Opis

Atrakcyjna kobieta, matka dwóch synów, przebojem idzie przez 39 lat życia – od najmłodszych lat wie, że wszystko trzeba samemu wyszarpać, bo nikt nic nie daje za darmo. Ma niezłą pracę, dom wypełniony śmiechem dzieci, paru przyjaciół. I w jednej chwili wszystko traci. Zatrzaśnięta w pancerzu własnego nieruchomego ciała krzyczy z rozpaczy i bólu, ale nikt jej nie słyszy. Co spowoduje, że jej mały palec drgnie? Komu zawdzięcza, że staje na nogach? Co dalej, jak teraz ma żyć?

Trudno oderwać się od tej historii. Jest tu pełnokrwista bohaterka, wartka akcja i samo życie pełne dobrych i złych zaskoczeń.

Książka o tym, jak nie licząc się z życiem, można się trochę przeliczyć. I o sile życia drzemiącej w człowieku. I o przemianie. I o cudzie – nie! Cudów nie ma, trzeba na nie zapracować. Zdarzają się za to cudowni ludzie wokół. I podli też.

Poza tym o udarze. Dlaczego Ciebie ma ominąć. I o tym, co w życiu jest ważną pierdołą. A przede wszystkim o odpowiedzialności za własne życie – teraz, a nie dopiero kiedy zdarzy się nieszczęście.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 330

lub

Roz­dział I

PRO­STA SUKIENKA

Gru­dzień 2013

Pol­ska.

W

wieku 113 lat umiera kapi­tan Józef Kowal­ski. Ostatni żyjący wete­ran wojny pol­sko-bol­sze­wic­kiej

z

1920 roku.

USA. NASA ogła­sza odna­le­zie­nie wody

w

atmos­fe­rach pię­ciu pla­net, które okrą­żają inne gwiazdy. Odkry­cie umoż­li­wił tele­skop Hub­ble’a.

RPA, Johan­nes­burg.

W

wieku 95 lat umiera Nel­son Man­dela.

Ruda wła­śnie skoń­czyła 39 lat. Była pewna, że jest w naj­lep­szym momen­cie swo­jego życia. Atrak­cyjna, z dobrą pracą agentki od ubez­pie­czeń na życie, z dwójką dzieci, trzy lata po roz­wo­dzie i po nie­mal rocz­nej walce z wiru­sem HCV. Miała nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.

– Naj­gor­sze za mną – powie­działa do sie­bie, wsia­da­jąc do auta.

Była wkur­wiona na życie i wszyst­kich wokół. Przez wiele lat myślała, że nic gor­szego od tego, co spo­tkało ją w ostat­nich latach albo w dzie­ciń­stwie pozba­wio­nym rodzi­ciel­skiej miło­ści, już się nie zda­rzy. Myliła się. Naj­gor­sze miało nadejść. Teraz doświad­czała tego samego, co więk­szość ludzi po trzy­dzie­stce z kre­dy­tem na gło­wie, w świe­cie ści­ga­ją­cych się szczu­rów. Cią­gły stres, goni­twa za pie­niędzmi na spłatę rat kre­dytu na dom, życie z pięt­nem zdra­dzo­nej żony, która rów­nież wpa­dła w spi­ralę kochan­ków na pocze­ka­niu – wszystko to stało się prze­kleń­stwem jej codzien­no­ści. Cie­szyła się jed­nak, że ma pracę, która na pro­win­cji pozwala wycią­gnąć wię­cej niż śred­nia kra­jowa.

Tego dnia jechała do klientki – boga­tej, bez­ro­bot­nej dwu­dzie­sto­pię­cio­latki, żony nadzia­nego po zęby biz­nes­mena. Takie to mają życie! Wstają rano z łóżka i jedy­nym ich zmar­twie­niem jest to, czy poranną kawę wypiją na tara­sie czy w salo­nie. Psio­czyła w myślach na kobiety, które nie potra­fiły zadbać o swoją przy­szłość i już zawsze będą zdane na boga­tych mężów. Czy one mają świa­do­mość, że ich piękna cera, dłu­gie nogi i zadbane paznok­cie nie są żadną gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa? Podzi­wiała kobiety, które mimo peł­nego konta swo­ich mężów pra­co­wały, wymy­ślały co rusz nowe rze­czy i udo­wad­niały, że aktywne kobiety mają siłę więk­szą niż męż­czyźni z wypcha­nym port­fe­lem. Chciała być taka jak one.

Skrę­ciła w ulicę Gre­na­die­rów. Minęła zabyt­kowy, ale wciąż czynny zakład karny dla męż­czyzn recy­dy­wi­stów. Mury z czer­wo­nej cegły z neo­go­tyc­kimi budyn­kami w środku przy­po­mi­nały jej tro­chę zamek, a tro­chę kościół. Jak więk­szość wię­zień na tere­nie Pol­ski, które powstały w XVIII wieku, rów­nież to w Gole­nio­wie pre­zen­to­wało się dostoj­nie i groź­nie zara­zem. Tylko kraty w oknach i gęsta sieć dru­tów kol­cza­stych na szczy­cie murów nie pozo­sta­wiała wąt­pli­wo­ści, że po dru­giej stro­nie miesz­kają ludzie z kiep­ską repu­ta­cją. Z kiep­ską repu­ta­cją? Zła­pała się na poli­tycz­nej popraw­no­ści, mimo że zawsze sta­rała się mówić, co myśli. Jaką, kurwa, kiep­ską repu­ta­cją? Nie zacho­wuj się, jak­byś była na spo­tka­niu dyplo­ma­tów? Prze­cież to prze­stępcy. Gdy­bym mogła, wsa­dzi­ła­bym tu wszyst­kich dup­ków, któ­rzy zdra­dzają swoje żony. Powinni tam umrzeć, gwał­ceni każ­dego dnia przez dużych, czar­no­skó­rych prze­stęp­ców z ame­ry­kań­skich fil­mów. Pod­gło­śniła radio, chcąc zagłu­szyć wła­sne sumie­nie.

– Nie prze­sa­dzaj. Ty też zdra­dza­łaś – ode­zwał się w niej głos, który natych­miast zdła­wiła krót­kim tek­stem.

– Nie pier­dol… Jakie to ma zna­cze­nie? Nie ja byłam pierw­sza.

– Możesz tak nie prze­kli­nać?! – dys­ku­to­wała znowu ze sobą.

– Daj mi spo­kój. Wolę prze­kli­nać, niż pić.

Wul­garne słowa zde­cy­do­wa­nie czę­ściej gościły w jej ustach niż alko­hol. Ruda nie gar­dziła whi­sky i dobrą wódką, ale po drinka się­gała oka­zjo­nal­nie – najczę­ściej na poprawę humoru pod­czas kor­po­ra­cyj­nych imprez inte­gra­cyj­nych raz w roku, i od czasu do czasu w domu, kiedy przy­cho­dził week­end. Zda­rzało się, że hasło „Pią­tek, pią­tu­nio” otwie­rało barek. Kiedy już wypiła, zawsze pła­kała. Ana­li­zo­wała swoje życie, nie tylko dale­kie od ide­ału, ze wzlo­tami i upad­kami, ale przede wszyst­kim dale­kie od nor­mal­no­ści. Miała osiem­na­ście lat, gdy pew­nego dnia matka razem z ojczy­mem zamknęli przed nią drzwi domu. Cztery dni po uro­dzi­nach, kiedy chciała wyjść wie­czo­rem, powłó­czyć się bez koniecz­no­ści infor­mo­wa­nia rodziny, kiedy wróci, drogę zagro­dził jej ojczym.

– Ni­gdzie nie pój­dziesz – zako­mu­ni­ko­wał.

– Od czte­rech dni mogę już decy­do­wać sama za sie­bie – odpo­wie­działa, patrząc mu pro­wo­ka­cyj­nie pro­sto w oczy. – Nie mam poję­cia, o któ­rej wrócę – dodała i osten­ta­cyj­nie zdjęła z wie­szaka kurtkę.

Kiedy obra­cała się do drzwi wyj­ścio­wych, poczuła mocne ude­rze­nie w twarz. Pra­wie upa­dła. Zła­pała się za poli­czek i poszu­kała wzroku matki. Ta, nie­wzru­szona, stała w dru­gim końcu przed­po­koju. Brak reak­cji Ruda odczy­tała tylko w jeden spo­sób: „Nie znaj­dziesz we mnie sojusz­nika”. Wybie­gła z pła­czem na dwór. Rzu­ciła się w ramiona naj­lep­szej kole­żanki i poszły w mia­sto. Zamie­rzały spę­dzić razem wie­czór, ale nie przy­pusz­czały, że będą zmu­szone spać w pokoju Anki, w jed­nym łóżku. Kiedy bowiem przed pół­nocą Ruda poja­wiła się z powro­tem w domu, zastała zamknięte drzwi, przed któ­rymi leżały dwa duże foliowe worki z jej rze­czami. To był jasny sygnał, że skoń­czyła się jej przy­goda w rodzin­nym domu. Nikt jej tu nie chciał, a i ona nie miała zamiaru jeść śnia­dań w ponu­rej atmos­fe­rze. Nie zapu­kała do drzwi. Jeżeli spa­ko­wane rze­czy miały być tylko stra­sza­kiem poka­zu­ją­cym jej miej­sce w sze­regu, to ona wła­śnie zde­cy­do­wała, że do niej się nie strzela… nawet ze śle­pej amu­ni­cji. Chwy­ciła worki, podała Ani ten lżej­szy i wybie­gły z klatki scho­do­wej. Po dwóch nocach spę­dzo­nych u przy­ja­ciółki poje­chała do ojca, któ­rego prak­tycz­nie nie znała. Miała dwa lata, kiedy odszedł. Poznała go dopiero czter­na­ście lat póź­niej, i to tylko na swoją prośbę. Czuła, że musi wresz­cie spoj­rzeć w oczy komuś, kto dał jej życie. Mię­dzy nimi nie było żad­nych więzi emo­cjo­nal­nych, żad­nej tęsk­noty i potrzeby roz­mowy. Nawet powi­ta­nie odbyło się bez poca­łunku w poli­czek. Jesz­cze wtedy nie mogła sobie zda­wać sprawy z tego, że ojciec wróci do jej życia i ode­gra ważną rolę, kiedy ona znaj­dzie się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie.

Po dwóch mie­sią­cach poznała chło­paka z osie­dla. Miesz­kał w bloku naprze­ciwko. Zako­chała się miło­ścią mło­dzień­czą, nie­doj­rzałą i pełną skraj­nych emo­cji. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że chce z nim być, rów­nież dla­tego, żeby zacząć doro­słe, samo­dzielne życie na wła­sny rachu­nek. Czę­ściej noco­wała u chło­paka niż w domu ojca. W końcu, któ­re­goś dnia do pokoju zapu­kała matka chło­paka. Sta­nęła w drzwiach z gotową pro­po­zy­cją, która w zasa­dzie nie pozo­sta­wiała jej moż­li­wo­ści wyboru.

– Możesz tu miesz­kać – zako­mu­ni­ko­wała suchym gło­sem – ale musi być ślub – dodała i zamknęła drzwi.

Zgo­dziła się. Wszystko zała­twili w kilka tygo­dni. Kiedy w sobot­nie przed­po­łu­dnie poja­wili się w urzę­dzie stanu cywil­nego uzgod­nić ter­min ślubu, oprócz nich były jesz­cze cztery pary. Wszyst­kie dziew­czyny w ciąży. Ona jedna z pro­stą sukienką na brzu­chu. Kiedy sta­nęli przed urzęd­niczką, ta zdez­o­rien­to­wana zsu­nęła oku­lary na nos i patrząc na Rudą, zako­mu­ni­ko­wała:

– Nie widzę pod­staw do udzie­le­nia ślubu.

Zawo­łała przy­szłego teścia Rudej i z wyrzu­tem, połą­czo­nym z żąda­niem, powie­działa:

– Pan chyba nie wie, co robi! Jestem tole­ran­cyjna, ale pan? Pozwala pan tym dwojgu wziąć ślub w tak mło­dym wieku? Bez ciąży, bez żad­nego istot­nego powodu?

– To moja sprawa, na co ja pozwa­lam, a na co nie – odparł przy­szły teść Rudej.

Urzęd­niczka poki­wała odmow­nie głową. Nie chciała dać zgody mię­dzy innymi ze względu na zbyt młody wiek chło­paka. Nie miał jesz­cze 21 lat. Wtedy do roz­mowy włą­czyła się Ruda.

– Wysoki sądzie – zaczęła z należną powagą i god­no­ścią, aby chwilę póź­niej przejść do ataku. – Czy gdy­bym bzyk­nęła się za rogiem z przy­pad­ko­wym chło­pa­kiem i miała z nim dziecko, to wtedy mia­łaby pani istotny powód, aby udzie­lić mi ślubu? Bez miło­ści? Bez naj­waż­niej­szego powodu, dla któ­rego ludzie są ze sobą przez całe życie? – spy­tała odważ­nie z mło­dzień­czą naiw­no­ścią i wiarą w nie­śmier­tel­ność motyli w brzu­chu.

Kiedy sytu­acja sta­wała się bez­na­dziejna, zawsze mówiła, co myśli, zawsze brała sprawy w swoje ręce. Tam, gdzie inni kapi­tu­lo­wali, ona dopiero roz­po­czy­nała walkę.

Urzęd­niczka prze­wró­ciła oczami. Spoj­rzała na Rudą z poli­to­wa­niem.

– Miło­ści? Przez całe życie? Dziecko, nie masz poję­cia, o czym mówisz. Gdyby motyle w brzu­chu odpo­wia­dały za szczę­śliwe mał­żeń­stwo, żadna zupa w tym kraju nie byłaby za słona. Wiesz, dla­czego ludzie opi­sują miłość moty­lami w brzu­chu? Bo one krótko żyją. Więk­szość zdy­cha po kilku godzi­nach, a te naj­bar­dziej wytrwałe po kilku mie­sią­cach. Ot i cała miłość. – W gło­sie kobiety sły­chać było coraz wię­cej nega­tyw­nych emo­cji.

Ruda słu­chała w mil­cze­niu i zasta­na­wiała się, kto kobie­cie zro­bił krzywdę i jak wielką. Musiała tra­fić na nie­złego palanta – pomy­ślała. Chwilę póź­niej z zamy­śle­nia wyrwał ją głos urzęd­niczki.

– Dobrze, dam wam ten ślub. Cie­kawe, na któ­rej roz­pra­wie sądo­wej się spo­tkamy, o ali­menty czy roz­wo­do­wej? – mówiąc to, uśmiech­nęła się zło­śli­wie.

Ruda pierw­szy raz zaszła w ciążę osiem lat po ślu­bie. Nie dla­tego, że wcze­śniej nie mogła, ale dla­tego, że nie chciała. Ona usta­lała reguły. Chciała sza­leć, zwie­dzać i zdo­by­wać świat. Żyła chwilą. Myśle­nie o bli­żej nie­zde­fi­nio­wa­nej przy­szło­ści było dla niej abs­trak­cyjne i śmieszne. Wolała żyć w świe­cie, w któ­rym wizyty u kole­ża­nek na piżama party zda­rzają się zde­cy­do­wa­nie czę­ściej niż zakupy kremu na zmarszczki. Prze­cież trzy­dzie­sto­lat­ko­wie się nie sta­rzeją. Ow­szem, mają dzieci, męczącą i stre­su­jącą pracę, ale siwie­jące włosy zda­rzają się wyłącz­nie tym, któ­rym Bóg namie­szał w genach za karę. Na pewno ist­nieje na świe­cie grupa ludzi, która obok potę­pie­nia za grzech pier­wo­rodny, dostała jesz­cze bonu­sowe nie­do­god­no­ści, jak siwie­jące włosy albo kurze łapki wokół oczu w wieku trzy­dzie­stu lub czter­dzie­stu lat. Ona była pewna, że wymyka się tej kla­sy­fi­ka­cji. W swo­jej wizji przy­szło­ści była nie­zmien­nie młoda i zaje­bi­ście szczę­śliwa. Nawet kiedy uro­dziła dwóch synów, nie prze­sta­wiła się na inny tryb myśle­nia, w któ­rym prio­ry­te­tem jest myśle­nie o wła­snej sta­ro­ści. Była cho­dzą­cym zaprze­cze­niem powie­dze­nia „Z kim się zada­jesz, takim się sta­jesz”. Prze­by­wa­nie wśród spe­cja­li­stów od ubez­pie­czeń na życie nie uru­cho­miło w niej potrzeby zadba­nia o wła­sne w takim stop­niu, w jakim pro­po­no­wała dbać o nie swoim klien­tom. Była jak otyły lekarz spor­towy lub die­te­tyk z cho­ro­bliwą nad­wagą, prze­ko­ny­wała do cze­goś, do czego sama ni­gdy się nie sto­so­wała.

Od kiedy została agentką ubez­pie­cze­niową, sporo jeź­dziła, odwie­dzała klien­tów w ich domach, w miej­scach pracy i odpo­czynku. Z powo­dze­niem mogłaby zostać prze­wod­niczką tury­styczną z licen­cją na Pomo­rze Zachod­nie. Pod­czas podróży miała czas na rachu­nek sumie­nia i pod­su­mo­wa­nia, cho­ciaż w tam­tym cza­sie powie­dze­nie c’est la vie było wytłu­ma­cze­niem wszyst­kich jej błę­dów i pro­ble­mów. Wolała zwa­lić winę na los i skwi­to­wać wszystko zda­niem „jakoś to będzie”, niż zna­leźć błąd w swoim postę­po­wa­niu. Mimo trud­nych lek­cji, jakie dosta­wała od życia, nie wycią­gała wnio­sków, nie uczyła się na cudzych, a tym bar­dziej na swo­ich błę­dach. Wybie­ga­nie myślami w przy­szłość dal­szą niż kilka dni nie miało dla niej sensu. Zbyt czę­sto jako młoda dziew­czyna spa­rzyła się poraż­kami, które nie były zależne od niej, żeby dzi­siaj wie­rzyć, że ma wpływ na to, co będzie za dzie­sięć lat. Żyła chwilą, którą musiała mieć pod kon­trolą. Każdy, kto obser­wo­wał ją z boku, widział dwie Rude – dia­bła i anioła, anioła i dia­bła. Była w niej jakaś schi­zo­fre­niczna dwu­bie­gu­no­wość – z jed­nej strony wie­działa, jak powinno się postą­pić, ale z jakichś nie­zna­nych przy­czyn robiła dokład­nie odwrot­nie. Pra­co­wała w ubez­pie­cze­niach, ucząc ludzi sza­cunku do pie­nię­dzy, swo­jego życia i losu bli­skich, ale ni­gdy nie pomy­ślała, że pierw­szą osobą, któ­rej powinna dać taką lek­cję, jest ona sama.

Od dwu­dzie­stu minut jechała już poza mia­stem, prze­ci­na­jąc samo­cho­dem zale­sione tereny i wąskie drogi asfal­towe Pomo­rza Zachod­niego.

– Kiedy oni wresz­cie zro­bią te lokalne drogi? – powie­działa gło­śno do sie­bie, pod­ska­ku­jąc na kolej­nych dziu­rach i wybo­jach – Cho­lerna pro­win­cja. Pomor­skie, zapo­mniane przez świat zadu­pie! – narze­kała, mija­jąc kolejną pope­ge­erow­ską wieś.

Sporo było takich miejsc w Zachod­nio­po­mor­skiem – opusz­czo­nych, wylud­nia­ją­cych się mia­ste­czek i wsi widm z ponie­miec­kimi, cegla­stymi dom­kami. W każ­dym z nich obo­wiąz­ko­wym punk­tem były roz­pa­da­jące się budynki po Pań­stwo­wych Gospo­dar­stwach Rol­nych i wyma­ga­jące kapi­tal­nego remontu kościółki z czer­wo­nej cegły. Po osiem­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku i prze­mia­nach gospo­dar­czych ktoś chyba posta­no­wił, że takie miej­sca muszą umrzeć śmier­cią natu­ralną, albo naiw­nie wie­rzył, że więk­szość ludzi zda­nych kie­dyś na pracę w PGR-ach, nie­ma­ją­cych poję­cia o wol­no­ryn­ko­wym budo­wa­niu pry­wat­nych biz­ne­sów, weź­mie sprawy w swoje ręce i zrobi z tego drugą Japo­nię. Absurd. Nowe poko­le­nia musiały uczyć się na wła­snych błę­dach tego, jak w miarę bez­bo­le­śnie prze­sko­czyć z epoki real­nego socja­li­zmu do kapi­ta­li­zmu. Mło­dzi, przy wspar­ciu odważ­nych rodzi­ców z wyobraź­nią, ucie­kali do miast. Więk­szość marzyła o pracy w kor­po­ra­cjach. Ci, któ­rzy mieli mniej szczę­ścia, ucie­kali za gra­nicę do pracy fizycz­nej. Nie­licz­nym uda­wało się zostać i na zglisz­czach gospo­darki cen­tral­nie pla­no­wa­nej zbu­do­wać gospo­darkę indy­wi­du­al­nego suk­cesu. Wła­sny biz­nes na początku lat dzie­więć­dzie­sią­tych rzą­dził się wła­snymi pra­wami. Były wśród nich takie, które pozwa­lały jedy­nie wią­zać koniec z koń­cem, takie, które mozol­nie budo­wały klasę śred­nią, ale też takie, które przy­no­siły milio­nowe zyski. Nie zawsze legalne. W każ­dym z tych przy­pad­ków wła­ści­ciele budzili powszechną zazdrość oraz bar­dziej lub mniej skry­waną nie­na­wiść, typowo pol­ską żółć, która uru­cha­miała naj­gor­sze instynkty. Kra­dzieże i znisz­cze­nia mie­nia nowo­bo­gac­kich nie budziły więk­szego zdzi­wie­nia. Zasta­na­wiano się nie czy, tylko kiedy na wsi okradną jakiś pry­watny skle­pik lub dla zasady wybiją szybę, żeby się skur­wy­sy­nowi za dobrze nie wio­dło. Ruda jechała wła­śnie do trze­ciej żony jed­nego z biz­nesmenów, który w latach dzie­więć­dzie­sią­tych dobrze wyczuł kie­ru­nek zmian i zało­żył wła­sny biz­nes, czę­ściowo wyko­rzy­stu­jąc infra­struk­turę PGR-u. On zaj­mo­wał się firmą, ona miała po pro­stu być. Dużo młod­sza od Rudej, miała już tyle, ile ona nie będzie miała ni­gdy. Nawet całe życie harówki nie da jej tyle, co rok bycia żoną jed­nego z boga­tych. Pani Bogata, jak ją nazy­wała, ni­gdy nie pra­co­wała. Piękna i zgrabna jak z okładki „Vogue’a”. Jedna z tych, które leżą i pachną. Kiedy otwo­rzyła drzwi, powiało zło­tem, chwilę póź­niej chło­dem:

– Ma pani pięć minut – usły­szała od kobiety, która po przy­wi­ta­niu z non­sza­lan­cją obró­ciła się na pię­cie, tak aby saty­nowy szla­frok zafa­lo­wał przed nosem Rudej.

Ruszyła w kie­runku dębo­wego stołu w salo­nie z wido­kiem na ogród w stylu japoń­skim. Już od drzwi widać było, że kobieta żałuje, że zgo­dziła się poświę­cić kilka minut agentce od ubez­pie­czeń. Kiedy Ruda zadzwo­niła do niej tydzień temu i powo­łała się na jej kolegę z daw­nych lat, sły­chać było zasko­cze­nie i nie­skry­waną radość. Musieli mieć romans, bo mówiła o nim w taki spo­sób, że gdyby Ruda go nie znała, zako­cha­łaby się w nim już na pod­sta­wie rela­cji Pani Boga­tej. Chyba tylko dla­tego zgo­dziła się na spo­tka­nie z Rudą. Dziś oka­zy­wała już nie­chęć. Mowa jej ciała wyra­żała: byle szybko, szkoda mi czasu na jakieś ubez­pie­cze­niowe bzdety. No, cze­kaj ty, kurwo – Ruda odpo­wie­działa w myślach, idąc za Bogatą.

Kiedy usia­dły w salo­nie, Ruda nie zro­biła żad­nego wstępu, nie siliła się na small talk i nie pochwa­liła nowych mar­mu­rów spro­wa­dzo­nych z Włoch na spe­cjal­nie zamó­wie­nie. Posta­no­wiła roz­po­cząć od hasła „Polisa na życie”, które zawsze wywo­łuje w klien­tach strach i odrzu­ce­nie. Dla więk­szo­ści to abs­trak­cyjne poję­cie i nie­wielu chce roz­ma­wiać otwar­cie o czymś, co według nich odda­lone jest o lata świetlne. Tym bar­dziej że miała przed sobą dwu­dzie­sto­pię­cio­latkę. Dla takich mówie­nie o śmierci ma sens tylko pod­czas oglą­da­nia seriali kry­mi­nal­nych i to z ogra­ni­cze­niem zestawu poten­cjal­nych umar­la­ków wyłącz­nie do boha­te­rów dru­giego planu. Ruda posta­no­wiła wypro­wa­dzić dziew­czynę ze strefy kom­fortu.

– Co pani zrobi, jeżeli dziś wie­czo­rem pani mąż nie wróci na kola­cję? – zaczęła.

Wie­działa, że ma tylko pięć minut, a to sta­now­czo zawę­ziło listę pytań, któ­rymi mogła roz­po­cząć kon­wer­sa­cję zorien­to­waną na sprze­daż.

– Co pani wyga­duje?! Ma być za godzinę. Dzwo­nił wła­śnie – odpo­wie­działa prze­ra­żona Pani Bogata, jakby sce­na­riusz, o któ­rym usły­szała, był nie­odwo­łal­nym wyro­kiem, a nie mani­pu­la­cją spraw­nego sprze­dawcy.

– Załóżmy, że nie wróci. Mógł mieć wypa­dek. Być może nawet nie żyje.

Ruda nie miała lito­ści. Była jak młody, ale już obe­znany z naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nymi stra­te­giami sza­chi­sta, który posta­wił sobie za cel skar­ce­nie począt­ku­ją­cego kolegi. Mat szew­ski w czte­rech ruchach był tym, co dawało jej przy­pływ adre­na­liny, a wyrzut hor­mo­nów szczę­ścia po ostat­nim ruchu mogła porów­nać tylko z dzia­ła­niem nar­ko­tyku. Napa­wała się chwilą, która dawała jej poczu­cie wła­dzy i pano­wa­nia nad świa­tem.

– Boże… nie wiem, co zro­bię – odpo­wie­działa kobieta, się­ga­jąc ner­wowo po fili­żankę do połowy wypeł­nioną chłodną już kawą.

– To ja pani powiem – odpo­wie­działa Ruda. – Nic pani nie zrobi. Będzie pani w czar­nej dupie. Macie roz­dziel­ność mająt­kową i firmę, któ­rej nie jest pani udzia­łow­cem – tłu­ma­czyła Boga­tej sce­na­riusz poten­cjal­nych wyda­rzeń.

Nawet tro­chę się dzi­wiła, że ludzie w takiej sytu­acji pozwa­lają jej na bez­par­do­nowe ataki i malo­wa­nie przy­szło­ści w czar­nych bar­wach. Ona ni­gdy by sobie na to nie pozwo­liła. Wywa­li­łaby takiego agenta za drzwi już po pierw­szym zda­niu, w któ­rym wyczu­łaby chęć domi­na­cji.

– Ale…

– Pani jest tylko żoną – prze­rwała.

Delek­to­wała się wyra­zem jej twa­rzy. Wyobraź­nią malo­wała pod jej oczami kurze łapki, samotną sta­rość i bez­sens. To cze­kało takie jak ona.

– Macie trzy samo­chody – kon­ty­nu­owała Ruda. – Wszyst­kie w leasingu. Kre­dyt obro­towy i kon­ce­sje na wódkę. Jeżeli firma popad­nie w kło­poty, a pani mężowi coś się sta­nie, nie zdąży go pani pocho­wać, a syn­dyk masy upa­dło­ścio­wej wszystko pani zabie­rze. Na trumnę dla męża poży­czy pani od rodziny.

Uświa­da­mia­nie naiw­nych to przy­jemna chwila. Upa­jała się prze­ra­że­niem w oczach kobiety i brzmie­niem osta­tecz­nego pyta­nia, które klienci zada­wali nie­mal natych­miast po tym, jak skoń­czyła przed­sta­wiać wizję orga­ni­za­cji pogrzebu.

– Ile to będzie kosz­to­wało? – Bogata wska­zała pal­cem na papiery ubez­pie­cze­niowe leżące na stole.

Ruda w takich sytu­acjach pra­wie ni­gdy nic nie mówiła. Spo­koj­nie wycią­gała z tek­tu­ro­wej teczki plik doku­men­tów, prze­wra­cała na ostat­nią stronę i poka­zy­wała dwa punkty – cenę oraz miej­sce na pod­pis.

Pani Bogata wzięła dłu­go­pis do ręki, szybko prze­je­chała wzro­kiem po tre­ści doku­mentu, uda­jąc, że przy­swaja wie­dzę zawartą w aka­pi­tach pisa­nych małym dru­kiem, i bez jed­nego słowa pod­pi­sała papier.

– Pro­szę pozdro­wić męża – powie­działa Ruda na poże­gna­nie i już miała wycho­dzić, kiedy na koniec posta­no­wiła jesz­cze zarzu­cić przy­nętę. – Wie pani, bo ja pra­cuję nie tylko w „życiówce”, rów­nież w „mająt­kach”… gdyby mąż potrze­bo­wał wspar­cia przy zabez­pie­cze­niu firmy, jakichś nie­ru­cho­mo­ści, maszyn, to pro­szę o mnie pamię­tać. Chęt­nie pomogę, a jak pani widzi, to nie zaj­muje dużo czasu – zakoń­czyła i z rado­ścią opu­ściła mar­mu­rowe salony.

Pięć minut… nie lubiła tej pre­sji czasu, ale kiedy już przy­szło jej dzia­łać z pisto­le­tem przy gło­wie, była w tym dobra. Zada­niowcy tak mają. Wbrew pozo­rom nie są to ludzie, któ­rzy kochają nie­ustan­nie wysoki poziom adre­na­liny. Zado­wa­lają się odpo­wied­nio dużą dawką raz na jakiś czas. Naj­chęt­niej pisa­liby książki w zaci­szu domo­wego gabi­netu z wido­kiem na góry lub morze, ale pre­sja i stres nie zabi­jają w nich sku­tecz­no­ści.

Czas. Tak mało miała go dla sie­bie. Zawsze wsta­wała przed wszyst­kimi, żeby wyko­rzy­stać każdą minutę w ciszy, spo­koju i samot­no­ści. Była pierw­sza na nogach nie tylko w domu, ale w całym mia­steczku. Chciała mieć chwilę dla sie­bie, kiedy wszy­scy jesz­cze śpią. Towa­rzy­szyły jej wtedy tylko ptaki. Po natę­że­niu ich głosu wie­działa, która jest godzina, śpie­wały bowiem jak sza­lone, a dźwięki wyda­wały się tak inten­sywne, jakby ktoś prze­pusz­czał je przez naj­lep­szej jako­ści wzmac­niacz. Ptaki śpie­wają tak gło­śno tylko rano, tuż przed świ­tem. Zaczy­nają zwy­kle około pią­tej drobną roz­grzewką, aby pół godziny póź­niej przejść w naj­waż­niej­szą część swo­jego kon­certu, a około szó­stej zakoń­czyć łagod­nie, jakby odczy­ty­wały na zapi­sie nuto­wym pole­ce­nie calando.

Ruda czę­sto spała przy otwar­tym oknie, żeby nie włą­czać budzika. Jego dźwięk posta­wiłby z pew­no­ścią na nogi cały dom. Dziwne. Więk­szość ludzi ni­gdy nie budzi się na dźwięk śpiewu pta­ków, a nawet naj­bar­dziej wyci­szony dzwo­nek elek­tro­nicz­nego urzą­dze­nia potrafi wyrwać ich z łóżka w kilka sekund. Była pewna, że pro­du­cenci tych gadże­tów weszli w posia­da­nie jakichś tajem­ni­czych badań, które udo­wod­niły, że czę­stotliwość dźwię­ków wyda­wa­nych przez tele­fony, zegarki i budziki, w spe­cy­ficzny spo­sób pobu­dza naszą pod­świa­do­mość, która następ­nie wysyła infor­ma­cje do kory nad­ner­czy, a ta zaczyna pro­du­ko­wać kor­ty­zol. Nara­sta­jący poziom hor­monu stresu natych­miast prze­łą­cza nasz orga­nizm w stan walki, przy­po­mina, że za dwie godziny czeka nas kor­po­ra­cyjny młyn, gdzie głę­boko w dupie mają śpiew pta­ków i łagodne wybu­dza­nie pro­mie­niami słońca. Po takiej pobudce nasz układ wzro­kowy, zamiast zie­lo­nych liści drzew, w któ­rych sie­dzą pustułki, sójki i wró­ble, zaczyna widzieć czer­wone słupki nie­do­wie­zio­nych celów sprze­da­żo­wych.

Ruda nauczyła się uni­kać takich poran­ków jak ognia. Miała swój wła­sny patent na pobudkę, ale był to jedyny moment w ciągu całego dnia, w któ­rym żyła w zgo­dzie z naturą. Ta na dro­dze milio­nów lat ewo­lu­cji wypra­co­wała nie­za­wodny mecha­nizm, który ste­ro­wał gatun­kami zwie­rząt i roślin – natu­ralne budze­nie się orga­ni­zmu pod wpły­wem pro­mieni sło­necz­nych i przy­spie­sza­ją­cego meta­bo­li­zmu. Budze­nie się w ryt­mie nie­sły­szal­nego zegara sło­necz­nego było jak roz­pę­dza­nie cięż­kiej maszyny paro­wej, powoli, od środka, przy­spie­sza­jąc sys­te­ma­tycz­nie, aby po chwili sunąć po torach płyn­nie i szybko. Czło­wiek jest jedyną istotą, która utra­ciła instynkt samo­za­cho­waw­czy i świa­do­mie ten pro­ces zabu­rza. Żaden inny gatu­nek na Ziemi ni­gdy nie podej­mo­wał i nie podej­muje dzia­łań tak destruk­cyj­nych dla sie­bie jak homo sapiens. Yuval Har­rari ma rację, pisząc, że możemy wykoń­czyć się sami, pędząc w tem­pie wykład­ni­czym od homo sapiens do homo deus. Potra­fi­li­śmy zabić lub przy­czy­nić się do wygi­nię­cia wielu gatun­ków zwie­rząt i roślin, ale jeste­śmy jedy­nym, który świa­do­mie wynisz­cza sie­bie, wie o tym i nie robi nic lub nie­wiele, by temu zapo­biec. Sam tylko cukier zabija w ciągu roku wię­cej ludzi niż wszyst­kie wojny i zama­chy ter­ro­ry­styczne razem wzięte.

Te ostat­nie jed­nak widać. Są spek­ta­ku­larne, media zapę­tlają zdję­cia z momentu wybu­chu do kilku minut, a eks­perci od ter­ro­ry­zmu dys­ku­tują nad tym na wizji przez wiele godzin. Biała śmierć zabija po cichu, od środka. Jest dużo gor­sza od nar­ko­ty­ków, bo nie nie­sie z sobą odrzu­ca­ją­cego widoku upodlo­nego, znisz­czo­nego czło­wieka, któ­rego prze­cież można zmu­sić jesz­cze do pod­ję­cia tera­pii. Miaż­dżycy, nad­ci­śnie­nia i nie­ustan­nej obec­no­ści zawy­żo­nego poziomu kor­ty­zolu we krwi nie widać gołym okiem. Umie­ramy cicho i przed­wcze­śnie. Jed­nak rów­no­le­gle trwa wyścig o uczy­nie­nie czło­wieka nie­śmier­tel­nym i za kil­ka­dzie­siąt lat fak­tycz­nie garstka z nas będzie żyła „wiecz­nie”. Już nie­długo nauka umoż­liwi nam doży­wa­nie dwu­stu i wię­cej lat. Uła­twią to nie tylko leki, ale rów­nież prze­szczepy narzą­dów dru­ko­wa­nych na bio­dru­kar­kach. Para­doks naszych cza­sów – powoli docho­dzimy do per­fek­cji w skra­ca­niu sobie życia, zabi­ja­niu samych sie­bie jedze­niem, czyn­no­ścią, która w swo­jej isto­cie ma utrzy­mać nasze funk­cje życiowe, a z dru­giej strony część ludz­ko­ści będzie za chwilę cybor­gami żyją­cymi po 200 lat. Gdyby tylko Ruda miała świa­do­mość, że jej życie będzie balan­so­wać na kra­wę­dzi, na pewno zmie­ni­łaby jego styl, na pewno by zwol­niła, na pewno w porę zacią­gnę­łaby hamu­lec.

Dzi­siej­szy pora­nek zaczęła tak jak lubi naj­bar­dziej. Leżała w wan­nie i prze­glą­dała się w ręcz­nym lusterku. Wni­kli­wie ana­li­zo­wała układ swo­ich brwi. Za grube – pomy­ślała – i zbyt krza­cza­ste. Muszę coś z tym zro­bić. Spoj­rzała na zega­rek. Docho­dziła 7.30. Czas zro­bić śnia­da­nie i obu­dzić dzieci do przed­szkola.

– Znowu nie zdążę zro­bić maki­jażu! – powie­działa na głos ze smut­kiem.

Ruda była jedną z tych osób, które przy­pi­sy­wały nad­rzędną rolę apa­ry­cji. Pierw­sze wra­że­nie miało być pio­ru­nu­jące. Ale ktoś, kto dba o wygląd bar­dziej niż o to, czy zapła­cił rachu­nek za świa­tło, wcze­śniej czy póź­niej zde­rza się z pro­ble­mem pod tytu­łem czas. Miała go sta­now­czo za mało.

Wyszła z łazienki. W domu było jesz­cze bar­dzo cicho. Chłopcy spali w naj­lep­sze. Poszła do kuchni i włą­czyła eks­pres. Kawa nie tyle ją budziła, ile pozy­tyw­nie nakrę­cała do życia. Lubiła jej zapach i smak. Efekt pod­wyż­szo­nego ciśnie­nia po wypi­ciu espresso już dawno prze­stał jej doty­czyć. Aby mogła stwier­dzić pobu­dza­jące dzia­ła­nie kawy, musia­łaby wlać w sie­bie tyle kofe­iny, ile zmie­ści się w dzie­się­ciu fili­żan­kach naraz. To był efekt wie­lo­let­niego sto­so­wa­nia małej czar­nej jako zamien­nika wody, her­baty i soków owo­co­wych. Była nało­go­wym kawo­szem. W ocze­ki­wa­niu na naj­po­pu­lar­niej­szą używkę świata włą­czyła kom­pu­ter. Zaczęła spraw­dzać e-maile, naj­now­sze wia­do­mo­ści z kraju i ze świata. Wczy­tała się w jakąś infor­ma­cję o poża­rze kamie­nicy. Po kilku minu­tach wpa­try­wa­nia się w ekran znowu to poczuła – nara­sta­jący ból głowy. Poja­wiał się od jakie­goś czasu. Zazwy­czaj łapał ją w pracy, kiedy sie­działa przy kom­pu­terze, wypeł­nia­jąc tabelki w Excelu. Była pewna, że to wła­śnie kon­cen­tra­cja na znie­na­wi­dzo­nych cyfer­kach, komór­kach pro­gramu od tabe­lek, słup­kach i wykre­sach była przy­czyną tego, że jej mózg buzo­wał, goto­wał się od nad­miaru zbęd­nych ilo­ści danych. Jed­nak tym razem ból poja­wił się w innych oko­licz­no­ściach, co bar­dzo ją zanie­po­ko­iło. Poło­żyła czoło na sple­cio­nych dło­niach opar­tych o kuchenny blat i zamknęła oczy. Przez chwilę sta­rała się ziden­ty­fi­ko­wać źró­dło bólu. Dotknęła ręką poty­licy. Czuła, że boli w środku i pro­mie­niuje lekko do góry w stronę kości cie­mie­nio­wej. Odcze­kała chwilę, nim orga­nizm zaak­cep­to­wał pierw­szy próg bólu i przy­zwy­czaił się do sygnału ostrze­gaw­czego, po któ­rym mógł wró­cić do wyko­ny­wa­nia czyn­no­ści, które wła­śnie prze­rwał. Spoj­rzała znowu w ekran lap­topa. Chciała dokoń­czyć czy­ta­nie arty­kułu, wciąż jed­nak nie mogła prze­stać myśleć o nie­po­ko­ją­cych obja­wach. Czy tak wygląda począ­tek migreny? – pytała samą sie­bie. A może to ze stresu? – szu­kała przy­czyny. Usły­szała hałas w pokoju star­szego syna. Za chwilę jego gło­śne pyta­nia i krzą­ta­nina po domu obu­dzą młod­szego. Zacznie się ner­wówka. Zer­k­nęła na zega­rek. Minęła ósma. Mimo utrzy­mu­ją­cego się bólu prze­szła w stan dzia­ła­nia pra­cu­ją­cej matki Polki. Szy­ko­wa­nie śnia­da­nia, pako­wa­nie i spraw­dza­nie ple­ca­ków, ubie­ra­nie. Póź­niej zajęła się sobą. W pośpie­chu zro­biła maki­jaż, obie­cała sobie, że to po raz ostatni i na pewno za tydzień zafun­duje sobie maki­jaż per­ma­nentny. Dopiła chłodną kawę. Poranny stan­dard w życiu samot­nej matki z kil­ku­let­nimi dziećmi.

Wsie­dli do samo­chodu i Monika ruszyła w kie­runku domu byłych teściów i szwa­gierki. Kilka razy w tygo­dniu przy­wo­ziła tam chłop­ców. Tak uzgod­nili z mężem tuż po roz­wo­dzie i po kilku tygo­dniach nikogo to już nie dzi­wiło. Wie­działa, że będą tam bez­pieczni, zje­dzą dru­gie śnia­da­nie, a bab­cia lub cio­cia Beata odpro­wa­dzą ich do przed­szkola i odbiorą. Mogła wtedy spo­koj­nie pra­co­wać, odda­jąc się wcze­śniej rytu­ałowi samot­nej prze­jażdżki swoim srebr­nym chry­sle­rem i wypi­cia dru­giej kawy na sta­cji ben­zy­no­wej. PT cru­iser, cacko, które kilka lat temu, jesz­cze przed roz­wo­dem, dostała od swo­jego męża. Zako­chała się w tym samo­cho­dzie, jak tylko zoba­czyła go po raz pierw­szy na żywo. Był inny, ory­gi­nalny, kształ­tem nie­po­dobny do żad­nego innego auta, wyróż­niał się – a skoro się wyróż­niał, musiał być jej. Decy­zję o tym, że musi mieć samo­chód, pod­jęła bły­ska­wicz­nie, w chwili emo­cji, kiedy wra­cała z pracy do domu. Dźwi­gała torby z zaku­pami i szła chod­ni­kiem w upale, pcha­jąc przed sobą wózek z młod­szym synem, któ­rego ode­brała z przed­szkola. Czuła się jak robot pra­cu­jący od rana do wie­czora, bez chwili prze­rwy. Dwie cięż­kie torby były tak dużym obcią­że­niem dla kiep­skiej jako­ści wózka, że po dwu­stu metrach roz­kra­czył się na środku drogi. Wtedy posta­no­wiła, że zrobi prawo jazdy, kupi samo­chód i raz na zawsze prze­sta­nie być zależna od kogo­kol­wiek. Opo­wie­działa o tym bli­skim, a ci wybu­chli śmie­chem, kiedy ktoś z rodziny spro­wa­dził ją na zie­mię: „Ty, prawo jazdy? Będziemy ci musieli paczki do wię­zie­nia słać, jeśli kie­dyś wyje­dziesz na mia­sto. Roz­trza­skasz się na pierw­szym lep­szym drze­wie”. Zbyła uwagę mil­cze­niem, ale czuła się tak, jakby dostała w twarz – upo­ko­rzona jed­nym zda­niem, które czy­niło z niej istotę gor­szą od innych, mniej zdolną do osią­gnię­cia pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści życio­wych, jakby prawo jazdy było zdo­by­ciem naj­wyż­szej odznaki har­cer­skiej, do któ­rej aspi­ro­wał co naj­wy­żej zuch przy­jęty wła­śnie do dru­żyny. Przez wiele tygo­dni nie poru­szała tego tematu. Wró­cił niby spon­ta­nicz­nie pod­czas roz­mowy w samo­cho­dzie jej męża. Któ­re­goś dnia wyprze­dzali na auto­stra­dzie chry­slera PT cru­isera.

– Piękny – szep­nęła Ruda – taki bym chciała kie­dyś mieć.

Powie­działa ni to do męża, ni to do sie­bie. Jego odpo­wiedź ją zasko­czyła:

– Jak zdasz za pierw­szym razem, to ci go kupię – usły­szała.

Posta­no­wiła poka­zać, na co ją stać. Zapi­sała się na kurs prawa jazdy, który dziś, z per­spek­tywy czasu, był jakimś zło­wiesz­czym sygna­łem nad­cią­ga­ją­cego nie­bez­pie­czeń­stwa.

Roz­dział II

PRAWO JAZDY

Maj 2014

Por­tu­ga­lia, Lizbona. Finał Ligi Mistrzów. Real Madryt poko­nuje po dogrywce Atlético Madryt 4:1.

Taj­lan­dia. Gene­rał Pray­uth Chan-ocha wpro­wa­dza stan wojenny

i

doko­nuje prze­wrotu woj­sko­wego

w

odpo­wie­dzi na kry­zys poli­tyczny.

Pol­ska. Umiera Woj­ciech Jaru­zel­ski, poli­tyk

i

dowódca woj­skowy, dzia­łacz komu­ni­styczny, pre­zy­dent PRL (1989)

i

pre­zy­dent RP (1989–1990).

Maj był nie­zwy­kle cie­pły. Momen­tami grzało jak latem. Ruda odsta­wiła dzieci do przed­szkola i zasta­na­wiała się, co robić w tak piękny pora­nek. Miała jesz­cze kilka godzin do popo­łu­dnio­wego spo­tka­nia z klien­tem. Skrę­ciła na sta­cję ben­zy­nową i kupiła kawę. Spoj­rzała na ekran tele­wi­zora, w któ­rym jakaś „śnia­da­niówka” nada­wała znad morza. Miała swoje ulu­bione plaże w Świ­no­uj­ściu, Miel­nie i Dziw­nówku. Spoj­rzała na zega­rek – ósma. Zdążę – pomy­ślała i wybie­gała ze sta­cji. Wsia­dła do samo­chodu i w nawi­ga­cję wbiła Mię­dzyz­droje – jedną z plaż, do któ­rych z Gole­niowa jest naj­bli­żej. To tylko dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów. Godzinka i będę nad morzem – ana­li­zo­wała. Tak, Szcze­cin, kurwa, nie leży nad morzem! – śmiała się, przy­po­mi­na­jąc sobie auten­tyczne zda­rze­nie, które opo­wie­dział jej kie­dyś kolega. Kilka lat temu do hotelu w Szcze­cinie przy­je­chała wie­czo­rem rodzinka z Sosnowca. Było już tak późno, że dzieci posnęły im w samo­cho­dzie i wno­sili je do pokoju na rękach. Wcze­snym ran­kiem matka, ojciec i dwóch kil­ku­let­nich chłop­ców zamel­do­wało się w recep­cji w stro­jach pla­żo­wych, z dmu­chań­cami do pły­wa­nia na bio­drach.

– Dzień dobry! – przy­wi­tał się z uśmie­chem tata rodzinki. – Jak daleko do morza?

Zapy­tał tak prze­ko­nu­jąco, że nikt nie mógł wziąć tego pyta­nia za żart.

– Jakieś dzie­więć­dzie­siąt kilo­me­trów – odpo­wie­dział miło recep­cjo­ni­sta.

– Pan chyba żar­tuje! – obu­rzył się męż­czy­zna. – Prze­cież widzia­łem na mapie, że woda…

– To jest jezioro, pro­szę pana. Dąbie. Tak się nazywa – wyja­śniał recep­cjo­ni­sta. – Dalej ma pan Zalew Szcze­ciń­ski. Duży, prawda, ale to jesz­cze nie Bał­tyk – dodał z sze­ro­kim uśmie­chem.

Miny nie­do­szłych pla­żo­wi­czów były bez­cenne. Cała czwórka stała ubrana w stroje pla­żowe i zre­zy­gno­wana szu­kała wzro­kiem pomocy, jakby się jesz­cze łudzili, że za chwilę recep­cjo­ni­sta krzyk­nie: „Żar­to­wa­łem!”. Nie żar­to­wał. Jego mina mówiła raczej: „Tak, kurwa, Szcze­cin nie leży nad morzem. Zdzi­wieni?”.

Ruda uwiel­biała samotne wypady nad morze poza sezo­nem z kub­kiem gorą­cej kawy. W maju plaże były jesz­cze puste i piękne, pozba­wione tych wszyst­kich kolo­ro­wych para­wa­nów upcha­nych tak cia­sno, że cza­sami nie dało się dojść do brzegu, wrzesz­czą­cych na sie­bie ludzi i pala­czy, któ­rym doży­wot­nio powinno się zabra­niać wstępu na kąpie­li­ska. Ruda nie mogła znieść papie­ro­so­wego dymu, wyczu­wała go na kilo­metr. Nie rozu­miała pala­czy, a nade wszystko nie akcep­to­wała ich potrzeby pusz­cze­nia dymka na świe­żym powie­trzu.

Wyje­chała z Gole­niowa na eskę. Cza­sami jeź­dzili tą trasą na kur­sie prawa jazdy. Odkąd zdała egza­min, była naj­szczę­śliw­szą osobą na świe­cie. Nie­za­leżna, mogła decy­do­wać o tym, co zrobi z wol­nym cza­sem. Prawo jazdy było wtedy jej wiel­kim marze­niem. Odda­łaby za nie wszystko. Cho­ciaż nie przy­pusz­czała, że już sam kurs dostar­czy jej tak wielu skraj­nych emo­cji. Zapa­mię­tała szcze­gól­nie jedno zda­rze­nie.

– Muszę zdać za pierw­szym razem! – stwier­dziła Ruda, a w jej gło­sie było tyle zde­cy­do­wa­nia i deter­mi­na­cji, że Marta, jej kole­żanka z kursu, nie miała wąt­pli­wo­ści, która z nich zali­czy teo­rię i prak­tykę tego samego dnia.

– Dobra jesteś, Monika! Na pewno zdasz. Masz do tego dryg – zapew­niała ją Marta.

– Co z tego, skoro w Szcze­ci­nie zda­wal­ność jest na tak niskim pozio­mie. Naj­go­rzej w Pol­sce! Uwzięli się w tym WORD-dzie czy co? Widzia­łaś sta­ty­styki? Nie ma nawet trzy­dzie­stu pro­cent na prak­tycz­nym!

– Boże! – jęk­nęła Marta – To ja na pewno obleję!

– Trzeba dużo ćwi­czyć. Wyku­pi­łam dodat­kowe godziny. Wiesz, teo­ria spoko, nie boję się. Plac też OK, ale na mie­ście mogą się przy­cze­pić do wszyst­kiego.

Marta, sły­sząc Rudą tak zde­ter­mi­no­waną, rów­nież wyku­piła dodat­kowe godziny i po uzgod­nie­niu z instruk­to­rem ter­minu zapla­no­wały wspólną jazdę po Szcze­ci­nie. Chciały zro­bić spraw­dzian umie­jęt­no­ści w warun­kach bojo­wych wiel­ko­miej­skiego ruchu, gdzie samo­cho­dów, moto­rów, poja­wia­ją­cych się znie­nacka rowe­rzy­stów i dostaw­ców pizzy oraz warian­tów podej­mo­wa­nia decy­zji pod pre­sją czasu i jazdy zde­rzak w zde­rzak jest zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż w ich mie­ści­nie. Egza­min będą zda­wały w mie­ście woje­wódz­kim, więc wie­działy, że los pierw­szego podej­ścia może roz­strzy­gnąć się wła­śnie pod­czas testu na uli­cach Szcze­cina. Chciały się do tego dobrze przy­go­to­wać. Takie mia­steczka jak Gole­niów, z małym ruchem i nie­skom­pli­ko­wa­nymi skrzy­żo­wa­niami nie sta­no­wiły wyzwa­nia dla kie­row­ców. Już po kilku dniach jazdy można było poru­szać się po nich z zamknię­tymi oczami.

Dla Rudej jazda była nie­zwy­kłą przy­jem­no­ścią. Nie stre­so­wała się, nie pani­ko­wała za kie­row­nicą, ni­gdy nie tra­ciła czuj­no­ści, miała dobry refleks i szybko prze­wi­dy­wała wyda­rze­nia na dro­dze. Cza­sami miała wra­że­nie, że w poprzed­nim wcie­le­niu musiała być kie­rowcą tak­sówki albo TIR-a. Uwiel­biała sie­dzieć za kie­row­nicą i jechać przed sie­bie. Od kiedy tylko instruk­tor pozwo­lił jej wyje­chać za mia­sto, wie­działa, że pro­wa­dze­nie samo­chodu będzie jed­nym z naj­przy­jem­niej­szych doświad­czeń w jej życiu. Nie potra­fiła wytłu­ma­czyć, co takiego nie­zwy­kłego jest w poru­sza­ją­cej się po asfal­to­wej dro­dze puszce z metalu, w któ­rej cza­sami jest za gorąco, cza­sami za brudno, a cza­sami śmier­dzi od kli­ma­ty­za­cji lub sie­dzeń prze­siąk­nię­tych potem set­nego kur­santa. Była jed­nak pewna, że jeśli jej mąż wycofa się z obiet­nicy kupie­nia jej samo­chodu, to sama kupi. Zacią­gnie kre­dyt, ale sprawi sobie srebr­nego chry­slera.

Do Szcze­cina mieli zale­d­wie czter­dzie­ści kilo­me­trów. Żeby zdą­żyć przed poran­nym szczy­tem komu­ni­ka­cyj­nym, posta­no­wili wyje­chać bar­dzo wcze­śnie rano. Spo­tkali się na placu manew­ro­wym, gdzie na Rudą i jej kole­żankę cze­kał już instruk­tor. Pan Robert miał około sześć­dzie­siątki, był drob­nej budowy, choć o zaokrą­glo­nych kształ­tach. Miał świetne poczu­cie humoru i cięty język. Sporo prze­kli­nał, ale tak mu to jakoś paso­wało, że Rudej nawet impo­no­wał. Wie­dział dosko­nale, kiedy wiej­ska łacina to zbędny prze­ryw­nik, a kiedy wysu­bli­mo­wany ozdob­nik. Zresztą ona sama rów­nież nie stro­niła od moc­nych prze­cin­ków, lubiła doda­wać słow­nego pie­przu do swo­ich wypo­wie­dzi. Cza­sami przy­cho­dziły jej natu­ral­nie jako wyraz emo­cji, a cza­sami klęła inten­cjo­nal­nie, z chęci pod­kre­śle­nia, że z Rudą lepiej nie zaczy­nać. Poza tym „kurwa” już dawno prze­stała być oznaką braku wykształ­ce­nia i dobrych manier. Inte­li­gen­cja klnie na potęgę, a skoro przy­znaje się do tego ośmiu na dzie­się­ciu doro­słych Pola­ków, to zna­czy, że zde­cy­do­wana więk­szość pokoń­czyła szkoły. W swoim słow­niku wul­ga­ry­zmów Ruda miała cały wachlarz dosad­nych prze­kleństw, ale gdyby chciała zro­bić zesta­wie­nie, oka­za­łoby się, że ogra­ni­cza się do tego, co w swo­ich bada­niach opi­sał kie­dyś Jerzy Bral­czyk. Znany języ­ko­znawca wyli­czył, że w języku pol­skim mamy pięć pod­sta­wo­wych wul­ga­ry­zmów: „kurwa”, „chuj”, „pier­do­lić”, „pizda” i „jebać”. Cała reszta to kom­bi­na­cje i wytwór buj­nej wyobraźni pol­skiego spo­łe­czeń­stwa, które tak jak Ruda lubi pie­przyć.

W poło­wie drogi zro­bili kolejny postój. Tym razem zatrzy­mali się w McDo­nal­dzie na kawę. Kiedy stali w kolejce do kasy, Ruda zauwa­żyła, że z twa­rzą instruk­tora dzieje się coś nie­po­ko­ją­cego. Przy­glą­dała mu się przez kilka minut, ale z każdą kolejną rósł w niej nie­po­kój. Prawa dolna warga pana Roberta mocno opa­dała. Wyglą­dało to tak nie­na­tu­ral­nie i momen­tami kary­ka­tu­ral­nie, że Ruda zaczęła powąt­pie­wać, czy instruk­tor nie robi sobie z nich żar­tów. Obró­ciła lekko głowę w drugą stronę i wykrzy­wiła usta, opu­ściła lewą dolną wargę na siłę, utrzy­mu­jąc jed­no­cze­śnie prawą w pozy­cji neu­tral­nej. Naśla­do­wała instruk­tora, chciała spraw­dzić, czy można taki tik utrzy­my­wać świa­do­mie przez dłuż­szy czas. Ależ to głu­pio wygląda – stwier­dziła. Po co on to robi? – roz­my­ślała o wyglą­dzie instruk­tora, ale cały czas podświa­do­mie czuła, że coś jest nie tak. Biła się z myślami, czy zapy­tać go z powagą i tro­ską o to, co się dzieje, czy obró­cić całą sytu­ację w żart i powie­dzieć, żeby prze­stał świ­ro­wać i nie robił wio­chy. W końcu są w miej­scu publicz­nym i jadą tre­no­wać przed poważ­nym egza­mi­nem na prawo jazdy! Zer­k­nęła znowu w jego stronę. Zauwa­żyła, że dolna warga wygląda nie­mal dokład­nie tak samo jak wcze­śniej, nie­na­tu­ral­nie opusz­czona, spra­wiała wra­że­nie, jakby robiła na prze­kór pra­wej stro­nie, która się uśmie­cha. Ruda miała wra­że­nie, że połowa twa­rzy instruk­tora pocho­dzi od innej osoby, zaczyna się dziw­nie wykrzy­wiać, jakby nie było nad nią kon­troli.

– Panie Rober­cie, coś z panem nie tak – zde­cy­do­wała się zare­ago­wać. – Dobrze się pan czuje?

Instruk­tor spoj­rzał na nią i uśmiech­nął się, zasko­czony pyta­niem. Prawa warga powę­dro­wała wysoko ku górze, lewa pra­wie nie drgnęła, roz­cią­gnęła się tylko lekko pod wpły­wem ruchu policzka po pra­wej stro­nie.

– Wszystko OK. Tro­chę kiep­sko spa­łem – odparł instruk­tor, pła­cąc już za kawę i wodę. – Chodź­cie, usią­dziemy tutaj. Wpier­do­limy szybko coś na miej­scu, będzie wygod­niej.

Wska­zał ręką miej­sce przy sto­liku. Mówił tro­chę nie­wy­raź­nie, co jesz­cze bar­dziej zanie­po­ko­iło Rudą.

Zapła­ciła za kawę i po chwili razem z kole­żanką sie­działy w rogu przy oknie. Tamta w ogóle nie zwa­żała na to, co się dzieje, była pogrą­żona myślami w swo­ich spra­wach i tylko odpi­sy­wała na ese­mesy. Instruk­tor wycią­gnął z pod­ręcz­nej torby kanapki zawi­nięte w folię alu­mi­niową. Do połowy roz­pa­ko­wał jedną kromkę, ugryzł i zaczął powoli żuć, co chwi­lowo sku­tecz­nie unie­moż­li­wiło Rudej zorien­to­wa­nie się, czy opa­da­jąca warga to tym razem efekt prze­żu­wa­nia, czy może jed­nak oznaka kło­po­tów zdro­wot­nych. Gdyby nawet cho­dziło o ten drugi przy­pa­dek, Ruda i tak nie miała poję­cia, o jakiej cho­ro­bie może świad­czyć opa­da­jąca warga. Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkała się z czymś podob­nym. Zaczęła oba­wiać się naj­gor­szego. W pew­nym momen­cie instruk­tor prze­rwał jedze­nie, jakby nagle coś się stało, zawi­nął nie­do­koń­czoną kanapkę z powro­tem w folię alu­mi­niową i rzu­cił komendę:

– Jedziemy. Szkoda czasu. Marta, teraz ty pro­wa­dzisz. – Kiw­nął głową w kie­runku dziew­czyny.

Ruda przy­glą­dała się instruk­to­rowi bar­dzo uważ­nie. Zauwa­żył to. Zmie­szał się, spu­ścił głowę, jakby chciał ukryć, że nie czuje się naj­le­piej. Typowy facet – pomy­ślała. Czy oni wszy­scy tak mają? Umie­rają, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści nic im nie jest, a jak już coś ich trafi, to ukry­wają ten fakt i nie chcą o tym gadać – ana­li­zo­wała zacho­wa­nie męż­czy­zny.

– Panie Rober­cie – zaczęła już bar­dziej zde­cy­do­wa­nie. – Może jed­nak pod­je­dziemy gdzieś do leka­rza? Nie wygląda pan naj­le­piej – zapro­po­no­wała.

– Monika, nie pier­dol – odpo­wie­dział instruk­tor. – Wszystko dobrze. Jedziemy – zde­cy­do­wał sta­now­czo.

Kiedy wyszli na zewnątrz, zauwa­żyła, że instruk­tor powłó­czy lewą nogą. Począt­kowo myślała, że po pro­stu mu ścier­pła od sie­dze­nia na nie­zbyt wygod­nej ławce przy sto­liku, ale prze­cież od tego nie cią­gnie się za sobą nogi, jakby była kawał­kiem drewna. Raczej traci się rów­no­wagę i nie może zro­bić kroku. Opada mu lewy kącik ust, powłó­czy lewą nogą! – wyli­czała. Powoli wpa­dała w panikę. Po raz pierw­szy, od kiedy zauwa­żyła nie­po­ko­jące objawy, zaczęła się bać tego, co może się wyda­rzyć. Nie wie­działa, czego się spo­dzie­wać, ale czuła, że nad­cho­dzi jakieś nie­bez­pie­czeń­stwo. W dodatku za kie­row­nicą usia­dła Marta, która nie radziła sobie na dro­dze tak dobrze jak ona. Gdyby doszło do sytu­acji, w któ­rej potrzebna będzie szybka reak­cja instruk­tora, znajdą się w poważ­nych tara­pa­tach. Ruda szła krok w krok za instruk­torem i patrzyła uważ­nie, jak on się poru­sza. Powłó­czył lewą nogą bar­dzo wyraź­nie, w koń­co­wej fazie prze­cią­ga­jąc lekko stopę po pod­łożu. Wsiadł do samo­chodu, poma­ga­jąc sobie rękoma pod­czas prze­kła­da­nia nogi.

– Ruszamy – powie­dział instruk­tor i zapiął pasy.

Teraz Ruda usły­szała już wyraź­nie zmę­czony głos. Cisza, jaka pano­wała w samo­cho­dzie, pozwo­liła na dokład­niej­szą ana­lizę docie­ra­ją­cych dźwię­ków. Instruk­tor mówił dziw­nie, ale ani Monika, ani jej kole­żanka nie zda­wały sobie sprawy z tego, co nad­cho­dzi. Od momentu decy­zji, że zjeż­dżają na sta­cję paliw, gdzie wypa­trzyli McDo­nalda minęło zale­d­wie trzy­dzie­ści minut, ale w tym cza­sie zacho­wa­nie instruk­tora zmie­niło się tak bar­dzo, że strach oble­ciał już obie kur­santki. Co prawda jest upał, duszno, ale czy naprawdę w ciągu pół godziny mogło to wywo­łać, aż tak duże zmę­cze­nie u instruk­tora? – zasta­na­wiała się Ruda.

Nikt nic nie mówił, nie włą­czył radia i nie pró­bo­wał roz­luź­nić napię­tej atmos­fery. W powie­trzu dało się wyczuć ocze­ki­wa­nie. Jechali tak około pięt­na­stu minut. Minęli rogatki mia­sta. Byli już na przed­mie­ściach Szcze­cina i zgod­nie z zało­że­niem mieli poje­chać do cen­trum, a póź­niej w pobliże placu manew­ro­wego Woje­wódz­kiego Ośrodka Ruchu Dro­go­wego. Chcieli tam prze­ćwi­czyć jazdę po naj­bliż­szej oko­licy, aby w dniu egza­minu płyn­nie i bez ner­wów roz­po­cząć jazdę testową. Kiedy zbli­żali się do ronda, Marta zwol­niła, zre­du­ko­wała bieg i naci­snęła deli­kat­nie hamu­lec.

– Nie uży­waj hamulca! Prze­cież uczy­łem was hamo­wać sil­ni­kiem – powie­dział zde­ner­wo­wany instruk­tor.

Mówił bar­dzo dziw­nie, co dru­gie słowo lekko znie­kształ­ca­jąc. Widać było, że wypo­wia­da­nie słów spra­wia mu dużą trud­ność. Mimo wszystko kon­ty­nu­ował. W nie­któ­rych sło­wach bra­ko­wało spół­gło­sek, co powoli zaczy­nało przy­po­mi­nać beł­kot pija­nego czło­wieka.

– Redu­ku­jesz bieg, pusz­czasz srzę­gło i zabie­rasz noi z pedałó…, a po kilu seun­dach, kiedy samo­chód wytraci prę­koś, robisz to pono­nie. Takie to, kuwa, trune?! – zapy­tał pode­ner­wo­wany.

Marta jak na roz­kaz zro­biła, co kazał. Monika ni­gdy nie widziała tak prze­stra­szo­nej kole­żanki. Ręce drżały jej na kie­row­nicy. Roz­glą­dała się na boki, szu­kała wzro­kiem pomocy w Rudej, miała nadzieję, że coś zrobi, zare­aguje. Obie były prze­ko­nane, że instruk­tor albo gol­nął sobie ukrad­kiem piwo, kiedy poszły do toa­lety pod­czas postoju, albo jest naprawdę w poważ­nych kło­po­tach zdro­wot­nych i za chwilę wyda­rzy się tra­ge­dia. Kiedy do ronda zostało kil­ka­dzie­siąt metrów, Marta ponow­nie zre­du­ko­wała bieg, wci­snęła już lekko hamu­lec, chcąc zwol­nić do pręd­ko­ści umoż­li­wia­ją­cej bez­pieczne wje­cha­nie na rondo.

– Na ron­dzie w lewo. – Instruk­tor nagle wydał pole­ce­nie, które zasko­czyło Martę.

Myślała, że będą jechać pro­sto. Wcze­śniej nie sygna­li­zo­wał zmiany kie­runku jazdy. Ten nagły komu­ni­kat tak wytrą­cił ją z rów­no­wagi, że nie zasta­na­wia­jąc się, gdzie jest i jakie są zasady ruchu na ron­dzie, skrę­ciła w lewo, wjeż­dża­jąc pod prąd. Instruk­tor gwał­tow­nie zaha­mo­wał. Wszyst­kimi rzu­ciło do przodu, pasy się napięły i bole­śnie zatrzy­mały pasa­że­rów w fote­lach.

– Co ty robisz? – krzyk­nął instruk­tor. – Chcesz nas poza­bi­jać?!

W samo­cho­dzie zro­biło się bar­dzo ner­wowo. Zje­chali na pobo­cze, zatrzy­mali się. Ruda nie wytrzy­mała napię­cia i roz­ka­zu­ją­cym wręcz tonem zako­mu­ni­ko­wała:

– Panie Rober­cie, jedziemy do szpi­tala. Pan naprawdę źle wygląda. Nic pan nie czuje?

– Nie jedziemy do żad­nego szpi­tala! Pier­do­lisz jakieś głu­poty, zamiast sku­pić się na jeź­dzie. Co cię to, kurwa, obcho­dzi, jak ja wyglą­dam i jak się czuję? Idiotka jakaś – rzu­cił ni to do Moniki, ni to do sie­bie i otwo­rzył drzwi samo­chodu.

Marta, cała roz­trzę­siona, już dawno wysia­dła z auta, zapa­liła papie­rosa. Z instruk­to­rem działo się coś bar­dzo złego. Nie tylko beł­ko­tał jak pijany, ale wysia­da­jąc z samo­chodu, omal się nie prze­wró­cił. Tra­cił rów­no­wagę i coraz moc­niej powłó­czył nogą. Kiedy Marta zauwa­żyła, w jakim jest sta­nie, pra­wie się roz­pła­kała. Zga­siła papie­rosa i zawo­łała do Rudej:

– Monika, ja już nie pro­wa­dzę. Nie chcę jeź­dzić. Wra­camy do domu!

Monika ski­nęła tylko głową, usia­dła za kie­row­nicą i zapięła pas, dając tym samym sygnał, że czas wsia­dać. Kiedy obie były już w samo­cho­dzie, instruk­tor zre­zy­gno­wany usiadł obok na miej­scu pasa­żera. Już nic nie mówił. Oparł się tylko o zagłó­wek fotela i wark­nął:

– Wra­camy!

Marta patrzyła na instruk­tora z tyl­nego sie­dze­nia. Prze­ra­że­nie w jej oczach mówiło wszystko. Bała się nie tylko jego reak­cji, ale też tego, co za chwilę może się wyda­rzyć. Instruk­tor wyglą­dał bar­dzo źle.

– Monika, ile fabryka dała, wra­camy. Coś fak­tycz­nie jest z nim nie tak – szep­nęła.

Rudej nie trzeba było powta­rzać dwa razy. Mimo że egza­min miała za kilka tygo­dni, jeź­dziła już bar­dzo dobrze, cza­sami za szybko i na gra­nicy prze­pi­sów prawa. Instruk­tor nawet nie reago­wał, kiedy prze­kra­czała pręd­kość o trzy­dzie­ści czy nawet czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę. Zda­wało się, że powoli prze­staje nawet zwra­cać na to uwagę. Monika zer­kała na niego z ukosa i kilka razy przy­ła­pała go na tym, jak przy­my­kał oczy. Nie zasy­piał, ale spra­wiał wra­że­nie bar­dzo zmę­czo­nego. Ruda doci­snęła gaz. Była jed­nak pewna, że nie robi nic złego. Dzia­łała w sta­nie wyż­szej koniecz­no­ści. Przez chwilę nawet pomy­ślała, że dobrze by się stało, gdyby poli­cja zła­pała ją na prze­kro­cze­niu pręd­ko­ści. Mogłaby wtedy powie­dzieć mun­du­ro­wym, że z jej instruk­to­rem dzieje się coś dziw­nego. Poli­cji na pewno by posłu­chał, a jeśli nie, to być może od razu wezwa­liby pogo­to­wie. Ruda miała też w pla­nach, wbrew woli instruk­tora, skrę­cić na Szpi­talny Oddział Ratun­kowy, kiedy tylko wjadą do Gole­niowa. Ani razu o tym nie wspo­mniała, bojąc się reak­cji męż­czy­zny. Kiedy wje­chali do mia­sta, instruk­tor zauwa­żył, że kur­santka nie jedzie trasą, która pro­wa­dziła na plac manew­rowy.

– Gdzie jedziesz?! – zapy­tał z pre­ten­sją. – Mówi­łem, że koń­czymy na placu! Skrę­caj – wybeł­ko­tał.

– Zawiozę pana na pogo­to­wie – odpo­wie­działa spo­koj­nie.

– Ni­gdzie mnie nie będziesz zawo­zić! Powie­dzia­łem na plac! – roz­ka­zał.

Ruda wie­działa, że instruk­tor ma kon­trolę nad peda­łem sprzę­gła i hamulca. Mógł w każ­dej chwili zain­ge­ro­wać w jazdę. Skrę­ciła pokor­nie w ulicę pro­wa­dzącą na par­king szkoły jazdy.

– Jak pan chce, ale to nie wygląda dobrze – skwi­to­wała Ruda. – To się może źle skoń­czyć – dodała.

Kiedy doje­chali na miej­sce, instruk­tor oschle poże­gnał dziew­czyny i kazał im iść do domu. Nie chciał z nimi roz­ma­wiać, nie umó­wił się na kolejną jazdę. Wysiadł z samo­chodu i powłó­cząc nogą, poszedł do biura. Ruda roz­trzę­siona wró­ciła do domu. Zaraz po wej­ściu odpa­liła kom­pu­ter, otwo­rzyła Google’a i wpi­sała w pasek wyszu­ki­wa­nia: „opa­da­jąca warga”, „powłó­cze­nie nogą”. W ciągu nie­spełna sekundy na ekra­nie kom­pu­tera wyświe­tliło się dzie­sięć pro­po­zy­cji arty­ku­łów. Kilka przy­kuło jej uwagę:

„Kiedy mamy do czy­nie­nia z opa­da­ją­cym kąci­kiem ust? Cho­roby”, „Pora­że­nie nerwu twa­rzo­wego – przy­czyny, lecze­nie, reha­bi­li­ta­cja”, „Cho­roba Par­kin­sona Objawy”.

Zaczęła czy­tać, ale żaden arty­kuł nie dawał jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na pyta­nie, co może dole­gać oso­bie, u któ­rej wystą­piły oba te objawy jed­no­cze­śnie. Wró­ciła do wyszu­ki­warki. Wpi­sała: „opa­da­jący kącik ust i nie­do­wład nogi”.

Jeden z arty­ku­łów, który poka­zał się na ekra­nie w pierw­szej trójce, nosił tytuł: „Udar mózgu – objawy i skutki”. Zaczęła czy­tać i z każ­dym zda­niem jej serce biło coraz moc­niej. Wie­działa już, że instruk­tor zna­lazł się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. W aka­pi­cie „Objawy udaru mózgu” dr Adam Kobay­ashi z Insty­tutu Psy­chia­trii i Neu­ro­lo­gii w War­sza­wie pisał:

Czas, w któ­rym można pomóc oso­bie po uda­rze, wynosi około czte­rech i pół godziny. Zda­rza się, że objawy udaru mózgu są bar­dzo nie­ty­powe, ale naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym symp­to­mem jest opad­nię­cie kącika ust, nie­do­wład ręki lub nogi.

Poczuła, że robi się jej słabo. Cztery i pół godziny – powie­działa do sie­bie. Zaczęła liczyć, ile czasu minęło od momentu, kiedy zauwa­żyła u męż­czy­zny opa­da­jący kącik ust. Chwy­ciła za tele­fon i już miała dzwo­nić do instruk­tora, kiedy uświa­do­miła sobie, że to nic nie da. Jeśli nie posłu­chał jej pod­czas jazdy, kiedy sie­działa obok prze­ra­żona, to tym bar­dziej zigno­ruje ją przez tele­fon. Chwilę póź­niej przy­szedł jej do głowy dosko­nały pomysł. Szkoła jazdy, którą pro­wa­dził pan Robert, nale­żała rów­nież do jego rodziny, a zaję­cia na placu manew­ro­wym pro­wa­dziła Ania, synowa instruk­tora. Ruda nie­raz miała z nią ćwi­cze­nia, lubiły się i wymie­niły rów­nież tele­fonami, aby łatwiej mogły uma­wiać się na zaję­cia. Póź­niej nawet odwie­dzały się w domach razem z dziećmi. Wybrała numer.

– Cześć, Moniko! – usły­szała rado­sny głos w słu­chawce. Imię Moniki wyświe­tliło się na ekra­nie jej tele­fonu. – Jak poszła jazda po Szcze­ci­nie? – zapy­tała Ania.

– Cześć. Nie teraz, Aniu. Pilne – powie­działa Ruda i natych­miast zasy­pała kole­żankę szcze­gó­łami doty­czą­cymi zdro­wia jej teścia. – Wszystko wska­zuje na to, że dostał udaru mózgu.

– Boże! – krzyk­nęła Ania. – Co ty wyga­du­jesz?

– Nagle zaczął się dziw­nie zacho­wy­wać. Na początku myśla­łam, że świ­ruje, wykrzy­wiał usta tak dziw­nie, jakby uda­wał upo­śle­dzo­nego. Póź­niej zauwa­ży­łam, że cią­gnie za sobą nogę, jakby nie mógł jej zgi­nać. Powie­dzia­łam mu, że dziw­nie wygląda i chyba dzieje się coś złego, ale nie chciał słu­chać o pogo­to­wiu. Tro­chę nawet mnie zwy­zy­wał, ale wiesz, to chyba nor­malne w takiej sytu­acji, bo nie kon­tro­lo­wał do końca emo­cji. Chcia­łam go siłą zawieźć na pogo­to­wie, ale bro­nił się i kazał odwieźć do szkoły. Powi­nien tam jesz­cze być. Zadzwoń szybko na pogo­to­wie i jedź do niego. To się stało dwie godziny temu.

– Dzię­kuję, Moniko! Zadzwo­nię póź­niej – odpo­wie­działa i szybko się roz­łą­czyła.

Ruda usia­dła przy stole i roz­pła­kała się. Dopiero teraz puściły emo­cje i poczuła, jak bar­dzo jest spięta. Ryczała jak dziecko, histe­rycz­nie, trzy­ma­jąc mocno w dło­niach rudą czu­prynę. Po raz pierw­szy była tak bli­sko kogoś, kto mógł umrzeć i gdyby nie jej przy­tom­ność i upór, jesz­cze dziś wie­czo­rem mogła usły­szeć o zgo­nie instruk­tora jazdy z Gole­niowa. Wró­ciła spo­koj­nie do kom­pu­tera i jesz­cze raz zaczęła czy­tać arty­kuł o obja­wach udaru mózgu, przy­czy­nach i jego rodza­jach. Zda­rza się, że chory nie czuje obja­wów i łatwiej zauwa­żyć je dru­giej oso­bie – tłu­ma­czył dr Kobay­ashi. To dla­tego instruk­tor twier­dził, że nic mu nie jest – pomy­ślała Ruda. Ale jak to moż­liwe, że nic nie czuł? – szu­kała odpo­wie­dzi na pyta­nia, które zadaje sobie nie­wielu zdro­wych ludzi. Ucie­kamy od tego, co złe, nie­przy­jemne i może zbu­rzyć nam dobry nastrój. Więk­szo­ści prze­cięt­nych Pola­ków udar koja­rzy się zapewne z nad­mia­rem słońca, a gdyby zapy­tać ich o cha­rak­te­ry­styczne objawy i to, co trzeba zro­bić, kiedy dostrzeże się je u kogoś, odpo­wie­działyby wzru­sze­niem ramion i smut­nym mil­cze­niem.

W tej chwili Ruda pomy­ślała o dzie­ciach. Pod jej nie­obec­ność ode­brała je z przed­szkola teściowa. Spoj­rzała na zega­rek. Zbli­żała się godzina pięt­na­sta. Monika wstała od stołu i posta­no­wiła, że posie­dzi jesz­cze chwilę w ogro­dzie. Chciała ochło­nąć, zanim pój­dzie ode­brać chłop­ców.

Wie­czo­rem, kiedy kła­dła ich spać, zadzwo­nił tele­fon. Spoj­rzała na wyświe­tlacz. Ania, synowa instruk­tora. Tele­fon wibro­wał na bla­cie stołu. Nie chciała odbie­rać w oba­wie przed tym, że usły­szy naj­gor­szą wia­do­mość z moż­li­wych. Wie­działa jed­nak, że jeśli nie odbie­rze, i tak będzie musiała oddzwo­nić do Ani, kiedy chłopcy już usną. Pod­nio­sła tele­fon i prze­su­nęła zie­loną słu­chawkę.

– Cześć, Aniu – powie­działa tak spo­koj­nie, jak tylko mogła.

– Cześć. Chcia­łam ci podzię­ko­wać. Tata żyje. Nic mu nie jest. Tra­fił do szpi­tala w Szcze­ci­nie. Lekarz powie­dział, że miał ogromne szczę­ście. Dzięki tobie mogli szybko zare­ago­wać.

– Ufff… – szep­nęła Ruda. – Nawet nie wiesz, jak się cie­szę. To wszystko wyglą­dało tak dziw­nie i strasz­nie. Wia­domo, co się dokład­nie stało?

– Tak, tata miał udar nie­do­krwienny. Zatka­nie tęt­nicy. Do mózgu nie dopły­wała krew. Podali mu jakiś lek, zro­bili trom­bo­lizę czy jakoś tak, to roz­pu­ściło skrze­plinę. Leka­rze mówią, że nie będzie miał powi­kłań, bo udało się szybko podać lekar­stwo. Gdy­by­śmy cze­kali z reak­cją jesz­cze dwie godziny, byłoby za późno. Mógłby tego nie prze­żyć, a w naj­lep­szym wypadku wylą­do­wałby na wózku inwa­lidz­kim i sie­dział w nim do końca życia.

Monika roz­ma­wiała z Anią jesz­cze długo. Chłopcy posnęli w jej sypialni, ale nie zwra­cała na to uwagi. Koniec koń­ców i tak pew­nie przy­szliby do jej łóżka.

Nalała sobie szklankę mar­tini i usia­dła w salo­nie. Zasnęła na kana­pie.

* * *

Mie­siąc póź­niej Ruda poje­chała do Szcze­cina na egza­min prawa jazdy. Po testach teo­re­tycz­nych i prak­tycz­nych zadzwo­niła do męża, który był w Nor­we­gii. Od kilku lat jeź­dził tam do pracy.

– Cześć – powie­działa gło­sem, z któ­rego trudno było od razu wycią­gnąć wnio­sek, jak poszedł jej egza­min.

– Kiedy poprawka? – usły­szała na przy­wi­ta­nie.

– Za pierw­szym podej­ściem – odpo­wie­działa z uśmie­chem.

Szybko skoń­czyli roz­mowę. Jej mąż nie mógł uwie­rzyć, że Rudej się udało. Zadzwo­nił nawet do ośrodka egza­mi­na­cyj­nego, żeby się upew­nić, czy go nie okła­mała. Ale zacho­wał się fair. Kupił jej samo­chód, o jakim marzyła.

Przy­goda z pra­wem jazdy była dla Rudej lek­cją wiary w sie­bie. Poza tym dostała od losu sygnał, że życie nie jest dane raz na zawsze.