Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 229 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

 

Szkoła żon

Magdalena Witkiewicz

„Modlić się, kochać męża i prząść na wrzecionie” (powinność kobiety, „Szkoła żon”), Molier

Szkoła żon” to druga część „Serii z tulipanem”, czyli POLSKIE AUTORKI – ZMYSŁOWO I EROTYCZNIE. To świetna, lekko erotyczna i feministyczna opowieść o współczesnych matkach, żonach i kochankach.

Julia jest świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut. Właśnie opija w klubie z przyjaciółkami powrót do stanu wolnego, kiedy w loterii wizytówkowej wygrywa tajemnicze zaproszenie do luksusowego spa o nietuzinkowej nazwie… Tam, w leśnej głuszy, gdzieś na Mazurach, ona i kilka innych, zwyczajnych kobiet, przeżywają przygodę życia. Zostają tam przez 3 tygodnie, a po powrocie nic nie jest już takie samo. Już nigdy żaden facet ich nie zostawi.

 

Opinie o ebooku Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

Fragment ebooka Szkoła żon - Magdalena Witkiewicz

Moim przyjaciółkom:

Kasi Janowicz, Gosi Lorek,

Asi Bukowskiej, Agacie Marcinkiewicz

(Nawet jak się nie odzywam 100 lat, to i tak Was kocham!)

Modlić się, kochać męża i prząść na wrzecionie.

powinność kobiety, Molière „Szkoła żon”

PROLOG

JULIA

Julia stała wprawdzie na balkonie, ale pod tymże balkonem nikt na nią nie czekał. Nie było Romea. Kiedyś istniał takowy i nawet był jej mężem przez jakiś czas, ale po tym jak znalazł sobie zastępstwo w osobie swojej własnej sekretarki, zaraz nim być przestał.

Spojrzała na zegarek. Piętnasta zero jeden. Właśnie uprawomocnił się wyrok sądu w sprawie rozwodowej jej i jej męża.

Tfu. Eksmęża.

Wzięła głęboki oddech. To nic, że świeże powietrze było zwyczajnym warszawskim powietrzem. Spojrzała na panoramę stolicy. Niezły widok miała z tego dziesiątego piętra. Zapaliła papierosa i się skrzywiła. W sumie nie lubiła palić, ale stwierdziła, że w taki dzień jak dziś musi zrobić coś szalonego. Waniliowa cygaretka nie była najbardziej niezwykłym wyczynem, jaki Julia była w stanie wymyślić, ale o dużą dozę szaleństwa zapewne zatroszczyły się już jej przyjaciółki, z którymi była umówiona na wieczór.

Teraz Julia po prostu miała ochotę postać na tym balkonie, potrzymać w ustach słodki ustnik i rozkoszować się waniliowym dymem. I tak nie umiała się zaciągać. Chyba chodziło jej o pokazanie sobie, że jest wreszcie dużą dziewczynką i może robić, co chce. Dziewczynką? Jaką dziewczynką? Kobietą. Dorosłą kobietą, która wreszcie pozbyła się balastu w postaci męża i uczepionej do niego niczym rzep kochanki.

Wypuściła głośno powietrze. Szara mgiełka rozpłynęła się w mgnieniu oka. Tak łatwo, jak rozmyło się jej poprzednie życie. Uleciało gdzieś daleko.

Nie jest źle. Za chwilę urlop. Wsiądzie w „byle jaki” samolot, zadba o bagaż, zadba o bilet i poleci prosto przed siebie. Byle daleko od warszawskiej codzienności. I wspomnień.

Dobrze, że mieszkanie jej zostawił. Dwa pokoje, mała kuchenka i jeszcze mniejsza łazienka w centrum. Wszędzie blisko. Lubiła to mieszkanie, lubiła widok z okna i kawę w kawiarni na dole. Z tym wszystkim chyba trudniej byłoby się jej rozstać niż ze swoim mężem, Karolem.

JADWIGA

Jadwiga miała pięćdziesiąt lat. Dokładnie pięćdziesiąt trzy. Co do dnia. I właśnie w dzień jej własnych urodzin Roman, jej mąż, wrócił do domu, zjadł przygotowany przez nią, jak zawsze, obiad i rozsiadł się przed telewizorem. Jadwiga, która nie cierpiała swojego imienia tak samo jak swojego nudnego życia, sprzątnęła ze stołu, starła okruszki szmatką w czerwoną kratkę (takie same były też zasłonki w kuchni i poduszki na krzesła), przewróciła na drugą stronę karkówkę smażącą się na patelni już na jutrzejszy obiad i usiadła wreszcie w fotelu. Lubiła ten fotel. Wielki, wygodny, z kremowego materiału, który szorowała raz do roku. Roman go nie lubił. Twierdził, że fotel jest brzydki, że gdy na nim usiądziesz, to już na nic nie masz ochoty. Kilka razy próbował namówić Jadwigę na zmiany, na jakieś zimne skórzane meble, ale bezskutecznie. Obok fotela stał ciemny stoliczek z zalotnie wygiętymi nóżkami, przykryty szydełkową serwetą. Do czytania najlepsza była kawa z dużą ilością mleka i jakieś słodkości. Tym zgubnym nałogom Jadwiga ulegała. Zresztą nie tylko tym... Stolik i fotel oświetlała ciężka żeliwna lampa. Pomagała ona coraz to słabszym oczom widzieć – wydawałoby się – coraz to mniejsze literki w książkach.

Gdy siadywała w fotelu, szara kotka natychmiast przybiegała do niej, głośno miaucząc. Jadwiga głaskała zwierzaka i wyciągała grubą książkę.

Ten mały kawałek wielkiego mieszkania był jej światem. Tam zwiedzała odległe kraje, przeżywała romanse, zawiązywała nowe przyjaźnie i tam – ku swojemu zgorszeniu – uprawiała seks. No, nie ona sama, nie, nie, skądże, ona tylko o tym czytała, ale czytając, miała wypieki na twarzy i bardzo przyspieszony oddech.

Gdyby Jadwigę Maliszewską ktoś zapytał, co czyta i czy jej się to podoba, w życiu by się nie przyznała. Czytała głównie o miłości. A jak miłość, to i seks. Szkoda, że nie w życiu. Tak przynajmniej jej się wydawało.

Zawsze przeglądała książkę w pobliskiej bibliotece i sprawdzała, jak się kończy. Gdy bohaterowie żyli długo i szczęśliwie – pożyczała ją i po wypełnieniu wszystkich domowych obowiązków (bo należała do idealnych gospodyń) przenosiła się w świat fantazji. Razem z bohaterami przeżywała bajeczne życie, pełne marzeń, snów, radości i miłości... Ta według Jadwigi była najważniejsza.

Tego dnia, gdy siedziała w swoim fotelu, liczyła nie tylko na dobrą lekturę... Znad okularów spojrzała na męża. Siwiejący mężczyzna, z lekko zarysowanym brzuszkiem pod koszulą w prążki, ale wciąż całkiem przystojny. Przysypiał z pilotem w dłoni. Była ciekawa, kiedy przypomni sobie o jej urodzinach, bo przecież prezent już miał. Uśmiechnęła się do siebie. Nie spodziewała się tego po nim, mimo że znała go już tak długo.

Tydzień wcześniej jej mąż majsterkował w garażu i zostawił telefon w domu. Zwykle się z nim nie rozstawał, ale tym razem chyba wypadł mu z kieszeni, bo Jadwiga znalazła go w przedpokoju. I ktoś akurat dzwonił. Pierwszy raz, drugi, trzeci. Jadwiga nie miała w zwyczaju odbierać telefonów męża, ale może coś się stało?

Z pewnym wahaniem wcisnęła zieloną słuchawkę.

– Jadwiga Maliszewska, słucham – wyszeptała cicho.

– Dzień dobry, chciałam rozmawiać z panem Romanem Maliszewskim. – Kobiecy głos był lekko zdenerwowany.

– Męża nie ma, ale może ja mogę coś przekazać? Coś ważnego?

– No nie wiem... Właściwie... – zająknęła się rozmówczyni. – Bo... pan Maliszewski zamówił kolczyki, wzór 462 z rubinem, a niestety zaszła pomyłka i nie mamy rubinu. Może szmaragd albo szafir? – zastanawiała się kobieta. – Panu Maliszewskiemu zależało, by na przyszły wtorek były gotowe.

– Na wtorek? – zapytała z uśmiechem Jadwiga. Akurat we wtorek były jej urodziny. – Może szafir... – zaproponowała nieśmiało... Tak, z pewnością szafir. – Uśmiechnęła się.

Nie spodziewała się tego po mężu. Prawie trzydzieści lat małżeństwa, Ania już dorosła, właśnie wyfrunęła z domu, a ten starej żonie robi takie prezenty. Ostatnio dużo pracował, całymi wieczorami go nie było. Wracał późno w nocy, gdy już spała. I te wieczne delegacje. Taki los. Jak chce się mieć kasę na rubiny, to trzeba pracować. Rozumiała to i nie protestowała.

Chociaż rubinami ją zaskoczył. Nie nosiła nigdy nic czerwonego... W sumie dobrze, że nie było tych kamieni... Do jej błękitnych oczu najbardziej pasowały szafiry. Przecież doskonale o tym wiedział.

W urodzinowy wtorek Jadwiga założyła jedną z najlepszych sukienek. Tę jasnobłękitną, by nowe kolczyki pasowały. A mąż nic nie zauważył, tylko kimał na tym tapczanie. Wstała z fotela i przykryła męża kocem. Czasem miał kłopoty z krążeniem i marzły mu stopy. Chociaż mógłby się już obudzić!

Usiadła obok niego.

– Kochanie, herbatki? – zapytała. – Mam sernik...

– Mhmhm – mruknął. – Nie, nie, zaraz uciekam spać. – Ziewnął. – Kontrolę rano mamy, wiesz, muszę od rana być w robocie.

– Ale... Sernik upiekłam... Twój ulubiony.

– A co to za okazja? – zapytał, wziął od Jadwigi talerzyk i zaczął zachłannie jeść.

Spojrzała na niego zaskoczona. Była pewna, że żartuje. Uśmiechnęła się.

– No jak to? Przecież dziś mam urodziny...

– O kurczę, zapomniałem! – Złapał się za głowę. – Wszystkiego najlepszego! – Pocałował żonę w policzek. – Jakoś, jakoś ci to wynagrodzę, jak trochę się ogarnę w pracy. Nawet nie miałem czasu o prezencie pomyśleć, wiesz, tyle roboty... – próbował się tłumaczyć.

Jadwiga zastygła z kawałkiem sernika w dłoni. Zapomniał?

– A... kolczyki z szafirami? – zapytała cicho, nawet nie patrząc w stronę męża.

– Kolczyki? – zdziwił się mąż.

– No... Dzwoniła do mnie pani ze sklepu i mówiła, że nie ma rubinów, zapytała, czy mogą być szafiry... To powiedziałam, że mogą...

– A... Szafiry... A... – Zaczął się plątać. – No tak, to miała być niespodzianka, a zaszła pomyłka, tak, pomyłka...

***

Pomyłka miała na imię Elżbieta. I na razie Jadwiga nie wiedziała o jej istnieniu, aczkolwiek jak każda inteligentna kobieta – zaczęła się domyślać. Pomyłka spoglądała w lustro w łazience mieszczącej się dokładnie dwa piętra wyżej i wpatrywała się w szafirowe kolczyki. To nie był jej kolor. Skrzywiła się. Zdecydowanie. No, ale cóż. Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Może mieć też szafiry...

MISIA

Michalina właśnie kończyła to, co zaczęła przed chwilą. Otóż kończyła swojemu Misiowi robić dobrze, bo te umiejętności – a tak przynajmniej jej się wydawało – Misiu cenił u niej najbardziej.

Misiu jęknął, Michalina przełknęła jego smak, wstała z kolan i mocno się do niego przytuliła.

– Dobrze ci było, Misiu? – zapytała słodko, gładząc go sztucznym długim paznokciem.

W Michalinie dużo było tej sztuczności. Na dłoniach sztuczne paznokcie. Nim Michalina nauczyła się pisać na klawiaturze ich koniuszkami, minęło trochę czasu. Sztuczne rzęsy, makijaż permanentny, doczepiane i zagęszczane włosy. Sztucznych piersi jeszcze nie miała, bo Misiu nie mógł się zdecydować, jaki powinny mieć kształt i jaką wielkość. Ale w zasadzie już wszystko było zaklepane. Usta były prawie prawdziwe, wzięła tylko kilka zastrzyków, by je trochę uwypuklić, ale nie była z tego zadowolona. No cóż, dla Misia wiele była w stanie znieść.

– No, Misiu! – powtórzyła. – Jak ci było? – Przytuliła się do niego.

– Misia... – Odsunął ją od siebie. – Ty popatrz, jak ona to robi. – Wziął pilota w dłoń i przewinął klatka po klatce.

Michalina usiadła na sofie obok swojego mężczyzny i cierpliwie wpatrywała się w ekran. Na całym ekranie widać było męskie genitalia i usta kobiety, które te genitalia obejmowały.

– Widzisz, kochanie? – Misiu poklepał Michalinę po policzku. – Jeszcze troszkę musisz się poduczyć – zarechotał.

Michalina pokiwała głową i już chciała z powrotem uklęknąć przed swoim Misiem, ale ten ją powstrzymał.

– Daj mu trochę odpocząć – powiedział. – Podasz mi coś zimnego do picia?

Michalina posłusznie wstała. Gdyby nie ta sztuczność, byłaby całkiem ładną dziewczyną. Nawet nie kobietą, bo jej dziewiętnastoletnie ciało było bardzo dziewczęce.

Schyliła się do lodówki, wyjęła piwo. Otworzyła je i wróciła do pokoju. Misiu już spał.

Usiadła na podłodze, wzięła pilota w rękę. Przewinęła film do początku. Zrobi wszystko, by Misiu był zadowolony. Usiadła po turecku, wypiła łyk piwa. Skrzywiła się. Kolejny łyk. Dopiła do połowy i znowu przewinęła do początku.

Zrobi wszystko, by Misiu był zadowolony. Bo go kocha...

MARTA

Marta usiadła w głębokim fotelu. Zamknęła na chwilę oczy. Uśmiechnęła się. Sięgnęła lewą ręką po leżącą na stoliku czekoladę. Zjadła dwie kostki, popiła kawą, mimo późnej pory. Dzieci już spały i mogła chwilę odetchnąć.

Wzięła jeszcze jedną kostkę i sięgnęła po robótkę. Tym razem czapka dla Franka. Lenka już chwaliła się swoją nową różową z pomponem, Franek nie mógł być przecież gorszy.

Kolejna kostka czekolady.

Gdy po całej tabliczce został już tylko ślad, zadzwonił telefon.

Ciotka Ewelina.

– Kochanie, wszystko załatwione. Widzimy się na początku sierpnia! Bardzo się z tego powodu cieszę! Mama weźmie do siebie dzieci.

Marta westchnęła i sięgnęła po kolejną kostkę. Kostkę, której nie było.

SZKOŁA ŻON

– Same jakieś dziwne i mało przyjemne rzeczy mi gadał na pożegnanie. To, że urlopy były do kitu, bo ja zwiedzać chciałam, a on przypatrywać się laskom na plaży... – Julia dopijała kolejny kieliszek martini z lodem. Chyba piąty. – Wiecie co? I czasem mi się wydaje, że gdyby mógł, to niczym jakaś gwiazda filmowa wykrzyczałby do mnie, że wszystkie jego orgazmy były udawane. Większość moich też. – Wzruszyła ramionami.

Jolka wybuchnęła gromkim śmiechem.

– To wcale nie jest śmieszne. – Julka znowu wzruszyła ramionami. Jolka chichotała i nie mogła się uspokoić.

Siedziały w zadymionej knajpie, słuchając delikatnego głosu wokalistki i wtórującego jej fortepianu, i usiłowały pocieszać Julię, że na jednym facecie życie się nie kończy i lepiej, że ją zostawił, gdy ma lat dwadzieścia siedem, a nie siedemdziesiąt dwa. Mimo że Julka wmawiała im, że właśnie tak się czuła. Jak siedemdziesięcioletnia kobieta, której już nic a nic w życiu nie spotka.

Jolka, Alicja, Magda i Julia. Nierozłączne od lat. Każda z nich była zupełnie inna, ale razem stanowiły niezłą mieszankę wybuchową.

Jolka była po pięćdziesiątce. Ciałem. Duchem była najmłodsza z nich wszystkich. I chyba najbardziej wyzwolona. Blondynka z promiennym uśmiechem i takim seksapilem, że zazdrościły jej go wszystkie. Magda – radca prawny w jednej z warszawskich korporacji. Poukładana, ważąca każde słowo i pamiętająca zawsze o tym, by wychodząc z samochodu w mini, nogi trzymać razem. Alicja, matka trójki dzieci, w torbie trzymająca najróżniejsze rzeczy, od pieluch począwszy, poprzez samochody i lalki potwory, na dziwnych sprzętach do odsysania dzieciakom kataru skończywszy.

Była też oczywiście Julia. Świeżo po rozwodzie. Bardzo świeżo. Dokładnie pięć godzin i dwadzieścia siedem minut od uprawomocnienia się wyroku.

– Nie wiem, co was tak rozbawiło – powiedziała całkiem poważnie Julia.

Magda na samą myśl dalej się śmiała, zakrywając usta chusteczką, a Alicja nie dosłyszała, bo właśnie esemesowała z mężem, że nie ma mieszać mleka sztucznego ich najmłodszej latorośli, tylko podawać to z zamrażarki. I podgrzać. Koniecznie. Nie w mikrofalówce.

– To wcale nie jest śmieszne. – Julka wzruszyła ramionami. Jolka wciąż chichotała i nie mogła się uspokoić.

– Wesoło tu u was. – Do stolika podszedł młody mężczyzna z kieliszkiem w dłoni. – Mogę się przysiąść? Akurat jest wolne miejsce... Konrad jestem.

– Nie – powiedziała Julka.

– Tak – powiedziała Jolka i z promiennym uśmiechem przesunęła się, zwalniając miejsce obok Julii. – Jola jestem.

– Magda. – Pani prawnik podała rękę Konradowi w profesjonalnym geście.

Alicja pomachała tylko ręką wolną od telefonu.

– Julia jestem – skrzywiła się Julka. – Żadnych mężczyzn. – Westchnęła. – Aż po grób. Zamiast mężczyzn muszę sobie załatwić jakieś inne hobby. Alkohol albo kobiety...

– Brzmi ciekawie – powiedziała Jolka. – Na razie poprzestańmy na alkoholu. Może się jeszcze czegoś napijemy, dziewczyny?

– Cóż mamy robić.

– Dla wszystkich? – zapytał Konrad.

– Dla mnie nie – odrzekła z westchnieniem Alicja. – Ja dziś za szofera robię. Poza tym, mój drogi, karmię. Nieustająco karmię. Rano, w nocy, w ciągu dnia. Karmię. – Wymownym ruchem, znanym chyba tylko kobietom, które karmiły, sprawdziła swoją lewą pierś.

– Zamówię. – Konrad krzyknął na kelnerkę. Podeszła do nich blondynka. – Dla pani soczek, a dla pozostałych pań jeszcze raz to samo! Dla mnie gin z tonikiem. A co ci mężczyźni takiego złego zrobili? – zwrócił się do Julii.

– Przysługę, mój drogi, przysługę. Rozwiódł się z nią, uprzednio zdradzając z sekretarką w swojej firmie. Trywialnie, popularnie i bardzo nieładnie. Poza tym wiesz, orgazmy udawał. Wszystkie.

– Jolka! – Mimo że w krwi Julii płynęło już samo martini, zachowała resztki przyzwoitości.

– Albo mi się pomerdało. Może to ona wszystkie udawała? – Jolka wzruszyła ramionami. – No, ale co to za facet, przy którym kobieta musi udawać, prawda?

– No, prawda – przytaknęła z westchnieniem Jula.

– Faktycznie było z nim coś nie tak. – Konrad się uśmiechnął, coraz bardziej zauroczony nowym towarzystwem.

– To impreza rozwodowa Julii – powiedziała Jolka. – Trzeba wesprzeć dziewczynę, bo przecież siedziałaby w domu i użalała się nad swym smutnym losem.

– A taki smutny ten los? – zapytał Konrad. – Nie widzę tego jakoś.

– A ty co, psycholog jesteś czy co? – Julia wzruszyła ramionami. – Może i dobrze, że skończyło się, jak się skończyło. Inna, mój drogi, była lepsza. Cóż, bywa. Tego się nie można nauczyć, chyba że u Mastertona.

– Tego od horrorów?

– Noo. I od „Magii seksu”. – Jola wymownie zmarszczyła czoło. – Poczytaj w wolnej chwili, jak czujesz niedosyt informacji.

– Wolę ćwiczenia praktyczne. – Konrad się uśmiechnął.

– Każdy woli. – Jolka skinęła głową w kierunku Magdy pląsającej na parkiecie w ciasnym uścisku z jakimś facetem. – Nawet nasza niedotykalska.

– Ja już chyba nie wolę. – Alicja westchnęła. – Ja bym chciała się wyspać. Poza tym dzieci mi już wystarczy, a jakoś nieodłącznie seks kojarzy mi się z płaczącymi niemowlakami dziewięć miesięcy później...

– Ja będę spać w trumnie – oświadczyła Jolka. – Na razie trzeba korzystać z życia. – Poprawiła stanik, po czym, wypychając swój duży biust w górę i kołysząc biodrami, posuwistym krokiem podążyła na parkiet.

Alicja dalej esemesowała, klnąc pod nosem na swojego męża. Jego wiedza na temat niemowląt, mimo tego, że był to już jego trzeci potomek, nadal była znikoma.

Konrad rozmawiał z Julią, która prawdę mówiąc, nie miała zbytniej ochoty na nowe męskie znajomości, gdy do stolika podeszły hostessy.

– Dobry wieczór, czy wezmą panie udział w loterii wizytówkowej? Główna nagroda to ciekawe szkolenie dla kobiet w luksusowym ośrodku SPA.

– Usłyszałam SPA. Z chęcią. – Julia wyciągnęła wizytówkę. – „Julia Michalska”. Ostatnia z nazwiskiem męża... – powiedziała i wrzuciła wizytówkę do szklanej misy.

– Dla facetów nic nie ma? – zapytał Konrad.

– Niestety. – Hostessa się uśmiechnęła. – Dzisiaj tylko kobiety.

– I to jest równouprawnienie... – Konrad westchnął.

– À propos równouprawnienia, to ja spadam. – Alicja, wciąż z telefonem w dłoni, wstała z fotela. – Armagedon w domu, mąż wsadził mleko do mikrofalówki i mu wykipiało. No kurna, nie wpadłabym na pomysł, że kobiece mleko może wykipieć. No, ale produkcja w toku.

Konrad się skrzywił.

– Poczekaj na wyniki loterii. Może wygrasz wypad do tego SPA? – zaproponowała Julia.

– Jasne. Ja już jestem chyba skazana na własną wannę. Z trójką dzieci włażącą do łazienki w każdym momencie, kiedy chcę być sama. To, moja droga, jest moje prywatne SPA. Jedynie od męża mogę wydębić to, że się zamknę w tej łazience i nikt nie będzie się dobijał przez cały czas mojego pobytu tam... Chociaż to też mało realne.

– Julia Michalska! – dobiegło ze sceny. – Czy jest jeszcze z nami Julia Michalska? Zapraszamy na scenę!

– Julka! To ty! – zawołała Alicja. – Wygrałaś to SPA!

Konrad zaczął bić brawo i zaprowadził Julię na scenę.

– Gratulacje! – Wysoka, zgrabna i nieco wyzywająca brunetka w średnim wieku wręczyła Julce zamkniętą kopertę. – W środku są informacje na temat naszej nagrody. Witamy panią w naszym gronie. Jesteśmy przekonani, że będzie pani zadowolona pod... – zawiesiła głos – pod każdym względem.

***

Jadwiga coś podejrzewała. Podejrzewać zaczęła w momencie, gdy na uszach swojej sąsiadki, młodszej od niej o jakieś dwadzieścia lat, zauważyła mieniące się kolczyki. Szafirowe...

– Pani Elu, jakie cudne kolczyki – powiedziała zmęczonym głosem, opierając się o ścianę windy. Jechały w dół. Elżbieta wystrojona niczym na imprezę, a Jadwiga szła po prostu wyrzucić śmieci.

– Myśli pani, że to mój kolor? – Elżbieta spojrzała w lustro. – Lepiej czułabym się w czymś czerwonym. Może w rubinach? – Zamyśliła się.

– A to szafiry? – zapytała Jadwiga. – Wiem, bo mąż mi mówił, że do mnie szafiry pasują... Całe życie chciałam je mieć...

Elżbieta zakłopotana spuściła wzrok.

– Chyba szafiry...

– Może faktycznie do pani rubiny by bardziej pasowały... – stwierdziła Jadwiga, gdy na parterze drzwi się rozsunęły. Wyszła pierwsza z windy, nie oglądając się za siebie. Elżbieta? Kochanką jej męża? To niemożliwe.

Przecież... Przecież ona mogłaby być jego córką...

Elżbieta nie była pierwsza. Jadwiga o tym wiedziała. Wiedziała o pewnej pielęgniarce ze Szpitala Wolskiego, potem o pani architekt, która zajmowała się projektem wnętrz u Romka w firmie. Trwało to krótko. Myślała, że Romkowi przejdzie. Kryzys wieku średniego. Może i dobrze, że miał kochanki? Jej samej seks był niepotrzebny. Wolała o tym czytać. Bo... Jak tak rozebrać na części, to to całe seksualne działanie trochę śmieszne jest. Raz, dwa, raz, dwa. Takie zaspokajanie swoich pierwotnych żądz. Znaczy nie swoich. Mąż swoje zaspokajał. A ona? Ona się godziła. Czasem. Bo... Ostatni raz... Kiedy to było? Nie potrafiła sobie przypomnieć. Od kilku lat nie dzielili już sypialni. Mąż zasypiał przed telewizorem, ona wolała ciszę. I... Tak jakoś wyszło...

Może tak ma być. Ma piękne mieszkanie, córka na studiach. Dom pełen książek, w których zaraz po pracy mogła się zatracić... Mąż na miejscu, w razie czego mogła na niego liczyć. Ich związek był pewnego rodzaju symbiozą. Roman zarabiał, zapewniał godziwy byt, oczekując w zamian tylko jedzenia, prania i porządku wokół siebie. Jadwiga dostawała pieniądze na bieżące wydatki i zajmowała się domem. Trochę serce ją kłuło, że mąż ogląda się za innymi kobietami. Bolało ją na myśl, że je dotyka, że na ich widok świecą mu się oczy tak jak wtedy, gdy prosił ją, Jadwigę, o rękę, ale pogodziła się z losem. Widocznie tak ma być.

Gdy wróciła do domu, usiadła w fotelu i próbowała czytać. Mimo że o książce, którą trzymała w ręku, słyszała same pochlebne opinie, tę samą stronę czytała już trzeci raz. Nie mogła się skoncentrować. Sięgnęła po telefon.

– Romek? O której będziesz?

– Za chwilę, ale wpadnę na sekundę, bo mam dziś kolację z klientem.

Klient pewnie nosił kolczyki z szafirami...

– A gdzie masz tę kolację? – zapytała.

– Na Starówce. Jest taki lokal, w którym grają jazz... – odpowiedział zdawkowo. – Dobra, muszę kończyć...

– Bo... Ja też dziś wychodzę. – Jadwiga wpadła na pomysł. – Umówiłam się z koleżanką.

– Dobra, to baw się dobrze, Jadziu, jednak nie wrócę do domu, od razu stąd polecę.

Jadwiga pokiwała głową. Mąż oczywiście tego nie zauważył.

– To pa – powiedziała.

– Pa. – Rozłączył się.

Jadwiga wróciła do książki. Patrzyła na litery, ale ich nie widziała. Włączyła telewizor. Gadające głowy, serial, polityka, ktoś gotuje, ktoś śpiewa, ktoś płacze, ktoś zabija.

Z pilotem w dłoni przesiedziała do dwudziestej. Potem zadzwoniła do córki.

– Cześć, Aneczko! Słuchaj, czy nie wiesz, gdzie na Starówce jest jakaś restauracja, w której grają jazz?

Ania wiedziała. Jadwiga zapisała adres. Wstała z fotela, przebrała się w wyjściowe ciuchy, zrobiła makijaż i wyszła z domu bawić się w detektywa. Sama nie wiedziała, po co to robi. Ale czuła, że musi się dowiedzieć. Ale czy to, że się dowie, że przyłapie męża na gorącym uczynku, coś zmieni?

***

Michalina właśnie obsługiwała cztery rozchichotane dziewczyny. Opowiadały o jakimś rozwodzie. Kurczę, przecież rozwód to strasznie smutna sprawa. Nie to, żeby ona myślała o małżeństwie z Misiem, w żadnym wypadku, ale o rozwodzie też nie.

Podała im drinki i poszła do baru.

Dużo ludzi dziś było. Zawsze, gdy coś się dzieje, jest dużo ludzi. Na przykład dzisiaj loteria wizytówkowa jakiejś szkoły żon. Wzięła ulotkę z baru, przeczytała. Uśmiechnęła się. Misiu na pewno się zgodzi. Jak tylko będzie miała przerwę, pójdzie mu to powiedzieć. Dobrze, że Misiu jest tutaj bramkarzem. Mogą być cały czas razem.

***

Jadwiga stała przed drzwiami knajpy, patrząc prosto w oczy barczystego młodzieńca. Była zaskoczona, że nastały czasy, gdy bramkarze wybierają sobie, kogo wpuszczać do knajpy, a kogo nie. Na szczęście rosły chłopak nie miał nic przeciwko temu, by weszła. Pewnie gdyby jej nie wpuścił, załamałaby się.

Przywitał ją mrok, dym i głośna muzyka. To nie był typowy jazz. Klasycznego nie lubiła, ale taki lekki, romantyczny, zwiewny – dlaczego nie. Na scenie przy fortepianie siedziała dziewczyna i głosem Norah Jones śpiewała „Come away with me”. Jadwiga przystanęła i z przyjemnością przysłuchiwała się piosence. Dawno nie wychodziła z domu wieczorem.

Blisko przy scenie siedziały młode dziewczyny. Jedna próbowała rozmawiać przez telefon, druga odpierała ataki natrętnego bruneta. Swojego męża nigdzie nie widziała.

Usiadła przy wolnym stoliku. O dziwo, jeszcze się taki trafił.

Podeszła do niej bardzo platynowa blondynka. Dziecko jeszcze... Była na pewno młodsza od jej Ani.

– Weźmie pani udział w loterii wizytówkowej?

– Nie, nie, dziękuję... Nie mam nawet wizytówki...

Dziewczyna wydawała się zaskoczona tym stwierdzeniem. Pokiwała głową i dała Jadwidze kolorową ulotkę.

„Zmysłowa Szkoła Żon” – przeczytała Jadwiga.

Gdy czytała o tym, że „już żaden facet cię nie zostawi”, zobaczyła męża, który troskliwym gestem obejmował nikogo innego jak Elżbietę. Szafiry nawet po ciemku zdawały się migotać. Właśnie wychodzili.

Spojrzała jeszcze raz na ulotkę. Westchnęła, po czym smutno uśmiechnęła się do siebie. Może warto spróbować... Szkoła Żon powinna przynieść rozwiązanie...

***

Marta spoglądała na śpiące dzieci. Czy to normalne, że gdy spały, kochała je dwa razy mocniej? Wślizgnęła się pod kołdrę do Franka. Jego mała łapka złapała jej dłoń.

Jak ona wytrzyma bez nich te dwa tygodnie? Nie mogła sobie tego wyobrazić.

Jolka, chyba zaszła

– Jolka, chyba zaszła tutaj jakaś pomyłka – krzyczała w słuchawkę Julka. – Miało być SPA, a jest jakaś Zmysłowa Szkoła Żon. Ja naprawdę nie wiem, o co chodzi.

– Jaka szkoła żon? O czym ty do mnie mówisz z samego rana? – Była wprawdzie już dwunasta, ale Jola dopiero leniwie otwierała prawe oko, bo poprzedniego dnia zabalowała znacznie dłużej niż reszta towarzystwa. – Po cholerę ci szkoła żon? – Ziewnęła.

– No właśnie. I to zmysłowa.