Szkody w ludziach - Elsebeth Egholm - ebook
Opis

Jest późne lato, w mieście panuje niemiłosierny skwar. Dicte Svendsen i jej chłopak, Bo, zjawiają się późną nocą w porcie w Århus. Wokół panuje chaos, lokalna policja wzywa posiłki – zanosi się na kolejne starcie imigrantów ze służbami porządkowymi. Napięta do granic możliwości sytuacja przybiera jednak niespodziewany obrót, kiedy za kontenerem zostaje znalezione nagie ciało kobiety, u której wykonano niedawno cesarskie cięcie. Kim była? I co stało się z jej dzieckiem? Na tle zamieszek w getcie Gjellerup Dicte zmaga się z prywatnymi problemami – Bo wyjeżdża do Iraku jako reporter, a jej córka nie widzi świata poza swoim nowym chłopakiem, studentem medycyny o imieniu Aziz. „Iście diabelska rozrywka… nawet nie mam jej za złe zarwanej nocy!”. – Weekendavisen „Egholm posiada wyjątkowy talent do opowiadania prostych historii z sąsiedztwa w sposób, który czyni je jednocześnie porywającymi i swojskimi”. - B.T.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 444

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

PERSONSKADE

Copyright © 2005 by Elsebeth Egholm and Gyldendal

Published by agreement with Copenhagen Literary Agency ApS, Copenhagen.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki na okładce: © Sanne Berg, Politikens Forlag

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz, Izabela Sieranc

ISBN: 978-83-8110-763-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

For my Philip

with all my love

always

1

– Irak? – Dicte sama usłyszała, że zabrzmiało to jak nazwa planety odległego i nieznanego dotąd układu słonecznego. Mimo to ciągnęła dalej w tym samym tonie. – Przecież to beczka prochu. Nie mogłeś wybrać jakiegoś spokojniejszego miejsca?

Indie, Tybet, Republika Południowej Afryki. Kurczę, nawet Turcja byłaby lepsza. Rozgrzany upałem mózg podsuwał kolejne nazwy krajów o wiele bardziej odpowiednich. Nie zdążyła ich jednak wypowiedzieć, bo właśnie przez stół pochylił się ku niej Bo, wspierając się na kuflu piwa, przy którym siedział od pół godziny, bo to on miał prowadzić w drodze do domu.

– Oczywiście zastanawiałem się nad Norwegią – powiedział spokojnym głosem – ale uznałem, że wśród ośnieżonych szczytów mogę nie znaleźć dość materiału na reportaż wojenny. – Po chwili jednak dodał pojednawczo: – Do walk dochodzi w tej chwili tylko sporadycznie.

Dicte sięgnęła po kieliszek wina, ale ostatecznie wybrała wodę. Nie najlepiej to wyszło, pomyślała. Romantyczna kolacja na mieście, jasne. Jedzenie było oczywiście pyszne, ale ich późniejsza rozmowa wyglądała nieco inaczej, niż tego chciała. Zgrzyt pojawił się w chwili, gdy Bo opowiedział o telefonie z redakcji w Kopenhadze. Zaprosili go na trzytygodniowy wyjazd reporterski z Jensem Peterem Haldem – dziennikarzem, ale również dobrym kolegą Bo.

– I kiedy by to miało być?

Próbowała nadać swojemu głosowi neutralny ton. Sama od dawna uważała, że taki wyjazd dobrze mu zrobi. Że powinien na jakiś czas wyrwać się z redakcyjnej codzienności i niekończącej się walki z byłą żoną o kontakt z dziećmi, którego ta zawzięcie mu zabrania. A może potrzebował odpocząć również od niej, Dicte?

Wzięła łyk wody i starała się myśleć racjonalnie, tyle że od tego zrobiło jej się jeszcze gorzej, bo odpowiedź brzmiała oczywiście: „tak”. Zmieniła się, i dobrze o tym wiedziała. Od burzliwych wydarzeń minionej zimy przywarła do niego, by nie powiedzieć, że się na nim uwiesiła. Tylko przejściowo – taką przynajmniej miała nadzieję – lecz owo przejście okazało się dość długie i obecnie trwało od ponad sześciu miesięcy.

– Za tydzień – odparł Bo. – Musimy tylko skompletować sprzęt, zadbać o bezpieczeństwo i tak dalej.

Gdzieś z miasta dobiegł ją dźwięk policyjnej syreny, a przed oczami przesuwały jej się obrazy i sceny: kamizelki kuloodporne, czołgi i bomby zaszyte w brzuchach martwych psów wybuchające na środku zatłoczonych ulic. Pomyślała o porwaniach, terroryzmie i śmierci i nie była w stanie objąć tego umysłem tak, jak Bo to potrafił. To był jego żywioł – oczywiście nie śmierć, ale napięcie, adrenalina, taki był z niego chojrak.

Chcąc zmienić temat, rozejrzała się po francuskiej kawiarni przynależącej do restauracji, gdzie jedli kolację.

– Wciąż najlepsza w mieście.

Bo uśmiechnął się, lecz tylko ustami, bo szare tęczówki jego oczu znajdowały się już w samolocie do Bagdadu.

– Tak, tylko ten adres…

– To znaczy?

Znów się ku niej pochylił. Teraz naprawdę był tu, w tym miejscu i czasie, wszystkimi zmysłami zwracał się do niej jak naukowiec mający za moment zbadać reakcję zwierzęcia doświadczalnego.

– Graven1.

Przeszły ją ciarki i dostrzegła, że Bo pożałował swojego żartu. Chłód w jego oczach ustąpił miejsca czułości. Bo sięgnął przez stół i wziął ją za rękę.

– Hej. Przecież wrócę. Trzy tygodnie to nie wieczność.

Z głębi torebki usłyszała stłumiony dźwięk dzwonka telefonu. To może być ważne. Ich dom mógł spłonąć albo coś się mogło stać Rose. Dobry Boże, naprawdę musi przestać na każdym kroku wypatrywać tragedii.

Po chwili wygrzebała z torebki cholerne pudełko. Na wyświetlaczu pokazał się numer Rose. O wpół do drugiej w nocy.

– Tak?

– Mamo. – Rose mówiła roztrzęsionym głosem. Jej słowa zagłuszał niezidentyfikowany hałas w tle. – Lepiej tu przyjedźcie. To jakiś obłęd. Wszędzie pełno policji.

– Ale gdzie? Skarbie, gdzie ty jesteś?

– Showboat – powiedziała Rose tonem zniecierpliwienia – przecież ci mówiłam. Dostaliśmy te darmowe wejściówki, ale…

Hałas zagłuszył końcówkę zdania. Lecz mózg Dicte w końcu się obudził po kopniaku, jaki dostał od Rose. Showboat. Stary prom kursujący dawniej do Kalundborga, a teraz przycumowany na stałe w porcie Århus i zmieniony w dyskotekę. Rose wybierała się tam ze znajomymi z liceum. Dicte nie była tym zachwycona, bo miejsce słynęło z awantur, nadgorliwych bramkarzy, szemranej młodzieży z dzielnicy imigrantów i łatwego dostępu do wszelkich możliwych narkotyków. Z telefonem przy uchu wstała i ręką dała znak kelnerowi, że proszą o rachunek.

– Uważaj na siebie. Już jedziemy.

– Spokojnie, mamo, nie dzwonię dlatego, że trzeba mnie ratować – powiedziała bardzo przecież dorosła niemal osiemnastolatka – dzwonię, bo to może być dobry temat.

Hałas słychać było już od Kystvejen. Wyjące syreny i wzburzony tłum pośród sierpniowej nocy, wciąż gorącej po całym dniu bezlitośnie przypiekającego słońca. W Paryżu staruszkowie umierali samotnie w swoich mieszkaniach, gdy ich bliscy pouciekali nad morze. W Kalifornii pożary pustoszyły ogromne połacie lasów, powodując miliardowe szkody, a w Kopenhadze Bogu ducha winnego włoskiego turystę śmiertelnie dźgnięto nożem na środku ulicy. A teraz najwyraźniej mroczne pokłosie upałów dotarło również do Århus.

Bo przejechał przez Kystvejen i skręcił w prawo, kierując się wzdłuż morza w stronę wysokiego silosu Kompanii Zbożowo-Paszowej wyrastającego z ziemi jak widmo.

– O cholera.

Plac przed Showboat i basenem portowym wyglądał jak plan filmowy. Dicte niemal spodziewała się lada chwila ujrzeć reżysera na wysokim stołku i z megafonem przy ustach, jak wykrzykuje polecenia dźwiękowcom i oświetleniowcom.

W półmroku widać było liczne grupy młodzieży skaczącej po radiowozach i wybijającej szyby w oknach. Kordon funkcjonariuszy z psami przecinał teren portu od linii kolejowej do mola. W powietrzu fruwały kostki brukowe i butelki, a za nimi w górę wznoszono bluzgi.

– Jebać policję! Jebani rasiści!

Dicte wbiła wzrok w tłum przed sobą. Rose. Gdzie jest Rose? Czy jest bezpieczna? Czy znalazła się gdzieś tam, w oku cyklonu?

Tłum to napierał, to się cofał. Dicte szacowała, że ludzi mogło być trzystu, może czterystu. Byli niczym fala powodziowa z ujadaniem psów, wyciem syren i głośnymi krzykami. Nad wszystkim wisiała mgła trującego gazu przemocy i agresji.

– Jasna cholera! – Bo mruknął i skręcił w stronę magazynu Pakhus 35, gdzie miała siedzibę kompania przemysłu drzewnego.

Stanął po drugiej stronie dwóch ogromnych żurawi. Wysiedli, a Bo z bagażnika wyjął aparat i sprawdził, czy bateria jest naładowana. Potem schował aparat pod kurtkę i razem ruszyli w stronę kotłującego się chaosu.

– Zabiją mnie, jeśli zobaczą to przy mnie – mruknął jej do ucha i poklepał się po wybrzuszeniu pod kurtką. – Zrobię tylko mały obchód.

Dicte chciała zaprotestować, poprosić, żeby pomógł jej odnaleźć Rose. Ale sekundę później już go nie było. Zniknął w tłumie pchany adrenaliną i własnym instynktem, dzięki któremu zgarniał nagrody za reportaże z punktów zapalnych całego świata. Bolesne poczucie osamotnienia trwało tylko chwilę. Nie było czasu na użalanie się nad sobą – Dicte wyjęła notes i sama ruszyła w kierunku grupy młodych imigrantów stojących na obrzeżach pola walki, pod budynkiem KFK po drugiej stronie rzędu betonowych bloków z szyldem „Port Århus”.

– Jestem dziennikarką – zaczęła. – Powiecie mi, co tu się stało?

Czarnowłosy chłopak ze zrośniętymi brwiami nadającymi mu groźny wygląd zgasił papierosa piętą adidasa i mierzył ją podejrzliwym wzrokiem.

– Tylko żadnych fotografów – ostrzegł – nie chcemy się znaleźć w gazecie.

– Jasne – obiecała i pomodliła się w duchu, aby Bo trzymał się od nich z daleka.

W półmroku oczy chłopaka lśniły jak błyskawice.

– Nie chcieli nas wpuścić. Zrobiła się zadyma i wezwali policję. A teraz jeszcze sprowadzili psy – dorzucił lakonicznie. – Zawsze to my jesteśmy winni.

Zapisała jego relację, choć powiedział tylko to, co już wiedziała. Kiwała głową ze zrozumieniem, starając się go uspokoić i zapewnić, że jest po ich stronie, choć wcale nie była tego pewna. To temat na zaawansowane badania nad konfliktem.

– Kto wezwał policję?

Kolega jej rozmówcy wzruszył ramionami.

– Pewnie bramkarze. Kiedy zobaczyli, że i tak weszliśmy tylnymi drzwiami, to się posrali ze strachu.

I nagle zaczęli mówić jeden przez drugiego. Powietrze wypełniły potoki słów. Dicte pisała najszybciej, jak była w stanie, a i tak nie udało jej się zanotować wszystkiego. Wyglądało na to, że do północy impreza na promie była zamknięta. Potem otwarto drzwi, lecz części ludzi nie wpuszczono, mimo że mieli bezpłatne wejściówki. Doszło do przepychanek, ale wezwanej na miejsce policji udało się załagodzić nastroje. Godzinę później ci, których nie wpuszczono, wrócili z posiłkami i wdarli się na teren imprezy tylnym wejściem. Kiedy policja zamknęła klub, agresja i frustracja eskalowały i w końcu ktoś uruchomił alarm przeciwpożarowy, aby opróżnić klub z gości.

– To jakieś jaja. Pały znowu zareagowały przesadnie – powiedział jeden z chłopaków. – Zresztą zawsze tak jest, kiedy chodzi o nas.

– Psy pogryzły już paru ludzi – dodał inny i wskazał głową na kotłowaninę. Policja oddzielała właśnie najbardziej agresywne jednostki i odsuwała je w stronę miasta. – Do tego rasistowskie świnie biją nas pałkami.

– Jebać ich!

Pierwszy z nastolatków splunął z wściekłością na asfalt.

– Muszę się odlać. – Odłączył się od kumpli i zniknął za niebieskim kontenerem na odpady kuchenne. Dicte miała właśnie zadać kolejne pytania pozostałym, gdy usłyszeli stłumiony krzyk i chłopak, który poszedł się załatwić, podbiegł do nich blady jak ściana i z otwartym rozporkiem.

– O ja pierdolę. To, kurwa, przegięcie. – Więcej nie powiedział, bo zgięło go wpół i z głośnym chluśnięciem zwymiotował. Dopiero po tym, krztusząc się i plując, w końcu się wyprostował i wyjaśnił: – Tam ktoś leży. Chyba nie żyje.

Jakby całe towarzystwo w jednej chwili zmieniło się w słupy soli. W końcu jednak ciekawość zwyciężyła i chłopcy watahą ruszyli do kontenera. A z nimi Dicte.

W pierwszej chwili nie było widać, co to takiego. Postać została w połowie zawinięta w jakiś dywan i leżała w pozycji tak powykręcanej, że żaden człowiek w naturalny sposób nie mógłby się tak ułożyć. Białe ramię tworzyło dziwaczny łuk nad głową. Jedna skrzywiona noga sterczała w trudny do wyjaśnienia sposób. Druga leżała przygnieciona ciałem. Tułów i twarz zasłaniał ów dywan, pod którym kłębiły się i spod którego częściowo się wysypały długie, jasne pofalowane włosy. Jak u syreny. Dolna część ciała na pierwszy rzut oka również wydawała się w miarę zakryta. Po chwili jednak stało się jasne, że to, co kobieta miała na sobie, nie było zwykłą spódniczką. Materiał był czerwony i lepki. Dicte nagle z całą mocą poczuła słodki zapach krwi.

– Nie mogę. – Jeden z chłopaków podszedł bliżej, pochylił się i nasunął dywan na łono kobiety.

– Zostaw! – Usłyszała własny głos podniesiony ze zdenerwowania. Chłopak błyskawicznie odskoczył i wyglądał na przerażonego.

– Przecież nie możemy jej pozwolić tak tu leżeć – zaprotestował. Zabrzmiało to tak, jakby za moment miał się rozpłakać.

– Nie wolno niczego ruszać – wyjaśniła już nieco spokojniej. – Zawołajcie policję.

Nie wiedziała, ile minęło czasu. Wiadomość rozeszła się w mgnieniu oka i nagle wokół kontenera stał spory tłum ludzi. Kiedy w końcu zjawiła się policja, kazali się Dicte odsunąć, więc oddaliła się na sztywnych nogach. Starała się powstrzymać mdłości, kierując myśli na coś praktycznego.

Nagle ktoś pociągnął ją za rękaw.

– Mamo. Co się stało?

Rose wyglądała ślicznie w kwiecistej jasnozielonej letniej sukience i z włosami puszczonymi luźno na nagie ramiona. Jak u syreny, pomyślała Dicte i chwilę później oddaliła od siebie to porównanie. Dopiero wtedy dostrzegła również chłopaka, który stał obok jej córki. Ciemne migdałowe oczy i skóra koloru mlecznej czekolady. I czarne dredy.

– To Aziz – przedstawiła go zawstydzona Rose. – Mieliśmy być w środku.

2

Wagner czuł ulgę, że światło w sypialni było zgaszone, kiedy głos Idy Marie zakradł się do jego ucha, wypełniając je tak dobrze znaną mieszanką słodyczy i uporu.

– Są jeszcze inne sposoby.

Przywarła do niego w łóżku. Jego ciało ponownie zareagowało zmęczeniem.

– Inne sposoby… – mruknął. Bardzo chciałby nie wiedzieć, o czym ona mówi. – Ja znam tylko jeden sposób i właśnie go wypróbowaliśmy.

Przez chwilę leżała nieruchomo. Potem uniosła się na łokciu i Wagner dostrzegł zarys miękkiej, białej krągłości, jakby wyciągała ku niemu pierś niczym piękny apetyczny owoc.

– Wiesz, o czym mówię.

Oczywiście, że wiedział, ale słowa plątały mu się w głowie i nie był w stanie odpowiednio ułożyć ich w ustach. Dlatego wypowiedziała je za niego:

– Adopcja albo in vitro.

Zadzwonił telefon i bezpowrotnie zburzył atmosferę dla dalszego ciągu tej rozmowy. Ida Marie nie zaprotestowała, kiedy sięgnął ręką do nocnego stolika, by odebrać.

– Wagner.

– Mówi oficer dyżurny Kasper Grundtvig. Przepraszam, panie komisarzu, że zakłócam nocny odpoczynek. Jest zdarzenie w porcie.

Wagner miał ochotę powiedzieć, że wcale nie spał. Że ostatnio w ogóle nie może spać, bo jego wspólne życie z Idą Marie zmienia się w twardą grudę dobrych chęci i zdecydowanie mniej dobrych rezultatów. Ostatecznie tylko wymamrotał:

– Co się dzieje?

– Zadyma przy dyskotece na statku. Znaleziono zwłoki kobiety.

Usłyszał własne westchnienie. Poczuł znajome pompowanie adrenaliny, która zaczęła już krążyć po ciele.

– Znów problemy z imigrantami?

– Nie wiemy, czy to ma związek z ciałem – odparł niepewnie Kasper Grundtvig – ale rzeczywiście, chyba nie można tego wykluczyć. Na miejscu jest już jedna dziennikarka.

Wagner delikatnie uwolnił się z objęć Idy Marie.

– Kto taki?

Usłyszał, jak rozmówca zwraca się do kogoś w pobliżu, po czym dostał odpowiedź.

– Jakaś Dicte Svendsen.

O dziwo, nie był tym zaskoczony. Mimo to w jego głosie dało się słyszeć wrogość, gdy zapytał:

– A co ona robiła w porcie o tej godzinie?

Dyżurny na chwilę pozostawił pytanie bez odpowiedzi, pozwalając mu wybrzmieć. W tym czasie Wagner ponownie słuchał gwaru po drugiej stronie, jakby całe miasto się zbudziło i ruszyło z pielgrzymką do portu o wpół do trzeciej w sobotę.

– Przyjechała odebrać córkę z dyskoteki.

Wagner wstał z łóżka i przyciskając ramieniem telefon do ucha, zaczął się ubierać.

– Będę tam za dwadzieścia minut.

Rozłączył się.

– Muszę lecieć – powiedział, zapinając koszulę.

– Co się stało?

Pokrótce streścił jej rozmowę. W twarzy Idy Marie dostrzegł rozczarowanie i zapragnął ją uszczęśliwić. Tyle że musiałby wówczas zrobić coś więcej, niż tylko zostać z nią w domu.

Na razie więc odsunął od siebie tę myśl i zadzwonił do zaspanego Jana Hansena. Wyciągnął go z pieleszy, kazał zebrać niewielki zespół i jak najprędzej zjawić się w porcie. Zadzwonił też do działu technicznego policji, po czym obudził swego przyjaciela, patologa Poula Gormsena.

– Chcesz się przejść do dyskoteki?

Gormsen miał zaspany głos, ale wydawał się zainteresowany.

– Masz coś do uczczenia?

– Niestety nie. Okazja jest mało wesoła.

– Zabójstwo? – zapytał Gormsen. Po chwili dorzucił: – Niech zgadnę: nóż wymknął się komuś spod kontroli?

Wagner wyłowił spod łóżka swoje buty i usiadł na brzegu, żeby je założyć. Milcząca Ida Marie nadal leżała. Na karku czuł jej wzrok.

– Zwłoki kobiety przy klubie Showboat.

Gormsen powiedział coś niewyraźnie do swojej żony i po chwili znów był przy telefonie. W jego głosie nie było śladu rozbawienia.

– Widzimy się na miejscu.

Podczas jazdy Wagner otwarł okna i wdychał nocne letnie powietrze, żeby się obudzić. Było świeże, nasączone rosą i zapachem rozgrzanego asfaltu oraz niedawno skoszonych trawników. Potem, kiedy dotarł do centrum, aromat trawy zastąpił ostry odór tego, co dawniej nazywało się olejarnią – może po to, by mu przypomnieć, że nie zabłądził, lecz nadal znajduje się w Århus. Mówiono, że dzięki drogim filtrom w końcu udało się zapanować nad fetorem, ale najwyraźniej niektóre nosy były wrażliwsze od innych.

Obraz Dicte Svendsen pojawił się w jego głowie wraz z rytmem łagodnej muzyki płynącej z radia. Jej rudoblond włosy, mała blizna przy ustach i intensywne spojrzenie, które skrywało zbyt wiele, by można je nazwać pięknym. Posłał nocy głębokie westchnienie. Nie miał ochoty spotykać się z prasą, a zwłaszcza z Dicte, na ledwo odkrytym miejscu zdarzenia w sobotnią noc. Ale cóż, nie zawsze można o wszystkim decydować samemu.

Wiedział, że nie jest w najlepszej formie, odkąd kilka miesięcy temu szaleniec groził jej śmiercią. Ida Marie co jakiś czas donosiła mu o kondycji swojej przyjaciółki, z którą spotykała się regularnie na siłowni albo jadła lunch w mieście. I nie były to radosne wieści. A z drugiej strony, pomyślał, zbliżając się do zjazdu z Ringgaden do Silkeborgvej, choć Ida Marie się o nią martwiła, to on miał wrażenie, że Dicte Svendsen pomimo drobnej postury i kruchości, jaką emanowała na zewnątrz, była twardsza, niż się zdawało.

Już z daleka dało się wyczuć, że atmosfera w porcie jest napięta. Grupki młodych imprezowiczów szły chodnikiem wzdłuż Nørre Allé, zapewne wracały z portu i klubu na statku. Co jakiś czas rozciągały się na całą szerokość drogi i jedne ruszywszy w pościg za innymi, popychały je i kopały. W nocnej ciszy niosły się podniesione głosy. Można było odnieść wrażenie, że żarzący się gniew lada chwila wybuchnie i całe miasto stanie w ogniu.

Teren przy Showboat został odgrodzony. Krąg policjantów i metry policyjnej czerwono-białej taśmy oddzielały ciekawskich od tych, którzy na miejscu zdarzenia wykonywali swoją pracę. Technicy najwyraźniej już przyjechali, bo wokół klubu czarną noc rozświetlały silne reflektory. Młody funkcjonariusz kazał Wagnerowi się wylegitymować, nim go wpuścił na odgrodzony teren. Komisarzowi niespodziewanie udzieliła się wisząca w powietrzu agresja i wyparował do chłopaka:

– Nie masz oczu, człowieku? Widzisz chyba, że nie jestem zadymiarzem.

Policjant natychmiast się wyprostował i spojrzał na jego legitymację.

– Przepraszam – powiedział, ale w jego głosie zabrzmiała taka gorliwość, że Wagner miał ochotę trzepnąć go w głowę. – Takie dostałem polecenia.

– Tak samo tłumaczyli się naziści po wojnie – odburknął Wagner i natychmiast tego pożałował.

– Słucham?

– Nic takiego.

Mieszkający w Risskov Poul Gormsen pewnie przyjechał od strony Kystvejen. Wagner dostrzegł jego biały kombinezon ochronny z włókniny i lok grzywki powiewający na bryzie. Kątem oka zobaczył również Dicte Svendsen, która przytykała chusteczkę do brwi swojego chłopaka. Najwyraźniej trafił na czyjąś pięść. Wagner domyślił się również, że temu komuś pewnie nie spodobał się wiszący na jego szyi aparat.

Gormsen rozmawiał z człowiekiem w mundurze, w którym Wagner rozpoznał oficera dyżurnego Kaspera Grundtviga. Gdy ruszył w ich stronę, obaj odwrócili się i przywitali skinieniem.

– Jak wygląda sytuacja?

Grundtvig zdjął czapkę i wierzchem dłoni otarł pot z czoła. Wagner również czuł się spocony i przez ułamek sekundy pomyślał, że wystarczy już tego lata. Århus było jak rozpalony, zaogniony wrzód, który lada chwila może pęknąć. Miasto potrzebowało deszczu. Porządnego, lodowatego prysznica dla ostudzenia rozpalonych emocji.

Grundtvig pokręcił głową, nim ponownie założył czapkę. Potem wskazał na leżący za niebieskim kontenerem tłumok i powiedział:

– Chłopak z Gjellerup ją znalazł, kiedy poszedł się wysikać.

– Wiek? – Wagner spojrzał na Gormsena.

– To młoda dziewczyna – odparł medyk sądowy. – Myślę, że mogła mieć z osiemnaście lat. Jeszcze za wcześnie, by stawiać hipotezy, ale to wygląda na rzeź.

– Kiedy?

Gormsen wzruszył ramionami.

– Niedawno. Zważywszy na jej stan i ten upał.

Poszli razem w stronę zwłok. Technicy już pracowali, fotografując je z każdej strony w ostrym świetle reflektorów. Wagner wdychał lepkie morskie powietrze i poczuł się spragniony, bo na widok leżącego na ziemi kłębka zaschło mu w gardle. Nigdy nie oswoił się z tą szczególną kruchością, jaką naznacza człowieka śmierć, lecz bezbronność tej młodej kobiety uderzyła go kilkukrotnie mocniej. Urodą przypominała Madonnę, leżąc z rozrzuconymi jasnymi włosami i porcelanową twarzą bez najmniejszego zadrapania. Oczy pięknie zamknięte, długa szyja, szczupłe palce. Usta nieznacznie rozchylone. Ktoś musiał je zamknąć już po jej śmierci. Żadnej biżuterii, zauważył Wagner. Żadnego pierścionka czy łańcuszka.

– Niczego przy niej nie ma – powiedział jeden z techników, skinąwszy na powitanie. – Żadnych dokumentów, żadnego dowodu tożsamości. Wydaje się czysta.

Czysta. Nieskażona. Młoda dziewczyna bez przeszłości ani przyszłości. Wagnera ścisnęło za gardło.

– Coś jeszcze? – zapytał dowodzącego zespołem. – Ile osób miało do niej dostęp? Ile osób kręciło się w pobliżu wieczorem i w nocy?

– Sporo – przyznał Kasper Grundtvig, sprawiając wrażenie nieskończenie zmęczonego. – Sytuacja pod klubem wymknęła się spod kontroli. Musieliśmy wezwać ludzi z całego regionu.

Wagner wiedział, co to oznaczało. Na miejsce zjechały patrole z psami z Horsens, Silkeborga, Odder, Randers i Viborga.

– Trzeba było jakoś opróżnić port – wyjaśnił z żalem Grundtvig.

Wagner pokiwał głową ze zrozumieniem i próbował oszacować skalę problemów, jakich to nastręczało. Całkiem niedawno przez miejsce zdarzenia i jego najbliższą okolicę przetoczył się ocean ludzi. Szukanie śladów mogą sobie darować. Jeśli ktoś chciałby tej nocy podrzucić gdzieś zwłoki, to chyba nie mógł wybrać lepszego miejsca.

Przez jakiś czas kucał przy nich, wpatrując się wprost w oblicze śmierci, i bezskutecznie szukał odpowiedzi. Potem wstał i podszedł do Dicte Svendsen oraz grupki ludzi, z którymi stała.

– Ciężkie starcie – powiedział, kierując pytający wzrok ku krwawiącej brwi Bo. – Udało ci się coś uchwycić?

Bo zdołał pokiwać głową i potrząsnąć nią niemal jednocześnie. Półdługie jasne włosy powiewały w ciemności, lecz Wagner zauważył, że przynajmniej zaczął przycinać dotychczas niechlujny zarost. No tak, pomyślał. Jeśli nie możesz ujarzmić mężczyzny, to zawsze możesz spróbować ujarzmić jego brodę.

– Tyle że zabrali mi cholerną kartę i wyrzucili – odparł Bo ze złością.

– Gdzie wyrzucili? – dopytywał Wagner.

Bo zarzucił głową w stronę parkingu.

– Gdzieś tam. Jakieś pół godziny temu było tu czarno od ludzi. Zrobiło się dość gorąco.

W tej samej chwili Wagner dostrzegł umięśnioną postać Jana Hansena torującego sobie drogę pomiędzy policjantami i idącego ku nim wartkim krokiem. Ogolona głowa i starannie przycięty wąs. Do tego łagodne usposobienie i ogromna zdolność podporządkowywania się poleceniom. Oto facet doskonale okiełznany przez kobietę.

Szybko przedstawił komisarzowi Hansenowi, jak się mają sprawy.

– Musimy znaleźć tę kartę. Porozmawiaj z Kasperem Grundtvigiem i weź ze sobą jeszcze ze dwóch ludzi.

Potem zwrócił się do Bo:

– Potrzebujesz lekarza?

Bo pokręcił głową.

– Ale karta jest moja – powiedział stanowczym głosem. – Nie mogę jej wam tak po prostu oddać.

Wagner w myślach przeklął wszystkich dziennikarzy świata z ich świętymi zasadami.

– Później o tym porozmawiamy.

Bo oddalił się, dociskając do brwi chusteczkę, i razem z Hansenem zniknęli w poszukiwaniu karty. Jeśli im się poszczęści, być może znajdą na niej materiały przydatne policji – o ile oczywiście reporter da się przekonać, by im je przekazać. Jeśli zaś fortuna im nie sprzyja, karta leży gdzieś zatopiona w porcie, a wtedy nawet niezłomny Bo Skytte będzie mógł się wypchać ze swoją żelazną etyką.

Wagner odwrócił się do Dicte. W ułamku sekundy, jaki minął, zanim którekolwiek z nich się odezwało, przez głowę przemknęło mu tysiąc myśli i nagle sobie uświadomił, dlaczego jest taki rozdrażniony. Nie chodziło tylko o upał i bezsenność ani o nieprzewidywalność ciągu zdarzeń uruchomionego przez znalezienie zwłok młodej dziewczyny w samym środku portu Århus. Chodziło również o to, że Dicte i Ida Marie się przyjaźnią, a on nie ma pojęcia, ile Ida Marie jej powiedziała. Z doświadczenia wiedział, że kobiety mówią sobie wszystko. Ich potrzeba zwierzania się jest równie silna co męska potrzeba zachowywania najbardziej skrytych myśli dla siebie. Dicte musiała wiedzieć, że starają się o kolejne dziecko, i to denerwowało go bardziej, niż potrafił wyrazić.

– A wy znaleźliście się w pobliżu całkiem przypadkowo?

Aż zamrugała, słysząc jego ostry ton.

– Byliśmy w restauracji w Graven, kiedy zadzwoniła Rose.

Powiedziała to, patrząc na córkę stojącą obok i wspartą o chłopaka wyglądającego na imigranta. Wagner pomyślał, że Dicte najwyraźniej ma własne problemy rodzinne.

– Czyli młodzi byli tu już od jakiegoś czasu, gdy przyjechaliście z Bo? – spytał, wskazując głową na Rose i jej chłopaka.

Przytaknęła.

– W takim razie musimy ich przesłuchać jako potencjalnych świadków.

Widział, jak blizna przy wardze Dicte uniosła się, jakby kobieta zamierzała warknąć. Spodziewał się usłyszeć mniej więcej to, co padło z jej ust:

– Podobnie jak jakiś tysiąc innych osób, które były dziś w dyskotece, i wszystkich policjantów z pięciu okręgów – zauważyła zgodnie z prawdą, a w spojrzeniu, jakie mu posłała, trzaskały pioruny. – A jak już się za to weźmiecie, to powinniście też przesłuchać ze dwa psy.

Stał chwilę, czekając, aż emocje opadną. Może i wyglądała na zmęczoną, ale język miała dalej ostry jak brzytwa. Wolałby teraz być z Idą Marie – mniej by się bał.

– A poza tym jak leci? – zapytał przymilnym głosem.

Spojrzała na niego zaskoczona, po czym odparła, jak zwykle brutalnie szczerze:

– Do dupy.

Cierpliwie czekał, aż powie coś więcej. Zrobiła głęboki wdech dla rozpędu i wypaliła:

– Bo za tydzień leci do Iraku. Rose ma nowego chłopaka. A mnie ściska w dupie.

– Zazdrość? – zapytał, patrząc na Rose i jej przystojnego kompana.

– Rwa kulszowa. Mam zaciśnięty nerw – wyjaśniła Dicte i posłała mu pierwszy uśmiech, jaki zobaczył tej nocy.

3

– Mamo, mówiłam ci, że to żaden problem.

Żaden problem. Jasne. Dicte wyminęła ciężarówkę, jadąc do liceum w Tilst z Rose na siedzeniu pasażera. Gwałtownym skrętem wróciła na swój pas, a kierowca za nią ze złością wcisnął klakson.

– Mamo! – Przerażony głos córki przedarł się przez wściekłość i niepokój. – Pędzisz jak szalona – dodała Rose. Zaczęła robić prawo jazdy i już zaczynała się wymądrzać.

– Możliwe, że dziś to żaden problem – powiedziała Dicte, wracając do tematu nowego chłopaka Rose. – Ale w pewnym momencie się nim stanie – dała wyraz swemu czarnowidztwu. – To nieuniknione.

Rose zrobiła głęboki wdech i z wydechem wyrzuciła z siebie wszystkie frustracje nastoletnich córek wywołane przez niczego nierozumiejące matki.

– Mówię ci przecież, że studiuje medycynę. Jest zasymilowany.

Ostatnie słowo przeciągnęła i zaakcentowała ostentacyjnie. Dicte wiedziała dlaczego. Niełatwo być muzułmaninem w dzisiejszej Danii. Wszyscy patrzą na człowieka z mniejszą bądź większą nieufnością i ona sama nie jest wyjątkiem. Niełatwo być również duńską dziewczyną muzułmanina. Ludzie automatycznie, od pierwszej sekundy wyobrażają sobie ciemiężenie kobiet i religijny fanatyzm.

– Nie twierdzę, że Aziz nie jest miły, mądry i zdolny – zaczęła.

– Więc co twierdzisz? – zapytała Rose łagodnym tonem.

– Chodzi mi o to, że nie znasz jego rodziny. Różnice kulturowe mogą się stać problemem, kiedy w niespokojnych czasach zetkną się ludzie wyznający inne religie. Chcę powiedzieć, że miłość nie zawsze wystarczy.

– Wystarczy do czego?

Dicte włączyła światła awaryjne i stanęła przed szkołą. Był poniedziałkowy ranek i senne nastolatki po burzliwym weekendzie wlokły się do drzwi, świecąc gołymi brzuchami, w dżinsach i krótkich spódniczkach zwisających ze sterczących bioder.

– Do szczęścia – powiedziała i od razu pożałowała. Nie dlatego, że to nieprawda, lecz dlatego, że zbyt dobrze znała swoją córkę.

I Rose rzeczywiście od razu przechwyciła piłkę, po czym bez problemu, idealnie umieściła ją w bramce:

– Czy to znaczy, że mając chłopaka niemuzułmanina, jest się szczęśliwym? – zapytała niewinnie, patrząc Dicte prosto w oczy. A potem pochyliła się i na zgodę pocałowała mamę w policzek. – Wrócę autobusem.

W głowie dźwięczało jej zadane przez Rose pytanie i nadciągająca migrena, kiedy podjechała pod redakcję przy Frederiksgade. Możliwe, że jej córka ma rację. Że w ogóle nie powinna się wtrącać. Że w zasadzie nie ma jej do powiedzenia nic poza tym, że większość nastoletnich związków w pewnym momencie się rozpada. Bo co właściwie ona sama wie o miłości? Rozwiodła się z ojcem Rose i zamieszkała z młodszym o osiem lat reporterem, w którego żyłach płynie rtęć i niesłabnące pragnienie przebywania tam, gdzie jest wojna. Nie mówiąc o jej własnej nastoletniej ciąży i dziecku oddanym do adopcji, o którym myśli każdego dnia. Co ona w ogóle może wiedzieć?

Niewiele – podsumowała, jadąc Viborgvej w stronę miasta. Ale była matką i miała instynkt macierzyński. I nic jej nie obchodziło, że reszta świata nazwie ją rasistką, bo przecież doskonale wiedziała, że nią nie jest. Że po prostu się martwi. Cała jest lękiem. Martwi ją ciało znalezione w porcie, martwi ją bliskość Rose i Aziza i to, że byli tamtej nocy w Showboat. Nadciągająca katastrofa wydawała się tak realna jak ściskanie w żołądku, które czuła, bo wyszła z domu bez śniadania.

Okazja, by temu zaradzić, nadarzyła się, kiedy Dicte dotarła do redakcji, gdzie przy dość marnej frekwencji rozpoczynała się poranna odprawa. Poza nią byli tylko Davidsen i Holger Søborg, zatrudniony w dziale kryminalnym po odbyciu stażu. Cecilie i pozostała dwójka wyjechali na urlop, a Bo miał zlecenie. Amerykański guru od projektów nasłany na nich przez naczelnego z Kopenhagi jeszcze się nie pojawił. I bardzo dobrze. Wiedziała, że będzie kręcił nosem, jak zobaczy jej tekst. A ona zgłosiła sprzeciw i zagroziła, że usunie z tekstu swoje nazwisko, jeśli ktokolwiek odważy się zbliżyć do niego z nożyczkami.

Zdjęcie Bo było dobre, ale nie na tyle, żeby samo udźwignęło pierwszą stronę. Razem z Hansenem i dwójką policjantów znaleźli ostatecznie w tamtą noc kartę z aparatu gdzieś na terenie portu. Fotografie rzeczywiście pokazywały starcia policjantów z imigrantami. Ale panowała ciemność, były ziarniste i poruszone i wyglądały jak kadry z amatorskiego filmu dokumentalnego. Bo na razie odmawiał wydania czegokolwiek policji.

– Smacznego. – Davidsen żuł bułkę i podziękował jej skinieniem.

Holger siedział nad gazetą otwartą na jej relacji z wydarzeń w porcie zamieszczonej na rozkładówce.

– Skąd się, u licha, dowiedziałaś? – zapytał i nawet nie próbował ukryć wyrzutu.

Popatrzyła w jego małe oczka osadzone w kwadratowej twarzy przywodzącej na myśl amerykańskiego futbolistę i wyczytała w nich zazdrość.

– Wagner do mnie zadzwonił.

Skłamała po to tylko, by rozkoszować się jego reakcją, zresztą błyskawiczną. Policzki poczerwieniały mu ze złości, a kwadratowa szczęka wysunęła się do przodu w bojowej gotowości.

– Czy ta twoja zażyłość z policją nie staje się odrobinę szkodliwa dla pracy? – prychnął i zaczął miotać frazami typu „stosunek zależności”, „faworyzowanie”, „brak obiektywizmu” i „przyjacielskie przysługi” w długiej, żałośnie przewidywalnej tyradzie o konieczności zachowania niezależności prasy od aparatu władzy.

Dłużej nie była w stanie powstrzymać uśmiechu. Zawsze ją bawiło, kiedy Holger dawał się wciągnąć w słowną potyczkę o etyce dziennikarskiej. Zwłaszcza że wiedziała, iż zasady etyki traktuje jak puste frazesy. Jak wtedy, gdy razem z dziennikarką sportową napisali szereg artykułów i podpisali je jego nazwiskiem wyłącznie po to, by się przypodobać kierownictwu.

– Dobrze już, nie unoś się tak – powiedziała słodkim głosem, sięgając po bułkę. Na rozerwanej torbie z piekarni, z której jak ogon posypał się mak i pobrudził rozłożone wszędzie dzisiejsze gazety, leżała ich cała sterta. – Jadłam kolację z Bo. Zadzwoniła Rose. Była w Showboat ze swoim chłopakiem.

– Myślałem, że bywają tam głównie młodzi imigranci i ich duńskie nałożnice – wtrącił Davidsen, a Dicte poczuła ucisk w żołądku.

Posłała mu gniewne spojrzenie.

– Jeśli uda nam się na moment zapomnieć o uprzedzeniach, to być może będziemy mogli porozmawiać o dzisiejszym wydaniu i przejść do tematów na jutro.

– Młodej duńskiej dziewczynie ciemnoskóry chłopak niewątpliwie może się wydać atrakcyjny – włączył się Holger, bo właśnie poczuł krew. – Nie muszą przecież ze sobą rozmawiać.

Ból głowy, który właśnie zaczął kiełkować daleko w tyle czaszki Dicte, natychmiast odpowiedział ogniem, rozpalając jej mózg i na sekundę odbierając wzrok w prawym oku. Z wszystkich sił zmusiła się, by wyglądać normalnie, ale nie była w stanie wydusić słowa.

– No dobrze – ulitował się Davidsen – zobaczmy, jak się przedstawiają sprawy, zanim przyjdzie nasz pan i władca i zażąda wszędzie czerwonych ramek.

Panem i władcą był Larry Olsson odpowiedzialny za projekt graficzny i przemianę „USA Today” w zamierzchłych czasach. Obecnie, wciąż unosząc się na fali sukcesów, trafił najpierw do redakcji w Kopenhadze, a stamtąd do Århus. Dicte pomyślała, że ona i jej koledzy w żadnej innej kwestii nie potrafili dojść do porozumienia, ale zawsze mogli wspólnie poznęcać się nad Olssonem i jego potrzebą ozdabiania każdego artykułu kolorowymi wstawkami. Uwielbiał przerywać ciągłość tekstu i wyróżniać informacje, umieszczając je w barwnych ramkach. Wszyscy w redakcji byli zgodni, że dzięki tym zabiegom czytelnik zamiast informacji dostawał kosz rozmaitości.

– Myślę, że będę musiała pojechać na konferencję prasową, kiedy policja dostanie raport z sekcji – powiedziała Dicte.

– Świetnie.

Następnie redaktor oddziału regionalnego zwrócił się do Holgera:

– A ty może zajmiesz się centrum handlowym City Vest i wątkiem imigrantów?

Holger skinął głową. W Dicte obudziły się złe przeczucia.

– Tylko stonuj trochę uprzedzenia – ostrzegła.

Kiedy Holger na nią spojrzał, na jego górnej wardze zamajaczył cień uśmiechu.

– Ty stonuj swoje, a ja stonuję moje.

Usiadła przy swoim biurku i wyjęła dyktafon oraz słuchawki. Miała nagrany długi wywiad z byłym żołnierzem ONZ, który przebywał na misji w Bośni, skąd Dania niedawno, po ośmiu latach obecności, wycofała swoje wojska. Osobista i barwna opowieść o strzelaninach, tęsknocie i towarzyszu cierpiącym na białaczkę, podobnie jak wielu innych. Możliwe, że chorobę spowodowało u nich obsługiwanie podczas misji broni wzbogacanej uranem. Szeroko zakrojone badania medyczne nie dały jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale nie ulegało wątpliwości, że Jens po powrocie do ojczyzny bardzo się obawiał, że i on zapadnie na raka krwi.

Dicte naprawdę się starała. Lecz choć historia była ciekawa, wszystko inne co chwila dobijało się do jej świadomości i przerywało opowieść żołnierza. Widok martwej kobiety w porcie zalewał ją falami wraz z migreną, aż musiała się poddać i zanurzyć rękę w torebce w poszukiwaniu tabletek. Stojąc w kuchni przy zlewie i popijając pastylki wodą, doskonale wiedziała, że złagodzą jedynie ten najbardziej powierzchowny ból. Nie uwolnią jej za to od tego drugiego – od szpikulca wbijającego się nieustannie coraz głębiej w jej serce. Im bardziej starała się o tym nie myśleć, tym wyraźniej stawał jej przed oczami obraz martwej syreny z zakrwawionym łonem. To niemożliwe. Nikt nie powinien kończyć w ten sposób. Nie potrafiła tego pojąć.

Odstawiła szklankę na stolik z głośnym stuknięciem i wróciła przed monitor w pełni świadoma, że jest zarówno naiwna, jak i głupia. Bo przecież każdego dnia w takim czy innym miejscu na ziemi kobiety kończą życie w ten właśnie sposób.

Ledwie usiadła i ponownie włączyła dyktafon, nachalny dźwięk telefonu pomimo słuchawek wdarł się do jej uszu. Przez moment była pewna, że to Kaiser dzwoni z własnymi poleceniami, odmiennymi od tych, jakie dostała od Davidsena, lecz na wyświetlaczu pokazał się numer Anne, więc rzuciła się na słuchawkę jak na ostatnią deskę ratunku.

– Cześć.

– Gdzie jesteś?

Myśli w głowie Dicte zakręciły się jak kulka w ruletce i nagle wpadły do odpowiedniego przedziału.

– O cholera! Zapomniałam!

– To przychodzisz czy nie? – poganiała ją Anne.

Dicte spojrzała na zegarek i pocieszyła się, że jej alzheimer nie jest jeszcze w pełni rozwinięty, bo rano na szczęście pamiętała, żeby spakować rzeczy na trening.

– Potwornie boli mnie głowa.

– Co się stało? – zapytała Anne, która miała szósty zmysł.

– Nic takiego – skłamała Dicte. Szybko dodała: – Już lecę. Muszę tylko gdzieś zadzwonić. Będę za piętnaście minut, okej?

Anne była usatysfakcjonowana. Dicte wybrała numer Wagnera na komendę, choć wiedziała, że nic od niego nie wyciągnie.

– Jak idzie? Masz już coś od Gormsena?

Wagner westchnął głęboko.

– Po pierwsze do bani. A po drugie, owszem, mam.

– Czyli pierwsze, wynika z drugiego – podsumowała Dicte, wiedząc, że raport z sekcji nie zbliżył ich ani trochę do ustalenia tożsamości kobiety i śledczy wciąż nic nie mają.

– Mniej więcej – odparł Wagner.

– Jak umarła?

– Na trzecią zwołaliśmy konferencję prasową – powiedział szorstkim tonem i się rozłączył.

Przez parę sekund siedziała, wciąż trzymając przy uchu słuchawkę z sygnałem ciągłym. Dopiero po chwili się ocknęła, wstała i wyszła. Miała oczywiście świadomość, że Wagner musi zaczekać i przekazać nieliczne informacje, jakimi dysponuje, wszystkim zebranym dziennikarzom. Że nie może sobie pozwolić na faworyzowanie kogokolwiek, dlatego że przypadkiem przyjaźni się z jego dziewczyną. Ale zawsze warto spróbować.

4

Wagner patrzył rozdrażniony na telefon.

Akurat teraz Dicte Svendsen ze swoim wścibstwem była mu najmniej potrzebna.

Siedział chwilę, próbując się uspokoić i zastanowić, czego wobec tego mu trzeba. Może ulubionego fotela i Wohltemperiertes Klavier Bacha na wieży, i zimnego piwa w dłoni? Albo tej cholernej karty pamięci, której reporter o żelaznych zasadach nie chciał im dać, a która być może zawiera najmniejszą choćby wskazówkę co do kierunku, w jakim powinni podążyć? Wiedział oczywiście, że nie powinien się wyżywać na Dicte za to, że jej chłopak jest tak niewiarygodnie skąpy w dzieleniu się informacjami i z zaciętością służbisty egzekwuje ustawę o wolności prasy i ochronie źródeł. Ale, do diabła, jest tylko człowiekiem i ma do rozwiązania odrażającą sprawę dotyczącą zbrodni. A poza tym panuje taki cholerny upał.

Z pudełka na biurku wyjął chusteczkę i otarł czoło. Potem sięgnął po szklankę z wodą, która już zdążyła się zrobić letnia.

Może tak naprawdę najbardziej potrzebował klimatyzacji pracującej na pełnych obrotach, żeby choć przez chwilę od bardzo dawna móc jasno myśleć. Zawsze źle znosił upały. Podjął decyzję. Odsunął się razem z krzesłem, wstał i wyszedł z biura. Winda nie działała, więc schodami wszedł na górę do działu techników i zdyszany wcisnął dzwonek. Wiedział, że nie ma kondycji, ale mimo wszystko zaskoczyło go, że tak się spocił przy niewielkim przecież wysiłku.

W głowie usłyszał tykanie zegara, a przed oczami stanął mu sekundnik bezlitośnie poruszający się po tarczy. Wkrótce kończy pięćdziesiąt cztery lata, więc stał się bardziej świadom swojego wieku i ciała oraz jego rozpadu. Tego wszystkiego, czego już nie był w stanie zrobić, albo czuł, że nie jest. Na przykład pograć w piłkę z Alexandrem na trawniku u nich w okolicy. Kiedy grali ostatnim razem, nadawał się do hospitalizacji, tak bardzo był wycieńczony, i to nie tylko fizycznie. Przemknęło mu przez głowę, że być może przechodzi jakiś kryzys, ale odrzucił tę myśl. Nie miał czasu na kryzysy.

Mieszczące się na czwartym piętrze laboratorium kryminalistyczne zawsze było zamknięte. Nie można było pozwolić, aby przypadkowe osoby swobodnie poruszały się wśród szuflad i regałów z materiałem dowodowym i teczkami pełnymi zebranych dowodów.

Usłyszał kroki za drzwiami i po chwili stanął w nich Kjeld Haunstrup.

– O, akurat ciebie szukałem – ucieszył się Wagner.

Haunstrup był rudy i wyglądał jak komiczny bohater starego duńskiego filmu. Zadarty nos upstrzony brązowymi piegami, usta szerokie jak u Micka Jaggera i niemal zawsze gotowe do zawadiackiego uśmiechu, którym teraz uraczył Wagnera.

– No popatrz, zatem zapraszam.

Haunstrup szarmancko usunął się na bok i wpuścił gościa do swojej świątyni.

– Znaleźliście coś? – spytał Wagner.

Dopiero kiedy powiedział to zdanie, uzmysłowił sobie, że to był prawdziwy powód jego wizyty w królestwie techników. Zależało mu na ruszeniu z miejsca sprawy kobiety z portu, a nie na tym, z czym początkowo przyszedł – na zakupie obrazu dla policyjnego towarzystwa miłośników sztuki. Jako jego przewodniczący Wagner osobiście chodził na wystawy i odwiedzał pracownie malarskie. Czasem miał w związku z tym potrzebę omówienia konkretnego artysty z wiceprzewodniczącym. Pomyślał, że zdąży to zrobić przed konferencją prasową.

Poczuł się odrobinę zażenowany. Nie miał w zwyczaju poganiać techników, którzy z reguły znakomicie wywiązywali się ze swych zadań. Na szczęście zdawało się, że Haunstrup nie ma nic przeciwko odpowiedzi na to pytanie.

– Niewiele, mówiąc szczerze. Ale coś tam jednak mamy.

Wagner wiedział, że to ostatnie dorzucił wyłącznie z litości – aby nie rozczarować go kompletnie.

Poszli razem w dół korytarza. W ciągu tych kilku sekund, jakie minęły, nim dotarli do właściwych drzwi, Wagnerowi udało się poczuć szczególną atmosferę tego miejsca.

Kiedyś sam zastanawiał się nad zdobyciem dodatkowych kwalifikacji i pracą w tym dziale. Zawód technika kryminalistyki go pociągał. Charakteryzowało go przydatne w takiej pracy zamiłowanie do porządku, lecz brakowało mu równie potrzebnego zmysłu praktycznego. Tu trzeba być trochę rzemieślnikiem, no i być dobrym w liczbach. Wszystko w tym dziale, od dołu do góry, miało swój własny, niepowtarzalny numer, chodziło bowiem o materiały dowodowe, które musiały być przez sąd uznane za wiarygodne. Byłoby katastrofą pomylić próbki spermy w sprawie o gwałt albo wysłać zły zestaw odcisków do laboratorium w Kopenhadze. Wszystko opierało się na zaufaniu. Gdyby sędziowie choć raz nabrali podejrzeń, że mogło dojść do zaniedbań, poważnie odbiłoby się to na renomie działu. Obecnie niesłychaną wagę przywiązywano do zeznań techników składanych podczas rozpraw sądowych.

– Akurat badałem narkotyki zabezpieczone w zeszłym tygodniu.

– Chodzi o nalot na Munkegade?

Haunstrup przytaknął.

– Udało mi się znaleźć odcisk, który może się do czegoś nadać.

Otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym stała komora cyjanoakrylowa. Wagner był tu wielokrotnie i za każdym razem ogromne wrażenie robił na nim system, według którego przeprowadzano analizy. W komorze wisiały wyglądające całkiem niewinnie torebki z białym proszkiem. Wszystkie ponumerowane. Pokrywała je biała błona, jakby ktoś posypał je mąką. Wagner wiedział, że dzieje się tak wtedy, kiedy w komorze włącza się ogrzewanie i zdemineralizowana woda wiąże się z oparami kleju. Metodę z użyciem kleju błyskawicznego stosuje się przede wszystkim do wykrywania odcisków palców na plastiku albo lakierowanym drewnie – na przykład trzonku siekiery. Z surowym drewnem sprawa jest bardziej skomplikowana. Wówczas trzeba użyć metody ninhydrynowej i poddać drewno kąpieli chemicznej.

Haunstrup otwarł szafkę i wyjął jedną z torebek. Ostrożnie trzymał ją za haczyk, nie dotykając woreczka.

– Sam zobacz. – Pokazał miejsce, gdzie znalazł odcisk.

Wagner uważnie szukał charakterystycznego wzoru w warstwie proszku, ale ciężko mu było odnaleźć odcisk palca wśród wszystkich innych śladów. Może powinien zacząć nosić okulary?

– Tutaj.

I nagle go zobaczył – bardzo wyraźnie. Minimalne kręgi wiły się spiralnie wokół siebie, aż się zbiegały w maleńkiej spirali na środku.

– Piękne – powiedział i pożałował, że to nie on prowadzi tę sprawę.

Wyraźny odcisk palca zawsze oznaczał przełom. Z reguły pozwalał wyciągnąć od podejrzanego przyznanie się, gdy się go zapędziło w kozi róg na przesłuchaniu. Oczywiście nie dotyczyło to gangsterów. Ci nie przyznawali się nigdy.

O skonfiskowanym towarze słyszeli wszyscy. Policja dostała wiarygodny cynk i przeszukała jedno z mieszkań w centrum miasta. Znaleźli ponad kilogram heroiny i sporo skradzionych przedmiotów. Mieszkanie zajmował pewien Libańczyk.

– Macie coś jeszcze w tej sprawie?

Haunstrup nieznacznie wzruszył ramionami.

– Niewiele ponad to. Trochę włosów i takie tam. Jak zwykle zresztą. Bo przecież zawsze znajdzie się cokolwiek, jeśli się bliżej przyjrzeć.

– A ta druga sprawa? Zwłoki w porcie.

– To samo. Trochę włókien na kocu, to wszystko. Chyba nic szczególnego.

– Włókna zwierzęce? Ludzkie?

– Myślę, że i takie, i takie – odparł Haunstrup. – Wysłaliśmy je morfologom w Kopenhadze. Ale jeden z włosów wygląda dokładnie jak włos Kvika.

– Kvika?

Haunstrup wybuchnął swoim śmiechem Jaggera.

– Naszego psa. Foksterier szorstkowłosy.

Wyjął kopertę i ostrożnie umieścił w niej torebkę z odciskiem palca.

– Będą mieli nad czym myśleć w stolicy.

Wagner wstał i powiedział, wskazując głową kopertę:

– Mam nadzieję, że będzie zgodność.

Haunstrup uniósł w górę skrzyżowane palce wskazujący i środkowy. Obaj mieli świadomość, jakie to ważne. Jeśli odciski sprawcy znajdują się w archiwum Centralnego Biura Identyfikacji, to są spore szanse na pojmanie go. Jeśli nie, to muszą iść dalej po omacku, bez względu na odkryty ślad – do czasu, gdy znajdą podejrzanego.

– Byłeś na wystawie Kviuma? – Haunstrup zmienił temat, wypełniając formularz, który trzeba było dołączyć do torebki.

– A właśnie – odparł Wagner i nagle znowu poczuł się zmęczony – w sumie po to dziś do ciebie przyszedłem. Chciałem porozmawiać o jednym obrazie, który być może moglibyśmy dostać za w miarę rozsądną cenę. Musiałbyś go zobaczyć.

Haunstrup wyglądał na zdziwionego.

– Siedzimy po uszy w robocie. Ale nazwisko jest dobre, więc jeśli cena też okaże się w porządku, to spokojnie możesz się zgodzić. Teraz muszę cię odprowadzić – odparł Haunstrup.

Idąc korytarzem, minęli tablicę z różnymi fragmentami lin i węzłami. Wagner przypomniał sobie inne trudne śledztwo, które prowadził na początku tego roku. Siostra sąsiadki Dicte Svendsen została znaleziona na mokradłach Kasted ze sznurem na szyi i siekierą w głowie. Tamta sprawa również w pewnym momencie wydawała się beznadziejna, ale ostatecznie wszystkie luźne końce – między innymi ślad znaleziony przez techników – ostatecznie naprowadziły ich na właściwego człowieka. Może i tym razem będzie podobnie, pomyślał pełen nadziei. Może zdarzy się cud i uda im się poznać tożsamość nieszczęsnej kobiety z portu, następnie oddać ją rodzinie, a sprawców postawić przed sądem.

Haunstrup najwyraźniej czytał w jego myślach.

– Sprawa w porcie nie wygląda dobrze, prawda? Sekcja musiała być wstrząsająca.

Wagnera przeszły ciarki. Nie chciał nawet o tym myśleć. Byli z Hansenem przy tym, jak ją otwierano, a Gormsen zrobił to, w czym jest najlepszy. Wynik wciąż przyprawiał go o dreszcze.

Spojrzał na Haunstrupa.

– Wszystko jedno, ile znajdziesz. Nawet jeśli to będzie mikroskopijna cząstka włosa albo okruszek bułki. Tych bydlaków trzeba złapać, i to jak najprędzej.

Haunstrup nie wydawał się zaskoczony – ani tonem, ani lekkim drżeniem, które Wagner sam usłyszał w swoim głosie. Położył tylko po przyjacielsku rękę na jego ramieniu.

– Zajmę się tym. Przebadamy ten koc raz jeszcze – obiecał.

5

Siłownia mieściła się we Frichsparken, dawnej siedzibie zakładów Frichs. Teraz zamiast gastarbeiterów w niebieskich kombinezonach między budynkami kręcili się adwokaci, księgowi, pracownicy urzędu skarbowego i uczniowie gminnej szkoły wieczorowej znajdującej się w nowo wybudowanej części kompleksu. Swoje siedziby miały tu również firma sprzedająca meble i zakład winiarski prowadzący sklep firmowy.

Dicte stanęła na jednym z wyznaczonych miejsc i umieściła za szybą zegar z czasem parkowania. Potem wysiadła, chwyciła torbę i ruszyła w stronę budynku Norsk Sekvenstræning sąsiadującego ze szkołą wieczorową. Rzuciła okiem przez ogromne okna i zobaczyła w środku stałą ekipę spędzającą w tym miejscu poniedziałkowe przedpołudnia. Nie po raz pierwszy zastanawiała się, czym też mogą się zajmować ci ludzie, kiedy nie podnoszą ciężarów, nie biegną przed siebie na bieżniach ani nie leżą na matach, poddając się godzinnej sesji masochizmu. Anne również się nad tym zastanawiała, bo przecież „wszyscy nie są chyba dziennikarzami i położnymi”.

Anne niekiedy wychodziła na nocny dyżur, a i ona sama miewała wezwania w nocy na miejsca wypadków albo pracowała do późna nad tekstami o krótkich terminach i dysponowała wynikającymi z tego nadgodzinami, które się kumulowały. A co z pozostałymi? Ciekawe, jakie życie zostawiali za sobą, kiedy wychodzili z domu albo brali parę godzin wolnego, żeby dwa razy w tygodniu zrzucić strój roboczy i wskoczyć w dres?

Anne uważała, że Dicte nie powinna się tym aż tak interesować. I kiedy Dicte pchała drzwi wejściowe, pomyślała, że na tym chyba polega największa różnica pomiędzy nimi – Anne była ucieleśnieniem dyskrecji, ona zaś wiecznym znakiem zapytania. Ciekawość napędzała ją do działania i stała się jej przekleństwem, bo bez niej wszystko byłoby znacznie prostsze. Tak jak teraz z tą sprawą kobiety z portu. Co ją właściwie obchodzi, kim była i jak się tam znalazła? Czy nie łatwiej oddać ten temat Holgerowi Søborgowi?

– Cześć. O czym tak dumasz?

Anne była spocona po nadprogramowo długiej jeździe na rowerku. Dicte przesunęła dłonią po wilgotnej koszulce, gdy obowiązkowo się uściskały.

– Chodzi o tę sprawę w porcie? – zapytała Anne, która powinna być psycholożką. – Nie możesz tego oddać komuś innemu?

Dicte zarzuciła sobie torbę na ramię i powlokła się boso do salki treningowej, a Anne tuż za nią.

– Nie ma nikogo innego – rzuciła za siebie – nikogo kompetentnego. Sezon urlopowy – wyjaśniła.

– Sezon urlopowy – powtórzyła Anne i stanęła obok Dicte, gdy ta wyjęła z pudełka przy kasie swoją kartę i zapisała się na dzisiejszy trening. – Chciałabym, żeby ludzie o tym pomyśleli, kiedy zabierają się za rodzenie dzieci podczas przerwy świątecznej.

– O czym?

Anne, która została adoptowana z Korei, popatrzyła na nią z uśmiechem w skośnych oczach. Delikatne zmarszczki mimiczne uniosły się nad niewiarygodnie wysokimi kośćmi policzkowymi.

– O tym, że położne też chciałyby latem wyjechać na wakacje.

– Macie duży ruch?

Wiedziała, że to pytanie było zbędne. Anne pracowała na największym oddziale położniczym w kraju. Mniejsze szpitale stopniowo pozamykały własne, więc wszystkie przyszłe matki musiały obecnie pielgrzymować do Skejby.

Wąskie brwi Anne uniosły się pod samą grzywkę.

– Ruch to grube niedopowiedzenie. Bardziej adekwatne byłoby określenie megaruch. Maluchy wręcz stoją w kolejce, każdy we własnej macicy, i z reguły wyskakują nocą.

Dicte próbowała usłyszeć w głosie Anne zmęczenie tymi wszystkimi nocnymi zmianami, a do tego jej matka leżała w szpitalu po wylewie, więc i jej trzeba było doglądać. Ale przyjaciółka wyglądała na pełną energii i rześką jak zwykle.

– Czyżbyś skarżyła się na swoją pracę?

Anne uśmiechnęła się szeroko.

– Nigdy w życiu.

– Jak się czuje twoja mama?

Uśmiech zmienił się w nieznaczne uniesienie kącików ust i Dicte przez moment pożałowała, że spytała. Ale znały się przecież tak dobrze. Powinny umieć również wspólnie się martwić.

– Lekarze wciąż się plączą. Nie mają odwagi powiedzieć tego wprost.

– Jest aż tak źle?

Anne przytaknęła. Dicte wyciągnęła ręce i przez chwilę stały jak posąg dwóch obejmujących się postaci. W końcu Anne się uwolniła.

– Cholerne życie – powiedziała Dicte i podniosła torbę z podłogi.

Anne zaczęła ćwiczyć na urządzeniach, a ona sama przebrała się i poszła zrobić rozgrzewkę na rowerku. Widziała go, kiedy wszedł na salę, bo akurat siedziała i trochę się nudziła, bezmyślnie wciskając pedały. Pierwszym, co ją uderzyło, był jego wzrost. Był wysoki i barczysty, ale wypełniał przestrzeń w jeszcze inny, nieokreślony sposób. Przez ramię miał przewieszoną sportową torbę w kolorze butelkowej zieleni, a na sobie dżinsy i czarną koszulkę polo. Krótko mówiąc, był całkiem zwyczajny, a jednocześnie niezwykły. Pomyślała o Bo i jego chudej jak u kota, żylastej sylwetce. O długich włosach w strąkach i brodzie, o której przycinaniu stale musiała mu przypominać, bo inaczej wyglądał jak albański uchodźca. Pomyślała o jego wiecznym rozedrganiu, o niepokoju, którym potrafił wypełnić cały dom. I nagle ze wstydem zapragnęła spokoju, bezpieczeństwa. Zanurzyć się w objęciach potężnego mężczyzny o głosie ciepłym niczym mahoń. Nie miała w zwyczaju porównywać ludzi, ale teraz właśnie to zrobiła. I Bo nie wypadł w tym porównaniu najlepiej.

Mężczyzna się zapisał, tak jak ona zrobiła to chwilę wcześniej. A kiedy się odwrócił, żeby wejść na schody do przebieralni, spojrzał wprost na nią. Dicte poczuła, jak krew uderza jej do głowy aż po cebulki włosów. Może dlatego, że wpatrywała się w niego tak intensywnie, ukłonił jej się, jakby byli starymi znajomymi, a ona się odkłoniła.

– Kto to jest? – zapytała Anne, kiedy potem spotkały się na sąsiednich urządzeniach, a on zaczął właśnie rozgrzewkę na rowerku. – Widziałaś go tu wcześniej?

Anne wyciągnęła ręce, z zapałem pociągnęła w dół drążek i zaczęła kolejną serię powtórzeń.

– A czemu pytasz?

W głowie Dicte znów na pierwszy plan wysunął się komunikat Bo z poprzedniego wieczoru. Irak. Niechętnie opowiedziała o tym Anne, która od zawsze uważała, że Bo nie jest dobrym partnerem do wspólnego życia opartego na spokoju i utrwalonym rytmie.

– Osobiście go nie znam – w końcu cicho wysapała Anne – ale wiem, że nazywa się Jeppe Vrå i jest lekarzem w Marselisborgu.

– Myślałam, że zamknęli tamtejszy szpital.

– Bo to prawda. Ale została klinika chorób skórnych i wenerycznych.

– Choroby przenoszone drogą płciową?

– Dokładnie tak. Między innymi HIV i AIDS.

– Leczy zakażonych wirusem HIV?

– Z tego, co wiem, jest kimś w rodzaju eksperta.

– No, no…

– Co: „no, no”?

Dicte zobaczyła dla siebie nieograniczone wręcz pole manewru. Bez trudu mogłaby wymyślić temat wymagający przeprowadzenia wywiadu z ekspertem od wirusa HIV z okolic Århus.

– Dicte? – Głos Anne przedarł się przez hałas, jaki wydawały urządzenia do ćwiczeń. – On ma żonę i dwójkę dzieci.

Cios był silny i celnie wymierzony w okolice brzucha. Dicte zawstydziła się własnych myśli. Na szczęście Anne właśnie skończyła, więc zabrały swoje ręczniki i przeszły na kolejne urządzenie.

Anne z jękiem podciągnęła się na drążku, zaczynając swoją zwyczajową serię piętnastu powtórzeń, szarpiąc i napinając wszystkie mięśnie.

– Choć z drugiej strony do tej pory nie stanowiło to dla ciebie większej przeszkody – dorzuciła, lekko sapiąc.

Dicte postanowiła zignorować jej komentarz, choć mogłaby przypomnieć przyjaciółce, że kiedy spotkali się po raz pierwszy, Bo był już mocno zmęczony swoim małżeństwem, a jego eksżona to prawdziwa hetera. Wyrzuty sumienia? Kto? Ona?

Kiedy Dicte wytrwale ćwiczyła skłony, Anne się poddała i poszła się napić wody. Nigdy nie miała poczucia winy, że Bo zdecydował się na rozwód, nawet jeśli to oznaczało, że Ninka i Tobias musieli żyć w rozbitej rodzinie.

Może się myliła, ale logika podpowiadała jej, że rozwód nie zawsze jest złem. Nic w życiu nie jest takie proste, aby dało się o tym napisać podręcznik.

– Skąd ja właściwie jestem, twoim zdaniem? – zapytała cicho Anne, kiedy wyszły spod prysznica i Anne stała naga z blizną po operacji raka piersi jak różową latarnią pośród oceanu piękna. – Ostatnio dużo się nad tym zastanawiam.

Filozoficzne dywagacje były do niej niepodobne.

– W jakim sensie? – zapytała Dicte. – W takim: „kim jesteśmy, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy”? Czy bardziej konkretnie?

Anne się uśmiechnęła. Stojąc najpierw na jednej, a potem na drugiej nodze, włożyła majtki. Potrząsnęła głową i krople z jej mokrych włosów zrosiły ramię Dicte.

– Bardziej konkretnie.

– No to z Korei, a jak inaczej.

Dicte usiadła na ręczniku i wyjęła z torby suche ubranie.

– Korea jest duża.

Przez wszystkie lata znajomości rozmawiały o tym zaledwie kilkakrotnie. Anne zawsze twierdziła, że to bez znaczenia. Jej rodzina mieszkała w Danii. Ona była Dunką. Niczym się nie wyróżniała. Dicte pokręciła głową.

– Do tej pory cię to nie interesowało. A teraz, mając czterdzieści trzy lata, zaczynasz to roztrząsać?

Anne zdjęła z wieszaka dżinsy i zaczęła je naciągać.

– Dlaczego? – zapytała Dicte i nagle wszystko zrozumiała. – Chodzi o twoją mamę?

Anne zapięła suwak rozporka i guzik spodni. Po czym przytaknęła.

– Jaka właściwie zostanie mi rodzina, kiedy ona odejdzie?

Dicte nie potrafiła jej odpowiedzieć. Ojciec Anne zmarł, nie zdążywszy się pogodzić z córką. Był pastorem, lecz nie potrafił pokochać adoptowanego dziecka.

– Podjęłaś już jakąś decyzję? – zapytała zamiast tego.

Anne podeszła do lustra, włączyła suszarkę i zaczęła suszyć włosy.

Dicte pomyślała, że gdzieś na świecie może żyć jakaś siostra albo brat Anne. Gdzieś może być jakaś matka każdego dnia myśląca o córce, którą oddała.

Wytarła włosy ręcznikiem. Miała świadomość, że to mogą być jedynie pobożne życzenia, bo ona sama tak właśnie się czuła, odkąd oddała pierwsze dziecko. Tymczasem rzeczywistość bywa zupełnie inna. Być może nikt już nie myśli o dziecku oddanym dawno temu do sierocińca gdzieś w Korei. Może nikt nie chciał, aby w ogóle się urodziło.

– Nie wiem, czy mam dość odwagi – powiedziała wreszcie Anne.

Kiedy Dicte wróciła do redakcji, rozmowa z Anne i widok dziewczyny z portu splotły się ze sobą jak dwa końce jednej liny. Na pozór jedno z drugim nie miało najmniejszego związku. Ale jeśli się dobrze przyjrzeć, istniało pewne podobieństwo – coś egzotycznego i obcego zostaje rzucone na poniewierkę, a przy tym, o ile się nie myliła, obie kobiety zostały pozbawione czegoś absolutnie fundamentalnego. W przypadku Anne tym czymś byli biologiczni rodzice.

W ostatniej chwili odebrała telefon, który dzwonił, gdy weszła do biura. Jedyną osobą poza nią był tam Davidsen przyklejony do swojego monitora.

– Dicte Svendsen.