Szkoła wyprzedzania - Joanna Krystyna Radosz - ebook

Szkoła wyprzedzania ebook

Joanna Krystyna Radosz

3,4

Opis

Dymitr przed laty porzucił Petersburg i nie zamierzał tam wracać. W pełni odpowiada mu życie prezesa prowincjonalnego klubu żużlowego, zajętego wychowaniem przybranego syna i imprezowaniem z bogatym przyjacielem. Tego nastawienia nie zmienia nawet pojawienie się w ekipie zbyt poważnej jak na swój wiek psycholożki, która wydaje się nadto uważnie śledzić każdy jego krok. Kiedy na sportowe terytorium wkracza starszy brat Dymitra, a umierający ojciec zostawia w spadku kluczyk do skrytki na jednym z petersburskich dworców, przeszłość upomina się o swoje. Stawką w tej grze jest już nie honor, ale życie…

Niechciany syn oligarchy, początkujący żużlowiec i uparta Ukrainka, która w imię naukowej kariery zaprzyjaźni się nawet ze znienawidzonym sportem. Do tego ekscentryczny miliarder bez pomysłu na to, co zrobić z odziedziczoną fortuną. Czy taka drużyna wystarczy, by odkryć tajemnicę śmierci „ojca Petersburga”? I czy ta trochę niebezpieczna misja nie sprawi, że skończą… trochę martwi?

 

Są książki, w których pomiędzy wersami czuć pasję. I taka właśnie jest „Szkoła wyprzedzania”. Oprócz intrygi kryminalnej, doskonale skrojonej warstwy obyczajowej i bohaterów, którym kibicuje się odruchowo, zawiera dawkę żużla: sportu tak fascynującego, jak niebezpiecznego. Joanna Krystyna Radosz używa go niczym wyrafinowanej przyprawy, a jej znajomość tematu i lekkość, z jaką porusza się po niuansach technicznych, powodują, że czytelnik nie ma żadnego kłopotu, by wsiąknąć w klimat zawodów, rywalizacji i nieodzownej adrenaliny.

Polecam każdemu, kto oczekuje, że historia go porwie i nie wypuści aż do ostatniej kropki.

– Anna Hrycyszyn, pisarka

 

Nie jest łatwe życie żużlowca, nie jest łatwe życie prezesa. Nie tylko tor, rywale czy wyniki spędzają sen z powiek bohaterom powieści Joanny Krystyny Radosz. Emocjonalny rollercoaster w rosyjskich realiach – tak chyba najlepiej można określić to, czego doświadczają postacie tej fascynującej historii.

– Mateusz Dziopa, redaktor naczelny SpeedwayNews.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 737

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł: Szkoła wyprzedzania

Copyright

© 2020 by Joanna Krystyna Radosz

Copyright for the cover art

© 2020 by Roksana Kościuszko

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja: Katarzyna Koćma

Korekta: Krzysztof Biliński

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Projekt okładki: Roksana Kościuszko

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2020

Wydanie I

ISBN 978-83-956301-6-3

Spis treści

Dedykacja

Prolog

Z dala od Wenecji

Rzeźnicy z Togliatti

147

Dusza miasta

Na kolanach

Wszystko nie tak

Jak w ludowej bajce

Urodzony przywódca

Nie ma takiego nazwiska

Powrót do domu

Wańka ratuj!

Rain-off

O ogniu

Zaufaj mi

Wino i wykałaczka

Dziewczyna z fotografii

Dośc dorosły

Droga donikąd

Nadchodzi burza

Za przyjaciół swoich

Drugi

Sztuka wybaczania

Epilog

Podziękowania

O autorce

Pamięci Andrieja Aleksandrowicza,

bez którego ta powieść byłaby zupełnie inna.

I pamięci Dziadka, bez którego nie byłoby jej w ogóle.

Prolog

 

Na pogrzebie Władimira Kazdrowicza pojawił się cały Petersburg. 

Przyszli biedni i bogaci, komuniści i liberałowie, biznesmeni w drogich garniturach i nawet portier z głównej siedziby przedsiębiorstwa Siłowyje Maszyny. Wszyscy chcieli godnie pożegnać jednego z niewielu bogaczy nowej Rosji, o których nie mówiło się z pogardą, lecz z szacunkiem. Kazdrowicza nikt nie śmiałby nazwać złodziejem. Jak mógł kraść ten, który do końca życia jeździł wysłużoną ładą bez szofera, mieszkał obok stacji metra i nie wziął dla siebie zbędnej kopiejki? Połatany płaszcz, w którym Władimir Kazdrowicz zaczynał swoje dzieło i który nosił nadal, gdy już został milionerem, stał się symbolem dobrego oligarchy. A ogromna, niepoliczalna fortuna szła na jeden cel – odbudowę potęgi ukochanego miasta. 

Gdy więc Kazdrowicza zabrakło, jakże to samo miasto mogłoby nie przybyć na pożegnanie swojego dobroczyńcy? Ogromna nekropolia w centrum Petersburga była przepełniona żałobnikami. Niebo zdawało się ronić łzy za Władimirem Konstantinowiczem: po tygodniach nieznośnych upałów na ziemię spadł upragniony deszcz. Mimo strug oczy telewizyjnych kamer wyłapywały znane postaci z życia dawnej stolicy, takie jak współwłaściciel Siłowych Maszyn, Innokientija Kantiukowa. Za poprzedniego ustroju spędził kilka dekad w więzieniach, doczekał się tam sławy i szacunku, ale później odciął się od starego życia i teraz o tamtych latach przypominały tylko wytatuowane na palcach pierścienie. Operator taktownie omijał niewielką grupkę podążającą tuż za trumną. Rodzinie zmarłego należała się odrobina spokoju. Anastazja Michajłowna Kazdrowicz, ukochana żona Władimira Konstantinowicza, ledwie trzymała się na nogach, patrząc na świat nieprzytomnym wzrokiem. Z obu stron podtrzymywały ją dzieci. Aleksiej, postawny blondyn o surowej urodzie, jak u ojca, sam miał zaczerwienione oczy. Drobna i wątła jak matka Julia nie płakała. Jej oblicze pozostawało kamienne, oczy puste, jak gdyby zabrakło miejsca na rozpacz. Tuż za nimi żona Aleksieja, piękna i smutna Jekatierina, prowadziła za rączki sześcioletnie bliźniaki, Saszę i Maszę, półgłosem objaśniając im, dokąd idą i dlaczego ci ludzie naokoło tak straszliwie płaczą. 

Ktoś, kto życiem petersburskich biznesowych elit interesował się nie tylko od święta, z pewnością zauważył, że w tym orszaku brakowało jednej osoby. Większość żałobników zdążyła zapomnieć, że Władimir Konstantinowicz miał jeszcze jedno dziecko. 

Kondukt zatrzymał się przed rodzinnym grobowcem Kazdrowiczów. Przed kilku laty skromna mogiła, w której pochowano dotąd jedynie matkę Władimira, została rozbudowana, doczekała się wystawnego pomnika, pozbawionego jednak owej właściwej oligarchom nuty kiczu. Deszcz bębnił o żelazny krzyż, gdy trumnę umieszczano nad wykopaną w ziemi dziurą, a archijerej przygotowywał mowę pożegnalną.

W tłumie plotki rozchodziły się z prędkością błyskawicy. Niejeden zamyślił się nad śmiercią Władimira Konstantinowicza, mężczyzny starszego już wprawdzie, lecz wciąż energicznego i cieszącego się końskim zdrowiem. Nekrologi były skandalicznie krótkie: „Zmarł nagle w nocy z 4 na 5 lipca 2008 roku”, „Pogrzeb odbędzie się…”, „Pogrążona w smutku rodzina…” i to wszystko. Ani słowa wyjaśnienia, jakim cudem w ciągu jednej nocy pożegnał się z tym światem krzepki i doskonale ochraniany siedemdziesięciolatek. Czy w tej śmierci kryła się tajemnica? Ktoś opowiadał o politycznym podtekście historii, o obawiającym się konkurencji merze… Na ile można było dać wiarę plotkom? Na co zmarłemu byłaby polityka? Kazdrowicz przecież i tak był niekwestionowanym ojcem Petersburga.

– Zebraliśmy się tu dzisiaj – rozpoczął przemowę archijerej – aby odprowadzić do wieczności wielkiego człowieka, filantropa, dla którego pieniądz i biznes, tak chętnie dziś nadużywane, nie były celem, lecz środkiem. Środkiem, by wszystkich nas uczynić szczęśliwymi… 

Anastazja łkała cicho w jedwabną chusteczkę, złożywszy głowę na ramieniu obejmującej ją Julii. Farbowane na rudo włosy starszej damy zdawały się matowe. Szarość była w jej całej postaci, delikatnej, kruchej, wzbudzającej współczucie. I stanowczy na co dzień Aleksiej, prawa ręka ojca, zgarbił się pod ciężarem bolesnego rozstania. A jego żona, postać tyleż tajemnicza, co fascynująca, znalazła w sobie siły, by jednocześnie pocieszać męża i sprawować pieczę nad dziećmi. Para rezolutnych sześciolatków nie do końca jeszcze pojmowała powagę chwili; Sasza znalazł gdzieś długi kij i teraz rysował nim okręgi na ubitej cmentarnej ziemi, pokazując coś siostrze. 

– …Władimir Konstantinowicz nie chciał być świętym za życia, choć wielu go za takiego uważało – ciągnął archijerej, ocierając łzę wzruszenia. – Wielokrotnie rozmawiałem z nim o jego planach, o Petersburgu, o znaczeniu, jakie przypisywał wierze i rodzinie. I z pewnością nie chciałby dziś naszych łez, choć zrozumiałby je. Prócz swych licznych talentów był on bowiem także po prostu człowiekiem. Człowiekiem w najlepszym tego słowa znaczeniu. 

Tubalny głos duchownego niósł się aż do cmentarnej bramy, gdzie już tłoczyły się tłumy petersburżan, którzy nie dostali miejsc w pierwszym rzędzie na pożegnanie ojca miasta. Znalazł się wśród nich i jeden z tych, którzy winni byli iść tuż za trumną. Spóźnił się haniebnie i teraz sterczał z dużym, ciężkim wieńcem, z trudem oddychając pośród otaczającego go ścisku. Próbował przepchnąć się przez tłum, pokazywał nawet legitymację – lecz nikt nie zwracał na niego uwagi. 

Wśród ludzi, których na cmentarzu nie powinno było zabraknąć, znalazł się jednak ktoś jeszcze. Wysoki mężczyzna bez parasola, w przemoczonym garniturze i z brązowymi włosami lepiącymi się strąkami do czoła i karku, nie wyglądał na kogoś, kto chciałby za wszelką cenę dostać się na Cmentarz Smoleński. Wprost przeciwnie. Przystanął tam, gdzie tłum akurat się przerzedził, z przewieszonej przez ramię torby wyjął zapalniczkę i paczkę tanich papierosów. Zapalił, a dym wzniósł się aż do siwego nieba. Gdy zwielokrotniony przez nagłośnienie głos archijereja dotarł za bramy nekropolii, mężczyzna skrzywił się, jakby usłyszał nieprzyzwoity dowcip. 

– Ależ on pieprzy – westchnął z niesmakiem ni to sam do siebie, ni to do otaczającej go grupki. Nikt go nie usłyszał, a może nikt nie chciał go usłyszeć. 

Zawiedziony brakiem uwagi, mężczyzna zaciągnął się papierosem i demonstracyjnie kaszlnął. 

– Pieprzeni hipokryci. Jak ja was wszystkich nienawidzę – uzupełnił poprzednią wypowiedź, po czym zniknął w tłumie. Pozostał po nim tylko zapach tanich szlugów.

Z dala od Wenecji

 

– Ale jak to: odrzucona? 

Kobieta w okienku wzruszyła ramionami. 

– A to już nie mnie wiedzieć. Ma pan inną kartę? Bo kolejka czeka. – Wskazała tłustym paluchem na jakiegoś zasuszonego staruszka, który czekał na bilety na metro prawdopodobnie od zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, i szczebioczącą przez telefon małolatę z tlenionymi lokami. Żadna osoba w tym skromnym ogonku nie wyglądała na niecierpliwą, ale Dymitr nie miał ochoty się kłócić. Z westchnieniem wygrzebał z kieszeni portfel, a z niego jakieś drobne, które zostały po kupnie papierosów. Kiedy wyjeżdżał, nie przewidywał trudności. Wziął tylko jedną kartę – tę do konta, na którym znajdowało się „źródełko”. 

A „źródełko”, jak na złość, akurat dzisiaj postanowiło wyschnąć. 

Kupił bilet i odszedł od kasy, żeby za bramkami na spokojnie przemyśleć sytuację. Z zatłoczonych okolic Cmentarza Smoleńskiego zamierzał dojechać poza ścisłe centrum, tam gdzie dałoby się złapać taksówkę i nie utknąć w kilkukilometrowym korku. Drobnych w portfelu wystarczyło w najlepszym wypadku na autobus na lotnisko, ale na pewno nie na taryfę. Kierowcy w tym mieście zdzierali gorzej niż mafia, a Dymitr nie miał ochoty na starcie z wściekłym taksówkarzem, kiedy na miejscu okaże się, że karta nadal nie działa. Rozważył telefon do Wani, ale przyjaciel prawdopodobnie wciąż był na spotkaniu biznesowym, poza tym w wykorzystywaniu bliźnich również istniały pewne granice. 

Właściwie, pomyślał, wdychając ciężkie powietrze podziemi, dawno nie jeździłem metrem. Pojeżdżę trochę więcej. Tam, gdzie teraz mieszkał, cudem funkcjonowały trolejbusy, a o metrze nie było nawet co marzyć. A przecież kiedyś lubił chować się przed światem kilkadziesiąt metrów pod ziemią, jeździć pociągami bez sensu i bez celu… 

Jak zwykle po deszczu na peronie panowała duszna, przytłaczająca atmosfera. Już samo to sprawiło, że poczuł się chory. Wygrzebał z pamięci, gdzie musi się przesiąść, żeby dojechać do przystanku autobusowego, i wskoczył do ostatniego wagonu tuż przed tym, jak drzwi się zamknęły. Zauważył, że równocześnie z nim wsiadł ktoś jeszcze. Ktoś, kto parę sekund wcześniej stał na peronie i nie zdradzał najmniejszej chęci wpychania się do zatłoczonego składu. 

Dymitr ze świstem wypuścił powietrze z płuc. Oczywiście, popadał w paranoję. To wszystko przez zaduch panujący w tym mieście. Obcy facet po prostu rozważał, czy woli udusić się z braku przestrzeni w metrze, czy z racji pogody poza metrem, i uznał, że w tym pierwszym przypadku przynajmniej umrze bliżej domu. Nic więcej. 

Zaniepokoił się dopiero, kiedy tego samego faceta zobaczył w wagonie następnego pociągu. Podczas przesiadki na Prospekcie Newskim tłum, o dziwo, nieco się przerzedził. W składzie niebieskiej linii, zmierzającym w stronę ulicy Moskiewskiej, nie tylko dało się oddychać, ale można było nawet usiąść. Dymitr nie skorzystał z tego przywileju, doskonale wiedząc, że na następnej stacji wtoczy się oddział staruszek z wypchanymi torbami i zamiast siedzenia będzie darmowa gimnastyka. Obcy albo tego nie wiedział, albo było mu wszystko jedno. Klapnął na pobliskie miejsce i teraz można go było dokładnie obejrzeć. 

Z wyglądu wyróżniał się tylko tym, że nos miał wykrzywiony pod dziwnym kątem. Poza tym przypominał typowego gogolowskiego urzędnika: szczupły, lichego wyglądu, szpakowaty, równie dobrze mógł być po trzydziestce, co po pięćdziesiątce. Dymitr momentalnie straciłby zainteresowanie i uznał, że to po prostu pobyt w Petersburgu źle na niego wpływa… gdyby twarz faceta nie wydała się dziwnie znajoma. Nie umiał sprecyzować odczucia. Po prostu gdzieś już tego gościa widział i to nie dziś ani wczoraj, a znacznie wcześniej. 

Przez całą drogę starał się nie zwracać uwagi na nieznajomego. Myślał o rzeczach poważnych: o tym, jak się wytłumaczy przed Julią, o czekającym na niego Wani i o morderczej drodze do domu, wreszcie – o dziwnej sytuacji z kartą. Nigdy dotąd nie zdarzyło się, by pieniądze nie dotarły na czas. Miał nadzieję, że to zwykłe opóźnienie, siła wyższa, problemy techniczne. Cokolwiek. A jednocześnie w głębi duszy kiełkowało niedobre wrażenie, którego nie umiał połączyć z niczym konkretnym. 

Droga dłużyła się nieznośnie, a w metrze nie dało się nawet zapalić. Nie żeby Dymitr należał do nałogowych palaczy. Po papierosy, i to najtańsze, sięgał tylko wtedy, kiedy nerwy brały górę nad rozsądkiem. Dzisiaj zbyt wiele rzeczy wyprowadziło go z równowagi. 

Chcąc odgonić myśli, bezsensownie wgapiał się w wyświetlacz nowiutkiego telefonu. Kupił go przed tygodniem za to, co zostało z poprzedniej transzy. Wtedy czuł chłopięcą dumę z nowej zabawki, której zazdrościli mu wszyscy, z Emilem na czele. Teraz telefon był namacalnym wyrzutem sumienia. Dlaczego wyrzucił pieniądze w błoto, zanim upewnił się, że będzie miał za co wrócić do domu? 

Odpowiedź przyszła sama. Dotąd przelewy przychodziły z podziwu godną regularnością. Nie miał powodów, by sądzić, że tym razem będzie inaczej. 

…czy jednak miał? 

Dojechał na stację Moskiewską, wysiadł z metra, a wraz z nim wysypała się gromada podróżnych z tobołami, spieszących na pobliski dworzec autobusowy. Grupa oddzieliła go od nieznajomego, który też opuścił pojazd. 

Stojąc na ruchomych schodach, z telefonem bezsensownie ściskanym w dłoni, starał się nie rozglądać, chociaż korciło go, żeby sprawdzić, czy tajemnicza gęba nie mignie gdzieś w tłumie. Zaczął grać w wyścigi samochodowe i zanim dotarł na powierzchnię, zdążył rozbić trzy nowe porsche. Dobrze, że chociaż to nieszczęście nie obciążyło prawie pustego portfela. 

Na zewnątrz było ciepło jak na deszczową pogodę i jednocześnie zimno jak na lipiec. Przechodnie nosili przeróżne stroje, od t-shirtów i szortów po jesienne kurtki. Dymitr poczuł, że cienka marynarka jest jednak za cienka, z kolei wypastowane na wysoki połysk – nie przez niego – buty nieznośnie grzały stopy. Nie zważając na padający wciąż deszcz, przeszedł przez ulicę i ruszył wzdłuż opustoszałego parku. Na ogrodzeniu zielonego terenu spostrzegł naddarty plakat reklamujący mecz między Turbiną Sankt Petersburg a Mega Ładą Togliatti. Spotkanie miało się odbyć w maju, ale na przeszkodzie stanęły opady deszczu. O uprzątnięciu plakatów od tamtej pory najwyraźniej nikt nie pomyślał. Obok wielkiego hasła „Powrót po trzydziestu latach!” ktoś markerem dopisał „Na wynik poczekamy kolejne trzydzieści”, najwyraźniej uznając ten komentarz za zabawny. Dymitr przewrócił oczami, wspominając stan toru podczas nieodbytego spotkania, po czym ruszył w stronę przystanku. 

Kilkanaście metrów dalej wisiał kolejny plakat, tym razem zapowiadający mecz przeciwko Saławatowi Saławat, jednak nie cieszył się uwagą domorosłych satyryków. Widocznie zabrakło na nim hasła, do którego takowi mogliby się odnieść. 

Dymitr zdążył schować się przed deszczem pod wiatą, przeczesać palcami przemoczone włosy i wytrzeć krople z czubka zakrzywionego nosa, gdy klątwa Petersburga po raz kolejny dała o sobie znać. 

– Przepraszam, nie przeszkadzam? 

Szpakowaty nieznajomy opierał się o wiatę i świdrował Dymitra wzrokiem. Do klapy czarnej marynarki przykleiła się iglasta gałązka. 

Dymitr nie zwykł się wahać w takich sytuacjach. Tym razem jednak przed natychmiastowym posłaniem mężczyzny do diabła powstrzymało go niepokojące wrażenie, że tego człowieka spotkał już wcześniej. I to w bardzo konkretnych okolicznościach.

– Być może nie – zauważył ostrożnie, po czym sięgnął po papierosa w nadziei, że szpakowatego odstraszy smród tanich fajek. Większość ludzi, z Wanią na czele, na sam ich widok instynktownie odsuwała się o kilka kroków. – Kim pan jest i czego chce? I czy musi chcieć tego właśnie ode mnie? 

Nie wspomniał o tym, że nienawidzi czuć się śledzony. Nawet słówkiem nie zająknął się o naruszaniu przestrzeni osobistej, haśle, którego nauczyła go ostatnio klubowa psycholog. Z atakiem postanowił zaczekać na dodatkowe informacje. 

– To zależy – oznajmił zagadkowo nieznajomy. Dymitr zapalił i dmuchnął mu w twarz dymem, ale szpakowaty dalej stał w tym samym miejscu. Nie poruszył się nawet o centymetr, chociaż na jego lewe ramię padał rzęsisty deszcz. – Pozwolę sobie zadać pytanie, które sporo między nami powinno wyjaśnić. Pan jest Kazdrowicz? Dymitr Kazdrowicz? 

Dymitr zmrużył oczy. Odpowiedź wyrwała mu się, zanim zdążył ją przemyśleć. 

– A może i tak – warknął gniewnie; brzmienie znienawidzonego nazwiska podziałało na niego jak płachta na byka. – Może jestem Kazdrowicz. Dymitr, kurwa, Kazdrowicz. 

Podczas gdy w Petersburgu lał deszcz, w położonym jakieś półtora tysiąca kilometrów na południowy wschód mieście Togliatti w dalszym ciągu panował upał nie do zniesienia. 

Togliatti, nazwana na cześć włoskiego komunisty mekka miłośników samochodów marki Łada, leżało w środkowej Rosji, w miejscu, gdzie zimy były mroźne, a lata gorące. Liczyło około sześciuset tysięcy mieszkańców i nawet ci, którzy z niełatwym klimatem zmagali się od urodzenia, nie zdołali przywyknąć do rocznej amplitudy temperatur kształtującej się na poziomie siedemdziesięciu stopni. 

Emil Czepałow nie był w tym względzie wyjątkiem. Trwający od dwóch tygodni upał odbierał mu siły witalne. Za dnia chłopak ograniczał aktywność do minimum, preferując zbawienny letarg. Najchętniej działałby nocami, jednak zmianę dobowego rytmu uniemożliwiał trener lokalnego klubu żużlowego – nie człowiek, lecz odporny na warunki pogodowe cyborg! Biorąc pod uwagę sadystyczne skłonności rzeczonego trenera, Emil poważnie rozważał przekwalifikowanie się na profesjonalną gospodynię domową. 

Chwilowo jednak wątpliwości zeszły na dalszy plan. Wykończony pogodą i morderczym porannym treningiem Emil siedział na kanapie w salonie i z zapałem wycinał z lokalnej prasy artykuł traktujący o nadchodzącym meczu. Artykuł zajmował trzy czwarte strony, a jego autor dokładnie analizował szanse Mega Łady Togliatti w starciu z mistrzem kraju – Turbiną Bałakowo. Chłopak postanowił wyciąć tekst i schować go do segregatora wypełnionego żużlowymi materiałami z całej Rosji, choć o swoim debiucie w zapowiedzi meczu nie znalazł ani słowa. Gwiazdę dziennikarstwa motorowego, Siergieja Kamieńskiego, o wiele bardziej interesował trzeci w sezonie występ importowanych ze Skandynawii gwiazd – Szweda Ryldensa oraz Duńczyka Lindmanna – a także wspominanie kuriozalnej przegranej Bałakowa na własnym torze, kiedy to tuż przed meczem stadion opuścił kapitan mistrzowskiej drużyny. Zdaniem Kamieńskiego tylko z tego powodu Turbina nie wygrała u siebie i właśnie dlatego była głodna zwycięstwa na obcym terenie. 

Emila pesymistyczne rozważania dziennikarza średnio obchodziły. Chciał po prostu mieć pamiątkę swojej obecności w składzie. Z trudem powstrzymywał się od podkreślenia markerem własnego nazwiska pod numerem dziesiątym, tuż poniżej żywej legendy klubu – Borysa Soriuszkina. Na razie walczył z nożyczkami dla leworęcznych, których obsługi nigdy do końca się nie nauczył. Niestety, ten, który wyposażał to mieszkanie, jak gdyby nie zauważył, że oprócz niego planują tu mieszkać jacyś praworęczni, a dziwnie wyprofilowane sprzęty domowe z pewnością im nie posłużą. 

Artykuł został wreszcie wycięty – krzywo i z brzegami poszarpanymi jak po spotkaniu z psem sąsiadów z drugiej strony ulicy. Rzeczony pies zresztą rozszczekał się za oknem, gdzieś indziej rozległo się szczebiotanie dzieci i jednostajny odgłos piłki uderzającej o blachę drzwi garażu. Osiedle na końcu świata poczęło się budzić do życia z popołudniowej drzemki. W Emilu zaś, skoro tylko porzucił zajmującą aktywność, przebudziły się obawy. 

Chłopak wbił wzrok w fotografię zdobiącą artykuł, przedstawiającą składającego się w łuk Pettera Aksela Lindmanna. Skandynawska gwiazda poczęła się rozmywać, zmniejszać, aż charakterystyczna, zgarbiona sylwetka niedoszłego mistrza świata zmieniła się w drobną, niepewnie siedzącą na motocyklu postać Emila Czepałowa. Pod opieką psychologa mentalnie szykował się na ten moment od początku sezonu, projektował go w myślach tyle razy, ile wyjeżdżał na tor podczas treningów. A mimo to nie mógł się oprzeć wrażeniu, że nie zdążył się przygotować do debiutu. Wszystko działo się błyskawicznie: niedzielny mecz polskich lig, wypadek kolegi z drużyny, młodziutkiego Maksima Korskiego, decyzja trenera, że to właśnie Emil ma wejść do składu za kontuzjowanego juniora. Po raz pierwszy chłopak usłyszał tę niebywałą wieść w poniedziałek, ale wtedy akurat zajęty był wyprawianiem swego opiekuna – i przy okazji prezesa klubu – w dalekie strony, a wieść z całą mocą dotarła do niego dopiero dziś. 

Natasza, klubowa psycholog, twierdziła, że to bardzo dobrze. Młody żużlowiec jest już psychicznie gotowy do startu, a im mniej tremy doświadczy przed debiutem, tym lepiej. Doradzała też, żeby nie uciekał od myśli o zawodach. Anton Wasiljew, najlepszy kumpel Emila z juniorskiej sekcji Mega Łady, twierdził coś dokładnie przeciwnego. Czepałow jednak bardziej wierzył doświadczeniu Nataszy niż rozgadanego Wasiljewa – i myśli nie odsuwał, acz starał się dyskretnie przekierować je na inny tor, gdy presja stawała się nazbyt przytłaczająca. 

Żeby nie myśleć zbyt wiele, Emil sam siebie zagonił do prac gospodarskich – leku na całe zło. Na dobry początek postanowił rozwiesić pranie, które czekało na swój czas już ponad dobę. Czekało, oczywiście, przez jego własne lenistwo. Emil upierał się, że praniem zajmuje się sam, odkąd opiekun tak skutecznie wyprał jego koszulkę z napisem „Vodka – Connecting People”, że ta nadawała się już tylko na szmatę do podłogi. Od tamtej pory chłopak osobiście nadzorował, co dzieje się z odzieżą. Dlatego też zdziwił się niepomiernie, wyciągnąwszy z pralki coś, czego z pewnością tam nie wsadzał. I co na pewno nie należało do żadnego z lokatorów mieszkania przy ulicy Timiriaziewa. On sam utonąłby w koszuli w rozmiarze XXL, jego opiekun zaś nie zwykł nosić radosnych barw, a różowego już zwłaszcza. Pozostawała jedyna możliwa opcja: koszulę podrzucił Wania, znany z upodobania do wyróżniających się kolorów, a przy tym dość bogaty, by jego nietradycyjny gust odzieżowy uchodził za uroczą ekstrawagancję, nie zaś przejaw braku szacunku do kontrahentów. 

Rozwiesiwszy pranie na przypominającym szklarnię balkonie, Emil przypomniał sobie o obiedzie. Wprawdzie nadal panował upał, ale chłopak od rana nie przełknął nic pożywnego, a w lodówce spoczywał kurczak z warzywami, przygotowany już do wsadzenia do piekarnika… Gotowanie mogło być zaskakującym hobby dla żużlowca. Zdecydowana większość kolegów po fachu wolała spędzać nieliczne wolne chwile na motocrossie, nartach, grze w golfa czy pokera, a nawet na rybach, wszak jest prawdą powszechnie znaną, że nic tak nie odpręża jak wędkowanie. Emil zaś czuł się wyśmienicie jako szef kuchni. Jeszcze za starych, złych czasów, kiedy w domu dziecka dzień w dzień widział to samo pozbawione smaku pożywienie, obiecał sobie, że gdy już wyrwie się z tej matni, uczyni z jedzenia największą życiową przyjemność. Ponieważ talenty kulinarne jego opiekuna okazały się kończyć na nieprzypalaniu tostów, chłopak musiał sobie radzić sam. 

Kurczak dochodził w piekarniku, a zapach sprawiał, że kiszki Emila grały już nie tylko marsza, ale cały koncert w tonacji g-dur, gdy w senność przechodzącego w wieczór popołudnia wdarł się piskliwy dźwięk dzwonka. 

– Zapomniałeś kluczy, co? – zapytał na powitanie, obrzucając Dymitra zrezygnowanym spojrzeniem. Opiekun nie przejął się nic a nic i dalej uśmiechał się w sposób tak jednoznaczny, że Emil od razu zorientował się, w czym rzecz. A gdy stwierdził, złapał Dymitra za pasiastą koszulę i wciągnął do mieszkania, z całą stanowczością zatrzaskując drzwi. 

– Jeszcze tego brakowało, żeby cię ktoś zobaczył w takim stanie – zauważył surowo. – Chociaż na dole wszedłeś sam, więc pewnie ktoś cię widział…

– Naprawdę sądzisz, że sąsiedzi nie znają mnie od tej strony? – Jak na wstawionego Dymitr całkiem składnie formułował myśli. Jednocześnie sprawiał wrażenie, jakby wypił więcej niż uzasadniała okazja. W niczym nie przypominał zimnego, eleganckiego drania, który wczoraj opuszczał mieszkanie przy Timiriaziewa. Jego długie, ciemne włosy były posklejane i rozczochrane, koszula pognieciona, a marynarka, nieco przykrótka na metr osiemdziesiąt pięć, nosiła ślady czegoś mokrego.

Emil przewrócił oczami. Oczywiście, że nie sądził. Dymitr znany był z hulaszczego trybu życia i to nie tylko na osiedlu, ale w całym Togliatti. I nikomu to, zdaje się, nie przeszkadzało, tym bardziej, że imprezował w towarzystwie najbogatszego człowieka w regionie. Tylko że czasem w chłopaku odzywały się wspomnienia i na Dymitra nakładał się ojciec, którego, kiedy już zaczynał pić, należało trzymać w domu trzy dni do tygodnia i pilnować, żeby nie zobaczył go nikt z sąsiadów. 

Ale tego Dymitrowi mówić nie zamierzał. Opiekun i tak to wiedział, a dzień był na tyle szczególny, by trochę mu odpuścić. 

– Podano do stołu – oznajmił Emil, wskazując na kuchnię. Zapach kurczaka wypełnił już całe mieszkanie. Oblicze opiekuna rozświetlił błogi uśmiech. 

– Złotonieczłowiek – westchnął z zachwytem, wzbudzając w Emilu wątpliwość, w których miejscach tego pseudozdania należałoby postawić przerwy. – Gdybyś był trochę starszy i miał więcej tu – znaczącym gestem wskazał na okolice klatki piersiowej – chyba bym się zakochał… 

– Bredzisz – poinformował stanowczo Emil i wyjął z piekarnika nieco przypalony drób. – Myj ręce, zasiadaj i opowiadaj. 

Dymitr, który już rozgościł się przy kuchennym stole, skrzywił się wyraźnie. 

– Młody, nie pozwalaj sobie – rzucił niby żartem, ale widać było, że jest nie w humorze. – Co mam ci – czknął – opowiadać? 

– Chociażby to, z jakiej okazji się tak załatwiłeś – wyjaśnił Emil, stawiając na stole swoje największe dzieło tego dnia. Otoczony intensywnie zieloną sałatą kurczak, mimo kilku czarnych plam, wyglądał nader smakowicie. – Okej, lecieliście z Wanią z Pitra. Okej, jechaliście z lotniska do Togliatti. Ale co was wzięło na picie?! 

– Magia ‘burga – oznajmił ponuro Dymitr między kęsami. W przeciwieństwie do przeważającej większości społeczeństwa, nigdy nie nazywał Petersburga Pitrem. W krótkim ‘burg kryły się nieopisane pokłady pogardy, jaką żywił wobec rodzinnego miasta. – Wańka stracił jakiegoś überważnego klienta, ja… No, sam wiesz. To jak tu nie pić? 

Emil w milczeniu przeżuwał kurczaka, który nagle przestał mu smakować. Słowa Dymitra tylko spotęgowały panującą z racji pogody ciężką atmosferę. Chłopak wiedział, że opiekun nie znosi Petersburga. Wiedział dlaczego. Mimo to łudził się, że ta wyprawa będzie zbyt krótka, by zdążył się poczuć chory. 

– Dima… – zaczął wreszcie, niepewny, jak poskładać słowa. – A… a pogrzeb? 

– Na pogrzebie byłem trzeźwy – sucho poinformował Dymitr i Emilowi zrobiło się jeszcze gorzej. – Tego by brakowało, żeby cały ‘burg kolejny raz o mnie plotkował. 

Emil milczał, spuściwszy wzrok. Wbrew pierwszemu wrażeniu Dymitr wcale nie był pijany. Nie aż tak, jak chciałby być. 

– Tak po prawdzie nie dotarłem na żaden pogrzeb – powiedział nagle. Równocześnie za oknem znów zaszczekał pies sąsiadów. Przypalony kawałek kurczaka, który Emil próbował odkroić tępym nożem, zleciał pod stół, na umytą w nocy podłogę. – Zasiedzieliśmy się. Tylko mnie nie opieprzaj – dodał ponuro. – Julka już to zrobiła za ciebie. Dzwoniła, kiedy jeszcze byłem trzeźwy. 

Bardzo byś chciał teraz nie być trzeźwy, pomyślał Emil, nadal nie patrząc na opiekuna. Ale jesteś. I stało się coś o wiele gorszego niż…

– Powiedziała, wyobraź sobie, że ojczulek zostawił jakiś testament i mam być na otwarciu. 

Emilowi wydało się całkiem naturalne, że ktoś tak bogaty jak Władimir Kazdrowicz musiał spisać testament i że coś zapisał młodszemu synowi, choćby za życia nie darzył potomka wielką miłością. Ale w świecie Emila sporo rzeczy było o wiele prostszych niż wśród oligarchów z dawnej stolicy. Słuchając sporadycznych opowieści Dymitra, chłopak już dawno doszedł do wniosku, że wielkie pieniądze tylko wszystko niepotrzebnie komplikują.

– Ty go dalej nienawidzisz, Dima? – zapytał, z trudem powstrzymując się od poklepania opiekuna po plecach. – Mimo że umarł? 

– To niczego nie zmienia. Zresztą, i tak nie zrozumiesz. Za młody jesteś. 

Chociaż doskonale rozumiał stan Dymitra, Emil i tak poczuł się dotknięty tą uwagą. Zacisnął zęby, żeby nie palnąć paru słów, których szybko by pożałował. Dymitr w końcu bardzo rzadko używał dzielącej ich różnicy wieku jako argumentu, częściej zachowywał się jak starszy – i dość nieogarnięty – brat niż jak przybrany ojciec. 

– Powiedziałeś, że Julia cię opieprzyła. – Emil spróbował opuścić grząski grunt bez ofiar w ludziach. Rozmowa była ważniejsza od posiłku, zresztą kurczak w tej temperaturze nie miał szans wystygnąć. – Czyli ona dotarła na pogrzeb. To z kim się zasiedziałeś? 

– Z Ilją. 

Chłopakowi nagle zrobiło się niewygodnie. Wiedział, jak ciężka jest dla Dymitra podróż do Petersburga – i nawet nie oczekiwał, że opiekun pofatyguje się z wizytą do jego biologicznego ojca. 

– I…? – zapytał, starając się ukryć drżenie w głosie. Ojciec niby poszedł na odwyk, ale wcześniej był tam już nieraz i nic to nie dało. 

Dymitr uśmiechnął się, pierwszy raz tego dnia naprawdę szczerze, choć z lekkim zakłopotaniem. 

– Młody, słyszałem, że o trwałym efekcie można mówić po pięciu latach… Albo mi się coś pokręciło – dodał asekuracyjnie. – Na razie minęły trzy, ale… to i tak spory sukces, nie sądzisz? 

Emil nie odpowiedział. Serdecznie uściskał opiekuna, mimo protestów i zbolałego: „Młody, ja jem!”. 

– A to za co? – udał zdziwionego Dymitr. 

– Już ty wiesz, za co. Gdybyś mu nie sfinansował tej prywatnej kliniki, pewnie skończyłoby się jak zwykle! 

Dymitr skrzywił się nie wiedzieć czemu i Emil już otworzył usta, żeby zapytać o tę dziwną reakcję, ale opiekun nie dał mu dojść do słowa: 

– To skoro już wiesz wszystko, co powinieneś wiedzieć – powiedział to takim tonem, aby było jasne, że więcej na temat wycieczki do Petersburga się z niego nie wyciągnie – może ty mi teraz coś opowiesz? Słyszałem od Igora… – Znacząco zawiesił głos. 

Igor Ławriczenko, ukraiński były żużlowiec z całkiem niezłym dorobkiem, był owym trenerem-sadystą, który zmuszał zawodników do jazdy w warunkach tropikalnych. Przy okazji swego czasu robił za Dymitrowego kumpla od kielicha i zdawało się, że to z jego inicjatywy Dymitr w ogóle pomyślał o tym, by zostać prezesem Mega Łady Togliatti. Ławriczenko starał się unikać podejrzeń o faworyzowanie podopiecznego szefa i dlatego gdy w poniedziałek na treningu juniorów pierwszy raz wspomniał o debiucie Emila, nie powiedział nic Dymitrowi. Chłopak chciał się sam pochwalić, lecz widać – nie zdążył. 

Cóż, takich pragnień Ławriczenko też nie pojmował. 

– Chyba dobrze słyszałeś. Biedny Maks. 

– Maks jest biedny od niedzieli – zauważył przytomnie Dymitr. – I słyszałem, że na jego miejsce ktoś będzie debiutować. 

– Zapewne będzie – zgodził się uprzejmie Emil. – Młodzieży w Togliatti nie brakuje. Ale ty jako prezio tego fyrtla chyba wiesz to najlepiej. 

– Słowem się nie zająknąłeś! – Dymitr udawał surowego, chociaż widać było, że zaraz wybuchnie śmiechem. Ciężka atmosfera gdzieś się ulotniła i nawet przestało być tak gorąco. – Według Igora od poniedziałku jesteś w składzie na Bałakowo. Dziś mamy środę. Mógłbyś mi wyjaśnić, dlaczego ja o wszystkim dowiaduję się ostatni? 

– Nie ostatni. Grisza z księgowości jeszcze nie wie, że doszła mu kolejna gęba do wykarmienia. – Dumny z riposty Emil wrócił do stołu i zabrał się do dokańczania obiadu. – A ty, skoro już zjadłeś, byś poszedł się ogarnąć. Wyglądasz, jakby cię bernardyn sąsiadów zeżarł i wypluł. 

Dymitr nie zdążył zaprotestować. Przeszkodziła mu znana w całej Rosji i prawdopodobnie całym byłym bloku wschodnim groźba: „Nu zajac, pagadi!”.

– O, kto do ciebie wydzwania o tej porze? 

– Wania – wyjaśnił Dymitr, wyciągając z torby telefon. – Potrzebuję z nim pogadać, młody. Wiesz, osobiście. 

– Mieliście dwie godziny drogi z lotniska, żeby pogadać – zauważył Emil z rezygnacją. 

– To o jakieś dwie za mało – odparł zagadkowo Dymitr i odebrał wydzierający się głosem Wilka telefon. 

Emil lubił swój pokój. Na przestrzeni dwunastu metrów kwadratowych mieściło się wszystko, czego potrzebował, by prowadzić wygodne życie prawie przeciętnego nastolatka. 

Pod oknem stało szerokie biurko wyposażone w dwie szuflady i szafkę, z której chłopak szybko uczynił rupieciarnię. Ekran spoczywającego na jego blacie laptopa rozświetlał pomieszczenie niebieskimi błyskami. Z głośnika sączyły się takty refrenu:

Es ist nicht deine Schuld, dass die Welt ist, wie sie ist

Es wäre nur deine Schuld, wenn sie so bleibt.

Sympatią do niemieckiego rocka zaraził go Dymitr, uparcie włączając Die Ärzte czy Die Toten Hosen, ilekroć jechali gdzieś samochodem. I teraz Emil słuchał tych brzmień nawet wtedy, gdy Dymitra nie było w domu lub gdy opiekun dopiero co – jak dziś – wrócił z popijawy w towarzystwie Wani, tym razem naprawdę pijany. 

Chłopak nie pytał, co jeszcze się stało. Iwan Ignatjewicz Karpiejew, najbogatszy człowiek Togliatti i okolic, okazjonalnie przeżywał rozterki egzystencjalne i opijał sukcesy biznesowe – bądź zapijał porażki. Dymitr wrócił w stanie nienadającym się do rozmowy, a legendarnego koncernu AwtoWAZ mogły zaczekać na bardziej sprzyjający moment. 

Delikatny powiew wiatru uświadomił Emilowi, że musiało się zrobić naprawdę późno. Od trzech dób za dnia niepodobna było doczekać się najlżejszego choćby podmuchu. Powietrze wydawało się stać w miejscu; dopiero grubo po dziesiątej wieczorem robiło się znośnie, a po Togliatti zaczynał hulać wiatr. 

Wskazówki na barwnej tarczy zegara oznajmiały, iż jest za pięć jedenasta. Chłopakowi przemknęło przez myśl, że skoro następnego dnia ma ważny mecz, powinien się porządnie wyspać. Rozleniwiony, wyciągnął się na miękkim prześcieradle i przymknął oczy. Farin Urlaub, barwny wokalista Die Ärzte, prosił teraz o pozwolenie na zostanie czyimś niewolnikiem. Emil uznał to za całkiem niegłupi pomysł. 

Nie mając siły podnieść się z nazbyt wygodnego łóżka, raz jeszcze potoczył wzrokiem po pokoju. Na niewielkiej komodzie, w szufladach której panował bałagan nie do opisania, gromadziła się właśnie cienka warstwa kurzu, wyraźnie widoczna w niebieskiej poświacie. Podobnie zresztą na blacie biurka, gdzie szare pyłki przykryły również jakiś zagubiony długopis. Obok mebla piętrzyły się kasety wideo i płyty DVD z nagrywanymi wszelkiej maści zawodami żużlowymi. W jego wzroku pojawiła się nuta czułości. Kolekcję, niegdyś należącą do Dymitra, „odziedziczył” mniej więcej w tym samym czasie, gdy opiekun uznał, że Emil idealnie nadaje się na żużlowca. Później zbiór nagrań tylko rósł, a obaj panowie ustawicznie dorzucali do niego kolejne płyty, czy to z przegranymi z telewizora meczami czy z żużlowymi starociami, kupionymi za bezcen na targowiskach przed stadionami. 

Z kolei na ścianie nad komodą wisiały plakaty przedstawiające – a jakże – drużynę Mega Łady Togliatti, dream team prezesa Kazdrowicza. Trzy zdjęcia całego zespołu powiększone do formatu A3 ukazywały radość po wygranych meczach. Schemat był zawsze ten sam – ośmiu uśmiechniętych od ucha do ucha chłopaków, a pośrodku Dima ze splecionymi rękami i delikatnie uniesionymi kącikami ust, jakby drwił ze wszystkich, którzy nie wierzyli w potęgę Togliatti. Emil po cichu marzył o tym, że któregoś dnia sam znajdzie się na takim plakacie… 

Wiatr tymczasem rozhulał się na dobre. Gdzieś w oddali zagrzmiało. 

– No to pięknie – mruknął chłopak. – Jak trzeba deszczu, to jest upał jak sto pięćdziesiąt. Ale jak mamy jechać, to od razu pada… 

Mimo wszystko w głębi duszy liczył, że przyjdzie wielka burza, a po niej powietrze stanie się przyjemnie rześkie. Na razie jednak poszedł do łazienki umyć zęby, przekonany, że Dymitr już dawno zasnął i że usłyszy tylko jego chrapanie dochodzące z pokoju naprzeciwko. 

Chrapania jednak nie było. Usłyszał za to charakterystyczną melodyjkę, a od strony salonu biła jasność. Z rozbawieniem pomyślał, że Dymitr pewnie po raz kolejny ogląda wszystkie odcinki Wilka i zająca nagrane na zacinającej się taśmie VHS. 

Żarówka w łazience prosiła się o wymianę. W mrugającym świetle wyraźnie dostrzegł swoje odbicie w lustrze. Niski, czarnowłosy chłopak wyglądający dokładnie na swoje szesnaście lat, co jeszcze za czasów szkolnych wypominali mu bezustannie koledzy, którym z wyglądu wszyscy dawali co najmniej dwudziestkę. Cienkie brwi, po matce, i szeroki, zadarty nos, zupełnie jak u ojca. Piwne oczy, które nawet lubił za jakąś nutkę tajemniczości. A przynajmniej tak dowodził, za wszelką cenę starając się dowartościować. Na oczach jego walory fizyczne, tak sam twierdził, stanowczo się kończyły. Budowy był wątłej i raczej filigranowej, dalekiej od potężnego, umięśnionego Lindmanna. Nic jednak – ani włosy, których nijak nie dało się doprowadzić do porządku, ani brak widocznych bicepsów, ani mikry wzrost – nie wpędzało go w takie kompleksy jak totalna gładkość na brodzie i pod nosem. Od roku co dzień wypatrywał pierwszego meszku, oznaki nieuchronnie nadchodzącej męskości. I codziennie przeżywał to samo rozczarowanie, konstatując brak tegoż. 

Oderwał się w końcu od lustra, bo kto to widział, tak się gapić na własne odbicie. Myślami cały czas krążył wokół nadchodzącego meczu. Cieszył się z możliwości startu… dopóki nie dotarło do niego, co to oznacza. Jeśli chciał myśleć o kolejnych występach, musiał dać z siebie absolutnie wszystko. W kolejce po miejsce stał rządek młodzieży ze szkółki, wśród której widniały przynajmniej trzy nazwiska chłopaków bardziej od niego utalentowanych. Wprawdzie trener uważał, że to on najlepiej poradzi sobie, technicznie i mentalnie, z nieoczekiwanym debiutem, ale w przypadku nieudanego występu Igor Ławriczenko zawsze mógł poszukać alternatywy. 

Natasza, klubowa psycholog, twierdziła, że rozładowywanie napięcia żarcikami to metoda jak każda inna. Emil postanowił pójść więc do salonu i wygłosić przemówienie na temat niedopuszczalnej presji, jaka jest na niego wywierana przez tych wszystkich ludzi, którzy tak bardzo w niego wierzą… oraz paru innych kwestii, które przyszły mu do głowy – w tym, zupełnie bez związku, podwyżki kieszonkowego. Niestety, zaledwie stanął w progu, wszelkie zamierzenia zostały storpedowane. 

Nienaturalnie jaskrawe postacie na ekranie telewizora darły się na cały regulator przy akompaniamencie cichej muzyki, wciąż płynącej z wieży. Na stole nadal leżały gazety z nożyczkami gdzieś pośrodku oraz pustą szklanką niebezpiecznie blisko krawędzi. Pośród nieokiełznanego hałasu Dymitr leżał na kanapie w pozycji horyzontalnej, beztrosko pochrapując. Rękaw rozpiętej koszuli zsuwał się powoli po zwieszonym ramieniu, a muskularny tors unosił i opadał rytmicznie, upewniając Emila, że opiekun głęboko zasnął. 

Chłopak podszedł do kanapy i stanowczym ruchem poprawił koszulę Dymitra. Intensywnie niebieskie – nawet w kłamliwym świetle telewizora – oczy na chwilę wychyliły się spomiędzy ciężkich powiek. 

– Szszego? – spytał głosem osoby wyrwanej z najgłębszej fazy snu. 

– Może położyłbyś się jak człowiek, w piżamie i do łóżka? – zaproponował życzliwie Emil. Dymitr wzruszył ramionami, obracając się twarzą do oparcia. 

– Zzzrzzz wsttt… 

– Tak, tak, ty zawsze „zaraz wstajesz”… 

Emil zamknął balkonowe drzwi, mocując się przez chwilę z otwierającym je wiatrem. Powietrze pachniało jak zwykle przed burzą, a w oddali pioruny już przecinały nocne niebo. 

Rysunkowy wilk na ekranie telewizora właśnie odgrażał się z oburzeniem lalusiowatemu zającowi:

– Nu zajac… 

Nie zdążył dokończyć tradycyjnej groźby. Obraz nagle zgasł. 

Emil z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku odłożył pilota między gazety, po czym podążył do swego pokoju. 

Rzeźnicy z Togliatti

 

– Prezio!!! – Ryk Emila rozdarł błogą ciszę panującą w mieszkaniu przy ulicy Timiriaziewa. Dymitr niechętnie otworzył oczy, strząsnął z siebie senność i poczuł podchodzący do gardła żołądek. Od dawna nie przesadzał z alkoholem na tyle, żeby mieć kaca, i zdążył zapomnieć, jak paskudne to uczucie. – Spóźnimy się na trening! 

– Kurwa mać – wyrwało się Dymitrowi. – To znaczy, kur… de – poprawił się, przypominając sobie, że dawno temu obiecał nie przeklinać w obecności Emila, żeby młody nie przejął złych nawyków. Wziął głęboki oddech i podniósł się na nogi. Syknął z bólu, uświadamiając sobie, że noc spędził na kanapie w salonie. Spróbował rozprostować kości, a przy okazji zawadził o leżące na szklanym blacie stolika nożyczki, które spadły z hukiem i rąbnęły go w nogę. Tym razem zmełł w ustach przekleństwo. 

Emil przyglądał się tym heroicznym wysiłkom z bezpiecznej odległości. Stał w progu gotowy do wyjścia i ze współczuciem pomieszanym z drwiną obserwował zmagania Dymitra z rzeczywistością. 

– To może ja pojadę autobusem… 

– Już się zbieram – syknął Dymitr, po czym poczłapał do łazienki. Okazało się, że wcale nie jest w takim złym stanie, jakiego można było się spodziewać po wieczorze z Wanią, rodzimą wódką i niewesołymi myślami. Los, który ogólnie nie był dla Dymitra łaskawy, w ramach rekompensaty obdarzył go całkiem reprezentacyjną aparycją nawet na kacu. Dzięki nieco ciemniejszej niż u przeciętnego Rosjanina karnacji nie przerażał bladością, a włosy dało się łatwo przyklepać. Musiał się tylko przebrać, bo garnitur i koszula nie nadawały się chwilowo do niczego. Na szczęście wszyscy w klubie przywykli, że prezes Kazdrowicz woli nieformalny styl. W rosyjskiej lidze żużlowej, w przeciwieństwie do takiej na przykład polskiej, nie wymagano oficjalnego ubioru. 

– Emil, jak jest na zewnątrz? – zawołał już z pokoju, zaskoczony brakiem aż nazbyt znajomego ostatnimi czasy upału. 

– A co, okno ci zarosło? – odkrzyknął chłopak i nawet nie pofatygował się do opiekuna. – Zimno, prezio, i chyba pada. 

– A poważnie? 

– Toć jestem śmiertelnie poważny. Będzie dzisiaj kartoflisko jak w Pitrze w maju. 

Prezes skrzywił się, przypominając sobie fatalny stan toru w Petersburgu w pierwotnym terminie meczu między brązowym medalistą minionego sezonu – jego Mega Ładą – oraz beniaminkiem ligi, drużyną ze znienawidzonego miasta, w dodatku prowadzoną przez najgorszego wroga. Aleksiej, starszy brat Dymitra, wyraźnie uznał, że skoro od dziecka zawsze we wszystkim był lepszy, tak musi pozostać: też wszedł do żużla, rzutem na taśmę zgłaszając zespół do tegorocznych rozgrywek ligowych. 

W związku ze stanem nawierzchni tamten mecz został przełożony na szesnastego lipca. Dzień po otwarciu testamentu ojca. 

– Dima, szybciej. Na bank wybierasz te ciuchy dłużej niż Natasza. 

– Sądzę, że Natasza ubiera się w to, co akurat wypadnie z szafy. Myślisz, że ona w ogóle widzi świat zza tych swoich książek? 

Emil przewrócił oczami, co Dymitr uznał za niepokojący sygnał. Jeszcze na początku kwietnia razem naśmiewali się z córki Igora, zakompleksionej intelektualistki w ogromnych okularach i z nosem wiecznie w książce. Natasza została co prawda klubowym psychologiem, ale tylko dlatego, że Igor o to poprosił. Dymitr nie tracił na zatrudnieniu panny Ławriczenko po protekcji. Jego zdaniem ktoś taki jak psycholog w ogóle nie był Mega Ładzie potrzebny. Co się zmieniło przez ostatnie trzy miesiące? 

Nad tym nie było czasu się zastanawiać. 

Dymitr ślizgiem zaparkował w ogromnej kałuży na parkingu pod stadionem. Obok dostojnie przystanęła czarna toyota land cruiser z przyciemnianymi szybami. Od strony pasażera wysiadł Wania Karpiejew z całym swoim przeszło stukilogramowym jestestwem. Jasne, nieco przerzedzone włosy połyskiwały złotem w blasku promieni przebijających się przez chmury, a różowe oblicze rozświetlał dobroduszny uśmiech. Wania uśmiechał się niemal zawsze, nawet wczoraj, gdy lukratywny kontrakt w Petersburgu nie doszedł do skutku i gdy miał w perspektywie zdanie raportu z nieudanej operacji przed Radą Dyrektorów AwtoWAZ-u. 

– Wańka! – zdumiał się Dymitr. – Od kiedy prezes Łady jeździ jakimś japońskim szmelcem? 

Wania zmarszczył brwi, ale nie przestał się uśmiechać. 

– Umilknij, Mitre. 

– Milknę posłusznie przed twym majestatem – z patosem oznajmił Dymitr i już otworzył usta, żeby powtórzyć pytanie o niecodzienny środek transportu, ale do rozmowy wciął się Emil: 

– Prezio, skąd ty znasz takie słowa? 

Drobny chłopak musiał wyciągać nogi, żeby nadążyć za zmierzającymi w stronę stadionu Dymitrem i Wanią. 

– Ponawiam pytanie. – Dymitr zignorował złośliwy komentarz podopiecznego. – Czy to jakiś bunt wobec systemu, że przesiadłeś się na toyotę? 

– To prezent – wyjaśnił Wania, nie patrząc na przyjaciela. – A łada nie wytrzymała wczorajszej drogi z Samary. 

– Chyba wczorajszego chlańska – teatralnym szeptem zauważył Emil. 

– Młody szybko się uczy, nie sądzisz? – zapytał Wania ponad głową żużlowca. 

– Zdecydowanie za szybko. Ale weź mi jeszcze powiedz, co to za święto, że sam główny sponsor pofatygował się na mecz? 

– Sprawy osobiste. – Uśmiech zupełnie nieoczekiwanie zniknął z twarzy Karpiejewa i w tym samym momencie jakby zgasło słońce. Promienie przestały odbijać się w licznych kałużach. Nawet wznoszący się przed całą trójką dostojny stadion Stroitiel, świeżo wyremontowany i powiększony, odrobinę stracił na uroku. – Mam z tobą do pogadania. 

– Jezu, znowu? – Emil zupełnie nie odczuł grozy sytuacji. – Po waszym wczorajszym gadaniu mało co nie spóź… – urwał, spoglądając na zegarek – …do licha, spóźniłem się na trening. Lecę, zanim Igor urwie mi głowę! 

I pognał w stronę toru.

– Powiedz Igorowi, że jak coś, to jestem w restauracji! – zdążył jeszcze krzyknąć Kazdrowicz w ślad za Emilem, ale czy chłopak usłyszał – tego już prezes Mega Łady nie wiedział. 

W południe po nocnej ulewie nie było śladu. Nad Togliatti powrócił nieziemski upał, a Dymitr poważnie rozważał rozpięcie znienawidzonej koszuli i przeklinał głupotę, która kazała mu zrezygnować z t-shirtu. Mecz był wieczorem, trzy razy zdążyłby skoczyć do domu i przebrać się w coś, co bardziej pasowało do jego rangi. 

Trening tymczasem trwał w najlepsze. Zawsze w dzień meczu na własnym torze Ławriczenko urządzał zawodnikom rzeź niewiniątek, po czym w ramach nagrody zabierał ich na obiad na koszt sponsora drużyny, a następnie pozwalał zrelaksować się w stanowiących część stadionowego kompleksu spa i siłowni. Dymitr nie ingerował w metody trenera. Igor siedział w żużlowym biznesie znacznie dłużej od niego, miał na koncie brązowy medal mistrzostw świata i chyba lepiej wiedział, czego potrzeba żużlowcowi przed meczem. A drużyna, jeszcze przed dwoma laty typowana do pewnego ostatniego miejsca w lidze, pozytywnie zaskakiwała.

Spokojny o swój zespół Dymitr w towarzystwie Wani leczył kaca metodą pradziadów – klin klinem. Miliarder patriotycznie delektował się wódką, prezes postawił na piwo, które zawsze poprawiało mu humor. O ważnych sprawach, w obliczu konieczności postawienia się na nogi, porozmawiać jak dotąd nie zdążyli. 

Restauracja znajdowała się na trybunie głównej, gdzieś pomiędzy rzadko używaną kabiną komentatorską a wieżyczką wszechwładnego sędziego. Wania i Dymitr ulokowali się przy stoliku tuż obok okna, by mieć widok na tor, po którym Igor Ławriczenko ganiał to żużlowców, to toromistrza na traktorze starej daty, to znów księgowego Griszę. Na krzesełku stojącym na odrosłej tej wiosny murawie pośrodku stadionu siedziała czarnowłosa dziewczyna i zawzięcie coś pisała. Co jakiś czas odrywała się od notatek, podchodziła do wyjeżdżających na tor zawodników, o czymś z nimi dyskutowała. Szczególnie długie – co nie uszło uwagi Dymitra – były jej rozmowy z Emilem. 

– Nasza psycholożka wyszła do ludu – oznajmił prezes Mega Łady w odpowiedzi na nieme pytanie przyjaciela. – I albo mam zwidy z tego upału, albo założyła szpilki. 

– Szpilki na żużel to wyjątkowo durny pomysł – uznał Wania. W tym momencie Natasza Ławriczenko, potknąwszy się na nierównej nawierzchni, runęła w objęcia brata pechowego Maksima, Pieti – również juniora.

– W jej przypadku szpilki to w ogóle durny pomysł – rzekł w zadumie Dymitr. – Mogła zostać przy adidasach, a tak to znowu na meczu nam karetkę ukradną. 

– Jak to: znowu? 

– Może nie nam, ale na otwarciu sezonu w Bałakowie Julianienko z Turbiny do spółki z Borią zarąbali karetkę ze stadionu. 

– Żartujesz?! – Wania omal nie oblał wódką swej śnieżnobiałej koszuli. – Na diabła im była karetka? 

– Żona Raszyda rodziła i nie miał kto jej do szpitala zawieźć. 

– Kim jest Raszyd? 

Dymitr z rozmachem pacnął się ręką w czoło.

– Słuchaj, ja wiem, że twoja rola w żużlu ogranicza się do dawania nam grubego hajsu, ale mógłbyś się czasem zainteresować, z kim w ogóle jeździmy. Raszyd Nigmatullin to kapitan Turbiny. Ikona, rozumiesz, Wańka? I-ko-na. 

– Ikona – zgodził się Wania i opróżnił kieliszek. – Jak święty Michał włócznią przebijający smoka. 

– Jerzy – poprawił Dymitr odruchowo. – I nie jestem pewny, czy to była włócznia. Jak ty doszedłeś do takich pieniędzy z takimi brakami w wykształceniu? A, zapomniałem, odziedziczyłeś. 

Wania, który swoje miliardy faktycznie w dużej mierze zawdzięczał zmarłemu przed dwoma laty ojcu, prychnął z oburzeniem. Bo też na laurach nie spoczywał i przez owe dwa lata znacząco ograniczył liczbę odwiedzanych imprez, zamiast tego od świtu do nocy harował jak wół, by uczynić AwtoWAZ konkurencją dla zachodnich i japońskich marek. W tym Toyoty, z którą tak bezwstydnie zdradził Ładę tego ranka. 

– Czasem poważnie zastanawiam się, dlaczego nadal daję pieniądze na twój klub. 

– Zapewne dlatego, że masz ich za dużo – odparł beztrosko Dymitr i poszedł po kolejne piwo. Kiedy wrócił, Wańka znowu prychnął, dając do zrozumienia, co sądzi o alkoholowym guście przyjaciela. Dymitr już przywykł do sztandarowego hasła Karpiejewa: „Rosjanin, który nie pije wódki, nie zwiększa PKB i nie płodzi przyszłości narodu, to zły Rosjanin”. 

– W temacie dziedziczenia: zastanowiłeś się, o co mogło chodzić temu facetowi wczoraj? 

Dymitr westchnął. W samochodzie wiozącym ich z lotniska jeszcze milczał, ale wieczorem, przy większej ilości alkoholu, musiał się podzielić z Wanią nieprawdopodobną historią o nieznajomym z przystanku. Gość, który wyglądał, jakby śledził go od samego cmentarza – gałązka na jego marynarce mogła pochodzić z wieńca pogrzebowego – nie powiedział nic konkretnego. Zapewniał tylko, że był wielkim przyjacielem Władimira Kazdrowicza i że jeżeli jego syn potrzebuje jakiegokolwiek wsparcia, wystarczy, że zwróci się do niego. Dał swoją wizytówkę. Nazywał się Witalij Maksimowicz Szajchulin i, jak wygooglowali z Wanią, był emerytowanym oficerem milicji. Obecnie zarządzał ochroną w głównej siedzibie Siłowych Maszyn. 

– Nie mam pojęcia. – Dymitr rozłożył ręce. Świtała mu pewna myśl, ale nie mógł się nią podzielić z Wanią. Po pierwsze, wciąż wierzył, że tajemnicze pustki na koncie to przejściowe kłopoty. Po drugie, Wania wiedział, że Dymitr ma na koncie znacznie więcej niż zarabia, ale pewnie sądził, że przyjaciel po prostu wyniósł z domu jakieś fundusze i umiejętnie je pomnaża. Rzeczywistość była o wiele bardziej skomplikowana, przygoda Kazdrowicza z giełdą skończyła się szybciej, niż zaczęła, a na rezygnację z obowiązków innych niż zarządzanie klubem mógł sobie pozwolić wyłącznie dzięki regularnym wpływom od przyjaciela z dawnych lat. Tylko że przelewu kolejny już dzień nie było, a fakt, że skończyły się równocześnie ze śmiercią ojca, dawał powody do domysłów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak w ostatnich latach układały się stosunki między dobroczyńcą Dymitra a Władimirem. 

– I nie interesuje cię to? 

– Nie – odparł szczerze Dymitr. – Albo to zwykła kurtuazyjna formułka, albo przysłała go moja matka. Julka mówi, że godzić się chciała. A ja nie chcę. Nie potrzebuję ani przyjaciół ojca, ani spadku. Gdybyśmy akurat nie jechali z ‘burgiem, w ogóle bym się na otwarcie żadnego pieprzonego testamentu nie wybierał. I tak nie wiem, czy się wybiorę. 

– Chyba jednak powinieneś. – Wania ściszył głos do ponurego szeptu. – Wyobraź sobie, że dzisiaj rano obudził mnie telefon. Szukał cię jakiś facet z Pitra. 

– Mnie? U ciebie? 

– Ciebie u mnie. Niestety, odebrała Lena, ja nie byłem w stanie. I nie zapytała o nazwisko. 

– Powinieneś ją zwolnić. Co to za gosposia, która nie pyta o tak podstawowe rzeczy? 

– No właśnie. Gosposia. Nie sekretarka. Powinienem mniej pić, to sam bym odebrał.

– Cóż za samokrytyka – sarknął Dymitr. – Czekaj, i pofatygowałeś się w ten gorąc na stadion tylko po to, żeby mi powiedzieć, że jakiś no name szukał mnie u ciebie? Lena utopiła ci tę komórkę czy jak? 

Wania westchnął, zapatrzył się na tor, na którym akurat panował całkowity bezruch. Natasza też gdzieś zniknęła. Wreszcie nachylił się do Dymitra i spojrzał przyjacielowi w oczy. 

– Wolę nie korzystać z telefonu – szepnął bardzo poważnie, zdecydowanie zbyt poważnie jak na niego. – Korniłow znowu się na mnie uwziął, a Korniłow żyje w wielkiej przyjaźni z technikami. Wnioski wyciągnij sam. A prywatna komórka gdzieś mi się zawieruszyła…

Siergiej Korniłow również należał do Rady Dyrektorów AwtoWAZ-u. Niegdyś sam prezesował zarówno w kluczowym przedsiębiorstwie Togliatti, jak i w klubie żużlowym. O ile z klubu odszedł z własnej woli, pozostawiając Mega Ładę w rozsypce i z niepewną przyszłością, o tyle w koncernie zdegradowało go wejście ojca Wani wraz z kapitałem. Stary Karpiejew nie zamierzał się bawić w zarządzanie czymkolwiek, dlatego zręcznie podsunął na swoje miejsce syna. Od tamtej pory były prezes robił, co mógł, by zatruć życie Wani, ale jak dotąd nie posuwał się do instalowania podsłuchów. 

– Co tym razem wymyślił Korniłow? – zainteresował się Dymitr. Domyślał się, że kolejna wewnętrzna wojenka może mieć związek z nieudanym kontraktem, który zapijał poprzedniego dnia Wania. 

– Podkopuje mi reputację – westchnął Karpiejew. – Wie, że finansowo jestem nie do ruszenia. Gdyby nie moja kasa, WAZ dawno poszedłby w ręce Francuzów. Ale wie też, że nie mam większości i potrzebuję kogoś, kto poprze moje pomysły. Dlatego wczoraj nie piliśmy na mieście. Muszę się pilnować, rozumiesz… 

Przerwał mu donośny stukot. Natasza, niska mimo obcasów, drobiła w szpilkach przez salę. Dymitr zastanawiał się, w którym momencie dziewczyna przegra walkę z butami i runie jak długa, i czy przy okazji nie zahaczy stojącego na brzegu blatu kufla. Na wszelki wypadek przestawił naczynie dalej od krawędzi. 

W samą porę. Zaledwie pomyślał o możliwych konsekwencjach tych obcasów, zestresowana Natasza potknęła się i zatrzymała na stole, przewracając kieliszek Wani i oblewając wódką spodnie miliardera. 

– Cholera jasna! – jęknęła z wyraźnym ukraińskim akcentem, jednocześnie próbując się podnieść ze stołu, poprawić spódniczkę, która w tej pozycji odsłaniała zdecydowanie za dużo, i uratować zjeżdżające z nosa okulary. – Przepraszam… Strasznie pana przepraszam… 

– Nie szkodzi. – Wania posłał jej najbardziej czarujący z szerokiej gamy swych uśmiechów i gestem wezwał kelnerkę. – Nic się nie stało, to tylko parę kropelek. 

Dymitr mimochodem pomyślał, że gdyby na miejscu Nataszy był Siergiej Korniłow, jego głowa toczyłaby się teraz po podłodze, barwiąc marmur na czerwono. 

Natasza w pośpiechu wyciągała z kieszeni paczkę chusteczek i już-już zamierzała własnoręcznie naprawić wyrządzone szkody, ale Wania z całym zdecydowaniem przytrzymał jej ręce. 

– Nie trzeba, naprawdę – powtórzył łagodnie. – Każdemu mogło się zdarzyć. 

– Bo wódkę się polewa i pije, a nie czeka, aż wyparuje. – Dymitr nie wytrzymał. – Albo pije się w szklankach, szklanki są stabilniejsze. 

– Te plebejskie obyczaje – westchnął teatralnie Wania. 

Natasza patrzyła na nich obu wielkimi, zielonymi oczami. Spoglądając na nią z bliska, Dymitr zorientował się, że bodaj pierwszy raz w życiu widzi ją umalowaną. Na powiekach miała kreski, minimalnie krzywe, jakby wykonane drżącą ręką, rzęsy były bardziej czarne niż zazwyczaj, a usta skrzyły się drobinkami błyszczyka. Strój też miała niecodzienny. Nie zwykła nosić spódniczek przed kolano i szpilek, w dodatku czerwonych. Wyglądała ładnie, chociaż ani trochę nie kusząco, a pewnie na to – nie wiedzieć czemu – liczyła. 

– Tata prosi, żeby pan do niego zajrzał. Podobno jest jakiś problem. 

Dymitr i Wania wymienili znaczące spojrzenia; żaden z nich nie odezwał się ani słowem. Przyszła kelnerka ze ścierką, ale miliarder sam postanowił wytrzeć spodnie. Zrezygnowany prezes Mega Łady wstał od stołu, rzucając w stronę kufla ostatnie tęskne spojrzenie. Z Igorem Ławriczenką nie było żartów i o tym wiedział w klubie każdy. 

– Porozmawiamy po meczu – rzucił do Wani, domyślając się, że Karpiejew pojedzie do domu zmienić spodnie, a potem gdzieś przepadnie. I pół biedy, jeżeli wróci na stadion na ostatni wyścig. 

Starał się iść powoli, żeby nie przysparzać dziewczynie dodatkowych trudności. Natasza, speszona i z zarumienionymi policzkami, nie odzywała się ani słowem, tylko grzecznie maszerowała u jego boku drobnymi, choć zaskakująco pewnymi krokami. 

Dziwnie wyglądały puste trybuny stadionu i dziwnie wyglądał tor, po którym podróżował samotny zawodnik, odjeżdżając jedno okrążenie za drugim, jakby zamierzał powtarzać w nieskończoność ten sam wyścig. Stroitiel bez kibiców i bez zwyczajowego gwaru wydawał się opustoszały. Odgłos kroków po betonowych schodach rozlegał się echem, które być może docierało aż do parku maszyn. 

Milczenie ciążyło Dymitrowi tak bardzo, że w końcu zdecydował się przerwać ciszę. 

– Tak się przejmujesz tą wódką? – zapytał, siląc się na lekkość. Natasza zarumieniła się jeszcze bardziej. 

– Nie chcę wiedzieć, co Iwan Ignatjewicz sobie o mnie pomyślał.

Przez chwilę znów słychać było tylko stukot obcasów i warkot pędzącego po torze motocykla. 

– Nie chcesz wiedzieć, co by sobie pomyślał, gdyby usłyszał, że go tak nazywasz – odezwał się Dymitr, gdy byli na poziomie szóstego rzędu. – Zaręczam, obraziłby się o wiele bardziej niż o jakąś tam wódkę. 

Natasza poczerwieniała. Dymitrowi zrobiło się jej nawet żal. Od początku wiedział, że ta dziewczyna tu nie pasuje. Nie należała do emocjonalnego, prostego świata żużla, nie ze swoimi okularami, książkami i obliczem, po którym można by jej wiek ocenić na co najwyżej osiemnaście lat, nie na dwadzieścia cztery. Wyraźnie się męczyła: posada psychologa w klubie żużlowym, choćby całkiem niezłym, nijak się miała do jej marzeń. 

Dotąd nie widział efektów pracy Nataszy, ale zajmowała się przede wszystkim szkółkowiczami i juniorami, zapowiedziawszy, że pierwsze widoczne rezultaty mogą się pojawić po dwóch-trzech miesiącach pracy. To nie piekarnia, dodawała z poważną miną. Próbowała sprawiać wrażenie wyszczekanej, a jego to bawiło i chyba po trosze rozczulało. Przywykł do zupełnie innych kobiet, nawet druga obok Nataszy przedstawicielka płci żeńskiej w Mega Ładzie – rzeczniczka Swieta – stanowiła całkowite zaprzeczenie panny Ławriczenko: wygadana, skora do żartów, a przede wszystkim od lat zbzikowana na punkcie żużla. Dymitr zatrudnił Nataszę na wyraźną prośbę Igora i chociaż miało to pozostać tajemnicą, wieść szybko się rozniosła. Nic dziwnego, że po trzech miesiącach w Mega Ładzie dziewczyna nadal czuła się nieswojo i nie znała podstaw tutejszej etykiety. 

– Ja też powinienem się obrazić – dodał w zadumie, gdy dotarli do bramki prowadzącej bezpośrednio na tor. – Pierwsza zasada: nikt tutaj nikomu nie „panuje”. – I zaraz dodał, widząc, że Natasza zbiera się do protestu: – Grisza to wyjątek. Jemu wolno, zapewne pamięta czasy, kiedy Togliatti było jeszcze Stawropolem nad Wołgą. 

– Przecież Grigorij Jarosławowicz nie jest taki stary! 

– Metryka nie ma tu nic do rzeczy, a on zachowuje się jak własny dziadek. Z trudem go oduczyłem „towarzyszowania”. 

Natasza zachichotała i zaraz spoważniała, nerwowym gestem poprawiając spódnicę. 

– Przepraszam. Po prostu mi głupio. W końcu nie znamy się za dobrze.

Chociaż dobiegała połowa sezonu, spotkanie z Bałakowem było meczowym debiutem Nataszy. Przestawianie kalendarza spotkań na ostatnią chwilę zaowocowało dla Togliatti czterema meczami wyjazdowymi z rzędu, a córka Igora musiała chodzić na uczelnię. Z kolei dzień jedynego spotkania na torze w Togliatti zbiegł się w czasie z jej obroną. Nic dziwnego, że zatrudniona w kwietniu dziewczyna miała dotąd styczność głównie z żużlowcami i kadrą trenerską. 

– To trzeba czasem wyleźć z tego gabinetu, zobaczyć trochę świata. A teraz chodź, nie będziemy nadwerężać cierpliwości twojego ojca. 

Natasza obrzuciła powątpiewającym spojrzeniem zgarbioną postać, nadal przemierzającą tor. Dymitr przyjrzał się uważnie sylwetce zawodnika, ocenił przy okazji prędkość i szanse, że jeździec usłyszy cokolwiek poza świstem powietrza… 

– Ej, Borys! – ryknął, gdy żużlowiec wchodził w pierwszy łuk. Osobnik zwany Borysem nie zwolnił nawet na chwilę. 

Dymitr spróbował jeszcze raz.

– Borys, kurwa!!! 

Żużlowiec zarył nogą w sypką nawierzchnię i po chwili zatrzymał się na przeciwległej prostej, parę metrów od miejsca, w którym stali Dymitr oraz Natasza. 

– Wszyscy reagują na to samo hasło – skonkludował z zadowoleniem prezes. 

W międzyczasie Borys zdjął kask, ukazując zgromadzonym łysiejącą głowę, krzaczaste brwi i nos wyglądający jak u rasowego boksera. Biorąc pod uwagę mroczną a pełną krwi oraz flaków przeszłość Borysa, to skojarzenie nie było takie znów odległe. 

– Gdyby nie to, że jesteś prezesem, marnie byś skończył – odezwał się ponuro żużlowiec, wyraźnie niezadowolony, że przerwano mu trening. 

– Niech zgadnę – jak Samuel Williams w dziewięćdziesiątym siódmym? 

Cały żużlowy świat pamiętał scenę, kiedy po jednym z wyścigów Grand Prix angielski tuz, znany jako Stary Sam, w „podziękowaniu” za zajechanie drogi otrzymał nokautujący prawy sierpowy. Filmiki z tego zdarzenia krążyły po globalnej wszechsieci, ciesząc się niesłabnącą popularnością. 

– Przynajmniej wiesz, co cię czeka.

– Podobno dobry prezes to martwy prezes – skwitował Dymitr, dodając po chwili namysłu: – Ewentualnie można by tu zamontować sygnalizację świetlną. 

– Już jest – oznajmił Borys, wskazując na rząd światełek, którymi sędzia podczas meczów oznajmiał, kogo wyklucza z wyścigu. – Tylko sterowana odgórnie. 

– Jak wszystko w tym kraju – odparł Kazdrowicz, wzruszając ramionami. – Nataszo, masz tutaj przypadek jednostki patologicznie agresywnej. Oddaję jednostkę w twoje ręce. Pogadajcie sobie. – Z tymi słowy zostawił osłupiałą pannę Ławriczenko w towarzystwie rozbawionego Borysa i ewakuował się do parku maszyn. 

Chciał najpierw znaleźć Emila i sprawdzić, jak chłopak radzi sobie z tremą przed debiutem. Nie miał jednak pojęcia, w którym boksie przebywa jego podopieczny, a parking przypominał szalejący cyklon z wszechobecnymi motocyklami, kluczami francuskimi i porozrzucanymi z niewiadomych powodów częściami garderoby. Na domiar złego już przy bramie natknął się na Igora. Gdzieś zniknęła druga część zarządzającego składem duetu – menedżer od wszystkiego, Jewgienij Kobrin zwany Kobrą lub Starym Hipisem z uwagi na długie i siwe włosy. O ile Kobra tylko czasem wchodził w tryb marudy, o tyle Ławriczenko reprezentował typ trenera despotycznego i wymagającego – wobec siebie i wobec innych. Już sama jego zwalista sylwetka i rozwinięta pomimo wieku muskulatura budziły respekt. 

– To co tam słychać, kierowniku? – rzucił Dymitr, starając się przekrzyczeć panujący w parku maszyn hałas. – Twoja córka mówiła, że masz poważny biznes. 

– Bo mam. – Igora natura obdarzyła niskim, ponurym głosem, ale teraz brzmiał wręcz grobowo. – Przyszedł do mnie Grisza. Z żalami. Znalazł jakiś nadprogramowy wyciek z budżetu. Sprawdzał papiery po kilkanaście razy, nie widzi żadnego błędu, a z jakiegoś powodu na wypłaty poszło znacznie więcej, niż zakładaliśmy. Pamiętam, że grzebałeś w tych papierach… – Ostatnie słowa wypowiedział niemal oskarżycielskim tonem. Dymitr wzdrygnął się odruchowo. 

– Sprawdzę. Ciekawi mnie tylko, dlaczego Grisza przyszedł z tym akurat do ciebie? 

– Czyżby dlatego, że ty miałeś wyłączony telefon? 

Dymitr rozłożył ręce. Czasami naprawdę miał wrażenie, że w jego własnym klubie rządzi wcale nie on, tylko obrzydliwie uporządkowany Igor Ławriczenko, traktujący wszystkich – z prezesem włącznie – jak bandę średnio rozgarniętych ósmoklasistów. 

Kilka godzin później Dymitr nie pamiętał o tajemniczym wycieku z klubowej kasy ani o facecie z Petersburga, ani nawet o Wani, który zgodnie z przypuszczeniami gdzieś zniknął. Na pół godziny przed rozpoczęciem meczu liczyło się tylko spotkanie z Turbiną Bałakowo. 

Chodził po parkingu, starając się nie przeszkadzać, ale być gdzieś w pobliżu. Chciał zamanifestować, że jest ze swoimi żużlowcami na dobre i na złe. Korniłow tego nie robił. Korniłow każdy mecz obserwował z trybuny VIP i bardziej niż wynik zawodów obchodził go catering. Dymitr nie zamierzał popełniać błędu poprzedniego prezesa, zresztą chyba dostałby zawału ze zdenerwowania, gdyby był daleko od epicentrum wydarzeń. 

W parku maszyn panował tradycyjny przedmeczowy rozgardiasz. Lindmann, który dojechał na ostatnią chwilę, pokrzykiwał na mechaników w pośpiechu rozpakowujących sprzęt. Pietia Korski naradzał się z Igorem i ze swym ojcem, od czasu kontuzji jeszcze za zawodniczej kariery chodzącym o kulach. Kobra, długi i chudy zgodnie z nazwiskiem, siedział przy motocyklu młodego Lenara Czaprakowa i objaśniał coś Nataszy. Dziewczyna przykucnęła obok menedżera, kiwała głową, a zbolały wyraz jej twarzy wskazywał, że nigdy więcej nie założy szpilek. 

Na drugim końcu parku maszyn Dymitr spostrzegł prezesa Turbiny i ruszył się przywitać, ale znienacka jego drogę przecięła procesja złożona z Emila, nieco starszego juniora – Antona Wasiljewa, a także Gawriła Andrychowa, który juniorem nie był już od paru sezonów, ale chyba nikt mu tego nie powiedział. Gawrił czuł się na dwadzieścia lat, uważał, że cała kariera przed nim, a bardziej niż swoimi wynikami interesował się tym, czy dobrze wygląda na motorze. Jednak to on jako jeden z nielicznych nie porzucił drużyny po odejściu Korniłowa i nigdy nie przestał wierzyć, że żużel w Togliatti przetrwa. Dlatego został. 

Andrychow, blondyn o anielskiej aparycji i cokolwiek diabelskim charakterze, ze złośliwym uśmieszkiem komentował: 

– …a tak się czaiła, udawała brzydkie kaczątko. Przecież wszyscy wiedzą, po co tu jest. Męża szuka. 

Znaczące spojrzenie w stronę boksu Lenara nie pozostawiło żadnych złudzeń, o kim mówi Gawrił. Dymitr nie wcinał się do dyskusji, pozwolił zdarzeniom biec swoim torem. Spodziewał się, że Anton i Emil przytakną albo że chociaż Anton spróbuje obronić tytuł mistrza ciętej riposty. Nieoczekiwanie to Emil odezwał się z wyraźną irytacją: 

– Gawrosza, skończ. To już nikogo nie bawi. To, że ty jeździsz tylko po to, żeby zaliczać laski, nie oznacza, że wszyscy muszą tak robić. A Natasza akurat jest spoko, bez sensu się jej czepiasz. 

Dymitr zacisnął zęby. Młody szarżował, zdecydowanie szarżował. Nowicjusz nie powinien strofować starszych kolegów, choćby opowiadali sakramenckie bzdury. Oczyma wyobraźni już widział, jak z Emila nabija się cała drużyna, jak Gawrił rozpowiada wszystkim, że chłopak zakochał się w córce trenera…

– Emil ma rację – dotarł do niego głos Antona. – Może z ciebie się pośmiejemy, Gawrosza? Tak dla odmiany. 

– Z niego i tak już się cała Rosja żużlowa śmieje – dorzucił Emil. – Dobra, lecę się naradzić z Nataszą. Zapytam przy okazji, czy ma już kogoś na oku – dodał jadowicie i faktycznie poleciał, o centymetry mijając osłupiałego prezesa. 

Dymitr doskonale pamiętał, że sposób bycia Gawriła zawsze imponował Wasiljewowi. Co się stało, że Anton nagle sprzeciwił się starszemu koledze? I co strzeliło do głowy Emilowi, że w ogóle wziął Nataszę w obronę?

Nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Kobra porzucił motocykle i przyszedł zdać raport z obranej strategii. 

Skład Mega Łady w tym sezonie opierał się na trzech solidnych, acz kontrowersyjnych filarach. Spośród nich w meczu z Bałakowem brakowało jednego. Thomas Ryldens, bardziej niż z wyników znany z rozmaitych okołotorowych kontrowersji, postanowił zrobić sobie wolne od Rosji, a postawa Turbiny i zaliczka Togliatti z meczu w Bałakowie nie zapowiadały, żeby absencja Szweda okazała się kluczowa dla wyniku. 

Ryldens jeździł w Togliatti trzeci rok. Z początku zachwycali się nim i kibice, i zawodnicy, ale to był efekt nowości. Gdy kluby masowo zaczęły ściągać zagranicznych żużlowców, okazało się, że Ryldens to w skali światowej zaledwie przeciętniak. W dodatku w poprzednim sezonie w koncertowym stylu pogrzebał szanse swojej reprezentacji na medal Drużynowego Pucharu Świata. W ostatnim wyścigu, gdy ważyły się losy srebra i brązu, zamiast bronić drugiego miejsca, rzucił się w pogoń za pewnym złotego medalu Duńczykiem. Ewentualna wygrana Ryldensa nie dałaby Szwedom mistrzostwa. Tymczasem Thomas na ostatnim okrążeniu przesadził ze staraniami i zanotował upadek. Do mety nie dojechał, a jego reprezentacja została bez jakiegokolwiek medalu. Do końca sezonu żużlowy świat wypominał mu zgubne osobiste ambicje, które zniweczyły starania zespołu. W Togliatti nieśmiało przebąkiwano, że lepiej zrezygnować z usług drogiego, niepewnego Szweda-indywidualisty.

Ryldens został. Mało tego, polecił rosyjską ligę koledze. I to nie byle jakiemu. 

Petter Aksel Lindmann, niedoszły mistrz świata, okazał się strzałem w dziesiątkę. Z jakichś osobistych przyczyn zrezygnował z obciążającej kalendarz ligi angielskiej i szukał czegoś w zamian – kilku meczów w sezonie, najlepiej dobrze płatnych. Dymitr zaś nie zwykł oszczędzać na liderach. 

Niegdyś, kiedy prezes Mega Łady był zwykłym kibicem, nie podobała mu się jazda Pettera. Urodzonemu w Norwegii reprezentantowi Danii brakowało finezji, zapewne z powodu imponującego jak na żużlowca wzrostu: mierzył prawie metr dziewięćdziesiąt i wielu zastanawiało się, jakim cudem on w ogóle jeszcze jeździ. W dodatku do Lindmanna przylgnęła łatka zabijaki, który za wszelką cenę chce być pierwszy i taranuje wszystkie przeszkody na drodze, włącznie z kolegami z drużyny. Ale od czasu, gdy nazwisko Norwega padło w rozmowie z Ryldensem, Dymitr zaczął się uważniej przyglądać Petterowi i dostrzegł, że jego jazda może nie jest ładna, za to piekielnie skuteczna. Lindmann był maszynką do robienia punktów. A potem Kazdrowicz pojechał do Danii, by osobiście porozmawiać z potencjalnym liderem drużyny… i nie chciał już w Mega Ładzie nikogo innego, tylko Pettera. Pod zbyt wieloma względami byli bardzo podobni…

Trzeci filar stanowił krajowy lider – Soriuszkin. Borys zbliżał się nieuchronnie do końca kariery, ale jak sam twierdził, w życiu został mu już tylko żużel, więc ów koniec stale przekładał. Mimo wieku był nie tylko dobrym zawodnikiem, ale też opoką dla młodzieży. Wyrósł z rozstrzygania konfliktów poza torem, zmądrzał, choć wciąż tlił się w nim ognik zawadiaki, a jego ataki po szerokiej od czasu do czasu zapierały dech w piersiach tysiącom kibiców. 

Owych trzech nieprzewidywalnych żużlowców nazywano powszechnie Rzeźnikami z Togliatti bądź Nieświętą Trójcą. I chociaż określenie to nie zawsze pojawiało się w pozytywnym kontekście, wydawało się schlebiać samym zainteresowanym. Dymitr zaś nieodmiennie był dumny ze swoich trzech gwiazd, gwarantów punktów i wielkich emocji. 

Miał też cichą nadzieję, że któregoś dnia Trójca powiększy się za sprawą Emila…

– Drżyj, Bałakowo! – ryknął triumfalnie spiker i jego głos jakimś cudem zagłuszył panujący w parku maszyn gwar. – Soriuszkin i Lindmann są… 

Jacy są liderzy Mega Łady, Emil nie usłyszał. Nie słyszał już kompletnie nic. Nagle porwał go barwny tłum mechaników, zawodników, klubowej ekipy. Wszyscy chcieli go uściskać, pogratulować zdobytych punktów… ilu? Nie miał pojęcia, jak wystąpił; nie pamiętał ani jednego biegu. Wiedział tylko, że właśnie skończył się czternasty, przedostatni wyścig, że on w nim pojechał i że wspólnie z Antonem pokonali armaty Turbiny: Arka Bukowskiego i Raszyda Nigmatullina. I jeszcze, że Anton dojechał trzeci, a on… wygrał?

Dał się ponieść tłumowi. Ktoś zdjął mu kask, ktoś poklepał po plecach… Zobaczył rozradowaną twarz Dymitra, który cieszył się, jakby Mega Łada już została mistrzem Rosji. 

– Atomowy debiut! – powtarzał ze śmiechem prezes, ściskając chłopaka. – Igor, Kobra, jak wam się podobało? 

– Gratulacje. – Ławriczenko złapał Emila za rękę i omal jej nie zmiażdżył. Kobrin stał z tyłu i coś notował, ponieważ w trenersko-menedżerskim duecie to on był od zapisywania wszystkiego, łącznie z komentarzami Igora. 

– Miał szybki motocykl – burknął w tle jakiś bałakowowski malkontent.