Szpagat w pionie. W drodze przez Indie - Maciej Wesołowski - ebook
Opis

Maciej Wesołowski, reporter związany z National Geographic i Dużym Formatem Gazety Wyborczej, przemierza subkontynent, szukając odpowiedzi na pytanie: kim jest współczesny Hindus?

W Waranasi godzinami podgląda ceremonie palenia zwłok, w Dardżylingu spotyka się z Gurkhami, uważanymi za najlepszych żołnierzy świata, w Haridwarze obserwuje miliony ludzi rytualnie obmywające się z grzechów w świętej rzece Ganges. W Kaszmirze rozmawia z muzułmańskimi radykałami, w Agrze bawi się na lokalnym weselu, a w Riszkieszu próbuje dociec, dlaczego przed laty John Lennon wyjechał stamtąd trzaskając drzwiami. Wreszcie na granicy indyjsko-pakistańskiej obserwuje tytułowy szpagat w pionie, a więc indyjską odpowiedź na Monty Pythona.

To wszystko składa się na czasem przejmującą, czasem wzruszającą, a czasem zwyczajnie zabawną reporterską opowieść o ogromnym, dynamicznie zmieniającym się kraju, w którym nic nie powinno dziwić ani szokować.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 324

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Fot. Polska Agencja Prasowa

Projekt okładki:

Agata Mościcka

Redakcja:

Justyna Wodzisławska

Korekta, projekt typograficzny i łamanie:

Agata Mościcka

ISBN 978-83-61808-68-8

© Copyright by Maciej Wesołowski 2015

© Copyright by The Facto 2015

Wydawca:

The Facto Sp. z o.o.

ul. Skierniewicka 21/53, 01-230 Warszawa

www.thefacto.pl

Dystrybucja:

DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

www.dictum.pl

tel.: (22) 663 98 13, fax: wew. 37

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nie wierzcie tym,którzy przepowiadają przyszłość

Witajcie w brudzie. Brud, brud, brud. Na ulicach, w hotelach, w pociągach, na ghatach1 i w rikszach. Moja torba fotograficzna z jasnego płótna jest już tak brudna, że dawno zatraciła oryginalny kolor, tak brudna, że brzydzę się jej dotykać. Nie oddam jej do prania, bo na tysiąc procent wykąpią ją w Gangesie, a potem wytrzepią kijem. Od wielu tygodni jestem w drodze, powinienem przywyknąć. Ale nie. Muszę to wypisać wielkimi literami. WITAJCIE W BRUDZIE. BRUD. BRUD. BRUD. Lepiej. Każdy psycholog potwierdzi, że żale najlepiej artykułować w piśmie. To pomaga.

Boli mnie wszystko. Żołądek, głowa, gardło. Cieknie mi z nosa. Jestem zmęczony. Mam dość. Właściwie najlepszym rozwiązaniem byłoby zaszyć się w łóżku i nigdzie się nie ruszać. Ale jest 7 lutego. Moje urodziny. Od jakiegoś czasu nie mogę uwolnić się od myśli o astrologu. Bez wizyty u wróżki nie zrozumiesz Azjaty, napisał kiedyś Tiziano Terzani. I miał rację.

Na ghatachsłońce. Gdy patrzę w górę rzeki, w stronę Lalita, Meer, Man Mandir, mam wrażenie, jakbym na chwilę znalazł się na planie jakiejś kiczowatej hollywoodzkiej megaprodukcji, ot choćby Troi. Te „dekoracje”, te kolory. Jest coś nierealnego w całej tej scenerii – myślę, a potem nurkuję w labirynt monumentalnych budynków pomiędzy placem Godaulia a ghatem Manikarnika. W plątaninie ciasnych, brudnych ulic co chwilę przyklejam się do ściany, omijając krowę, chowam się we wnękach, próbując nie zderzyć się z truchtającym konduktem pogrzebowym. Mark Twain twierdził, że Benares – dziś Waranasi – jest starsze niż historia, starsze niż tradycja, starsze niż legenda, a wygląda na dwa razy starsze niż to wszystko razem wzięte. Trochę oklepane, ale niech będzie.

Jest niedziela. Nawet w Indiach wszystko sunie wolniej. W Mona Lisa German Bakery, gdzieś na wysokości Someswar, może Mansarowar Ghat, znajduję telefon do wróżbity „taniego, a mądrego”, wszystkowiedzącego. Dzwonię. Wróżbita odbiera z ociąganiem. Jest nieco zaskoczony. Najpierw myśli, że chcę coś od niego kupić; handlem też się trudni. Dopiero po dłuższej chwili przypomina sobie o drugiej profesji.

– A, tak. Astrologiem też jestem, rzeczywiście. Ale w tej chwili nie ma mnie w mieście. Czy mógłbyś zadzwonić do mnie wieczorem?

Wiem już, że nie zadzwonię. Jest ranek, nie chce mi się czekać do wieczora. Idę dalej. Przy Rana Ghat zaczepia mnie nastoletni naganiacz. Czy czegoś szukam? Potrzebuję?

– Astrologer? Oczywiście, że znam. Nasz gurudźi. Najlepszy w mieście. Chodź za mną.

Nie ufam mu, ale idę. Błądzimy wśród coraz mroczniejszych ulic. Wchodzimy w coraz bardziej wyludnione zaułki. Wreszcie chłopak wskazuje na ciasne podwórko przed nami:

– O, tam. Wejdź, proszę.

Słowo gurudźi pochodzi od „guru”, czyli „mędrzec, nauczyciel, przywódca duchowy”. I nie ma w tym przesady. W Indiach wróżbita to mędrzec i nauczyciel, nie tylko zresztą duchowy. Wchodzę. W niewielkim przedpokoju dwóch ludzi. Gurudźi nazywa się Lal Baba i dobiega czterdziestki. Krępy, krótko ostrzyżony. Średniego wzrostu, z lekkim wąsem i kilkucentymetrowym kucykiem na potylicy. Ubrany jest na biało. Porusza się wolno, z pewną dystynkcją. Na początek lustruje mnie od stóp do głowy, jakby zastanawiając się, ile mogę za jego usługi zapłacić.

– Czym mogę służyć? – pyta wreszcie.

– Tym, co zawsze, gurudźi – próbuję żartować.

Ten nie wydaje się być rozbawiony.

– O czym myślisz?

– O astrologii, wróżbach.

– Musisz zdecydować się, o co ci dokładnie chodzi. Astrologia indyjska, astrologia zachodnia, tarot, wróżenie z dłoni, z kształtu głowy, z gwiazd. Mam tu dwanaście różnych usług.

– Powiedzmy, że chciałbym usłyszeć, co mówią o mnie gwiazdy.

– No dobrze, możemy zaczynać.

– A ile to będzie kosztować?

– Tysiąc sto rupii.

– Drogo… W Dźajpurze ta usługa kosztuje ledwie trzysta.

– To jest poważny zakład wróżbiarski, mister. Moje przepowiednie oparte są na gruntownej wiedzy, a nie wyssane z brudnego palca jakiegoś żebraka. A taki pewnie wróżył ci w Radżastanie.

– O, nie, nie. Mój radżastański astrolog był poważnym człowiekiem, pracodawcą dla tysiąca ludzi, więc proszę sobie nie dworować.

– Wszystko jedno. Nie obchodzi mnie to.

– Czy są jakieś zniżki dla tych, którzy mają urodziny?

– Posłuchaj mnie, młody człowieku, moimi klientami byli niegdyś Michael Jackson i Goldie Hawn. To nie żart! Normalnie za wizytę u mnie płaci się cztery i pół tysiąca. Dla ciebie robię wyjątek, bo wyczułem, że masz problemy finansowe.

– Mam, odwieczne. Więc może zrób jeszcze jeden wyjątek i powróż mi za trzysta rupii.

– Nic z tego – odpowiada groźnie i obraca się na pięcie.

Ja również odwracam się i wychodzę.

A potem snuję się po mieście, wypytując o innego astrologa. Jedni kierują mnie na południe miasta, inni na północ. Ale albo jest zamknięte, albo astrolog już się wyprowadził. Za namową sklepikarza docieram wreszcie do położonego daleko na południu Assi Ghat. Ale i tam okazuje się, że wróżbita zmienił profesję i miejsce pobytu. Niewiarygodne! Żeby w całym świętym mieście Waranasi nie można było znaleźć astrologa na dyżurze?!

Z poranka robi się wczesne popołudnie, a ja wciąż nie sprawiłem sobie urodzinowego prezentu. Wracam w okolice Dasaswamedh. Kolejny naganiacz zapewnia, że zna świetnego wróżbitę, „najlepszego w mieście”, do tego taniego. I żebym mu zaufał. Nie mam wiele do stracenia. Idę. Znów ciemnymi ulicami, znów mijając ciasne, brudne podwórka i mikroskopijne sklepy. Dopiero tuż przed wejściem orientuję się, że znam to miejsce. Wewnątrz po raz kolejny wita mnie – co za niespodzianka! – Lal Baba. Tak, ten sam, którego klientami byli Michael Jackson i Goldie Hawn!

Mistrz rozmawia akurat z amerykańską klientką, więc wychodzę bez zbędnych wyjaśnień. Po minucie dogania mnie mój przewodnik.

– O co chodzi?

– Znam już twojegogurudźi. Jest dla mnie za drogi.

– Ile możesz zapłacić za wizytę?

– Pięćset rupii.

– Zaczekaj.

Czekam więc, ale obiecuję sobie, że nie dłużej niż pięć minut. Potem ulotnię się bez pożegnania. Naganiacz pojawia się po dłuższej chwili. Wracamy.

Gurudźi sadza mnie przed sobą i rozpoczyna monolog:

– Wiem, że masz kłopot z pieniędzmi. Dlatego zdecydowałem, że dla ciebie zrobię wyjątek. Przyjmę cię nie za tysiąc sto, nie za pięćset, ale za siedemset rupii.

Trochę mam dość już tej zabawy, wstaję więc bez słowa. Lal Baba unosi pojednawczo rękę, gestem każe mi usiąść.

– No dobra, niech będzie pięćset. Zdejmij buty i chodź ze mną – mówi i prowadzi mnie wąskimi schodami w górę do małego pokoju.

Siadamy na materacu wyścielonym białym suknem. Każe podać mi swoje dane: imię, nazwisko, datę i godzinę urodzenia, a także adres i e-mail! To potrzebne do „obliczeń”. Ciekawe, co gurudźi jest w stanie wywróżyć z mojego e-maila? Potem daję mu sto rupii zaliczki i mam zgłosić się za dwie i pół godziny.

– Jako że obchodzisz urodziny, mam dla ciebie prezent – zagaja, gdy wracam. – Poza horoskopem powróżę ci także z ręki. Najpierw jednak gwiazdy. Masz rodzinę składającą się z czterech osób. Zgadza się?

– Zgadza.

– Masz rodzeństwo?

To ty powinieneś mi o tym powiedzieć, Lal Babo, myślę, ale odpowiadam zgodnie z prawdą:

– Tak, siostrę.

– Jesteś osobą bardzo niezależną, o mocnym charakterze. Często płyniesz pod prąd, nie boisz się przeciwstawiać silniejszym od siebie, całym grupom. Przy tym jesteś wielkim romantykiem. Umiesz kochać, ale dotyczy to tylko kobiet. Mężczyzn nie dostrzegasz. Szybko się nudzisz, potrzebujesz wciąż nowych wyzwań, bodźców. Dlatego dużo podróżujesz. I dlatego też do dziś nie związałeś się z żadną kobietą na stałe.

I tu cię mam, mój Lal Babo! Pierwsza wtopa! Wróżbita chyba wyczytał to z mojej miny, bo po chwili milczenia zapytał:

– Masz żonę?

– Mam.

– Ale nie masz dzieci.

– Znów pomyłka.

– Ach, tak, tak. Przepraszam, pomyliły mi się cyfry w twojej dacie urodzenia. Zamiast siódemki zobaczyłem ósemkę.

Co? Jak można pomylić siódemkę z ósemką?! – myślę, ale siedzę cicho.

– A ile masz dzieci?

– To ty mi powiedz. – Tym razem nie wytrzymuję.

– Dwójkę.

No, trafił chłop, ale też zadanie nie było specjalnie trudne.

– Chłopca i dziewczynkę.

Potwierdzam.

– Chłopak jest starszy.

– Pudło.

– No tak, tak. To nie ma większego znaczenia. Muszę cię zmartwić, więcej dzieci mieć nie będziesz.

Też pudło, ale tego nie mogę jeszcze wiedzieć.

– Trudno.

– Za to za kilka lat do głosu znów dojdzie twoja romantyczna natura.

– Cóż to oznacza?

– Jesteś mężczyzną, który lubi otaczać się kobietami.

Większego banału w życiu nie słyszałem. Ale nic, udaję, że spijam każde słowo z ust mistrza.

– Skąd pochodzi twoja żona?

– Z Polski.

– Oj, niedobrze, niedobrze. Polska to nie jest kraj dla ciebie.

Co oni się tak tej biednej, umęczonej Polski uczepili?! To samo mówił astrolog z Dźajpuru.

– Za kilka lat pojawi się w twoim życiu kobieta z innego kraju. To będzie bardzo ważna dla ciebie osoba. Będzie twoją drugą żoną albo będziesz wówczas związany z dwiema kobietami naraz.

– Z jakiego kraju będzie ta kobieta?

– Tego nie mogę ci powiedzieć.

– A gdzie będziemy mieszkać?

– To również zbyt szczegółowe pytanie. Mogę ci tylko powiedzieć, że będziesz miał trójkę wnucząt.

– Świetnie.

Lal Baba marszczy czoło i rzuca:

– Pokaż mi teraz swoją prawą dłoń.

Pokazuję.

– Umrzesz późno, w wieku osiemdziesięciu sześciu lat. Będziesz miał więc długie i ciekawe życie. Twoja żona umrze jako siedemdziesięciosiedmiolatka. Ale będzie od ciebie sporo młodsza, więc to się wyrówna. To będzie oczywiście twoja druga żona.

– A co z pierwszą?

– Odejdzie od ciebie. Niebawem.

– Ona odejdzie czy ja?

– Nie, nie. To nie będzie rozstanie z twojej winy. Ty w tej sytuacji będziesz całkiem fair.

– Przecież sam mówiłeś, że w przyszłości będę z dwiema kobietami naraz.

– Tak, ale nie tym razem. Odejdzie twoja żona, nie będziesz miał na to wpływu. – Wróżbita już nie tylko mruży, lecz wręcz zamyka oczy. Na twarzy – pełna koncentracja. Najwyraźniej gurudźi złapał metafizyczny kontakt z kosmosem. – To wszystko jest mocno skomplikowane, trudno mi to wyjaśnić. Ale tak będzie. Co jeszcze? W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat przejdziesz na emeryturę. Wcześniej nie ma na to szans. Twoje życie rodzinne nie jest idealne. Z żoną różnicie się temperamentami, a to rodzi problemy. Masz trudny charakter. Jesteś uparty i kiedy w coś wierzysz, bronisz tego do upadłego. To piękna cecha, ale nie pomaga w życiu. Przeciwnie, przysparza kłopotów.

– A może powiedz mi coś o sprawach zawodowych. O mojej pracy.

– Pokaż jeszcze raz prawą dłoń.

Lal Baba w przeciwieństwie do swego kolegi po fachu z Dźajpuru jest zdania, że mężczyźnie można wróżyć jedynie z prawej dłoni, kobiecie zaś – z lewej.

– Hm, zarabiasz na życie głową. To znaczy nie fizycznie, tylko umysłowo. Mam rację?

Potwierdzam, choć czuję zażenowanie. Nie trzeba być czarodziejem, by po rękach poznać, że ktoś nie pracuje na budowie.

– Piszesz, tak?

– Zgadza się.

– W przyszłości widzę książkę, którą napiszesz.

W tym momencie ktoś puka do drzwi. Po chwili wchodzi kobieta w średnim wieku, jak się okazuje – Amerykanka.

– Proszę poczekać piętro wyżej, już kończę – mówi Lal Baba i odwraca się w moją stronę.

– A czy w tym roku zmieni się coś w moim życiu zawodowym?

– Nic, kompletnie nic. Nadal będziesz miał tę samą świetną pracę, co dotychczas.

– A czy w ubiegłym roku coś się w moim zawodowym życiu zmieniło?

– Nie, nic. Wszystko było w porządku, mam rację?

– Nie masz.

– Hm, ale w przyszłości będzie dobrze. Za parę lat czeka cię wielki sukces, być może związany z książką, którą napiszesz. Masz jeszcze jakieś pytania?

– O czym będzie ta książka?

– Musiałbym zrobić bardziej szczegółowe badania. To wszystko, co mogę ci powiedzieć. Dziękuję.

– To wszystko, co wyczytałeś z gwiazd, mojej głowy i dłoni?!

– Tak, to wszystko.

– W Dźajpurze moja rozmowa z astrologiem trwała trzy razy dłużej!

– Jeśli chciałbyś wiedzieć więcej, musiałbym dokonać dodatkowych obliczeń. Jeśli chcesz, możemy umówić się na jutro rano. Ale ta wizyta będzie już kosztować tysiąc sto rupii, bez żadnych zniżek.

Twoim kamieniem jest rubin

To był mój pierwszy raz w Indiach. Pierwszy tydzień na subkontynencie. Jest ze mną Ada, moja żona. Wszystko jest nowe, zaskakujące. Dźajpur, stolica Radżastanu, nas przytłacza. Mieszkamy na niedalekich peryferiach. Zanim niewielkim busem dojedziemy do centrum, przez godzinę przedzieramy się przez dość zakazane, jak nam się wówczas wydaje, rewiry. Mijamy sterty śmieci, rzeki pomyj, wychudzone, umorusane dzieciaki kąpiące się w rynsztokach tuż obok sporo większych od nich świń. Z tymi ostatnimi w walce o resztki konkurują suche, mizerne kozy. Wbrew naszym oczekiwaniom prawie nie ma tu krów panujących niepodzielnie w centralnych rejonach miasta, przy zabytkowym pałacu maharadżów. Tak jakby trzoda podzieliła między siebie strefy wpływów. Tak jakby naśladowała świat ludzi. Tak jakby komuś zależało na tym, by pokazać, kto w tym miejskim zwierzyńcu jest arystokratą.

Tego dnia po raz pierwszy w życiu idę do astrologa. Nie z osobistej potrzeby, nie dlatego, żebym chciał mu uwierzyć. Ale astrologia to w Indiach wręcz dziedzina naukowa, którą wykłada się w szkołach wyższych. Uwielbiana i powszechnie szanowana. Zdarza się, że bez konsultacji z wróżbitą politycy nie potrafią podjąć decyzji o wymianie ministra, a maklerzy – w co zainwestować. Najlepsi z jasnowidzów są gwiazdami, ludźmi majętnymi i cieszącymi się powszechnym szacunkiem.

Do astrologa w Dźajpurze zabiera nas Samuel, rikszarz, którego poznajemy dzień wcześniej. Jesteśmy umówieni na piętnastą. Mamy pół godziny. W tym czasie Sam opowiada nam o „panu doktorze”, jak go tytułuje. Podobno lepszego nie znajdziemy w całym Radżastanie. Podobno wie on wszystko o wszystkich i wszystkim. Fakt, przyznaje w końcu Sam, pan doktor płaci mu za naganianie klientów, ale to niczego nie zmienia. Jednak dopiero przed wejściem nasz rikszarz mówi, że pan astrolog poza wróżeniem z ręki i gwiazd handluje też cennymi kamieniami. I żebyśmy się nie zdziwili, że swój gabinet usytuował na zapleczu sklepu z biżuterią.

Siadamy na niewygodnych stołkach w małym pomieszczeniu.

– Jesteś sceptykiem, co? – pięćdziesięcioletni na oko wróżbita rzuca w moją stronę zamiast „dzień dobry”.

Nie zaprzeczam.

– To dobrze, lubię takich.

Potem pyta, czego sobie życzę, co mnie interesuje. Mówię, że chciałbym dowiedzieć się czegoś o sobie, o swojej przyszłości.

– Gówno prawda! – przerywa mi w pół zdania. – Nie wierz nikomu, kto zapewnia cię, że zna twoją przyszłość. Ja nie przewiduję przyszłości. Jestem lekarzem i naukowcem, a nie wróżką. Mogę powiedzieć ci coś o twoim potencjale energetycznym, a także, w jakim kierunku powinieneś iść w życiu, ale nie powiem ci, co stanie się z tobą za tydzień. Daj mi lewą dłoń – komenderuje i zamyka oczy.

Swoją dłoń kładzie na mojej. Dłuższą chwilę milczy, wreszcie rozpoczyna przemowę. Jest jak w transie:

– Masz skomplikowane, trudne relacje z własną matką. Urodziła cię, gdy była w bardzo trudnym okresie życia, miała problem z równowagą psychiczną… – Dłuższa pauza. – Masz w sobie dużo dobrej energii, ale nie potrafisz jej wyzwolić. I ma to związek z relacjami z matką. Ona zbyt dużo w życiu oddała innym, teraz powinna pomyśleć o sobie. To pomoże również tobie, uwolni cię. Twoja matka była trzy razy w ciąży.

Znów dłuższa pauza.

– Mam rację? – pyta wreszcie.

– Mam tylko jedną siostrę.

– Najwidoczniej o czymś możesz nie wiedzieć – kontruje niezrażony. Zaraz potem, cały czas trzymając mnie za lewą dłoń, przechodzi do pochlebstw: – Jesteś stworzony do rzeczy wielkich, a wszelkie małe, codzienne sprawy osłabiają cię, wysysają energię. Przejmujesz się tym, tłamsisz to w sobie, a zła energia się kumuluje. Jeśli nie nauczysz się wyładowywać emocji, krzyczeć, uzewnętrzniać tego, co cię boli, kiedyś to cię wykończy. Poza tym za bardzo ufasz ludziom i nie wiesz, na czym ci w życiu naprawdę zależy. Z tego biorą się twoje problemy. Polska to nie jest dobry kraj do życia dla ciebie. Ludzie w Polsce są zawistni, nie licz więc, że cię docenią. Myślałeś kiedykolwiek o emigracji?

– Zdarzało się. Ale nigdy poważnie.

– Pomyśl o tym. Wydaje mi się, że dobra dla ciebie byłaby Ameryka, Chicago.

– Wolę cieplejsze miejsca – próbuję żartować.

– Domyśliłem się, ale czuję, że Chicago byłoby dla ciebie dobre. Jest tam dużo dobrej energii. Wiem o tym, bo urodziłem się w Kanadzie, znam Chicago. – Dłuższa pauza. Po czym doktor wypala: – Czuję zresztą, że mamy bardzo podobną energię. Jesteśmy podobni do siebie. W jakim miesiącu się urodziłeś?

– W lutym.

– Jakiego dnia?

– Siódmego.

– Spójrz. – Doktor sięga do kieszeni i wyjmuje dowód osobisty. – 8 lutego. To moja data urodzenia. Biorąc poprawkę na różnice czasu między Polską a Kanadą, wypada ten sam dzień.

I tu, przyznaję, robi na mnie wrażenie. Jest też dużo młodszy niż myślałem. Nie ma jeszcze trzydziestu dziewięciu lat.

– Jesteśmy do siebie bardzo podobni, więc dokładnie wiem, jak ci pomóc – kontynuuje. – Podaj dłoń.

Podaję. I czekam.

– Masz skłonności do chorób gardła, krtani, płuc. Oprócz tego musiałeś mieć problemy z tą częścią ciała. – Wskazuje na żołądek i lędźwiowy odcinek kręgosłupa. – Podejrzewam, że możesz mieć kłopoty z wątrobą.

W zasadzie punkt dla niego. Choć z tą wątrobą przesadził.

Siedzimy przed nim oboje, z Adą, a pan doktor kompletnie ją ignoruje. Na jej pytania odpowiada półgębkiem, od niechcenia. Sama musi prosić o to, by „wyczytał jej z ręki energię”. Z trzydziestu minut wspólnej wizyty jej poświęca najwyżej pięć.

– Powinieneś o to zadbać. Ważne, by przywrócić twojemu ciału równowagę. – To znowu astrolog. Znów do mnie.

– Jak to zrobić?

– Musisz odblokować czakram, który znajduje się tu. – Astrolog wskazuje na krtań. – Dobra jest medytacja. Ja jednak zalecałbym terapię minerałami. Twoim kamieniem jest rubin.

– Na czym polega ta terapia?

– Mam w sklepie rubin, który będzie dla ciebie idealny. Zrobimy z niego naszyjnik, ja nadam mu moc. Nie będziesz się z nim rozstawał. Będzie wisiał nad czakramem, pomoże mu.

– Ile kosztuje ten rubin?

– Jedenaście tysięcy rupii. I muszę ci powiedzieć, że ja na nim nie zarabiam. Sześć tysięcy to koszt materiału i robocizny, kolejne pięć idzie na cel charytatywny. Pomagam hinduskim dzieciom.

– Tak, rozumiem. Mimo to obejdę się bez naszyjnika. Nie mam na to funduszy.

– Przemyśl to. Ale pamiętaj, że ja muszę nadać temu kamieniowi moc. Rubin kupiony gdzie indziej w niczym ci nie pomoże. Zaczekaj, daj rękę jeszcze raz. Nawet jeśli nic nie kupisz, wiedz, że energetyczny kamień powinieneś dać również swojej matce. Tym kamieniem jest ametyst. Ona jest osobą, która całe życie oddawała swoją energię innym, nic nie otrzymując w zamian. Teraz powinna pomyśleć o sobie. Ametyst jej w tym pomoże. 

– Tak, wiem, ale…

– Zaczekaj! – Doktor, trzymając moją dłoń, ponownie zamyka oczy. – Ostatnie dwa lata były dla ciebie dziwne. Z pozoru powodziło ci się, wygodnie żyłeś. Ale czułeś się nieszczęśliwy, bo wiedziałeś, że twoja praca nie ma dla ciebie wielkiego znaczenia. A ty musisz wierzyć w to, co robisz. Masz dużo niespełnionych ambicji i marzeń, ale jest szansa, że zaczniesz je wreszcie realizować. W twoim życiu wszystko zmieni się w tym roku, w kwietniu. To będzie prawdziwa rewolucja. Będziesz musiał całkiem przewartościować swoje życie.

Ciekawe. Pół godziny temu mówił, żeby nie wierzyć tym, którzy przepowiadają przyszłość.

Pan doktor prawie chce wychodzić, gdy jeszcze raz przypominam mu o Adzie.

– Czy ma pan jakąś radę dla mojej żony?

– Medytować, dużo medytować. Żaden kamień nie jest pani potrzebny. Pani sama sobie poradzi. Ma pani dar organizacji. Powinna pani założyć własną firmę. Co tobie, jako artyście, bym odradzał. – To znów do mnie. – Jak zarabiasz na życie?

– Jestem dziennikarzem.

– Tak myślałem. Wyczuwam w tobie energię twórcy. Dziennikarzem piszącym, nie telewizyjnym czy radiowym?

– Zgadza się.

I tyle.

Kiedy wstaję i chcę zapłacić, doktor znów zaskakuje.

– Proszę to schować. Mnie pieniądze nie są potrzebne. Urodziłem się w majętnej hinduskiej rodzinie w Kanadzie. Mógłbym tam mieszkać całe życie. Ale szybko poczułem, że moje miejsce jest tutaj, wśród tych ludzi. Im muszę pomagać. W samym Dźajpurze pracuje dla mnie dwieście pięćdziesiąt osób, na świecie – ponad tysiąc. Mógłbym już dziś położyć się tu na łóżku i żyć z odsetek. Ale nie robię tego. Bo w życiu jest dużo ważniejszych spraw od zarabiania pieniędzy.

Zgadzam się z panem doktorem. Wychodzimy.

Być może nawet uwierzyłbym mu, bo kilka razy mnie mocno zaskoczył. Czar prysł, gdy okazało się, że wszystko to miało służyć sprzedaży kamieni szlachetnych.

Wracamy do rikszy. Nasz kierowca nie jest już tym samym gadatliwym i sympatycznym Samem, którego poznaliśmy dzień wcześniej. Kiedy okazało się, że prowizji z cudzoziemców nie będzie, stał się wręcz mrukliwy. Zepsuła nam się kamera, prosimy więc, by zawiózł nas do jakiegoś elektronika. Ale Sam nie ma już dla nas czasu. Wbrew wcześniejszym ustaleniom, tuż po czwartej musi lecieć. W mieście poznał parę Holendrów, z których on studiuje w indyjskim Majsurze, a ona go kocha. Holendrzy z pewnością gwarantują lepszy zarobek od Polaków. Być może jeszcze tego wieczora będą mieli okazję poznać naszego astrologa-jubilera.

Umrzeć w Waranasi

Na tarasie na dachu hostelu Shanti piję imbirową herbatę i czekam na zachód słońca. Wychylam się za barierkę, patrzę na leniwie płynący Ganges i Manikarnika Ghat, miejsce, w który spopielony chciałby zostać każdy hinduista. Na dachach wokół toczy się alternatywne życie. Dwa domy dalej rodzina w średnim wieku urządza piknik. Gdzieś za rogiem kilku chłopców puszcza nad naszymi głowami latawce; na niebie kawałki kolorowego plastiku mieszają się ze stadami ptaków, z pewnej odległości trudno odróżnić, co jest latawcem, a co ptakiem. Starsza kobieta wiesza pranie. Temu wszystkiemu przypatrują się niewielkie małpy. Za chwilę jedna z nich w szaleńczym tempie przebiegnie kilkadziesiąt metrów, przeskoczy z dachu na dach i ściągnie ze sznurka białe i jeszcze mokre slipy pana domu. Kobieta zaskakująco rączo ruszy w pogoń. Krzyk. Afera. Od strony nabrzeża słychać rytmiczną muzykę i piskliwy żeński głos. Coś jak zapowiedź wieczornej pudźy2.

Pod nami miasto pławi się w harmiderze i dusi nagrzanym przez cały dzień powietrzem. Tu, na hotelowym dachu, jest lepiej. Wiatr owiewa twarz, jestem trochę z boku, w trochę innej przestrzeni. Wokół mnie swoje imbirowe herbaty, kole, sprajty i mleczne koktajle sączą wagabundzi z całego świata. Zastygła w codziennym rytuale wieża Babel, mówiąca po hebrajsku, japońsku, francusku, niemiecku i angielsku, wpatrująca się w tętniące życiem Miasto Umarłych.

Luty

Tuż po szóstej ruszyłem na spacer po ghatach, nabrzeżu Gangesu. O świcie jest tu jeszcze spokojnie, nie czuć tego wszechogarniającego zgiełku. Patrzę, jak zaspani Hindusi zanurzają się w chłodnawej rzece. Ci, którzy liczą na odpuszczenie grzechów, zgodnie z tradycją powinni obmyć się tego samego dnia przy pięciu głównych ghatach: Asi, Dasaswamedh, Barnasangam, Panćaganga i Manikarnika. Odważniejsi wskakują do wody z impetem, wystrzeliwując w górę efektowne fontanny. Starsi i bardziej nieśmiali siedzą w kucki przy brzegu. Po chwili wszyscy namydleni od stóp do głów przystępują do ablucji. Z nosami zatkanymi dwoma palcami znikają pod powierzchnią wody, potem bez pośpiechu masują pachy, brzuchy, głowy. Cienkimi patykami szorują zęby, a potem uporczywie płuczą usta brunatnozielonkawą wodą z rzeki, która jest być może najbardziej zanieczyszczoną rzeką świata. Gdy kilka lat temu zrobiono badania czystości, okazało się, że poziom szkodliwych substancji na niektórych odcinkach przekracza normę trzysta czterdzieści tysięcy razy!

Ghaty to szerokie betonowe schody, wrota, otwierające Waranasi na najświętszą ze świętych rzek. Coś jak wrota do niebios, choć bardziej na miejscu byłoby powiedzieć: do kolejnego życia. Dla hinduisty kąpiel w Gangesie i kremacja w takim miejscu jak Manikarnika to gwarancja lepszego miejsca w odwiecznym cyklu narodzin i śmierci, w łańcuchu reinkarnacji, prowadzącym do mokszy, czyli ostatecznego połączenia się z Absolutem. Tuż obok betonowych stopni nabrzeża stoją hinduistyczne świątynie, hotele, restauracje, ale też domy pogrzebowe i hospicja, w których swoich dni dożywają ci wszyscy, którzy chcąc zaoszczędzić rodzinie kłopotów i kosztów transportu, przeprowadzają się tu z całych Indii.

Ghatów w Waranasi i okolicach jest blisko osiemdziesiąt. Największy z nich, Dasaswemedh, i pobliski plac Godaulia to serce Starego Miasta. Tu co wieczór odprawiane są największe i najbardziej efektowne pudźe, stąd można złapać rikszę na dworzec kolejowy, tutaj można wymienić pieniądze, umówić się na rejs łódką po Gangesie. A także kupić najlepszy w całych Indiach paan. Paan, czyli ziarenko orzecha areka zawinięte w liść betelu wysmarowany wcześniej specjalną pastą, na którą składa się miks przypraw: kardamon, anyżek, kokos, uzupełniająca niedobór wapna jadalna kreda, w łagodniejszych wersjach także miód. O ile w całych Indiach paan jest czymś na ulicach widocznym i obecnym, tu, w Waranasi – jest wszechobecny. Ślady w postaci krwawoczerwonych plwocin po żuciu paanu widać na każdym kroku.

Koło dziewiątej rano na ghatach jest już pełno. Gwar. Zgiełk. Całe kompanie praczy z pasją biją o bruk mokrymi prześcieradłami i kalesonami, by potem rozwiesić to wszystko wprost na murach otaczających gangeskie nabrzeże lub potężnych betonowych stopniach ghatów. Producenci ekologicznego opału formują w równe kwadraty, a następnie rozkładają tu krowie łajno; po kilku godzinach na słońcu wyglądem przypomina brykiet. Na wąskim pasie betonu tuż nad wodą nastoletni chłopcy grają w krykieta.

Idę betonowym nabrzeżem, ciasnym slalomem mijając dziesiątki ludzi, którzy chcą pogadać ze mną o interesach. Staram się unikać ich wzroku, może się zniechęcą. Naciągacze, handlarze i wszelakiej maści inni cwaniacy. Karierę robią tu sprzedawane powszechnie koszulki z napisem: „No Boat, No Silk, No Riksah, No Changemoney, No Hashish, No One Rupey. No Problem” (pisownia oryginalna). Zwłaszcza „no hasish”. Nigdzie w Indiach nie widziałem tylu sprzedawców dragów, co tu. Proponują haszysz i marihuanę, czasem też crack czy brown. Kilkunastoletnie dzieciaki oferują masaż albo rejs łódką po Gangesie, a zaraz potem przechodzą do rzeczy: „Mamy wszystko, najlepszy towar w kraju”.

Wczoraj wieczorem podszedł do mnie jedenastoletni najwyżej chłopak. Metr trzydzieści może. Chudy i smutny. Mówi, że jest sprzedawcą, i objaśnia dokładnie, gdzie jest jego sklep i co można tam kupić („Woda, papierosy, papier toaletowy po dwadzieścia rupii only!”). Ale robi to od niechcenia, bez zaangażowania, nie po hindusku. A potem łapie mnie za łokieć, rozgląda się nerwowo i wypluwa z siebie konfidencjonalnym szeptem: „Hasish, hasish, good stuff”. Na chwilę stanąłem. Chciałem głupio zapytać, czemu to robi. Powstrzymałem się. Kupiłem wodę i papier z promocji. Głupio poprosiłem, żeby w zamian przestał dilować. Obiecał. To nic nie kosztuje.

***

Kremacja przy Manikarnika Ghat. Stoję i patrzę. Jak zahipnotyzowany. Godzinę, dwie, trzy. Co kilkanaście minut nadchodzi kolejny kondukt. Zanim tu dotrą, rodziny niosą zwłoki przez miasto. Idą, prawie biegną. Śpiewają. Ciało owinęli w błyszczący materiał. Złoto przynależy starcom, czerwień – młodym kobietom, biały oznacza zmarłych młodo mężczyzn. Już przy ghacie rozpoczyna się preparowanie zwłok. Przez trzy godziny kobiety myją je w świętej rzece, następnie nacierają wonnymi olejami i ubierają w lungi, szeroki pas biodrowy. Przed spaleniem mistrz ceremonii specjalnym nożem nacina ciała i wyciąga z każdego po jednej kości. U kobiet kość biodrową, u mężczyzn – udową.

W Manikarnika każdego dnia płonie tu od dwustu do trzystu ciał. W mieście jest jeszcze jedna spalarnia, Harischandra Ghat – nowoczesna, czysta i dużo tańsza niż Manikarnika (można się spalić już za sześćset rupii, do tego ekologicznie). Co z tego, jeśli naprawdę niewielu chce z niej korzystać. Dla konserwatywnego Hindusa elektryczna spalarnia oznacza złą karmę po śmierci. A tego Hindus boi się najbardziej.

Nad samą rzeką paleni są biedacy, pariasi. Powyżej – klasy średnie. Najwyżej, na wysokości świątyni – arystokraci, bogacze. W czasie monsunu położone niżej schody są zalewane przez Ganges, a wyższym kastom bardzo zależy na spokoju podczas ostatniej w tym ciele drogi.

Przed kremacją męscy krewni zmarłego golą głowy, wyciszają się. Inni, wraz z obsługą spalarni, przygotowują stos. Średnio do spalenia jednej osoby potrzeba dwieście pięćdziesiąt, trzysta kilogramów drewna. Jego gatunek zależy od kasty i zamożności zmarłego. Od tego zależy też cena. Za najlichsze szczapy trzeba zapłacić minimum tysiąc pięćset rupii (około stu złotych), zwykle jednak prawie dwa razy więcej. Ale nawet ci, których nie stać na lepsze gatunki, starają się posypać stos choćby opiłkami szlachetnego drzewa sandałowego, które zabija smród. Dlatego w okolicach pracującego dwadzieścia cztery godziny na dobę krematorium nikt nie skarży się na trupi odór.

– Czy wiesz, że ten ogień płonie tu nieprzerwanie od trzech i pół tysiąca lat? – zagaja człowiek, który przedstawia się jako pracownik ghatu.

Stoimy na progu świątyni, obok nas ubrany w białą sutannę i ogolony na zapałkę młodzian próbuje podpalić wiązkę chrustu. Kilkanaście metrów dalej na stosie leży jego zmarła matka. Według tradycji ogień do podpalenia stosu całopalnego musi być rozpalony z tego właśnie miejsca przez jedną z najbliższych osób.

Krewni i przyjaciele zmarłych siedzą na pniach wokół trzech tlących się coraz mocniej drewnianych piramidek, obok nich przechadzają się wszystkożerne, leniwe krowy. Boję się myśleć, co wygrzebią z tych gór śmieci i odpadów otaczających paleniska.

Zaczepia mnie jeden z żałobników. Przedstawia się jako Dźetan Kumaltiberi i jest przyjacielem syna zmarłego. Mówi po angielsku z dość okropnym akcentem i dziwną składnią. Co zaskakuje bardziej, gdy z dumą deklaruje, że uczy angielskiego – i wuefu – w tutejszej podstawówce. To on opowie mi o dalszym losie tych, którzy właśnie zmarli, i wyjaśni, jak działa licznik reinkarnacyjny. W dużym skrócie więc. Zanim dojdzie do kremacji, rodzina przez całą dobę pości, by łatwiej oddać się medytacji, przez co ma szansę pomóc krewnemu na nowej drodze życia. Potem, po pogrzebie, przez dziesięć dni trwają modły o szczęśliwą wędrówkę duszy w zaświatach. To Ganga Pray, modlitwa do Gangesu.

– Po trzynastu dniach dusza zmarłego ma już nowe mieszkanie. Gdzieś na świecie rodzi się nowy człowiek lub zwierzę – zapewnia Kumaltiberi. – Jeśli zwłoki spalono w Waranasi, popioły utopiono w Gangesie, a wszelkim rytuałom stało się zadość, nie ma obaw, nowe życie będzie lepsze, a przynajmniej tak samo dobre jak to.

Mija mnie dwóch mężczyzn ze sporym worem w rękach. Sądząc po kształtach w środku, to martwy cielak. Podobnie jak sadhu, czyli święci mężowie, niemające jeszcze imienia noworodki, kobiety w ciąży i ukąszeni przez kobrę, tak krowy nie są poddawane kremacji. „Grabarze” załadują więc cielaka na łódź i wywiozą kilkanaście metrów od brzegu. Tam wyrzucą obciążony kamieniem worek. Dziesięć minut później hinduska rodzina przyjdzie umyć tu zęby.

– Ganga wszystko przyjmie. Ganga jest jak nasza matka – spuentuje „pracownik ghatu”, po czym zażąda „dobrowolnej” składki na hospicjum.

***

Wieczorny spływ Gangesem. Nasz przewodnik, Radźu, ma dwadzieścia cztery lata, pochodzi z niskiej kasty i pół roku temu zaczął uczyć się angielskiego. Jeśli to prawda, ma wybitny talent językowy. Już teraz komunikuje się w języku Lennona co najmniej poprawnie. Za dodatkową opłatą opowiada o rzece i swoim dzieciństwie w mieście.

– Matka poiła i myła mnie wodą z Gangi zaraz po tym, jak się urodziłem. Od kiedy pamiętam, zaczynam dzień od medytacji i ablucji nad Gangą. To święta, zdrowa woda, która daje mi siły do życia – mówi krótkimi, prostymi zdaniami, a dwie Dunki, współtowarzyszki z łodzi, wymownie spoglądają w moją stronę. – Wiem, wiem, co myślicie. I nie mam zamiaru was namawiać do jej spróbowania. Jesteście obcy, wyznajecie inną religię. To robi różnicę. Przypuszczam, że po paru łykach moglibyście umrzeć.

Kiedy przepływamy obok ghatu Harischandra, Radźu opowiada o milionerze, który to krematorium założył.

– Niektórzy nie wierzą w całopalenie w elektrycznym piecu, nie wierzą, że to naprawdę zapewnia oczyszczenie i zbawienie. Zupełnie nie wiem dlaczego.

Radźu nie ma nic przeciwko nowoczesności, Harischandra jest dla niego tak samo dobrym miejscem przejścia jak Manikarnika, ale o tym, jaką metodą zostanie spalony, i tak zdecyduje rodzina. On nie będzie miał tu nic do gadania. Na razie bardzo cieszy go fakt, że żyje w mieście, z którego już tylko krok do hinduskiego raju.

Podpływamy do Dasaswamedh. Obok dwadzieścia innych łodzi, zaparkowanych ciasno w zatoce. Ceremonia nazywa się Ganga Aarti i zaczyna się punktualnie o siódmej. Na scenie czterech młodych braminów, ubranych w jaskrawopomarańczowe sari, wywija rytualnymi dzwonkami, potężnymi świecznikami, naczyniami z kadzidłem. Towarzyszy temu rytmiczna, monotonna muzyka, grana na bębnie damaru, piszczałkach i czymś w rodzaju akordeonu. Na rzece pojawia się cała armada skleconych z liści łódeczek-lampionów. Kapłani śpiewają, dmą w rogi, wyginają ręce w rytualnych gestach. W ten sposób oddają hołd bogu Śiwie i świętemu Gangesowi. Modlą się też o pokój na świecie.

Radźu milknie i poważnieje.

– Spójrzcie tylko. Czyż to nie wygląda bosko? – szepcze wreszcie, wskazując dłonią zakole rzeki, rozpływające się w mroku wczesnego wieczora. – Waranasi to Ganga, a Ganga to Waranasi. Bez świętej rzeki nie istnielibyśmy.

Lipiec

Waranasi o tej porze roku wygląda jak dupa świata. Na wybrzeżu Gangesu nikt nie gra już w krykieta, nie suszy prania ani krowiego łajna na opał. Ghaty prawie w całości zalane są wodą. Na ulicach bród i smród do sześcianu, do potęgi siódmej czy ósmej. Idąc górnymi podestami ghatów


Kumbha to w  sanskrycie „dzban”, stąd Kumbh Mela tłumaczy się jako Święto Dzbana – naczynia, które służy do polewania wiernych świętą wodą. Kumbh Mela odbywa się raz na dwanaście lat w  jednym z  czterech miast: Hardwarze, Allahabadzie, Udźdźajn i  Naśik. A  że goszczą one święto na przemian, co trzy lata można gdzieś w  Indiach spróbować naprawić swoje