Wydawca: Marginesy Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 555 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szpadel - Lize Spit

 

Blok lodu w bagażniku, historia z przeszłości i stryczek w szopie. Mroczna opowieść o przyjaźni, dorastaniu, zdradzie i zemście.

Oszałamiający debiut literacki niespełna trzydziestoletniej flamandzkiej pisarki i scenarzystki, który stał się sensacją (do dziś książkę przeczytało ponad 170 tysięcy osób) i zdobył liczne nagrody (dla porównania:  typowe nakłady książek w Belgii to 2 tys. egzemplarzy).

W belgijskiej wsi w 2002 roku urodziła się trójka dzieci: Eva oraz dwóch chłopców, Pim i Laurens. Cała trójka wychowywała się razem, dlatego sąsiedzi nazywali ich „trzema muszkieterami”. „Zaczęliśmy używać tej nazwy w porę i nie w porę: gdy pędziliśmy na bramkę, gdy dostawaliśmy dobre albo złe stopnie na świadectwie, za każdym razem kiedy otwieraliśmy butelkę kidibula – aż uwierzyliśmy, że nigdy nie będzie nic ważniejszego niż nasza przyjaźń i że to o nas opowiadają książki do historii”. Byli nierozłączni, ale w okresie dojrzewania, za sprawą szalejących hormonów, ich drogi zaczęły się rozchodzić...  
To wtedy chłopcy wpadli na pomysł okrutnej zabawy polegającej na tym, żeby zadawać dziewczynom tę samą zagadkę, którą wymyśliła Eva. Za prawidłową odpowiedź czeka dwieście euro. W przypadku błędu - należy zdjąć część ubrania.
Nadchodzą wakacje, które wszystko zmienią. Eva starając się zaprzyjaźnić z Elisą, wyniosłą dziewczyną z dużego miasta, wyjawia jej rozwiązanie zagadki, ona zaś wykorzystuje tę wiedzę, aby zakpić sobie z całej trójki. Bardzo boleśnie.
„To lato okaże się decydujące, wiedzieliśmy o tym wszyscy troje. Lipiec i sierpień wyznaczały koniec szkoły podstawowej i początek średniej, i wszystko, co znaliśmy, łącznie z nami samymi, miało się zmienić”.  Trzynaście lat po wydarzeniach, które wymknęły się spod kontroli, Eva wraca  do rodzinnego domu z blokiem lodu w bagażniku. Powoli staje się jasne, że tym razem to ona  ustala zasady i okazuje się, że wizyta stanie się okazją do zemsty za to, co wydarzyło się  w przeszłości.
Narracja toczy się między współcześnie opowiadaną historią powrotu w rodzinne strony a wspomnieniami z przeszłości. Spit z przenikliwością i wrażliwością opisuje dzieciństwo swojej bohaterki spędzone w towarzystwie neurotycznej siostry, dominującego ojca oraz uległej matki. Trudna rodzinna sytuacja wzmacnia więź Evy z rówieśnikami – Laurensem i Pimem. Nastolatkowie pozostawieni samym sobie doprowadzają do wydarzeń tragicznych w skutkach. Autorka odtwarza tę historię z drobnych elementów, by stworzyć zaskakujący obraz całości – co tak naprawdę wydarzyło się w niewyróżniającej się niczym belgijskiej wiosce, która ukrywa wiele sekretów?

„Ten debiut przeszedł najśmielsze oczekiwania”. - De Morgen

„Oszałamiający debiut. Lize Spit w okamgnieniu stała się literacką sensacją”. - De Telegraf

Lize Spit napisała debiutancką powieść, jakiej życzy się każdemu pisarzowi: osobistą, zaskakującą, pełną wyobraźni i bezlitosną”. - De Standaard *****

„Bez wątpienia jeden z najlepszych, najdojrzalszych i najcelniejszych debiutów od lat. […] Lize Spit weszła do literatury w wielkim stylu”. - NRC Handelsblad

Opinie o ebooku Szpadel - Lize Spit

Fragment ebooka Szpadel - Lize Spit

Tytuł oryginału ‌HET ‌SMELT
Przekład ŁUKASZ ŻEBROWSKI
Redaktor prowadzący ‌ADAM ‌PLUSZKA
Redakcja EWA POLAŃSKA
Korekta ANNA ‌SIDOREK, JAN JAROSZUK
Projekt ‌okładki © Studio Vruchtvlees
Adaptacja ‌projektu okładki ‌AGNIESZKA WRZOSEK
Łamanie ‌| ‌manufaktu-ar.com
Het smeltCopyright ‌© 2016 ‌Lize Spit, Das Mag ‌PublishersCopyright © ‌for the translation ‌by Łukasz ŻebrowskiCopyright ‌© for the Polish ‌edition by Wydawnictwo ‌Marginesy, Warszawa 2018
Warszawa ‌2018Wydanie pierwsze
This book was ‌published with ‌the support of Flanders ‌Literature (flandersliterature.be).
ISBN ‌978-83-65973-14-6
Wydawnictwo ‌Marginesyul. Forteczna 1a01-540 ‌Warszawatel. 48 22 839 91 27e-mail: redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja: ‌eLitera s.c.

Dla Tilde, ‌Jornta ‌i Saar

9.00

Zaproszenie przyszło trzy ‌tygodnie temu i ktoś nakleił ‌na nie więcej ‌znaczków, niż potrzeba. ‌Ich ‌ciężar, który musiał zwiększyć ‌koszt przesyłki, w pierwszej ‌chwili ‌nastroił mnie optymistycznie: wciąż ‌są ‌rzeczy, ‌które wzajemnie umożliwiają swoje ‌istnienie.

Kopertę ‌znalazłam na ‌kilkunastu listach i ulotkach ułożonych ‌pod drzwiami ‌w dwóch równych kupkach. ‌Autograf mojego ‌sąsiada ‌– stosik, ‌za który ‌jeszcze przyjdzie ‌mi się odwdzięczyć. ‌Pod nadmiernie oklejoną ‌znaczkami kopertą leżały oferta francuskojęzycznego jasnowidza i gazetka ze sklepu z zabawkami zaadresowana do sąsiadów z góry – w mojej skrzynce często znika poczta, która mogłaby sprowokować ich dzieci do marudzenia. Były też rachunki i cztery foldery z taniego supermarketu, każdy z tym samym skąpo nadziewanym indykiem, bożonarodzeniową roladą „kawowe polano” i winem w dobrej cenie. Rzeczywiście nie miałam jeszcze planów na sylwestra.

Podniosłam tę pocztową barykadę, weszłam do mieszkania i z przesyłkami w ręku zrobiłam zwyczajową rundkę, otwierając każde drzwi. Nie wiedziałam, co byłoby gorsze: natrafić kiedyś na włamywacza czy stale oglądać te wszystkie puste pokoje.

Kiedy odwiesiłam płaszcz i zdjęłam rękawiczki, zaczęłam szykować kolację. Obrałam ziemniaka, wycięłam kiełki, które wyrosły w świetle słonecznym. Nalałam do pełna wody do czajnika i zapaliłam gaz pod pustym garnkiem, żeby czajnik wiedział, że musi się spieszyć.

Czekając, pochyliłam się nad listem.

Nazwisko i adres były zapisane czarnym długopisem, charakterem pisma, który rozpoznawałam, ale nie od razu potrafiłam zidentyfikować. Czubkiem obieraczki otworzyłam kopertę. Zobaczyłam białą kartkę, zdjęcie niemowlaka i nazwisko. Nawet nie przyjrzawszy się porządnie fotografii, nazwisku ani dacie, wiedziałam, że zdjęcie przedstawia Jana i że nie jest to kartka, jaką wysyła się z okazji narodzin dziecka. 30 grudnia Jan skończyłby trzydzieści lat.

Jeszcze raz spojrzałam na swój adres, nazwę ulicy. Gryzmoły głęboko odcisnęły się na papierze, rozbiegane litery wychodziły nieco ponad wiersze. To było oczywiście pismo Pima. Przez lata siedziałam obok niego w klasie, widziałam, jak wypełnia testy. Nigdy nie pojęłam, dlaczego tak mocno przyciska długopis. Jego odpowiedzi nie stawały się przez to bardziej poprawne.

A więc Pim odszukał mój adres. Przepisał go bez błędu, litera po literze. Samo zaproszenie było wydrukowane. Na wewnętrznej stronie znajdowało się krótkie wyjaśnienie.

„Droga...” W wykropkowanych wierszach było miejsce na moje ręcznie wypisane imię i nazwisko.

„Jak wiecie, w tym miesiącu nie tylko Jan skończyłby trzydzieści lat, lecz otwieramy także naszą niemal całkowicie zautomatyzowaną halę udojową. Czas, żeby raz jeszcze spotkać się przy winie i przekąskach”.

Zdjęłam buty, żeby poczuć pod stopami miękki parkiet. Pośmiertna feta na cześć Jana stała się atrakcją mającą przyciągnąć jak najwięcej ludzi na inaugurację nowego interesu.

Dalej nie czytałam. Wyrzuciłam zaproszenie do kosza z resztą poczty i obierkami ziemniaka. Odkręciłam kran, włożyłam dłonie pod zimny strumień, obmyłam twarz wodą.

Z pustego żeliwnego garnka dał się słyszeć trzask i błaganie o wodę. I chociaż czajnik dopiero co zabulgotał, wyłączyłam gaz. Nie byłam już głodna.

Oczywiście zanim jeszcze wytarłam policzki kuchenną ścierką, wiedziałam, że nie mogę tego tak zostawić.

Wyjęłam zaproszenie ze śmieci. Zdjęcie Jana zabrudziło się skrobią z obierek. Od jego ust odchodziła czarna smuga, sięgająca aż za czoło. Rogiem ścierki próbowałam przesunąć uśmiech Jana na właściwe miejsce.

„15.00 – otwarcie drzwi obory. 15.15 – krótka demonstracja robota udojowego, a po niej przyjęcie. PS Ubierzcie się ciepło. Nie przynoście kwiatów, mile widziane zdjęcie albo dobre wspomnienie o moim bracie. Można je wcześniej przesłać mejlem na adres: info@melkerijbezoek.be albo zamieścić na profilu facebookowym Jana. Opis dojazdu na odwrocie”.

Z tyłu na zaproszeniu, pod schematyczną mapą samochodową, umieszczony został łzawy cytat. Przeczytałam go kilka razy na głos, pewnie taki był zamysł Pima. Zdania za każdym razem brzmiały tak, jakby za bardzo chciały coś powiedzieć.

Jest trochę po dziewiątej, właśnie minęłam Vilvoorde. Zegarek w moim samochodzie miga co kilka sekund i wyprzedza o parę minut moją komórkę. Może z powodu tego zimna. Od kiedy jadę autostradą, beznamiętna twarz Jana leży obok mnie na siedzeniu pasażera.

Zabrałam ze sobą zaproszenie nie z powodu zdjęcia. Nie muszę też ponownie spoglądać na dokładnie podane godziny ani na opis trasy.

Potrzebuję tylko grubej warstwy znaczków na kopercie. Pim chciał mieć pewność, że dojdzie do mnie to zaproszenie. Oczywiście wiem, że nie wysłał go do mnie takiej, jaka jestem teraz, lecz do osoby, którą byłam, kiedy jeszcze ze sobą rozmawialiśmy, do Evy sprzed lata 2002 roku. Dlatego zrobię dzisiaj dokładnie to, co zrobiłabym wtedy: pojawię się mimo odrazy, jaką czuję.

4 LIPCA 2002

Głos lektora wiadomości dobiega z ogrodu. Jest czwartek. Na drogach utworzyło się tyle korków, że wymienienie miejsc, gdzie w godzinach szczytu ruch odbywa się płynnie, byłoby łatwiejsze. Ostrzeżenie przed upałami w najbliższych dniach. Po prognozie pogody puszczają Underneath Your Clothes. Dźwięki zagłusza trzepot skrzydeł podrywających się do lotu ptaków.

Być może dlatego, że wreszcie dobrze spałam, albo z powodu muzyki, którą pulsuje każdy ruch, po raz pierwszy od zimy czuję, że budzę się we właściwym miejscu. Przede mną jeszcze nienapoczęte lato. Dzwony kościelne będą pilnowały długości każdej godziny, nikt nie przyspieszy ani nie opóźni wskazówek, nawet Laurens ani Pim. Po raz pierwszy od pogrzebu Jana ta myśl mnie uspokaja. Muszę po prostu trzymać się nadanego tempa i wszystko będzie dobrze.

Siadam na moim piętrowym łóżku. Dopiero teraz widzę Tesje stojącą przy swoim posłaniu. Jej włosy obcięte na jeża przyklejają się do spoconej głowy. Lustruje pościel, sprawdza, czy zwisa po obydwu stronach łóżka na dokładnie tę samą długość.

– Spałaś w nocy? – pytam.

Potakuje głową.

Idealny dzień na łamiszczęki.

W drodze po rower spotykam ojca. Stoi i pali papierosa, z niejaką dumą słucha wiadomości nadawanych o jedenastej, czysto i głośno rozbrzmiewających z radia, które dopiero co zawiesił na czubku wiśni, żeby odstraszało wrony. Opiera się o dobudówkę, którą nazywamy „pracownią”, choć nigdy się tam nie pracuje.

Korek w kierunku wybrzeża jeszcze się nie rozładował z powodu dwóch poważnych wypadków na E40, zdążyłam do obydwu skarpetek schować po pięćdziesięciocentówce. Z każdym krokiem monety przesuwają się niżej.

Ojciec wyciąga z ust peta, z którego został sam filtr, rozgniata go kapciem i podnosi.

Ma na sobie czarne dżinsy. Kiedyś były to jego spodnie do pracy, ale nie trzymają już fasonu. Tuż nad kolanami materiał wybrzusza się, rezultat pozycji, jaką najczęściej przyjmuje – w kucki, przy skrzynce piwa.

– Eva – mówi.

Pokazuje, że mam iść za nim. Moje imię brzmi w jego ustach czasem jak rozkaz, czasem jak pytanie, rzadko kiedy jak coś mojego.

Wchodzę za ojcem do pracowni. Monety przesuwają się wzdłuż kostek do podeszew stóp.

Nazwę „pracownia” wymyśliła matka, kiedy kupili ten dom i każdy wolny pokój mógł się stać wszystkim, jeśli tylko wystarczająco długo tak, a nie inaczej by go nazywali. Ojciec miał tu dokonać wielkich rzeczy. Utrzymywać ogród, przycinać żywopłot, założyć kompost, przebudować łazienkę. Poprzedni właściciele używali tej ostatniej jako sypialni dziecięcej i wykleili ją tapetą w misie. Na środku ojciec wymurował do połowy wysokości ściankę z pustaków, żeby zawiesić na niej umywalkę. Ściany miały zostać wyłożone glazurą, gdy znajdą się na to pieniądze. Jolan odkrył, że dziury w cegłach świetnie nadają się do trzymania w nich szczoteczek do zębów.

– W międzyczasie będziemy mieli wygodę – uznała matka.

Jolan już wtedy wyliczył, że nie ma żadnego czasu między czasem.

Wszędzie w pracowni leżą puste puszki po piwie i inny chłam. Grzyby pokrywają wewnętrzne ściany. Większość rośnie krzywo na nóżkach i może wyglądać spod kapeluszy, żeby przekonać się na własne oczy, co się tutaj wyprawia.

Ojciec wrzuca rozdeptanego peta do jednej z puszek, w której została jeszcze resztka piwa.

– Inaczej będzie narzekać. – Wskazuje na drzwi prowadzące do domu, do kuchni.

Na ramionach ojca widać wgłębienia, jakby jego pachy były za ciężkie. Stoimy tak, patrząc na siebie, na środku pracowni usianej wszelkiego rodzaju gadżetami reklamowymi, które sklep z alkoholami Peters dodaje do skrzynki Maes Pils – niebieskimi czapkami z daszkiem, niebieskimi nadmuchiwanymi tacami do piwa, niebieskimi piłkami plażowymi.

Czy ojciec widzi to co ja: że to miejsce stało się magazynem potencjalnych nagród w loterii fantowej?

Mój wzrok pada na wiertarkę, która nie wisi z innymi narzędziami pod dachem, tylko leży na regale, który niedawno został skręcony i przymocowany do ściany. To był jedyny raz, kiedy użyto tej wiertarki. Trudno powiedzieć, co doprowadziło do czego: wiercenie do postawienia regału czy stawianie regału do wiercenia.

Wszystkie te narzędzia nie pojawiają się tu same z siebie. Mieszkamy blisko Aldiego – na piechotę może trochę za daleko, ale rowerem w sam raz. Co roku znajdzie się tam coś, czego ojcowie jeszcze nie mają. Widać je regularnie, jak wynurzają się na moście nad drogą szybkiego ruchu oddzielającą naszą wieś od sąsiedniej: matki z piłkami włosowymi, masażerami Medion, nożycami do żywopłotu czy szczypcami do grilla zawieszonymi na kierownicy roweru.

Daliśmy ojcu tę wiertarkę w prezencie rok temu. Cieszył się z niej najbardziej, kiedy leżała jeszcze w kartonie na kredensie. Po rozpakowaniu odłożył ją na stos wyprasowanych kuchennych ścierek. Spoczywała tam do momentu, kiedy nie dało się już dłużej odkładać przygotowań do kolejnych urodzin.

– Wiertarki używa się w ciągu jej życia średnio tylko jedenaście minut – mówi ojciec.

– Krótko – mówię.

Sprawdzam, czy cena jest jeszcze przyklejona do pudełka, żeby przeliczyć, jaki będzie koszt jednej sekundy użytkowania. Pewnie powiem o tym zaraz Pimowi i Laurensowi. Mogłoby ich to zaciekawić.

– Spójrz, Eefje, to ci chciałem pokazać.

Ojciec wskazuje na pętlę zwisającą ze środkowej belki pod kalenicą, obok nożyc do żywopłotu.

Reaguję wzruszeniem ramion. Kiedy ludzi coś ani trochę nie obchodzi albo obchodzi ich bardzo, lecz nie znajdują na to właściwych słów, wtedy wzruszają ramionami. Za każdym razem, kiedy to robię, myślę, że należy pilnie wybrać inną część ciała, a przynajmniej inny gest. W anatomii ramion, w przeciwieństwie do anatomii brwi, nie ma miejsca na niuanse.

– Nie każdy potrafi zawiązać pętlę – mówi. – Musi wisieć na ściśle określonej wysokości.

– Widzę. A jaka jest ta określona wysokość? – pytam.

Nie słucha mojego pytania.

– Przy złym węźle człowiek się męczy. Nie chcesz przecież, żebym się męczył?

Spoglądam znowu na pętlę i potrząsam przecząco głową.

– Jeżeli nie spadniemy z wystarczająco dużej wysokości, nie dojdzie do skręcenia karku. Wtedy trwa to bardzo długo. A jeżeli spadniemy ze zbyt dużej wysokości, kark się rozrywa, a tego nie chcemy robić ludziom, którzy nas znajdą. Prawda?

– Nie, nie chcemy – mówię.

Ojciec ma na głowie czapkę. Pot z minionych dni wsiąkł w nią i wysechł. Sól zostawiła na wysokości czoła białe, wijące się ślady. Im cieplejsze dni, tym wyżej sięga biała kreska.

Ojciec przygląda mi się w milczeniu, zdejmuje czapkę, sprawdza, czy widać na niej coś szczególnego. Niczego nie zauważa. Czapka znowu ląduje na jego głowie, tym razem tył na przód.

Nie potrafię myśleć o nim inaczej: ten mężczyzna jest moim ojcem. Jest starszy od przeciętnego ojca, ponieważ późno poznał kogoś, kto chciał urodzić jego dzieci. Pracuje w banku, robi tam rzeczy, o których nigdy nie opowiada w szczegółach i o które inni także nigdy go nie pytają, ponieważ ludzie wychodzą z założenia, że skoro ktoś sam o czymś nie mówi, to nie ma tematu. Żeby dotrzeć do pracy, musi codziennie – także w deszcz – jechać rowerem na przystanek autobusowy, a potem przez pół godziny siedzieć w autobusie. Zarabia akurat tyle, żeby utrzymać rodzinę, która nie stawia pytań, zapłacić za dach nad głową, pod którym wiesza prezenty kupowane przez rodzinę za jego pieniądze wbrew jego woli.

Jestem najstarszą córką tego mężczyzny, więc nie mogę teraz tak po prostu sobie potakiwać czy odpowiadać na pytania, nie znając dokładnie jego zamiarów.

Zmuszam do czegoś swoją twarz. Nie do uśmiechu ani do współczucia. Może do wyrazu zrozumienia, chociaż nie wiem, jaki grymas miałby mu odpowiadać.

– Myślisz tak jak twoja matka, że ten stary pryk nigdy nie mówi poważnie tego, co mówi. Że ten stary pryk się na to nie zdobędzie?

Ojciec mówi zawsze „twoja matka”. Mama tak samo. Gdy chodzi jej o tatę, mówi „twój ojciec”. To nie do końca uczciwe. Próbują w ten sposób gdzieś się ulotnić, udając, że to ja jestem tą, która ich wybrała.

– Chcesz, żebym ci zademonstrował?

Bierze rozklekotaną drabinę, rozstawia ją dokładnie pod stryczkiem i wchodzi po stopniach. Gdy znajduje się na trzecim, drabina zaczyna się niebezpiecznie chwiać. Podchodzę bliżej, ustawiam się z boku, żeby ustabilizować konstrukcję. Monety przesuwają się pod moimi stopami. Wiadomości radiowe o jedenastej się skończyły, teraz czas na reklamę.

– Nigdy nie przepłacaj. Jeżeli znajdziesz to samo urządzenie w innym sklepie za niższą cenę, zwrócimy ci różnicę.

Ojciec dociera na szczyt drabiny. Balansuje, stojąc dwoma nogami na najwyższym stopniu, bezpośrednio pod stryczkiem. Sznur kołysze się, odchyla w bok, wraca i stuka go w potylicę. Ojciec niemal traci równowagę. Mogę go tylko ustrzec przed upadkiem. Nie mogę go ustrzec przed tym, żeby nie skoczył. Siła, z jaką zapieram się stopami, powoduje, że monety piją mnie jeszcze bardziej. Na podeszwach stóp do końca życia będę miała odciśniętą głowę króla Alberta II.

Ojciec pociąga za pętlę – jest wystarczająco solidnie zamocowana. Zakłada ją sobie na szyję. Rzuca spojrzenie na swoje niebieskie imperium. Kiwa głową. Wygląda na zadowolonego.

– Ludzie, którzy się wieszają, często zdzierają sobie skórę na szyi. Szkoda jej. Ale nie trzeba żałować – mówi.

Kiwam głową.

– Eva, czy ty mnie w ogóle słuchałaś?

Ponownie kiwam głową.

– To co ja w takim razie mówiłem?

– Że nigdy nie trzeba żałować – odpowiadam.

– Nie słyszę cię.

– Nigdy nie trzeba żałować – powtarzam głośniej.

Dopiero teraz spogląda w moim kierunku, widzi, że stoję, podpierając drabinę.

Przez chwilę milczy.

– Musisz coś zrobić ze swoją fryzurą, Eva – mówi. – Jest do niczego.

Moje włosy mają idealną długość: są wystarczająco krótkie, żeby je trzymać rozpuszczone, kiedy jest zimno, i wystarczająco długie na kucyk w ciepłe dni. Ojciec musi się jeszcze do nich przyzwyczaić. Tydzień temu obcięłam je sama o kilka centymetrów, bo rozdwajały mi się końcówki. Zrobiłam to przed lustrem w zagrzybionej łazience, nad stojącym tam staroświeckim meblem, używając nożyczek, którymi mama czasem kroi materiał na ubranie.

– Dziękuję, że przytrzymałaś drabinę, Eva – mówi ojciec. Zdążył zdjąć stryczek z szyi i znowu stoi dwa stopnie niżej. – Tylko ty o tym wiesz. Nawet mama nie ma o tym zielonego pojęcia. I niech tak zostanie. – Szuka czegoś w kieszeni spodni. Opierając się lędźwiami o środkowe stopnie drabiny, zapala nowego papierosa. – To, że ci to pokazałem, to przypuszczalnie dobry znak. – Zasysa policzki. Ostrożnie schodzi po kolejnych stopniach. Gdy jest już na dole, klepie mnie po ramieniu tak mocno, że tracę równowagę. Klepnięcie z rodzaju tych, jakimi ojcowie częstują swoich synów.

– Palenie ci nie służy – mówię.

W oknie Sklepiku leży kilka raiderów wystawionych na wykładzinie ze sztucznej trawy. Właściwie raiderów już nie ma – zostały przemianowane na twixy – ale nikt nie ma odwagi powiedzieć o tym Agnes. Agnes prowadzi ten interesik od niepamiętnych czasów.

W wąskim, głębokim pomieszczeniu jest z grubsza wszystko, co powinno się znaleźć w sklepie spożywczym. Mimo to większość klientów przychodzi tu tylko po rzeczy, które nie mogą się zestarzeć, pomarszczyć czy wyschnąć. Kuzyn Laurensa odważył się kiedyś wrócić z opakowaniem klusek, którym upłynął termin ważności.

– To nie data ważności, chłopcze, tylko data produkcji – warknęła Agnes.

Po krótkiej dyskusji makaron został wymieniony na małe opakowanie flamastrów. Kilka godzin później na szyldzie obok napisu ZAPRASZAMY PO SUCHE PRODUKTY znalazł się dopisek KTÓRE DOPIERO ZOSTANĄ WYPRODUKOWANE. Agnes nigdy nie próbowała go zmyć. Wprost przeciwnie. Wyspecjalizowała się w fałszowaniu dat ważności. Cienkim piórem trójki przerabia na ósemki i dziewiątki, styczeń jedną poziomą kreseczką przemienia w lipiec. Wie, że mieszkańcy wsi i tak będą przychodzić: kto chce wybrzydzać, musi jechać dziesięć minut samochodem do najbliższego przysiółka po kilogram mąki. Zawsze trzymamy się zasad tylko do pewnych granic. Nawet kuzyn Laurensa miał jeszcze wrócić po kluski.

Wchodzę do środka. Ten dzień dobrze się zaczął. Byłam mu jeszcze winna łamiszczęki. Moja obecność zostaje zaznaczona dźwiękiem dzwonka, nie takim jak w mięsnym; ten tutaj przypomina bardziej gwizd.

Sklepowe rolety są prawie całkiem opuszczone, w środku panuje półmrok. Między zapełnionymi towarem regałami panuje zatęchły chłód. Zbyt długo zatrzymywany poranek. Czekam i obserwuję drzwi do części mieszkalnej z tyłu sklepu. Tam zwykle zaszywa się Agnes, rozwiązuje skserowane krzyżówki. Możliwe, że stoi tam fotel i stół, jest kuchnia. Nie ma nikogo, kto by to potwierdził.

Wciąż czekam, bo Agnes nie lubi klientów, którzy pod jej nieobecność zaczynają myszkować. Rozwiązuję sznurówki, wyławiam monety ze skarpetek. Rano nie musiałam ukrywać pieniędzy. Mama i tak nie widziała, jak wychodziłam.

– A, Eva – dociera do moich uszu.

Kończę ze sznurówkami i się prostuję.

Agnes spieszy się do lady, idzie lekko pochylona. Z wiekiem zgarbiły jej się plecy i przypominają teraz dostawiany stolik. Laurens zapytał kiedyś żartem, ile szklanek piwa Agnes uniesie na łopatkach bez rozlewania. Dzisiaj doliczyłam się ośmiu. Muszę to zapamiętać, może zaraz będę mogła mu o tym powiedzieć.

Idę za Agnes między szarymi regałami z gąbkami, wykałaczkami, podpaskami i plastikowymi kwiatami. Wie, po co przyszłam. Słodycze leżą w środkowej alejce.

– Gdzie są dwaj pozostali muszkieterowie, syn rzeźnika i ten drugi, syn gospodarza? – pyta.

Wzruszam ramionami.

Od kiedy mąż Agnes odszedł z innym mężczyzną, od kiedy na szyldzie pojawiło się to drugie hasło, klienci nie mogą już sami nabierać cukierków, nawet ja.

Proszę grzecznie o dwadzieścia kwaśnych hostii, pięć tasiemek i dwie paczki łamiszczęk. Agnes wrzuca słodycze do papierowej torebki w kształcie rożka.

– Wybierasz się jeszcze dzisiaj na przejażdżkę z bratem Jana? Podzielisz się z nim? – pyta.

Kiwam przekonująco głową, chociaż nie jestem pewna, jak będzie.

Dokłada mi wszystkiego po trochu.

Z torebką na kierownicy jadę przez wieś. Skanuję puste ulice w nadziei, że jeżeli będę wystarczająco długo patrzeć, Laurens i Pim powstaną z kolaży dawnych wspomnień. Po godzinie słodycze się kończą. W ustach czuję kwaśne pieczenie. Mam ciężki żołądek. Powinnam była zostać w domu. Możliwe, że próbowali się do mnie dodzwonić.

Mijam mięsny.

Nie ma zazwyczaj opartego o fasadę roweru Laurensa. Może Laurens ma nowych znajomych albo hobby, o którym nic mi nie powiedział, i wyszedł z domu. A może jego rower stoi po prostu w garażu, a on woli w taką pogodę oglądać telewizję, niż być ze mną.

Przez wielkie okno wystawowe zaglądam do środka sklepu. Ksiądz wybiera mięso. Wskazuje kiełbasę szynkową. Matka Laurensa wrzuca blok mięsa na krajalnicę. Przez otwarte drzwi sklepu słyszę, jak ludzie powoli się przesuwają. Dźwięk krojenia mięsa nie przypomina odgłosu czegoś, co pęka, lecz odgłos czegoś, co się drze.

Laurens miał rację. „Krowa składa się z miliona włókien” – powiedział kiedyś w szkole podczas południowej przerwy, kiedy z miąższu chleba lepił kuleczki i każdą z nich przybierał włóknem wyciągniętym z kiełbasy. – „Kiedy się to dostrzeże, cięcie mięsa przestaje być czymś nieprzyjemnym”. – Nie brzmiało to jak coś, co sam wymyślił, ale już sam fakt, że to zapamiętał, zrobił na mnie wrażenie.

Przyglądanie się matce Laurensa prawie zawsze mnie uspokaja. Z ruchu jej rąk odczytuję, że mówi o pogodzie, która się zmienia. Potem układa na wadze stos świeżo pokrojonych plasterków salami.

Kiedy stoję, patrząc, jak ksiądz z aprobatą kiwa głową i płaci za mięso, dopada mnie smutek, który od jakiegoś czasu się nie pojawiał i  – myślałam, miałam nadzieję – zniknął na dobre.

Teraz wiem, że nic nie może mu się oprzeć niezależnie od tego, czy przyszłam punktualnie, siedzę na krześle we właściwej klasie, w stroju, do którego wszyscy przywykli, czy patrzę na mięso, czy też nie patrzę na mięso. Brakuje mi czegoś, wszystkiego, jakbym kiedyś była pełniejsza, bardziej kompletna i jakby coś we mnie jeszcze sobie przypominało, jakie to było uczucie.

Dopada mnie to zawsze, kiedy na stojąco biorę kąpiel. Wtedy coś osiada na mojej skórze. Zamyka mnie w sobie, napina się, uświadamia mi, że jestem nie tam, gdzie powinnam.

Może wzięło się to stąd, że urodziłam się krótko po bliźniakach, macica była jeszcze porozciągana – pomyślałam ostatnio. Może mama przywierała do mnie zbyt luźno już przez te pierwsze dziewięć miesięcy.

Zanim matka Laurensa zdołała się zorientować, że ją obserwuję, już zniknęłam z jej pola widzenia.

Burza rozpętuje się, kiedy jeszcze wracam do domu. Pierwsze krople deszczu są ciepławe. Nie mogło być inaczej, w ostatnich dniach nawet z zimnego kranu leciała ciepła woda. Szukam drzewa, pod którym mogłabym się schować, zatrzymuję się pod iglakami rosnącymi wzdłuż naszego ogrodu, patrzę, jak wokół mnie szaleje żywioł. Strugi deszczu załamują się w porywach wiatru.

Nie powinniśmy nigdy dawać ojcu w prezencie narzędzi, a z całą pewnością nożyc do żywopłotu. Już od dwóch lat wiszą bezczynnie pod dachem, uchwytami do dołu. Kiedy wieje, ożywiają się. Być może to go zainspirowało.

Początkowo gałęzie nie przepuszczają niczego, ale szybko zaczynają przesączać się przez nie duże, nieregularne krople. Nie przeszkadza mi, że moknę.

CZTERY CIENIE

Było nas troje, ale mieliśmy cztery cienie. Jolan, mój starszy brat, byłby jednym z dwojga bliźniaków, gdyby jego pępowina nie okręciła się wokół szyi siostrzyczki.

Podczas ich narodzin w 1985 roku – cztery tygodnie przed terminem – powstała masa zdjęć, które potem wklejono do albumu za pomocą taśmy dwustronnie przylepnej. Pod nimi data, dokładna godzina, imiona nieznanych wujków, wspaniałe życzenia – realne, ponieważ częściowo w ogóle nie trzeba było ich urzeczywistniać.

JOLAN DE WOLF I TES DE WOLF. Na kartce rozsyłanej z okazji narodzin przy drugim nazwisku widniał czerwony krzyżyk, kartki pogrzebowej sobie oszczędzono.

Mniej więcej wtedy, kiedy Jolan mógł opuścić inkubator – przesadnie podkreślał ojciec – urodziłam się ja.

Stało się to jakoś w połowie 1988 roku, koło północy. Byłam dziewczynką. Miałam na imię Eva. Również ja przyszłam na świat sama. Ojciec palił wtedy na zewnątrz.

Jolan był nieduży, jego ciało rozwijało się z opóźnieniem, ja od samego początku byłam potężniejsza. W pierwszym roku życia zrobiono mi najwyżej pięćdziesiąt zdjęć. Przy żadnej fotce nie zapisano godziny, nie było wizyt nieznanych cioć i wujków.

„Nogi słonia” – napisał ojciec pod zdjęciem, na którym po raz pierwszy robię użytek ze swojej nóżki. Z innych podpisów mogłam wywnioskować, że zostały umieszczone później, ponieważ odnosiły się do minionego czasu, zawierały już ocenę sytuacji. „Eva, tutaj jeszcze jasna blondynka”. Albo: „styczeń, wtedy jeszcze umiała się śmiać”.

Trzy lata później, w 1991 roku, przyszła kolej na Tesje. Ojciec zrobił jej już tylko parę zdjęć, które nawet nie trafiły do albumu. Tesje od małego była kruchej budowy, drobniejsza niż my. Miała cienką skórę przetykaną żyłkami i delikatne jasne włosy.

– Co chcesz? Po dwójce dzieci zabrakło na nią surowca – miał według mamy zażartować po porodzie.

Może chciał być hardy, może powiedział to w emocjach. Ale zabrzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiał przed pielęgniarkami, jak kobiety, którym nie bardzo udała się jakaś potrawa.

– Tak samo mówił mój ojciec, cholera jasna. A poza tym masz czworo dzieci, a nie troje – powiedziała mama.

Ze sposobu, w jaki do tego wracała, powtarzając za każdym razem „cholera jasna”, wywnioskowałam, że od tego się zaczęło. To był jej odwieczny zarzut.

Wybór imienia poprzedziła długa dyskusja. Mama chciała „Tesje”, ojciec wolał inne imię, najlepiej „Lotte”, w ostateczności „Lotje”. Ale może chcąc coś naprawić, przystał na propozycję mamy. Tesje stała się wyrazem czci.

Kiedy skończyła dwa lata, zaczęli do niej mówić „Kakkernestje”, opuszczając przy tym „t”. „Kakkernest” było pieszczotliwym określeniem najmłodszego dziecka w rodzinie, słowem, które mama przywiozła ze swoich stron, z domu styranizowanego przez ojca, gdzie była najstarsza z rodzeństwa. To słowo miało w sobie coś tragicznego – przywodziło na myśl świnki morskie, które w jednym końcu klatki robią kupę (kakken), a w drugim śpią. Dobrze wiedzieliśmy, że to przezwisko nie wzięło się z nostalgii, lecz z żalu, że Tesje dostała takie, a nie inne imię. Matka nie chciała się do tego przed ojcem przyznać. Mimo to wszyscy tak mówiliśmy na Tesje. Jedyną rzeczą z dzieciństwa, do której matka odnosiła się z dumą, był język.

Wraz z przyjściem Tesje na świat zajęłam w rodzinie pozycję środkową, byłam tą, która przy tworzeniu się frontów zawsze mogła przejść na jedną albo drugą stronę, w zależności od tego, czy chciałam być w koalicji czy w opozycji.

Jeszcze zanim urodził się Jolan, matka z ojcem przenieśli się z pobliskiej większej wsi do domu z trzema sypialniami w Bovenmeer.

Bovenmeer było przysiółkiem, w którym dla zachowania równowagi między podażą a popytem albo coś występowało w pojedynkę, albo tego w ogóle nie było: jeden sklepik, jeden fryzjer, jeden piekarz, jeden rzeźnik, ani jednego mechanika rowerowego, jedna biblioteka z księgozbiorem do przeczytania w try miga, jedna mała podstawówka.

Przez lata o wszystkim, co znajdowało się we wsi, mówiliśmy, używając rodzajników określonych, jakbyśmy wymieniali należące do nas przedmioty, które można wziąć między kciuk a palec wskazujący. Jakbyśmy po długiej wojnie z dużymi miastami i okolicznymi wsiami zajęli prototypy spożywczaka i mięsnego i okopali się w nich nieopodal kościoła i sali parafialnej, dokąd zewsząd można dojść na piechotę, dokąd każdy ma rzut beretem.

Sprzedawcy korzystali z tego; z wygodnictwa czy z pychy nie zadawali sobie trudu, żeby wymyślić oryginalniejszą nazwę niż Rzeźnik czy Sklepik, z rzadka tylko coś dopisywali, na przykład własne nazwisko.

Było parę wyjątków. Mieliśmy dwie kawiarnie. Mężczyźni opuszczający Noc często przystawali na chwilę, wsparci o framugę, by po chwili wahania udać się do Gościńca, gdzie serwowano piwo od samego rana.

Często powtarzały się imiona: Tim, Jan i Ann. Zarówno Pim, jak i Laurens mieli brata o imieniu Jan, choć od zimy 2001 roku każdy z nich miał go w inny sposób. Laurens wciąż był kimś, kto ma brata, Pim zaś kimś, kto tylko miał brata.

Między Gościńcem a salą parafialną stał pusty kurnik, który nazywano Kosowo. Miesiącami mieszkała w nim rodzina albańskich uchodźców. Kiedy zniknęli, różne stowarzyszenia zaczęły trzymać tam swoje rupiecie.

Długo nie było dla mnie jasne, po co matka i ojciec zamieszkali w Bovenmeer. Czy myśleli, że poradzą sobie we wsi, w której co roku urządzano festyn parafialny, gdzie nikt nie robił min, gdy po paczkę serwetek wysyłano kogoś do Kosowa.

9.30

Sześć dni temu, dwa tygodnie po nadejściu zaproszenia, poszłam z plastikowym pojemnikiem do sąsiada i zapytałam go, czy mogłabym zamrozić dużą ilość wody. Mężczyzna nie mieszka obok mnie, tylko pode mną, dlatego – jak się precyzyjnie wyraża – jest moim sąsiadem z dołu. Jest ode mnie dwanaście lat starszy. Tak się składa, że obydwoje uczymy: on geografii i biologii we francuskojęzycznej szkole średniej, ja wychowania plastycznego w szkole niderlandzkojęzycznej.

Kiedy odezwaliśmy się do siebie po raz pierwszy, obydwoje mieszkaliśmy w tym domu już cztery lata. Tamtego dnia, mniej więcej przed rokiem, trzymał w ręku przezroczystą torbę wypełnioną sporymi kawałkami surowego mięsa – serce, antrykot, polędwica wołowa, ozór, żeberka, mięso rosołowe. Wracałam do domu, niosąc kilka nieodebranych prac uczniów, którym dałam za zadanie pociąć stare atlasy i złożyć ze skrawków swój idealny świat. Prawie wszyscy odłożyli noże z łamanym ostrzem i styropian i zadowolili się wyklejaniem kartki A4. Większość nie zgłosiła się po swoje prace na koniec roku szkolnego.

Sąsiad zagadnął mnie, twierdząc, że powinnam raczej uczyć dzieci precyzyjnie oceniać fakty i z szacunkiem podchodzić do historii.

Wmówiłam mu, że nie rozumiem po francusku. Od zapachu wydobywającego się z jego torby zrobiło mi się niedobrze.

Ponieważ trudno mu było pouczać mnie po niderlandzku, zaczął opowiadać, skąd wziął tyle surowego mięsa. Jego matka co roku kazała dla siebie szlachtować krowę w ekologicznym gospodarstwie i dzieliła się mięsem z trzema synami. Mogli wybrać dla siebie dowolny kawałek tuszy. To był jedyny moment w ciągu roku, kiedy rodzina znowu spotykała się w komplecie.

Zanim go pożegnałam i poszłam po schodach do swoich drzwi, powiedział jeszcze, że po drewnianej podłodze mojego mieszkania bardzo głośno niesie się stukanie obcasów, ale że mu to nie przeszkadza, bo stukam jak ktoś, kto wie, czego chce.

Wywnioskowałam, że ten mężczyzna dysponuje sporą zamrażarką i nie za bardzo zna się na ludziach, szczególnie na kobietach.

Po pół roku szukał nie tylko rozmowy, ale i zaspokojenia. To niekoniecznie był plus naszej znajomości, ale nie przeszkadzało mi to, o ile wcześniej się umył, a ja mogłam zostać w ubraniu.

Kiedy przyszło zaproszenie, przez dwa tygodnie co wieczór przygotowywałam dla niego i dla siebie po kawałku ekologicznej wołowiny z jego zamrażalnika. Gdy zwolniło się wystarczająco dużo miejsca, przyniosłam swój pusty pojemnik. Napełniłam go wodą z kranu. Ledwo zmieścił się do zamrażarki.

Sąsiad się zgodził i nie zadawał pytań. Później doczyścił żołądź pod natryskiem, używając do tego kciuka i palca wskazującego, jakby odkręcał nakrętkę. Kiedy mu obciągnęłam – on gołymi pośladkami na rogu wanny, ja z kolanami na macie – wypiliśmy w ciszy herbatę ze świeżą miętą. Wsypałam do niej jak zwykle bardzo dużo cukru.

Przed godziną pomógł mi przenieść ciężki pojemnik z lodem z zamrażarki do mojego samochodu. Na zewnątrz było jeszcze ciemno. Kiedy już zbliżaliśmy się do bagażnika, przystanął na chwilę i zapytał łamanym niderlandzkim, dokąd zamierzam jechać. Jego wzrok prześlizgnął się po moich nogach, które dzięki rajstopom wyglądały nieskazitelnie i były bardziej opalone, po moich upiętych włosach i pomalowanych tuszem rzęsach. Czułam, że podobam mu się bardziej niż zwykle, ale nie ma pojęcia, czy to dlatego, że bardziej się postarałam, czy dlatego, że właśnie miałam odjechać z wielkim blokiem lodu w bagażniku, nie precyzując dokąd.

– Do rodziców – powiedziałam.

– Rodziców – powtórzył, dopiero teraz zaczęło mu świtać, że nie wyrosłam z główki kapusty.

– Jak myślisz, jak długo wytrzyma taki blok lodu? – zapytałam.

– Zależy, jak gorący zrobisz ten samochód i do czego go potrzebujesz – powiedział.

Nie poprawiłam błędnego wyrażenia, żeby nie rozwijać tematu.

– Przyjdziesz dzisiaj wieczorem znowu w celu żeby pić herbatę? – zapytał, płynnym ruchem dźwigając pojemnik z lodem i umieszczając go w bagażniku.

– Pewnie – powiedziałam.

Patrzyłam na chude nogi i plecy sąsiada, jak z powrotem wchodził do domu. Patrzyłam jeszcze długo po tym, kiedy zniknął.

Przed zapaleniem silnika zadzwoniłam do Tesje, ale rozmyśliłam się, zanim jeszcze doszło do połączenia, nie zobaczy, że dzwoniłam. Szybko sprawdziłam stronę wydarzenia na Facebooku. Założył ją Pim, kilka dni po nadejściu zaproszenia. Dzięki temu miałam pewność, że za organizacją spotkania stoi on sam, a nie jego rodzice. W tekście informacyjnym na stronie była mowa o tym, że jesteśmy oczekiwani od piętnastej, a nie o piętnastej, jak podano na zaproszeniu. Typowe dla niego sformułowanie. Żeby ludzie nie przychodzili dokładnie o czasie i nie byli narażeni na widok pustych półmisków, jeszcze niewypełnionych chipsami.

W tle było to samo zdjęcie niemowlęcia co na zaproszeniu. Ludzie błyskawicznie potwierdzali swój udział. Ja czekałam. Po paru dniach zaznaczyłam „może”.

Na bardzo krótko strona się ożywiła, ludzie umieszczali w postach anegdoty i zdjęcia. Czytałam wszystkie powiadomienia. Jan nigdy nie miał swojego profilu – nie żył już, kiedy nadarzyła się okazja, żeby poudawać, że jest się lepszym niż w rzeczywistości. Dlatego inni robili to teraz za niego. Pojawiały się wyłącznie ładne, radosne zdjęcia Jana – fotografie, o których istnieniu nie wiedziałam.

Moim zdaniem, wszyscy bardzo szybko zablokowali sobie otrzymywanie powiadomień z tej strony. Kilka dni po utworzeniu wydarzenia rzecz obumarła. Wszystkie nadające się do tego zdjęcia już udostępniono.

„Cześć, nazywam się Karin Peters, mam 39 lat i mieszkam w Belgii. Mówię o tym wszystkim dlatego, ponieważ mam pewien produkt do zaoferowania. Dokładnie w stanie, jak opisuję!!!! – chętnie płatności bezpośrednie. Proszę mi przemejlować swoje dane, a ja wyślę zdjęcia!!” – tak brzmiał ostatni post. Wciąż był widoczny na górze strony. Tamtej nocy chciałam go jeszcze zgłosić jako gorszący, ale nie przeszłam całej procedury. Nie mogłam się zdecydować, co właściwie było nie na miejscu.

Jestem w połowie drogi. Ruch powoli zaczyna słabnąć. Regularnie spoglądam w lusterko wsteczne, kontroluję blok lodu. Bryła zimna znacznie obniża temperaturę w samochodzie. Nie jadę zbyt szybko i nie włączam ogrzewania, żeby nie przyspieszać procesu topnienia.

Na ekranie mojej komórki Facebook wciąż jest otwarty na wydarzeniu. 45 weźmie udział. Jolan też jest zaproszony, i Tesje, ale żadne z nich nie potwierdziło, że przyjedzie.

Wciąż jestem jedyną na „może”.

6 LIPCA 2002

Podnoszę kołdrę, żeby zobaczyć, czy jeszcze tam są. Moje dwie piersi mogłyby przez noc, kiedy nikt nie patrzył, zniknąć z mojego ciała w poszukiwaniu innego, odpowiedniejszego, bardziej wiarygodnego. Kiedy spałam, mój tank top się przekręcił. Z wycięć pod pachami ślipią moje sutki.

Piersi przypominają mi o wujku Rudym, bracie ojca, który za każdym razem, kiedy gdzieś wchodzi i czuje się nieswojo, przystaje i stoi, mimo że zawsze ktoś mu proponuje, żeby usiadł. Gdy już usiądzie, nigdy się nie opiera plecami – żeby w każdej chwili móc wyjść bez pożegnania w środku rodzinnego przyjęcia.

Moje piersi tak naprawdę nie są okrągłe i nie opadają jak u innych dziewczyn, są spiczaste i sterczą. Jak dać im do zrozumienia, że jak najbardziej mogą zostać?

Przekręcam tank top na miejsce i leżę w łóżku do wpół do jedenastej. Słyszę sąsiadów, którzy wracają z zakupów, kosiarki, kościelne dzwony, samolot, złomiarza, który przez rozregulowany megafon wywrzaskuje niezrozumiałe komunikaty i przez to nie zauważa, że bogactwo przelatuje mu nad głową.

Widząc, jak wygląda łóżko zostawione przez Tesje, cienkie prześcieradło złożone symetrycznie jak otwarta koperta, czuję, że jestem bezkształtna i niewyraźna.

Jeszcze zanim wejdę do jadalni, wiem, że siedzi tam ojciec. Wszędzie, gdzie się pojawia, unosi się zapach tytoniu.

Niedawno przeczytałam, że suma, jaką palacz rocznie przeznacza na papierosy, wystarczy na wakacyjny wyjazd. Nikt nie zbadał, czy są też ludzie, którzy palą wystarczająco dużo, żeby nie musieć zabierać w podróż całej rodziny.

Na stole leży jeszcze trochę jedzenia. Chleb, masło czekoladowe, syrop.

– Twoja matka pojechała do Boerenbond po karmę dla psa. Jolan wyjechał wcześnie obserwować ptaki – mówi ojciec, nie podnosząc wzroku. Siedzi przy stole, czyta gazetę. W ręku ma długopis. Dzisiaj nie ma nic, co warto by było podkreślić.

Mogę zrezygnować ze śniadania, choć to nie ma znaczenia; ojciec przecież nie zacznie od nowa opowiadać o tym, co się wczoraj wydarzyło, nigdy tak nie robi – od rana wyjeżdżać z przeszłością. Potrzebuje do tego impulsu.

Przysiadam się. Ojciec nadal nie podnosi wzroku. Obok niego na stole leżą rozłożona chusteczka i fluorescencyjny zielony grzebień na wszy. Na chusteczce widać czerwonobrunatne plamki – rozgniecione ciałka, kilka wyciągniętych włosów z przylepionymi gnidami.

– Gdzie jest Tesje? – pytam.

Ojciec wkłada do ust sztuczną szczękę i ją wyjmuje. Mamrocze „gdzieś”, co bez przednich zębów brzmi jak „nigdzie”.

Biorę kromkę chleba i smaruję ją grubą warstwą syropu. A jednak ojciec nie mówi, choć taki był mój cel: „Kanapka z syropem czy syrop z kanapką?”.

Przerywa manipulowanie szczęką i spogląda na moją fryzurę, potem na moją szyję. Odkładam nóż i podnoszę kromkę, miąższ zwiesza się pod ciężarem syropu. Wzrok ojca obniża się, zatrzymuje na moich ramionach. Im dłużej na nie patrzy, tym robią się cięższe.

Nawet w najgorętsze dni zwykle noszę długie rękawy. Jedynymi, którzy nigdy nie robią uwag na ten temat, są Laurens i Pim. Ostatni raz z odkrytymi ramionami pokazałam się trzy lata temu. Nie czułam się wtedy lekka i swobodna, tylko strasznie naga.

Wzrok ojca schodzi jeszcze niżej, potem wspina się na powrót do góry, do jego gazety. Pije łyk letniej herbaty.

– Gdy masz na sobie ten sweter, dobrze widać, że rosną ci piersiątka – mówi.

Składam kanapkę na pół. Kolejny gryz przykleja mi się do podniebienia i nie ma smaku syropu gruszkowego. Dopiero gdy dzwoni telefon, zbieram się na odwagę, żeby przełknąć.

Trzy sekundy ciszy zdradzają Pima. Zawsze tak było i za każdym razem wstydzę się tego, co mu kiedyś na swój temat wygadałam. Przez trzy sekundy możesz sobie przypomnieć, co tylko chcesz. Choć cisza mogłaby też po prostu oznaczać czas, jakiego potrzebuje dźwięk, żeby się przemieścić po długich, cienkich drutach łączących nasze domy.

– Cześć, Pim – mówię, jeszcze zanim się odezwie.

– Jadę dzisiaj z Laurensem do budy – mówi. Jego głos brzmi chropawo. Nie wiem, czy to przez mutację, czy coś go ścisnęło za gardło. – To pomysł Laurensa. Ale jeśli chcesz, to możesz pojechać z nami.

– Kiedy? – pytam.

– Teraz.

– Mam do ciebie podjechać? – pytam. – Laurens mówi, że jeździsz hondą, to prawda?

Pim przez chwilę milczy.

– Honda jest popsuta. Nie musisz po mnie przyjeżdżać, ale jak chcesz, to możesz.

Wybieram tę samą trasę do podstawówki co dwa lata temu, trochę okrężną, zahaczającą o gospodarstwo. Pim mieszka nie po drodze, po drugiej stronie wsi, też na skraju. Jeżeli ktoś poprowadziłby linię między naszymi domami, zauważyłby, że prosta łącząca mięsny Laurensa ze szkołą dobiega do tej linii pod kątem prostym, ale mnie łatwiej nadłożyć drogi niż Pimowi, nie mam z tym problemu.

Wcześniej czasami nalewałam wody do bidonu, żeby łatwiej pokonać te dwa kilometry. Teraz, kiedy codziennie pedałuję dwadzieścia cztery kilometry, tam i z powrotem, do swojej nowej szkoły średniej, wieś wydaje się śmiesznie mała, a odległość do podstawówki gwałtownie się skurczyła.

Zanim dojadę do końca Bulksteeg, mijam zbitą przez ojca tabliczkę: ZAKAZ DZIKIEGO SIKANIA.

Oni oczywiście wiedzą, że to wyrażenie powinno brzmieć inaczej, że należało napisać ZAKAZ SIKANIA NA DZIKO – nie są głupi, zdaję sobie z tego sprawę, ale za każdym razem, kiedy tędy przejeżdżam, mam nadzieję, że także sąsiedzi rozstrzygną tę wątpliwość na swoją korzyść.

Kiedy moi rodzice kupowali ten dom, Bulksteeg była wąską drogą gruntową, na którą wychodziły ogrody trzech posesji i która przy okazji łączyła wjazd na drogę szybkiego ruchu z wsią. Biegnie między naszym ogrodem, otoczonym żywopłotem, a łąką sąsiadów. Nie tak dawno zjawili się pracownicy zatrudnieni przez gminę, żeby wylać asfalt, którego trochę zostało po naprawach dróg krajowych. Trasę utwardzano metr po metrze, zapewniając jej trwałość i umożliwiając poprowadzenie tędy objazdu. Chociaż do drogi dochodzą trzy posesje, kiedy ktoś chce się wysikać na dziko, zawsze wybiera nasz żywopłot.

Po wyjechaniu z Bulksteeg muszę skręcić w wybrukowaną ulicę, najruchliwszą we wsi. Można na niej jechać najwyżej siedemdziesiąt na godzinę, ale nikt tego nie przestrzega. Nauczyłam się już oceniać prędkość samochodów, nie wstając z łóżka. Podczas wakacji ludzie jeżdżą wolniej.

Obok mnie po nawierzchni podąża mój cień, duch, który nie odstępuje mnie na krok, ale nie ma już moich konturów. Zauważyłam to w zeszłym roku. Niektóre ciuchy mnie uciskały, bluzeczki na mnie już nie pasowały, trudniej zapinały się guziki od spodni. Moje sutki od bardzo niedawna były czerwone i ciepłe. Pojawiły się pod nimi twarde krążki, które później oderwały się od moich żeber, żeby zrobić miejsce na coś, co mogło wyrosnąć pomiędzy, coś bardziej miękkiego. Czułam, jak to coś z dnia na dzień się przemieszcza, i nie wiedziałam, co trafniej oddaje sytuację: to, że nagle się pojawiły czy że nagle je dostrzegłam.

Teraz, po uwadze ojca, nie są już tylko moje, sygnalizują, że zmieniło się coś ważnego, nieodwołalnie.

Zbliżam się do domu Pima. Zabudowania gospodarcze położone są daleko od ulicy, podjazd ma około dwudziestu metrów długości i wychodzi wprost na największą oborę, jest aż nadto szeroki dla ciężkiej artylerii, kombajnów, furmanek, stad krów.

Na tym szerokim pasie asfaltu leży nieco zagubiona wycieraczka z napisem WITAMY. Nadruk jest wytarty. Potrafię go odczytać pewnie dlatego, że kiedyś byłam tu częstym gościem.

Od pogrzebu Jana bardzo rzadko widywałam Pima i prawie z nim nie rozmawiałam. Nie przychodził na festyny parafialne, a przyjęć urodzinowych już się nie urządza. Kilka razy przystanęłam przy posiadłości, z psem na smyczy, ale nigdy nie miałam odwagi zadzwonić. Za każdym razem odchodziłam, utwierdzając się w przekonaniu, że cisza nie musi niczego oznaczać. Nie można było mówić o końcu, dopóki nie minęło lato.

Wpatruję się w długi podjazd, szukając znaku życia.

Po raz pierwszy podjazd służy nie do pokonania dystansu, lecz pustki. Pim nie czeka z rowerem w ogródku przed domem, jak robił to wcześniej w te dni, kiedy miałam po niego przyjechać. Boję się tak po prostu wejść na posesję i zbliżyć do tylnych drzwi, więc idę ścieżką wyłożoną kamiennymi płytami prowadzącą do drzwi frontowych, które – tak myślałam do zeszłego lata – służyły jedynie za ozdobę i nigdy nie miały być otwierane, dlatego też – byłam przekonana – wprawiono je bez zawiasów. Ogródek od frontu zarósł fioletowo-białymi kwiatami, które śmierdzą moczem. To ten zapach poczułam już trzy domy wcześniej. Płytki między ulicą a frontowymi drzwiami ułożone są niedbale, w jednej linii, jakby były dziełem natury.

W momencie, gdy dzwonię, na podjeździe zjawia się Pim. Najpierw przednie koło roweru, potem głowa Pima.

– Dzwonek nie działa – woła. – Przecież wiesz.

Staje na pedałach, jedzie powoli, czekając, aż z powrotem wsiądę na rower. Zanim zdołam go dogonić, dociska pedały i puszcza się jak strzała w Steegeinde.

Odległość wynosi dokładnie jeden kilometr. Kiedyś, w szkole podstawowej, zademonstrowała nam to na lekcji geografii pani Ria. Wyruszyła z nami z placu zabaw z metrową listwą z podziałką i po obróceniu miarki po raz tysięczny wylądowaliśmy przy gospodarstwie. Wywarło to na nas niezapomniane wrażenie. Zawsze kiedy pokonywałam potem jakąś odległość, liczyłam, ile razy zmieści się w niej listwa miernicza, i po każdym kilometrze myślałam: równie dobrze mogłam teraz być w gospodarstwie.

Pokonywanie jakiegokolwiek dystansu z Pimem zawsze zajmuje mniej czasu niż z kimkolwiek innym. Za każdym razem Pim jedzie kawałek przede mną i kiedy próbuję się z nim zrównać, ponownie wysuwa się naprzód.

Jego jasne, mocne, kręcone włosy powiewają na wietrze. Każdy chciałby mieć taką fryzurę jak Pim. Trudno powiedzieć, czy to dlatego, że ludzie zawsze chcą mieć włosy takie jak ktoś inny, czy dlatego, że naprawdę są ładne.

Pim tak samo jak ja nie zabrał plecaka. Dba o to, żeby inni przynosili to, czego potrzebuje. Robił tak już w szkole podstawowej: używał mojego papieru w kratkę i flamastrów Laurensa. Przy osłonie łańcucha kręcą się w kółko jego żylaste kostki, schowane w skarpetkach. Dopiero teraz zauważam, że włożył je na lewą stronę. W gmatwaninie przecinających się nitek nie da się rozpoznać obrazka. Możliwe, że ma na sobie te skarpetki już kilka dni, że włożył je na lewą stronę, żeby nie musieć ich prać.

Plecy Pima nie zdradzają jego myśli ani uczuć. Nic, tylko pedałuje. Być może zbyt pewnie jak na kogoś, kto niewiele ponad pół roku temu stracił brata.

Po kilku minutach nie próbuję już za nim nadążyć.

Tak czy owak, trochę to potrwa, zanim znowu się do siebie dopasujemy. I może to nie jest takie złe. Mamy jeszcze całe lato, a w oddali wyłania się Laurens, wybawca, ten, który psuje zabawę. Stoi z rowerem na parkingu mięsnego obok tablicy: LETNIA PROMOCJA: MIĘSO NA GRILLA WSZYSTKIE RODZAJE 2 + 1 GRATIS.

Laurens wyróżnia się wyglądem, szczególnie gdy spojrzy się na niego z pewnej odległości: szerokie plecy, duży nos, wysoka zawartość wołowiny. Porusza się ociężale i niedbale, jak dziecko, które nie ma ochoty czegoś zrobić i robi to źle, mając nadzieję, że matka i tak je wyręczy.

– Czołem – mówi.

Ma skarpetki z wyhaftowanymi na ściągaczach nazwami dni tygodnia. Na prawej jest dopiero poniedziałek, na lewej już piątek. Wrzuca coraz wyższe biegi, szukając najtwardszego, ciężkiego przełożenia.

Pim nie hamuje i Laurens przyspiesza, dołącza do nas z pełną prędkością. Tymczasem i ja dogoniłam Pima, ale po przyłączeniu się Laurensa zmienia się nasze ustawienie. Nie mieścimy się już na wąskiej drodze, nad którą zwieszają się gałęzie. Trzy jest liczbą niepodzielną i ktoś musi dać się wyprzedzić. Pimowi jest wszystko jedno, obok kogo będzie jechał, najchętniej jeździ sam, to widać, wcześniej też tak było, i dlatego pedałował między nami, dopóki droga była wystarczająco szeroka. Znowu przyspiesza, żeby się wysforować, Laurens jedzie za nim. Ja dołączam z tyłu.

Pim po lewej pedałuje na najniższym biegu, Laurens po prawej na najwyższym. Dlatego sprawiają wrażenie, jakby komunikowali się nawet bez słów.

Za każdym razem, kiedy Laurens odwraca głowę, żeby spojrzeć na Pima, widzę szramę na jego twarzy, pod nosem, tam gdzie tydzień temu dostał gumą bagażnika, kiedy zostawiłam go w szkole. Rana ładnie się goi. Z jednej strony strupek się oderwał i sterczy mu z twarzy jak źle umieszczone skrzydełko.

Pim przejeżdża przed nami slalomem przez plac zabaw. Luźne płyty stukają pod jego oponami. Próbuje nie najechać na linie gry w klasy. Ja omijam kratkę studzienki ściekowej, która wcześniej służyła za jednowymiarowe więzienie.

Pim zatrzymuje się bez hamowania, dobijając przednim kołem do ceglanego muru szkoły, pod zadaszeniem placu zabaw.

Szkoła bez uczniów jest tylko budynkiem. W jednym ze skrzydeł mieszkają dwie zakonnice. Kiedyś założyły tę placówkę i dlatego mogą nadal mieszkać na jej terenie. Nie ma już z nich prawie żadnego pożytku, poza tym, że podlewają fioletowe kwiaty w donicach na placu zabaw.

Kiedy chodziliśmy do tej szkoły, żyła jeszcze trzecia, nadgorliwa siostrzyczka. Przygotowywała kanapki dla dzieci, które zapomniały swoich w domu. Tylko po to, żeby mogła robić coś pożytecznego, każde z nas zostawiało od czasu do czasu swoje kanapki w domu, nawet Laurens, który był bardzo przywiązany do urozmaiconego drugiego śniadania, które szykowała mu matka. Zawsze zaopatrywała go w trzy porcje ciastek, może z myślą o tym, żeby podzielił się nimi z Pimem i ze mną, ale nigdy tego nie robił.

Laurens i ja wykonujemy mniej więcej te same manewry co Pim i zatrzymujemy się po obu stronach jego roweru, przed szerokim oknem od frontu budynku. Za matową szybą znajduje się pusta klasa szóstego rocznika.

Meble stoją posegregowane, stoły po lewej, krzesła w stertach po prawej. Rozpoznaję ławkę, która kiedyś była moja, tę z uszkodzonym pulpitem, nieco lżejszą niż inne, w bezpiecznym sąsiedztwie przylegającego do niej ciemnego, ciężkiego biurka pani Emmy.

Klasa wygląda dokładnie tak jak ostatniego dnia szkoły, ktoś bardzo się postarał, żeby zamienić ją w parkiet do tańca. To bolesne, bo natychmiast przypomina mi się, w jaki sposób pani Emma powiedziała nam o przyjęciu pożegnalnym – „wyjątkowy przywilej dla trzech muszkieterów, za którymi będę tęsknić” – i jak później udało mi się zatruć jej życie.

Pim szybko zauważa, że drzwi do sali gimnastycznej nie są zamknięte na klucz. W gruncie rzeczy nic szczególnego – w Bovenmeer przeważnie odstrasza się chuliganów gościnnością. Wchodzimy do budynku szkoły bez skradania się czy wspinania, nie wiedząc, czego tu właściwie szukamy.

Laurens przebiega przez salę w podskokach, podciągając wysoko na przemian prawe i lewe kolano, jak podczas lekcji z panem Jorisem, starym, wymagającym człowieczkiem w dresie. Nikt z uczniów nie wierzył, że nauczyciel potrafiłby jeszcze wykonać własne polecenia, dlatego nikt nie próbował osiągnąć oczekiwanej doskonałości.

Pim bierze szybki rozbieg, skacze, uderzając w najgrubsze materace stojące pionowo przy ścianie. Przewracają się z głośnym hukiem. Najpierw podłogi dosięga miękki środek, następnie, z kilkusekundowym opóźnieniem, opadają krawędzie, jak kąciki ust w wymuszonym uśmiechu.

Rozstawiamy najniebezpieczniejsze przyrządy, jakie tylko możemy znaleźć, których pan Joris nigdy nie pozwalał nam używać. Skoki z wyskoczni na trampolinę nad skórzanym kozłem i na następną trampolinę pozwalają nam wykonać salto przed wylądowaniem na grubym, miękkim materacu.

– Fajnie, tor z przeszkodami – mówię.

– Nie, to jest fajniejsze niż tor z przeszkodami – mówi Pim.

Nagle dzwoni szkolny dzwonek. Ostry i długi dźwięk drwi z nas. W czasie godzin lekcyjnych oznacza początek piętnastominutowej zabawy. Dzisiaj moglibyśmy bawić się bez końca, nikt, nawet zakonnica, nas nie nakryje.

Pim leży na materacu. Po nieudanej gwieździe znajduję się obok niego. Kciukiem i palcem wskazującym odciąga swoją zapoconą koszulkę i puszcza ją, powietrze ucieka, kiedy bawełna z powrotem układa się na jego piersi. Lubię kwaśny zapach jego potu. Taki musiał być też zapach wysiłków Jana.

Leżę na plecach. Mnie też tiszert klei się do brzucha. Widzę, jak Pim patrzy na wypukłość pod moją koszulką, co samo w sobie nie jest niemiłe, ale przypominam sobie, jak ojciec określił ją dziś rano: „piersiątka”, nie „piersi”, i w spojrzeniu Pima dostrzegam nagle, co miał na myśli: właściwie nadal nie mam prawdziwych piersi. Te są tylko w połowie, coś między mieć a nie mieć.

– Co robimy? – pytam. Spoglądam na Laurensa, ale nie spodziewam się, że odpowie.

– Muszę wracać do domu – mówi Pim. – Jadę do Lier.

– Co będziesz robił w Lier? – pyta Laurens.

– Odwiedzę mamę u ciotki.

– Jak się ma twoja mama? – pytam.

– Źle.

Na to nawet Laurens nie ma odwagi nic powiedzieć.

Pim wstaje, bez słowa wychodzi i idzie do roweru. Błyskawicznie odjeżdża, przecinając plac zabaw. Patrzymy za nim z Laurensem aż do momentu, kiedy na wysokości małego klasztoru jego plecy zamieniają się w punkcik i znikają.

– Nie widać tego po nim – mówi Laurens.

– Nie – mówię. – A co chciałbyś zobaczyć?

– Tak po prostu, no wiesz.

Konstrukcja w sali gimnastycznej, która jeszcze pół godziny temu wydawała się śmiertelnie niebezpieczna, jest już tylko bałaganem.

Przez chwilę, ale wystarczająco długą, patrząc pod pewnym kątem, mogę zajrzeć do rany Laurensa, pod strupek. Zerkam szybko i bacznie, jak w miejscach, gdzie właściwie nie powinno mnie być.

Skóra się wygoiła, jest różowa i lśniąca.

Przesuwamy kozła pod ścianę, żeby wszystko znowu stało na swoim miejscu.

– Ja też wracam do domu – mówi Laurens.

Patrzę, jak człapie przez plac zabaw, chwiejnie przekłada nogę nad siodełkiem, odjeżdża. Siedzę na ławeczce, która – podwieszona na drabince – dopiero co służyła za zjeżdżalnię. Widzę, jak również Laurens staje się punkcikiem. Obserwuję go tylko dlatego, że żałowałabym, gdyby później odkrył, w ten czy inny sposób, że wodziłam wzrokiem za Pimem, a za nim już nie.

Kiedy Laurensa w końcu naprawdę już nie ma, chodzę po przywróconej do stanu pierwotnego sali. Tego południa równie dobrze mogłoby nie być. Masy powietrza nad placem zabaw przewalają się z wściekłością, wskazówka na zegarze w sali gimnastycznej obraca się niezmordowanie. Ponownie rozlega się szkolny dzwonek. Nie wiem, czy zwiastuje początek czegoś czy koniec.

TRZEJ MUSZKIETEROWIE

Latem 1993 roku, na krótko przed tym, jak Laurens, Pim i ja powinniśmy przejść z trzeciej grupy przedszkolnej do pierwszej klasy, do wszystkich nauczycieli szkoły podstawowej i do szóstki naszych rodziców wysłano list: zaplanowano zebranie, na którym wszystkie te osoby miały być obecne.

Podczas spotkania dyrektorka Beatrice podzieliła się swoimi przemyśleniami. Jak to możliwe, że w 1988 roku urodziło się tylko troje dzieci? Czy to mroźna zima, gorące lato, czy czarny poniedziałek w październiku poprzedniego roku sprawiły, że włączono bieg wsteczny, że nikt nie dorobił się dzieci? Jej szkółka była najmniejsza w całym Kempen, średnio do klasy chodziło dziesięcioro dzieci, ta mała skala stanowiła o uroku placówki, ale – tu spuściła okulary na nos, żeby było jasne, że nie zniesie sprzeciwu – dla takiej garstki dzieci słońce nie wzejdzie.

Jedynym rozwiązaniem była „klasa łączona”: trzy dodatkowe pulpity na końcu sali lekcyjnej. Nauczycielki prowadziłyby normalne zajęcia, a dla dołączanej grupki przygotowywałyby odpowiedni materiał, czasem trudniejszy, czasem łatwiejszy niż to, czego można było nauczyć się w klasie, w której dostawiano by trzy ławki.

– Niezgoda twojego ojca nie była wystarczająco zdecydowana, a rodzice Laurensa i Pima nie mieli żadnego lepszego pomysłu – powiedziała mama sześć lat później. Skończyłam wtedy jedenaście. Zmywałyśmy razem. Z rękami w gorących mydlinach zdobywała się czasem na szczerość, choć najczęściej zaczynała narzekać na sprawy, w których ja siłą rzeczy nie mogłam brać udziału, dlatego pozostawało mi słuchanie.

Ze sposobu, w jaki wymawiała słowa „żadnego lepszego pomysłu” – wyniośle, a równocześnie niepewnie – wywnioskowałam, że podczas tego zebrania przytłoczyła ją imponująca powierzchowność mamy Laurensa i niejako we własnej obronie postanowiła, że nie może żyć z nią w zgodzie.

Być może jej własna matka, również trzymając ręce zanurzone w zlewie, wyszeptała jej do ucha: ludzie, z którymi nam po drodze, to zazwyczaj ci sami, którzy strzelają nam potem w plecy.

Pimowi, Laurensowi i mnie pomysł klasy łączonej się spodobał. Mieliśmy do wyboru to albo chodzić do innej szkoły i codziennie znacznie dalej dojeżdżać rowerami.

Materiał, który dostaliśmy, był łatwiejszy od przerabianego w klasie, do której nas dokooptowano. Słyszeliśmy, jak starsi uczniowie wzdychali, kiedy zadawano prace domowe czy trzeba było rozwiązywać testy, i zawsze mieliśmy wrażenie, że czegoś nam oszczędzono.

Ponieważ inni dość szybko zaczęli nas nazywać „trzema pasożytami”, w kolejnym roku Pim wymyślił „trzech muszkieterów”. Nie do końca wiedzieliśmy, jak mieliśmy to rozumieć, ale slogan „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, który Pim głośno skandował, biegając po placu zabaw, w wielu sytuacjach pomagał. Zaczęliśmy używać tej nazwy w porę i nie w porę: gdy pędziliśmy na bramkę, kiedy dostawaliśmy dobre albo złe stopnie na świadectwie, za każdym razem kiedy otwieraliśmy butelkę kidibula – aż uwierzyliśmy, że nigdy nie będzie nic ważniejszego niż nasza przyjaźń i że to o nas opowiadają książki do historii.

We trójkę graliśmy przeciwko chłopakom z innych roczników. Nie robili z tego problemu, dopóki stałam na bramce i nie strzelałam sobie samobója: wygrana z powodu gola samobójczego przeciwnika znaczyła tyle co przegrana, ale nie była nawet w połowie tak katastrofalna jak przegrana z dziewczyną.

Nie dryblingami odróżniałam się od przeciętnej dziewczyny, ale walecznością i ubiorem. Od pierwszej do piątej klasy włącznie nosiłam granatowe dżinsy i starą piłkarską koszulkę Jolana albo zielony sweter z Myszką Miki.

Po tym, jak porządnie zablokowałam chłopaczka, który przy spalonym wołał do mnie „zdrada”, byłam zapraszana na przyjęcia urodzinowe nie tylko do Laurensa i Pima, ale i do innych chłopaków. Pojawiałam się na każdej imprezie, aż pewnego razu wywołałam zdziwienie, kiedy razem z innymi chciałam sikać na stojąco.

O akceptację dziewczyn nie było łatwo. Musiałam im zawsze najpierw pokazać, że chcę być jedną z nich. Ustawiały się w tyralierę, pytały o zmieniające się hasło, którego nigdy nie mogłam zgadnąć, kazały mi odpowiadać na trudne pytania albo rozwiązywać zagadkę i nawet jak mi się udało i przez pozostałe dwie minuty przerwy wolno mi było bawić się z nimi w trzeciaka albo fryzjera, to i tak miałam u nich dług i trzy duże przerwy później mogły mi ni stąd, ni zowąd skonfiskować mój wafelek.

Uważałam, że młodsze dziewczyny mnie nie rozumieją. Nie powodowało to jednak, że byłam w stanie zrozumieć, dlaczego starsze mówiły mi, że nie mogę z nimi rozmawiać.

„Bycie Spice Girl” to zajęcie wymagające precyzji. Nagle dziewczynom zaczynały się podobać zupełnie inne rzeczy niż do tej pory, liczyły się niuanse – gumka do włosów musiała pasować do sznurówek albo właśnie nie; Jimmy z Get Ready! był najprzystojniejszym chłopakiem albo wręcz przeciwnie; w tornistrze musiałaś mieć lalki Polly Pocket albo wszystko, tylko nie to. W porównaniu z chłopakami dorastające dziewczyny miały znacznie więcej stadiów pośrednich.