Wydawca: Akurat Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 535 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Szkoła zabójców - Brandon Webb

 

"Szkoła zabójców" to niezwykła historia programu szkoleniowego dla snajperów, którzy następnie zasilali szeregi formacji specjalnych US Army, w tym także słynnych SEALs.

Opowieść spisana przez człowieka, który przez kilka lat kierował tym programem, przeprowadzał selekcję kandydatów, a następnie nadzorował przebieg szkolenia mającego na celu stworzenie zabójców doskonałych - doskonale wytrenowanych żołnierzy zdolnych do wielogodzinnego oczekiwania w zasadzce a następnie do zgładzenia celu jednym strzałem, nieraz z odległości ponad kilometra. Książkę wypełniają nie tylko relacje z najgłośniejszych i najbardziej brawurowych operacji SEALs, lecz także opisy wyczerpujących treningów i ćwiczeń oraz analiza psychologiczna ludzi, którzy jak mało kto na współczesnym polu bitwy mieli okazję spojrzeć w twarz każdej ze swoich ofiar - tyle że oglądali je w wizjerze lunety celowniczej. Do tytułowej "Szkoły zabójców" uczęszczali wszyscy najsłynniejsi amerykańscy snajperzy, w tym także osławieni niezliczonymi brawurowymi akcjami w Iraku i Afganistanie: Jason Delgado, Nicholas Irving, Rob Furlong oraz najsławniejszy z nich wszystkich Chris Kyle.

Opinie o ebooku Szkoła zabójców - Brandon Webb

Fragment ebooka Szkoła zabójców - Brandon Webb

BRANDON ‌WEBB

SZKOŁAZABÓJCÓW

Tytuł oryginału: The Killing ‌School

Ilustracja ‌oraz projekt okładki: Paweł ‌Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Jacek ‌Ring

Redakcja techniczna: ‌Jacek Piotrowski

Skład ‌wersji elektronicznej: ‌Robert ‌Fritzkowski

Korekta: ‌Monika ‌Frączak, Elżbieta ‌Steglińska

Copyright: ‌© 2017 by Brandon ‌Webb

Published ‌by arrangement with ‌St. Martin’s Press, ‌LCC.

All rights reserved.

© ‌for this ‌edition by MUZA SA, ‌Warszawa 2018

© for the ‌polish translation ‌by Jerzy Malinowski

ISBN 978-83-287-0861-7

Wydawnictwo ‌Akurat

Wydanie I

Warszawa ‌2018

Książka ‌ta jest poświęcona ‌moim kolegom ‌żołnierzom, którzy zaczęli ‌pisać ‌o wojsku, w obliczu silnej ‌presji środowiska mieli odwagę ‌zaangażować się ‌w literacką walkę ‌i wyszli z niej ‌z twarzami „pokrytymi kurzem, potem ‌i krwią” (jak ‌mówił Teddy Roosevelt cytowany ‌na następnej stronie) pewni, ‌że dali ‌z siebie ‌wszystko.

Na ironię zakrawa fakt, ‌że ci ‌żołnierze, ‌z których wielu ledwo ‌uszło z życiem ‌spod nieprzyjacielskiego ostrzału, wróciło ‌do Stanów tylko po ‌to, by dostać się ‌pod ‌ostrzał ‌słowny obecnych ‌lub ‌dawnych ‌członków swoich ‌oddziałów.

Można się spodziewać ‌krytycyzmu ze strony ‌części społeczności wojskowej, ‌szczególnie tej ‌związanej z operacjami specjalnymi, ‌do 11 września 2001 ‌roku pozostającej w cieniu. ‌Ale czym ‌innym jest krytyczna ‌analiza, a czym ‌innym ‌obrzucanie błotem, ‌szkalowanie i oczernianie. Sam tego ‌doświadczyłem ‌i wiem, że nie ‌jest ‌to miłe. Podobnie Chris ‌Kyle, Marcus Luttrell, ‌Howard Wasdin i wielu ‌innych. Nie mam ‌wątpliwości, że to ‌samo czeka ‌czterech ‌mężczyzn, których historię opowiedziano w tej książce.

Kiedy zobaczycie jednego z tych „milczących profesjonalistów” dyskredytującego kogoś z własnej społeczności w mediach społecznościowych czy gdziekolwiek indziej, pamiętajcie: większość krytyków i oszczerców charakteryzują zwykle dwie cechy – brak pewności siebie w odniesieniu do własnych działań (w tym wypadku do służby wojskowej) oraz zazdrość.

Ponad sto lat temu stary kawalerzysta, odznaczony Medalem Honoru, któremu nieobce było uczucie zazdrości, ujął to znacznie lepiej, niż ja byłbym w stanie zrobić:

„Nie krytykowi należy się uznanie ani temu, kto wylicza porażki i pokazuje, gdzie ktoś swoje zadanie mógł wykonać lepiej. Zasługa jest tego, kto pozostaje na polu bitwy, kogo twarz pokrywają kurz, pot i krew, kto dzielnie walczy mimo błędów i ciągłych porażek. Bo nie ma wysiłku bez potknięć i niepowodzeń. A ten, kto dąży do wypełnienia zamierzonego celu, komu nieobcy jest wielki entuzjazm i wielkie poświęcenie, kto ofiarowuje się słusznej sprawie, kto, jeśli triumfuje, to dokonawszy wielkiego czynu, a jeśli upada, to wiedząc, że podjął wielką próbę, tego dusza nigdy nie będzie zrównana z tymi oziębłymi, lękliwymi duszami, którym nieznane jest ani poczucie zwycięstwa, ani porażki”.

Teddy Roosevelt

Nota od autora

Wszystkie wydarzenia opisane w tej książce są prawdziwe i opisane zgodnie z moją najlepszą wiedzą i/lub pamięcią. Kilka razy zostały zmienione nazwiska. Staraliśmy się unikać zdradzania specyficznych metod działania oraz innych wrażliwych informacji związanych z wykonywanymi misjami. Przed publikacją książka została złożona w Departamencie Obrony, gdzie ją częściowo zredagowano i w całości zatwierdzono.

PROLOG: ŻYCIE Z UMARŁYMI

„Każdego z nas czeka śmierć, bez wyjątku”.

Stephen King, Zielona mila

Ze śmiercią łączy mnie niezwykły związek.

Dla większości z nas śmierć jest tajemnicą, czymś, czego się boimy i staramy uniknąć, czasem do tego stopnia, że zaprzeczamy jej istnieniu. Aż wreszcie kiedy dobiegamy sześćdziesiątki czy siedemdziesiątki, śmierć zaczyna krążyć wokół nas, zabierając tych, których znamy i kochamy.

Mnie oblicze śmierci jest tak dobrze znane jak twarz barmana w ulubionej knajpie.

W mroźny poranek 4 marca 2002 roku siedzę z siedmioma kolegami w śmigłowcu MH-47 Chinook, kryptonim Razor 1. Nie lecimy. Jesteśmy uziemieni w Bazie Lotniczej Bagram w północnym Afganistanie i czekamy na zgodę na start. Tworzymy QRF (Quick Reaction Force, siły szybkiego reagowania) i mamy lecieć do Doliny Shahikot pod pakistańską granicą, jakieś sto pięćdziesiąt kilometrów stąd na południe, na ratunek Neilowi Robertsowi, facetowi z Navy SEAL, którego tam zestrzelono, oraz oddziałowi SEAL, który miał go stamtąd wydostać, a sam wpadł pod ogień nieprzyjaciela.

W końcu jest komenda. Tylko że zamiast START, słyszymy WYSIADAĆ.

W ostatniej chwili, z nieznanych nam do dziś przyczyn (niewątpliwie politycznych), zostajemy wyciągnięci z maszyny i zastępuje nas oddział US Army Rangers, a my siedzimy z założonymi rękami. Pięciu z tamtego oddziału ratowniczego, oddziału, który nas zastąpił, nigdy nie wróciło do bazy. Roberts też nie wrócił. Został pierwszym żołnierzem US Navy SEALs zabitym w rodzącym się dopiero konflikcie, który ludzie nazywają wojną z terroryzmem.

Kilka tygodni później inny żołnierz SEAL, Matthew Bourgeois, wysiada na przedmieściach Kandaharu z humvee prosto na minę. Najdziwniejsze jest to, że dwa miesiące wcześniej stałem tam, dokładnie w tym samym miejscu, kiedy nasz humvee zatrzymał się na uzbrojonej minie przeciwczołgowej. To cholerstwo nie rozerwało nas wtedy na strzępy tylko dlatego, że konstruktor sknocił robotę.

Tym razem było inaczej. W przeciwieństwie do tamtej pod moim wozem, ta, w którą wdepnął Matthew, była wykonana solidnie. W ułamku sekundy Matthew zostaje drugą afgańską ofiarą z szeregów Navy SEAL.

Można by powiedzieć, że kolejny raz oszukałem śmierć, ale ja patrzę na to inaczej. Orfeusz mógł oszukać Hadesa; Ingmar Bergman mógł kazać Maxowi von Sydow grać ze śmiercią w szachy; ale to są tylko bajki. W realnym świecie śmierć jest czymś, czego nie można oszukać czy wykiwać. Śmierć jest jak wiatr; wieje tam, gdzie chce. Ze śmiercią nie można się spierać; nie można jej powstrzymać. Każdy żeglarz ci powie, że najlepsze, co możesz zrobić, to stawać na głowie, by ją okiełznać.

Nie opuściliśmy jeszcze na dobre Afganistanu, a już wkrótce byliśmy w Iraku i wielu innych regionach świata. Pojawiły się kolejne ofiary. W 2012 roku zacząłem pisać książkę Among Heroes, w której chciałem uhonorować moich kolegów poległych w wojnie z terroryzmem. Kiedy pracowałem nad pierwszymi szkicami, w Benghazi zginął mój najlepszy przyjaciel Glen Doherty. Nim skończyłem rękopis, kolejny mój przyjaciel, snajper z SEAL, Chris Kyle, zginął w Teksasie, próbując pomóc choremu psychicznie żołnierzowi. Myślałem, że tamta książka była mojego autorstwa, ale wraz ze mną pisała ją śmierć.

Jak w ciągu wieków podkreślali przeróżni myśliciele, relacja ze śmiercią nadaje kolorytu relacji z życiem, a może nawet ją determinuje. Szalony Koń, szykując się do bitwy nad Little Bighorn, powiedział: „Dziś jest dobry dzień, by umrzeć”. To nie był tylko dowód odwagi. Bliskość śmierci pozwala w pełni cieszyć się życiem. „Strach przed śmiercią bierze się ze strachu przed życiem – powiedział Mark Twain. – Człowiek, który żyje w pełni, jest przygotowany na śmierć w każdym momencie”.

Jak już wspomniałem, moje relacje ze śmiercią są nietypowe, ale takie właśnie ma każdy snajper z sił specjalnych.

Snajper na współczesnym polu walki pełni wiele ról. Jest mistrzem obserwacji i rozpoznania, często głównym instrumentem zdobywania informacji wywiadowczych za linią wroga. Snajperzy są znakomitymi tropicielami. Nierzadko przez kilka godzin, a nawet dni śledzą ruchy przeciwnika, zanim oddadzą pojedynczy strzał. Są niezastąpieni w wojnie psychologicznej. Jeden snajper potrafi siać zamęt w umysłach tysięcy żołnierzy wroga. Zaawansowane szkolenie snajperów, prawdopodobnie najbardziej wymagające i koszmarne ze wszystkich szkoleń na świecie, ma za zadanie wpoić im szereg umiejętności i ogrom wiedzy, poczynając od fotografii cyfrowej i komunikacji satelitarnej, przez znajomość fizyki po specjalne techniki zapamiętywania, dzięki którym każde kasyno w Las Vegas poszłoby z torbami.

I choć wszystko to prawda i snajper opanował mnóstwo fantastycznych umiejętności, to jego podstawowe zadanie jest najprostsze z możliwych. Snajper ma skomponować, zaaranżować i wykonać utwór o nazwie śmierć.

Zabijanie nie jest, oczywiście, doświadczeniem wyłącznie snajperów. Taka jest natura wojny. Każdy żołnierz piechoty, marynarz, lotnik musi liczyć się z tym, że zetknie się ze śmiercią, i wielu się styka. Kolumna czołgów, klucz samolotów, kompania piechoty – wszystkie one mają za zadanie nieść śmierć, tyle że na bardziej masową skalę, w sposób bardziej przypadkowy i bezładny. Są kosztowne, zabijają dziesiątki czy setki ludzi, burzą budynki, niszczą środowisko.

Rolą snajpera jest zadanie natychmiastowej śmierci jednej osobie. Śmierć zadana przez snajpera jest inna niż wszystkie pozostałe na polu walki. Jego działanie jest znacznie bardziej precyzyjne, skuteczniejsze i bądźmy szczerzy – tańsze. W Wietnamie, żeby zabić jednego żołnierza regularnej armii czy członka Wietkongu, amerykańska piechota zużywała pięćdziesiąt tysięcy pocisków, co kosztowało dobrze ponad dwa tysiące dolarów. Amerykański snajper potrzebował średnio 1,3 pocisku. Koszt: dwadzieścia siedem centów.

Kiedy snajper zabija, ma to także wymiar bardziej osobisty. Czym innym jest strzał w ogniu walki na polu bitwy czy rzucenie granatu za mur, a nawet zabicie wroga z broni krótkiej, kiedy biegnie się korytarzem w budynku, a adrenalina płynie do każdego włókna mięśni, do każdego zakończenia nerwowego. Ale kiedy siedzi się w ukryciu przez kilka godzin albo nawet dni i obserwuje kogoś, śledzi każdy jego ruch, poznaje jego nawyki i zwyczaje, rozkład dnia, tworzy profil jego osobowości, to jest to zupełnie inne doświadczenie. Snajper często bardzo dobrze poznaje swój cel, zanim pociągnie za spust.

I wreszcie, sposób, w jaki snajper zabija inną istotę ludzką, jest dużo bardziej przemyślany. Bardziej świadomy. „Z zimną krwią”, można by powiedzieć, ale to akurat nie jest prawda. Chrisa Kyle’a, chyba najbardziej znanego snajpera XXI wieku, często pytano, co czuje na myśl o tych wszystkich, których zabił, a on zawsze odwracał tę kwestię: nie myślał o tych, których zabił, tylko o chłopcach, których uchronił przed śmiercią. Wielu wojskowych snajperów powiedziałoby zapewne to samo. Ich zadaniem na polu walki jest nie tyle odbieranie życia, ile chronienie życia innych.

Nie popełniajmy jednak błędu. Ochrona życia może być celem, ale narzędziem jest uśmiercanie. Snajper jak chyba żaden inny uczestnik konfliktu zbrojnego jest ucieleśnieniem sprzeczności i ironii wojny. Celem wojny jest stłumienie konfliktu, żeby ludzie, których wojsko reprezentuje, mogli żyć w pokoju. Kiedy przystępuje się do wojny, to przede wszystkim dlatego, by usunąć przeszkody uniemożliwiające społeczeństwu normalną egzystencję, po to, by zaprowadzić pokój i chronić życie obywateli. Aby ten cel osiągnąć, trzeba zabijać.

Misją snajpera jest dawać życie, odbierając je innym.

To jest opowieść o ludziach, którzy to robią, o tym, kim są, jak robią to, co robią. A także o szkoleniu, które czyni z nich snajperów.

IMISJA

Traficie do jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na Ziemi. Wcześniej weźmiecie udział w odprawie, gdzie dowiecie się wszystkiego, co zdołał ustalić nasz wywiad, ale i tak pozostanie mnóstwo niewiadomych.

Będziecie oczami i uszami, radarem i peryskopem naszej operacji. Zetkniecie się z sytuacjami, w których tylko wy będziecie wiedzieli wszystko o tym, co się dzieje w terenie, i to wy będziecie musieli poinformować nas, jak zareagować, nawet jeśli nie macie do tego odpowiednich uprawnień.

W znacznie większym zakresie niż w trakcie wcześniejszych starć zbrojnych wynik tego konfliktu będzie zależał przede wszystkim od was…

1 ŻOŁNIERZ, ZABÓJCA, SZPIEG

Mamy teraz do czynienia z innym rodzajem wojny – nowym pod względem intensywności, ale niezmiennym od wieków – wojny prowadzonej przez partyzantów, wywrotowców, buntowników, zamachowców; wojny polegającej na zastawianiu pułapek, a nie walce, infiltracji, a nie agresji, dążeniu do zwycięstwa, licząc na wyczerpanie wroga, a nie stając do walki.

Prezydent John F. Kennedy

Kilka mil od wybrzeży Somalii Poniedziałek, 27 lutego 1995, tuż przed północą

Nie utonąłem na dobre, ale niewiele brakowało. Nie twierdzę, że byliśmy w trakcie szkolenia poddawani waterboardingowi. Ujmijmy to w ten sposób: wiem, jakie to uczucie być otoczonym wodą i wchłanianym przez nią, znam to muśnięcie dłoni śmierci, znam je od wielu lat. Kiedy miałem trzynaście lat, w środku nocy zanurkowałem w czarną jak atrament głębię i walczyłem z zaplątaną na dnie kotwicą łodzi. Jest w tym coś pierwotnego, kiedy pochłania cię woda. Ogarnia cię dziwny spokój, choć czujesz przerażenie. „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”, słyszymy na pogrzebach, ale to nie to samo. Wcale nie powstaliśmy z prochu. Wyszliśmy z wody i woda zawsze jest gotowa przyjąć nas z powrotem.

Alex Morrison rozmyślał o śmierci i wodzie, kiedy ich pojazd mknął, unosząc się i opadając na morskie fale.

Alex służył w Navy SEAL od 1989 roku, a w połowie 1994 ukończył szkolenie snajperskie Naval Special Warfare. Był synem oficera marynarki i wstąpił do marynarki, czując niezaspokojoną żądzę przygody. Czuł, że tam ona na niego czeka.

Rozejrzał się, wytężając wzrok.

Było ich około czterdziestu, ścieśnionych w ciemnościach na ławkach, upakowanych niczym solidnie uzbrojone sardynki w kontenerze z blachy falistej umieszczonym na pokładzie poduszkowca mknącego ku oddalonemu o kilka mil wybrzeżu Somalii. Nie mogli zobaczyć, co jest na zewnątrz. Zresztą co zobaczyliby o północy na wodach oceanu? Zgoda, gdyby stali na pokładzie, widzieliby przynajmniej gwiazdy i zorientowaliby się, gdzie jest horyzont. Gdyby coś się wydarzyło, mogliby cokolwiek zrobić.

Nic z tego! Pozostawało tylko rozmyślanie o misji, która ich czeka.

Operacja Przywrócić Nadzieję, taką otrzymała nazwę rozpoczęta w 1992 roku międzynarodowa operacja humanitarna mająca przywrócić porządek i stabilizację w rozdartej wojną domową i borykającej się z klęską głodu Somalii. Co wyszło z tego planu, najlepiej widać na przykładzie bitwy w Mogadiszu w październiku 1993 roku.

Raczej Operacja „Beznadzieja” – pomyślał Alex.

A teraz, kiedy zapadła decyzja o jej zakończeniu, ktoś musiał tu przyjechać i wydostać ostatnich kilka tysięcy pracowników ONZ mieszkających w osiedlach rozlokowanych wokół znajdującego się na wybrzeżu lotniska. Nie można było ich ewakuować drogą lotniczą, zbyt wielu szalonych, żujących khat członków milicji kręciło się w pobliżu z wyrzutniami ziemia-powietrze. Nie można też było ich wywieźć statkami pasażerskimi. Zbyt dużo było moździerzy, RPG i tym podobnych. Konieczne było przeprowadzenie operacji wojskowej, na dodatek w delikatny sposób. Właśnie dlatego znalazł się tutaj Alex i jego pluton.

W operacji brało udział ogółem około czternastu tysięcy osób, ale tylko niewielki procent z nich wylądował na ziemi somalijskiej. Większość pozostawała na pokładzie dwóch tuzinów okrętów należących do koalicji, czekających w odległości czterech mil od brzegu na przyjęcie ewakuowanego personelu i gotowych do wsparcia misji. Była to największa operacja ewakuacji drogą morską od czasu wycofania się z Korei Północnej w 1950 roku.

Mniej więcej połowa sił desantowych dopłynęła do portu w Mogadiszu, na północ od lotniska, na pokładzie jednej dużej jednostki desantowej. Setki pozostałych żołnierzy dostały się na ląd mniejszymi pojazdami, głównie czołgami pływającymi. Część doleciała śmigłowcami. Ale nie Alex. On wraz z pozostałymi „sardynkami” płynął poduszkowcem wprost na plażę w pobliżu pasa startowego, skąd mieli prowadzić obserwację. Zakładano, że operacja przebiegnie gładko, bez jednego wystrzału. W końcu przeprowadzono rozmowy z Mohamedem Aididem i innymi somalijskimi watażkami, którzy zgodzili się na pokojowe wycofanie personelu ONZ. Przy czym stwierdzili, że nie mogą brać odpowiedzialności za działania milicji oraz różnych mniejszych grup bojowników.

Mówiąc wprost: kiedy rozpocznie się ewakuacja, wszystko może się zdarzyć.

Gdzieś nad wschodnim Afganistanem Poniedziałek, 4 marca 2002, przed świtem

Rob Furlong kucał w wyziębionym wnętrzu śmigłowca transportowego i czuł na plecach wibracje metalowego kadłuba chinooka. Przez głowę przelatywały mu różne myśli. Zapach paliwa lotniczego i mroźne powietrze działały jak sole trzeźwiące, pobudzając mózg do działania. Tak jakby potrzebował dodatkowej stymulacji. W kilku miejscach po ścianach kadłuba ściekał płyn hydrauliczny, przez co wnętrze przypominało zawilgoconą jaskinię. Żołnierze siedzieli naprzeciwko siebie w dwóch rzędach na składanych krzesełkach z metalowych rurek obciągniętych czerwonym nylonem. Natarczywy gwizd turbin i jednostajny szum łopat tnących powietrze praktycznie uniemożliwiał jakąkolwiek rozmowę, dlatego każdy siedział pogrążony w myślach.

Rob zajął miejsce obok strzelca pokładowego. Spojrzał w lewo na siedzącą w jego rzędzie zbieraninę ludzi i zajął umysł zgadywaniem, z jakich jednostek się mogą wywodzić: Delta, 101. Powietrznodesantowa, 10. Dywizja Górska? Było ich około trzydziestu, plus wóz terenowy z napędem na cztery koła stojący przy tylnej rampie. Wraz z nimi leciało jeszcze siedem innych chinooków, czyli razem ponad dwustu żołnierzy, spora część z ogólnej liczby niemal dwóch tysięcy wysłanych na tę operację, pierwszą poważną ofensywę w nowej wojnie.

Większość tych chłopców (z Robem włącznie) nigdy nie brała udziału w prawdziwej walce. Dotyczyło to ponad 95 procent amerykańskich i kanadyjskich sił zbrojnych. Od dekady na świecie panował względny pokój.

Rob obrócił głowę i spojrzał w przeciwnym kierunku, gdzie w przedniej części siedział sprawiający wrażenie drzemiącego strzelec pokładowy ze swoim karabinem maszynowym FN MAG M240. MAG to skrót z francuskiego mitrailleuse d’appui général, czyli „do ogólnego zastosowania”. M240 strzela z prędkością od 650 do 1000 pocisków na minutę. Matematyczny umysł Roba automatycznie zaczął dokonywać kalkulacji. Kiedy strzelec pociągał za spust, jego wielka armata wyrzucała z siebie od dziesięciu do piętnastu pocisków na sekundę. Nieźle jak na broń ogólnego zastosowania.

Były to pociski kalibru 7,62. Liczba ta oznaczała średnicę w milimetrach. Pociski, których używał Rob, miały kaliber .50 i w tym wypadku była to średnica w calach. Przy czym nie chodziło o średnicę pocisku, lecz lufy karabinu. Amerykanie tradycyjnie stosują do opisu broni i amunicji miar angielskich i stąd kaliber .45, .38 czy .22. W europejskim systemie metrycznym jest opisany popularny kaliber 9 mm (taki jak broni krótkiej Roba) czy amunicja 5,56 mm pasująca do karabinu C8 (używanego przez Roba) oraz jego bliskiego kuzyna, amerykańskiego uniwersalnego karabinku M4 i standardowego uzbrojenia amerykańskiej armii od czasów wojny w Wietnamie – karabinku M16.

Przed wejściem na pokład śmigłowca Rob rozmawiał z młodym snajperem z Delty, uzbrojonym w SR-25. Rob lubił tę broń. Półautomatyczny SR-25 jest zbudowany jak M16, ale ma dłuższą lufę i kaliber 7,62 zamiast 5,56, co znacząco zwiększa siłę pocisku.

Oparty kolbą o podłogę maszyny, obok lewej nogi Roba spoczywał karabin wyborowy kalibru .50. Za pomocą takiej broni można zmieniać bieg historii. Kiedy stał obok siedzącego Roba, był niemal tej samej wysokości co on, a przypominający rakietę kosmiczną nabój miał długość puszki coli. Pocisk kalibru .50 może sięgnąć celu odległego o półtora kilometra i to z taką siłą, że przebije blok silnika. Jest to, jak zwykł mawiać Rob, „cios w twarz od samego Boga”.

– Dziesięć minut do celu! – zabrzmiała w kabinie informacja.

Furlong zerknął ponownie na M240 strzelca przy drzwiach, zastanawiając się, jak brzmiałby w akcji.

Husajba, Irak Sobota, 17 kwietnia 2004, wcześnie rano

Kiedy Jason Delgado obudził się 17 kwietnia rano w biurze banku, od razu pomyślał: Niech to szlag! Nie miał dobrych przeczuć w kwestii nadchodzącego dnia. Jason nie był bankierem i nie był to też zwyczajny bank. Był szefem zwiadu w plutonie snajperów marines, a opuszczone bankowe gabinety znajdowały się na kompletnym zadupiu na granicy iracko-syryjskiej i od kilku miesięcy były domem dla niego i jego oddziału.

Usiadł na łóżku polowym, postawił stopy na podłodze i rozejrzał się dookoła, zastanawiając się, skąd dobiega odgłos wystrzałów, które go obudziły. Przez otwarte drzwi zobaczył dwóch snajperów ze swojej sekcji, Josha Mavicę i Brandona DelFiorentino, którzy siedzieli na swoich piętrowych łóżkach i strzelali do ludzi.

Na Xboksach. Gra nazywała się Grand Theft Auto: San Andreas.

Mężczyźni są jak dzieci – pomyślał Delgado, kręcąc głową.

– Mało wam tego na co dzień w robocie? – Ruchem głowy wskazał znajdujące się za murami ich bazy miasto. Choć zaledwie od sześciu miesięcy był ich przełożonym, to czuł jakiś rodzaj ojcowskiej odpowiedzialności za tych dwóch, a także za wszystkich pozostałych chłopców z plutonu. Delgado, choć sam nie ukończył jeszcze dwudziestu trzech lat, był sierżantem w plutonie snajperów kompanii Lima, 3. Batalionu 7. Pułku Marines i odpowiadał za utrzymanie kruchego pokoju w tym niewydarzonym mieście.

Minęły zaledwie dwa lata od czasu, kiedy Rob Furlong leciał nocą na pokładzie śmigłowca nad wschodnim Afganistanem, ale świat wyglądał teraz zupełnie inaczej. Rok wcześniej, w marcu 2003, Delgado służył w jednostce prącej przez Irak na północ, by odbić z rąk Saddama Husajna Bagdad i zwrócić go ludziom. Teraz znów był w tym kraju, ale w zupełnie innym miejscu, tym razem w  – rodem z Dzikiego Zachodu – przygranicznym mieście Husajba, gdzie o rzut kamieniem od Syrii znajdowała się jego baza operacyjna.

Husajba. Trzysylabowe słowo znaczące z grubsza: „Nie mogę uwierzyć, że wdepnęliśmy w takie gówno”. Husajba, główny ośrodek przemytu narkotyków i broni w zachodnim Iraku, stolica korupcji, sprawiała, że Dzika banda Sama Peckinpaha robiła przy niej wrażenie niewinnej gimnazjalistki.

Delgado wstał i wziął do ręki swój M40A3. Nie był to taki potwór jak .50 Furlonga, ale też był z niego kawał grzmiącego kija. Wyposażony w czterotaktowy zamek, strzela pociskami .30-06, gdzie pierwsza liczba oznacza kaliber, a druga rok, kiedy nabojów zaczęło używać amerykańskie wojsko (1906). Zamek czterotaktowy oznaczał, że broń nie będzie strzelać szybko jak półautomat typu M16 czy SR-25, ale za to przywali z niewiarygodną precyzją.

Z karabinem w dłoni ruszył w stronę toi-toi’a. Nigdy przecież nie wiadomo, kiedy jakiś prawy obywatel zechce wystrzelić pocisk moździerzowy zza muru.

Delgado był niespokojny i wkurzony. Gorzej, martwił się. Od ponad sześciu tygodni powtarzał, że coś się szykuje na ulicy, nie żadna tam zwyczajna rozróba, jakich w mieście bez liku, ale coś naprawdę poważnego. Zdawało się, że nikt mu nie wierzy i nie widzi tego, co on. Kilka dni temu jeden z jego snajperów został postrzelony w obie nogi. Jeden z marines zginął, innego odesłano do Stanów w śpiączce, z której pewnie nigdy się nie wybudzi. Dla Jasona nie wyglądało to na serię nieszczęśliwych zdarzeń. To nie były przypadkowe ataki.

Delgado dorastał na ulicy. Wyczuwał bezbłędnie, kiedy coś wisiało w powietrzu. Teraz też to czuł.

Gdzieś w prowincji Helmand, Afganistan Czwartek, 9 lipca 2009, południe

Nick Irving wstał, przeciągnął się i ziewnął. Spojrzał na miejsce, gdzie spał: kępa pustynnych krzaków i niewielki kamień służący za poduszkę. Hilton to nie był. Ale najważniejsze, że się przespał. Jak długo? Zerknął na zegarek. Ponad dwie godziny. Cudownie. Przez ostatnie cztery dni Nick nie spał prawie wcale – ot, kilka skradzionych minut od czasu do czasu, w sumie nie więcej niż trzy godziny z dziewięćdziesięciu.

Schylił się i podniósł Dirty Dianę z koca, na którym wcześniej delikatnie ją ułożył. Swój ukochany SR-25 nazwał tak, jak brzmiał tytuł piosenki Michaela Jacksona (ukazała się w 1988 roku, kiedy Irving miał niecałe dwa lata). SR-25 to bliski kuzyn M4, ale mniejszy od M40 Delgado. Nick lubił swoją broń właśnie z tego powodu: była mniejsza i lżejsza, jak on sam. Poza tym była to broń półautomatyczna, zapewniała szybkostrzelność, a właśnie z intensywnym ostrzałem miał do czynienia w trakcie swoich pięciu misji w Iraku i Afganistanie. Irving nie miał okazji do długich, niespiesznych podchodów czy typowych dla Wietnamu akcji jeden strzał/jeden trup. Przynajmniej do tej pory. Nie, to, w czym do tej pory uczestniczył, definiowano jako walkę w przestrzeniach zamkniętych (close-quarters-battle, CQB), w pełnym kontakcie, brudną walkę, którą ćwiczył całymi dniami na szkoleniu rangersów, i nie miało to nic wspólnego z misją snajpera.

US Rangers to stosunkowo nieliczny oddział specjalny, działający w nieprawdopodobnie szybkim tempie. W Iraku oddział Nicka standardowo wykonywał po dwie misje w ciągu nocy, a czasem cztery lub pięć. Szli, żeby uderzyć w cel, wracali, chwila odpoczynku, coś na ząb, i zaraz dowódca przez radio mówił, że jest namiar na nowy cel.

W latach dziewięćdziesiątych rangersi zapewniali raczej wsparcie, tak jak w Mogadiszu w 1993, kiedy 3. Batalion Rangersów (oddział Nicka) wspierał żołnierzy z Delta Force. W nowym stuleciu szybko zmieniająca się sytuacja w wojnie asymetrycznej przyczyniła się do tego, że oddziały rangersów działały niezależnie, zbierały samodzielnie informacje wywiadowcze i same organizowały misje, uderzając w cele o dużym znaczeniu (high-value target, HVT). Być snajperem rangersów to coś takiego, jak być snajperem w oddziale SWAT. Szybkie, zdecydowane uderzenia z krótkiego dystansu, zawsze w ruchu. Żadnego siedzenia w stroju maskującym, czekania tydzień na pojawienie się celu, sikania w gacie, kiedy nie można się poruszyć. Nick miał Dirty Dianę skalibrowaną na trzysta metrów, stosunkowo krótki dystans dla snajpera, a wielokrotnie zdarzało mu się strzelać z mniejszej odległości.

Podszedł do grupki marines grających w pokera. Irving i Mike Pemberton byli tu jedynymi rangersami, tymczasowymi gośćmi na posterunku marines znajdującym się gdzieś pośrodku niczego, co nazywano prowincją Helmand.

Wrzynająca się od południowej granicy w głąb kraju prowincja w niczym nie przypominała tego Afganistanu, który Rob Furlong widział siedem lat wcześniej, w 2002 roku, gdy wojna dopiero się rozkręcała. Nie było tu mowy o żadnych górach, tylko pustynia, nisko rosnące krzaki i ludzkie osiedla. No i mak. Prowincja Helmand słynie z największej koncentracji upraw maku na świecie. Innymi słowy, było to centrum heroiny, a więc także centrum talibów i coraz częściej cudzoziemskich sił muzułmańskich fundamentalistów.

Do tej pory amerykańska obecność wojskowa w tym regionie była bliska zeru.

– Hej, dowiedzieliśmy się, dokąd idziecie, chłopcy! – zawołał jeden z marines. – Wdepniecie w niezłe gówno.

To była prawda. Irving i Pemberton mieli trafić głęboko za linie wroga, na teren, gdzie, jak miał się wkrótce przekonać Nick, nawet marines nie zapuściliby się bez pełnej mobilizacji swoich sił.

– Uważajcie na Czeczenów – doradził drugi marine.

Czeczenów? – zdziwił się Nick. – Jakich znowu Czeczenów?

Somalia 1995. Afganistan 2002. Irak 2004. Afganistan 2009.

Cztery główne punkty na amerykańskiej mapie wojennej. W ciągu tych piętnastu lat całkowicie zmienił się charakter służby snajperów, a kluczową rolę w tym procesie odegrali snajperzy oddziałów specjalnych, tacy jak Alex Morrison, Rob Furlong, Jason Delgado i Nick Irving.

Kiedy Alex siedział w ciemnościach, płynąc na spotkanie linii brzegowej Mogadiszu, ja stacjonowałem w San Diego jako ratownik w eskadrze zwalczania okrętów podwodnych i ratownictwa. Dopiero za dwa i pół roku miałem przejść organizowany przez SEAL podstawowy kurs niszczenia podwodnego (Basic Underwater Demolition/SEAL training, BUD/S). Nie przyszło mi nawet na myśl, żeby zostać snajperem. Kiedy siedem lat później Rob Furlong siedział w śmigłowcu w Afganistanie, ja też tam byłem, kilka kilometrów dalej, już jako snajper w trzeciej drużynie plutonu Echo SEAL, i czekałem na rozkaz wymarszu na poszukiwania Neila Robertsa i innych. Gdy Jason Delgado budził się 17 kwietnia 2004 roku w Husajbie, mój kumpel z kursu BUD/S Eric Davis i ja byliśmy z powrotem w Stanach i dokonywaliśmy gruntownej reorganizacji kursu snajperskiego Naval Special Warfare (SEAL), którym miałem kierować przez kilka następnych lat. A kiedy Nick Irving w 2009 roku zapuścił się daleko w głąb terytorium wroga w prowincji Helmand, byłem już w cywilu, pisałem książkę o snajperach i zaczynałem karierę analityka i komentatora spraw wojskowych i zagranicznych. Czy patrzeć na to z zewnątrz, czy od wewnątrz, przez półtorej dekady świat snajperów oddziałów specjalnych był moim domem, moją szkołą i moją fascynacją.

A jest to fascynujący świat.

Kiedy usłyszysz słowo „snajper”, pewnie pomyślisz o niewyraźnej postaci, tak doskonale zakamuflowanej, że praktycznie niewykrywalnej, czającej się w ukryciu godzinami albo i dniami, czekającej na dogodną chwilę, by zaatakować jak wąż, oddać jeden śmiertelny strzał z dużej odległości. Możesz przypomnieć sobie postać Carlosa Hathcocka, legendarnego snajpera marines, którego Wietkong nazywał Lông Trăng (Białe pióro), z powodu pióra zatkniętego za otok czapki. Hathcock zasłynął tym, że podkradał się przez cztery dni, by wreszcie z tysiąca metrów jednym strzałem prosto w serce zlikwidować wietnamskiego generała. W 1967 roku Hathcock ustanowił obowiązujący przez kolejnych kilka dekad rekord, oddając zabójczy strzał z odległości dwóch tysięcy pięciuset jardów.

A może przyjdzie wam do głowy Wasilij Grigoriewicz Zajcew, rosyjski pasterz, który został snajperem i stał się sławny dzięki filmowi Wróg u bram (w roli Zajcewa Jude Law), który w czasie obrony Stalingradu w 1942 roku oddał ponad dwieście zabójczych strzałów. Albo Billy Sing, słynny chińsko-australijski snajper, mający na swoim koncie ponad dwieście zabójczych strzałów (niektórzy uważają, że bliżej trzystu), który w bitwie o Gallipoli w 1915 roku strzelił prosto między oczy tureckiemu snajperowi „Abdulowi Strasznemu”, kiedy ten do niego celował.

Czasem zadanie snajpera tak właśnie wygląda. Ale nieczęsto.

W tym klasycznym już obrazie z czasów Wietnamu snajper jest postrzegany jako as pik. W warunkach walki w XXI wieku snajper Spec Ops musi często być całą talią kart.

Jest przyczyna tej atmosfery mistyki i fascynacji otaczającej snajpera. Strzelectwo wyborowe jest zestawem specyficznych umiejętności nabytych w trakcie szkolenia, ale jest też czymś więcej. Elitarne szkolenia snajperskie mają na celu wykształcenie w żołnierzu szeregu zdolności, które czynią go niemal wszechmogącym i wszechwiedzącym. Snajper na polu walki musi dostrzec i ocenić każdy aspekt, począwszy od ogólnej sytuacji taktycznej, po najdrobniejszy szczegół, i w efekcie realizować operację wojskową w pojedynkę, być rodzajem jednoosobowej armii.

Współczesny snajper musi być mistrzem walki w przestrzeniach zamkniętych, krótkodystansowych wypadów, zabijania, chronienia i osłaniania oddziałów uderzeniowych. Musi posiadać umiejętności strzelca wyborowego i wszystkiego, co się z tym wiąże. I w końcu są jeszcze bardzo ryzykowne zadania rozpoznawcze, ponieważ snajper jest często głównym i jedynym źródłem informacji typu wywiadowczego. Snajper często działa za linią wroga, nie oddając ani jednego strzału, ale jeśli zajdzie potrzeba, to musi być do tego w stu procentach przygotowany i strzelić z absolutną precyzją z odległości czy to większej niż kilometr, czy mniejszej niż sto metrów. I sama umiejętność celnego strzelania tu nie wystarczy. Współczesny snajper musi w sposób mistrzowski opanować wszystkie trzy szeroko pojmowane umiejętności: szturmowca, strzelca wyborowego i zwiadowcy.

Żołnierz, zabójca, szpieg.

W nadchodzących dniach i tygodniach Morrison, Furlong, Delgado i Irving będą odgrywać wszystkie te role, przechodząc od jednej do drugiej w ciągu kilku minut. A czasem sekund.

Wybrzeże Somalii, 27 lutego 1995

Alex Morrison zabijał czas, rozważając różne scenariusze, z jakimi mógł się zetknąć w najbliższych kilku dniach.

Miał karabin snajperski McMillan M88 kalibru .50, poprzednika wielkiego TAC-50, który Rob Furlong siedem lat później zabrał ze sobą do Afganistanu. M88 nie był aż tak duży i ciężki jak TAC-50, ale niewiele mu brakowało. Uznawany za wyjątkowo celny na odległość do dwóch tysięcy metrów LRSW (dalekodystansowy karabin wyborowy) Alexa strzelał przeciwpancerno-odłamkowo-zapalającymi nabojami Raufoss Mark 211 z prędkością początkową pocisku sięgającą dziewięciuset metrów na sekundę.

Taką bronią SEAL unieruchomił samolot Manuela Noriegi w czasie inwazji na Panamę. Według jednego z żołnierzy SEAL to była „bestia”.

A przy okazji straszne cholerstwo w obsłudze. Strzelał ogniem pojedynczym i był antytezą pięknych, skutecznych mechanizmów półautomatycznych, które poznaliśmy i pokochaliśmy (i na których polegaliśmy) kilka lat później. W M88 trzeba było wyciągnąć rygiel (wyciągnąć, a nie tylko cofnąć), potem włożyć nabój, zamocować z powrotem rygiel, wycelować, strzelić, znów wyjąć rygiel, usunąć łuskę, włożyć nowy nabój i strzelić. Cały proces zajmował zbyt wiele czasu jak na potrzeby pola walki.

Co tu nie powinno stanowić żadnego problemu. Zgodnie z tym, co powiedziano im na odprawie, nie spodziewano się większych starć. To było pokojowe wycofanie personelu. Ich rolą nie było walczyć, lecz dać taktyczny pokaz siły. Mieli działać powstrzymująco, czyli zapobiec użyciu siły, a nie prowokować.

Tyle że to była Somalia. Kompletnie stuknięty kraj. Alex i wszyscy pozostali siedzący teraz na tych ławkach w ciemności wiedzieli, że coś może się wydarzyć i pewnie się wydarzy. Wkrótce wszystko się wyjaśni – pomyślał. – A tymczasem…

Nic tak nie wkurza SEALs-ów jak brak możliwości działania. Na razie nie mieli jednak wyboru. Siedzieli upchnięci jak sardynki w puszce.

Siedzieli w ciemnościach, kołysząc się na ławkach w rytm wzburzonego morza, i myśleli, co będzie, jeśli coś pójdzie nie tak i cały ten cholerny poduszkowiec razem z ich kontenerem zatonie. Żołnierze SEAL zwykle nie przejmują się zbytnio perspektywą gwałtownej śmierci, ale Alex nie potrafił odpędzić od siebie myśli, że utonięcie w puszce u wybrzeży Somalii byłoby zdecydowanie mało satysfakcjonującym sposobem odejścia z tego świata.

Dolina Shahikot, 4 marca 2002

Anaconda. Operacja otrzymała nazwę jednego z największych węży świata, który zabija swoją ofiarę, oplatając ją i unieruchamiając. Taki był też plan tej pierwszej przeprowadzanej na dużą skalę ofensywy w tej nowej wojnie.

Amerykanie weszli do Afganistanu bezpośrednio po ataku 11 września, żeby złapać i zabić tych, którzy zaplanowali zamachy. Jednocześnie nie chcieliśmy zbytnio afiszować się ze swoją obecnością, żeby nie przywoływać wspomnień z lat osiemdziesiątych, kiedy Związek Radziecki najechał i okupował ten skalisto-makowy skrawek ziemi. W szczytowym okresie okupacji Rosjanie mieli tam sto dwadzieścia tysięcy żołnierzy. My rzuciliśmy do Afganistanu na razie tylko kilkuset chłopców z sił specjalnych. Byliśmy bardzo ostrożni, zbyt ostrożni, jak nam potem wielu wytykało.

Próba osaczenia przywódców Al-Kaidy i najważniejszych talibów w Tora Bora w grudniu zakończyła się totalną porażką. Wszyscy bandyci wymknęli się z okrążenia. Rozwiązanie: zacisnąć pętlę mocniej z użyciem większych sił amerykańskich i sojuszniczych. Tym właśnie była Anaconda.

Plan był następujący: jedna grupa, kryptonim Hammer, z północnego zachodu naciera na dolinę Shahikot, gdzie miało się ukrywać kilku przywódców, i spycha wroga prosto w ramiona drugiej, większej grupy, kryptonim Anvil, która zapobiega ich ucieczce. Taki uścisk anakondy. Grupa Hammer składała się głównie z żołnierzy afgańskich wspieranych przez „doradców” sił specjalnych USA oraz lotnictwo. Grupa Anvil, która miała podejść od południa i północnego wschodu i czekać, otaczając półokręgiem drogi ucieczki na południowy zachód, składała się z setek żołnierzy sił konwencjonalnych, głównie ze 101. Powietrznodesantowej i 10. Górskiej Dywizji, wspieranych przez Australijski Special Air Service (SAS), Navy SEAL i Delta Force, anonimowych, działających pod przykrywką agentów oraz… sześciu kanadyjskich snajperów.

Jeden z tej szóstki dopiero co ukończył szkołę snajperską.

Myśliwy z kanadyjskiej grupy wsparcia, Furlong, wygląda na zupełnie zwyczajnego faceta. Metr osiemdziesiąt wzrostu, średnia budowa ciała, blondyn (chociaż wtedy miał głowę ogoloną na łyso), niebieskie oczy. Wygadany, ale dobiera słowa starannie i mówi w sposób wyważony. Mimo tego spokoju jest prawdziwym wojownikiem, który sprawdza się i w boju, i przed ekranem komputera. Może nie rwie się do bitki, ale na pewno wie, jak ją zwycięsko skończyć. Jeszcze pięć lat wcześniej stukał w klawiaturę komputera, a teraz jest jednym z najlepszych wojskowych strzelców w swoim kraju.

Kanadyjski pułk lekkiej piechoty Princess Patricia’s Canadian Light Infantry, w skrócie PPCLI, liczy dwa tysiące żołnierzy. Oddział Roba, 3. Batalion, był odpowiednikiem amerykańskiego 75. Pułku Rangersów, oddziału Irvinga. Kanadyjczycy swoje motto „Pierwsi na polu bitwy” zawdzięczali temu, że byli pierwszym kanadyjskim oddziałem, który w 1914 roku zaczął walczyć w I wojnie światowej. Teraz, sto lat później, znów byli pierwsi.

Po wydarzeniach 11 września do wojny z terroryzmem skierowano siły kanadyjskie liczące około dziewięciuset żołnierzy. Z tych dziewięciuset wybrano sześciu, którzy mieli wziąć udział w ściśle tajnej operacji w dolinie Shahikot. Pierwszego lutego, kiedy na świadectwie ukończenia kursu snajperskiego jeszcze dobrze nie wysechł atrament, Rob był w Edmonton w stanie Alberta i wraz z żoną kupował nowy dom. Następnego dnia siedział już w samolocie do Niemiec, skąd miał zostać przetransportowany do Afganistanu.

Kiedy Rob i pięciu jego towarzyszy odlatywali 3 marca do Bagram, byli jedynymi pasażerami na pokładzie wielkiego C-17. To był niezwykły lot. Otwiera się wielka rampa, ukazując przepastne wnętrze, i wchodzi po niej do środka tylko sześciu ludzi. Scena żywcem z Bliskich spotkań trzeciego stopnia. Prócz nich na pokładzie był tylko pilot i załoga.

Misja miała potrwać dwadzieścia cztery godziny, przynajmniej tak powiedziano im na odprawie. Osoby odpowiedzialne za plan Operacji Anaconda nie przewidziały, że w dolinie może być więcej niż kilkuset bojowników (jak się okazało, było ich kilka tysięcy) i nie spodziewały się większego oporu (kolejny błąd). Spodziewano się, że po dwóch dniach buntownicy zaczną negocjować warunki kapitulacji. Było to odzwierciedleniem powszechnych w dowództwie poglądów, że Afganistan jest już skończony.

Kiedy stanęli u szczytu rampy C-17, która zaczęła się podnosić, do samolotu podbiegł jakiś kanadyjski oficer z rękami pełnymi sprzętu.

– Hej! – zawołał. – Chłopcy! Nałóżcie lepiej hełmy! – Stał teraz, z trudem łapiąc oddech. – A tu są wasze kamizelki kuloodporne!

Rob i pozostali snajperzy popatrzyli na siebie i odwrócili się do oficera plecami.

– Nie założymy tego gówna – rzucił jeden z nich.

Rampa zamknęła się, a oficer został na pasie startowym z całym naręczem sprzętu.

Husajba, 17 kwietnia 2004

Jason Delgado jest zupełnym przeciwieństwem Roba Furlonga. Metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, szczupły, naładowany energią, jakby przez jego ciało płynęło tysiąc woltów. Nie mówi, tylko wyrzuca z siebie z prędkością karabinu maszynowego gęsto przetykany przekleństwami potok słów. No i do tego jeszcze ten portorykański akcent. Jeśli się jednak wsłuchać uważnie w to, co mówi, łatwo wyczuć wrodzoną inteligencję.

Delgado wchodził w życie jako gniewny Latynos z podupadłej dzielnicy, ale lata ostrego szkolenia w US Marine Corps stłumiły agresję, ukształtowały charakter i okiełznały wybuchowy temperament. Teraz jest to facet, który wie, jak oceniać ludzi i sytuacje, nie daje się zwieść pozorom, zawsze dostrzega sedno rzeczy. To dzięki połączeniu umiejętności i temperamentu został dowódcą plutonu i teraz czuł, że coś złego wisi w powietrzu w Husajbie.

Kiedy wyruszy się z Husajby wzdłuż meandrującego Eufratu na południowy wschód, po trzystu kilometrach dociera się do łańcuszka dużych miast: Ramadi, Faludży i Bagdadu. Tym szlakiem w 2004 roku wędrowała nieustająca procesja kontrabandy, broni i amunicji. Podobnie jak narkotyki, które trafiają do Miami, a stamtąd wędrują wzdłuż Wschodniego Wybrzeża do Nowego Jorku, tu w Husajbie bojownicy i broń przenikali przez granicę z Syrią i docierali do miejsc, które przez kilka następnych lat miały stać się głównymi punktami zapalnymi.

Wtedy nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy. Kiedy 17 kwietnia 2004 roku Jason Delgado zabierał swój M40 do sracza, minął zaledwie rok od obalenia Saddama. Inwazja dawno się skończyła. Zwyciężyliśmy. Delgado był na placu Ferdousiego w Bagdadzie i osłaniał swojego dowódcę Bryana McCoya, który obwiązał liną pomnik Saddama i zrzucił go z cokołu. Na własne oczy widział obywateli irackich krzyczących z radości, obrzucających Amerykanów kwiatami, przynoszących im kosze z jedzeniem. Czuł się jak amerykański żołnierz wyzwalający Paryż w 1945 roku. Bim-bom, dyktator jest martwy. Może nie do końca martwy, ale obalony. Teraz wystarczyło odbudować infrastrukturę, zdobyć serca i umysły ludności, pomóc Irakowi stanąć na nogi.

Taki przynajmniej był scenariusz. Od blisko dwóch miesięcy Delgado i jego chłopcy pełnili funkcję gliniarzy w przygranicznym mieście, starając się utrzymać spokój, a amerykański rząd dostarczał do miejscowych szkół komputery i piłki do gry w nogę. Wszyscy mieli wrażenie, że faza „wojenna” operacji w Iraku została zakończona, a naszą misją jest teraz wyłącznie pomoc ludności cywilnej.

Delgado czuł, że to wrażenie wkrótce zniknie.

Prowincja Helmand, 9 lipca 2009

Nick Irving jest facetem dość niskim. „Kiedyś miałem metr dziewięćdziesiąt – lubił mówić – ale przez te skoki ze spadochronem i maszerowanie z wyładowanym plecakiem skurczyłem się do metra siedemdziesiąt”. Jako nastolatek był taki chudy, że inne dzieciaki wołały na niego Patyczak. Ale Nick jest przykładem przewagi ducha nad materią. Lata treningu sprawiły, że bardziej teraz przypomina Mr. T niż Steve’a Urkela. Mr. T z karabinem snajperskim. Lepiej z tym gościem nie zadzierać.

Nick jest też jednym z najlepszych strzelców, jakich widziałem. Dom ma oblepiony tarczami strzelniczymi, do których wciąż strzela „na sucho”. Facet jest tak dobry, że mógłby strzelać na olimpiadzie. To urodzony snajper.

Mimo to kilka lat zajęło mu osiągnięcie takiej pozycji. Podczas pierwszych misji wykonywał różne zadania. Wyważał drzwi, był kierowcą wozu opancerzonego Stryker, strzelcem posługującym się karabinem kaliber .50, aż wreszcie przeszedł szkolenie rangersów i otrzymał upragnioną plakietkę. Formalne szkolenie snajperskie trwające wiele miesięcy ukończył dopiero w 2008 roku. I teraz, na ostatniej misji, jest dowódcą plutonu snajperów.

Awans przyszedł w odpowiednim momencie, ponieważ sytuacja wiosną 2009 roku była wyjątkowa i potrzebny był człowiek z jego umiejętnościami.

Nieco wcześniej w tym samym roku Biały Dom ogłosił, że w związku z pogarszającą się sytuacją w regionie zamierza wysłać do Afganistanu dodatkowe siły, może nawet siedemnaście tysięcy żołnierzy. Pod koniec lata liczba ta wzrosła do dwudziestu tysięcy.

Drugiego lipca, tuż przed świtem, ponad cztery tysiące marines wtargnęło do północnej części prowincji Helmand, próbując przegnać stamtąd buntowników przed zbliżającymi się wyborami prezydenckimi. Był to największy ofensywny most powietrzny marines od czasu Wietnamu. Oficjalna nazwa operacji brzmiała Operacja Khanjar albo Strike of the Sword (Cios miecza). Wkrótce jednak otrzymała bardziej chwytliwą nazwę.

– Tego lata zmienicie oblicze świata, a zaczynamy dziś rano – powiedział do swoich ludzi dowódca 2. Batalionu 8. Pułku Marines, kiedy wsiadali do śmigłowców. – Stany Zjednoczone i cały świat patrzą na was. Ich oczekiwania są wyjątkowo duże tego lata decyzji.

„Lato decyzji” (Summer of Decision), tak brzmiała nowa nazwa.

Według relacji prasowych w regionie nie było żadnych zachodnich wojsk. Cytowano pewnego kapitana: „Musimy zdobyć nowe tereny. Pojawiamy się w miejscu, gdzie nikogo wcześniej nie było”. Dramatyczne, ale nie do końca prawdziwe. Nick i rangersi byli tam od miesięcy, zabijając buntowników i ważne cele, oczyszczając teren i torując drogę marines, którzy mieli się tam pojawić. Tego samego dnia, kiedy rozpoczęła się Operacja Khanjar, Nick został zwerbowany przez oddział głębokiego rozpoznania. Miał z nimi wejść głęboko na ziemię niczyją, gdzie wcześniej zapuszczało się niewielu ludzi z Zachodu.

Teraz znajdował się nie dalej niż pięćdziesiąt kilometrów na południe od marines. Pół godziny jazdy, gdyby drogi były przyzwoite. Ale nie były.

Nick nie miał pojęcia o szerszym kontekście strategicznym. Takie rzeczy rozstrzygały się wyżej w hierarchii, a generałowie nie mieli zwyczaju przedstawiać żołnierzom szerszego obrazu sytuacji. Jedyne, co Nick wiedział, to, że mają zabić lub złapać jak najwięcej przeciwników. Okazało się, że tyle wystarczy. Do dziś jego oddział zlikwidował prawie tysiąc osób. W czasie jednej tylko operacji trwającej całą noc on i Pemberton zabili sześciu dowódców talibów, skutecznie opóźniając o półtora tygodnia operację Muhammada Teliego w Mardży.

Mimo tych sukcesów nie był przygotowany na to, co miało nastąpić. To miała być najważniejsza bitwa jego życia.

Dolina Shahikot, 4 marca 2002

Trzy minuty do celu!

Kiedy chinook zbliżał się do wyznaczonej wcześniej strefy zrzutu, Rob Furlong usłyszał nieoczekiwanie budzący się do życia M240 strzelca. Jego perkusyjne GA-GA-GA-GA-GA-GA-GA-GA nie pozwalało zebrać myśli. Zdążył tylko zadać sobie pytanie, do czego, do diabła, ten facet wali, kiedy dostrzegł zielone kreski pocisków smugowych przecinających niebo, a potem małe otwory w burcie śmigłowca.

Poczuł, jak maszyna skręca gwałtownie w prawo. Zaczęli się palić.

Nie dotarli jeszcze do strefy zrzutu, a już źle się działo.

To początek wojny.

2 URODZONY STRZELEC

Kiedy byłem mały, siadywałem w lesie i czekałem. Czekałem aż pojawią się króliki albo wiewiórki, bo wcześniej czy później na tym konkretnym drzewie pojawiała się wiewiórka, a zza tego konkretnego pnia wyłaniał się królik. Ja to po prostu wiedziałem. Nie wiem skąd, ale wiedziałem.

Carlos Hathcock

Szkolenie snajperskie Naval Special Warfare (SEAL), podstawowy kurs snajperski US Marine, snajperskie programy szkoleniowe US Army i wszystkie inne kursy i szkolenia, wojskowe i cywilne, które omówimy w tej książce, są najbardziej wymyślnymi, trudnymi i wyczerpującymi programami treningowymi na świecie. Nie uczynią one jednak z żołnierza snajpera. Snajperem trzeba się urodzić.

Szkoła Zabijania składa się z trzech faz, choć ten podział niekoniecznie jest wyraźnie widoczny. Można je nazwać szkołą podstawową, średnią i  wyższą. Pierwsza faza, szkoły podstawowej, kończy się, kiedy wstępujemy do wojska.

W zwykłym świecie nazywamy to dzieciństwem.

Rob Furlong, najstarszy z sześciorga rodzeństwa, dorastał na wyspie Fogo traktowanej nierzadko jako część Nowej Fundlandii, małym skrawku lądu u wschodnich wybrzeży Kanady, miejscu tak odległym, że ma własną strefę czasową. Jego rodzinne miasto (liczące może trzy tysiące mieszkańców) było społecznością rybaków, ludzi zahartowanych przez surowy klimat i trudy życia. Ojciec Roba pracował w Departamencie Rybołówstwa i Oceanów, czyli jak się mawiało na miejscu, był rybackim gliniarzem. Bycie stróżem prawa w mieście na obrzeżach cywilizacji nie należało do najłatwiejszych zadań. Rob nauczył się robić użytek z pięści już w najmłodszych latach.

Większą część swojego dzieciństwa Rob spędził na otwartych przestrzeniach, łowiąc ryby, polując z ojcem na łosie albo rąbiąc drewno na opał. Od kiedy nauczył się chodzić, potrafił poruszać się po pustkowiach, kierując się gwiazdami, wyglądem roślinności i korzystając z wielu innych sposobów z leksykonu tropiciela.

Pierwszą broń, wiatrówkę z ruchomym łożem (pump action), dostał, kiedy miał siedem lat. Czuł się wtedy, jakby stał się właścicielem ferrari. Nie wyobrażał sobie, że może być coś cenniejszego od jego „pompki”. Szybko jednak się przekonał, jak słaba była to broń, i w wieku dziewięciu lat zamienił ją na strzelbę śrutową. Teraz ojciec zaczął poświęcać swój czas na uczenie go prawidłowego ustawiania przyrządów optycznych i dokonywania poprawek na strzały z większej odległości. Rob nigdy nie słyszał wyrażenia „reguły strzelectwa wyborowego” i pewnie nie wiedziałby, co ono oznacza. Chciał tylko celnie strzelać do ptaków.

Codziennie po powrocie ze szkoły zabierał swoją strzelbę i paczkę nabojów i szedł na podwórko. Dla niego „podwórko” oznaczało hektary nieogrodzonego lasu, gdzie ćwiczył strzelanie do ptaków, drzew i wszystkiego innego, do czego można było strzelać. Często zabierał ze sobą młodszego brata, który też miał swoją broń. Kiedy udało im się złowić tomkoda, małą północnoatlantycką rybę, kładli ją na pieńku i ćwiczyli strzelanie do celu. Po chwili rybka budziła już zainteresowanie much.

Pewnego dnia Rob powiedział do brata:

– Hej, dlaczego mamy strzelać do ryb? Spróbujmy trafić muchę!

I tak osiągnęli wyższy stopień wtajemniczenia, strzelając do much zamiast do ryb. Co chwila któryś z nich krzyczał:

– Chyba trafiłem jedną!

Biegli do pieńka i szukali w korze dziury po śrucie i pozostałości po musze.

– Tak! Tu chyba coś jest! – mówił jeden lub drugi. Rob twierdzi, że tak naprawdę nie miał pojęcia, czy rzeczywiście trafili jakiegoś owada, czy nie. Ale zdarzało im się znajdować coś, co przypominało szczątki muchy.

Stopniowo poprawiały się ich umiejętności i wybierali coraz trudniejsze cele. Rob wieszał na żyłce wędkarskiej stare puszki i butelki, a potem próbowali zerwać żyłkę śrutem. Z każdym oddanym strzałem Rob poprawiał celność. Czasem do zerwania żyłki musiał użyć stu pięćdziesięciu śrucin, ale nagrodą za wytrwałość był widok puszki spadającej nagle na ziemię.

Rodzina Roba nie była zamożna. Za jedną pensję małomiasteczkowego gliniarza trzeba było utrzymać dom i wyżywić szóstkę dzieci, więc strzelby dla Roba i jego brata były poważnym wydatkiem. Bardzo cenili swoją broń. (Strzelby do dziś stoją w domu ich rodziców w przeznaczonym dla nich miejscu, tym samym, w którym trzymali je jako dzieci.) Rob, kiedy dostał swoją pierwszą broń, starannie wypiaskował łoże, pomalował je na czarno, wypolerował i nabił kilka ćwieków, żeby łatwiej przeładowywać. Czasem zbierała się cała banda chłopców, siedmiu lub ośmiu, żeby wspólnie postrzelać. Ale z nich wszystkich tylko Rob poświęcał czas na konserwację swojej broni.

Dlaczego czuł się zmuszony to robić?

– Nie wiem – odpowiada. – Po prostu to robiłem. Gdzieś we mnie siedział snajper.

Szkoła podstawowa Roba Furlonga mieściła się na północnokanadyjskim pustkowiu, tymczasem Jasona Delgada na głównych ulicach Bronxu. W latach osiemdziesiątych Bronx był opanowany przez kokainę, zbrodnię i przemoc. W krajobrazie młodych lat Delgada przeważały szroty i pustostany. Młodsze dzieciaki nazywały je „klubami”. Dla starszych były miejscem do robienia interesów. Dla Jasona i jego kumpli napady z nożem w ręku, bójki i strzelaniny były codziennością. A do miana bohaterów urastali dilerzy prochów w ogromnych cadillacach i modnych, krzykliwych ciuchach obszytych futrem z norek.

Pewnego dnia, kiedy Jason miał pięć lat, siedział ze swoimi kuzynami w zaparkowanym samochodzie. Po drugiej stronie ulicy znajdował się warsztat blacharski ojca, w którym wujek zajmował się jasnozielonym cadillakiem ojca. Do warsztatu wszedł jakiś sprawiający wrażenie naćpanego facet, wyciągnął obrzyn, przystawił lufę do głowy wujka, pociągnął za spust i uciekł w tym samym kierunku, z którego przyszedł.

Matka Jasona zabrała dzieciaki do ich domu przecznicę dalej. Dzieci płakały, tuliły się do siebie i pocieszały nawzajem, tymczasem dorośli starali się upewnić, czy są bezpieczni. Nie byli.

Dwa lata później Jasona obudziło w nocy trzeszczenie krótkofalówki. Powędrował zaspany do salonu i przez zmrużone powieki dostrzegł dwóch policjantów pochylających się nad rozhisteryzowaną matką. Pomiędzy rywalizującymi ze sobą dilerami wybuchła wojna o strefy wpływów i cały kwartał ulic rozbrzmiewał terkotem pistoletów maszynowych, a domy zasypał grad kul. Jeden z pocisków wpadł do ich mieszkania i drasnął w głowę śpiącą na kanapie w salonie matkę Jasona, a następnie utkwił w ścianie.

Matka i ojciec Jasona byli dobrymi rodzicami, ale musieli dużo pracować, żeby jakoś związać koniec z końcem, więc dwóch chłopców Delgadów wychowywało się głównie na ulicy, gdzie musieli sami sobie radzić i nauczyć się praw, jakimi rządziła się miejska dżungla.

Otwierała się przed nimi ścieżka kariery w świecie przestępczym, zresztą wśród krewnych Jasona były osoby, które przeszły na złą stronę. Jednak za sprawą takich wydarzeń jak zamordowanie wujka nastąpiła pewna zmiana. Coś tym dzieciakom podpowiadało, że to nie w porządku, że nie chcą dłużej być ofiarami. Chcieli mieć broń, ale chcieli używać jej do chronienia swoich rodzin przed wszelkiego rodzaju złem, a nie do czynienia zła. Dwóch starszych kuzynów Jasona zostało policjantami, w tym jeden sierżantem w nowojorskiej policji. Jason też o tym myślał, ale kłopoty i przepychanki z policją zniechęciły go do tej służby.

Kiedy Jason miał dziewięć lat, wracał do domu z kolegą Afroamerykaninem z klubu Boys and Girls przy Fordham Road. Nagle usłyszał pisk hamulców i drogę zajechał im radiowóz. Z samochodu wyskoczyło dwóch białych policjantów. Rzucili chłopców na ścianę i zaczęli ich obszukiwać. Kolega Jasona zapytał, dlaczego są przeszukiwani, na co jeden z policjantów odpowiedział:

– Zamknij się, dzieciaku.

– Nie możecie nas tak traktować – zaprotestował chłopak.

Gliniarz obrócił go i uderzył w twarz.

– Uważaj na słowa, gnojku – powiedział. W końcu puścili chłopców. Jason do tej pory pamięta, jak wracał do domu z łzami płynącymi po policzkach, rozmawiając z kolegą i próbując zrozumieć, co się stało.

Kiedy Jason miał czternaście lat, wstąpił do organizacji kadetów o nazwie Trzeci Batalion Rozpoznawczy, takiej samej jak słynny batalion US Marines walczący w Wietnamie.

Batalion stworzył weteran z Wietnamu Sean Godbolt, który chciał, żeby dzieciaki miały się czym zająć po szkole. A przede wszystkim, żeby nie pakowały się w kłopoty. Wszyscy, którzy pomagali w funkcjonowaniu organizacji, byli weteranami, a sam batalion miał strukturę hierarchiczną, taką samą jak prawdziwy oddział wojskowy. Jason i jego towarzysze uczyli się formułować pisemne rozkazy, planować i przeprowadzać misje, przeprowadzać inspekcję sprzętu oraz zachowywać się z wojskową precyzją. Używano takich samych skrótów jak w prawdziwej armii. Chłopcy uczyli się nie tylko wojskowego drylu i zachowania, ale także wpajano im poczucie dumy i chęć służenia krajowi.

Dzieciaki wyjeżdżały na kilkudniowe obozy do Van Cortland Park, planowały misje, robiły podchody do innych grup kadetów. Cały tydzień zbierały cenne informacje, wsłuchiwały się w to wszystko, co udało im się wychwycić w szkole i w okolicy na temat patroli innych grup, i organizowały zasadzki. Była to prawdziwa wojna partyzancka z karabinkami do paintballu.

– Budowaliśmy kryjówki – wspomina Jason. – Siedziałem w nich w stroju maskującym z karabinkiem do paintballu Tippmann Pro Lite. Czekaliśmy, aż pojawi się inna grupa, by założyć w tym miejscu obóz, a kiedy tamci znajdowali się już w zasięgu, strzelałem do nich. Przygotowywałem się do zawodu snajpera, choć nie zdawałem sobie z tego wtedy sprawy.

Twórca programu, Godbolt, był też dla Jasona pierwszym wielkim autorytetem, który jednocześnie nie był dilerem narkotykowym. Charyzmatyczny i motywujący, chyba w tym czasie stanowił jedyny – poza rodzicami – pozytywny wzorzec w życiu chłopca.

– Nigdy nie traktował nas jak dzieci – mówi Jason. – Traktował nas jak młodych mężczyzn.

Nick Irving, podobnie jak Rob Furlong, wcześnie zdobywał swoje pierwsze doświadczenia w strzelaniu. Kiedy miał sześć lat, ojciec zabrał go do lasu w Georgii, żeby pokazać chłopcu, jak się strzela ze strzelby kalibru 20. Nick nie był w stanie unieść strzelby, nie wspominając o jakimkolwiek samodzielnym celowaniu. Ojciec stanął za nim, przytrzymał śrutówkę, oparł jej kolbę o ramię chłopca, a Nick pociągnął za spust.

Po tej pierwszej próbie Nick zakochał się w strzelaniu. I był w tym dobry. Nawet kiedy nie był jeszcze w stanie utrzymać samodzielnie broni, często trafiał w cel.

– To było oczywiście strzelanie do ptaków, więc trudno było nie trafić – zauważa Nick.

Niedługo potem ojciec podarował mu karabin kalibru .22 i Nick bez przerwy ćwiczył, choć ciągle było mu mało. Nick dorastał w Marylandzie, niedaleko bazy wojskowej Fort Meade, gdzie pracowali jego rodzice, ale rodzina ze strony matki pochodziła z głębokiej prowincji w Georgii i Nick najczęściej spędzał tam letnie wakacje. Uczył się wtedy polować, łowić ryby, poruszać w lesie i… strzelać.

W czasie roku szkolnego musiał się zadowolić strzelaniem na sucho, żeby nie wyjść z wprawy. Ale każdego lata on i jego .22 byli nierozłączni. Podkradał dziadkowi papierosy, wychodził z domu, ostrożnie stawiał je na pieńku, cofał się o kilkaset kroków, celował i strzelał. Kiedy szedł do szkoły średniej, całkiem dobrze wychodziło mu już przestrzeliwanie papierosów na pół.

Jego ojciec dostał śrutówkę w prezencie od swojego ojca i na piętnaste urodziny podarował ją Nickowi. Nick był już wtedy ekspertem w strzelaniu, a teraz ojciec uczył go jak rozłożyć na części dużą strzelbę. Każdego dnia po szkole Nick rozkładał i składał strzelbę, mierząc przy tym czas wszystkich operacji. Wkrótce mógł to robić nawet we śnie.

Nicka nie interesowało specjalnie samo myślistwo. Kochał to uczucie kontrolowanej precyzji, mistrzostwa i szlachetnej prostoty towarzyszącej strzelectwu wyborowemu. Od lat oglądał na History Channel programy na temat wojen i operacji wojskowych, szczególnie o Wietnamie. Jego bohaterem został Carlos Hathcock, człowiek, który zdefiniował na nowo sztukę snajperską. Chłopiec oglądał po kilka razy wywiady z Hathcockiem. W szkole średniej zrobił sobie swój pierwszy strój maskujący, przyklejając podebraną matce przędzę do czarnego dresu. Zaczął też regularnie bywać w bibliotece i pochłaniać wszystkie książki, które mogły pomóc mu w zdobyciu odpowiednich umiejętności, od podręczników matematyki po opracowania na temat działania sił specjalnych w Wietnamie.

– Odkąd pamiętam – mówi Nick – chciałem być snajperem.

W przeciwieństwie do tamtych facetów, ja nie strzelałem jako dziecko i nie zamierzałem zostać snajperem. Jeśli nie liczyć strzelania do rzutków z dziobu łodzi dla nurków, na której pracowałem jako nastolatek, nie miałem w ręku karabinu. Po raz pierwszy wciśnięto mi go w ręce podczas szkolenia BUD/S.

Mnie interesowała kusza do polowań pod wodą.

Kiedy zacząłem pracować na łodzi dla nurków, czułem głód wiedzy i nie odstępowałem na krok kapitana Mike’a Roacha i drugiego kapitana Jima Hralbaka, żeby obserwować, jak polują. Zrozumienie, o co w tym wszystkim chodzi, zajęło mi trochę czasu. Płynęliśmy obok siebie i nagle słyszę świst. Jeden z nich ustrzelił coś, czego ja nawet nie zauważyłem. Skąd to się tam wzięło? Minęło trochę czasu i  także zacząłem dostrzegać cele.

Polowanie z kuszą jest czynnością wysoce intuicyjną. Nie ma przyrządów optycznych, siatki nitek. Tak jak w tradycyjnym łucznictwie mierzy się po prostu do celu. Co więcej, stalowy bełt jest stosunkowo gruby i napotyka znacznie większy opór wody niż pocisk karabinowy w powietrzu. W rezultacie nie da się strzelać z odległości większej niż cztery metry. Żeby zbliżyć się do celu na taki dystans i nie spłoszyć ofiary, trzeba być mistrzem w podchodzeniu.

Kiedy zaczynałem, miałem ledwie trzynaście lat. Ale kiedy skończyłem czternaście, byłem już całkiem dobrym kusznikiem. Ludzie z organizacji Fish nad Game nie ułatwiali mi życia. Nie wierzyli, że wszystkie ryby, które im pokazywałem, są moją zdobyczą. Ponieważ do piętnastego roku życia nie było wymagane pozwolenie na łowienie z kuszą, myśleli, że przynoszę ryby upolowane przez innych. Kiedy się jednak lepiej poznaliśmy, zaczęli mi wierzyć.

Żeby dołączyć do grupy najlepszych wojskowych snajperów, trzeba mieć określone cechy, choć nie takie, jakich moglibyście się spodziewać. Furlong, Delgado i Irving od najmłodszych lat kochali broń i strzelanie, ale to nie uczyniło z nich urodzonych snajperów. A przynajmniej nie całkiem. Zamiłowanie do broni długiej ma znaczenie, ale nie wystarczy. Jest na świecie mnóstwo znakomitych strzelców potrafiących trafić w cel z ogromnej odległości, którzy byliby jednak zupełnie nieprzydatni w ogniu walki, bo zabrakłoby im cierpliwości i odporności psychicznej do przyjęcia i przetworzenia ogromu informacji i do obserwacji.

Być snajperem to nie to samo, co być doskonałym strzelcem. Na dzisiejszym polu walki snajper jest głównym atutem wywiadu. A to znaczy, że choć strzelanie jest u snajpera czymś ważnym, to musi on przede wszystkim używać wzroku, a jeszcze intensywniej mózgu.

Każdy znakomity snajper posiada specyficzne umiejętności i cechy, które nie mają nic wspólnego ze strzelaniem, a jednak to one czynią go mistrzem wśród snajperów.

Nick Irving na przykład uwielbiał szachy.

Nick do tej pory pamięta swoją pierwszą rozgrywkę z ojcem, kiedy miał trzy lata. W czasach zimnej wojny jego rodzice pracowali w wywiadzie wojskowym, a ojciec z zamiłowaniem grał w szachy. Powiedział synowi, że szachy to gra umysłu, dzięki której można stać się mądrzejszym. Nickowi spodobały się słowa ojca i kiedy tylko nadarzała się okazja, wyjmowali piękną, starą niemiecką szachownicę z ręcznie rzeźbionymi figurami i pionkami z dębowego drewna.

Do tej pory zdarza im się grywać, kiedy ojciec przyjeżdża do Nicka, by wspólnie spędzić Święto Dziękczynienia.

– W każde Święto Dziękczynienia zawsze gramy w szachy – mówi Nick. – I w każde Święto Dziękczynienia ojciec mnie ogrywa. Do dziś nie udaje mi się z nim wygrać.

Nick przesiąkł tą grą, szachy nauczyły go dalekosiężnego myślenia strategicznego. Podobnie jak Philip Marlowe, słynny prywatny detektyw z powieści Raymonda Chandlera, Nick godzinami przyglądał się grze mistrzów i grał sam ze sobą. I im dłużej zajmował się szachami, tym bardziej przypominały mu one snajperstwo. Uświadomił sobie, że w szachach liczą się strategia i planowanie. Tak samo jak w strzelaniu.

W późniejszych latach jego zamiłowanie do szachów miało silny wpływ na to, w jaki sposób wypełniał misje na polu walki.

– Wydaje mi się, że brałem udział w tylu działaniach bojowych dlatego, że wykonywałem je, planując tak, jak się planuje w szachach – wyznaje. – W szachach zawsze trzeba myśleć dwa, trzy, cztery posunięcia naprzód. I tak myślałem: Okej, jestem teraz w tym miejscu, a jeśli coś się wydarzy, gdzie powinienem się znaleźć?

Zanim jeszcze rozpoczęła się walka, wybierał dla siebie i swojego oddziału miejsce, w którym – jak sądził – znajdzie się nieprzyjaciel, starając się przewidzieć jego ruchy i zastosować jego sposób myślenia. W dziewięciu przypadkach na dziesięć okazywało się, że miał rację. Sam Nick twierdzi, że planując swoje działania tak, jak to robią szachiści, osiąga blisko stuprocentowy sukces.

U Delgada była to sztuka.

Kiedy był w drugiej klasie, nieustannie gryzmolił, rysował karykatury i komiksy. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, mnóstwo dzieci gryzmoli i rysuje. Jednak Jason dość wcześnie dostrzegł, że ma pewne zdolności. Potrafił kredkami wyczarować więcej niż jego koledzy z klasy. Wkrótce rysowanie zaczęło zajmować lwią część jego czasu, także w szkole, w której wcześniej się nudził.

Później, kiedy w college’u uczęszczał na lekcje sztuk plastycznych, dowiedział się więcej o technice, współgraniu światła i cienia, skali i perspektywie, hierarchii barw podstawowych, drugorzędowych i trzeciorzędowych. Ale zanim jeszcze tego wszystkiego się nauczył, doskonalił swoje umiejętności.

Rysowanie nauczyło go zwracania uwagi na każdy najdrobniejszy szczegół. Jeśli u dziewczyny, którą rysował, jakiś pojedynczy włos był nie na swoim miejscu, to na rysunku było to także widoczne. Nauczył się wiernie odwzorowywać to, co widział, i nauczył się widzieć więcej niż pozostali.

Ta szczegółowość oglądu świata miała ogromny wpływ na działania Jasona na polu walki.

– Mam w głowie dalmierz – twierdzi Jason. – Jeśli wskażesz jakiś odległy przedmiot, określę jego odległość z dokładnością do kilku metrów. – To jest niezwykle przydatna umiejętność przy strzelaniu, ale także w działaniach rozpoznawczych. Snajperzy na polu walki znacznie więcej czasu spędzają na obserwacji niż na trzymaniu broni w ręku, a umiejętność szczegółowego rozpoznania terenu odgrywa kluczową rolę. Jason potrafił wykonać szkic ogromnego obszaru z architektoniczną precyzją.

Poza tym jego zdolności plastyczne miały wpływ na to, w jaki sposób oceniał sytuację, to, czy poszczególne elementy pasowały do siebie i co oznaczały, co miało sens, a co było sensu pozbawione. Innymi słowy, potrafił trafnie ocenić skomplikowaną sytuację.

A to okazało się mieć ogromne znaczenie w Husajbie.

Rob Furlong nie rysował i nie grał w szachy. U niego nie było mowy o czymś tak specyficznym jak zdolności plastyczne. Był to raczej zespół cech nabytych w wyniku dorastania w groźnym, niebezpiecznym otoczeniu, które wykształciło w nim typowy dla snajpera sposób myślenia: szybkie podejmowanie decyzji, pełna koncentracja i skrajny indywidualizm.

Snajperzy są różni. Można spotkać osobowości przesadnie ekstrawertyczne w rodzaju braci Luttrell oraz cichych i spokojnych facetów z gatunku „cicha woda brzegi rwie”, jak Chris Kyle. Politycznych konserwatystów, politycznych liberałów i politycznie niezaangażowanych. Brutalnych i łagodnych. Ale wszystkich ich łączy jedno: relacje z przełożonymi, w których miłość połączona jest z nienawiścią. Mają głęboki szacunek do prawdziwie wielkich dowódców i zupełny brak tolerancji dla dupków. SEALs-i mają opinię dalekich od konformizmu, marines i żołnierze sił specjalnych w znacznie mniejszym stopniu. Ale Spec Ops to Spec Ops, a snajperzy to snajperzy. Z definicji musimy działać bez zastrzeżeń.

I w sposób niezależny. Jak Rob.

Interesował się sportem i miał spore osiągnięcia w hokeju, koszykówce, baseballu. Kochał też otwarte przestrzenie. Lubił łowić ryby, uwielbiał polować. A dorastając na takim odludziu jak wyspa Fogo, wykształcił w sobie prawdziwie niezależną naturę. (Przypomnę, na tej wyspie jest odrębna strefa czasowa, różnica pomiędzy nią a Nowym Jorkiem i Toronto wynosi półtorej godziny!).

W szkole zdecydowanie wolał liczby niż słowa. Fascynowały go matematyka i fizyka, a jako nastolatek zainteresował się komputerami. Dzięki temu znalazłby pewnie jakąś pracę, ale czy zrobiłby karierę? Przemawiały do niego liczby, ale liczby określonego rodzaju. Określające poprawkę na wiatr, kąt podniesienia, zasięg i balistykę.

Alex Morrison, podobnie jak ja, nie strzelał z karabinu, póki nie trafił na szkolenie BUD/S, i podobnie jak ja dorastał na wybrzeżu Kalifornii z kuszą w ręku, a właściwie nie z kuszą, tylko z polespear, urządzeniem przypominającym bardziej harpun. Jeśli zobaczycie kiedyś człowieka łowiącego ryby za pomocą zakończonego grotem metalowego drąga poruszanego gumowym paskiem, to możecie być pewni, że ten ktoś bardzo serio traktuje łowiectwo podwodne.

I tu tkwi sedno. Trzeba zrozumieć, że nie chodzi o samo strzelanie. Polowanie to nie strzelanie. Polowanie to przede wszystkim sztuka podchodzenia. Łowienie ryb za pomocą kuszy wymaga wykształcenia w sobie umiejętności bycia niewidzialnym, wyjątkowo ostrożnym i empatycznym.

Empatia? Owszem, tak. Żeby zbliżyć się na odległość umożliwiającą zapolowanie na rybę, prymitywne stworzenie, a jednocześnie perfekcyjnie działającą maszynę do wykrywania niebezpieczeństw, nie wystarczy być przebiegłym. Trzeba mieć wrodzony zmysł wyczuwania tego, co czuje ryba. Graniczy to z telepatią. Snajper musi znać myśli swojej ofiary, tak jak zna je sama ofiara. A może nawet lepiej.

I to właśnie było szachami Alexa, cechą, która od urodzenia predysponowała go do bycia snajperem. Odkąd pamięta, zawsze pragnął podróżować, szukać przygód i przede wszystkim polować. Snajperzy wojskowi są czasem nazywani „myśliwymi polującymi na grubego zwierza na polu bitwy”. Tych osiem słów oddaje dokładnie to, co pokierowało Alexa do szkoły dla snajperów.

Dla Alexa od zawsze było oczywiste, że wstąpi do wojska. Ponieważ dorastał w domu żołnierza marines, zamierzał wstąpić do tej formacji. Chciał trafić do Force Recon, oddziału operacji specjalnych zajmującego się głębokim zwiadem i akcjami bezpośrednimi. Ale w 1984 roku dowiedział się od rodziców, że jeden z jego instruktorów karate służył w Wietnamie w jednostce SEAL.

– Co to jest seal? – zapytał, bo takie określenie wydało mu się dziwne.

– To są chłopcy, którzy marines z Force Recon zjadają na śniadanie – wyjaśniła mama.

– Święta prawda – potwierdził ojciec. (Wyjaśnienie dla moich przyjaciół marines: bez urazy, ja tylko powtarzam słowa rodziców Alexa).

To było to. Alex miał wtedy piętnaście lat. Trzy lata później ukończył szkołę średnią i trafił prosto do obozu dla rekrutów marynarki wojennej, gdzie przeszedł selekcję do SEAL.

W przeciwieństwie do Alexa, Robowi Furlongowi nawet nie przychodziło do głowy, że może trafić do armii. Samo się tak ułożyło.

Pewnego jesiennego dnia 1997 roku Rob włóczył się po mieście bez żadnego wyraźnego celu. Był na nogach od dwudziestu czterech godzin (cały dzień w szkole, a potem nocna zmiana w charakterze ochroniarza) i nie chciało mu się myśleć. Szczerze mówiąc, był trochę znudzony życiem. Uczył się w college’u, zajmował programowaniem, pracował jako ochroniarz na położonym nad wodą osiedlu. Zbliżały się jego dwudzieste pierwsze urodziny, a on nie wiedział, jak potoczy się dalej jego życie. Rob lubił komputery, poświęcał im dużo czasu, ale zdawał sobie sprawę, że programowanie nie jest celem jego życia. Każdą wolną chwilę, którą udało mu się wygospodarować, spędzał na polowaniu. Szukał czegoś, ale sam nie wiedział czego.

Kiedy szedł wolno ulicą, natknął się na stojącą na chodniku tablicę reklamową. Zatrzymał się i przeczytał treść ogłoszenia o rekrutacji do kanadyjskich sił zbrojnych.

Robowi, choć od dzieciństwa polował, nie przyszło wcześniej do głowy, żeby wstąpić do wojska. Na nowofundlandzkiej prowincji niełatwo było spotkać wojskowego, więc pomysł wydawał się dziwaczny. I oto teraz mu go podsunięto. Co szkodzi spróbować?

Poszedł do centrum rekrutacyjnego. Oficer marynarki zapytał go, dlaczego się tam pojawił.

– Jestem zainteresowany – odpowiedział.

Oficer zaprowadził go do pokoju, w którym stało kilka krzeseł, telewizor i magnetowid. Na stoliku leżało kilka kaset VHS. Powiedział, że Rob może sobie wybrać dowolną i obejrzeć krótki film informacyjny na temat każdego rodzaju sił zbrojnych i specyfiki służby. A potem wyszedł, zostawiając Roba samego z kasetami i sprzętem.