na ramiączkach, ponieważ badanie tej sprawy w majtkach z napisem „środa” na tyłku nie było najlepszym pomysłem.

W ogóle samo wyjście wydawało się kiepskie, ale nie dałam sobie czasu na rozważania.

Włożyłam buty do biegania i wyjęłam żelazne sztylety z komody, które dostałam od Jady na osiemnastkę, i po cichu wyszłam na jasno oświetlony korytarz. Wszystkie światła w domu paliły się dla mnie, w razie gdybym w środku nocy dostała ataku głodu. Nikt nie chciał, żebym wybiła sobie zęby czy z powodu upośledzenia widzenia głębi skręciła kark, spadając ze schodów, więc cały budynek wyglądał ciągle jak pieprzona latarnia morska.

Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, ile wynosił rachunek za prąd.

Chłodny metal sztyletów ogrzał się w moich dłoniach, gdy zeszłam z drugiego piętra nim ktokolwiek, a zwłaszcza wiecznie obecny cień, zdążył odkryć, co zamierzałam.

Misha zacząłby świrować, gdyby mnie złapał, zwłaszcza po tym, co stało się dzień wcześniej z Clayem.

Tak jak i Thierry.

Ale demony już drugi raz w miesiącu podeszły pod mury, a poprzednio zrobiłam to, czego ode mnie oczekiwano. Zostałam bezpieczna w przypominających fortecę ścianach domu Thierry’ego, pilnowana nie tylko przez Mishę, lecz także przez cały klan strażników, którzy gotowi byli poświęcić dla mnie życie, nawet nie wiedząc, dlaczego to robili.

Poprzednio zginęło ich dwóch, zostali rozszarpani ostrymi szponami demona wyższej kasty. Po tak okrutnej śmierci nie było za bardzo co pochować, nie mówiąc już o pokazaniu bliskim.

Ale to nie miało się powtórzyć.

Kiedy robiłam, co powinnam, czego ode mnie oczekiwano, niemal zawsze kończyło się to tym, że ktoś inny płacił wysoką cenę za moją bezczynność.

Dla mojego bezpieczeństwa.

Nawet moja mama.

Wymknęłam się tylnymi drzwiami i owiało mnie chłodne górskie powietrze wczesnego czerwca, lecz pobiegłam w lewo w kierunku muru, który z tego, co wiedziałam, nie był tak pilnie monitorowany jak ten z przodu. Słaby blask latarni i solarnych lamp przygasł, pogrążając teren w całkowitej ciemności. Moje oczy nie potrafiły się dostosować. Nigdy nie robiły tego nocą, ale znałam tę ścieżkę jak własną kieszeń, po latach odkrywania prawie każdego centymetra długiej na prawie półtora kilometra i szerokiej posiadłości. Nie potrzebowałam kiepskiego wzroku, by prowadził mnie pośród gęstych drzew, gdy przyspieszyłam. Wiatr unosił moje długie ciemne włosy przy twarzy. Kiedy ominęłam ostatni ze starych wiązów, doskonale wiedziałam, ile metrów dzieliło mnie od muru, mimo że nie widziałam go w ciemności.

Piętnaście.

Ogrodzenie było masywne, wysokie jak pięciokondygnacyjny budynek. Pierwszy raz, gdy próbowałam się wdrapać, skończyłam, wpadając na nie jak owad na przednią szybę samochodu.

Bolało.

Właściwie potrzebowałam kilkunastu prób, by się wspiąć, i drugie tyle, by z łatwością zrobić to kilka razy z rzędu.

Poczułam przypływ mocy i siły. Przerzuciłam sztylety do jednej ręki, a gdy znalazłam się sześć metrów od muru, skoczyłam.

Czułam, jakbym leciała.

Był tylko ruch powietrza, nieważkość i nic prócz ciemności oraz słabego migotania na niebie. Przez kilka cennych sekund byłam wolna.

I wtedy uderzyłam w mur przy jego szczycie. Złapałam się wolną ręką gładkiego betonu u góry, zanim się zsunęłam. Zapiekły mięśnie, gdy wisiałam tak przez chwilę, po czym się skuliłam i wskoczyłam na szczyt.

Oddychając ciężko, rozruszałam piekącą lewą rękę, następnie wzięłam do niej sztylet i wyprostowałam się, nasłuchując w mroku, czy gdzieś coś się działo.

No i proszę.

Przechyliłam głowę w prawo. Przy wejściu usłyszałam męskie głosy. Strażnicy. Choć ich wyostrzone zmysły powinny ostrzec o obecności demonów, pozostawali nieświadomi. Mój radar był czulszy, ale wiedziałam, że kwestią kilku minut pozostawało to, by i oni dowiedzieli się o zagrożeniu.

Miałam wybór.

Wszcząć alarm i posłać strażników na zalesione pagórki otaczające posiadłość, choć istniała spora szansa, że komuś stanie się krzywda, a może nawet ktoś umrze, jednak tego właśnie wymagałby ode mnie Thierry, to miał zapewnić Misha.

To właśnie robiłam wcześniej w wielu sytuacjach i wszystkie skończyły się w ten sam sposób.

Ja wychodziłam z nich bez szwanku, a ktoś inny ginął.

Albo mogłam zmienić wynik i zająć się demonami, zanim zorientują się, z czym mają do czynienia.

Już podjęłam tę decyzję, wychodząc z domu.

Skok z muru na ziemię skończyłby się złamaniem kilku kości, czego dowiodły moje wcześniejsze doświadczenia, więc ostrożnie przeszłam wzdłuż wąskiej krawędzi do miejsca, w którym z tego, co wiedziałam, znajdowało się drzewo, mimo że teraz go nie widziałam. Przeszłam sześć metrów w lewo, odetchnęłam głęboko, zmówiłam cichą modlitwę i przykucnęłam. Napięły się mięśnie nóg, palce zacisnęłam na sztyletach.

Raz, dwa, trzy.

Skoczyłam w otchłań, unosząc sztylety, podciągając kolana do brzucha. Kiedy poczułam pierwszy dotyk miękkich liści, wyprostowałam nogi i zamachnęłam się sztyletami. Ich niesamowicie ostre końce wbiły się w korę i pień, gdy się po nim zsuwałam. Zatrzymałam się, kiedy moje stopy dotknęły konaru.

Oddychając ciężko, wyszarpałam sztylety i uklękłam, następnie po omacku przemieściłam się do przodu. Zamknęłam oczy i zdałam się na instynkt. Zsunęłam się z gałęzi i wylądowałam cicho w kuckach. Pozostałam w tej pozycji przez chwilę, nim się podniosłam. Poszłam w lewo, gdzie zanurzyłam się w las, pozwalając, aby prowadził mnie zwiększający się nacisk na kark. Jakieś trzydzieści metrów dalej zatrzymałam się na polanie przeciętej wąskim strumieniem, oświetlonej słabą poświatą księżyca. Zapach ziemi wypełnił moje nozdrza, gdy się rozglądałam. Serce przyspieszyło, kiedy przytłoczyło mnie złe przeczucie.

Rozluźniając i zaciskając palce na rękojeściach sztyletów, rozejrzałam się po otaczających drzewa cieniach. Wydawały się pulsować, gdy zmrużyłam powieki. Impuls nakazywał ruszyć, ale wiedziałam, by nie ufać temu, co mówiły oczy. Stałam zupełnie nieruchomo, czekając…

Trzask.

Za moimi plecami pękła gałązka. Obróciłam się i wykonałam zamach sztyletem, rysując w powietrzu szeroki łuk.

– Jezu – mruknął ktoś, po czym silna ciepła ręka złapała mnie w talii. – Prawie odcięłaś mi głowę, Trin.

Misha.

Zmrużyłam oczy, nie mogąc wyłowić jego twarzy z mroku.

– Co tu robisz?

– Naprawdę zadałaś to pytanie? – Trzymał mnie za rękę, gdy poruszyło się powietrze obok nas. Misha pochylił się i jedyne, co mogłam zobaczyć, to jasnoniebieskie oczy strażnika. – Co robisz w środku nocy poza murem i to ze sztyletami?

Nie było sensu kłamać.

– Są tu demony.

– Co? Niczego nie wyczuwam.

– To nie oznacza, że ich tu nie ma. Czuję je – wyznałam, ciągnąc rękę. Puścił. – Są blisko, nawet jeśli ich nie wyczuwasz.

Umilkł na moment.

– To jeszcze lepszy powód, byś była wszędzie, tylko nie tutaj – powiedział gniewnie. – Przecież o tym wiesz, Trinity.

Zirytowałam się i obróciłam od niego, bo raczej bezsensownie wpatrywać się w mrok, jakbym w jakiś magiczny sposób zdołała zmusić oczy do pracy.

– Mam tego dosyć, Misha. Ciągle ktoś ginie.

– Ale ty żyjesz i tylko to się liczy.

– To niewłaściwe. Nie powinno się liczyć tylko to. – Niemal tupnęłam, ale jakoś udało mi się nad sobą zapanować. – I wiesz, że potrafię walczyć. Jestem lepsza niż każdy z was.

– Porzuć trochę tej pewności siebie, Trin – odparł oschle.

Zignorowałam go.

– Coś się dzieje, Misha. To drugi raz w tym miesiącu, gdy demony zbliżają się do muru. Ile społeczności zostało zaatakowanych w ciągu ostatniego półrocza? Przestałam liczyć przy dwucyfrowej liczbie, ale nie trzeba być geniuszem, aby się domyślić, że ataki zbliżały się do nas, a ilekroć demonom udało się wedrzeć do którejś posiadłości, zdawały się czegoś szukać. Robią rekonesans.

– Skąd wiesz? Znowu podsłuchiwałaś Thierry’ego?

Posłałam mu uśmiech.

– Nieważne skąd wiem. Coś się dzieje, Misha. Jestem o tym przekonana. Demony mogą wpadać do mniejszych posiadłości w mieście, ale nie są na tyle głupie, by przeprowadzić atak na takie miejsce jak to, jak robiły w innych społecznościach.

Milczał przez chwilę.

– Myślisz… że wiedzą o tobie? Że cię szukają? – zapytał, a ja zadrżałam. – To niemożliwe. Nie ma mowy, by wiedziały o twoim istnieniu.

Odczułam niepokój.

– Nic nie jest niemożliwe – przypomniałam mu. – Jestem na to żywym dowodem.

– A mimo to, gdyby twoje podejrzenia były prawdą, to jest to ostatnie miejsce, w którym powinnaś się znajdować.

Przewróciłam oczami.

– Widziałem – warknął.

– Niemożliwe. – Spojrzałam przez ramię w miejsce, w którym mógł stać. – Znajdujesz się za moimi plecami.

– A dopiero mówiłaś, że nic nie jest niemożliwe.

– Nieważne – mruknęłam.

Westchnienie Mishy mogłoby poruszyć drzewami wokół nas.

– Gdyby twój ojciec wiedział, że tu jesteś…

Prychnęłam jak prosiaczek.

– Jakby kiedykolwiek zwracał na mnie uwagę.

– Nie wiesz, czy tego nie robi – odparł. – Może nas teraz obserwować. Do licha, może nawet widział cię wczoraj z Clayem…

– Fuj, przestań. Nie mów tak.

– Ja tylko… – Urwał.

Poczuł to.

Wiedziałam, bo zaklął pod nosem, a mój kark zamrowił. Dziwne uczucie rozeszło się na łopatki.

Demony już tu były.

– Jeżeli powiem, byś wracała za mur, posłuchasz? – zapytał Misha, wychodząc na poświatę księżyca. Srebrny blask opłynął jego szarą skórę i wielkie skrzydła. Z czaszki chłopaka wystawały dwa czarne rogi, rozdzielając kasztanowe loki.

Parsknęłam śmiechem.

– A jak myślisz?

Westchnął.

– Nie daj się zabić, bo też chciałbym żyć.

– Raczej ty nie daj się zabić – odrzekłam, rozglądając się po coraz gęstszych cieniach. – Ponieważ naprawdę nie chcę skończyć złączona więzią z kimś obcym.

– Tak, miałabyś przerąbane – mruknął, prostując plecy, stając na szerzej rozstawionych nogach. – Tymczasem ja byłbym martwy.

– Gdybyś był martwy, niczym byś się już nie przejmował – odparłam. – Ponieważ, no wiesz, byłbyś martwy…

Misha uniósł jedną opatrzoną szponami rękę, aby mnie uciszyć.

– Słyszysz?

Początkowo doszło do mnie odległe nawoływanie ptaka czy chupacabry. Znajdowaliśmy się w górach Wirginii Zachodniej, wszystko tu było możliwe. Jednak zaraz to usłyszałam – szelest krzaków i łamanie gałązek, klikanie i szczękanie. Na moich rękach pojawiła się gęsia skórka.

Nie sądziłam, aby chupacabra wydawała te dźwięki.

Zapaliły się reflektory umieszczone na murze, zalewając las niebieskobiałym światłem, dając znać, że strażnicy w posiadłości wyczuli demony.

Najprawdopodobniej zostanę tu przyłapana i będę miała poważne kłopoty.

Za późno.

Szelest się wzmagał, cienie pomiędzy drzewami zdawały się poruszać i rozciągać. Spiął się każdy mięsień w moim ciele, gdy się pojawiły, wypadając z krzaków, przemierzając polanę. Dziesiątki demonów barbazu.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 2

 

 

 

Nigdy wcześniej nie widziałam barbazu, czytałam o nich jedynie na zajęciach i słyszałam, jak strażnicy o nich rozmawiali. Jednak opisy nie potrafiły wiernie oddać natury tych stworzeń.

Były jak szczury – wielkie, bezwłose szczury na dwóch nogach, z zębiskami, których pozazdrościłyby im żarłacze białe, i pazurami, które mogły przeciąć nawet kamienną skórę gargulców.

– To jak worek z koszmarami – mruknęłam.

Misha parsknął śmiechem.

Barbazu były demonami niższej kasty, żerowały na słabych ludziach, zwierzętach i, cóż, wszystkim, co martwe. Nie atakowały posiadłości strażników.

– Coś tu jest nie tak – szepnął Misha, najwyraźniej myśląc o tym samym. – Ale to teraz nieważne.

Nie.

Nie było ważne.

Przynajmniej sześć demonów rzuciło się na niego, wyczuwając w nim strażnika. A ja? Zostałam zignorowana, zapewne dlatego, że pachniałam jak człowiek.

To był ich pierwszy i ostatni błąd.

Walka wręcz nie była dla mnie łatwa, nie kiedy pole mojego widzenia było zawężone do małego tunelu, więc musiałam postępować ostrożnie. Musiałam być sprytna i trzymać dystans.

Misha skoczył do przodu i się obrócił. Skrzydłem zahaczył najbliższego demona, posyłając go parę metrów do tyłu, gdy wbił swoje szpony w środek piersi kolejnego.

Żołądek mi się skurczył, kiedy usłyszałam mokre chrupnięcie.

Kolejny barbazu odbił się mocnymi nogami. Celował w plecy mojego przyjaciela.

Zdałam się na instynkt. Zamachnęłam się i uwolniłam sztylet.

Ostrze wbiło się głęboko w pierś demona, który zaskrzeczał i opadł. Kiedy wylądował na ziemi, był martwy.

Misha obrócił się do mnie, rozdziawiając usta.

– Jak to zrobiłaś?

– Jestem wyjątkowa. – Przełożyłam drugi sztylet do prawej ręki. – Za tobą stoi kolejny demon.

Obrócił się, pochwycił go i powalił na ziemię.

Rzut ostrzem przykuł do mnie uwagę kilku demonów. Jeden na mnie skoczył, kłapiąc zębami. Zamachnął się, więc zrobiłam unik, czując, jak wiatr poruszył moimi włosami. Wyprostowałam się za stworzeniem i kopnęłam je w plecy. Barbazu padł na ziemię, ale się przeturlał, choć nie dałam mu czasu na podniesienie się. Trafiłam go sztyletem, uciszając gniewne piski.

Obróciłam się, lecz nie zauważyłam ogona następnego przeciwnika, póki nie trafił mnie w nogi. Krzyknęłam i odskoczyłam, czując gumowatą fakturę przez spodnie.

– Boże, masz ogon – jęknęłam, drżąc. – Wszyscy macie ogony. Zaraz się porzygam.

– A możesz się powstrzymać? – zapytał Misha, w jakiś sposób znajdując się za mną.

– Nie mogę obiecać. – Ponownie drżąc, przesunęłam się na bok i z półobrotu wbiłam ostrze w pierś kolejnego stwora. Trysnęła na mnie jego gorąca krew. – O rety, a teraz potrzebuję prysznica.

– Boże, ależ jesteś marudna.

Uśmiechając się, skoczyłam w prawo i znalazłam szybko rozkładające się ciało pierwszego barbazu z moim sztyletem. Z dziko bijącym sercem wyszarpałam ostrze z jego piersi i rozejrzałam się po polanie. Sześć po lewej. Postawiłam krok naprzód.

– Obok ciebie! – krzyknął Misha.

Spanikowałam, obracając się. Odskoczyłam, ledwie unikając ostrych pazurów. Byłoby źle, bardzo źle.

Gdyby rozlano moją krew, choćby mnie zadraśnięto, demony wyczułyby, czym jestem.

I wpadłyby w szał – szał wywołany chęcią żeru.

Barbazu rzucił się w moją stronę z otwartą paszczą. Uderzył mnie podmuch zjełczałego smrodu, gdy wbiłam sztylet w jegopierś.

– Coś ty, u diabła, jadł?

– Zapewne nie chcesz tego wiedzieć – warknął Misha.

Prawda.

Obróciłam się i zastałam kolejnego szarżującego na mnie demona. Uśmiechnęłam się półgębkiem, kiedy do krwiobiegu dostało się więcej adrenaliny. To było o wiele lepsze niż całowanie. Podrzuciłam sztylety w palcach, popisując się, gdy ruszyłam…

Wylądował przy mnie wielki ciężar, wstrząsając pobliskimi wiązami.

To, co początkowo wyglądało na kulę furii, było dość solidną istotą, która dwumetrowymi skrzydłami zasłoniła mi widok na wszystko inne.

Po chwili zdołałam skupić wzrok. Zobaczyłam rude, sięgające ramion włosy i serce mi się ścisnęło. Matthew.

Nie tylko był mężem Thierry’ego, lecz także tu dowodził, odpowiadając tylko przed przywódcą.

Popatrzył na mnie przez ramię. Jego twarz była rozmyta, ale nie mogłam nie usłyszeć gniewu w głosie mężczyzny.

– Powiedz mi, proszę, że mam zwidy i ciebie tu nie ma.

Rozejrzałam się.

– Cóż…

– Zaprowadź ją do domu, Misha! – zagrzmiał, gdy wylądowało kilku innych strażników, wywołując małe trzęsienie ziemi. – Jeśli uważasz, że sobie poradzisz.

O rety.

Mój przyjaciel puścił demona, po czym zdawał się zniknąć z miejsca, w którym stał.

Otworzyłam usta, aby go bronić i wytknąć, że nikt nie musiał mnie odprowadzać, ale choć raz w życiu wykazałam się bystrością i milczałam.

Odezwał się Matthew, który był dla mnie jak trzeci ojciec.

– Jesteś mądrzejsza, Trinity.

I wtedy niezbyt mądrze otworzyłam jednak usta.

– Przecież sobie radziłam.

Matthew obrócił się do mnie i zobaczyłam płonącą w jego jasnoniebieskich oczach furię.

– Masz szczęście, że to ja, a nie Thierry.

To pewnie prawda.

Misha znalazł się nagle przy mnie i pozbawiając szansy na decyzję, objął w pasie i kucnął. Cokolwiek zamierzałam powiedzieć, zostało stracone w powiewie chłodnego powietrza.

Miałam spore kłopoty.

* * *

Misha się do mnie nie odzywał.

Siedział w salonie, długie nogi trzymając na kanapie, a ręce skrzyżowane na piersi. Cała jego sylwetka zajmowała trzy miejsca. Oglądał reklamę jakiejś magicznej patelni, jakby był to najciekawszy program, jaki w życiu widział.

Chodziłam za kanapą, a nerwy miałam napięte jak postronki. Nie mogłam ukryć się w swoim pokoju, udawać, że śpię, bo wyszłabym przez to na tchórza. Nie było powodu opóźniać solidnego wykładu, który się zbliżał.

Przed telewizorem coś się poruszyło. Misha nie zareagował, więc zmrużyłam oczy. Czy to Orzeszek, mój tak jakby niezbyt żywy przyjaciel? Nie widziałam gnojka przez cały dzień i całą noc. Bóg tylko mógł wiedzieć, co kombinował.

Otworzyły się drzwi gdzieś w tym wielkim domu, a chwilę później trzasnęły. Zatrzymałam się. Misha spojrzał na mnie. Uniósł brwi.

W korytarzu rozbrzmiały ciężkie kroki, obróciłam się więc w kierunku łukowatego wejścia. Wszedł Thierry, wkładając świeżą koszulę przez łysą głowę. Wciąż był zbyt daleko ode mnie, bym mogła cokolwiek wyczytać z wyrazu jego czekoladowej twarzy. Matthew był zaraz za nim, tylko nieco niższy i szczuplejszy. Złączyłam ręce.

– Mam kilka rzeczy do powiedzenia, ale najpierw chcę się czegoś dowiedzieć – zagrzmiał przywódca. – Co, u licha, robiła za murem?

Otworzyłam usta.

– Nie mam pojęcia. – Misha zdjął nogi z kanapy i usiadł, po czym obrócił się do Thierry’ego. – Spałem, a ona się wymknęła.

Zamknęłam usta, zastanawiając się, skąd, u diabła, Misha wiedział, że byłam za murem, gdy smacznie sobie spał. Więź nie dałaby mu o tym znać. Nie działała w ten sposób.

– Twoim obowiązkiem jest wiedzieć, gdzie przebywa – odparł Thierry. – Nawet kiedy śpisz.

– Okej, to trochę niemożliwe – wtrąciłam. – I to ja wyszłam za mur, więc nie rozumiem, dlaczego jego pytasz, dlaczego to zrobiłam.

Thierry powoli skierował na mnie wzrok, a ponieważ był bliżej, mogłam dostrzec ostre linie żuchwy i zmrużone oczy. Jej! Zapewne powinnam milczeć.

– Jest twoim protektorem. Powinien wiedzieć, gdzie byłaś.

Nie patrząc na Mishę, czułam, jak piorunował mnie wzrokiem.

– Nie może być odpowiedzialny za mnie, gdy…

– Nie jestem pewien, czy w pełni rozumiesz jego rolę, ale tak, jest zawsze za ciebie odpowiedzialny. Śpisz czy nie, nie ma to znaczenia – przerwał mi przywódca, gdy Matthew oparł się o tył kanapy. – Dlaczego byłaś poza murem, Trinity?

Wydawało się, że musiałam to wyjaśnić dziś chyba po raz tysięczny.

– Obudziłam się z przeświadczeniem, że w pobliżu są demony. Wyczułam je…

– Gdy spałaś? – zapytał Matthew, marszcząc brwi.

Skinęłam głową, a on spojrzał na męża.

– A to nowość.

– Nie do końca – oznajmiłam. – Ostatni raz, kiedy się pojawiły, też wyczułam je w środku nocy. Obudziło mnie to.

– I wtedy zrobiłaś to, co powinnaś – pouczył Thierry. – Zostałaś w domu, gdzie…

– Gdzie jest bezpiecznie. Wiem. – Frustracja wzrastała. – Ale zginęli wtedy dwaj strażnicy.

– Nieważne, ilu poległo. – Thierry przysunął się o krok. – Priorytetem jest twoje bezpieczeństwo.

Odetchnęłam ostro.

– Potrafię walczyć. Lepiej niż niejeden strażnik! Do tego jestem szkolona, odkąd nauczyłam się chodzić, ale oczekujecie, że będę siedzieć bezczynnie, gdy giną nasi? I nie mów, że te życia nie mają znaczenia. Mam tego dosyć. – Zacisnęłam dłonie w pięści. – Życie Mishy ma znaczenie. Życie Matthew też. I twoje! Wszystkich jest ważne. – Poza Claya, lecz nie zamierzałam o tym wspominać. – Mam dosyć bierności, kiedy giną strażnicy. Zabija ich poprawne zachowanie. Zabiło mamę… – Urwałam i odetchnęłam głęboko.

Zapadła cisza, można było usłyszeć cykanie świerszczy.

Zmieniła się atmosfera w salonie. Misha wstał, jakby zamierzał do mnie podejść, ale się cofnęłam. Nie chciałam, by mnie dotykał. Nie chciałam jego litości czy współczucia.

Nie pragnęłam robić niczego innego niż to, do czego zostałam powołana na ziemi. Walczyć.

Thierry złagodniał.

– Matka nie zginęła przez ciebie.

Tak, ale to tylko jego zdanie, nie fakt.

– Wiem, że chciałabyś wyjść i pomóc – ciągnął – i wiem, że jesteś wyszkolona, dobra w walce, ale, Trinity, przez wzgląd na wzrok musisz być ostrożna, zwłaszcza nocą.

Przeszył mnie dreszcz.

– Wiem, co widzę nocą, ale nie powstrzymało mnie to przed skopaniem kilku demonich tyłków. Nigdy nie powstrzyma.

Wszyscy w tym pomieszczeniu wiedzieli, że to kłamstwo, ponieważ w końcu wzrok miał mnie powstrzymać.

Miał mi uniemożliwić wykonywanie wielu rzeczy, co negowało całe moje nadnaturalne pochodzenie.

Ale nie miało to nastąpić dziś czy jutro.

Uniosłam głowę, gdy Thierry i Matthew wymienili bezradne spojrzenia.

– W którejś chwili ojciec mnie wezwie i wątpię, by walka, w której będę mu potrzebna, miała miejsce tylko za dnia, a nawet wtedy mój wzrok szwankuje. I to się nie zmieni. Właśnie dlatego trenuję osiem godzin dziennie. Powinnam być na zewnątrz, nabyć doświadczenie, nim zostanę wezwana.

Thierry obrócił się i pogłaskał po gładkiej głowie. Misha postanowił w końcu się odezwać.

– Nie miała żadnych problemów – oznajmił i w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach była to prawda. Nie zobaczyłam tego jednego demona, aż nie było za późno. – Naprawdę dobrze się spisała.

Uśmiechnęłam się do niego szeroko.

Posłał mi wymowne spojrzenie.

– I prawdopodobnie powinniśmy zdobywać doświadczenie.

Matthew uważnie przyglądał się mężowi. Westchnął, krzyżując ręce na piersi.

– Trochę za późna noc na tę dyskusję.

Choć chciałam o tym rozmawiać, inny temat był bardziej palący.

– Czy to nie dziwne, że były tam barbazu? Pierwszy raz jakiegoś widziałam i, wow, są naprawdę ohydne, ale myślałam, że to zwykli padlinożercy. Demony niższej kasty.

– Bo tak jest – odparł Thierry i spojrzał na Matthew. – Nie powinny być na ziemi. Nie potrafią wmieszać się między ludzi.

Z powodu tej samej zasady, która uniemożliwiała informowanie ludzi, że demony są prawdziwe, tylko te, które potrafiły wtopić się w tłum, mogły pojawiać się na powierzchni. Tych na pierwszy rzut oka przypominających człowieka było tylko kilka. Wielkie chodzące szczury do nich nie należały.

– I nie tylko to, barbazu zwiastują zazwyczaj większe problemy – dodał Matthew. – Tam gdzie przebywają, można też spotkać demona wyższej kasty.

Serce nieomal przestało mi bić. Ten mały szczegół zapewne padł na zajęciach, ale wyleciał mi z głowy. Spojrzałam na Mishę, który wyglądał na tak zaniepokojonego, jak ja się czułam.

Demony wyższej kasty były złe.

Miały umiejętności, by rządzić innymi. Niektóre mogły wpływać na umysły ludzi i nakłaniać ich do złego. Inne potrafiły wzniecać ogień, deszcze siarki, magicznie zmieniać swój wygląd, w jednej chwili być człowiekiem, w drugiej zwierzęciem. Wiele z nich było starych jak świat. Wszystkie mogły zabić strażnika.

A jeżeli były tu barbazu, oznaczało to, że przebywał tu również demon wyższej kasty, co było poważną sprawą.

Skrzyżowałam ręce na piersi, niemal nie chcąc zapytać o to, co już podejrzewałam.

– Możliwe, by demony wyższej kasty o mnie wiedziały?

Thierry się zawahał.

– Każdy twojego rodzaju został zabity, Trinity. Jeśli któryś z demonów wyższej kasty wiedziałby, że tu jesteś, te ściany już zostałyby zburzone. Nic by ich nie powstrzymało, by cię dorwać.

* * *

Na podjeździe był duch.

Znowu.

Podejrzewałam, że mogło być gorzej. Jednak atak barbazu miał miejsce dwa dni temu, a nasze ściany nie zostały zburzone przez pragnącego mnie dorwać demona wyższej kasty.

Dosłownie.

Nawet z wadą wzroku wiedziałam, że postać przechadzająca się przed żywopłotem na podjeździe była naprawdę martwa. Poznawałam to głównie po tym, że jej sylwetka migotała jak stary telewizor z kiepskim sygnałem.

Zdecydowanie nie była zjawą, a przez osiemnaście lat swojego życia naoglądałam się ich wystarczająco, by znać różnicę. Mężczyzna w złotej koszuli po prostu nie przeszedł jeszcze na drugą stronę.

Zjawy były zmarłymi, którzy widzieli światło – pojawiające się niemal zawsze – poszli do niego, ale z jakiegoś powodu wrócili. Zazwyczaj mieli wiadomość do przekazania lub chcielisprawdzić, co z ich bliskimi.

Klęcząc na gzymsie wielkiej sali, trzymałam się jedną ręką szorstkiej krawędzi dachu, drugą opierałam o ramię kamiennego gargulca. Ciepło biło ze skorupy, rozgrzewając mi palce. Popatrzyłam przez okulary przeciwsłoneczne i wychyliłam się na tyle, na ile mogłam, bez spadnięcia z dachu. Budynek, w którym mieściła się wielka sala, był niemal tak wysoki jak mur, przynajmniej dwie kondygnacje wyższy niż dom Thierry’ego.

Przyglądając się wyraźnie zdezorientowanemu duchowi, który łaził tam i z powrotem, zastanawiałam się, skąd przybył. Nasza posiadłość nie była łatwo dostępna, znajdowała się pośród gór i prowadziły do niej jedynie boczne drogi – bardzo kręte i wąskie.

Zapewne był ofiarą wypadku samochodowego.

Wielu zmęczonych podróżnych padało ofiarami tych zdradzieckich dróg, ich ostrych zakrętów i stromych zboczy.

Biedak zapewne stracił panowanie nad kierownicą i obudził się martwy, nim tu przywędrował, jak czyniło wiele duchów. W zeszłym tygodniu był to górski wędrowca, który zabłądził, zszedł ze szlaku i spadł ze skały. Dwa tygodnie temu był narkoman – starszy mężczyzna, który również zginął na jednej z tutejszych dróg, zbyt odurzony, by zdać sobie sprawę, że umiera, i zbyt oddalony od cywilizacji, by ktokolwiek zdołał mu pomóc. A w zeszłym miesiącu była to dziewczynka i umarła najgorszą śmiercią, jaką od dawna widziałam. Odeszła od obozującej w górach rodziny i natknęła się na zło, które było zbyt ludzkie.

Wspomnienie krzyków dziewczyny za matką ciążyło mi jak kamień na sercu. Zapomnienie o nich nie było łatwe, nie było dnia, bym sobie o nich nie przypominała.

Otrząsnąwszy się z tych myśli, skupiłam się na nowym duchu. Wypadki samochodowe były nieoczekiwane i często bardzo tragiczne, ale nie tak jak zabójstwa, gdy ofiary ginęły w najbardziej okrutne sposoby. Z tym tutaj nie będzie trudno sobie poradzić.

Nie widziałam ostatnio zjaw, ponieważ nie wychodziłam z posiadłości od ponad roku. W czasie tych kilku sytuacji, kiedy udało mi się wymknąć, nie zaszłam na tyle daleko, by jakąś spotkać.

Poczułam zakorzeniający się we mnie niepokój. Czułam się uwięziona. Jak długo planowano mnie tu trzymać? Na zawsze? Pojawiła się desperacja, a za nią szybko przyszły wyrzuty sumienia.

Thierry i Matthew nadal byli na mnie źli, co mi się nie podobało, ale nie rozumieli, że nie mogłam dłużej siedzieć z założonymi rękami.

Żołądek mi się skurczył, gdy popatrzyłam na posąg obok. Znajdowałam się wystarczająco blisko, by widzieć wszystkie szczegóły. Gładki kamień i dwa grube rogi, które były w stanie przebić najgrubszy metal. Śmiercionośne szpony, które mogły rozerwać beton, ale w tej chwili były rozluźnione. Twarz, choć przerażająca z płaskim nosem i szerokimi ustami ujawniającymi kły, była spokojna. Strażnik odpoczywał. Spał.

Misha nie spuszczał mnie z oka od nocy ataku barbazu. Zdziwiłam się, że nie próbował rozbić obozu na podłodze w mojej sypialni.

Nie byłam zakładniczką.

To był mój dom, a nie więzienie. Mogłam tu znaleźć wszystko, czego potrzebowałam. Wiedziałam, ile dokładnie budynków stało przy idyllicznych uliczkach i w parkach. Poza domem Thierry’ego znajdowało się tu sto trzydzieści sześć pojedynczych obiektów mieszkalnych, kilkanaście bliźniaków i kamienic dla tych, którzy nie dobrali się w pary. Społeczność otoczona murem była jak małe miasto z własnym szpitalem, sklepami, kinem, siłownią, a także restauracjami i klubami zaprojektowanymi tak, by zaspokajały wszystkie zachcianki i potrzeby. Ci, którzy nie byli trenowani na wojowników, pracowali dla reszty. Wszyscy mieli tu cel.

Poza mną.

Większość osób zaakceptowała tu mnie i mamę, gdy przyjechałyśmy. Thierry nas chronił – cóż, ochraniał tylko mnie. O nią się troszczył. Traktował ją jak królową, a mnie jak księżniczkę, ale nie zdołał jej obronić.

Nie należało to do jego roli.

Jednak nie byłam strażnikiem i… kończył mi się czas, by stąd uciec. Aby zobaczyć coś poza górami Wirginii Zachodniej i Maryland.

Miałam osiemnaście lat i żadne prawo strażników nie przeczyło mojej dorosłości, więc jako pełnoletnia mogłam robić, co chciałam, choć wyjazd stąd wcale nie był taki prosty.

Westchnęłam, odwróciłam wzrok od odpoczywającego gargulca i skupiłam się na drodze, gdy chłodny czerwcowy wietrzyk rozrzucił pasma ciemnych włosów wokół mojej głowy.

Musiałam wyglądać jak Meduza.

Mrużenie oczu nie pomagało w widzeniu, ale udało mi się dostrzec, że duch zatrzymał się i obrócił w kierunku drogi. Chwilę później rozwiał się jak dym na wietrze i nie scalił z powrotem.

W głębi duszy wiedziałam jednak, że wróci. Zawsze wracały.

Przeniosłam spojrzenie za drogę i ponad ścianę wysokich, starych wiązów. Wszystko to stanowiło dla mnie kolorową plamę – zieloną, białą, niebieską. Usłyszałam, że na dole otworzyły się drzwi, i zaraz zobaczyłam czarnoskórą głowę Thierry’ego, który wyszedł na podjazd.

Miałam nadzieję, że nie popatrzy w górę.

Nie dostałam szlabanu ani nic. Do licha, Thierry nigdy mi czegoś takiego nie zrobił. Mama to zupełnie inna historia. Dawała mi szlaban co jakieś pięć sekund.

Gryząc paznokieć kciuka, przyglądałam się Thierry’emu, który patrzył na pustą drogę. Nawet z miejsca, w którym siedziałam, byłam w stanie wyczuć jego napięcie, które po opuszczeniu jego ciała unosiło się z chłodnym górskim powietrzem.

Chwilę później dołączył do niego Matthew. Stanął obok i położył rękę na krzyżu mężczyzny.

– Będzie dobrze – powiedział nowo przybyły, a ja zesztywniałam.

Thierry pokręcił głową.

– Nie podoba mi się to.

– Nie musimy, ale… prosili o pomoc. – Matthew pocałował męża w skroń. – Będzie dobrze.

Thierry nie odpowiedział. Stali w milczeniu, jakby czekali na coś lub na kogoś.

Mijały minuty. Usłyszałam to wcześniej, niż zobaczyłam. Chrzęst opon na żwirze i odległe nawoływanie ptaków. Uklękłam i zerknęłam zza Mishy, gdy czarny SUV przemierzył podjazd i zatrzymał się pod domem.

Zrodziła się we mnie ciekawość. Trzask drzwi auta trudno było zignorować. Podniosłam się odrobinę, spojrzałam znad gzymsu i dostrzegłam Matthew i Thierry’ego idących, by powitać…

O cholera, mieliśmy gości, a zupełnie nie wiedziałam, że kogoś oczekiwaliśmy. Jeśli nasz klan musiał pogadać z drugim, jeden ze strażników leciał z informacją o spotkaniu w innym miejscu. Rzadko, jeśli w ogóle, rozmowy odbywały się u nas. Młodzi strażnicy ze środkowego Atlantyku zjawiali się tu raz do roku we wrześniu, aby mogli ich szkolić starsi, aż osiągną dorosłość, a ponieważ był dopiero czerwiec, te młodziki nie mogły być naszymi gośćmi.

Zmrużyłam oczy, ale dostrzegłam jedynie, że prócz naszych było tam trzech mężczyzn. Jeden miał dłuższe brązowe włosy, drugi krótsze, przycięte niemal przy głowie, a trzeci był blondynem. Nie było z nimi kobiet, choć to akurat nie dziwne. Strażniczki rzadko podróżowały poza swoje społeczności czy placówki, ponieważ często padały ofiarami demonów, podobnie jak dzieci.

Demony były zaskakująco sprytne i działały logicznie. Wiedziały, że jeśli wykluczą osoby, które zapewnią przedłużenie gatunku, strażnicy się nie pozbierają.

Stanowiło to główny powód, dlaczego wszystkie gatunki demonów przewyższały liczebnie strażników o miliony.

Ja tak jakby byłam strażniczką, zamkniętą tu dla swojego bezpieczeństwa, choć z zupełnie innych powodów.

Thierry przywitał gości, uścisnął im dłonie i pożałowałam, że nie widziałam ich twarzy. Cała grupa obróciła się, by wejść do wielkiej sali we wnętrzu budynku.

Co się tu, u licha, działo?

Wyciągnęłam rękę i zastukałam w kamienną powłokę, po czym natychmiast usłyszałam głęboki odgłos irytacji. Zachichotałam. Misha uwielbiał swoje popołudniowe drzemki w blasku zachodzącego słońca. To tutaj przychodził zawsze po treningu i zajęciach.

– Idź do siebie – rzucił szorstko. – Poczytaj albo obejrzyj coś. Znajdź sobie jakieś hobby.

Zignorowałam jego słowa, czerpiąc przewrotną radość z wkurzania go. Często to robiłam.

– Są tu strażnicy – powiedziałam szybko z ekscytacją.

– Zawsze są tu strażnicy, Trinity.

Popatrzyłam na niego, marszcząc brwi.

– Ci tu nie mieszkają.

Posąg poruszył się, kamień stał się mniej twardy, a skóra z ciemnografitowego przybrała srebrzysty kolor, gdy rozwinęły się za mną skrzydła. Wokół rogów pojawiły się rude loki, które rozwiał wiatr.

Popatrzyły na mnie jasnoniebieskie oczy z pionowymi źrenicami. Widniało w nich rozdrażnienie. Strażnicy mieli dziwaczne zwyczaje związane z wypoczynkiem. Niektórzy całą noc byli na nogach, spali rano i przed południem. Rozkład Mishy był uzależniony od tego, co akurat porabiałam.

– Trinity…

Zanurkowałam pod skrzydłem i pobiegłam, gdy Misha wstał z gzymsu i się obrócił.

– Cholera! – krzyknął.

Znałam dach jak własną kieszeń, nie musiałam nawet widzieć, dokąd szłam. Byłam już po drugiej stronie, wskoczyłam na gzyms, kiedy Misha poleciał za mną.

– Nie pozwól, by cię zobaczyli! – krzyknął, gdy skoczyłam. – Przysięgam na Boga, Trinity, zamknę cię w pokoju!

Nie, nie zamknie.

Dotarłam do małego wgłębienia poniżej i ześlizgnęłam się po kopulastym daszku. W chwili, gdy leciałam, obróciłam się na brzuch. Chwyciłam się krawędzi dachu, przesunęłam ciało i wskoczyłam we wnękę okna, które zostawiłam otwarte, kiedy dołączyłam wcześniej do Mishy.

Wylądowałam w pustym, słabo oświetlonym korytarzu i obróciłam się, aby zamknąć okno na zasuwkę, w razie gdyby przyjaciel próbował przez nie wlecieć. Włożyłam okulary przeciwsłoneczne do tylnej kieszeni jeansów, przeszłam korytarzem, mijając kilkoro zamkniętych drzwi do pokojów gościnnych i tych, których prawie nigdy nie używaliśmy, nim otworzyłam te prowadzące na zatęchłą klatkę schodową. Zbiegłam po trzy czy cztery stopnie naraz i na parterze znalazłam się w dziesięć sekund.

Zwolniłam kroku, trzymając się bliżej ściany, minęłam kuchnię, która wykorzystywana była tylko przy bankietach i ceremoniach. Pomieszczenie tętniło życiem w związku ze zbliżającym się zaprzysiężeniem, gdy młodzi strażnicy stawali się w pełni wojownikami. Wiązało się to ze sporą ilością jedzenia, picia i z obowiązkami zaprzysiężonych.

Za kuchnią znajdowało się pomieszczenie, którego szukałam, z pewnego rodzaju podwyższeniem, stolikami i składanymi krzesłami. Było ich wiele, dlatego musiałam uważać, by nie wpaść na żaden mebel, więc poruszałam się niebywale wolno.

I wymagało to ode mnie dużego wysiłku.

Nie chodziłam wolno.

Głosy wzmagały się, gdy zbliżałam się do bordowych zasłon oddzielających scenę od wielkiej sali.

Zatrzymałam się przed kotarami i ostrożnie zacisnęłam palce na brzegach jednej z nich, następnie odsunęłam ją odrobinę, by zobaczyć łukowate pomieszczenie w całej swojej okazałości, gdy w powietrze wzbił się kurz.

Dobry Boże, kiedy po raz ostatni ktoś dotykał tej kurtyny?

Natychmiast uniosłam wzrok do sufitu, choć nie widziałam już malowidła, bez względu na jasne oświetlenie sali. Zdobiły go anioły, wiele z nich było bitewnych – alf. To właśnie one nadzorowały strażników i często się z nimi komunikowały, czasami nawet osobiście, choć nigdy żadnego nie widziałam. Wymalowane były w zbrojach, z mieczami, i stanowiły przerażający obraz.

– Jak podróż? – zapytał Thierry, gdy podszedł bliżej, a ja przeniosłam na niego wzrok. Goście weszli na podwyższenie i czekali. – Mam nadzieję, że bez żadnych przygód.

Matthew podążył za mężem na środek, w kierunku fotela, który według Thierry’ego nie powinien być nazywany tronem, ale z wielkim siedziskiem, a także wykutym z granitu oraz ukształtowanym w tarczę oparciem wyglądał całkiem podobnie.

Jednak co ja tam mogłam wiedzieć.

– Tak – odparł mężczyzna stojący najbliżej krawędzi sceny. Nie widziałam go dokładnie, ale był tym z dłuższymi brązowymi włosami. – Jechaliśmy długo, ale było pięknie.

– Minęło wiele lat, odkąd byłem w stolicy – przyznał Matthew, zakładając z tyłu ręce. – Wyobrażam sobie, że jest inna niż niegdyś.

Wow.

Byli z Waszyngtonu? Ich klan był spory, a jego przywódca zginął niedawno, co miało miejsce mniej więcej wtedy, gdy Thierry zaczął zachowywać się o wiele bardziej nerwowo niż normalnie.

Przesunęłam wzrok na strażnika, który mówił. Wyglądał, jakby był przed trzydziestką, więc za młody na lidera, ale to właśnie on się odzywał.

– Jest inaczej – odparł z cichym śmiechem. – Nie sądzę, bym od lat widział tak otwartą przestrzeń.

Thierry usiadł.

– Cieszymy się, że zdołaliście przyjechać, Nicolai.

Powtórzyłam bezgłośnie jego imię, bo mi się spodobało.

– Dzięki za gościnę – odparł strażnik. – Zdziwiliśmy się, że nasza propozycja została zaakceptowana.

Ja również się dziwiłam.

– Nie akceptujemy wielu – odparł Thierry. – Ale pomyśleliśmy, że byłoby dobrze spotkać się osobiście z tobą i twoim klanem.

Zatem był przywódcą. Spojrzałam na jego towarzyszy. Ten z krótszymi ciemniejszymi włosami stał obok blondyna, który znajdował się najbliżej mnie, i z metr od kurtyny, za którą się kryłam. Nie zobaczyłam jeszcze jego twarzy, ale, rety, był wysoki, miał niemal dwa metry, a czarna koszulka termoaktywna naciągała się na szerokich ramionach. Długie włosy miał związane na karku.

– Jak z pewnością wiecie, w ciągu trzech ostatnich miesięcy aktywność demonów w miastach zmalała – oznajmił Nicolai, przyciągając do siebie moją uwagę. – Lecz w zeszłym tygodniu zauważyliśmy dwóch czy trzech wyższej kasty. A nie widywaliśmy ich od miesięcy.

Brzmiało to dobrze, zwłaszcza że jeden mógł węszyć w tych okolicach.

– Ale nie wydaje się to problemem – skomentował Thierry.

– Na pierwszy rzut oka nim nie jest, jednak wzrosła liczba impów i, co bardziej niepokojące, demonów niższej kasty, które nie potrafią wtopić się w społeczeństwo – ciągnął Nicolai. – Zayne natknął się na cztery hordy barbazu. Dziwne, że tyle pomniejszych demonów jest na ziemi, a nie stoi za nim jakiś wyższej kasty.

Spojrzałam na blondyna. Zayne. To musiał być on. Obrócił się nieznacznie i każda moja myśl rozproszyła się jak popiół na wietrze, gdy po raz pierwszy spojrzałam na jego twarz. Niewielka, wciąż funkcjonująca część mojego mózgu wiedziała, jak złe było rozproszenie spowodowane wyglądem, ale chłopak był… oszałamiający.

Aż po granice głupoty.

Wolałam myśleć, że nie byłam osobą, którą tak łatwo mogła rozproszyć ładna facjata, lecz on był… piękny. To coś znaczyło, ponieważ nieustannie otaczali mnie przystojni strażnicy ze świetnym DNA, gdy przybierali ludzkie postaci.

Miał złotą cerę, jakby spędził dość sporo czasu na słońcu. Mocna żuchwa wyglądała jak wyryta w kamieniu, a usta… Jakim cudem jednocześnie mogły wyglądać na miękkie i twarde? I nie było to dziwne, ale zauważyłam, co mogło oznaczać, że wkraczałam na przerażający grunt. Wysokie, wyraziste kości policzkowe pasowały do prostego, dumnie zadartego nosa. Stał za daleko, abym zdołała zobaczyć jego oczy, lecz zakładałam, że były takie same jak u reszty strażników. Miały najjaśniejszy, najgłębszy odcień błękitu.

Strażnik wyglądał, jakby był zaledwie kilka lat ode mnie starszy i przypominał mi anioły wymalowane na suficie wielkiej sali – z rysunków, których nie widziałam ze szczegółami.

– Wow – szepnęłam, patrząc szerzej otwartymi oczami, przez co zapewne wyglądałam jak ściśnięty robak.

Poruszył się, a ja wstrzymałam oddech w obawie, że mnie usłyszał. Kiedy nie spojrzał w lewo, gdzie stałam, rozluźniłam nieco ramiona.

– Coś sprawia, że demony wyższej kasty boją się na tyle, że wszystkie się pochowały – ponownie odezwał się Nicolai. – I to coś zabija też nas. Zabija strażników.

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 3

 

 

 

Odetchnęłam ostro. Coś zabijało strażników? Z wyjątkiem demonów wyższej kasty i, cóż, mnie. Strażników nikt nie był w stanie zabić. Zrodzili się, by wytrzymywać najcięższe bitwy.

Niełatwo było ich uśmiercić.

– Początkowo myśleliśmy, że to demon. Że któryś wyższej kasty zabija swoich – odezwał się Zayne. – Ale chociaż walczą między sobą, nie zabijają w ten sposób, jakby nie bali się ujawnienia. Następnie strażnicy zaczęli ginąć dokładnie tak samo. W tej chwili sprawa dotyczy i demonów, i strażników.

Do przodu wysunął się ten z bardzo krótkimi włosami.

– Mogę coś powiedzieć?

– Dez, wiesz, że nie znoszę formalności – odparł Thierry.

Na twarzy młodego mężczyzny pojawił się słaby uśmiech.

– Wiem, że nie mamy z Zayne’em dekad doświadczenia jak ty czy Matthew, ale to, co teraz widzimy, to zupełnie coś nowego. Zginęli jedni z naszych najlepszych wojowników, strażników, nad którymi niełatwo było zdobyć przewagę.

– Dlaczego niemożliwe, aby zrobił to wszystko potężny demon wyższej kasty? – dociekał Matthew. – Dlaczego wszyscy uważacie, że to coś innego?

– Może się mylimy. Może za wszystkim stoi demon – dodał Nicolai i zauważyłam, że Zayne zacisnął usta, jakby próbował zapanować nad sobą, by się nie odezwać. – Jeszcze nie wiemy, ale w tym tygodniu straciliśmy kolejnego strażnika. Potrzebujemy posiłków. Właśnie dlatego tu jesteśmy.

Spięty Thierry odchylił się do tyłu.

– Przybyliście we właściwym czasie. Niedługo rozpocznie się zaprzysiężenie. Będziemy mieli nowych rekrutów.

Nicolai wymienił spojrzenia z Zayne’em i Dezem, ale milczał.

– Przygotowaliśmy wam pokoje, a także posiłek. Jestem pewien, że chcielibyście odpocząć – powiedział Thierry. – Zostaniecie na zaprzysiężeniu.

Nicolai pomyślał przez chwilę, nim odpowiedział:

– Serdecznie dziękujemy za gościnę, ale to ważne, byśmy wrócili do miasta…

– Sądzisz, że tydzień, który spędzicie tutaj, zakłóci w jakiś sposób równowagę? Nie wydaje mi się – wyznał Thierry i rozpoznałam ton, który nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Wystarczająco często go słyszałam, ale przecież ginęli tam strażnicy, więc ci tutaj musieli wrócić z posiłkami. – Mamy dużo czasu, by omówić wasze potrzeby. – Umilkł na chwilę. – I nasze.

Posmutniałam, zacisnęłam palce na zasłonie, gdy Zayne nagle cofnął się o krok, obrócił głowę i…

Popatrzył dokładnie w miejsce, w którym stałam.

Coś… coś się wydarzyło.

Przeszył mnie szok, a po nim jakieś dziwne wrażenie déjà vu, jakbym już znajdowała się w tej sytuacji, ale to nie miało sensu. To był pierwszy raz, kiedy widziałam Zayne’a. Pamiętałabym, gdybyśmy się już spotkali.

Nie ruszyłam się, gdy na mnie patrzył. Nie mogłam. Przywarłam do podłogi, a stałam na tyle blisko niego, by dostrzec jego usta, aby móc z nich czytać, gdy zaczęły się ruszać.

– Widzę cię.

O Boże.

Odskoczyłam w tył, puściłam zasłonę, która wróciła na miejsce.

Kurde, widział mnie – cóż, przynajmniej jakąś część, ale zapewne wystarczająco, by mnie później rozpoznać. Poza tym, że nie znajdowaliśmy się daleko od siebie, strażnicy mieli wspaniały wzrok, zwłaszcza nocą…

Uderzyłam biodrem o krawędź stołu, co mnie zabolało. Klnąc pod nosem, obróciłam się i przytrzymałam stolik, nim się przewrócił. Kiedy byłam pewna, że nie upadnie, wyszłam z wielkiej sali na chłodne górskie powietrze.

Słońce zaszło, ale ścieżka była dobrze oświetlona, gdy przechodziłam przez spory ogród za budynkiem. Wróciłam myślami do tego, co podsłuchałam. Coś, co mogło nie być demonem, zabijało strażników i demony?

Jak to możliwe?

Przechodząc przez pole w kierunku głównego domu, zwolniłam i zbliżyłam się do zagajnika. Od tego momentu drogę wskazywała jedynie srebrna poświata księżyca, co oznaczało, że niemal nic nie widziałam, ale szłam tędy tak wiele razy, że moje kroki były pewne, choć wciąż nieco ostrożne – w przeciwieństwie do nocy, w którą pojawiły się barbazu. Wtedy byłam tak pełna adrenaliny, że szłam zdecydowanym krokiem bez najmniejszej czujności. Jednak nie zawsze tak było.

Myśli przeszły z tego, co podsłuchałam, na moją dziwną reakcję na Zayne’a. To było bardzo niespotykane, ale miało zapewne związek z moją wybujałą wyobraźnią…

Za moimi plecami pękła gałązka. Zbyt blisko. Zaskoczona zareagowałam, jak mnie uczono.

Rzuciłam się i złapałam rękę. Nastąpił wstrząs. Statyczny ładunek, który zarejestrowałam, gdy się obróciłam, wykrzywiając rękę, i przerzuciłam swój ciężar na prawą nogę. Uchwyciłam niejasny kształt kogoś znacznie większego, kiedy wzięłam zamach pięścią.

Z zadziwiającą szybkością złapano ją i obrócono mnie twarzą w drugą stronę, przyciągnięto tyłem do twardej klatki piersiowej i brzucha, które zdecydowanie były męskie. W ciągu kilku sekund zostały uwięzione moje ręce i otoczył mnie zapach… zimowej mięty.

– To tak zazwyczaj witasz gości? – wyszeptał niejasno znajomy, zwodniczo miękki głos do mojego ucha.

Pochyliłam się do przodu, aby uzyskać na tyle miejsca między nami, by wyprowadzić mocne kopnięcie.

– To by było bardzo niemądre.

Mój oddech zdawał się szorstki i nierówny, gdy się wyprostowałam, naciskając na tego, kto mnie trzymał.

– Chwytanie innych od tyłu też nie jest mądre.

– Nie złapałem cię – odparł, trzymając mocniej, kiedy udało mi się odsunąć od niego na kilka centymetrów. – Wołałem, ale nie odpowiedziałaś.

– Nie słyszałam. – Obróciłam głowę na bok. – Ale to zazwyczaj robisz, gdy ktoś ci nie odpowiada? Chwytasz go…

– Nie chwyciłem cię.

– Byłeś zaraz za mną – oznajmiłam wkurzona, że tak szybko mnie obezwładnił. – Możesz mnie puścić?

– Nie wiem. – Urwał na chwilę. – A znów spróbujesz mnie uderzyć? I kopnąć?

– Nie, jeśli nie będziesz chciał ponownie mnie złapać – odpyskowałam.

Chwilę później zostałam uwolniona. Rzuciłam się do przodu, jakby do moich stóp były przymocowane sprężyny, aby zyskać dystans, i się obróciłam. Księżyc dawał wystarczająco poświaty, bym go zobaczyła.

– Cholera – szepnęłam, odsuwając się o kolejny krok.

To był on.

Niezwykle piękny blond strażnik.

Zayne.

Przechylił głowę.

– Jesteś… człowiekiem.

Tak. Tak jakby.

– A spodziewałeś się kogoś innego?

– Taaak – odparł i zamilkł na chwilę, jakby ostrożnie dobierał kolejne słowo. – Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, gdzie się znajdujemy.

Człowiek żyjący w społeczności strażników nie był powszechnym zjawiskiem, więc nie dziwiłam się jego zaskoczeniu.

– No chyba że – powiedział, przysuwając się o krok – nie powinno cię tu być.

Spięłam się.

– Powinnam tu być.

– Tak jak powinnaś być za kurtyną w wielkiej sali, podsłuchując?

No cóż…

– Mieszkam tu – wyznałam zamiast odpowiadać na jego pytanie. Dzięki Bogu większa część twarzy ukryta była w cieniu i mogłam z nim rozmawiać, a nie stać i się ślinić, jakbym nigdy wcześniej nie widziała atrakcyjnego chłopaka. – A ty, dlaczego tu jesteś? Nie powinieneś udać się do swojego pokoju, a następnie iść na kolację?

– Zaciekawiłaś mnie, gdy zobaczyłem cię za zasłoną. Pomyślałem, że powinienem to zbadać.

– Nie sądzę, by była potrzeba, żebyś za mną szedł.

– Nie wiedziałem, że jako strażnik nie mogę chodzić, gdzie mi się podoba.

Trzymałam ręce po bokach.

– Byłeś tu wcześniej? – zapytałam, mimo że znałam odpowiedź.

– Nie.

– Więc może nie powinieneś zakładać, co możesz, a czego nie?

Zayne milczał przez chwilę, po czym zaśmiał się głęboko.

Zmarszczyłam brwi.

– Masz rację – przyznał i znów umilkł. – Mam wiele pytań.

Niepewna, czy to było coś dobrego czy złego, rozejrzałam się, niezdolna zobaczyć niczego pomiędzy ciemnymi drzewami w słabym świetle solarnych latarń.

– Tak?

– Tak. Jak, u diabła, tu skończyłaś? Człowiek żyjący w społeczności strażników? Człowiek, który wie, że demony są prawdziwe? I oczywiście masz o nich pojęcie, ponieważ nie uciekłaś z krzykiem ani nie zaniosłaś się śmiechem, gdy mówiliśmy o ich demonicznej aktywności.

Teraz żałowałam, że nie widziałam wyrazu jego twarzy, kiedy wzięłam się pod boki.

– Nie jestem pierwszym ani ostatnim człowiekiem, który wie o demonach.

Prawda. Niektórzy wiedzieli, większość pracowała w policji lub była politykami, i pomagali strażnikom. Jednak było ich niewielu.

Przysunął się, zobaczyłam znaczną część jego twarzy, choć wciąż była rozmyta.

– Jestem gotów się założyć, że nie ma w tobie nic zwyczajnego.

Nie byłam pewna, czy to komplement.

– Dlaczego tak myślisz?

– Mieszkasz tutaj, pośród potężnego klanu, i niemal w pięć sekund przyłożyłaś mi w twarz – wyjaśnił. – I ukrywałaś się za kotarą, szpiegując.

Skrzyżowałam ręce na piersi.

– Nie szpiegowałam.

– Nie?

– To, że tam byłam…

– Za kurtyną.

Zignorowałam to.

– To, że byłam za kurtyną…

– Ukryta za kurtyną – poprawił.

– To, że stałam częściowo ukryta za kurtyną, nie oznacza, że szpiegowałam.

Zayne stał teraz jakieś pół metra ode mnie i znów poczułam woń zimowej mięty.

– Często stoisz częściowo ukryta za kotarami?

Zamknęłam usta, po czym odetchnęłam głęboko i powoli.

– Dlaczego o tym rozmawiamy?

Wzruszył ramionami.

– Ponieważ twierdzisz, że nie szpiegowałaś. To znaczy może przeważnie cały wolny czas spędzasz, stojąc za kotarami. Co ja tam wiem?

Zmrużyłam oczy.

– O tak, lubię przebywać za kurtynami. Podoba mi się ten kurz.

– Ponieważ wykrywam sarkazm, właściwie przyznałaś, że szpiegowałaś.

– Niczego takiego nie przyznałam.

Opuścił głowę.

– Dlaczego nie chcesz tego potwierdzić?

Chciałam mu powiedzieć, że nie było czego potwierdzać, ale przecież szpiegowałam. Najwyraźniej. Westchnęłam.

– Nie mamy wielu… gości, więc gdy was zobaczyłam, byłam ciekawa. Nie miałam pojęcia, że będziecie rozmawiać o tak ważnych sprawach.

– Tak trudno było to przyznać?

– Tak – odparłam cierpko. – Zraniło mnie to. Głęboko. Mogę już nigdy nie dojść do siebie.

– Jakim cudem tu mieszkasz? – zapytał, wracając do swojego pierwszego pytania.

– To długa historia, której nie zamierzam ci opowiadać.

Minęła chwila, a choć nie widziałam jego oczu, czułam na sobie ich intensywne spojrzenie.

– Jesteś… irytująca.

Uniosłam brwi. Wow.

– A ty pochopnie oceniasz. Zgadnij, co jest gorsze?

Zaśmiał się i nie był to głęboki chichot jak wcześniej. Śmiech był oschły.

– Jestem najprawdopodobniej najmniej oceniającą osobą, jaką poznałaś.

– Wiesz, muszę powiedzieć, że raczej nie.

– Nie znasz mnie.

– Ty nie znasz mnie, a właśnie stwierdziłeś, że jestem irytująca – wytknęłam.

– Dokonałem jedynie obserwacji po kilkuminutowej rozmowie z tobą.

Zacisnęłam dłonie w pięści, gdy ogarnęła mnie chęć, by mu przywalić, co byłoby złe, ale jakże satysfakcjonujące. Musiałam stąd odejść.

– Wiesz, nie będę nawet kłamać i mówić, że miło się z tobą rozmawiało. Po prostu odejdę. – Zaczęłam się obracać.

– Jak masz na imię?

Zatrzymałam się i ponownie na niego spojrzałam.

– Poważnie?

– Jak ci na imię? – powtórzył, nie, zażądał odpowiedzi.

Stanęły mi włoski na karku.

– Pilnuj Własnego Nosa.

– To strasznie… kiepskie – odparł.

Prychnęłam jak prosiaczek.

– Myślałam, że sprytne.

– Najwyraźniej mamy dwie różne definicje tego, co jest sprytne – powiedział i zmrużyłam oczy. – Masz świadomość, że poznam je wcześniej czy później?

Tak, ale niech mnie szlag, jeśli ja mu je wyjawię.

– Cóż, chyba będziesz musiał poczekać na później. Powodzenia.

Pokazałam mu środkowy palec, który dzięki oczom strażnika z pewnością zobaczył, i obróciłam się, gotowa zniknąć…

– Trinity Lynn Marrow! – zawołał Misha. – Przysięgam na Boga, że gdy cię dorwę…

Odetchnęłam, zamykając oczy.

– Przyznam, że nie spodziewałem się poznać je tak szybko – powiedział z zadowoleniem Zayne.