Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 353

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 58 min Lektor: Robert Jarociński

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 8 godz. 58 min Lektor: Robert Jarociński

Opis ebooka Szpiegowskie dziedzictwo - John le Carré

Po dwudziestu pięciu latach John le Carré powraca z powieścią, której głównym bohaterem jest jego ulubiona postać, George Smiley. Peter Guillam, wierny kolega po fachu i uczeń George’a Smileya, agenta brytyjskiego wywiadu, zwanym potocznie Cyrkiem, dożywa starości na rodzinnej farmie na południowym wybrzeżu Bretanii. Tam otrzymuje list, w którym jeden ze starszych agentów prosi go o przybycie do Londynu. Jaki jest ku temu powód? Przeszłość z czasów Zimnej Wojny upomina się o niego. Niegdyś podziwiane akcje wywiadu, w których brali udział Alec Leamas, Jim Prideaux, George Smiley i sam Peter Guillam, zostaną poddane gruntownej analizie. Dokonają jej ludzie, którzy tamtego okresu pamiętać nie mogą i nie znają ówczesnych mechanizmów, które pewne działania mogłyby usprawiedliwiać.

Opinie o ebooku Szpiegowskie dziedzictwo - John le Carré

Fragment ebooka Szpiegowskie dziedzictwo - John le Carré

Tytuł oryginału:

A LEGACY OF SPIES

Copyright © David Cornwell, 2017

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2017 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Maria Zając, Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska

ISBN: 978-83-8110-399-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Niniejszy tekst to próba jak najwierniejszego opisu mojego udziału w brytyjskiej operacji dezinformacyjnej o kryptonimie „Fuks”, skierowanej przeciwko wschodnioniemieckiej agencji wywiadowczej Stasi pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych XX wieku, zakończonej śmiercią najlepszego brytyjskiego agenta, z jakim przyszło mi kiedykolwiek pracować, i niewinnej kobiety, za którą oddał życie.

Zawodowy oficer wywiadu podlega takim samym uczuciom jak cała reszta rodzaju ludzkiego. Dla agenta liczy się tylko to, czy potrafi je w sobie zdusić, wszystko jedno, czy w czasie rzeczywistym czy – tak jak w moim przypadku – pięćdziesiąt lat później. Jeszcze kilka miesięcy temu, gdy nocą leżałem w łóżku w położonym na odludziu gospodarstwie w Bretanii, wsłuchując się w porykiwanie bydła i kurze swary, z głębokim przekonaniem zagłuszałem oskarżycielski głos sumienia, które od czasu do czasu usiłowało zakłócić mi sen. Przecież byłem wtedy zbyt młody, zbyt niewinny, zbyt naiwny, zbyt niski stopniem. Szukasz winnych – odpowiadałem sumieniu – to męcz nie mnie, tylko tych mistrzów mistyfikacji: George’a Smileya i jego pana Kontrolera. Przecież to ich wyrafinowanej chytrości, ich pokrętnemu akademickiemu sposobowi myślenia, nie mojemu, zawdzięczamy wielki sukces i wielki żal, które przyniosła nam operacja „Fuks”. Dopiero teraz – gdy niejako zostałem wywołany do tablicy przez Firmę, której poświęciłem najlepsze lata życia – przychodzi mi na stare lata wyznać całą prawdę o blaskach i cieniach mojego udziału w całej sprawie.

Zasadniczo nie wiem, jak to się stało, że dałem się zwerbować do Intelligence Service – do „Cyrku”, bo tak my, młodzi gniewni, nazywaliśmy angielski wywiad w tych dawnych i podobno dobrych czasach, gdy jego siedzibą była nie groteskowa forteca nad Tamizą, lecz barchanowo-wiktoriańska kupa czerwonych cegieł na łuku Cambridge Circus. Jest to dla mnie taka sama tajemnica jak okoliczności moich narodzin. Nic dziwnego, jedno z drugim jest ze sobą nierozerwalnie związane.

Mój ojciec – właściwie go nie pamiętam, więc co wiem, wiem od mamy – był utracjuszem z angielsko-francuskiej rodziny z Midlands, człowiekiem ulegającym rozlicznym zachciankom, spadkobiercą szybko topniejącej fortuny. Jego jedyną pozytywną cechą była miłość do Francji. Latem roku 1930 bawił u wód w nadmorskim kurorcie Saint-Malo na północnym wybrzeżu Bretanii, gdzie uczęszczał do kasyn i domów rozpusty, czyli wiódł światowe życie. Tak się złożyło, że w tym samym mieście przebywała wtedy moja matka, licząca sobie lat dwadzieścia i wypełniająca tam powinności druhny na ślubie bogatego handlarza bydłem. Tak przynajmniej twierdziła. Była moim jedynym źródłem w tej kwestii, a że nie miała najmniejszych skrupułów, by rozmijać się z niewygodną dla niej prawdą, nie wykluczam, że znalazła się tam w mniej cnotliwym celu.

W każdym razie zawsze opowiadała, że wypiwszy o jeden kieliszek za dużo, wraz z drugą druhną ulotniły się z wesela i w eleganckich strojach ruszyły na zatłoczoną promenadę, gdzie wkrótce pojawił się też mój ojciec. Matka była ładna i płocha, jej towarzyszka znacznie mniej. Nawiązali burzliwy romans, o którego szczegółach matka jakoś wolała nie opowiadać, za to zaraz musiał odbyć się drugi ślub, bo już byłem w drodze. Ojciec najwyraźniej nie zaliczał się do wielkich zwolenników małżeństwa – nawet na początku związku częściej był nieobecny niż obecny.

Ale teraz cała ta historia nabiera cech heroicznych, bo nadeszła wojna. Wojna, jak wiadomo, zmienia wszystko, mojego ojca też więc zmieniła. Kiedy wybuchła, zaczął nachodzić brytyjskie Ministerstwo Obrony i ofiarowywał swe usługi każdemu, kto chciałby z nich skorzystać. Matka twierdziła, że pragnął w pojedynkę ratować Francję po klęsce. Nawet jeżeli u podstaw tego patriotycznego zapału leżała chęć znalezienia się jak najdalej od rodziny, to tej herezji nie wolno mi było wypowiadać w obecności mamy. Anglicy właśnie stworzyli Kierownictwo Operacji Specjalnych, które według słynnych słów samego Winstona Churchilla miało „wzniecać pożary w całej Europie”. Portowe miasteczka na południowo-zachodnim wybrzeżu Bretanii – a już szczególnie nasze kochane Lorient, dawna baza francuskiej marynarki wojennej – były już wtedy głównym schronieniem niemieckich łodzi podwodnych. Ojciec pięciokrotnie lądował na spadochronie wśród bretońskich równin, sprzymierzał się z każdym oddziałkiem ruchu oporu, na który trafił, nieźle napsuł krwi Niemcom i wreszcie zginął w nader nieprzyjemny sposób – w gestapowskiej katowni w Rennes, tym samym bardzo wysoko zawieszając dla syna poprzeczkę poświęcenia i patriotyzmu. Oprócz tego pozostawił mi w spadku jeszcze tylko niczym nieuzasadnioną wiarę w angielski system oświaty oparty na elitarnych szkołach prywatnych. Choć jego niczego nie nauczyły, mnie skazał na ten sam los.

Ale pierwsze lata życia spędziłem niczym w raju. Matka gotowała i opowiadała, dziadek był szorstki w obejściu, lecz miał dobre serce, w gospodarstwie niczego nam nie brakowało. W domu mówiło się po bretońsku. W parafialnej szkółce w naszej wsi prześliczna młoda zakonnica, która kiedyś spędziła pół roku w Huddersfield jako piastunka do dzieci, uczyła mnie podstaw angielskiego i – zgodnie z prawem – francuskiego. W wakacje goniłem na bosaka po otaczających nasze gospodarstwo polach i pagórkach, zbierałem dla mamy grykę na galettes, karmiłem starą maciorę Fadette i bawiłem się jak szalony z innymi dziećmi ze wsi.

Przyszłość dla mnie nie istniała. A potem objawiła się nagle.

Grubaska nazwiskiem Murphy, kuzynka mojego nieżyjącego ojca, odebrała mnie z objęć mamy w Dover i wzięła do siebie do Ealing. Miałem osiem lat. Z okna wagonu zobaczyłem po raz pierwszy balony zaporowe. Przy kolacji mąż pani Murphy oświadczył, że za parę miesięcy wojna się skończy, pani Murphy, że nie. Żebym ich rozumiał, mówili powoli i wielokrotnie powtarzali jedno i to samo. Następnego dnia pani Murphy wzięła mnie do Selfridges i kupiła mi szkolny mundurek – na wszystko skrzętnie brała rachunki. Następnego dnia już stała na peronie dworca Paddington i uroniła łezkę, gdy machałem do niej nowiutką szkolną czapeczką.

Nie będę się rozwodził nad zarządzoną przez ojca anglicyzacją. Trwała wojna, ale szkoły musiały jakoś funkcjonować. Nie byłem już Pierre, tylko Peter. Moją nędzną angielszczyznę wyszydzali koledzy, bretońską francuszczyznę – zrozpaczeni nauczyciele. Mimochodem powiedziano mi, że moja wioseczka Les-Deux-Églises została zajęta przez Niemców. Listy od mamy, jeżeli w ogóle przychodziły, to w brązowych kopertach z angielskimi znaczkami i londyńskimi stemplami. Minęło wiele lat, nim potrafiłem wyobrazić sobie, przez ile musiały przejść bohaterskich rąk, by trafić do mnie. Wakacje były dla mnie jednym pasmem letnich obozów i rodzin zastępczych. Szkoły przygotowawcze z czerwonej cegły ustąpiły po jakimś czasie granitowoszarym szkołom prywatnym, ale program był zawsze taki sam: taka sama margaryna, takie same kazania o patriotyzmie i Imperium Brytyjskim, taka sama bezsensowna przemoc, obojętne okrucieństwo oraz niezaspokojony i niewspominany popęd seksualny. Pewnego popołudnia wiosną 1944 roku, niedługo przed lądowaniem w Normandii, dyrektor szkoły wezwał mnie do siebie i oświadczył, że ojciec zginął śmiercią żołnierza i że mam być z niego dumny. Więcej nie może powiedzieć, bo to tajemnica państwowa.

Miałem lat szesnaście, gdy po szczególnie nudnym semestrze wróciłem – niedouczony angielski niedorostek – do wyzwolonej Bretanii. Dziadek nie żył. Z mamą łoże dzielił już kto inny, niejaki monsieur Émile. Nie za bardzo go lubiłem. Pół mojej Fadette oddano za okupacji Niemcom, pół partyzantom. Uciekając przed sprzecznościami dzieciństwa i kierowany poczuciem synowskiego obowiązku, pojechałem na gapę pociągiem do Marsylii, dodałem sobie rok i próbowałem się zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej. Moja donkiszoteria skończyła się tak, że ta szlachetna formacja musiała uczynić wyjątek i dać wiarę płaczliwym tłumaczeniom mojej mamy, że żaden ze mnie cudzoziemiec, tylko Francuz, i puściła mnie wolno wprost w nową niewolę, tym razem na londyńskim przedmieściu Shoreditch, gdzie Markus, przyrodni brat ojca, kompletnie do niego niepodobny, prowadził firmę handlu kosztownymi futrami i dywanami. Sprowadzał je ze Związku Sowieckiego – ale kraj ten zawsze nazywał Rosją – i chciał uczyć mnie własnego fachu.

Stryj Markus to kolejna niewyjaśniona tajemnica w moim życiu. Do dziś nie wiem, czy propozycja pracy u niego nie została zainspirowana przez moich późniejszych panów. Gdy zapytałem, jak zginął ojciec, pokręcił głową z dezaprobatą – ale dezaprobata nie dotyczyła ojca, tylko głupiego pytania. Czasem zastanawiam się, czy można być tajemniczym z urodzenia, tak jak z urodzenia można być bogatym, wysokim, muzykalnym. Markus nie był ani niemiły, ani skryty, ani skąpy. Po prostu był tajemniczy. Choć nosił nazwisko Collins, pochodził skądś w Europie Środkowej. Jak nazywał się przedtem, nie dowiedziałem się nigdy. Mówił po angielsku bardzo szybko, ale z obcym akcentem, i nigdy też się nie dowiedziałem, jaki był jego język ojczysty. Nazywał mnie Pierre. Miał przyjaciółkę imieniem Dolly, modystkę z Wapping, która w piątki po południu przyjeżdżała po niego do magazynu. Mimo to nie wiedziałem, gdzie znikali na cały weekend, czy byli małżeństwem lub mieli gdzie indziej jakichś innych małżonków. W życiu Dolly był jakiś Bernie, ale nadal nie wiem, czy mąż, syn czy brat, bo Dolly też była z natury tajemnicza.

I do dziś nie wiem nawet, czy Transsyberyjska Firma Handlu Futrami i Dywanami Collins i S-ka była prawdziwą firmą czy tylko przykrywką dla działalności wywiadowczej. Kiedyś próbowałem to sprawdzić, lecz bez żadnych rezultatów. Wiem tylko, że ilekroć stryj Markus wybierał się na targi do Kijowa, Permu czy Irkucka, trząsł się jak galareta. A po powrocie pił na umór. I że przed każdym jego wyjazdem w firmie zjawiał się wygadany Anglik imieniem Jack, który czarował sekretarki, wsadzał głowę przez drzwi do sortowni i wołał: „Cześć, Peter (nigdy: Pierre), u ciebie wszystko okej?”. Potem zaś brał stryja na dobry obiad. Po obiedzie stryj wracał do gabinetu i zamykał się w nim na klucz.

Jack podawał się za handlarza sobolami, teraz jednak wiem, że handlował zupełnie czym innym. Bo kiedy stryj wreszcie oświadczył, że lekarz zabronił mu dalszych wyjazdów na targi, Jack zaproponował, żebym to ja tym razem poszedł z nim na obiad. Zabrał mnie do Klubu Podróżników na Pall Mall i pytał, czy nie żałuję, że nie jestem w Legii, czy z tą moją dziewczyną to tak bardziej na poważnie i dlaczego uciekłem ze szkoły, chociaż byłem tam kapitanem drużyny bokserskiej, i czy nie myślałem kiedyś, żeby przysłużyć się angielskiej ojczyźnie, bo jeżeli żałuję, że z powodu wieku ominęła mnie wojna, to teraz jest okazja, żeby to nadrobić. Przy obiedzie tylko raz wspomniał o ojcu i uczynił to tak niedbale, jakby chciał mi dać do zrozumienia, że o mało o tym nie zapomniał:

– Aha, a co do twojego szanownego tatusia, świeć, Panie, nad jego duszą, to coś ci powiem, ale ja ci tego nie mówiłem. Tak?

– Tak.

– Był z niego naprawdę dzielny facio. Przysłużył się ojczyźnie jak nie wiem. Obu ojczyznom. Starczy?

– Skoro tak pan mówi…

– No to za tatusia!

Za tatusia, czemu nie. Później już piliśmy bez wznoszenia toastów.

A potem w eleganckim wiejskim dworku gdzieś w Hampshire Jack, jego kolega Sandy i świetnie zorganizowana dziewczyna imieniem Emily – natychmiast się w niej zakochałem – zrobili mi krótki kurs opróżniania skrzynek kontaktowych w centrum Kijowa, a konkretnie za kawałem tynku w ściance starego kiosku, którego replika stała u nich w oranżerii. I drugi kurs: jak odczytać sygnał, że mogę opróżnić skrzynkę – na kracie będzie poszarpana zielona wstążka. I trzeci: jak dać znać, że skrzynkę opróżniłem – wrzucić pudełko po rosyjskich papierosach do kosza na śmieci pod wiatą przystanku autobusowego.

– I wiesz co, Peter, jak będziesz się starał o ruską wizę, to weź francuski paszport, nie angielski – powiedział Jack z głupia frant. Przypomniał mi, że stryj ma filię w Paryżu. – A przy okazji… Emily jest zajęta – dodał, na wypadek gdybym sobie coś ubzdurał. Oczywiście ubzdurałem sobie.

*

I to była moja pierwsza misja, pierwsze zadanie dla instytucji, którą potem poznałem pod nazwą Cyrku – i równocześnie pierwsza przymiarka do roli tajnego żołnierza stworzonego na obraz i podobieństwo ojca. Nie zliczę już, ile podobnych misji wypełniłem w ciągu paru następnych lat – sześć? siedem? Leningrad, Gdańsk, Sofia, potem Lipsk i Drezno. O ile wiem, wszystko poszło jak po maśle, jeśli nie liczyć zbierania się na odwagę „przed” i powolnego uspokajania „po”.

Podczas długich weekendów w innym dworku z innym pięknym ogrodem poszerzałem repertuar sztuczek: kontrobserwacja, przekazania błyskawiczne… Kiedyś na chwilę przerwano mi te zabawy, by podczas skromnej ceremonii w jakimś konspiracyjnym mieszkanku na South Audley Street wręczyć mi ojcowskie odznaczenia za odwagę – jedno francuskie, jedno angielskie – i odczytać formułkę ich nadania. Mogłem zapytać, dlaczego tak późno, już wtedy jednak wiedziałem, że pytać nie należy.

Ale dopiero gdy zacząłem jeździć do NRD, w moim życiu pojawił się gruby, wiecznie zaaferowany okularnik: George Smiley. Stało się to w pewne niedzielne popołudnie w hrabstwie West Sussex, gdzie odbierał ode mnie informacje już nie Jack, tylko taki twardziel imieniem Jim, Czech z pochodzenia, mniej więcej w moim wieku. Dużo później się dowiedziałem, że na nazwisko – kiedy już wolno mu było mieć nazwisko – miał Prideaux. Wspominam o nim tutaj, bo i on miał wielki wpływ na moją dalszą karierę.

Gdy składałem raport, Smiley nie mówił wiele, siedział i słuchał, i tylko czasem spojrzał na mnie jak sowa przez te swoje grube szkła. Kiedy skończyłem, zaproponował przechadzkę po ogrodzie; ogród był wielki i przechodził w park. Rozmawialiśmy, trochę posiedzieliśmy na ławce, trochę pospacerowaliśmy, znowu usiedliśmy, cały czas gadając. Czy mamusia żyje, czy ma się dobrze? Trochę zesklerociała, ale poza tym w porządku. Potem o ojcu – czy mam jeszcze jego ordery? Powiedziałem zgodnie z prawdą, że mama poleruje je co niedziela. Ale nie dodałem, że czasem przypina mi je do koszuli i płacze. W odróżnieniu od Jacka ani razu nie zapytał o moje liczne dziewczyny. Zapewne uznał, że lepiej, że jest ich cała kupa, bo kupy nikt nie ruszy.

Teraz, kiedy wspominam tę rozmowę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że już wtedy był gotów zastąpić mi ojca – co zresztą potem się stało. Ale może to ja tak myślałem, a on wcale nie. W każdym razie gdy wreszcie złożył mi propozycję współpracy, wydawało mi się, że trafiłem do domu, choć dom był przecież po drugiej stronie Kanału, w Bretanii.

– Bo widzisz, zastanawialiśmy się – powiedział, a jego głos dochodził mnie jakby z oddali – czy nie chciałbyś zacząć pracować z nami trochę bardziej na stałe. Ludzie, którzy współpracują z nami z zewnątrz, nie zawsze dobrze odnajdują się wewnątrz. Ale myślę, że ty się odnajdziesz. Nie płacimy wiele. A czasem praca u nas kończy się z dnia na dzień. Za to jest to ważna praca, jeżeli tylko myśli się o celach, a nie za bardzo o środkach.

2

Moje gospodarstwo w Les-Deux-Églises składa się z jednego prostego i całkowicie bezpłciowego wiejskiego dworku, jednej rudery z kamiennym krzyżem na dachu będącej ongiś stodołą, resztek umocnień z dawno zapomnianych wojen i starej jak świat kamiennej studni, teraz już niewykorzystywanej, ale kiedyś służącej partyzantom jako magazyn broni, której nie chcieli zostawić na pastwę hitlerowskiego okupanta. Mam jeszcze stareńki piec chlebowy, chatkę kryjącą zdezelowaną prasę do cydru i z pięćdziesiąt hektarów nudnego pastwiska ciągnącego się aż do klifu, aż do brzegu morza. Rodzina mamy mieszkała tam od czterech pokoleń – moje jest piąte. Nie jest to jakaś szczególnie prestiżowa ani rentowna posiadłość. Gdy wyglądam z okna w salonie, widzę na prawo nieforemną bryłę wieży dziewiętnastowiecznego kościoła, a na lewo krytą strzechą białą kapliczkę – i stąd wzięła się nazwa miejscowości, Dwa Kościoły. Tu, w Les-Deux-Églises, podobnie jak w całej Bretanii, albo jest się katolikiem, albo nikim. Ja jestem nikim.

Żeby dostać się do gospodarstwa z Lorient, trzeba najpierw przez pół godziny jechać na południe nadmorską drogą wysadzaną wysmukłymi topolami, które w zimie sterczą w górę jak patyki. Po drodze mija się zachodnie partie Wału Atlantyckiego Hitlera, tak solidne, że już teraz sprawiają wrażenie współczesnego Stonehenge. Po jakichś trzydziestu kilometrach trzeba zacząć wypatrywać po lewej pizzerii o szumnej nazwie Odyssée i za chwilę pojawi się po prawej stronie śmierdzące złomowisko, gdzie Honoré – chyba najbardziej nieadekwatnie nazwany człowiek w okolicy, bo to pijak i włóczęga, mama zawsze mnie przed nim ostrzegała, wstrętny gnom – handluje starociami, starymi oponami i nawozem. Po dojechaniu do sfatygowanego drogowskazu z napisem „Delassus” – to panieńskie nazwisko mamy – skręca się w od dawna nienaprawianą drogę. Trzeba mocno hamować przed dziurami albo – jeżeli jest się monsieur Denisem, naszym listonoszem – pędzić między nimi karkołomnym slalomem. I tak właśnie czynił monsieur Denis pewnego słonecznego ranka na początku jesieni, ku oburzeniu kur na podwórku i całkowicie ignorowany przez Amoureuse, moją ukochaną irlandzką seterkę, zbyt zajętą swym kolejnym miotem, by przejmować się głupimi ludzkimi sprawami.

Kiedy już monsieur Denis, zwany w okolicy Le Général, tak jest podobny z twarzy i z postury do prezydenta de Gaulle’a, wygramolił się z żółtej furgonetki i ruszył na ganek domu, wiedziałem od razu, że w kościstej dłoni niesie mi list z Cyrku.

*

Z początku nie byłem nawet zaniepokojony, tylko rozbawiony. Pewne rzeczy w brytyjskich służbach specjalnych nie zmieniają się nigdy. Jedną z nich jest obsesyjny lęk przy wyborze papeterii do korespondencji jawnej. Lepiej nic oficjalnego, urzędowego, bo to grozi dekonspiracją. Koperta nie powinna być prześwitująca, więc może liniowana? Czysta biel za bardzo rzuca się w oczy, zatem lepiej jakiś jej odcień, tylko znowu żeby to nie wyglądało na liścik miłosny. Niebieski mat, jakiś odcień szarości – może być. Ta koperta była bladoszara.

Następne pytanie: adres drukiem czy odręczny? Odpowiedź musi uwzględniać specyfikę adresata w terenie, czyli w tym wypadku mnie: a ja jestem Peter Guillam, emeryt, trzymany na odległość, co bardzo mu dotąd odpowiadało. Od wielu lat zamieszkały na wsi we Francji. Nie pojawia się na zjazdach weteranów, o rodzinie wiadomości brak. Pobiera pełną emeryturę z tego jednego źródła, więc zawsze można go o coś pomęczyć. Wnioski: w zabitej dechami bretońskiej dziurze, gdzie cudzoziemców jak na lekarstwo, zaadresowana drukiem, na wpół oficjalna koperta z angielskim znaczkiem może wzbudzić ciekawość, więc lepiej już zaadresować ręcznie. A teraz najtrudniejsze. Agencja – bo teraz tak brzmi nowa nazwa Cyrku, my mówiliśmy „Firma” – nie może sobie odmówić przyjemności umieszczenia na kopercie kwalifikacji poziomu tajności, nawet jeżeli miałaby to być tylko „korespondencja prywatna”. A może wzmocnić to jeszcze słowem „osobista”? „Korespondencja prywatna, osobista, do rąk własnych adresata”? Za dużo. Lepiej niech będzie „prywatna”. A najlepiej „osobista”.

1 Artillery Buildings

London, SE14

Szanowny Panie,

nie znamy się, ale pozwoli Pan, że się przedstawię. Jestem kierownikiem działu w Pana dawnej firmie. Zajmuję się kwestiami bieżącymi i historycznymi. Niespodziewanie wypłynęła pewna sprawa, w której brał Pan kiedyś znaczący udział, więc muszę niestety prosić Pana o niezwłoczne pojawienie się w Londynie w celu ułatwienia nam wypracowania stanowiska.

Zostałem upoważniony do zaproponowania Panu zwrotu kosztów podróży (klasa ekonomiczna) oraz dziennych diet w wysokości 130 GBP na cały czas Pana pobytu w Londynie (wysokość diety uwzględnia londyński dodatek drożyźniany).

Ponieważ nie posiadamy Pana numeru telefonu, bardzo proszę o potwierdzenie przybycia telefonicznie (prosić Tanię) na podany wyżej numer i na nasz koszt albo e-mailem na poniższy adres. Choć to może dla Pana kłopot, muszę stwierdzić, że sprawa jest pilna. Na zakończenie zwracam uwagę na ust. 14 porozumienia rozwiązującego Pana umowę o pracę.

Z poważaniem,

A. Butterfield

(RPSS)

PS Bardzo proszę o wylegitymowanie się paszportem w recepcji.

RPSS to oczywiście „radca prawny szefa służby”. Ustęp 14 umowy mówi o „dożywotnim obowiązku wspierania służby na każde żądanie”, a sam zwrot „zwracam uwagę” znaczy tak naprawdę „pamiętaj, kto ci płaci emeryturę”. Nie mam e-maila. Dlaczego list jest bez daty? To też tajemnica państwowa?

W sadzie są Catherine i jej dziewięcioletnia córka Isabelle. Bawią się z dwiema złośliwymi kózkami, którymi ktoś nas niedawno uszczęśliwił. Catherine jest drobną kobietą o szerokiej bretońskiej twarzy i spokojnych piwnych oczach, które taksują każdego beznamiętnie. Gdy wyciąga ręce, kózki skaczą na nie i wtedy mała Isabelle, którą cieszą dziwne rzeczy, klaska w dłonie i okręca się na pięcie z radości. Ale Catherine, choć muskularna, musi uważać, by chwytać na raz tylko jedną kózkę, bo przewróciłyby ją, gdyby skoczyły razem. Isabelle mnie ignoruje. Nie lubi, jak się jej patrzy w oczy.

Dalej na polu głuchy Yves, dochodzący parobek, zbiera kapustę nisko pochylony do ziemi. Prawą ręką ścina łodygi, lewą odrzuca główki na wózek, ale ani na chwilę nie zmienia kąta pochylenia tułowia. Przypatruje mu się stara klacz Artemis, kolejna znajda Catherine. Parę lat temu do naszego gospodarstwa przybłąkał się struś, który uciekł z okolicznej hodowli. Kiedy Catherine skontaktowała się z właścicielem, powiedział, że może zostać u nas, bo jest za stary. Ptaszysko zostało i kiedy wreszcie zdechło, pochowaliśmy je z honorami.

– Chcesz czegoś, Pierre? – pyta Catherine.

– Niestety muszę wyjechać na kilka dni – odpowiadam.

– Do Paryża? – Catherine nie aprobuje moich wyjazdów do Paryża.

– Do Londynu – mówię. A że nawet na emeryturze muszę mieć legendę operacyjną, dodaję: – Ktoś umarł.

– Ktoś, kogo kochasz?

– Już nie – mówię z taką stanowczością, że aż się sobie dziwię.

– A, to mała strata. Wyjeżdżasz wieczorem?

– Jutro. Rano mam samolot z Rennes.

Dawniej popędziłbym do Rennes natychmiast, na byle znak z Cyrku. Ale dziś nie.

*

Tylko ktoś, kto został szpiegiem za dawnych czasów Cyrku, może zrozumieć obrzydzenie, jakie poczułem, gdy następnego dnia o czwartej po południu zapłaciłem taksówkarzowi i ruszyłem betonowym wybiegiem prowadzącym do nowej i szokująco ostentacyjnej siedziby Agencji – ktoś taki jak ja, kto w sile szpiegowskiego wieku powracał zgoniony jak pies z jakiegoś zakazanego zakątka imperium, najczęściej sowieckiego, albo z jakiegoś kraiku będącego jego częścią. Jechało się autobusem wprost do Londynu, potem metrem na Cambridge Circus. Tam już czekali na raport. Wystarczyło wspiąć się na pięć brudnych schodków przed wejściem do tego wiktoriańskiego potworka, który nazywaliśmy różnie: Centrala, Biuro czy po prostu Cyrk. I już było się u siebie.

Co z tego, że zaraz trzeba było awanturować się przy składaniu raportu, u zleceniodawcy czy w administracji? Były to zwykłe rodzinne kłótnie między bazą a terenem. Staruszek portier w budce przy wejściu mówił znacząco: „Witamy z powrotem” i pytał, czy nie chcę oddać walizki do przechowalni. Odpowiadało się zawsze: „Nie, dziękuję, Bill” albo: „Nie warto, Mac”, w zależności od tego, kto miał służbę, i nigdy nie pokazywało się przepustki. Człowiek sam nie wiedział, dlaczego już się uśmiecha. Na wprost trzy stare rachityczne windy, których każdy nie cierpiał od pierwszego dnia w pracy; dwie utknęły gdzieś na górze, a trzecia stała się prywatną własnością Kontrolera, więc nawet nie warto było się wściekać. W dodatku znacznie przyjemniej było zagubić się na chwilę w labiryncie i ślepych zaułkach korytarzy będących prawdziwym ucieleśnieniem świata, w którym żyło się na własne życzenie, wśród przeżartych przez korniki drewnianych schodów, odrapanych gaśnic, wypukłych luster oraz woni starego dymu papierosowego, neski i dezodorantów.

Ale dziś – zgoła inny potwór. Witamy w lunaparku dla szpiegów pięknie położonym nad samym brzegiem Tamizy.

Bacznie obserwowany przez dresiarzy obojga płci melduję się przed recepcją, całą z pancernego szkła, i patrzę, jak mój brytyjski paszport znika w hermetycznym metalowym podajniku. Twarz za szkłem jest kobieca, ale kretyńsko akcentowane kretyńskie formułki wypowiada elektroniczny głos statystycznego Anglika:

– Wszystkie posiadaneklucze, telefonykomórkowe, pieniądze w bilonie, zegarki, przyborypiśmienne i wszelkie inneprzedmioty metalowe proszę złożyć do kontenera na stole po lewej stronie, zachować biały numerek i z butamiw rękach szybkoprzejść przezdrzwi oznaczone napisem „Goście”.

Paszport wraca, szybko przechodzę. Jakaś wesoła dziewczynka – na oko czternastoletnia – obmacuje mnie paletką do ping-ponga, potem zostaję prześwietlony w postawionej na sztorc szklanej trumnie. Wkładam z powrotem buty i zawiązuję sznurówki – z jakiegoś powodu jest to bardziej poniżające niż wcześniej ich zdejmowanie – po czym ta sama wesoła dziewczynka prowadzi mnie do nieoznaczonej windy. I jeszcze pyta, czy miło mi minął dzień. Niemiło. Noc też nie była miła, jeśli ją to interesuje, ale nie interesuje. Dzięki listowi od A. Butterfielda spałem najgorzej od dziesięciu lat, lecz tego też nie mogę jej powiedzieć. Ja jestem – lub byłem – zwierzęciem polnym. Moim naturalnym środowiskiem zawsze były otwarte przestrzenie szpiegostwa. Właśnie się przekonuję – na stare lata – że takie sympatyczne wezwanie, nagle i niespodziewanie przychodzące od Cyrku w jego nowym wcieleniu i domagające się natychmiastowego stawiennictwa w Londynie, wystarczy, bym przez całą noc sondował moją duszę.

Dojeżdżamy już na ostatnie, jak mi się zdaje, piętro, ale brak jakichkolwiek informacji na ten temat. W świecie, w którym kiedyś żyłem, największe jego tajemnice zawsze znajdowały się na najwyższym piętrze. Moja młodzieżowa obstawa ma na szyi całą wiązkę tasiemek z kartami elektronicznymi. Właśnie przysuwa jedną z nich do nieoznaczonych drzwi, wchodzę, zamyka mnie w środku. Próbuję poruszyć klamkę. Ani drgnie. Parę razy w życiu zdarzyło mi się, że mnie zamykano, ale zawsze robiła to konkurencja. Nie ma okien, tylko dziecinne malunki kwiatów i domów. Twórczość latorośli A. Butterfielda? A może graffiti poprzednich więźniów?

I jeszcze jedno: gdzie się podziały wszystkie dźwięki? Im dłużej nasłuchuję, tym gorsza staje się ta cisza. Nie słychać wesołego stukotu maszyn do pisania, upartych dzwonków nieodbieranych telefonów, zajeżdżony na śmierć wózek na akta nie grzechocze jak mleczarska dwukółka po gołym parkiecie korytarza, wściekły męski głos nie ryczy nagle: „Skończże wreszcie z tym gwizdaniem!”. Coś musiało się zagubić podczas przeprowadzki z Cambridge Circus na nadrzeczne bulwary – i to nie tylko skrzypienie wózków.

Parkuję tyłek na fotelu ze stali i skóry. Przerzucam sfatygowany numer tygodnika satyrycznego i zastanawiam się, kto stracił poczucie humoru – ja czy panowie redaktorzy? Wstaję, znowu próbuję otworzyć drzwi, siadam z powrotem, ale na innym fotelu. Dochodzę do wniosku, że A. Butterfield na pewno zgłębia właśnie tajniki mojej mowy ciała. Zresztą niech mu idzie na zdrowie, bo gdy wreszcie drzwi otwierają się zamaszyście, do pokoju wpada krótko ostrzyżona ruchliwa czterdziestolatka i odzywa się do mnie z akcentem pozbawionym wszelkich klasowych cech:

– Ach, Peter, świetnie, że jesteś. Jestem Laura. Zapraszam.

A ja zdążyłem tymczasem przeżyć na nowo i w przyspieszonym tempie chyba wszystkie nieudane misje i wszystkie katastrofy, w jakich brałem udział przez całe życie popełniania prawnie uświęconych świństw.

Maszerujemy pustym korytarzem i wchodzimy do białego aseptycznego gabinetu o nieotwieralnych oknach. Zza biurka wyskakuje jak piłeczka świeżutki, choć w nieokreślonym wieku okularnik prosto z prywatnej szkoły, bez marynarki, za to w szelkach, i chwyta mnie za dłoń.

– Peter! Coś takiego! Ależ tyświetnie wyglądasz! Jakbyś odmłodniał o połowę! Podróż miałeś dobrą? Herbaty? Kawy? Na pewnonie? Naprawdę, jak to miło, że się pofatygowałeś. To nam ogromniepomoże. Poznałeś już Laurę? Oczywiście, że poznałeś. Wybacz, że musiałeś czekać. Miałem telefon z samej góry. Ale teraz już okej. Siadajże!

Mówi to wszystko, konfidencjonalnie mrużąc oczy, żeby jeszcze bardziej się ze mną zbratać, i już prowadzi mnie do wysokiego krzesła, na którym jak się potem okazało, przyjdzie mi długo siedzieć – aż dziw, że od razu nie każe mi stanąć w kącie. Potem siada z powrotem za biurkiem, na którym piętrzą się Cyrkowe akta, same stare szpargały, oznaczone barwami wszystkich krajów. Między nimi układa teraz urękawione łokcie, skrywając je przed moim wzrokiem za papierami, i opiera podbródek na dłoniach.

– Aha, jestemBunny – przedstawia się. – Wiem, głupie imię i w ogóle ciężki wstyd, żeby dorosły człowiek nazywał się „Króliczek”, ale co zrobię? Przylgnęło do mnie w dzieciństwie i tak już zostało. Jak się zastanowić, to chyba dlatego trafiłem tutaj. Przecież nikt nie traktowałby poważnie sędziego Sądu Najwyższego, za którym wszyscy wołaliby tak po korytarzach, nie?

Czy on zawsze tak miele ozorem? Czy teraz tak mówią wszyscy radcy prawni Secret Service w średnim wieku? Raz jak małe dziecko, raz jak ktoś sprzed stu lat? Dawno już straciłem wyczucie współczesnej angielszczyzny, ale sądząc po minie Laury, która właśnie siada obok niego, oni rzeczywiście tak teraz przemawiają. Laura, gdy siedzi, wygląda, jakby zaraz miała rzucić się na mnie. Na środkowym palcu prawej dłoni nosi sygnet. To po tatusiu czy zawoalowany symbol preferencji seksualnych? Jak ja już długo nie byłem w Anglii…

Ale najpierw gadka szmatka, w czym bryluje Bunny. Jego dzieci, dwie dziewczynki, uwielbiają Bretanię. Laura była w Normandii, ale w Bretanii nie. Nie mówi, z kim tam była.

– No, ale ty się przecież urodziłeś w Bretanii! – woła nagle Bunny ni stąd, ni zowąd. – Powinniśmy ci mówić „Pierre”!

Ja na to, że nie, że może być Peter.

– Więc, Peter, zrobił nam się, szczerze mówiąc, niezły pasztet. – Teraz Bunny mówi wolniej i donośniej, bo właśnie zauważył wśród moich siwych loków aparacik słuchowy, który sobie niedawno sprawiłem. – Jakiś kryzys to jeszcze nie jest, ale sytuacja jest dynamiczna, właściwie nawet wybuchowa. Bardzo potrzebujemy twojej pomocy.

Odpowiadam, że służę pomocą z największą przyjemnością i bardzo się cieszę, że po tylu latach mogę się jeszcze na coś przydać.

– Moja rola polega na tym, że mam chronić Agencję. To moja praca – mówi Bunny, jakbym nic nie powiedział. – Ty jesteś tu jako osoba prywatna, oczywiście też jako były pracownik, od dawna na zasłużonej i spokojnej emeryturze, ale nie mogę zagwarantować, że twoje i nasze interesy będą w tej sprawie stuprocentowo zbieżne. – Oczy jak szpareczki. Sztuczny uśmieszek. – Czyli powiem tak: wszyscy oczywiście szanujemy cię za te wspaniałe rzeczy, które dawno, dawno temu robiłeś dla Agencji, ale Agencja to Agencja. A ty to ty. A ja jestem prawnikiem i nie mam litości dla nikogo. Jak się ma Catherine?

– Doskonale, dziękuję. A czemu pytasz?

Bo jej nie wpisałem na listę. Bo chce mnie nastraszyć. Bo daje mi do zrozumienia, że będzie ostro. I że ta „Agencja” ma szeroko otwarte oczy.

– Zastanawiamy się, czy nie powinna znaleźć się na tej dość długiej liście osób, z którymi łączyły cię kiedyś zażyłe stosunki – wyjaśnia Bunny. – Wiesz, taki mamy regulamin.

– Catherine dzierżawi ode mnie gospodarstwo. To córka i wnuczka poprzednich dzierżawców. Ja też tam mieszkam, bo tak mi wygodnie. I nie wiem, czy to wasz interes, ale nigdy się z nią nie przespałem i nie zamierzam się przespać. Wystarczy?

– Jak najbardziej. Dziękujemy.

To pierwsze kłamstwo wyszło mi całkiem nieźle. Teraz trzeba szybko odbić piłeczkę:

– Zaczynam mieć wrażenie, że sam mogę potrzebować adwokata.

– Na razie na to za wcześnie. Zresztą nie stać cię. Takie ceny… W papierach masz napisane raz, że jesteś żonaty, raz, że nie. To się zgadza?

– Zgadza.

– I to wszystko w ciągu jednego roku? No, no, jestem pod wrażeniem.

– Miło mi.

Czy my sobie żartujemy? Czy prowokujemy się nawzajem? Coś mi się zdaje, że to drugie.

– Taki błąd młodości? – sugeruje Bunny tym samym grzecznym pytającym tonem.

– Nieporozumienie – odpowiadam. – Jeszcze jakieś pytania?

Ale Bunny łatwo nie rezygnuje i chce, żebym to wiedział.

– Czyli kto zawinił? Dziecko? A może ojciec? – Ten sam gładki ton.

Udaję, że się zastanawiam.

– A wiesz, chyba nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby ją o to spytać – odpowiadam. A ponieważ on dalej nad tym medytuje, dodaję: – Skoro już sobie opowiadamy, co kto z kim i tak dalej, to może mi powiesz, co tu robi Laura?

– Laura jest od historii – odpowiada dźwięcznie Bunny.

Czyli historia to baba o pozbawionej wyrazu twarzy, krótkich włosach, piwnych oczach, bez makijażu. Już nikt się nie uśmiecha. Oprócz mnie.

– No to co mamy w akcie oskarżenia, Bunny? – pytam wesoło, skoro idziemy do zwarcia. – Podpalenie portów Jej Królewskiej Mości?

– Co ty wygadujesz, Peter, jaki akt oskarżenia?! – oponuje równie wesoło Bunny. – Trzeba tylko wyjaśnić to i owo. Pozwól, że zanim przejdziemy do konkretów, zadam ci jedno pytanie. Mogę? – Zmrużenie oczu. – Operacja „Fuks”. Jak ją przygotowano, kto ją prowadził, w którym miejscu poszło coś nie tak i jaki był w niej twój udział?

Podobno gdy sprawdzają się najgorsze przeczucia, ludziom robi się lekko na duszy. Nie w moim przypadku.

– Jaka operacja? Powiedziałeś: „Fuks”? Tak?

– „Fuks”. – Głośniej, bo może nie wychwycił tego mój aparat słuchowy.

Powolutku. Muszę pamiętać, że jestem w podeszłym wieku. I pamięć też już nie ta… Bez pośpiechu.

– Co to było ten „Fuks”? Bunny, musisz mi podpowiedzieć. O jakich czasach mówimy?

– Z grubsza biorąc, początek lat sześćdziesiątych. Odpowiesz mi dziś?

– I to była aż operacja?

– Tajna. O nazwie „Fuks”.

– Przeciwko komu?

Teraz Laura zachodzi mnie od tyłu:

– Sowietom i satelitom. A konkretnym celem był wywiad NRD. Znany również pod nazwą Stasi. – Na pełny regulator, żebym na pewno usłyszał.

Jaka „Stasi”? Co to jest „Stasi”? Ach tak, Stasi!

– A o co tam chodziło? – pytam Laurę, kiedy już przypomniałem sobie, co to było Stasi.

– O dezinformację, wprowadzenie przeciwnika w błąd, ochronę ważnego źródła informacji. Przeniknięcie do moskiewskiego Centrum w celu zidentyfikowania jednego lub więcej zdrajców w Cyrku. – I nagle zmienia ton na płaczliwy: – Tylko że nie mamy na to żadnych papierów. Jedynie kilka odnośników do akt, po których nie zostało ani śladu. Nie wiemy, czy ktoś je spalił, czy tylko wyniósł.

– „Fuks”… „Fuks”… – powtarzam, kręcąc głową i uśmiechając się, jak to my, starcy, mamy w zwyczaju, nawet jeżeli nie jesteśmy tak starzy, jak się innym wydaje. – Bardzo mi przykro. Niestety. Nic mi się nie przypomina.

– Nic a nic? – To już Bunny.

– Nic a nic. Zero. – A równocześnie z całych sił usiłuję wyrzucić z głowy to wspomnienie: jestem młody, przebrany za dostarczyciela pizzy i pędzę skulony nad kierownicą motorynki, wioząc jakieś ekstrapilne akta z kwatery głównej Cyrku pod pewien londyński adres.

– Bo jeżeli zapomniałem powiedzieć albo ty nie dosłyszałeś – mówi tymczasem Bunny niewinnym głosikiem – to o ile nam wiadomo, w operacji „Fuks” brał udział twój przyjaciel i kolega Alec Leamas. Pewnie pamiętasz, że to ten, co dał się zastrzelić przy murze berlińskim, kiedy biegł na pomoc swojej dziewczynie Elizabeth Gold, zastrzelonej chwilę przedtem pod tym samym murem? Jego też nie pamiętasz?

– Cholera, oczywiście, że pamiętam – wybucham. I dopiero po chwili tłumaczę: – Pytałeś mnie o „Fuksa”, nie o Aleca. Ale odpowiedź brzmi: nie. Nic nie pamiętam. W życiu o tym nie słyszałem. Sorry.

*

W każdym przesłuchaniu odpowiedź „nie” staje się punktem zwrotnym. Wcześniejsze uprzejmości przestają się liczyć. Kiedy się powie „nie”, potem już nic nie będzie takie samo. Z punktu widzenia przesłuchującego to sygnał do natychmiastowych represji również dlatego, że przeciętny przesłuchujący jest głupszy od przesłuchiwanego. Ale gdy drzwi zatrzaskują się przed nosem inteligentnego przesłuchującego, on nie próbuje zaraz ich wyważyć. Woli się wycofać i podejść do celu z innej strony. Sądząc po zadowolonym uśmiechu Bunny’ego, do tego właśnie się szykował.

– No dobrze. – Znów korzysta z wersji głosu przeznaczonej dla niedosłyszących, choć mu mówię, że słyszę dobrze. – Zostawmy na razie operację „Fuks”. Czy masz coś przeciwko temu, żebyśmy razem z Laurą zadali ci parę wstępnych pytań na tematy bardziej ogólne?

– Czyli jakie?

– Czyli na przykład na temat odpowiedzialności osobistej. Stary problem: gdzie kończy się posłuszeństwo względem przełożonych, a zaczyna odpowiedzialność za własne czyny. Rozumiesz, o co chodzi?

– Nie bardzo.

– Powiedzmy, że jesteś w terenie. Centrala dała ci zielone światło, ale nie wszystko idzie zgodnie z planem. Polała się niewinna krew. Panuje przekonanie, że ty albo jakiś twój bliski kolega przekroczyliście uprawnienia. Myślałeś kiedyś o takiej sytuacji?

– Nie.

Albo zapomniał, że niedosłyszę, albo uważa, że słyszę doskonale.

– A nie potrafisz, tak sam z siebie, teoretycznie wyobrazić sobie, że coś takiego mogło się zdarzyć? Bo przecież w swojej karierze musiałeś chyba nie raz i nie dwa znaleźć się w podbramkowej sytuacji?

– Niczego takiego sobie nie przypominam. Bardzo mi przykro.

– Ani razu się nie zdarzyło, że przekroczyłeś uprawnienia, że spowodowałeś coś, czego potem nie mogłeś zatrzymać? Albo że postawiłeś własne uczucia, potrzeby czy choćby zachcianki ponad obowiązkami służbowymi? I że w efekcie doszło do czegoś, czego ani nie chciałeś, ani nie przewidziałeś?

– Wtedy dostałbym naganę z Firmy, nie? Albo ściągnięto by mnie z powrotem do Londynu. A gdyby to było coś naprawdę poważnego, po prostu wyrzucono by mnie z roboty – wyliczam z poważną miną zdyscyplinowanego pracownika.

– Ale popatrzmy na to szerzej. Powiedzmy, że doszło do pokrzywdzenia osób trzecich. Zwykłych ludzi z zewnątrz, którzy w wyniku czegoś, co zrobiłeś przez pomyłkę, w ferworze walki, w chwili słabości, stali się niewinnymi ofiarami działalności Firmy. Ludzi, którzy później, nawet o całe pokolenie, dochodzą do wniosku, że mogą wytoczyć Agencji śliczny procesik. Najlepiej o odszkodowanie, ale jak się nie da, to choćby o zabójstwo albo jeszcze gorzej. Przeciwko całej Agencji lub – tu unosi brwi w udawanym zdziwieniu – konkretnemu byłemu pracownikowi. Nigdy nie pomyślałeś o czymś takim? – W tej chwili mówi nie jak prawnik, tylko raczej jak lekarz, który chce przygotować pacjenta na bardzo złą wiadomość.

Tylko się nie spieszyć, podrapać się po głowie… Nic z tego.

– Szczerze mówiąc, człowiek tak był wtedy zajęty myśleniem, jak najbardziej zaszkodzić przeciwnikowi… – Zmęczony uśmiech weterana. – Z przodu przeciwnik, z tyłu Centrala… Między młotem a kowadłem nie ma za dużo czasu, żeby filozofować.

– Dla kogoś takiego najlepiej zacząć od skargi do parlamentu, bo potem łatwiej wszcząć postępowanie sądowe. Przedstawić roszczenia, ale za bardzo się w parlamencie nie spieszyć.

Tak mi przykro, Bunny, lecz ja ciągle myślę.

– Bo potem można wszcząć postępowanie i wtedy śledztwo parlamentarne musi ustąpić wymiarowi sprawiedliwości. I dać mu wolną rękę. – Znów czeka chwilę i znów na próżno, więc teraz już mówi ostrzej: – Dalej nie pamiętasz „Fuksa”? Trwającej dwa lata tajnej operacji, w której odegrałeś znaczną, może nawet heroiczną rolę?

To samo pytanie zadaje mi Laura spojrzeniem swych szeroko otwartych piwnych oczu zakonnicy, a ja jeszcze raz symuluję sięganie w głąb swojej starczej pamięci – a niech to licho! nadal niczego nie mogę sobie przypomnieć. Starość nie radość. I zniechęcony kręcę siwą głową.

– A może to były jakieś ćwiczenia? – pytam niepewnie.

– Przecież Laura dopiero co ci powiedziała, co to było – rzuca Bunny, więc nie pozostaje mi nic innego, jak mruknąć: „A, no tak” i udawać zażenowanie.

*

Na razie więc zostawiliśmy operację „Fuks” i na nowo zaczęliśmy rozważać widmo zwykłej osoby z zewnątrz, która najpierw będzie ciągać konkretnego byłego funkcjonariusza służb przed komisję parlamentarną, a potem drugi raz po sądach. Jeszcze tylko nie powiedzieliśmy, o jakiego funkcjonariusza tu chodzi, nikogo nie wymieniliśmy z nazwiska. Mówię: „my”, bo każdy, kto choć raz kogoś przesłuchiwał albo choć raz był przesłuchiwany, wie doskonale, że między przesłuchiwanym i przesłuchującym wytwarza się więź, która sprawia, że widzą siebie po jednej stronie stołu, a sprawy, o których mowa – po drugiej.

– No bo weźmy na przykład twoje akta personalne. Czy raczej to, co z nich zostało – skarży się Laura. – Nie chodzi o to, że czegoś w nich brakuje. To cud, że w ogóle coś w nich zostało. Niech będzie, że były tam różne aneksy o takiej klauzuli tajności, że dokumenty nie nadawały się do Akt Ogólnych. O tym nie da się powiedzieć marnego słowa, bo właśnie po to są tajne aneksy. Ale jak zajrzeć do Akt Tajnych, co tam znajdziemy? Jedno wielkie nic!

– Kurwa, chłopie – wyjaśnia na wszelki wypadek Bunny. – Przecież według kartoteki cała twoja kariera w Agencji to jedna wielka kupa protokołów zniszczenia.

– Żeby choć tyle – dodaje Laura, której najwyraźniej nie razi taki mało prawniczy język.

– Czekaj, Laura. Powiedzmy uczciwie – Bunny zaczyna się bawić w dobrego policjanta – że może to wszystko sprawka przeklętej pamięci Billa Haydona. Tak czy nie? – I zaraz do mnie: – Ale może ty nawet nie pamiętasz, kto to taki Bill Haydon?

Haydon? Bill Haydon? No nie, oczywiście, że pamiętam: umieszczony w Cyrku przez Sowietów podwójny agent, który jako szef wszechwładnego Wspólnego Komitetu Sterującego przez trzy dekady sumiennie zdradzał Moskwie wszystkie nasze tajemnice. To człowiek, o którym myślę chyba codziennie, ale to nie powód, żeby zaraz zrywać się na równe nogi i wrzeszczeć, że to świnia, że złamię mu kark – co zresztą zrobił mu ktoś, kogo dobrze znam, ku ogólnej satysfakcji nas wszystkich.

Laura tymczasem wciąż gawędzi z Bunnym:

– O tak, bez dwóch zdań. Ślady po Billu Haydonie widać wszędzie w Tajnych Aktach. Zresztą przecież ty, Pete, byłeś jednym z pierwszych, którzy wyniuchali, co w trawie piszczy. Oczywiście w roli osobistego asystenta George’a Smileya, jego stróża i pupila. Prawda?

Bunny kręci głową z podziwem.

– George Smiley. Najlepszy oficer operacyjny w naszej historii. Sumienie Cyrku. Według jednych istny Hamlet, według innych nie tak bardzo. Co za człowiek! Tylko że akurat w przypadku operacji „Fuks” – dodaje, ale wciąż do Laury, jakby mnie w ogóle nie było w pokoju – może wcale nie Bill Haydon plądrował tajne akta, tylko na przykład nie wiedzieć czemu właśnie George Smiley? Na tych protokołach zniszczenia jest kupa różnych dziwnych podpisów. Nazwiska, których w życiu nikt nie słyszał, ani ja, ani ty. Nie mówię, że to Smiley osobiście. Na pewno miał kogoś, kto go w tym wyręczył. Kogoś zaufanego, kto w ciemno spełniał jego rozkazy niezależnie od ich legalności. Nasz George nigdy nie lubił brudzić sobie rączek. Ale to wielki człowiek był.

– A co ty o tym myślisz, Pete? – pyta Laura.

Wiem dokładnie, co myślę. Mam bardzo zdecydowane myśli w tym względzie. Nie cierpię, jak się do mnie mówi Pete. I w ogóle ta rozmowa zaczyna przybierać bardzo niekorzystny obrót.

– Bez przesady, Lauro. Po co, na miłość boską, właśnie George Smiley miałby kraść akta z Cyrku? Co innego Bill Haydon. Bill ukradłby wdowie ostatniego pensa i jeszcze by się z niej śmiał.

– A ja myślę, że akurat George miałby ku temu dobre powody – odpowiada za Laurę Bunny. – W końcu szefem Operacji Tajnych był przez dziesięć najgorętszych lat zimnej wojny. Z Komitetem Sterującym walczył na noże. To była prawdziwa wolna amerykanka: podkradanie sobie agentów, włamania do sejfów… Przecież to George wymyślał najbardziej podejrzane operacje, w jakich wtedy uczestniczyła Agencja. Kiedy było trzeba, zagłuszał głos sumienia. Coś mi się zdaje, że często musiał zagłuszać. Całkiem łatwo potrafię sobie wyobrazić, jak twój kochany George zamiata papierki pod dywan. – A teraz mówi już wprost do mnie: – I całkiem łatwo potrafię sobie wyobrazić, że mu pomagasz. Że nie miałbyś z tym żadnych problemów. Zresztą niektóre z tych dziwnych podpisów dość przypominają twoje pismo. Nawet nie musiałeś kraść tych akt. Wystarczyło wynieść je pod czyimś nazwiskiem i gotowe. A co do naszego nieodżałowanego Aleca Leamasa, który tak tragicznie zginął pod murem berlińskim, to jego akta nawet nie zostały przetrzebione, tylko po prostu się ulotniły. Nie została po nich choćby karta katalogowa w starym indeksie. Ale ciebie jakoś to nie dziwi…

– Dziwi, i owszem. Jestem w szoku. I głęboko poruszony.

– Ależ dlaczego? Tylko dlatego, że twierdzę, że zwinąłeś akta Leamasa z tajnego archiwum i skryłeś je w jakiejś dziupli? W końcu dla wuja George’a też kiedyś kradłeś akta. To czemu nie akta Leamasa? Ot, pamiątka po tym, jak go tam załatwili… A jak było tej jego dziewczynie?

– Gold. Elizabeth Gold.

– A, pamiętasz. Elizabeth. Liz. Wiesz, że jej akt też nie ma? W sumie to nawet jakby romantyczne: akta Aleca Leamasa i Liz Gold znikają razem w oddali… A swoją drogą jak to się stało, że byliście z Leamasem tacy dobrzy kumple? Z tego co słyszałem, do końca prawdziwi towarzysze broni.

– Robiliśmy razem to i owo.

– A co?

– Alec był ode mnie starszy. I mądrzejszy. Kiedy robił jakąś operację i potrzebował pomocnika, prosił o mnie. Jeżeli kadry i George nie mieli nic przeciwko temu, pracowaliśmy razem.

Laura wraca do rozmowy:

– To daj nam parę przykładów tej waszej wspólnej pracy. – Jej ton sugeruje, że nie aprobuje wspólnej pracy, ale mnie jak najbardziej odpowiada, że mam pretekst do dygresji.

– Cóż, Aleca poznałem w Afganistanie. Jakoś w połowie lat pięćdziesiątych. Ale tak na serio zaczęło się od wprowadzania w teren małych zespołów przez Kaukaz do Rosji. Dla was to są oczywiście opowieści z czasów króla Ćwieczka. – Lekki chichot, kiwanie głową. – Muszę przyznać, że za dobrze nam nie szło. Dziewięć miesięcy później przenieśli go do roboty w krajach bałtyckich. Wprowadzał i wyprowadzał agentów na terenie Estonii, Łotwy i Litwy. Znowu poprosił, żeby mnie do niego przydzielili, więc przydzielili. – Dla ułatwienia Laurze życia wyjaśniam: – Bo państwa bałtyckie należały wtedy do Związku Sowieckiego. Zresztą jestem pewny, że świetnie to wiesz.

– No i teraz nie mówi się „agenci”, tylko „osobowe źródła informacji”. A Leamas był wtedy oficjalnie w Travemünde, zgadza się? Na północy Niemiec?

– Zgadza się. Pod przykryciem członka Międzynarodowej Grupy Ochrony Łowisk. Ochrona łowisk za dnia, nocą lądowanie na plażach.

Bunny przerywa nasze tête-à-tête:

– A te nocne wycieczki miały w ogóle jakąś nazwę?

– „Scyzoryk”, o ile się nie mylę.

– Nie „Fuks”?

Lepiej to zignorować.

– „Scyzoryk”. Trwało to parę lat, potem się skończyło.

– To co robiliście?

– Najpierw szukało się ochotników. Szkolenie w Szkocji, w Czarnym Lesie, wszystko jedno. Głównie Estończycy i Łotysze. Potem wysyłało się ich do siebie. Musiał być nów, gumowe pontony, wyciszone silniki. Lornetki na podczerwień, te rzeczy. Komitet powitalny na plaży dawał sygnał, że można, i jedziemy. To znaczy nie my, tylko nasi agenci.

– A jak już agenci odpłynęli, co robiliście z Leamasem? Oczywiście jak już otwarliście butelkę, bo zdaje się, że w jego wypadku inaczej się nie dało?

– No, na pewno nie zostawaliśmy, żeby się gapić – odpowiadam, nie dając się sprowokować. – Należało zrobić swoje i w nogi. Od tego momentu to była już sprawa tamtych… A właściwie czemu pytasz?

– Częściowo po to, żeby wiedzieć, jak to było. Częściowo dlatego, że tak świetnie pamiętasz „Scyzoryk”, a „Fuksa” ani trochę.

I znowu Laura:

– Kiedy mówisz, że to była ich sprawa, agentów, zapewne chcesz powiedzieć, że zostawialiście ich na łasce losu?

– Można tak to ująć, jeśli ci na tym zależy.

– A jaki był ten los? Chyba że tego też nie pamiętasz?

– Ginęli.

– Dosłownie?

– Jednych łapali jeszcze na brzegu. Innych parę dni później. Paru przewerbowali, musieli trochę popracować przeciwko nam, dopiero potem ich rozwalali – odpowiadam z naciskiem i już słyszę złość we własnym głosie. Nie bardzo chcę nad nią zapanować.

– I kogo mamy za to winić, Pete? – Wciąż Laura.

– Za co?

– Za to, że ginęli.

Nie zaszkodzi drobny wybuch gniewu.