Szpilki za milion - Izabela Szylko - ebook
Opis

Zakręcona komedia kryminalna

Uczciwy złodziej, perfidna celebrytka i oszukany kochanek – to musi być mieszanka wybuchowa!

Jacek Sparowski tego samego dnia traci pracę, dziewczynę i dach nad głową. Kiedy wynajmuje pokój u ciotki przyjaciela i zostaje zatrudniony w nowej firmie, wydaje się, że pech wreszcie przestanie go prześladować. Ale prawdziwe kłopoty dopiero się zaczynają.

Lola Marini – polująca na bogatego męża celebrytka, prywatnie była żona Sparowskiego, która kiedyś perfidnie go wykorzystała – planuje szalony przekręt mający jej przynieść fortunę. Na dodatek zabójczo atrakcyjna i wyrachowana Lola chce wrobić w tę aferę przyjaciela Jacka.

Jacek postanawia więc go ratować, a przy okazji wyrównać rachunki ze swoją byłą żoną. Zaczyna się walka z czasem, mnożą się niespodzianki, a zagadek do rozwiązania wciąż przybywa.

Jak przechytrzyć oszustkę, kiedy największym przeciwnikiem jest własna uczciwość? W tym niełatwym zadaniu pomaga bohaterowi jego gospodyni – emerytowana policjantka, dla której przejście na ciemną stronę mocy również staje się życiowym wyzwaniem.

Dość szybko okazuje się, że w tym wyrafinowanym przekręcie bierze udział ktoś jeszcze, a główną rolę w komedii pomyłek odgrywają… drogocenne szpilki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Text copyright © by Izabela Szylko, 2018

Copyright © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Renata Bubrowiecka

Korekta: Malwina Łozińska, Zofia Kozik

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Justyna Tarkowska/MileWidziane.pl

Zdjęcie na okładce: ivan101/iStockphoto

ISBN: 978-83-8053-343-1

Powieść przygotowana w ramach współpracy wydawnictwa ze szkołą kreatywnego pisania Maszyna do pisania (maszynadopisania.pl)

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych  – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

Rozdział 1

Chcecie wiedzieć, dlaczego w życiu mi nie wyszło? Nie chcecie wiedzieć. Nikt by nie chciał. Ja też wolałbym poczytać o tych, którym się udało, którzy błyszczą na pierwszych stronach gazet i opowiadają, jak ciężko musieli pracować, żeby odnieść sukces. Może mógłbym się od nich czegoś nauczyć? Dowiedzieć się, jak to się robi? A jeśli nawet nie, to przynajmniej zanurzyć się w życiu trochę innym, barwniejszym niż to nasze zwykłe, codzienne i wyobrazić sobie, że kiedyś będzie lepiej.

Facet przed czterdziestką, bez domu, rodziny, bez grosza przy duszy, któremu nic w życiu się nie udało, nie jest atrakcyjnym tematem, to jasne. Ale czytacie wciąż moje słowa, prawda? Pewnie więc domyślacie się, że w tym, co piszę, musi być jakiś haczyk. Dobrze się domyślacie. Nie jestem już tym nudnym facetem.

Zanim jednak dojdę do tego, co odmieniło moje życie, muszę wam trochę opowiedzieć o sobie z innych czasów. Spokojnie, będę się streszczał.

Nie zawsze byłem pechowcem. Tak naprawdę pierwsza połowa mojego życia upłynęła zupełnie zwyczajnie. Nie miałem ani szczególnego pecha, ani szczęścia, wszystko było w normie, wszystko mogło się zdarzyć.

Mieszkałem w małym miasteczku, gdzie mój ojciec zajmował stanowisko dyrektora największego państwowego, jeszcze niesprywatyzowanego zakładu, a moja matka pracowała jako lekarka w osiedlowej przychodni. Byłem jedynakiem. Chodziłem do najlepszego liceum, jednego z dwóch w mieście. Uczniowie tego drugiego też mówili o swoim, że jest najlepsze, więc możecie sobie wybrać, komu chcecie wierzyć.

Moi rodzice byli naprawdę w porządku. Grałem na gitarze basowej w zespole rockowym, nosiłem długie, sięgające prawie do pasa włosy, a im zupełnie to nie przeszkadzało. Stanęli nawet murem za mną, kiedy dyrektor szkoły kazał mi je ściąć. „Młodzież musi mieć prawo do wyrażania własnej osobowości” – argumentował tata. „Dopóki włosy są czyste i porządnie uczesane, nie naruszają niczyjego poczucia estetyki – dodawała mama. – Czy komuś pasują długie włosy, czy nie, to sprawa gustu, a o gustach się nie dyskutuje”. Skończyło się to kompromisem. Mogłem zachować długie włosy, ale w szkole musiałem je nosić związane.

Rodzice nie mieli też nic przeciwko, żeby próby kapeli odbywały się u nas w domu. Może dlatego, że mieliśmy duży dom i jak ćwiczyliśmy w wolno stojącym garażu, zupełnie nie było nas słychać. Zespół rozpadł się zresztą zaraz po maturze. Wszyscy jego członkowie dostali się na studia i rozjechali po Polsce od Szczecina po Kraków.

Właściwie można by nawet powiedzieć, że do tej pory miałem w życiu spore szczęście. Przyzwoicie zdałem maturę, dostałem się na elektronikę na Politechnice Warszawskiej, a moją dziewczyną była najatrakcyjniejsza laska w całej szkole. Żeby w szkole! W mieście, w województwie, w całej Polsce. Kochaliśmy się na zabój, a przynajmniej tak mi się wydawało. Danusia robiła wokal w naszym zespole. Śpiewała nawet nie najgorzej, ale daję głowę, że faceci przychodzili na koncerty nie po to, żeby posłuchać jej głosu, tylko by gapić się na jej nogi i zapuszczać żurawia do dekoltu. Gdy śpiewała Danka, nigdy nie narzekaliśmy na frekwencję. Pękałem z dumy, że taka dziewczyna jest właśnie moja.

Danusia dostała się na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Mieliśmy oboje mieszkać w domach studenckich, ja na Akademickiej, ona na Żwirkach, cieszyliśmy się, że w tak dużym mieście będziemy tak blisko siebie, zaledwie dziesięć minut na piechotę. Wakacje zbliżały się ku końcowi, plecaki już leżały spakowane i wtedy zdarzyła się ta tragedia.

Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym.

Długo nie potrafiłem się pozbierać. Początkowo chodziłem jak nieprzytomny. Pogrzebem i formalnościami zajęła się dalsza rodzina. Kiedy wreszcie zacząłem w miarę normalnie myśleć, dotarło do mnie, że o prawdziwym życiu nie wiem praktycznie nic. Nagle zostałem sam, zdany tylko na siebie, do tego zupełnie nieprzygotowany do dorosłości. Miałem wieść beztroski żywot studenta sponsorowanego przez mamusię i tatusia, a będę musiał walczyć o przetrwanie. Nikt już nigdy nie stanie w obronie moich długich włosów. Ani niczego innego. Kiedy żyli obok, praktycznie nie zauważałem ich istnienia. To było takie oczywiste, że są. Kiedy ich zabrakło… Co ja wam zresztą będę opowiadać. Jeśli nie przeżyliście jeszcze czegoś takiego, gwarantuję, że kiedyś i was to spotka.

Na szczęście była jeszcze Danusia i świadomość, że istnieje ktoś, komu na mnie zależy, utrzymała mnie wtedy przy życiu. Tak bardzo bałem się, że zostanę zupełnie sam, że natychmiast zaproponowałem jej, byśmy się pobrali, a ona się zgodziła. Miesiąc później wzięliśmy ślub cywilny. Tego dnia nie zapomnę do końca życia. Jeśli myślicie, że śmierć rodziców była największą traumą w moim życiu, jesteście w błędzie. Ich śmierć była tragedią, ale okazała się też zrządzeniem losu. Wszystko, co naprawdę złe, a czego można było uniknąć, zaczęło się w dniu mojego ślubu. Ale wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem.

A potem nastąpiły dwa lata, które chciałbym wymazać z pamięci na zawsze. Niestety, nie potrafię. Nawet jeśli mylą się daty, a twarze stają się obce, raz utraconego zaufania do człowieka nie uda się odbudować nigdy.

Nie wchodząc w szczegóły, bo to wciąż dla mnie trudny temat, Danka mnie wyssała, oszukała, wykorzystała i porzuciła. Boże, jak mogłem być aż tak głupi?! Kiedy odeszła, wziąłem urlop dziekański i obciąłem włosy. Wyjechałem do Londynu – na kilka miesięcy, tylko żeby się odkuć, zarobić na studia i wrócić. Spędziłem tam ponad dziesięć lat.

Rozdział 2

O moich losach na emigracji niepolitycznej opowiem przy lepszej okazji.

Zacznę tę historię od dnia, kiedy moje życie wywróciło się do góry nogami i nagle okazało się, że zamiast, jak zwykle, pod górkę, mam wreszcie z górki. Wtedy oczywiście w ogóle nie zdawałem sobie z tego sprawy, wręcz przeciwnie. Wydawało się, że po raz kolejny spadam głową w dół do głębokiej studni i tym razem to już na pewno się roztrzaskam.

Po powrocie do Polski zaczepiłem się w agencji reklamowej. Nie, nie byłem jednym z tych gości, którzy za grube pieniądze wymyślają te wszystkie gładkie hasła, zachęcające ludzi do zakupu artykułów zupełnie im niepotrzebnych. W mojej firmie produkowało się naklejki, szyldy i tablice reklamowe, których treść klienci wymyślali sami, a potem zawieszali je na płotach albo gdzie tam im pasowało.

Tego dnia, kiedy wszystko się zaczęło, po skończonej robocie wezwał mnie na dywanik szef.

– Panie Jacku, kurde, nie mam dobrych wiadomości – zaczął bez ceregieli, nie zapraszając nawet, żebym usiadł. To nie był gość z rodzaju „wicie, rozumicie”. Odzywał się rzadko, a jeśli już, to zawsze bardzo konkretnie. – Nie mam zastrzeżeń do pańskiej pracy, ale… kurde, kryzys i mnie dosięgnął. Dostaję o połowę mniej zamówień niż w zeszłym roku. Muszę zlikwidować jedno stanowisko pracy. Pan pracuje najkrócej, więc… – Tu przerwał, licząc zapewne na moje zrozumienie, coś w rodzaju współczucia z powodu jego kłopotów, jakieś kiwnięcie głową przynajmniej. Przeliczył się. Patrzyłem na niego chłodno, nie ułatwiając mu zadania. – …więc – wrócił do tematu po dłuższej chwili – trafiło, kurde, na pana. Od przyszłego miesiąca już pan tu nie pracuje.

Przyszły miesiąc wypadał za dwa dni. Akurat te dni zgodnie z grafikiem miałem mieć wolne.

– O, kurde… – podsumowałem tylko, wpisując się w koloryt językowy mojego pryncypała.

Moja mina musiała mówić wszystko, bo szef dokończył szybko ze wzrokiem wbitym w podłogę, chyba jednak trochę swą bezpośredniością zawstydzony:

– Oczywiście dostanie pan miesięczną odprawę. Tyle się należy zgodnie z Kodeksem pracy w przypadku likwidacji stanowiska. Pani Kasia wręczy panu wypowiedzenie.

Tym razem pokiwałem głową, no bo co miałem robić? Płakać? Protestować? Prosić o łaskę? Szefa najwyraźniej moja postawa zupełnie usatysfakcjonowała, bo szybko podszedł do mnie, chwycił moją dłoń i uścisnął.

– Bardzo panu dziękuję, kurde, naprawdę, świetnie się z panem pracowało.

– Tak – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić, ale to wystarczyło, żeby sarkazm w moim głosie zabrzmiał odpowiednio dobitnie.

– Oczywiście dostanie pan świetne referencje – dorzucił natychmiast szef, odczytując mój ton prawidłowo.

– Oczywiście.

– No, to życzę powodzenia. – Dopiero teraz wypuścił moją rękę ze swojej dłoni.

Nie podziękowałem. Odwróciłem się i wyszedłem.

Ruszyłem prosto do domu, czyli do Aldonki.

Poznałem ją, gdy zawieszaliśmy okazałą mosiężną, grawerowaną tablicę na nowej siedzibie międzynarodowej kancelarii adwokackiej. Tak się zapatrzyła na piękny szyld firmy, w której pracowała jako sekretarka (bo raczej nie na mnie, choć można by wysnuć i taki wniosek), że krzywo stanęła na stopniu prowadzącym do drzwi obrotowych i złamała obcas. A że z okazji prac montażowych miałem przy sobie wszystkie potrzebne narzędzia i materiały, udało mi się dość łatwo rozwiązać jej problem i przykleić obcas. Wdzięczna Aldonka pozwoliła zaprosić się na kawę do jednej z hipsterskich kawiarni przy placu Zbawiciela. Potem w rewanżu zaprosiła mnie do siebie na kolację, bo – jak się okazało – miała własne mieszkanie. Zakończyło się to, trochę dla mnie niespodziewanie, wspólnym śniadaniem. I już tam zostałem.

Ogień, nie dziewczyna – tak najkrócej można by opisać Aldonkę. Przez pierwszy miesiąc kochaliśmy się po dwa, trzy razy dziennie. Potem trochę nam przeszło, ale też nie było dnia… Po kilku miesiącach emocje opadły, chemia przestała działać, przyszło zwyczajne, codzienne życie – i wtedy zaczęły się schody.

Aldonka, zważywszy na okoliczności, dość długo dawała mi szansę. Kobiety już tak mają. Zawsze im się wydaje, że będą w stanie zmienić swojego mężczyznę. Ze mną jej się nie udało. Może za krótko próbowała, a może była zbyt bezkompromisowa? Bo, muszę się wam w końcu przyznać, nie jestem raczej wzorem odpowiedzialności. Czasami zdarza mi się zapomnieć, że na przykład coś obiecałem albo umówiłem się na spotkanie. Walczę z tym, naprawdę, ale roztargnienie mam chyba we krwi. A u Aldonki wszystko musiało być jak w zegarku, co do minuty. Za dziesięciominutowe spóźnienie potrafiła obrazić się na kilka dni.

Mieliśmy też skrajnie odmienne podejście do definicji porządku. Aldona była demonem pedanterii. Każda rzecz miała u niej swoje miejsce, każdy pyłek musiał trafić do kosza, zanim jeszcze zdążył osiąść na meblu lub podłodze. Dla mnie to było zupełnie niezrozumiałe. Życie jest zbyt krótkie, żeby przejmować się takimi duperelami. Miałem jednak nadzieję, że wypracujemy w tej kwestii jakiś kompromis. Ja przynajmniej zacząłem się starać.

Rozdział 3

Możecie sobie wyobrazić, w jakim humorze wracałem do domu, gdy wylali mnie z pracy. Ale to był dopiero początek kłopotów.

Choć włożyłem klucz do dziurki, nie udało mi się go przekręcić. Uświadomiłem sobie, że zamek wygląda jakoś inaczej niż zwykle. Poprzednia wkładka była mosiężna, a ta – w kolorze niklu. Wyjąłem klucz i zanim zdążyłem nacisnąć dzwonek, drzwi same się otworzyły.

– O, kochanie, już jesteś? – zdziwiłem się szczerze na widok Aldonki, bo nigdy nie wracała z pracy tak wcześnie. – Co się stało z zamkiem?

Aldonka wpuściła mnie do środka, nie odpowiadając na pytanie, ale jej mina nie wróżyła niczego dobrego. W przedpokoju, tuż przy drzwiach, stał wypełniony po brzegi mój marynarski worek.

– Co to? – zapytałem, wskazując na tobół.

– To ja się pytam: co to? – odpowiedziała Aldona, otwierając drzwi do łazienki i gestem nakazując mi wejść do środka. Stanęła zaraz za mną i sięgnęła po kubek do mycia zębów, w którym tkwiła biało-niebiesko-czerwona tubka, do złudzenia przypominająca pastę Aquafresh. – To ja się pytam: co to jest? – powtórzyła.

– Pasta do zębów? – zapytałem głupio, choć dobrze wiedziałem, że to coś innego.

– Też tak myślałam – odrzekła Aldona. – Wyobraź sobie, że krem do golenia.

Oczyma wyobraźni zobaczyłem Aldonę z pianą do golenia na ustach i już zacząłem się domyślać, do czego to wszystko prowadzi.

– Kochanie, przepraszam, zapomniałem odłożyć na swoją półkę.

Aldona, nie komentując, udała się do kuchni, a ja potulnie ruszyłem za nią.

Na stole w kuchni stał talerz z niedojedzonymi resztkami mojego śniadania, ale nie ta dekoracja padła ofiarą ataku mojej dziewczyny. Aldona skupiła się na krześle, które nie zostało dosunięte do stołu, a właściwie wystawało prawie na środek niewielkiej kuchni.

– A to: co to jest? – Przysunęła krzesło tak, by stało prawidłowo.

– No nie mów, że to nie jest krzesło – spróbowałem obrócić wszystko w żart, jednak to nie był dobry pomysł.

– Ale dlaczego ono stoi na mojej drodze?!

Moja wyobraźnia tym razem podsunęła mi obraz Aldony potykającej się o krzesło i wywijającej koziołka. To nie mogło się dobrze skończyć. Podniosła ze stołu brudny talerz i demonstrując obrzydzenie do pozostawionych na nim resztek jedzenia, wyrzuciła wszystko do kosza, a talerz wstawiła do zlewu.

– Nie myślałem, że wrócisz tak wcześnie. Przecież posprzątałbym wszystko przed twoim powrotem – próbowałem się usprawiedliwić.

Zero reakcji. Czyli na tym nie koniec. Cios ostateczny miał dopiero nastąpić.

Aldona podeszła do lodówki.

– A to, twoim zdaniem, oczywiście jest lodówka?

– Oczywiście.

– A ja myślałam, że szafa! – wycedziła przez zęby.

Tym razem, mimo nieźle rozwiniętej wyobraźni, nie zobaczyłem jednak w lodówce rzędów ubrań wiszących na drążku i zaskórniaków babci w szufladzie pod gatkami. O co jej mogło chodzić? Myślałem intensywnie, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Aldona, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi, otworzyła lodówkę i wyjęła z niej parę moich skarpetek, elegancko zwiniętych w kłębek. Spokojnie, czystych skarpetek. „O, fak – pomyślałem. – No to jestem w dupie”. Zdobyłem się jednak na dyplomatyczną reakcję:

– Znalazłaś? Jesteś cudowna!

Nie dostrzegłem jednak w oczach Aldony oczekiwanego zrozumienia. Wzięła szeroki zamach, jakby chciała walnąć mnie pięścią w brzuch, ale tylko rzuciła we mnie skarpetkami. Złapałem je w locie i w tej sekundzie przypomniałem sobie, jakim cudem skarpetki znalazły się w lodówce.

Dziś rano, jak w każdą środę, Aldona wyszła z domu bladym świtem, ponieważ przed pracą zwykła była trenować wodny aerobik na krytej pływalni. Nie obudziła mnie więc, jak to czyniła w inne dni tygodnia, i w związku z tym trochę zaspałem. Muszę przyznać, że mam kłopoty z porannym wstawaniem. Jestem nocnym markiem i wolę pracować na drugą zmianę. Na szczęście we wszystkie inne dni tygodnia to Aldona stała na straży mojej punktualności. Ale dziś po trzecim dzwonku budzika pospałem sobie jeszcze pół godziny, więc bardzo się spieszyłem, żeby zdążyć do pracy na czas. Ubrałem się, a skarpetki miałem zamiar włożyć w kuchni, jedząc śniadanie. Gdy otworzyłem lodówkę, zadzwonił telefon i zająłem się już tylko rozmową, a nie szczegółami garderoby. Resztę już umiecie sobie dopowiedzieć. No, przyznajcie sami, czy to nie pech, że Aldona wróciła dziś wcześniej i znalazła te skarpetki w lodówce przede mną?

Nawet nie próbowałem się tłumaczyć. Aldona wyglądała, jakby już podjęła decyzję. Oznajmiła, że to naprawdę koniec, że straciła cierpliwość i że nasz związek nie ma przyszłości.

Żadna rewelacja. Sam to wiedziałem. Żałowałem tylko, że nasze rozstanie nie odbyło się w bardziej cywilizowany sposób. Przecież kiedyś chyba rzeczywiście się kochaliśmy. Naprawdę nie musiała wymieniać zamka. Oddałem jej i tak już niepotrzebne klucze, spakowałem skarpetki do worka – i wyszedłem.

Rozdział 4

I co ja miałem zrobić w takiej sytuacji? Mogłem zapukać tylko do jednych drzwi.

Michała poznałem w Londynie. W przeciwieństwie do mnie udało mu się ukończyć elektronikę na Politechnice Warszawskiej i dopiero wtedy wyjechał z Polski. Studiowaliśmy mniej więcej w tym samym okresie, między nami był rok czy dwa lata różnicy, ale on nigdy nie mieszkał w akademiku, więc nie mieliśmy okazji się wtedy poznać.

Przez trzy lata wynajmowaliśmy na spółkę pokój w Brixton i przez jakiś czas pracowaliśmy na tej samej budowie. Gdy Polskę przyjęli do Unii, Michał, którego wszyscy nazywali Miśkiem, bo taki właśnie był: misiowaty brat łata, miał fart i załapał się do poważnej roboty, zgodnej ze swoim wykształceniem. Brytyjczycy szybko się na nim poznali – awansował i zaczął zarabiać naprawdę duże pieniądze w renomowanej firmie. Mógł mieszkać, gdzie chciał, a nie w podłej dzielnicy, ale oszczędzał każdy grosz i dzięki temu wciąż miałem towarzysza do dzielenia mojej kwatery.

Misiek miał plan – za zarobione pieniądze chciał otworzyć w ojczystym kraju własną firmę związaną z elektroniką. Siedział w Londku wystarczająco długo, żeby zarobić tyle, ile potrzebował, i w końcu zrealizował swój zamysł – wrócił do Polski. Namawiał mnie, bym wyjechał razem z nim, i zaproponował współpracę w tworzeniu jego przyszłej firmy. Było to bardzo kuszące, ale ja w przeciwieństwie do Miśka nie miałem wtedy zaoszczędzonego nawet grosza. Nie, nie jestem rozrzutny. Jak do tego doszło, jeszcze kiedyś wam opowiem.

Misiek był chyba moim najlepszym przyjacielem, nie tylko w Londynie, lecz także w ogóle. Gdy wróciłem do Polski i nie wiedziałem, co z sobą zrobić, przyjął mnie pod swój dach. Nie mógł mi na razie zaproponować pracy w swojej firmie, bo od kiedy dorobił się wspólnika, musiał z nim konsultować wszystkie decyzje, ale pozwolił mi mieszkać u siebie, dopóki nie stanę na nogi i nie znajdę jakiejś roboty. Jego żona – Agata – nie była tym zachwycona.

I teraz znowu zadzwoniłem do jego drzwi.

Otworzyła Agata. Wiedziałem, że jest w ciąży, ale dawno jej nie widziałem i nie zdawałem sobie sprawy, że w aż tak zaawansowanej. Wyglądała, jakby miała urodzić w każdej chwili. Na mój widok chyba nawet się ucieszyła. To prawda, wiele nas różniło, spieraliśmy się na okrągło, ale to nie przeszkadzało nam darzyć się sympatią.

– Cześć, jest Misiek? – pociągnąłem znacząco nosem, bo z wnętrza mieszkania buchnął smakowity zapach. – Zraziki?

– Właź. – Agata się roześmiała. – Jak ty to robisz, że na kolację nigdy się nie spóźniasz?

Otworzyła szeroko drzwi i w tym momencie zauważyła stojący na korytarzu marynarski worek. Uśmiech zniknął z jej twarzy. Wiedziałem, co to znaczy. Sięgnąłem jednak po worek i wszedłem.

W czasie kolacji zdałem relację Miśkowi i Agacie ze wszystkiego, co mnie tego dnia spotkało. Misiek oczywiście od razu zaproponował, że mogę się u nich zatrzymać, i nie widział, że Agata patrzyła na niego lodowato. W swojej prostoduszności zaproponował mi nawet pracę u siebie, bo przez ostatnie dwa lata jego firma bardzo się rozrosła. Miał nadzieję, że tym razem wspólnik nie będzie robił kłopotów.

To była agencja ochrony zajmująca się prawie wyłącznie dozorem mieszkań i domów jednorodzinnych. Najpierw zakładali w budynkach specjalistyczne alarmy, potem bezprzewodowym modułem podłączali domowy system do centrali w firmie i gotowi byli na błyskawiczną interwencję, gdyby cokolwiek niepokojącego się działo. Cała ochrona, kompleksowo. Misiek w tym biznesie miał nadzór nad wszystkim, co wiązało się z elektroniką – wykonywał projekty, dokonywał zakupu części, które, gdy była taka potrzeba, potrafił samodzielnie modyfikować w zależności od potrzeb, nadzorował montaże alarmów. Jego wspólnik zajmował się całą resztą, czyli zarządzaniem (co zupełnie Miśka nie interesowało) i właściwą ochroną. Ja miałbym pracować razem z Miśkiem przy zakładaniu alarmów. Zapowiadało się bardzo interesująco, moje dwa lata studiów mogły wreszcie się przydać. Oczywiście musiałbym się trochę dokształcić, bo przez cały ten czas dużo się zmieniło, ale to by była naprawdę czysta przyjemność. Już nie mogłem się doczekać. Oby tylko wspólnik się zgodził.

Przez całą kolację Agata się nie odzywała. Gdy skończyliśmy jeść, pozbierała talerze ze stołu i ułożyła je w stosik.

– Chodź, pomożesz mi zmywać. – Wręczyła talerze Miśkowi.

– Może ja? – zaproponowałem.

– Nie – zarządziła krótko.

Misiek podniósł się od stołu, uśmiechnął przepraszająco i wyszedł z talerzami za Agatą. Po chwili z kuchni zaczął dobiegać jej cichy głos.

Naprawdę nie chciałem podsłuchiwać. Po prostu wyszedłem do łazienki, ale w łazience, jak to bywa w starych budynkach bez samodzielnej wentylacji, znajdowało się niewielkie okienko wychodzące na kuchnię. I okienko to okazało się uchylone.

– Może wreszcie kiedyś mnie zapytasz o zdanie, zanim podejmiesz jakąś kolejną głupią decyzję? – to była Agata.

– Ależ, Agatko!

– I gdzie on będzie mieszkał? W pokoju dziecka? Razem z dzieckiem?

– Dziecka jeszcze nie ma.

– Ale zaraz będzie!

– Nie zaraz, tylko za tydzień.

– A jak będzie wcześniej? Jak się zdenerwuję, mogę wcześniej urodzić!

Z kuchni dobiegł hałas, jakby Agata tupnęła nogą.

– Ależ, Agatko, tylko przez kilka dni. Później coś sobie znajdzie.

– Tak? Ostatnio też miało być kilka dni, a mieszkał trzy miesiące.

– Nie mogę go zostawić w potrzebie. To mój przyjaciel.

– Dobrze, niech zostanie przez jedną noc, a potem niech spada. Są hotele!

Spuściłem wodę w łazience. Musieli usłyszeć, bo przerwali dyskusję.

Wyszedłem z łazienki, sięgnąłem po worek i zajrzałem do kuchni.

– Dzięki za kolację. – Uśmiechnąłem się. – Nie będę wam już przeszkadzał. Misiek, dasz znać, co z tą robotą?

– Właściwie możesz jutro wpaść, koło dziesiątej – odezwał się, wyraźnie zawstydzony. – Do tej pory powinienem porozmawiać ze wspólnikiem.

– To jesteśmy umówieni. Cześć.

Ruszyłem do wyjścia.

– Zaczekaj – powstrzymała mnie Agata. – Przepraszam, uniosłam się. – Musiała się domyślić, że wszystko słyszałem.

– Rozumiem – powiedziałem smutno. – Jasne, że nie mogę u was mieszkać.

– Nie dąsaj się. Mam pewien pomysł. – Agata weszła do przedpokoju i włożyła płaszcz. – Ubieraj się, Misiek – zarządziła, wyjmując z torebki telefon komórkowy. – Wychodzimy.

Rozdział 5

Wylegiwałem się na hamaku rozwieszonym między palmami. Nad głową pokrzykiwały mi mewy. Słońce grzało mocno, ale palmy dawały miły cień, a bryza znad morza przyjemnie chłodziła powietrze. Chciałem zostać w tym hamaku już na zawsze, ale z oddali dobiegł mnie miły kobiecy głos:

– Panie Jacku, pora wstawać.

Otworzyłem oczy.

Gdzie ja jestem? Wyglądało to jak pokój nastolatka. Na drzwiach wisiały plakaty zespołów rockowych, na ścianie – gitara, pod oknem stało sosnowe biurko, obok pojemnej, również sosnowej, szafy leżał mój marynarski worek, a na łóżku – ja.

Powoli przypomniałem sobie wydarzenia poprzedniej nocy.

Przeszliśmy krótkim spacerem z ulicy Kaliskiej, gdzie mieszkali Misiek i Agata, na drugą stronę ulicy Grójeckiej i przecięliśmy plac Narutowicza. Agata tak bardzo chciała się mnie pozbyć, że osobiście odprowadziła mnie do swojej ciotki.

Pani Józefina żyła sama w dużym mieszkaniu na Starej Ochocie, w przepięknej przedwojennej kamienicy na ulicy Uniwersyteckiej. W czasie studiów przez dwa lata kwaterowałem w pobliżu, w akademiku zwanym Alcatraz. Przechodziłem koło tego budynku, zachwycając się nim, codziennie, bo tędy wiodła droga od przystanku autobusowego przy pomniku Lotnika do akademika. Dzieci pani Józefiny dawno wyprowadziły się z domu, więc nie miała nic przeciwko temu, żeby przyjąć mnie na kwaterę. A nawet się ucieszyła, gdy Agata zareklamowała moją skromną osobę, mówiąc, że na pewno się przydam, bo wszystko potrafię naprawić, a potem dodała, żeby ciocia się nie krępowała, kiedy trzeba będzie mnie wykorzystać.

– Już ja go wykorzystam – uśmiechnęła się ciocia i muszę przyznać, że w jej ustach zabrzmiało to intrygująco.

Pani Józefina bowiem miała sześćdziesiąt pięć lat, widoczną nadwagę w okolicach bioder, choć jeszcze nie można tego było nazwać otyłością, pucołowatą, miłą, poczciwą twarz, na nosie duże okulary i lekko posiwiałe włosy krótko obcięte na pazia. Naszła mnie nagła refleksja, że gdyby jeszcze te włosy miała spięte w kok, to brakowałoby jej tylko różdżki, by wyglądała jak wróżka z mojego ulubionego Shreka. I nie mówcie, że nie oglądacie filmów animowanych. Tylko że filmowa czarodziejka mimo dobrotliwego wyglądu była tak naprawdę wiedźmą. Nie podzieliłem się jednak tą obserwacją z nikim.

Wypiliśmy jeszcze wczoraj wspólnie herbatę, zaparzoną w czajniczku zgodnie z chińskim rytuałem, a kiedy Misiek i Agata wyszli, pani Józefina posłała mi łóżko w dawnym pokoju jednego z jej synów. Opowiadała o nich wszystkich, co i gdzie który porabia, ale w pamięci utkwił mi tylko ten, który obecnie robił doktorat na Uniwersytecie w Tampie na Florydzie. Stąd zapewne te palmy w moim śnie, chociaż, przyznam się, o życiu w ciepłych krajach marzę od zawsze.

Pamiętam, że poprosiłem jeszcze panią Józefinę, żeby na pewno mnie obudziła, bo nie reaguję na budzik, no i właśnie usłyszałem jej głos:

– Panie Jacku, pobudka!

– Już wstaję, dziękuję.

Podźwignąłem się z łóżka. To była czynność, której od jesieni do wiosny szczerze nie znosiłem. Wydostanie się spod pościeli, kiedy chłód na zewnątrz skłaniał do wyboru ciepełka pod kołdrą, było dla mnie prawdziwą udręką. Ale gdy docierałem do łazienki i temperatura się wyrównywała, życie stawało się łatwiejsze. Po porannym prysznicu już na dobre wracałem do rzeczywistości.

Tym razem powrót do życia odbył się trochę szybciej, bo z kuchni dotarł do mnie zapach jajecznicy na boczku i cebulce. Czyżbym już był w niebie?

– Panie Jacku, ma pan pięć minut na prysznic – dotarło do mnie zarządzenie pani Józefiny – bo inaczej jajecznica wystygnie.

Z tym niebem to chyba jednak trochę przesadziłem. Ale jajecznica była boska, a pieczywo wydawało się świeże.

– Niech pan nie myśli, że tak będzie codziennie – poinformowała mnie pani Józefina. – Od jutra wprowadzamy dyżury. No chyba że będzie pan musiał biegać do roboty na siódmą, to wtedy każdy sobie. Żadna siła nie zmusi mnie do wstawania o takiej porze.

Popatrzyłem na nią z ulgą. To chyba jednak jest dobra wróżka, która zamiast biegania rano po chrupiące bułeczki woli rozmrażanie ich w mikrofalówce.

Kiedy wykończyłem jajecznicę, z trudem powstrzymując się przed wylizaniem talerza, zadzwonił mój telefon.

– Tylko sprawdzam, czy już wstałeś – w słuchawce odezwał się głos Miśka.

– No jasne, pani Józefina już o to zadbała.

– Wszystko OK?

– Lepiej być nie może.

– To czekam o dziesiątej.