Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 393 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szóste wymieranie. Historia nienaturalna - Elizabeth Kolbert

Opowieść o przeszłości i przyszłości Ziemi oraz ważna przestroga dla ludzkości. Bestseller „New York Timesa”, uhonorowany Nagrodą Pulitzera w dziedzinie nauki.

W historii naszego globu odnotowujemy pięć wielkich wyginięć gatunków, które spowodowały drastyczny spadek bioróżnorodności na Ziemi. Naukowcy na ca łym świecie obserwują obecnie szóste wymieranie – prawdopodobnie największą katastrofę od czasu uderzenia w Ziemię asteroidy, które spowodowało wyginięcie dinozaurów. Tym razem jednak przyczyna jest o wiele bardziej prozaiczna, a zarazem o wiele bardziej groźna – człowiek.

Działalność ludzka powoduje nieodwracalne zmiany klimatyczne, i to właśnie człowiek może powstrzymać błędne koło nieracjonalnej gospodarki zasobami naturalnymi i dewastacji środowiska. Elizabeth Kolbert z ogromną erudycją i nie bez poczucia humoru opisuje wymarłe na przestrzeni tysiącleci gatunki, przedstawia rozwój nauki i koncepcji ewolucji, rozmawia z wpływowymi naukowcami. Drąży temat z ogromną determinacją, mając świadomość, że problem, przez lata spychany na margines, już zbiera pierwsze żniwo, zaburzając delikatną równowagę biologiczną.

W ciągu ostatniej dekady Elizabeth Kolbert dała się poznać jako jedna z najlepszych pisarek popularnonaukowych. Jej pisarstwo jest niczym głos sumienia, dotyczy skutków zgubnego wpływu człowieka na ekosferę. – „The New York Times”

Nasz gatunek zmienia świat i palącą kwestią staje się to, czy weźmiemy na siebie odpowiedzialność za to, co robimy. Szóste wymieranie to śmiała i czasami rozpaczliwa próba obudzenia w nas poczucia odpowiedzialności. – „The Washington Post”

Elizabeth Kolbert – dziennikarka „New York Timesa”, a następnie „New Yorkera”, pisarka, profesor Williams College. Jej zainteresowania obracają się głównie wokół spraw społecznych: pisała zarówno o korzystaniu z grup dyskusyjnych, jak i zaopatrzeniu Nowego Jorku w wodę. Jej trzyczęściowa seria na temat globalnego ocieplenia The Climate of Man zdobyła m.in. główną nagrodę National Magazine Award for Public Interest. W 2015 roku Kolbert otrzymała Pulitzera w dziedzinie literatury popularnonaukowej za książkę Szóste wymieranie. Historia nienaturalna.

Opinie o ebooku Szóste wymieranie. Historia nienaturalna - Elizabeth Kolbert

Fragment ebooka Szóste wymieranie. Historia nienaturalna - Elizabeth Kolbert

Elizabeth Kolbert

Szóste wymieranie

Historia nienaturalna

przełożyli Tatiana Grzegorzewska i Piotr Grzegorzewski

Tytuł oryginału: The Sixth Extinction

Copyright © 2014 by Elizabeth Kolbert

Published by arrangement with The Robbins Office, Inc. and Aitken, Alexander & Associates, Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Tatiana Grzegorzewska i Piotr Grzegorzewski, MMXVI

Wydanie I 

Warszawa MMXVI

Niebezpieczeństwa czyhające na drodze ludzkości nie tyle zagrażają przeżyciu naszego gatunku, ile – cóż za ironia losu – ewolucja świata organicznego sprawia, że w momencie dochodzenia umysłu ludzkiego do samowiedzy życie skazało na zagładę swoje najpiękniejsze stworzenia.

Edward O. Wilson, przeł. January Weiner1

Mijają wieki, a tylko w teraźniejszości dokonują się fakty.

Jorge Luis Borges, przeł. Andrzej Sobol-Jurczykowski2

Prolog

Mówi się, że początki często skrywa mrok. Podobnie jest z tą historią, która rozpoczyna się wraz z pojawieniem się nowego gatunku: jakieś 200 tysięcy lat temu. Gatunek ten nie ma jeszcze nazwy – bo nic jej nie ma – choć ma zdolność do nadawania nazw.

Jak w przypadku każdego młodego gatunku jego pozycja jest niepewna, liczebność niska, a zasięg występowania ogranicza się do części wschodniej Afryki. Powoli jego populacja rośnie, jednak całkiem możliwe, że później znów zmaleje – niektórzy twierdzą, że niemal nieodwracalnie – do kilku tysięcy par.

Przedstawiciele tego gatunku nie są szczególnie szybcy, silni ani płodni. Są jednak wyjątkowo zaradni. Stopniowo zajmują regiony o różnych klimatach, pełne zarówno drapieżników, jak i potencjalnych zdobyczy. Żadne z typowych ograniczeń środowiskowych lub geograficznych ich nie powstrzymuje. Pokonują rzeki, płaskowyże, pasma górskie. W regionach przybrzeżnych zbierają skorupiaki, w głębi lądu polują na ssaki. Wszędzie przystosowują się do nowych warunków i wprowadzają innowacje. Po dotarciu do Europy spotykają istoty bardzo podobne do siebie, chociaż masywniejsze, obdarzone zapewne ciemniejszą skórą, które żyją na tym kontynencie znacznie dłużej od nich. Krzyżują się z tymi stworzeniami, a następnie w taki czy inny sposób doprowadzają do ich śmierci.

Finał tej historii okaże się ze wszech miar godny podziwu. W miarę jak opisywany tu gatunek rozszerza zasięg występowania, spotyka na swojej drodze zwierzęta dwukrotnie, dziesięciokrotnie, a nawet dwudziestokrotnie większe od siebie: ogromne koty, olbrzymie niedźwiedzie, żółwie wielkie jak słonie, leniwce mierzące pięć metrów długości. Są one często silniejsze i groźniejsze od przedstawicieli wspomnianego gatunku. Jednak wolno się rozmnażają i znikają z powierzchni Ziemi.

Chociaż opisywane tu istoty są zwierzętami lądowymi, są na tyle zmyślne, że przekraczają morze. Docierają do wysp zamieszkanych przez gatunki, których ewolucja była całkiem odmienna: ptaki składają tam jaja o długości 30 centymetrów, hipopotamy osiągają wielkość świń, a scynki – rozmiar gigantów. Te żyjące w izolacji stworzenia nie umieją poradzić sobie z przybyszami i ich towarzyszami podróży (głównie szczurami). Wiele z nich się poddaje.

Proces trwa zrywami przez tysiące lat, aż wreszcie gatunek, już nie tak nowy, dociera do niemal każdego zakątka świata. W tym momencie, mniej więcej równocześnie, następuje kilka zjawisk, które pozwalają Homo sapiens – bo tak same siebie nazwały te istoty – na rozmnażanie się w bezprecedensowym tempie. W ciągu jednego stulecia populacja się podwaja, następnie znowu się podwaja, a potem robi to ponownie. Ludzie wycinają rozległe lasy. Robią to celowo, żeby się wyżywić. Bardziej lub mniej świadomie przenoszą organizmy z jednego kontynentu na drugi i przeorganizowują biosferę.

Jednocześnie zachodzi jeszcze dziwniejsza i bardziej radykalna transformacja. Po wykryciu podziemnych pokładów energii ludzie zaczynają zmieniać skład atmosfery. To z kolei powoduje zmianę klimatu i składu chemicznego oceanów. Niektóre rośliny i zwierzęta zaczynają się przemieszczać. Przenoszą się w góry i migrują w kierunku biegunów. Jednak bardzo wiele z nich – najpierw setki, potem tysiące, a ostatecznie być może miliony – nie ma możliwości przetrwania. Tempo wymierania rośnie, a struktura życia ulega zmianie.

Żadne stworzenie nigdy wcześniej nie zmieniło życia na naszej planecie w aż tak dużym stopniu, choć dochodziło do innych, porównywalnych kataklizmów. W odległej przeszłości Ziemia niezmiernie rzadko ulegała zmianom tak gruntownym, by wpływały one na zmniejszenie się różnorodności form życia. Pięć z tych dawnych wydarzeń było na tyle groźnych, że mówi się o nich jako o odrębnej kategorii: to tak zwana wielka piątka. W wyniku czegoś, co wydaje się fantastycznym zbiegiem okoliczności, ale prawdopodobnie nie jest przypadkiem, poznajemy historię tych wydarzeń dokładnie w chwili, gdy ludzie zaczynają zdawać sobie sprawę, że stali się przyczyną kolejnego takiego wydarzenia. Chociaż jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby stwierdzić, czy osiągnie ono rozmiary porównywalne z wielką piątką, nazywa się je szóstym wymieraniem.

Opowieść o szóstym wymieraniu, przynajmniej w mojej interpretacji, składa się z trzynastu rozdziałów. Każdy z nich opowiada o gatunku, który może aspirować do miana symbolu – mastodont amerykański, alka olbrzymia czy amonit, który zniknął pod koniec kredy wraz z dinozaurami. Stworzenia z pierwszych rozdziałów już wymarły – ta część książki dotyczy głównie wielkich katastrof z przeszłości i niezwykłych historii ich odkrywania, począwszy od prac francuskiego przyrodnika Georges’a Cuviera. Akcja drugiej części książki rozgrywa się w chwili obecnej – w coraz bardziej rozdrobnionych lasach deszczowych Amazonii, na szybko ocieplającym się stoku góry w Andach i na krańcach Wielkiej Rafy Koralowej. Zdecydowałam się odwiedzić te konkretne miejsca z powodów czysto reporterskich: dlatego że była tam stacja badawcza albo ktoś zaprosił mnie do wzięcia udziału w ekspedycji naukowej. Zakres obecnych zmian jest tak ogromny, że mogłam się udać niemal wszędzie i niemal wszędzie znaleźć ich oznaki. Jeden z rozdziałów dotyczy wymierania, które rozgrywa się właściwie na moim podwórku (a całkiem możliwe, że i na twoim).

Jeśli wymieranie to makabryczny temat, masowe wymieranie jest masowo makabryczne. Jest jednak także fascynujące. W tej książce staram się ukazać dwie strony medalu: emocje dotyczące tego, czego się uczymy, oraz przerażenie towarzyszące tej nauce. Mam nadzieję, że jej czytelnicy zrozumieją, że żyjemy w naprawdę niezwykłych czasach.

Rozdział ISzóste wymieranie

Atelopus zeteki

Miasteczko El Valle de Antón leży w centralnej Panamie, we wnętrzu nieczynnego wulkanu, który uformował się około miliona lat temu. Krater ma sześć kilometrów szerokości i przy ładnej pogodzie widać jego poszarpane krawędzie, otaczające miasto niczym mury zrujnowanej wieży. W El Valle jest jedna główna ulica, posterunek policji i bazar. Oprócz zwyczajowych kapeluszy panama i kolorowych haftów można tam znaleźć mnóstwo figurek panamskich złotych żab (Atelopus zeteki). Są więc złote żaby spoczywające na liściach, siedzące na tylnych łapach, a nawet – o dziwo – trzymające telefony komórkowe. Niektóre mają falbaniaste spódnice, inne przedstawiono w tanecznych pozach, jeszcze inne palą papierosy z fifki jak Roosevelt. Panamska złota żaba (w rzeczywistości żółta z ciemnobrązowymi plamami) to gatunek endemiczny okolic El Valle. W Panamie uważa się ją za symbol szczęścia; jej wizerunek znajduje się (a w każdym razie znajdował się do niedawna) na kuponach lotto.

Jeszcze dziesięć lat temu te płazy bez trudu można było spotkać na wzgórzach El Valle. Są one trujące (obliczono, że trucizna zawarta w skórze jednej złotej żaby może zabić tysiąc myszy średniej wielkości), stąd wyrazisty kolor, który sprawia, że wyróżniają się na tle ściółki leśnej. Pewien strumień niedaleko El Valle został nawet nazwany Strumieniem Tysiąca Żab. Wzdłuż niego można było zobaczyć mnóstwo złotych żab wygrzewających się na słońcu. Pewien herpetolog, który odbył wiele takich spacerów, skomentował to zjawisko krótko: „To było szalone – kompletnie szalone”.

Nagle jednak złote żaby dookoła El Valle zaczęły znikać. Problem – jeszcze nie uważano go za kryzys – po raz pierwszy zauważono na zachodzie, niedaleko granicy Panamy z Kostaryką. Amerykańska studentka badała płazy w tamtejszym lesie tropikalnym. Wyjechała do Stanów, żeby napisać pracę dyplomową, a kiedy wróciła, nie mogła znaleźć ani jednej złotej żaby i w ogóle żadnych innych płazów. Nie wiedziała, co się dzieje, ale ponieważ potrzebowała ich do swoich badań, przeniosła swój punkt badawczy nieco dalej na wschód. Żaby w nowym miejscu wydawały się zdrowe, potem jednak sytuacja się powtórzyła: nagle zginęły. Zaraza rozprzestrzeniła się na cały las. W końcu w 2002 roku płazy ze wzgórz i strumieni wokół Santa Fé, około 106 kilometrów na zachód od El Valle, praktycznie zniknęły z powierzchni Ziemi. W 2004 roku zaczęto znajdować martwe osobniki bliżej El Valle, niedaleko El Copé. Do tego czasu grupa biologów złożona z naukowców z Panamy i Stanów Zjednoczonych doszła do wniosku, że Atelopus zeteki znajduje się w niebezpieczeństwie, i postanowiła uratować resztki populacji. Naukowcy zabrali kilkadziesiąt osobników obu płci z lasu i zaczęli je hodować w zamkniętym pomieszczeniu. Jednak zaraza rozprzestrzeniała się szybciej, niż się spodziewali. Zanim udało im się wprowadzić plan w życie, stało się najgorsze.

Po raz pierwszy przeczytałam o złotych żabach z El Valle w czasopiśmie przyrodniczym dla dzieci, które kupiłam swoim synom3. Artykuł, ilustrowany kolorowymi zdjęciami Atelopus zeteki i innych fantastycznie ubarwionych gatunków, opowiadał o zarazie i wysiłkach biologów, żeby jakoś zapobiec jej rozprzestrzenianiu. Naukowcy mieli nadzieję, że uda im się założyć w El Valle nową placówkę badawczą, ale nie zdążyli. Postanowili, że uratują tak wiele osobników, jak się da, mimo że nie mieli gdzie ich trzymać. Co zrobili? Umieścili je w… hotelu dla żab. Właściciele „niesamowitego żabiego hotelu” (a tak naprawdę miejscowego pensjonatu) zgodzili się, aby żaby umieszczono w akwariach w wynajętych pokojach.

„Żaby mają biologów na każde zawołanie i korzystają z zakwaterowania pierwszej klasy, w tym z usług pokojówek i służby hotelowej” – zauważała autorka artykułu. Płazom serwowano też pyszne posiłki, „tak świeże, że jedzenie dosłownie wyskakiwało z talerzy”.

Zaledwie kilka tygodni po lekturze tego tekstu napotkałam kolejny artykuł związany z tym tematem, lecz utrzymany w nieco innym tonie. Ukazał się w „Proceedings of the National Academy of Sciences”, a napisało go dwóch herpetologów. Nosił tytuł: Are We in the Midst of the Sixth Mass Extinction? A View from the World of Amphibians (Czy jesteśmy w trakcie szóstego masowego wymierania? Perspektywa ze świata płazów)4. Jego autorzy, David Wake z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Vance Vredenburg z Uniwersytetu Stanowego w San Francisco, zauważyli, że „w historii życia naszej planety wydarzyło się pięć wielkich katastrof”, które doprowadziły do „ogromnych strat w bioróżnorodności”. Do pierwszego masowego wymierania doszło w późnym ordowiku, jakieś 450 milionów lat temu, kiedy większość istot wciąż żyła w wodzie. Największe spustoszenie miało natomiast miejsce pod koniec permu, około 250 milionów lat temu. Omal nie zakończyło ono życia na Ziemi (tę katastrofę nazywa się czasem „matką masowych wymierań” lub „wielkim wymieraniem”). Ostatnie – i najsłynniejsze – masowe wyginięcie gatunków wydarzyło się pod koniec okresu kredy; to ono skazało na zagładę dinozaury (Dinosauria), plezjozaury (Plesiosauria), mozazaury (Mosasauridae), amonity (Ammonoidea) i pterozaury (Pterosauria). Wake i Vredenburg ze skali wymierania płazów wywnioskowali, że obecnie dochodzi do wydarzenia o podobnej naturze. Artykuł zilustrowano tylko jednym zdjęciem: kilkunastu martwych górskich żab żółtonogich (Rana muscosa), leżących na jakichś kamieniach.

Wiem, dlaczego czasopismo dla dzieci nie opublikowało zdjęcia martwych płazów. Jasne jest dla mnie również, dlaczego dziennikarze posłużyli się obrazkiem żab korzystających z usług hotelowych, kojarzącym się z uroczymi książeczkami Beatrix Potter. Mimo wszystko jednak wydało mi się – jako dziennikarce – że autorzy pierwszego artykułu zataili prawdę. Każde wydarzenie, do którego doszło zaledwie pięć razy od czasu, gdy pojawiło się pierwsze zwierzę mające kręgosłup, czyli od jakichś 500 milionów lat, musi kwalifikować się do kategorii niezmiernie rzadkich. Koncepcję, że szóste takie wydarzenie może rozgrywać się właśnie teraz, na naszych oczach, uznałam za niesamowitą. Z całą pewnością właśnie ta historia – poważniejsza, mroczniejsza i obarczona większymi konsekwencjami – zasługiwała na opowiedzenie. Jeśli Wake i Vredenburg mieli rację, to obecnie jesteśmy nie tylko świadkami jednego z najrzadszych wydarzeń w historii życia, ale również jego przyczyną. Jak to ujęli naukowcy: „Jeden rachityczny gatunek nieświadomie osiągnął możliwość bezpośredniego wpływania na własny los i los innych gatunków na świecie”. Kilka dni po przeczytaniu artykułu Wake’a i Vredenburga zarezerwowałam bilet do Panamy.

El Valle Amphibian Conservation Center (Ośrodek Ochrony Płazów w El Valle), inaczej EVACC, leży przy drodze gruntowej niedaleko bazaru, na którym można kupić figurki złotych żab. Jest wielkości jednorodzinnego domu i mieści się na tyłach małego, sennego zoo, tuż za klatką bardzo sennych leniwców. Cały budynek wypełniają akwaria. Stoją jedno na drugim pod ścianami i pośrodku sal, niczym książki na półkach w bibliotece. Akwaria stojące wyżej zajmują gatunki takie jak Hylomantis lemur, zamieszkujące w koronach drzew; te znajdujące się niżej przeznaczone są dla Eleutherodactylus, żyjących w ściółce leśnej. Akwaria pełne Gastrotheca cornuta, które noszą jaja w woreczkach, stoją obok akwariów z Aparasphenodon brunoi, noszących jaja na grzbiecie. Kilkadziesiąt akwariów zamieszkuje Atelopus zeteki.

Te ostatnie płazy mają specyficzny chód, który sprawia, że wyglądają, jakby były pijane, lecz próbowały iść prosto. Charakteryzują je długie, chude kończyny, spiczaste głowy i bardzo ciemne oczy, którymi wydają się ostrożnie oglądać świat. Wiem, że to ryzykowna teza, ale według mnie wyglądają na inteligentne. Na wolności samice składają jaja w płytkich, płynących wodach; osobniki męskie w tym czasie bronią swojego terytorium, zajmując omszałe głazy. W EVACC w każdym akwarium z Atelopus zeteki zapewniono żabom płynącą wodę, dostarczaną przez specjalny wężyk, żeby mogły rozmnażać się w warunkach podobnych do tych, które występują w ich naturalnym środowisku. W jednym z takich zastępczych strumieni zauważyłam sznureczek jajek, wyglądających jak perełki. Na białej tablicy obok ktoś napisał, że jeden z płazów: „Deposito huevos!”.

Panamska złota żaba (Atelopus zeteki).

Ośrodek EVACC leży mniej więcej pośrodku obszaru występowania panamskich złotych żab, ale jest odcięty od świata zewnętrznego. Nic nie może dostać się do budynku, dopóki nie zostanie zdezynfekowane. Dotyczy to również płazów – spryskuje się je rozcieńczonym wybielaczem. Ludzie muszą nosić specjalne obuwie i zostawiać przed wejściem torby, plecaki i sprzęt używany w terenie. Woda, która wypełnia akwaria, jest filtrowana i oczyszczana. To, że placówka jest odcięta od świata, sprawia, że wydaje się okrętem podwodnym, a może raczej arką podczas potopu.

Dyrektorem EVACC jest Panamczyk Edgardo Griffith. Jest wysoki, barczysty, ma okrągłą twarz i szeroki uśmiech. W każdym uchu nosi srebrne kółko, a na lewym podudziu ma duży tatuaż ze szkieletem ropuchy. Na oko 35-letni Griffith poświęcił całe swoje dorosłe życie płazom z El Valle i zaraził miłością do nich swoją żonę, Amerykankę, która przybyła do Panamy jako wolontariuszka Korpusu Pokoju. To on jako pierwszy zauważył, że w okolicy pojawiły się martwe osobniki, i osobiście zebrał wiele z kilkuset płazów, które swego czasu zameldowano w hotelu (po ukończeniu budowy ośrodka zwierzęta przetransportowano do EVACC). Jeśli EVACC potraktować jak arkę, to jej dyrektor mógłby być Noem, choć na wydłużonym dyżurze, ponieważ zajmuje się tą menażerią o wiele dłużej niż czterdzieści dni. Griffith powiedział mi, że najważniejszą częścią jego pracy było poznanie poszczególnych osobników. „Każdy z nich ma dla mnie taką samą wartość jak słoń” – wyznał.

Kiedy odwiedziłam EVACC po raz pierwszy, pokazał mi reprezentantów gatunków wymarłych na wolności. Oprócz Atelopus zeteki był wśród nichEcnomiohyla rabborum, po raz pierwszy zidentyfikowany dopiero w 2005 roku, a nazwany i opisany trzy lata później. W czasie mojej wizyty w EVACC przy życiu pozostawał tylko jeden płaz tego gatunku, więc nie było już szans na uratowanie choćby jednej pary. Ten zielono-brązowy osobnik z żółtymi plamkami miał około 10 centymetrów długości i duże kończyny, które sprawiały, że wyglądał jak niezdarny nastolatek. Ecnomiohyla rabborum żył w lasach wokół El Valle i składał jaja w otworach drzew. Co niezwykłe, to osobniki męskie opiekowały się kijankami i pozwalały im zjadać skórę ze swoich grzbietów. Griffith wyznał, że jego zdaniem w okolicy żyło jeszcze wiele innych gatunków płazów, które pominięto w gorączce zbierania okazów dla EVACC i które od tamtej pory wyginęły; trudno powiedzieć ile, ponieważ w większości były one nieznane nauce.

„Niestety, tracimy te wszystkie płazy, zanim dowiemy się o ich istnieniu. Nawet zwykli mieszkańcy El Valle to zauważyli – dodał. – Pytają mnie: «Co się stało z żabami? Już nie słyszymy ich kumkania»”.

Kiedy kilkadziesiąt lat temu zaczęły się pojawiać pierwsze doniesienia o tym, że liczba płazów szybko spada, niektórzy najwięksi eksperci w tej dziedzinie sceptycznie podchodzili do tych wiadomości. Płazy należą przecież do najsilniejszych gatunków na naszej planecie. Przodkowie dzisiejszych żab wypełzli z wody około 400 milionów lat temu, a 250 milionów lat temu wyewoluowali najwcześniejsi przedstawiciele tego, z czego powstały współczesne rzędy płazów – jeden obejmuje żaby i ropuchy, drugi traszki i salamandry, a trzeci dziwne, pozbawione kończyn stworzenia – płazy beznogie. To oznacza, że płazy zamieszkują Ziemię nie tylko dłużej niż ssaki i ptaki; one ją zamieszkiwały jeszcze przed pojawieniem się dinozaurów.

Większość płazów, czyliAmphibia, co w języku greckim oznacza „podwójne życie” – wciąż jest blisko związana z królestwem wody, z którego się wywodzi (starożytni Egipcjanie uważali, że żaby powstają w wyniku połączenia ziemi i wody podczas corocznych wylewów Nilu). Ich pozbawione skorupek jaja muszą mieć dostęp do wody, żeby się rozwinąć. Wiele płazów, tak jak Atelopus zeteki, składa skrzek w strumieniach. Istnieją też żaby, które składają go w tymczasowych zbiornikach wodnych, pod ziemią i w gniazdach, które budują z piany. Niektóre noszą skrzek w woreczkach na grzbietach, inne – owinięty wokół kończyn jak bandaż. Jeszcze do niedawna istniały dwa gatunki płazów, które połykały zapłodnione jaja, nosiły je w żołądkach i rodziły kijanki przez jamę gębową.

Płazy pojawiły się na Ziemi, kiedy ląd był jednym wielkim superkontynentem (obecnie nazywamy go Pangeą). Po rozdzieleniu się Pangei adaptowały się do warunków na każdym kontynencie oprócz Antarktydy. Na całym świecie zidentyfikowano niewiele ponad 7 tysięcy ich gatunków i chociaż najwięcej z nich można znaleźć w tropikalnych lasach deszczowych, niektóre – tak jak Arenophryne rotunda z Australii – żyją na pustyni, a inne – tak jak żaba leśna (Lithobates sylvaticus) – mogą przetrwać nawet za kołem podbiegunowym. Część pospolitych północnoamerykańskich płazów, w tym rzekotka krzyżowa (Pseudacris crucifer), spędza zimę w postaci zamrożonej, niczym lód na patyku. Długa historia ewolucyjna tej gromady oznacza, że nawet grupy płazów, które z ludzkiej perspektywy wydają się do siebie podobne, pod względem genetycznym mogą się różnić tak jak nietoperze i konie.

David Wake, jeden z autorów artykułu, który stał się powodem mojej podróży do Panamy, również początkowo nie wierzył, że płazy giną. W połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku jego studenci zaczęli wracać z wypraw mających na celu zbieranie płazów w Sierra Nevada z pustymi rękami. Wake pamiętał ze swoich studenckich czasów, czyli z lat sześćdziesiątych, że w tamtych okolicach płazy spotykało się na każdym kroku.

„Jeśli chodziło się po łące, można było na nie przypadkiem nadepnąć – powiedział mi. – Były wszędzie”.

Wake podejrzewał, że jego studenci szukali w nieodpowiednich miejscach albo nie mieli pojęcia, jak szukać. Jednak adiunkt mający kilkuletnie doświadczenie w zbieraniu płazów powiedział mu, że też nie mógł ich znaleźć.

„Zgodziłem się pojechać z nim i pójść w sprawdzone miejsce – opowiadał Wake. – Znaleźliśmy tam tylko dwie ropuchy”.

Zjawisko to wydawało się tak tajemnicze poniekąd dlatego, że płazy znikały niezależnie od położenia geograficznego – nie tylko z zamieszkałych terenów, gdzie mogli niepokoić je ludzie, lecz również z tych relatywnie dziewiczych, takich jak Sierra Nevada czy góry Ameryki Środkowej. Pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku amerykańska herpetolog wybrała się do Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde (Rezerwatu Las Mglisty Monteverde) w północnej Kostaryce, aby badać zwyczaje reprodukcyjne ropuch złotych (Incilius periglenes)5. Szukała ich przez dwa sezony; tam, gdzie kiedyś ropuchy spółkowały w skręcających się masach, znalazła zaledwie jednego osobnika (ropucha złota, uznana obecnie za wymarłą, miała jasnopomarańczowy kolor i była dalekim krewnym panamskiej złotej żaby, która – ze względu na dwa gruczoły umiejscowione za oczami – w rzeczywistości również jest ropuchą).

Mniej więcej w tym samym czasie w środkowej Kostaryce biolodzy zauważyli, że populacja kilku endemicznych gatunków płazów gwałtownie się zmniejszyła. Znikały nie tylko rzadkie i niszowe gatunki, ale również te bardziej znane. W Ekwadorze gatunek Atelopus ignescens, częsty gość w przydomowych ogródkach, zniknął w ciągu kilku lat. A w północno-wschodniej Australii Taudactylus diurnus, niegdyś jeden z najbardziej rozpowszechnionych w regionie, też okazał się nie do znalezienia.

Pierwsza wskazówka przybliżająca odkrycie tajemniczego zabójcy płazów, który dziesiątkował je od Queensland aż po Kalifornię, nadeszła, o ironio, z ogrodu zoologicznego. National Zoo w Waszyngtonie z sukcesem, od wielu pokoleń hodowało drzewołazy niebieskie (Dendrobates tinctorius), występujące w Surinamie. Potem, niemal z dnia na dzień, te wychowywane w akwariach w zoo płazy zaczęły masowo padać. Patolog weterynaryjny z ogrodu zoologicznego pobrał próbki z martwych osobników i przyjrzał im się przez elektronowy mikroskop skaningowy. Na skórze odkrył dziwne mikroorganizmy, które zidentyfikował w końcu jako grzyby z gromady skoczkowców (Chytridiomycota).

Występują one niemal wszędzie; można je znaleźć zarówno na wierzchołkach drzew, jak i głęboko pod ziemią. Tego akurat gatunku nie spotkano wcześniej; był tak niezwykły, że uznano go za reprezentanta oddzielnego rodzaju i nazwano Batrachochytrium dendrobatidis (od greckiego batrochos– „żaba”), w skrócie Bd.

Patolog weterynaryjny wysłał próbki zakażonych płazów do mykologa na Uniwersytecie w Maine. Mykolog wyhodował kultury grzyba i odesłał część do Waszyngtonu. Zdrowe drzewołazy niebieskie po zetknięciu się z wyhodowanym w laboratorium Bd zachorowały i padły w ciągu trzech tygodni. Badania wykazały, że Bd ingeruje w charakterystyczną dla żab zdolność przyswajania najważniejszych elektrolitów przez skórę. Przez to doznają czegoś w rodzaju ataku serca.

EVACC najlepiej można opisać jako projekt w toku. W tym samym tygodniu, w którym byłam w ośrodku, przebywała w nim również grupa amerykańskich wolontariuszy pomagających stworzyć specjalną ekspozycję. Wystawa miała być otwarta dla publiczności; ze względu na bioochronę zaplanowano ją w osobnym pomieszczeniu z niezależnym wejściem. W ścianach zrobiono wnęki na szklane gabloty. Wokół nich ktoś namalował górzysty krajobraz, podobny do tego na zewnątrz. Gwoździem wystawy miała być wielka gablota z Atelopus zeteki. Wolontariusze próbowali zbudować dla złotych żab metrowy wodospad z betonu. Pojawiły się jednak problemy z układem pompującym i ze zdobyciem części zamiennych, bo w dolinie nie było sklepu żelaznego. Głównie więc kręcili się wokół w oczekiwaniu na dostawę.

Spędziłam z nimi dużo czasu. Podobnie jak Griffith, byli miłośnikami płazów. Kilku pracowało w ogrodach zoologicznych w Stanach Zjednoczonych (jeden z nich wyznał, że żaby zniszczyły jego małżeństwo). Poświęcenie tych ludzi zrobiło na mnie wrażenie, było równie wielkie jak to, dzięki któremu swego czasu płazy trafiły do hotelu. Jednak czułam też, że jest coś strasznie smutnego w namalowanych zielonych wzgórzach i sztucznym wodospadzie.

To, że w lasach wokół El Valle prawie nie spotyka się już płazów, dowodzi, że zebranie zwierząt w EVACC było koniecznością. A jednak im dłużej zwierzęta przebywają w ośrodku, tym trudniej wytłumaczyć, co tam robią. Jak się okazuje, Batrachochytrium nie potrzebuje płazów do przetrwania. Nawet gdy wybije zwierzęta na danym terenie, nadal ma się dobrze. A zatem, gdyby wypuścić płazy z EVACC i pozwolić im skakać po wzgórzach El Valle, zachorowałyby i zginęły (choć grzyb ginie w zetknięciu z wybielaczem, nie sposób zdezynfekować w ten sposób całego lasu). Wszyscy, z którymi rozmawiałam w EVACC, twierdzili, że główny cel ośrodka to utrzymanie zwierząt przy życiu, dopóki nie będzie można ich wypuścić, aby ponownie osiedliły się w lasach. Jednak wszyscy równocześnie przyznawali, że nie wiedzą, jak miałoby to wyglądać w praktyce.

Mamy nadzieję, że jakoś się to wszystko ułoży – powiedział mi Paul Crump, herpetolog z zoo w Houston, który kierował wstrzymaną budową wodospadu. – Musimy mieć nadzieję, że coś się zmieni, uda nam się wszystko połączyć i będzie tak jak kiedyś, choć kiedy to teraz mówię, moje słowa brzmią raczej głupio”.

„Chodzi o to, żeby móc je wypuścić, co z każdym dniem staje się coraz mniej realne” – podsumował Griffith.

Grzyby z rodzaju Batrachochytrium rozjechały El Valle niczym walec drogowy, jednak wcale się nie zatrzymały. Kontynuowały podróż na wschód. Zresztą zaatakowały Panamę także z zachodu, z Kolumbii. Rozprzestrzeniły się wszędzie: przez góry i wyżyny Ameryki Południowej aż po doliny wschodniego wybrzeża Australii, Nową Zelandię i Tasmanię. Zaraza nie ominęła Karaibów, grzyby odkryto również we Włoszech, Francji, w Hiszpanii i Szwajcarii. W Stanach Zjednoczonych epicentrum odkryto w kilku punktach – tam zasięg występowania grzybów nie rozszerzał się jak fala, a raczej jak seria kręgów. W tej chwili wydaje się to nie do zatrzymania.

Tak jak inżynierowie akustycy mówią o hałasie tła, biolodzy wspominają o wymieraniu w tle. W zwykłych czasach – czasach rozumianych jako całe epoki geologiczne – wymieranie zdarza się niezmiernie rzadko, jeszcze rzadziej niż powstawanie gatunków, i dochodzi do niego z prędkością określaną mianem tempa wymierania w tle. Jest ono inne dla różnych grup organizmów, często wyraża się je liczbą wymierań gatunków na milion lat. Obliczanie tego tempa to pracochłonne zajęcie, które oznacza żmudne przeglądanie baz danych skamielin. W przypadku bodaj najlepiej poznanej grupy, czyli ssaków, uważa się, że tempo wymierania wynosi około 0,25 na milion gatunków rocznie6. Oznacza to, że skoro w tej chwili mamy około 5500 gatunków ssaków na Ziemi, tempo wymierania, jakiego można by się spodziewać (w dużym przybliżeniu), to jeden gatunek na 700 lat.

Z masowym wymieraniem sprawa przedstawia się inaczej. Zamiast szumu tła mamy huk – i liczba wymierających gatunków gwałtownie wzrasta. Anthony Hallam i Paul Wignall, brytyjscy paleontolodzy, którzy pisali sporo na ten temat, definiują masowe wymieranie jako wydarzenie eliminujące „stosunkowo dużo światowej bioty w geologicznie mało znaczącym okresie”7. Inny ekspert, David Jablonski charakteryzuje masowe wymieranie jako „znaczną stratę bioróżnorodności”, szybką i na „globalną skalę”8. Michael Benton, paleontolog, który badał wymieranie z końca permu, używa metafory drzewa życia: „Podczas masowego wymierania wycinane są całe gałęzie, jakby zaatakowane przez szalonych drwali”9. Piąty paleontolog, David Raup próbował spojrzeć na tę kwestię z punktu widzenia ofiar: „Przez większość czasu gatunki mają niewielkie ryzyko wyginięcia, [ale te] warunki relatywnego bezpieczeństwa oznaczają rzadkie okresy dużo większego ryzyka”. Historia życia składa się zatem z „długich okresów nudy, przerywanych sporadyczną paniką”10.

W okresach paniki całe grupy niegdyś dominujących organizmów mogą zniknąć lub zacząć odgrywać podrzędne role, zupełnie jakby nasza planeta przeszła zmiany w obsadzie. Uświadomienie sobie ogromu tych strat doprowadziło paleontologów do wniosku, że w czasie masowych wymierań (oprócz wielkiej piątki zdarzały się również podobne wydarzenia na mniejszą skalę) zwykłe zasady przetrwania zostają zawieszone. Warunki zmieniają się tak drastycznie lub tak nagle (albo zarówno drastycznie, jak i nagle), że historia ewolucyjna przestaje się liczyć. W rezultacie te same cechy, które były najbardziej użyteczne, gdy trzeba było poradzić sobie ze zwykłymi zagrożeniami, w niezwykłych okolicznościach okazują się zabójcze.

W przypadku płazów nie dokonano rygorystycznych wyliczeń tempa wymierania w tle – poniekąd dlatego, że skamieliny tych zwierząt spotyka się stosunkowo rzadko. Jednak prawdopodobnie tempo to jest niższe niż u ssaków11. W przybliżeniu wynosi ono jeden gatunek płazów na tysiąc lat. Ten gatunek może pochodzić z Afryki, Azji lub Australii. Innymi słowy, prawdopodobieństwo tego, że ktoś stanie się świadkiem takiego wydarzenia, jest bliskie zeru. Tymczasem Griffith osobiście zaobserwował wymarcie kilku gatunków płazów. Podobnie jest z niemal każdym herpetologiem (nawet ja w czasie zbierania materiałów do tej książki spotkałam gatunek, który obecnie już nie istnieje, a także trzy lub cztery inne, które podobnie jak Atelopus zeteki nie występują już na wolności).

„Wybrałem herpetologię, ponieważ lubię pracę ze zwierzętami – napisał Joseph Mendelson, herpetolog z zoo w Atlancie. – Nie przewidziałem, że zacznie ona przypominać paleontologię”12.

Dzisiaj płazy mają wątpliwy zaszczyt bycia najbardziej zagrożoną gromadą zwierząt; według obliczeń tempo ich wymierania może być nawet 45 tysięcy razy wyższe niż tempo wymierania w tle13. Jednak tempo wymierania w wielu innych grupach organizmów zbliża się do poziomu płazów. Szacuje się, że jedna trzecia budujących rafy koralowców (Anthozoa), jedna trzecia wszystkich słodkowodnych mięczaków, jedna trzecia rekinów i płaszczek, jedna czwarta wszystkich ssaków, jedna piąta gadów i jedna szósta wszystkich ptaków podąża ku zagładzie14. Straty notuje się na całym świecie: na południowym Pacyfiku i północnym Atlantyku, w Arktyce i w Sahelu, w jeziorach i na wyspach, na szczytach górskich i w dolinach. Jeśli się wie, jak szukać, można znaleźć oznaki trwającego wymierania nawet we własnym ogródku.

Wydawać by się mogło, że gatunki znikają z wielu odmiennych powodów. Jeśli jednak prześledzi się ten proces wystarczająco dogłębnie, dociera się do tego samego winnego: „jednego rachitycznego gatunku”.

Bd potrafi przemieszczać się samodzielnie. Grzyb wytwarza mikroskopijne zarodniki z długą, cienką wicią; pływają one w wodzie i pokonują duże odległości, niesione przez strumienie lub przez wodę spływającą po ulewach (prawdopodobnie właśnie w taki sposób doszło do epizootii w Panamie). Jednak nie wyjaśnia to do końca pojawienia się Bd w tak wielu odległych zakątkach świata (w Ameryce Środkowej, Północnej i Południowej oraz w Australii) mniej więcej w tym samym czasie. Według jednej z teorii grzyb podróżował po świecie wraz z żabami szponiastymi (Xenopus laevis), które w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku wykorzystywano do testów ciążowych (osobniki żeńskie żab szponiastych, kiedy wstrzyknie im się mocz ciężarnej kobiety, składają skrzek w ciągu kilku godzin). Co ciekawe, Bd raczej nie wpływa negatywnie akurat na te żaby, choć są nim zarażone. Inna teoria głosi, że grzyb roznosiły żaby ryczące (Lithobates catesbeianus), które sprowadzano – czasem przez przypadek, czasem specjalnie – do Europy, Azji i Ameryki Południowej, gdzie często trafiały na stoły smakoszy. Również żaby ryczące często są zainfekowane Bd, ale nie wydają się cierpieć z tego powodu. Pierwsza hipoteza została nazwana pożegnaniem z Afryką, drugą można określić mianem zupy z żabich udek.

W obydwu przypadkach etiologia jest taka sama. Gdyby ktoś nie załadował żab z Bd na statek lub samolot, nie przedostałyby się one z Afryki do Australii lub z Ameryki Północnej do Europy. Takie międzykontynentalne przetasowania, które obecnie wydają się czymś normalnym, zapewne są wydarzeniami bez precedensu w liczącej 3,5 miliarda lat historii życia.

Mimo że Bd rozprzestrzenił się już w całej Panamie, Griffith wciąż od czasu do czasu wyjeżdża, żeby zbierać okazy do EVACC. Szuka tych, które przetrwały. Zaplanowałam swoją wizytę tak, aby pokrywała się z jedną z jego wypraw, i pewnego wieczoru wyruszyłam wraz z nim i dwoma amerykańskimi wolontariuszami, którzy pracowali przy budowie wodospadu. Wybraliśmy się na wschód, przez Kanał Panamski. Noc spędziliśmy w regionie Cerro Azul, w pensjonacie otoczonym 2,5-metrowym żelaznym ogrodzeniem. O świcie dotarliśmy do bazy strażników leśnych u wejścia do Parque Nacional Chagres (Parku Narodowego Chagres). Griffith miał nadzieję znaleźć samice dwóch gatunków, których brakowało w EVACC. Wyjął pozwolenie na zbiórkę wydane przez rząd i pokazał zaspanym funkcjonariuszom. Ze strażnicy wyszły wygłodniałe psy i zaczęły obwąchiwać nasz samochód.

Za strażnicą droga zmieniła się w serię kraterów połączonych głębokimi koleinami. Griffith włączył Jimiego Hendriksa na odtwarzaczu CD ciężarówki, więc podskakiwaliśmy na wybojach w rytm dudniącego basu i perkusji. Zbieranie żab wymaga specjalistycznego sprzętu; Griffith wynajął dwóch mężczyzn, którzy mieli go nosić. Wyłonili się oni z mgły przy ostatnich domach w małej wiosce Los Ángeles. Ruszyliśmy dalej. Kiedy już nie mogliśmy jechać, wysiedliśmy i poszliśmy piechotą.

Przez las tropikalny prowadziła kręta dróżka w czerwonym błocie. Co kilkaset metrów główną ścieżkę przecinała węższa; były one dziełem mrówek odbywających miliony (a może miliardy) podróży, żeby przynieść zielone liście do swoich kolonii (ich kolonie, wyglądające jak kopce trocin, są wielkości przeciętnego miejskiego parku). Jeden z Amerykanów, Chris Bednarski z zoo w Houston, przestrzegł mnie przed mrówkami żołnierzami, które wgryzają się w łydki i nie puszczają nawet po śmierci.

„Są bardzo groźne” – stwierdził. Drugi Amerykanin, John Chastain z zoo w Toledo, miał przy sobie długi hak przeciwko trującym wężom. „Na szczęście te, które mogą zrobić prawdziwą krzywdę, spotyka się niezmiernie rzadko” – uspokoił mnie Bednarski. W oddali nawoływały się wyjce. Griffith wskazał odciski łap jaguara w miękkim podłożu.

Po jakiejś godzinie doszliśmy do gospodarstwa, które ktoś wyrwał z objęć dżungli. Na poletku rosła rachityczna kukurydza, ale w pobliżu nie było żywej duszy. Nie wiadomo, czy rolnik porzucił uprawy ze względu na słabą glebę, czy może po prostu wyjechał na cały dzień. Stado szmaragdowozielonych papug wystrzeliło w powietrze. Po kolejnych kilku godzinach wyszliśmy na niewielką polanę. Obok przeleciał motyl z gatunku Morpho peleides – miał skrzydła koloru nieba. Na polance stał mały domek, ale groził zawaleniem, więc postanowiliśmy spać na dworze. Griffith pomógł mi z łóżkiem – hybrydą namiotu i hamaka, którą trzeba było zawiesić między dwoma drzewami. Szpara na dole służyła za wejście, a góra miała chronić przed deszczem. Kiedy weszłam do środka, poczułam się jak w trumnie.

Tego wieczoru Griffith ugotował ryż na przenośnej kuchence gazowej. Potem założyliśmy latarki na głowy i podążyliśmy do pobliskiego strumienia. Wiele płazów prowadzi nocny tryb życia i żeby je zobaczyć, trzeba naszukać się w ciemności, co jest tak trudne, jak wygląda w opisie. Wciąż się potykałam i łamałam podstawową zasadę bezpieczeństwa w lesie tropikalnym: nigdy nie łap się czegoś, jeśli nie wiesz, co to jest. Po jednym z takich potknięć Bednarski pokazał na tarantulę wielkości mojej dłoni, która siedziała na drzewie obok.

Doświadczeni poszukiwacze umieją znaleźć żaby w nocy: świecą latarką w głąb lasu i szukają odblasku ich oczu. Jako pierwszą Griffith zobaczył siedzącą na liściu żabę z gatunku Cochranella euknemos. Żaby te należą do większej rodziny żab szklanych (Centrolenidae), nazwanych tak dlatego, że przez ich przezroczystą skórę widać zarys narządów wewnętrznych. Ta żaba była zielona, z małymi żółtymi plamkami. Griffith wyciągnął z plecaka parę rękawiczek chirurgicznych. Przez chwilę stał zupełnie bez ruchu, po czym rzucił się na żabę niczym czapla. Chwycił ją jedną ręką, a drugą wyjął z kieszeni coś, co wyglądało jak patyczek higieniczny. Przejechał nim po brzuchu żaby, po czym włożył patyczek do plastikowej fiolki (fiolka miała być później wysłana do laboratorium i przebadana na obecność Bd). Ponieważ nie był to jeden z gatunków, których szukał, umieścił żabę z powrotem na liściu i wyciągnął aparat. Żaba wpatrzyła się w obiektyw beznamiętnym wzrokiem.

Kontynuowaliśmy naszą wędrówkę w ciemnościach. Ktoś zauważył Pristimantis caryophyllaceus, pomarańczowo-czerwonego płaza; ktoś inny spostrzegł Lithobates warszewitschii w kształcie zielonego liścia. Z każdym zwierzęciem Griffith robił to samo: łapał je, pobierał próbkę, fotografował. W końcu natknęliśmy się na parę panamskich Craugastor raniformis podczas ampleksusu, płaziej wersji seksu. Griffith zostawił tę dwójkę w spokoju.

Jedna z żab, które naukowiec miał nadzieję złapać, Gastrotheca cornuta, wydaje charakterystyczne odgłosy. Porównuje się je do dźwięku odkorkowywanej butelki szampana. Kiedy brodziliśmy w strumieniu, usłyszeliśmy ten odgłos. Wydawał się dochodzić z kilku stron naraz. Początkowo brzmiał tak, jakby był tuż przy nas, ale kiedy ruszyliśmy w tym kierunku, nagle się oddalił. Griffith zaczął imitować ten dźwięk. W końcu doszedł do wniosku, że wystraszyliśmy żabę. Ruszył przed siebie, a my przez długi czas staliśmy w wodzie po kolana, starając się nie ruszać. Kiedy Griffith w końcu przywołał nas gestem, stał przed dużą żółtą żabą o długich palcach i „sowiej twarzy”. Siedziała na konarze drzewa, nieco ponad poziomem wzroku. Griffith chciał znaleźć osobnika płci żeńskiej do kolekcji EVACC. Wyciągnął ramię, złapał żabę i obrócił ją. Żeński osobnik miałby woreczek – ten nie miał. Naukowiec pobrał próbkę, sfotografował i umieścił żabę z powrotem na drzewie.

„Piękny z ciebie chłopiec” – wymamrotał do żaby.

Około północy wyruszyliśmy z powrotem do obozowiska. Jedynymi zwierzętami, jakie Griffith postanowił ze sobą zabrać, były dwie małe żabki z gatunku Andinobates minutus oraz biaława salamandra, której gatunku ani on, ani dwaj amerykańscy wolontariusze nie znali. Umieścili je w plastikowych torebkach z liśćmi, które miały zapewnić wilgotność. Zdałam sobie sprawę, że te płazy i ich potomkowie, o ile będą ich miały, a także potomkowie ich potomków, jeśli będą ich miały, nigdy nie dotkną powierzchni ściółki lasu tropikalnego i będą żyć do końca swoich dni w zdezynfekowanych szklanych akwariach. Tej nocy lało jak z cebra. Kiedy zasnęłam w końcu w swoim hamaku trumiennym, nawiedzały mnie żywe, niespokojne sny. Zapamiętałam z nich jedynie jaskrawożółtą żabę palącą papierosa w fifce.

Rozdział IIZęby trzonowe mastodonta

Mammut americanum

Wymieranie to chyba pierwsza koncepcja naukowa, z jaką mają do czynienia nasze dzieci. Roczne maluchy dostają pluszowe dinozaury do zabawy, a dwulatki rozumieją już, choć mgliście, że te małe pluszaki są imitacją bardzo dużych zwierząt. Jeszcze korzystają z pieluch, a już potrafią wytłumaczyć, że kiedyś było wiele rodzajów dinozaurów i wszystkie wyginęły dawno temu. (Moi synowie, kiedy uczyli się chodzić, spędzali całe godziny nad zestawem dinozaurów, które można było ułożyć na plastikowej macie pokazującej las okresu jurajskiego lub kredy. Na obrazku był wypluwający z siebie lawę wulkan, który po przyciśnięciu wydawał z siebie uroczo przerażający pomruk). To wszystko dowodziłoby, że wymieranie jest dla nas dość oczywiste. Jednak w rzeczywistości tak nie jest.

Arystoteles napisał dziesięciotomową Zoologię, lecz nie poświęcił nawet strony na rozważenie możliwości, że zwierzęta mają jakąś historię. Historyja naturalna Pliniusza zawiera opisy zwierząt prawdziwych i baśniowych, ale nie opisy zwierząt, które wymarły. Ta koncepcja nie pojawiła się w czasach średniowiecza czy renesansu, kiedy skamieliną nazywano wszystko, co zostało wykopane z ziemi (stąd termin: paliwo kopalne). W oświeceniu powszechnie uważano, że każdy gatunek jest ogniwem w wielkim, nieprzerwanym „łańcuchu życia”. Jak stwierdził Alexander Pope w swoim An Essay on Man (Eseju o człowieku):

Wszystkie są częścią jednej wielkiej całości,

Której ciałem jest natura, a Bóg duszą.

Kiedy Karol Linneusz wprowadził swoją zasadę binominalnego nazewnictwa gatunków, nie dokonał rozróżnienia na żywe i martwe, bo w jego mniemaniu nie zachodziła taka potrzeba. Dziesiąta edycja jego Systema Naturae, opublikowana w 1758 roku, wymienia 63 gatunki skarabeusza, 34 gatunki conusa i 16 gatunków płastug. A jednak w Systema Naturae istnieje tylko jeden rodzaj zwierząt – te, które żyją.

Opinia o niezmienności świata zwierząt utrzymywała się mimo wielu dowodów na to, że jest inaczej. Gabinety osobliwości w Londynie, Paryżu i Berlinie były pełne śladów dziwnych stworzeń, których nikt nigdy nie widział – szczątków zwierząt, które teraz zostałyby zidentyfikowane jako trylobity (Trilobita), belemnity (Belemnitida) i amonity. Niektóre z tych ostatnich były tak duże, że ich skamieniałe skorupy dorównywały wielkością kołom wozów. W XVIII wieku kości mamuta (Mammuthus sp.) przybywały do Europy z Syberii. One także zostały wpasowane do istniejącego systemu. Przypominały kości słonia. Ponieważ w Rosji w tym czasie nie było słoni, uznano, że musiały należeć do zwierzęcia, które na północ przyniosły wody potopu z Księgi Rodzaju.

Wymieranie pojawiło się jako koncepcja naukowa prawdopodobnie nieprzypadkowo w rewolucyjnej Francji. A stało się to w dużej mierze za sprawą jednego zwierzęcia, które obecnie nazywa się mastodontem amerykańskim (Mammut americanum) i jednego człowieka, przyrodnika Jeana Léopolda Nicolasa Frédérica Cuviera, nazywanego po zmarłym bracie po prostu Georges. Cuvier to niejednoznaczna postać w historii nauki. Wyprzedzał współczesnych sobie naukowców, ale i wielu z nich hamował, bywał zarówno czarujący, jak i wredny, był wizjonerem i jednocześnie reakcjonistą. Do połowy XIX wieku wiele jego koncepcji zostało zdyskredytowanych. Jednak ostatnie odkrycia potwierdzają teorie, za które najbardziej go krytykowano. W gruncie rzeczy jego tragiczna wizja historii Ziemi obecnie wydaje się prorocza.

Nie wiadomo, kiedy dokładnie Europejczycy natrafili na kości mastodonta amerykańskiego. Wiadomo tylko, że w 1705 roku wysłali do Londynu ząb trzonowy znaleziony na polu w północnej części stanu Nowy Jork i oznaczony jako „ząb giganta”15. Pierwsze kości mastodonta, które stały się obiektem czegoś, co można byłoby nazwać badaniem naukowym, odkryto w 1739 roku. W tym roku Charles Le Moyne, drugi baron de Longueuil, podróżował rzeką Ohio w towarzystwie 400 żołnierzy. Niektórzy podobnie jak on byli Francuzami, inni Algonkinami i Irokezami. Podróż była męcząca, a zapasów mało. Jeden z francuskich żołnierzy wspominał, że przejściowo wszyscy żywili się jedynie szyszkami16. Pewnego dnia, prawdopodobnie jesienią, Longueuil i jego oddział rozbili obóz na wschodnim brzegu Ohio, niedaleko dzisiejszego Cincinnati. Kilku Indian poszło polować. Parę kilometrów dalej dotarli do moczarów, z których dobywał się siarczany zapach. Ze wszystkich stron prowadziły tam ślady bizonów, a z błota wystawały setki – a może nawet tysiące – wielkich kości, przypominających omasztowanie wraków statków. Mężczyźni wrócili do obozowiska z kością udową długości około metra, ogromnym kłem i kilkoma wielkimi zębami. Zęby miały korzenie długości ludzkiej dłoni i każdy ważył ponad cztery kilogramy.

Barona de Longueuil tak bardzo zaintrygowały te kości, że rozkazał żołnierzom je zabrać. Z ogromnym ciosem, kością udową i zębami trzonowymi mężczyźni ruszyli przez dzicz. W końcu dotarli do rzeki Missisipi, gdzie spotkali się z drugim kontyngentem francuskiego wojska. Przez następne kilka miesięcy wielu z ludzi barona de Longueuil zmarło w wyniku chorób, a kampania, którą prowadzili przeciwko Indianom Chickasaw, zakończyła się upokorzeniem i klęską. Jednak baronowi udało się ocalić dziwne kości. Skierował się do Nowego Orleanu i stamtąd wysłał je do Francji. Zostały sprezentowane Ludwikowi XV, który umieścił je w swoim muzeum Cabinet du Roi. Kilkadziesiąt lat później mapy doliny rzeki Ohio były w dużej mierze białymi plamami, oprócz Endroit où on a trouvé des os d’Éléphant, czyli „miejsca, w którym znaleziono kości słonia” (obecnie mieści się tam park stanu Kentucky, Big Bone Lick).

Kości przesłane przez barona de Longueuil wprawiały w zakłopotanie wszystkich, którzy je badali. Kość udowa i cios mogły należeć do słonia lub mamuta (według ówczesnej taksonomii był to niemal ten sam gatunek). Zagadką pozostawały jednak zęby trzonowe zwierzęcia, które nie poddawały się kategoryzacji. Zęby słonia (a także mamuta) są płaskie i mają na górze cienkie wgłębienia, biegnące przez całą ich powierzchnię. W rezultacie powierzchnia żująca przypomina podeszwę buta do biegania. Natomiast zęby mastodonta mają guzki. Wyglądają tak, jakby należały do ogromnego człowieka. Pierwszy przyrodnik, który zbadał jeden z tych zębów, Jean-Étienne Guettard, nie chciał nawet podjąć próby odgadnięcia ich pochodzenia. „Z jakiego zwierzęcia to pochodzi?” – pytał żałosnym tonem w artykule napisanym dla Francuskiej Królewskiej Akademii Nauk w 1752 roku17.

W 1762 roku kustosz królewskiego muzeum Louis-Jean-Marie Daubenton spróbował rozwiązać zagadkę dziwnych zębów. Doszedł do wniosku, że „nieznane zwierzę z Ohio” nie było jednym zwierzęciem. Według niego cios i kość udowa należały do słonia, a zęby trzonowe do zupełnie innego zwierzęcia, prawdopodobnie hipopotama.

Mniej więcej w tym samym czasie do Europy, tym razem do Londynu, ponownie trafiły zęby mastodonta. Również w przypadku tego znaleziska (pochodzącego – jakżeby inaczej – z Big Bone Lick) kości udowe i ciosy kojarzyły się ze słoniem, podczas gdy zęby były pokryte guzkami. William Hunter, lekarz królowej, uznał wyjaśnienia Daubentona za nieprzekonujące. Zaproponował własne wytłumaczenie tego fenomenu – i jako pierwszy trafił na właściwy trop.

Według niego „ten przypuszczalny amerykański słoń” był zupełnie nowym zwierzęciem, „z którym anatomowie nie są zaznajomieni”18. Doszedł do wniosku, że zwierzę było mięsożercą, stąd przerażające zęby. Nazwał tę istotę amerykańskim incognitum.

Jeden z najlepszych francuskich przyrodników, Georges-Louis Leclerc, książę de Buffon, dokonał kolejnego zwrotu akcji. Stwierdził, że szczątki pochodzą nie od jednego czy dwóch, ale od trzech zwierząt: słonia, hipopotama i trzeciego, jeszcze nieznanego gatunku. Z wielkim niepokojem de Buffon zauważał, że ten ostatni gatunek, „największy z nich wszystkich”, najwyraźniej zniknął19. Według niego było to jedyne zwierzę lądowe, które zniknęło z powierzchni Ziemi.

W 1781 roku głos w dyskusji zabrał Thomas Jefferson. W swoich Notes on the State of Virginia (Uwagach o stanie Wirginia) napisanych tuż po opuszczeniu stanowiska gubernatora Jefferson przedstawił własną wersję incognitum. Zwierzę było, tak jak twierdził de Buffon, największym ze wszystkich stworzeń („pięć lub sześć razy większej objętości niż słoń”). To stwierdzenie miało zadać kłam popularnej wtedy w Europie teorii, że zwierzęta z Nowego Świata są mniejsze i bardziej zdegenerowane niż te ze Starego Kontynentu. Było też prawdopodobnie mięsożerne (tu Jefferson zgadzał się z Hunterem). Jednak nadal żyło. Jeśli nie można go było znaleźć w Wirginii, najwyraźniej występowało w tych częściach kontynentu, które „pozostawały w swoim pierwotnym stanie, niezbadane i nieporuszone”. Kiedy jako prezydent Jefferson wysłał Meriwethera Lewisa i Williama Clarka na północny zachód, miał nadzieję, że spotkają to stworzenie w lasach.

„Taka jest gospodarka natury – pisał – że nie może zostać przedstawiony żaden dowód na to, iż pozwoliła jakiejś rasie swoich zwierząt wyginąć; a w swoim wielkim dziele stworzyła ogniwo tak słabe, że pękło”.

Cuvier przybył do Paryża na początku 1795 roku, pół wieku po dotarciu do tego miasta szczątków z Ohio. Miał 25 lat, szeroko rozstawione szare oczy, duży nos i temperament, który jeden z jego przyjaciół porównał do powierzchni Ziemi – ogólnie chłodny, ale zdolny do gwałtownych wstrząsów i erupcji20. Wychował się w małym mieście przy granicy szwajcarskiej i nie miał zbyt wielu kontaktów w stolicy. Jednak udało mu się zdobyć prestiżową posadę: z jednej strony dzięki upadkowi ancien régime, z drugiej – dzięki wyjątkowo dobremu mniemaniu o sobie. Starszy kolega z pracy napisał o nim później, że pojawił się w Paryżu „niczym grzyb”21.

Praca Cuviera w paryskim Muséum national d’Histoire naturelle (Muzeum Historii Naturalnej) – demokratycznym następcy królewskiego muzeum – oficjalnie polegała na nauczaniu. Jednak w wolnym czasie młody naukowiec badał zgromadzone eksponaty. Wiele godzin poświęcił kościom, które baron de Longueuil wysłał Ludwikowi XV, i porównywał je z innymi okazami. Czwartego kwietnia 1796 roku – w rewolucyjnym kalendarzu był to 15 Germinal roku IV – przedstawił wyniki swoich badań podczas publicznego wykładu.

Rozpoczął od słoni. Europejczycy od dawna uważali, że gatunek żyjący w Afryce jest niebezpieczny, natomiast ten z Azji charakteryzuje się łagodniejszym usposobieniem. W rzeczywistości ze słoniami jest podobnie jak z psami: niektóre są potulne, inne groźne. Cuvier porównał pewną szczególnie dobrze zachowaną czaszkę słonia z Cejlonu z inną, należącą do zwierzęcia pochodzącego z Przylądka Dobrej Nadziei, i ustalił – zgodnie z prawdą – że zwierzęta te należały do różnych gatunków22.

„To oczywiste, że słoń z Cejlonu różni się od tego z Afryki bardziej niż koń od osła lub koza od owcy” – stwierdził. Wśród wielu cech odróżniających te zwierzęta od siebie były ich zęby. Słoń z Cejlonu miał zęby trzonowe z falującymi rowkami na powierzchni („jak kokarda”), a słoń z Przylądka Dobrej Nadziei – zęby z rowkami w kształcie diamentów. Porównanie żywych zwierząt nie pozwoliłoby wychwycić tych różnic, bo kto miałby śmiałość zaglądać im do pysków?

„Zoologia zawdzięcza to ciekawe odkrycie anatomii” – zauważył uczony23.

Po tym sukcesie Cuvier kontynuował badania. Po „skrupulatnym zbadaniu dowodów” doszedł do wniosku, że powszechnie przyjęta teoria dotycząca gigantycznych kości z Rosji jest błędna. Zęby i szczęka z Syberii „nie przypominają tych należących do słonia”. Należą do zupełnie innego gatunku. Jeśli chodzi o zwierzę z Ohio, jedno spojrzenie „wystarczyło, żeby zrozumieć, że różni się jeszcze bardziej”.

„Co się stało z tymi dwoma ogromnymi zwierzętami, których nikt nie może znaleźć?” – pytał. Odpowiedź wydawała się jasna. To były espèces perdues, czyli gatunki zgubione. Tym samym Cuvier podwoił liczbę kręgowców, które uważano za wymarłe, z jednego do dwóch. A dopiero się rozkręcał.

Kilka miesięcy wcześniej młody badacz dostał szkice szkieletu, który odkryto na brzegu Río Luján, na zachód od Buenos Aires. Szkielet ten, mający ponad trzy i pół metra długości i dwa metry wysokości, został wysłany do Madrytu, gdzie go skrupulatnie złożono. Na podstawie rysunków Cuvier zidentyfikował to stworzenie jako wyrośniętego leniwca (również tym razem się nie mylił). Nazwał je megaterium, co oznacza „ogromne zwierzę” (dziś jego łacińska nazwa to Megatherium americanum). Choć nigdy nie był w Argentynie, a nawet nigdzie dalej niż w Niemczech, był przekonany, że tego ssaka nie można już spotkać nad rzekami Ameryki Południowej. On również zniknął. To samo stało się z tak zwanym potworem z Maastricht, którego szczątki – ogromną ostrą szczękę z zębami rekina – znaleziono w holenderskim kamieniołomie (skamielina z Maastricht została przejęta przez Francuzów, którzy okupowali Holandię w 1795 roku).

Cuvier stwierdził, że jeśli bez większego trudu odkrył cztery gatunki, które wyginęły, to musiało być ich więcej. Była to śmiała teoria, jeśli wziąć pod uwagę dowody, jakimi wówczas dysponowano. Na podstawie kilku rozrzuconych kości uczony stworzył zupełnie nowy sposób patrzenia na historię życia. Gatunki wymierały. I nie było to pojedyncze zdarzenie, ale powszechne zjawisko.

„Wszystkie te fakty zgadzają się ze sobą i nie zaprzecza im żadne doniesienie. Według mnie dowodzą one istnienia świata poprzedzającego nasz – stwierdził Cuvier. – Jaka była ta prymitywna Ziemia? I jakiż kataklizm ją spotkał?”.

Od czasów Cuviera Muséum national d’Histoire naturelle rozrosło się w wielką instytucję z ośrodkami w całej Francji. Główne budynki wciąż jednak znajdują się w starych królewskich ogrodach w Piątej Dzielnicy. Cuvier nie tylko pracował w muzeum, ale przez większość swojego dorosłego życia również mieszkał na jego terenie, w dużym, zdobionym sztukaterią budynku, który obecnie służy za biuro. Obok znajduje się restauracja, a przy niej menażeria. W dniu, w którym ją zwiedzałam, walabie wygrzewały się tam na słońcu. Po drugiej stronie ogrodu znajduje się duży budynek ze zbiorami paleontologicznymi.

Dyrektor muzeum Pascal Tassy specjalizuje się w trąbowcach (Proboscidea), rzędzie ssaków, w którego skład wchodzą słonie i ich zaginieni kuzyni – między innymi mamuty, mastodonty i gomfotery (Gomphotheriidae). Poszłam się z nim spotkać, ponieważ obiecał, że pokaże mi kości, które badał Cuvier. Zastałam Tassy’ego w jego ciemnym gabinecie w podziemiach budynku paleontologii. Siedział wśród starych czaszek, których liczby nie powstydziłaby się kostnica. Ściany gabinetu były udekorowane okładkami starych komiksów. Dyrektor wyznał mi, że postanowił zostać paleontologiem w wieku siedmiu lat – po przeczytaniu przygód Tintina na wykopaliskach.

Rozmawialiśmy przez chwilę o trąbowcach.

To fascynujące zwierzęta – stwierdził. – Na przykład trąba, która sama w sobie jest naprawdę niezwykła, ewoluowała aż pięć razy. Już dwie przemiany byłyby zaskakującym wynikiem. Ale to się stało pięć razy! Musimy brać to pod uwagę, kiedy patrzymy na skamieniałości.

Tassy powiedział mi, że do tej pory zidentyfikowano jakieś 170 gatunków trąbowców żyjących na przestrzeni 55 milionów lat – „i to na pewno nie koniec”.

Udaliśmy się na górę, do aneksu z tyłu budynku paleontologii. Tassy otworzył małą salę, w której tłoczyły się metalowe szafki. Przy drzwiach, częściowo zakryte plastikiem, stało coś, co wyglądało na owłosiony stojak na parasolki. Mężczyzna wyjaśnił, że to noga mamuta włochatego (Mammuthus primigenius), który został znaleziony, zamrożony i wysuszony na wyspie leżącej u wybrzeży północnej Syberii. Kiedy się jej przyjrzałam, zauważyłam, że skóra nogi została zszyta niczym mokasyn. Włosy miały ciemnobrązową barwę i wydawały się, mimo upływu ponad 10 tysięcy lat, niemal idealnie zachowane.